Mroczne jezioro - Natasha Preston

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

Wraca­ły­śmy do obozu i do wszyst­kich roz­ry­wek, jakie w sobie krył: nowych zna­jo­mo­ści, wspól­nych śpie­wów, kra­ker­sów z pianką mar­sh­mal­low pała­szo­wa­nych przy ogni­sku... Oraz do miej­sca naszej zbrodni.

Sie­dzia­łam z tyłu. Musia­łam mocno nachy­lić się do przodu, żeby lepiej widzieć przez szybę.

- Jeste­śmy na miej­scu - oznaj­mi­łam.

Aku­rat prze­jeż­dża­li­śmy pod dużym szyl­dem z napi­sem OBÓZ NAD JEZIO­REM. Wyglą­dał dokład­nie tak, jak go zapa­mię­ta­łam: duże litery wyryte na drew­nia­nej tablicy.

Zer­k­nę­łam w dół. Powio­dłam pal­cem po iden­tycz­nym napi­sie w bro­szu­rze rekla­mo­wej, którą trzy­ma­łam w rękach. Wcze­śniej tego roku Kayla i ja dosta­ły­śmy listy, w któ­rych zapra­szano nas do wzię­cia udziału w kur­sie opie­kuna kolo­nij­nego.

Dla­tego wra­ca­ły­śmy.

Kiedy wio­ząca nas tak­sówka zatrzy­mała się, moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka, którą zna­łam od pięt­na­stu lat, zer­k­nęła na mnie. Wydęła poma­lo­wane błysz­czy­kiem usta i ścią­gnęła brwi.

- Sama nie wiem... - powie­działa zamy­ślona. - Wydaje się jakiś mniej­szy, nie sądzisz?

- Kayla, kiedy jesteś dzie­cia­kiem, wszystko wydaje się więk­sze - przy­po­mnia­łam.

Minęło dzie­więć lat, odkąd były­śmy tu ostat­nio.

W porów­na­niu z innymi znaj­du­ją­cymi się w oko­licy obo­zami let­nimi - które, nawia­sem mówiąc, wcale nie były poło­żone zbyt bli­sko - ten był naj­mniej­szy. Ale za to naj­lep­szy. Na orga­ni­zo­wane w nim kolo­nie przyj­mo­wano dziew­czynki i chłop­ców w wieku od sied­miu do dzie­się­ciu lat. Razem z Kaylą spę­dzi­ły­śmy tu dwu­krot­nie cudowne waka­cje, gdy mia­ły­śmy po sie­dem i osiem lat. Potem zabra­kło nam odwagi, by tu przy­je­chać po raz kolejny. Aż do teraz.

Mia­ły­śmy już sie­dem­na­ście lat i nade­szła pora, by to zmie­nić.

Otwie­ra­jąc drzwi tak­sówki, Kayla pisnęła rado­śnie:

- Tak! To będą nie­za­po­mniane waka­cje. - Mru­gnęła do mnie, a po chwili dodała: - Tym razem możemy nie kłaść się spać tak wcze­śnie.

- Prze­cież wtedy też prze­sia­dy­wa­ły­śmy do póź­nej nocy.

Gdy tylko otwo­rzy­łam drzwi i wysu­nę­łam się z kli­ma­ty­zo­wa­nego wnę­trza samo­chodu, poczu­łam, jak­bym zna­la­zła się w roz­pa­lo­nym piecu. Na szczę­ście ubiór opie­ku­nek kolo­nij­nych to szorty i koszulki z krót­kim ręka­wem. Lato w Tek­sa­sie potrafi dać w kość. Zapo­mnia­łam już, jak tu jest gorąco.

- Jasne, ale tym razem wolno nam to robić.

Przy­naj­mniej w teo­rii.

- Miesz­kamy w chatce razem z dzie­cia­kami - przy­po­mnia­łam Kayli.

Wyglą­dało na to, że jeśli cho­dzi o godziny snu, nasza sytu­acja nie­wiele miała się zmie­nić.

- Esme - Kayla uśmiech­nęła się sze­roko. - Dosta­niemy nasz wła­sny mały pokój. To będzie taka sypial­nia wydzie­lona z sypialni. A to ozna­cza tro­chę pry­wat­no­ści. - Omio­tła spoj­rze­niem teren obozu. - Mam tylko nadzieję, że są tu jacyś przy­stojni wycho­wawcy.

Cała Kayla. Moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka miała bzika na punk­cie face­tów. Jej ulu­biony kolor to oczy­wi­ście różowy. Naj­chęt­niej ni­gdy nie roz­sta­wa­łaby się z butami na obca­sie. No i śred­nio co trzy minuty zako­chi­wała się w nowym chło­paku.

Tak­sów­karz wyjął nasze walizki z bagaż­nika. Podzię­ko­wa­ły­śmy mu i zapła­ci­ły­śmy za kurs, dorzu­ca­jąc napi­wek.

Rozej­rza­łam się wkoło, prze­ły­ka­jąc ner­wowo ślinę i obli­zu­jąc wargi. Naprawdę wró­ci­łam. Poczu­łam lek­kie ukłu­cie w brzu­chu. Odru­chowo poszu­ka­łam ramie­nia Kayli, która aku­rat pode­szła do swo­jej różo­wej walizki w plamy.

- Myślisz, że przy­jazd tutaj był dobrym pomy­słem?

Przy­ja­ciółka jęk­nęła.

- Nie kom­pli­kuj. Wszystko będzie super. Zoba­czysz.

Ski­nę­łam bez prze­ko­na­nia głową.

- Nie jeste­śmy już dzie­cia­kami - bąk­nę­łam.

- Dokład­nie. Nikt tutaj nie koja­rzy nas z tam­tego okresu i nie będzie wie­dział, co się wtedy stało. Luz blues.

- Mówi się tak jesz­cze, "luz blues"? - dro­czy­łam się z nią.

Kayla spio­ru­no­wała mnie wzro­kiem. Puści­łam jej ramię i doda­łam z uśmie­chem:

- Dobrze, już dobrze. Luz blues. Wszystko się ułoży. Prze­staję się stre­so­wać, słowo honoru.

Cóż za kre­tyń­ska obiet­nica.

- Ale za tym tek­sań­skim skwa­rem to nie tęsk­ni­łam - wes­tchnęła ciężko Kayla, gar­biąc się lekko.

Dla ochłody macha­łam sobie dło­nią przed samą twa­rzą, jak­bym była stuk­nięta.

- Czy powie­trze może pło­nąć? Bo w tej chwili takie wła­śnie mam wra­że­nie - poskar­ży­łam się. - Dla­czego ktoś nie stwo­rzy kli­ma­ty­za­cji dla otwar­tej prze­strzeni? Popatrz, wszy­scy są tam: wycho­wawcy i pozo­stali kur­sanci - doda­łam na widok grupki osób sto­ją­cych pod jedną z cha­tek.

Kayla pisnęła rado­śnie i ruszy­ły­śmy na spo­tka­nie z grupą, cią­gnąc za sobą walizki. Zacho­dzi­łam w głowę, jakim cudem ludzie wytrzy­mują w tym żarze.

- Musimy zna­leźć Andy'ego - poin­stru­owała mnie Kayla.

Andy Mar­son to nasz prze­ło­żony. Jego nazwi­sko wid­niało na na wszyst­kich doku­men­tach dla kan­dy­da­tów na szko­le­nie. Przy­dzie­lono nam wykwa­li­fi­ko­waną opie­kunkę, z którą będziemy pro­wa­dzić więk­szość zajęć, a także nie­wielką grupę pod­opiecz­nych.

- Jak myślisz, który z nich to Andy? - zasta­na­wiała się na głos moja przy­ja­ciółka.

Omio­tłam spoj­rze­niem grupę obcych ludzi.

- Chyba ten rudzie­lec z pod­kładką do pisa­nia w ręku.

Kiedy się zbli­ży­ły­śmy, rudzie­lec uniósł głowę, a jego blade oczy roz­bły­sły.

- Oto i ostat­nie z naszych kur­san­tek. Kayla Price i Esme Ran­dal, zga­dłem?

- Kayla - przed­sta­wiła się moja kom­panka, poda­jąc mu rękę.

- Ja jestem Esme.

Andy zano­to­wał coś w papie­rach.

- Cie­szę się, że jeste­śmy już w kom­ple­cie. Przed nami fan­ta­styczne lato, naj­pierw jed­nak musimy się wszy­scy poznać. Potem chciał­bym omó­wić z wami obo­wią­zu­jące tu zasady oraz kwe­stie bez­pie­czeń­stwa.

Wska­zu­jąc dwie dziew­czyny sto­jące za nim, cią­gnął:

- To Rebeka i Tia. A to Olly i Jake - dodał, patrząc na dwóch chło­pa­ków. - Wszy­scy oni, podob­nie jak wy, będą szko­lić się na wycho­waw­ców kolo­nij­nych. Wie­czory, kiedy macie wychodne, będzie­cie mogli spę­dzać wspól­nie.

Następ­nie Andy przy­stą­pił do recy­to­wa­nia z pamięci regu­la­minu. Ale Kayla już go nie słu­chała. Wpa­try­wała się w dwóch bar­dzo przy­stoj­nych chło­pa­ków sto­ją­cych za nim: Olly'ego i Jake'a.

Obóz letni wła­śnie zna­cząco zyskał w naszych oczach.

Rebeka i Tia pode­szły, żeby się z nami przy­wi­tać. Obie tak samo wyszcze­rzone w uśmie­chu. Ale na tym koń­czyły się podo­bień­stwa mię­dzy nimi. Rebeka była wysoką dziew­czyną o bla­dej cerze i kasz­ta­no­wa­tych, się­ga­ją­cych ramion wło­sach. Zro­biła na mnie wra­że­nie sym­pa­tycz­nej, lecz nieco zagu­bio­nej. Zdra­dzały ją błę­kitne oczy, któ­rymi strze­lała ner­wowo na boki. Tia nato­miast była drob­niutka. Miała czarną skórę i wiel­kie brą­zowe oczy. Jedwa­bi­ste ciemne włosy się­gały jej nie­mal do pasa.

- Cześć - przy­wi­tała się Rebeka z połu­dnio­wym akcen­tem.

- To będzie nie­za­po­mniane lato - rzu­ciła na powi­ta­nie Tia.

- No jasne - potwier­dzi­łam skwa­pli­wie. - Wie­cie już, w któ­rej chatce was zakwa­te­rują?

- Rebeka i ja miesz­kamy w Wer­be­nie. Na was czeka domek o nazwie Łubin, to ten naj­bli­żej sto­łówki - wyja­śniła Tia. Kiedy zwró­ciła się w moją stronę, zauwa­ży­łam, że jest podob­nego wzro­stu co ja. - Chatki są nie­duże, ale łóżka wyglą­dają na cał­kiem wygodne. Zakwa­te­ro­wali nas z tymi dwiema, są tro­chę straszne.

Tia wska­zała dwie dziew­czyny, wyraź­nie star­sze od nas, będące wykwa­li­fi­ko­wa­nymi opie­kun­kami kolo­nij­nymi. Miały iden­tycz­nie ścięte włosy i ciemne grzywki. Jedna z nich była tak samo blada jak ja, druga miała prze­piękną oliw­kową kar­na­cję. Kayla musiała słono pła­cić co sześć tygo­dni pod­czas wizyt w sola­rium, żeby jej skóra przy­brała taki odcień.

- To Mary i Cata­lina - poin­for­mo­wała Tia. - Znane też jako Bra­wurki. No wie­cie, jak ta postać z Ato­mó­wek.

Nie udało mi się powstrzy­mać śmie­chu. Fak­tycz­nie wyglą­dały jak kopie Bra­wurki.

- A dla­czego uwa­żasz, że są straszne? - zain­te­re­so­wa­łam się.

- Są tro­chę zasad­ni­cze. Zresztą zoba­czysz, o co mi cho­dzi, jak z nimi poga­dasz.

- Tak się zasta­na­wiam, kto będzie naszym bez­po­śred­nim prze­ło­żo­nym - powie­dzia­łam, roz­glą­da­jąc się wkoło.

- Sły­sza­łam, jak Andy wspo­mi­nał, że przy­dzieli wam Corę. Wydaje się fajną babką. Chyba przed chwilą poszła na sto­łówkę. Tam jest teraz wielki bała­gan. Zgro­ma­dzono tam mnó­stwo sprzętu, który trzeba przej­rzeć, zanim przy­jadą dzie­ciaki. To ostatni spraw­dzian, czy nic nie nawala.

- Jak znam życie, to pew­nie czeka nas jesz­cze z dzie­sięć takich spraw­dzia­nów. Dobrze myślę? - spy­ta­łam, wodząc spoj­rze­niem za Andym, który bie­gał mię­dzy dom­kami, zaglą­da­jąc do każ­dego.

- Masz rację - roze­śmiała się Tia.

Rebeka i Kayla stały nie­opo­dal pogrą­żone w roz­mo­wie. Ich poga­wędka miała zapewne podobny cha­rak­ter do tej, którą odby­łam z Tią, tyle że w ich przy­padku bez prze­rwy mówiła Kayla. Z mojej naj­lep­szej przy­ja­ciółki była straszna gaduła. Odnio­słam wra­że­nie, że Rebekę prze­ro­sła ta sytu­acja. Dziew­czyna skrzy­żo­wała ramiona na piersi i strze­lała oczami na boki, jakby szu­kała spo­sob­no­ści do ucieczki.

Tia odcią­gnęła mnie na bok ze śmie­chem.

- Rebeka pocho­dzi z Kan­sas. Zapi­sała się na kurs wycho­waw­ców kolo­nij­nych, żeby nabrać nieco pew­no­ści sie­bie przed wyjaz­dem na stu­dia. Jest taka sło­dziutka, że od samego roz­ma­wia­nia z nią robią mi się dziury w zębach.

- Cóż, myślę, że jej pomo­żemy - odpar­łam. - Będziemy mogły spę­dzać wie­czory razem. Cie­kawe, czy pozwolą nam opusz­czać teren obozu.

- Nie zanosi się na to - mruk­nęła Tia. - Szu­ka­łam infor­ma­cji o obo­zie jesz­cze przed przy­jaz­dem tutaj. Jest droga na skróty przez las. Pro­wa­dzi brze­giem jeziora, nie­da­leko krze­wów jeżyn. Można się nią dostać do mia­sta, ale idzie się po ciemku.

Pamię­ta­łam ten skrót... Nie chcia­łam jed­nak, żeby wyszło na jaw, że byłam już w tym obo­zie jako dziecko.

- Już teraz czuję, jak z prze­ję­cia serce wali mi w piersi - przy­zna­łam, otwie­ra­jąc sze­roko oczy.

- To zna­czy, że nie wybie­rzesz się tym skró­tem?

- Skąd. Oczy­wi­ście, że pójdę.

- Jesteś tchó­rzem? - spy­tała ze zło­śli­wym uśmiesz­kiem.

- Nie, ale rzadko mi się zda­rza, żebym włó­czyła się nocą po nie­zna­nym lesie. Kayla na pewno będzie pani­ko­wać.

- Nic nam nie będzie. Dla­czego myślisz, że Kayla będzie pani­ko­wać?

- Ciii - uci­szy­łam Tię, przy­cią­ga­jąc ją bli­żej do sie­bie. - Wytłu­ma­czę ci przy innej oka­zji.

Prawda była taka, że Kaylę bar­dzo łatwo prze­stra­szyć. Żeby upo­rać się z para­li­żu­ją­cym stra­chem, jaki opa­no­wy­wał ją w obli­czu choćby nie­wiel­kiego zagro­że­nia, poszła nawet na tera­pię, ale nie przy­nio­sła ona spo­dzie­wa­nych rezul­ta­tów. Nie było powodu, żeby już teraz stre­so­wać ją per­spek­tywą spa­ce­rów po mrocz­nym lesie.

Rebeka zer­kała na nas, jakby dosko­nale wie­działa, o czym roz­ma­wiamy. Naj­wy­raź­niej Tia wspo­mniała jej już o skró­cie.

Z roz­my­ślań wyrwał mnie głos Andy'ego:

- Kur­sanci, po tym jak się roz­pa­ku­je­cie i zje­cie lunch, spo­tkamy się w pawi­lo­nie. Przy­dzielę wam zada­nia.

Zwra­ca­jąc się do nas, nie pod­no­sił wzroku znad swo­ich papie­rów.

- Ten gość będzie jak wrzód na tyłku - mruk­nęła Tia.

W myślach przy­zna­łam jej rację.

Razem z Kaylą poszły­śmy do naszej chatki, żeby się roz­pa­ko­wać. W maleń­kim poko­iku Kayla momen­tal­nie sta­nęła przed lustrem. Osobne pomiesz­cze­nie dawało nam mini­mum pry­wat­no­ści, a zara­zem pozwa­lało mieć na oku nasze pod­opieczne.

Mia­ły­śmy spać na łóżku pię­tro­wym. Do dys­po­zy­cji oddano nam też nie­dużą komodę. Drugi osobny pokoik przy­dzie­lono Corze, wykwa­li­fi­ko­wa­nej wycho­waw­czyni kolo­nij­nej.

Gra­fik uło­żono w taki spo­sób, aby­śmy mogły korzy­stać z wol­nych wie­czo­rów naprze­mien­nie z Corą. Dopil­no­wano, by dzie­ciaki ni­gdy nie zosta­wały same w chatce. Pamię­ta­łam, jak strasz­nie zazdro­ści­łam wycho­waw­com i kur­san­tom, ile­kroć przy­cho­dziła ich kolej na nocne posia­dówki przy ogni­sku. Teraz ten przy­wi­lej miał przy­paść w udziale mnie.

Ponie­waż Kayla bała się wyso­ko­ści, wybra­łam górną pry­czę w pię­tro­wym łóżku.

Wnę­trze domku wypeł­niała woń drewna i sosno­wych igieł. Nasze łóżko wyglą­dało na nowe, w prze­ci­wień­stwie do tych sto­ją­cych w sali dla dzieci, o ramach poma­za­nych mar­ke­rami. Poprzedni kolo­ni­ści zosta­wili na nich swoje imiona i zro­zu­miałe wyłącz­nie dla nich żar­ciki.

- Któ­rego wybie­rasz? - zagad­nęła Kayla.

Zna­łam ją na wylot. Dzięki temu od razu zro­zu­mia­łam, że cho­dzi jej o Jake'a i Olly'ego.

- Nie mar­nu­jesz czasu - zauwa­ży­łam.

Nie odry­wa­jąc wzroku od swo­jego odbi­cia w lustrze, unio­sła jedną nie­na­gan­nie wyre­gu­lo­waną brew i odrzu­ciła do tyłu blond włosy. Z opa­le­ni­zną z sola­rium, wiel­kimi błę­kit­nymi oczami, zmy­sło­wymi ustami i figurą seks­bomby Kayla robiła zabój­cze wra­że­nie. Byłam nie­mal pewna, że w porów­na­niu z nią w swoim mało efek­tow­nym ubra­niu wycho­wawcy będę wyglą­dała jak gim­na­zja­listka - drob­niutka, chu­dziutka i blada. Cała nadzieja w tek­sań­skim słońcu, które powinno przy­naj­mniej zapew­nić mi ładną opa­le­ni­znę.

- No to jak, kochana? - nie odpusz­czała Kayla. - Który ci się spodo­bał?

- Ty pierw­sza.

Wrzu­ci­łam do komody swoje rze­czy. Na niej posta­wi­łam opra­wione w ramkę zdję­cie rodzi­ców.

- No dobra. Wybie­ram Jake'a.

Jasne, nie mogło być ina­czej. Wysoki, błę­kit­no­oki i pło­wo­włosy Jake o postu­rze zawod­nika fut­bolu ame­ry­kań­skiego był zde­cy­do­wa­nie typem faceta, który mógł wpaść w oko mojej przy­ja­ciółce.

- Cóż za zasko­cze­nie! - sko­men­to­wa­łam sar­ka­stycz­nym tonem. - No to śmiało, do boju!

Kayla roz­pa­ko­wała już wszyst­kie swoje ciu­chy i sta­ran­nie je roz­wie­siła.

- Esme, to lato minie nam w mgnie­niu oka. Nie ma chwili do stra­ce­nia.

- Czy chcesz powie­dzieć, że któ­rejś nocy wymkniesz się ze mną do mia­sta?

- Mówisz poważ­nie? - upew­niła się, mru­żąc podejrz­li­wie oczy. - Obie wiemy, że kiedy wycho­dzisz nocą do lasu, nic dobrego z tego nie wynika.

- Tego lata będzie ina­czej - zapew­ni­łam, trą­ca­jąc ją łok­ciem w bok. - Zgódź się, mała, w lesie nie czai się nic strasz­nego.

Rozdział 2

2

Zerk­nę­łam na zega­rek, który nie­spiesz­nie odmie­rzał kolejną minutę. Lunch wlókł się nie­mi­ło­sier­nie.

Sie­dzia­łam pod sosną razem z Kaylą, Tią i Rebeką.

Kilka drzew dalej roz­sie­dli się Olly i Jake wraz z dwoma innymi kur­san­tami, Mar­cu­sem i Loren­zem. Spra­wiali wra­że­nie, jakby byli zain­te­re­so­wani przede wszyst­kim wła­snym towa­rzy­stwem, a spę­dza­nie czasu z dziew­czy­nami nie­zbyt ich pocią­gało. Podej­rze­wa­łam, że są od nas tro­chę starsi.

Byli­śmy tu dopiero od godziny, a wykwa­li­fi­ko­wani opie­ku­no­wie zdą­żyli już podzie­lić się na grupki.

Zaja­da­łam hot doga z ket­chu­pem z papie­ro­wego tale­rza i pra­żoną kuku­ry­dzę. Wystar­czył jeden kęs bułki, bym prze­nio­sła się w cza­sie i poczuła, jak­bym znowu miała osiem lat. Momen­tal­nie wró­ciły wspo­mnie­nia dłu­gich let­nich dni spę­dza­nych na kąpie­lach w jezio­rze. Kayla i ja były­śmy wtedy szczu­plut­kimi dziew­czyn­kami o wiecz­nie brud­nych kola­nach i potar­ga­nych wło­sach. W tam­tym cza­sie nie­mal codzien­nie na obo­zie obja­da­ły­śmy się hot dogami oraz maka­ro­nem zapie­ka­nym z serem.

Tamto let­nie obżar­stwo spra­wiało mi mnó­stwo przy­jem­no­ści. Teraz nie mogłam się docze­kać, aż doświad­czą go rów­nież moje obecne pod­opieczne.

- On cią­gle się na cie­bie gapi - stwier­dziła śpiew­nym tonem Tia.

- Co takiego?

- Olly. Udaje, że gada z kum­plami, ale tak naprawdę co trzy sekundy zerka w twoją stronę.

Cóż, uda­wa­nie, że nie inte­re­suje mnie ten wysoki, ciem­no­włosy przy­stoj­niak, raczej nie miało sensu. Jasne, żeby z nim poroz­ma­wiać, musia­ła­bym bez prze­rwy zadzie­rać głowę, ale tyczyło się to wła­ści­wie wszyst­kich osób.

- Tia, a co z tobą?

- Faceci mnie nie kręcą - wyznała, wzru­sza­jąc ramio­nami.

- Prze­cież dziew­czyn tu też nie bra­kuje.

- No więc jest taka jedna... - Policzki jej zapło­nęły. - Cora.

- W jakim jest wieku?

Tia wes­tchnęła ciężko.

- To tylko zauro­cze­nie. Wydaje mi się, że może mieć około dwu­dzie­stu lat. No i jest hetero.

Pokle­pa­łam ją lekko po ramie­niu, żeby dodać jej otu­chy.

- A ty masz sie­dem­na­ście, tak?

- Zga­dza się. Wszy­scy kur­sanci to szes­na­sto- albo sie­dem­na­sto­lat­ko­wie. Z wyjąt­kiem Lorenza, który ma osiem­na­ście.

- Nic się przed tobą nie ukryje. Od jak dawna tu jesteś?

- Przy­je­cha­łam dzi­siaj wcze­snym ran­kiem. Nie tracę czasu. - Postu­kała się pal­cem w skroń i dodała: - Wie­dza to siła.

- A może ty wcale nie nie chcesz być wycho­waw­czy­nią kolo­nijną, tylko agentką FBI?

Par­sk­nęła śmie­chem, sły­sząc tę uwagę.

- Dziew­czyno, trzy­maj się mnie.

- Zaga­dam do nich - oznaj­miła Kayla.

Wstała i, dzier­żąc swój talerz, ruszyła w stronę chło­pa­ków.

Andy, sie­dzący przy ogni­sku, odpro­wa­dził ją wzro­kiem. Miał zacięty wyraz twa­rzy, głowę prze­chy­lił na bok. Lito­ści, chyba nie wyobraża sobie, że będziemy trzy­mać face­tów na dystans. W końcu to obóz koedu­ka­cyjny.

Prze­cież nie będę przez całe lato uda­wać, że chłopcy nie ist­nieją.

- Idziemy? - zagad­nęła Tia.

Rebeka unio­sła głowę.

- Chcesz się do nich dosiąść? - spy­tała, otwie­ra­jąc oczy sze­roko ze zdzi­wie­nia.

- Jasne, chodźmy - zgo­dzi­łam się chęt­nie, wsta­jąc.

W jed­nej ręce trzy­ma­łam talerz, drugą poda­łam Rebece, żeby pomóc jej wstać.

- No dobra, skoro chce­cie, pójdę z wami. - Podała mi rękę i dźwi­gnę­łam ją z ziemi. Kiedy stała, prze­wyż­szała mnie o głowę. - Dzięki, Esme.

Razem z Tią i Rebeką przy­cup­nę­ły­śmy na dłu­giej ławce. Ja zaję­łam stra­te­giczne miej­sce obok Olly'ego. W końcu przy­glą­dał mi się wcze­śniej, a do tego był taki uro­czy. Mia­łam wra­że­nie, że jest nie­źle przy­pa­ko­wany. Pew­nie grał w fut­bol ame­ry­kań­ski.

- Hej! - rzu­ci­łam na powi­ta­nie.

- Ty jesteś Esme, prawda? - spy­tał z uśmie­chem.

- Mam czuć się zaszczy­cona, że zapa­mię­ta­łeś moje imię?

- W sumie to tak - przy­znał ze śmie­chem. - Raz zda­rzyło mi się zapo­mnieć imię mojej kuzynki.

- Jakim cudem?

- Cóż, mam w rodzi­nie aż czter­na­ścioro kuzy­nów. I więk­szość z nas mieszka przy jed­nej ulicy.

- Ja mam tylko pię­cioro. Skąd jesteś?

- Z Mis­so­uri - wyja­śnił. - A ty?

- Z Pen­syl­wa­nii. Dla­czego chcesz zostać opie­ku­nem kolo­nij­nym?

Olly ode­rwał koń­cówkę bułki hot doga i powie­dział:

- Kiedy mia­łem trzy­na­ście lat, rodzice wysłali mnie na kolo­nię. Wyda­wało mi się wtedy, że opie­ku­no­wie mają lepiej od dzie­cia­ków. Chcę spraw­dzić, czy fak­tycz­nie tak jest. A cie­bie co skło­niło do przy­jazdu tutaj?

Pomy­śla­łam o fol­de­rze rekla­mo­wym, zagrze­ba­nym wśród róż­nych rze­czy w komódce.

- W sumie to samo, co cie­bie.

Chło­pak skie­ro­wał spoj­rze­nie swo­ich obłęd­nie zie­lo­nych oczu ku krze­wom jeżyn. Podej­rze­wa­łam, że prę­dzej czy póź­niej będę nimi podra­pana. Oby­śmy tylko nie musieli prze­dzie­rać się przez tę gęstwinę pod­czas pla­no­wa­nej noc­nej eska­pady.

- Tobie też Tia opo­wie­działa już o skró­cie? - domy­śli­łam się.

Olly wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu.

- Zanim jesz­cze się przy­wi­tała.

W tej chwili dobiegł nas głos Andy'ego:

- No dobra, kończ­cie posi­łek i zabie­ramy się za porząd­ko­wa­nie pawi­lonu socjal­nego i sto­łówki. Dzie­ciaki zja­wią się poju­trze, do tego czasu mamy sporo roboty.

Olly nie poru­szył się. Zmie­rzył tylko kie­row­nika obozu nie­chęt­nym spoj­rze­niem.

- Powin­ni­śmy chyba... - zaczę­łam, pro­stu­jąc się.

- Esme - wszedł mi w słowo Olly. - Spo­koj­nie dokończ jedze­nie.

Przez chwilę wodzi­łam spoj­rze­niem mię­dzy oby­dwoma chło­pa­kami.

- Zna­łeś go przed przy­jaz­dem tutaj?

- Można tak powie­dzieć. Jeden z moich kuzy­nów go zna, byli razem na roku. Pozna­łem Andy'ego, kiedy koń­czyli stu­dia. Wspo­mniał wtedy o obo­zie. Kiedy dosta­łem pocztą bro­szurę o kur­sie na wycho­wawcę kolo­nij­nego, domy­śli­łem się, że to on mi ją wysłał.

- Chyba naprawdę lubi swoją robotę, co?

- O tak - roze­śmiał się Olly. - Spę­dza na pro­mo­wa­niu tego miej­sca z dzie­sięć godzin dzien­nie. Powin­naś zoba­czyć jego pro­file w mediach spo­łecz­no­ścio­wych. Ten gość nie pisze o niczym innym.

- Chyba wola­ła­bym tego unik­nąć.

Sku­pi­łam się na jedze­niu. Bra­wurki - to zna­czy Mary i Cata­lina - ocho­czo ruszyły za Andym. Nie­mal wpa­dały na sie­bie, tak bar­dzo im się spie­szyło.

Cie­kawe, czy nagrody prze­wi­dziano za bycie naj­lep­szym wycho­wawcą kolo­nij­nym, czy może naj­więk­szym lizu­sem? Cóż, w tej dru­giej kate­go­rii raczej nie mogłam liczyć na laury.

Kayla i ja wyrzu­ci­ły­śmy tale­rze do kubła na śmieci i razem z naszą nowo utwo­rzoną koedu­ka­cyjną grupą ruszy­ły­śmy do pawi­lonu. Jake i Olly oddzie­lili się od pozo­sta­łych face­tów i dołą­czyli do nas, czte­rech dziew­czyn. A my, rzecz jasna, nie mia­ły­śmy nic prze­ciwko.

W budynku powi­tała nas cała góra sprzętu tury­stycz­nego: namio­tów, kana­dy­jek, kaja­ków, akce­so­riów spor­to­wych, lin, kuche­nek i naczyń kem­pin­go­wych. Śmier­działo tu jak na sali gim­na­stycz­nej.

- No bez jaj, mamy spraw­dzić to wszystko? - ode­zwała się szep­tem Kayla, zwra­ca­jąc się do całej naszej grupy.

- Wła­ści­wie jakie mam kwa­li­fi­ka­cje, by stwier­dzić, że dany kajak nie prze­cieka? - mruk­nę­łam pod nosem.

Olly w odpo­wie­dzi zachi­cho­tał. Ja jed­nak mówi­łam cał­kiem poważ­nie.

Andy zło­żył przed sobą dło­nie i powie­dział:

- No dobrze, kur­sanci mogą zabrać się za roz­bi­ja­nie namio­tów i spraw­dza­nie, czy nie są uszko­dzone. Pro­szę o infor­ma­cję, jeśli cze­goś bra­kuje albo mate­riał jest porwany. Chciał­bym, żeby wycho­wawcy w tym cza­sie zajęli się testo­wa­niem pozo­sta­łego sprzętu tury­stycz­nego. Ja spraw­dzę akce­so­ria kuchenne.

Przed przy­stą­pie­niem do pracy dobra­li­śmy się w pary. Kayla oczy­wi­ście ruszyła pro­sto do Jake'a, moją parą został Olly. Nie żebym narze­kała - pod spoj­rze­niem jego obłęd­nych oczu w brzu­chu trze­po­tały mi motyle skrzy­dełka. Z uśmie­chem wzię­łam się za roz­sta­wia­nie pierw­szego namiotu. Pra­cu­jąc, pró­bo­wa­łam scho­wać twarz za swo­imi dłu­gimi wło­sami. Domy­śla­łam się, że policzki mam cegla­sto­czer­wone.

Pierw­szy namiot - pro­sty, czte­ro­oso­bowy model - udało nam się roz­ło­żyć bez naj­mniej­szego pro­blemu.

Obe­szli­śmy go wkoło, wypa­tru­jąc przedarć w mate­riale. Olly w tym celu zanur­ko­wał też do środka.

- Wszystko z nim w porządku - oświad­czy­łam na koniec.

- Na to wygląda - przy­znał, wysta­wia­jąc głowę z namiotu. - No to bierzmy się za następny, Esme.

Podo­bało mi się, jak moje imię brzmiało w jego ustach, wypo­wia­dane tym szorst­kim, męskim gło­sem.

Wylu­zuj, wariatko!

Czas mijał, a my haro­wa­li­śmy w pocie czoła. Mimo wszystko według mnie było tu faj­nie. Nie potra­fi­łam jed­nak prze­stać się stre­so­wać. Przez głowę prze­la­ty­wały mi różne myśli. Co, jeśli nie spraw­dzę się w roli opie­kunki? Co, jeśli moje pod­opieczne nie zapa­łają do mnie sym­pa­tią? Przede mną spore wyzwa­nie: mam słu­żyć im radą, dawać poczu­cie bez­pie­czeń­stwa, pod moją opieką powinny zdo­być nowe umie­jęt­no­ści, ale też wesoło spę­dzić czas.

Kiedy apli­ko­wa­łam na kurs, nie cho­dziło mi tylko o to, że tytuł wykwa­li­fi­ko­wa­nej opie­kunki kolo­nij­nej będzie dobrze wyglą­dał w CV. Zale­żało mi też na tym, żeby spraw­dzić się w tej roli. Uwiel­bia­łam to miej­sce. Nie­mal każdy aspekt Obozu nad Jezio­rem budził mój auten­tyczny zachwyt. Ten sie­lan­kowy obraz burzył tylko jeden szcze­gół, jedna noc rodem z hor­roru, któ­rej wspo­mnie­nie mro­ziło mi krew w żyłach.

Wie­czo­rem byli­śmy już gotowi na przy­jazd obo­zo­wi­czów. W każ­dym razie gotowy był obóz i sprzęt tury­styczny.

Haro­wa­li­śmy do upa­dłego, żeby zdą­żyć przed zmro­kiem. Pod koniec dnia byłam mokra od potu i lecia­łam z nóg. Ale ponie­waż uwi­nę­li­śmy się z wszyst­kimi obo­wiąz­kami, następny dzień miał upły­nąć pod zna­kiem dobrej zabawy. Ostatni łyk wol­no­ści przed przy­jaz­dem dzie­cia­ków, które potem miały już absor­bo­wać całą naszą uwagę.

Po wzię­ciu prysz­nica zebra­li­śmy się znów pod sosnami. Upał zelżał, zro­biło się rześko, na­dal jed­nak było na tyle cie­pło, że nie mar­z­łam w szor­tach i koszulce z krót­kim ręka­wem.

Kiedy Tia chwy­ciła mnie nagle za łokieć, drgnę­łam zasko­czona.

- Chodź na spa­cer - zapro­po­no­wała, odcią­ga­jąc mnie od grupy.

- Ale dokąd? - wydu­si­łam z sie­bie.

- Wokół jeziora.

Ani myślała cze­kać na moją zgodę, ale w sumie nie mia­łam jej tego za złe.

Kiedy w końcu puściła moją rękę, spy­ta­łam:

- Co ci strze­liło do głowy?

- Chcę się przejść.

- To aku­rat rozu­miem. Ale dla­czego?

Tia obej­rzała się przez ramię i rzu­ciła z uśmie­chem:

- Spraw­dzimy ten skrót. Podobno należy wejść pro­sto w las, tam znaj­dziemy wydep­taną ścieżkę. Powin­ny­śmy odcze­kać z tydzień, zanim się wymkniemy nocą.

Mówiła prze­ję­tym gło­sem, żywo gesty­ku­lu­jąc. Włosy miała zebrane w nie­dbały koczek.

- Niech Andy wyobraża sobie, że jeste­śmy grzecz­nymi kur­sant­kami, któ­rym nie w gło­wie łama­nie zasad - domy­śli­łam się.

- Otóż to.

- Co, jeśli ktoś nas nakryje?

- Pew­nie wpad­niemy w tara­paty. Ale nie wydaje mi się, żeby gro­ziło nam za to wyda­le­nie z obozu - stwier­dziła Tia.

Głę­boko ode­tchnę­łam.

- Mam taką nadzieję.

Moi rodzice by mi tego nie daro­wali.

- Nie martw się, Esme. Nikt nas nie przy­ła­pie.

Ale ryzyko było cał­kiem spore. Wystar­czyło prze­cież, że ktoś wyj­dzie z jed­nej z cha­tek i zoba­czy, jak zni­kamy w lesie i nie wra­camy przez kilka godzin. Z dru­giej strony, kto wie, może wszy­scy tutaj tak robili.

Ruszy­ły­śmy brze­giem jeziora. Miało owalny kształt. Z jed­nej strony towa­rzy­szył nam las, z dru­giej - woda. Było pięk­nie, tak spo­koj­nie.

Jesz­cze kilka dni i będziemy pły­wać. Na wypo­sa­że­niu obozu był nawet dmu­chany tor prze­szkód. Kiedy spę­dza­łam tu czas jako dziecko, jesz­cze nie było takich roz­ry­wek. Nie mogłam się docze­kać, aż wypró­bu­jemy tor na wodzie. Mie­wa­łam rywa­li­za­cyjne zapędy, zda­wa­łam sobie sprawę, że będę musiała na to uwa­żać pod­czas zabaw z dziećmi.

- Wybie­rasz się na stu­dia po waka­cjach? - zagad­nę­łam.

- Tak, do Nowego Jorku. Dla dziew­czyny z Ore­gonu to duża zmiana. Nie mogę się już docze­kać. A ty?

Ski­nę­łam głową.

- Ja też. Będę stu­dio­wać w Denver. Pocho­dzę z Pen­syl­wa­nii, dla­tego dla mnie to też będzie rewo­lu­cja. W Kolo­rado jest tak pięk­nie. Nie mogę się docze­kać, aż zoba­czę góry.

- Koniecz­nie musimy utrzy­mać kon­takt po tym, jak obóz się skoń­czy.

- No jasne - przy­tak­nę­łam ocho­czo. - To tutaj?

- Myślę, że tak.

Na szczę­ście ścieżka roz­po­czy­nała się zaraz za krze­wami jeżyn.

Szły­śmy dalej, okrą­ża­jąc jezioro. Nie było tu żad­nych latarni, ale księ­życ świe­cił wystar­cza­jąco jasno, byśmy widziały, gdzie sta­wiamy kroki. Tutaj, z dala od cha­tek i ogni­ska, powie­trze jesz­cze inten­syw­niej pach­niało sosnami. Wdy­cha­łam zachłan­nie tę woń.

Zapa­mię­ta­łam, że spa­cer wokół jeziora zaj­muje około dzie­się­ciu minut. A ponie­waż nie mia­łam już ośmiu lat, pew­nie nawet mniej.

- Zro­bimy to w przy­szłym tygo­dniu - oświad­czy­łam z eks­cy­ta­cją.

To lato zapo­wia­dało się naprawdę super.

Po powro­cie do obozu oka­zało się, że część kur­san­tów poszła nad jezioro, a pozo­stali zajęli się grą w karty.

- Nie ma mowy, nie wsko­czę teraz do wody - stwier­dziła kate­go­rycz­nie Tia. - Już bra­łam prysz­nic.

- Ja też nie mam ochoty na kąpiel - przy­zna­łam.

Dołą­czy­ły­śmy do Kayli, Rebeki, Jake'a i Olly'ego, któ­rzy w cia­snym kręgu sie­dzieli wokół ogni­ska.

- Może zagramy w Prawdę i kłam­stwo? - zapro­po­no­wała Tia. - Każde z nas zdra­dza na swój temat dwie rze­czy, ale tylko jedna z nich jest praw­dziwa. Pozo­stali muszą odgad­nąć, co jest kłam­stwem.

Rebeka weszła jej w słowo:

- Mam lep­szy pomysł. Znam zabawę, dzięki któ­rej wszy­scy dowiemy się na swój temat naprawdę dużo. Jest jed­nak pewien waru­nek: musimy być abso­lut­nie szcze­rzy i nie osą­dzać pozo­sta­łych.

Cóż, nie brzmiało to zbyt zachę­ca­jąco.

- Jestem za - oświad­czył Jake, zacie­ra­jąc ocho­czo ręce.

Brawo.

Popa­trzy­ły­śmy po sobie z Kaylą: o pew­nych spra­wach ni­gdy nikomu nie opo­wiemy.

- Śmiało, będzie faj­nie - zachę­cała Rebeka. Usia­dła pro­sto, przez co wyda­wała się jesz­cze wyż­sza. - Czę­sto gram w to z przy­ja­ciółmi. To nasz spo­sób, żeby otwo­rzyć się przed sobą.

- No dobrze - zgo­dzi­łam się po namy­śle.

W końcu nikt nie każe nam kła­mać. Po pro­stu nie powiemy wszyst­kiego.

Kayla popa­trzyła na mnie zasko­czona. W mgnie­niu oka całe jej ciało zesztyw­niało. Nie­po­trzeb­nie się stre­so­wała, prze­cież nie zamie­rza­łam zdra­dzić niczego naprawdę istot­nego. Pokrę­ci­łam dys­kret­nie głową, żeby ją uspo­koić.

- Ja zaczy­nam - stwier­dziła Rebeka. - Naj­bar­dziej boję się tego, że ni­gdy nie odnajdę szczę­ścia. Takiego praw­dzi­wego.

- Chcesz powie­dzieć, że ni­gdy dotąd nie byłaś szczę­śliwa? - zdu­mia­łam się.

Dziew­czyna potrzą­snęła smutno głową. Ze wzro­kiem wbi­tym w zie­mię powie­działa:

- Chyba po pro­stu tego nie potra­fię. Już od naj­młod­szych lat domy­śla­łam się, że coś jest ze mną nie w porządku.

To podobno miała być superza­bawa, a już zro­biło się śmier­tel­nie poważ­nie. Zasta­na­wia­łam się, na czym polega jej pro­blem. Ale ugry­złam się w język, bo oczy zaszkliły jej się od łez. Nie chcia­łam, by się roz­pła­kała.

Olly wydął usta, jakby poczuł się bar­dzo nie­swojo i nie wie­dział, co powie­dzieć. Jake, odchrząk­nąw­szy, spoj­rzał tęsk­nie ku jezioru, jakby marzył o kąpieli.

Prawdę mówiąc, mnie też zro­biło się dziw­nie.

- Jesz­cze będziesz szczę­śliwa, głowa do góry - ode­zwała się Tia, ści­ska­jąc kole­żankę lekko za ramię. A już w następ­nej chwili zaczęła opo­wia­dać o sobie. - Oto co mam wam do wyja­wie­nia: moi rodzice nie wie­dzą, że jestem les­bijką. - Ze śmie­chem dodała: - W sumie to jeste­ście pierw­szymi oso­bami, któ­rym powie­dzia­łam o swo­jej orien­ta­cji.

- Serio? - zdzi­wi­łam się.

- Mam nadzieję, że dzięki poby­towi tutaj odważę się powie­dzieć o tym w domu - dokoń­czyła Tia. - A jak jest z tobą, Esme?

Odchrząk­nę­łam.

Naj­bar­dziej boję się tego, że ktoś dowie się, co zro­bi­łam dzie­więć lat temu.

Rozdział 3

3

Obudzi­łam się z obo­la­łym kar­kiem. Moja pry­cza była w sumie cał­kiem wygodna, w prze­ci­wień­stwie do poduszki. Przez chwilę krę­ci­łam głową na boki, żeby roz­ru­szać kark, po czym kop­nię­ciem zrzu­ci­łam z sie­bie koc i zeszłam po dra­bince na dół.

Kayla jesz­cze spała. Nie chcia­łam jej budzić, więc wzię­łam ubra­nia i przy­bory toa­le­towe i poszłam do łazienki.

Kiedy wró­ci­łam do naszej chatki, ude­rzyły mnie dziwna cisza i spo­kój panu­jące tu ran­kiem. W głów­nym pokoju wszyst­kie pię­trowe łóżka były zaście­lone: sta­ran­nie roz­ło­żone prze­ście­ra­dła i koce cze­kały na przy­jazd dzie­cia­ków.

Tym­cza­sem Kayla dalej spała w naj­lep­sze. Potrzą­snę­łam głową z nie­do­wie­rza­niem, przy­glą­da­jąc się jej. Ta dziew­czyna mogła spać bez końca. Jak sama utrzy­my­wała, porządna dawka snu była jej nie­zbędna dla pięk­no­ści. Moim zda­niem wcale tego nie potrze­bo­wała, bo natura obda­rzyła ją urodą modelki. Z każ­dym zdję­ciem, jakie wrzu­cała na swój pro­fil na Insta­gra­mie, powięk­szało się grono obser­wu­ją­cych ją osób.

Pode­szłam do komody i otwo­rzy­łam szu­fladę. Wycią­gnę­łam z niej bro­szurę zachę­ca­jącą do odby­cia kursu na wycho­wawcę kolo­nij­nego. I Kayla, i ja dosta­ły­śmy ulotki kilka mie­sięcy temu. Przy­szły pocztą tego samego dnia. Uzna­ły­śmy wtedy, że roze­słano je do więk­szo­ści nie­gdy­siej­szych obo­zo­wi­czów. Prze­su­nę­łam pal­cami po lami­no­wa­nej okładce. Zdo­biło ją zdję­cie przed­sta­wia­jące jezioro o zacho­dzie słońca i dzieci ska­czące do wody z pomo­stu. W środku znaj­do­wało się sporo pod­sta­wo­wych infor­ma­cji na temat kursu: roz­kład zajęć, cena i korzy­ści dla uczest­ni­ków. Prze­kart­ko­wa­łam bro­szurę. Kiedy moje spoj­rze­nie padło na hasło umiesz­czone na tyl­nej stro­nie okładki, po ple­cach prze­biegł mi lodo­waty dreszcz.

PRZY­JEDŹ DO OBOZU NAD JEZIO­REM... JEŚLI TEGO NIE ZRO­BISZ, BĘDZIESZ ŻAŁO­WAĆ.

Kiedy pierw­szy raz zwró­ci­łam Kayli uwagę na to zda­nie, stwier­dziła, że to nic takiego, zwy­kłe kiczo­wate hasło rekla­mowe. Mimo to z jakie­goś powodu nie dawało mi ono spo­koju. Zanim zda­łam sobie sprawę, o co mi cho­dziło, Kayla już była zde­cy­do­wana, by wziąć udział w kur­sie. W końcu ja też zgo­dzi­łam się przy­je­chać, choć z zupeł­nie innego powodu. Mia­łam nie­ja­sne poczu­cie, że hasło na bro­szu­rze zawiera groźbę. Wyobra­ża­łam sobie, że jeśli nie wrócę do Obozu nad Jezio­rem, ścią­gnę sobie na głowę jakieś nie­szczę­ście. Może ktoś wyjawi nasz wspólny sekret z prze­szło­ści?

Ale kto wła­ści­wie mógłby to zro­bić? O tym, co wyda­rzyło się, kiedy Kayla i ja były­śmy tu ostat­nio, wie­działa tylko jedna osoba. Dziew­czyna z pobli­skiego mia­steczka, Lil­lian Camp­bell. Pamię­ta­łam, że była tro­chę... inna. Kayla uży­łaby raczej słowa "dzi­waczna". Byłam jed­nak prze­ko­nana, że Lil­lian rów­nież zale­żało na utrzy­ma­niu w tajem­nicy tego, co się wtedy stało. Ale czy na pewno?

Nie. Potrzą­snę­łam zde­cy­do­wa­nie głową, pró­bu­jąc uwol­nić się od tej myśli. Zaczy­na­łam wpa­dać w para­noję. Praw­do­po­dob­nie ponowny pobyt tutaj wpły­wał na mnie sil­niej, niż zakła­da­łam przed przy­jaz­dem.

Odło­ży­łam bro­szurę do szu­flady i wyszłam z chatki.

Piękno kra­jo­brazu zapie­rało dech w piersi. Nie­ska­zi­tel­nie błę­kitne niebo wcze­snego poranka, soczy­sta zie­leń sosno­wego lasu i spo­kojna tafla jeziora na środku.

Szybko zorien­to­wa­łam się, że nie tylko ja byłam ran­nym ptasz­kiem. Nie­opo­dal stali Rebeka, Andy i kil­koro opie­ku­nów, z któ­rymi nie mia­łam jesz­cze oka­zji poroz­ma­wiać. Zgro­ma­dzili się na brzegu jeziora, na plaży. Cicho zamknę­łam za sobą drzwi i zeszłam na traw­nik.

Poprzed­niego wie­czoru dowie­dzia­łam się kilku rze­czy na temat nowych zna­jo­mych: Tia bała się, że rodzice nie zaak­cep­tują jej orien­ta­cji sek­su­al­nej; Olly mar­twił się, że nie dorówna swoim odno­szą­cym suk­cesy kuzy­nom; w Jake'u naj­więk­szy strach budziła myśl, że nie zrobi kariery jako zawod­nik fut­bolu ame­ry­kań­skiego.

Ja ze swo­jej strony wyzna­łam, że boję się, iż przy­niosę roz­cza­ro­wa­nie moim rodzi­com. Zawsze wyda­wali mi się w każ­dym calu ide­alni, postę­po­wali tak, jak należy, i ocze­ki­wali ode mnie, że będę wobec nich bez­wa­run­kowo szczera. Z dru­giej strony sami prze­cież naopo­wia­dali mi kłamstw o świę­tym miko­łaju, Wróżce Zębuszce i zającu wiel­ka­noc­nym, ale to się chyba nie liczy.

Mojemu wyzna­niu w sumie nie można zarzu­cić, że było kłam­stwem. Myśl, że rodzice będą mną roz­cza­ro­wani, była dla mnie fak­tycz­nie nie­zno­śna. I wła­śnie dla­tego ni­gdy nie mogą dowie­dzieć się o tym, co zro­bi­łam. Nikt nie może poznać prawdy.

Naj­bar­dziej spodo­bało mi się, jak z sytu­acji wybrnęła Kayla. Wszy­scy dowie­dzieli się, że naj­więk­szą grozę budzi w niej myśl, że przed czter­dziestką będzie musiała zafun­do­wać sobie botoks. Ow­szem, per­spek­tywa ta na pewno spę­dzała jej sen z powiek, ale byłam pewna, że zarówno moja, jak i jej naj­więk­sza obawa doty­czy cze­goś innego.

Zsu­nę­łam oku­lary prze­ciw­sło­neczne z czoła na nos i ruszy­łam w stronę grupy.

- Hej! - rzu­ci­łam na powi­ta­nie.

- Cześć, Esme. Wcze­śnie wsta­łaś - odparła Rebeka, wyraź­nie ucie­szona, że poja­wił się kogoś, kogo już zna. Wstała z pia­sku i chwy­ciła mnie za rękę. - Masz ochotę na kawę?

Prawdę mówiąc, ludzie, któ­rzy nie potrze­bują kofe­iny, wzbu­dzali we mnie strach. Jak oni w ogóle są w sta­nie funk­cjo­no­wać?

Ski­nę­łam ocho­czo głową.

- No jasne. Szkoda, że w oko­licy nie ma Star­bucksa.

- Dobrze spa­łaś? - zain­te­re­so­wała się Rebeka.

- Nie­źle. Ale kark mam zesztyw­niały - przy­zna­łam, krę­cąc głową na boki.

- Ja tak samo. Śpię na dol­nej pry­czy i przez całą noc musia­łam słu­chać, jak Tia prze­wraca się z boku na bok na górze. Dzi­siaj w pla­nie jest pły­wa­nie w jezio­rze, prawda? Mam lekką tremę.

- Wszystko będzie dobrze. Jak znam życie, Andy każe nam wystroić się w kami­zelki ratun­kowe. Ale tak naprawdę to jezioro jest pły­ciut­kie. Można sta­nąć na dnie, a głowa i tak będzie wysta­wała z wody.

- Bli­żej środka jest głę­bina. Lepiej uwa­żaj.

Śro­dek jeziora był odgro­dzony. Kiedy spę­dza­ły­śmy tu waka­cje z Kaylą, krą­żyły na jego temat dziwne plotki i histo­rie o potwo­rach. Sły­sza­łam na przy­kład, że żyje tam rekin-hybryda. To, z czym był skrzy­żo­wany, plotki pomi­jały mil­cze­niem.

- Odwie­dza­łaś już wcze­śniej Obóz nad Jezio­rem? - spy­ta­łam.

- Nie - odparła, przy­gła­dza­jąc dło­nią swoje pro­ste włosy. - Ale w dzie­ciń­stwie czę­sto wyjeż­dża­łam na kolo­nie.

Może fakt, że była taka zde­ner­wo­wana, spro­wo­ko­wał mnie do więk­szej otwar­to­ści.

- Kiedy Kayla i ja były­śmy dziećmi, spę­dzi­ły­śmy tu lato. Nie­stety moich rodzi­ców nie było stać na posy­ła­nie mnie tutaj co roku.

Prawda była inna - nie mogłam wró­cić.

- Moim rodzi­com nie szkoda kasy, jeśli w ten spo­sób mogą mnie mieć z głowy na lato. - O rany. Wyglą­dało na to, że jej rodzice to nie­zwy­kle sym­pa­tyczni, kocha­jący ludzie.

- Skąd pomysł, żeby szko­lić się aku­rat tutaj na wycho­wawcę kolo­nij­nego?

- Chcia­łam spró­bo­wać cze­goś nowego. Jak tylko tra­fi­łam na infor­ma­cje o tym obo­zie i zoba­czy­łam zdję­cia jeziora, zachwy­ci­łam się nim. To miej­sce ma kli­mat takiego tra­dy­cyj­nego obozu let­niego, prawda? Mogłoby posłu­żyć jako plan fil­mowy.

Jasne, filmu, w któ­rym zamie­niasz się miej­scami z sio­strą-bliź­niaczką, o któ­rej ist­nie­niu nie mia­łaś dotąd poję­cia, albo w któ­rym ktoś cię mor­duje. Obie fabuły mocno nacią­gane, ale w sumie racja - to miej­sce świet­nie nada­wało się do filmu.

- Sły­sza­łam, że pocho­dzisz z Kan­sas - zmie­ni­łam temat.

- Tak. A ty?

- Przy­je­cha­łam z Lewis­burga w sta­nie Pen­syl­wa­nia. Kayla tak samo.

- Od dawna się przy­jaź­ni­cie?

- Znamy się od przed­szkola.

Uśmiech­nęła się, jed­nak jej spoj­rze­nie pozo­stało ponure.

- Tak bar­dzo chcia­ła­bym zna­leźć dobrą przy­ja­ciółkę.

Prze­cież sama wspo­mniała poprzed­niego dnia, że grała w tę dziwną grę z przy­ja­ciółmi.

- Nie masz nikogo takiego w rodzin­nej miej­sco­wo­ści?

- Tak naprawdę to nie. Jasne, mam kilka kole­ża­nek, ale nie zwie­rzamy się sobie.

Nie mogłam tego tak zosta­wić.

- Ale prze­cież twier­dzi­łaś, że zdra­dza­cie sobie sekrety pod­czas zabawy.

Weszły­śmy na sto­łówkę. Krę­ciło się tu już parę osób, zaja­da­ją­cych płatki śnia­da­niowe i owoce. Rebeka i ja ruszy­ły­śmy pro­sto po kawę.

- No dobra, będę z tobą szczera - powie­działa, wzdy­cha­jąc ciężko. - Jeśli cho­dzi o tę wczo­raj­szą grę, to wcale nie gram w nią z przy­ja­ciółmi. Za to robi tak moja kuzynka. Ona jest bar­dzo zżyta ze swo­imi przy­ja­ciół­kami. Opo­wia­dają sobie o swo­ich naj­bar­dziej skry­tych lękach. Spró­bo­wa­łam kie­dyś zagrać w tę grę z moimi kole­żan­kami. Mia­łam nadzieję, że to nas zbliży do sie­bie.

- I co się stało?

- To nie były wła­ściwe part­nerki do takiej gry. Nie były­śmy wystar­cza­jąco zżyte. Potem nasze rela­cje jesz­cze się roz­luź­niły. Ale ponie­waż znamy teraz swoje sekrety, na­dal robimy dobrą minę do złej gry. Uda­jemy ser­decz­ność, roz­ma­wiamy ze sobą o pogo­dzie i narze­kamy na szkołę. A ja tak naprawdę lubię szkołę.

Nala­łam kawy do dwóch kub­ków.

- To dla­czego wczo­raj zagra­łaś z nami?

- Sama nie wiem - wzru­szyła ramio­nami. - Wyda­wało mi się, że dobrze się rozu­miemy, że sta­no­wimy taką małą zgraną paczkę sze­ściu osób. To coś, czego ni­gdy dotąd nie zna­łam. Z moimi "przy­ja­ciół­kami" z liceum łączyło mnie tylko jedno: wszyst­kie ucie­ka­ły­śmy przed tą samą osobą, która nie dawała nam żyć w szkole.

- Przy­kro mi.

Nade mną nikt nie pastwił się w liceum. Wie­dzia­łam jed­nak, że dla ofiar to musi być trau­ma­ty­zu­jące doświad­cze­nie. Takie osoby ni­gdy nie są w sta­nie uwol­nić się od ludzi, któ­rzy zamie­niają ich życie w pie­kło. Nawet w domu nie mogą czuć się bez­pieczne, a wszystko przez media spo­łecz­no­ściowe. Samot­ność jest straszna. Nie mogłam sobie nawet wyobra­zić, co czuje osoba, któ­rej doku­cza samot­ność, a ona dodat­kowo wie, że inni jej nie­na­wi­dzą.

- Teraz masz nas - powie­dzia­łam, poda­jąc Rebece kawę. - A nie­długo wyje­dziesz na stu­dia.

- Dzięki. Mam nadzieję, że w col­lege'u panują inne zasady.

Cóż, jeśli mogłam wnio­sko­wać na pod­sta­wie tego, co opo­wia­dała moja mama o kli­ma­cie panu­ją­cym w jej biu­rze, świat doro­słych nie­wiele róż­nił się od liceum. Ale oczy­wi­ście nie podzie­li­łam się tym spo­strze­że­niem z Rebeką.

Kayla i ja nie nale­ża­ły­śmy do grupki naj­bar­dziej lubia­nych uczen­nic w liceum. To zna­czy Kayla mogłaby z łatwo­ścią się do niej wkrę­cić, ale trzy­mała się mnie. Znaj­do­wa­ły­śmy się w takiej stre­fie pośred­niej. I było to dla mnie opty­malne roz­wią­za­nie. W prze­ci­wień­stwie do bar­dziej prze­bo­jo­wych uczen­nic, nie musia­ły­śmy bez prze­rwy uda­wać. Z dru­giej strony oszczę­dzono nam cią­głego stra­chu, na który ska­zane były naj­mniej popu­larne osoby.

Rebeka i ja wzię­ły­śmy coś do jedze­nia i usia­dły­śmy przy sto­liku. Napi­łam się kawy i zanu­rzy­łam łyżkę w płat­kach śnia­da­nio­wych.

W pew­nym momen­cie nad ramie­niem Rebeki zauwa­ży­łam, jak do sali wcho­dzi Olly. W szor­tach w kolo­rze khaki i bia­łym T-shir­cie pre­zen­to­wał się świet­nie. Omiótł wzro­kiem pomiesz­cze­nie. Kiedy spoj­rze­nie jego błę­kit­no­zie­lo­nych oczu padło na mnie, moje ciało prze­szył roz­koszny dreszcz.

- Olly przy­szedł - powie­dzia­łam, kiedy chło­pak ruszył do naszego sto­lika.

Rebeka zer­k­nęła szybko w jego stronę, po czym prze­nio­sła spoj­rze­nie na mnie.

- Spodo­ba­łaś mu się - stwier­dziła śpiew­nym tonem.

W odpo­wie­dzi spoj­rza­łam na nią zna­cząco. Ponie­waż Olly był już bli­sko, kaza­łam jej się uci­szyć.

- Hej - rzu­cił, sia­da­jąc obok mnie. - Jak tam?

- W porządku - odpo­wie­dzia­ły­śmy obie jed­no­cze­śnie.

- A jak kawa? - spy­tał z uśmie­chem.

- Może być - odpar­łam.

- Do tej ze Star­bucksa tro­chę jej bra­kuje. Co nie, Esme? - zagad­nęła Rebeka.

- Nie przy­po­mi­naj mi o tym - jęk­nę­łam. - Mogła­bym zabić za wani­liowe latte.

- Aż zabić? - powtó­rzył Olly, uno­sząc brwi. - To chyba lekka prze­sada, nie sądzisz?

- Nie.

Rebeka przy­pa­try­wała nam się w mil­cze­niu, zaja­da­jąc banana, jakby podzi­wiała wystę­pu­ją­cych na sce­nie akto­rów.

- Podobno mamy dzi­siaj wolne - ode­zwał się Olly. - Jeśli nie liczyć tym razem już defi­ni­tyw­nie osta­tecz­nego spraw­dza­nia sprzętu. Zjem coś i się zbie­ramy, dobra?

- Pew­nie - odpar­łam.

Kiedy Olly poszedł po płatki, Rebeka posłała mi iro­niczny uśmie­szek.

- Ani słowa - ostrze­głam.

Byłam pewna, że spie­kłam raka.

Dziew­czyna wrzu­ciła skórkę od banana do pustej miski po płat­kach.

- Spraw­dzę, czy Tia już wstała. Spo­tkamy się na pomo­ście?

Dosko­nale rozu­mia­łam, jakie inten­cje jej przy­świe­cały.

- Rebeka!

- Pysz­nego śnia­danka - dodała ze śmie­chem.

Ucie­kła aku­rat w momen­cie, gdy Olly wró­cił do sto­lika z płat­kami i kawą.

- A ta dokąd leci? - spy­tał, sia­da­jąc.

- Poszu­kać Tii.

A tak naprawdę chciała zosta­wić nas we dwoje przy sto­liku. Ale wła­ści­wie po co? Co jej zda­niem może wyda­rzyć się mię­dzy nami przy śnia­da­niu? Olly mnie poca­łuje? Wyzna mi miłość od pierw­szego wej­rze­nia? Mało praw­do­po­dobne. Taka miłość to tylko bajeczka dla naiw­nych.

- Wiesz, jakie mamy zada­nia na dzi­siaj? - zagad­nę­łam.

- Chyba na razie nie przy­dzie­lili nam obo­wiąz­ków. Andy zasu­ge­ro­wał, że możemy popły­wać w jezio­rze, poszwen­dać się po tere­nie obozu i lesie, jeśli mamy na to ochotę. Cho­dziło o to, żeby­śmy zazna­jo­mili się z tym miej­scem przed przy­jaz­dem dzie­ciarni.

Łącz­nie było tu sie­dem cha­tek. Jakoś nie chciało mi się wie­rzyć, żeby można było się tu zgu­bić.

- Super. Zamie­rzam przez cały dzień leniu­cho­wać, bo potem może być kru­cho z wol­nym cza­sem.

- Racja. Co pora­bia­ły­ście z Rebeką, zanim dołą­czy­łem?

- Nie­wiele. Nie­dawno wsta­łam. To bar­dzo sym­pa­tyczna dziew­czyna.

Sym­pa­tyczna, ale było w niej coś jesz­cze, czego nie potra­fi­łam nazwać. Jej nie­śmia­łość i chęć spra­wia­nia innym przy­jem­no­ści powo­do­wały, że trudno było ją roz­gryźć.

Rozdział 4

4

Ze zdu­mie­nia wytrzesz­cza­łam oczy.

Nie sądzi­łam, że będzie ich aż tylu.

Nad­szedł dzień, gdy mie­li­śmy powi­tać naszych pod­opiecz­nych. Pięć­dzie­się­cioro sze­ścioro. Choć mia­łam świa­do­mość, jak liczny będzie tur­nus, to kiedy zoba­czy­łam dzie­ciaki zebrane w jed­nym miej­scu, mia­łam wra­że­nie, jakby przy­było ich znacz­nie wię­cej.

Włosy upię­łam sobie na czubku głowy. Wyraź­nie czu­łam zapach kremu z fil­trem 50, któ­rym się wysma­ro­wa­łam.

Byłam pod­eks­cy­to­wana, ale też stre­mo­wana. Nagle, jak grom z jasnego nieba, spa­dła na mnie myśl, że od tej chwili przez sześć kolej­nych tygo­dni będę odpo­wie­dzialna za utrzy­ma­nie przy życiu wszyst­kich tych malu­chów. Ze zde­ner­wo­wa­nia poczu­łam ucisk w klatce pier­sio­wej.

Co, jeśli któ­ryś z moich pod­opiecz­nych zgubi się pod­czas spa­ceru? Co, jeśli ktoś uto­nie?

Nagle wszę­dzie zaro­iło się od dzieci. Ści­skały na do widze­nia swo­ich rodzi­ców i pro­wa­dziły rado­sne roz­mowy z nowymi kole­gami i kole­żan­kami. W całym tym zamie­sza­niu uwi­jał się Andy ze swoją nie­od­łączną pod­kładką do kar­tek. Gorącz­kowo odha­czał kolejne dzie­ciaki na liście obec­no­ści i instru­ował, do któ­rego domku mają zanieść swoje rze­czy. Naj­wy­raź­niej nie ufał nikomu z nas na tyle, by powie­rzyć nam to zada­nie. Powoli zaczy­na­łam się domy­ślać, że nasz szef ma manię kon­tro­lo­wa­nia wszyst­kiego.

W obo­zie zapa­no­wała atmos­fera pod­nie­ce­nia.

Na widok mojej spa­ni­ko­wa­nej miny Kayla spy­tała:

- A czego się spo­dzie­wa­łaś?

- Sama nie wiem.

Sta­nęła przede mną i mocno mnie przy­tu­liła.

- Wszystko będzie dobrze - powie­działa ze śmie­chem. - Będziemy się opie­ko­wać nie­wiel­kimi gru­pami. A poza tym przez cały czas poma­gać nam będzie wykwa­li­fi­ko­wany wycho­wawca.

W tej chwili pod­szedł do nas Olly.

- Wyglą­dasz, jak­byś miała zemdleć - zauwa­żył. - Czyżby oble­ciał cię strach? A może zaszko­dziły ci wczo­raj­sze przy­smaki Andy'ego?

- Nic mi nie jest. Po pro­stu dopa­dła mnie trema, ale już mi lepiej. Nie pozwolę, żeby któ­ry­kol­wiek dzie­ciak mi się zgu­bił.

- To dobrze - kiw­nął głową Olly.

Pod­czas gdy obo­zo­wi­cze roz­cho­dzili się po chat­kach i żegnali z rodzi­cami, część opie­ku­nów cze­kała na zewnątrz, a pozo­stali weszli do dom­ków, żeby pomóc dzie­ciom. Cho­dziło o stwo­rze­nie wra­że­nia, że jest nas tu dużo - zarówno kur­san­tów, jak i wykwa­li­fi­ko­wa­nych wycho­waw­ców. Rodzice tych dzie­cia­ków nam ufali.

Poszu­ka­łam spoj­rze­niem skrótu przez las. Czy nasz zamiar, by dać nogę pod osłoną nocy, świad­czył o braku odpo­wie­dzial­no­ści? W końcu oprócz dyżu­rów mie­li­śmy też wolne wie­czory.

Prze­stań wszystko kom­pli­ko­wać!

Zwró­ci­łam uwagę na małą dziew­czynkę, ośmio-, może dzie­wię­cio­latkę, która tuliła się do mamy. Duże zie­lone oczy miała lśniące od łez. Kobieta pró­bo­wała dodać dziecku otu­chy, powta­rza­jąc, że na pewno będzie się świet­nie bawić.

Wielu rodzi­ców zbie­rało się do odjazdu albo już to zro­biło.

Na pocz­tów­kowo błę­kit­nym nie­bie pra­żyło słońce. Trudno wyma­rzyć sobie lep­szy dzień na począ­tek obozu let­niego. Wszystko zda­wało się roz­świe­tlone i zachę­ca­jące.

- Dzień dobry - ode­zwa­łam się, pod­cho­dząc do zapła­ka­nej dziew­czynki i jej mamy. - Mam na imię Esme.

Kobieta spoj­rzała na mnie.

- Witaj, Esme. Andy wła­śnie wspo­mniał, że jako kur­santka będziesz opie­ko­wać się Isa­bel.

Uśmiech­nę­łam się w odpo­wie­dzi. Chcia­łam wydać się miła i roz­pro­szyć obawy tej małej.

- Cześć, Isa­bel. To mój pierw­szy raz w roli opie­kunki kolo­nij­nej. Głowa do góry, ja też tu jestem nowa - doda­łam. Dziew­czynka poszu­kała mojego spoj­rze­nia, jed­nak na­dal kur­czowo trzy­mała się mami­nej koszulki. - To będzie cudowne lato, masz moje słowo. Pamię­taj, że kiedy tylko zechcesz, możesz napi­sać do mamy. Dla­tego teraz tak naprawdę nie żegna­cie się, tylko mówi­cie sobie "do zoba­cze­nia". Pój­dziesz ze mną?

Isa­bel zaci­snęła usta. Było jasne, że nie wie, co o tym myśleć.

- Plan jest taki: naj­pierw poba­wimy się w gry zapo­znaw­cze, a potem roz­pa­limy ogni­sko i upie­czemy coś pysz­nego na powi­talny posi­łek. Jeśli wolisz, możesz mi tylko poma­gać, a do zabawy dołą­czysz, gdy będziesz mieć na to ochotę.

- Śmiało, Isa­bel - zachę­ciła kobieta. - Wszystko będzie dobrze, kocha­nie.

- Te drzewa są straszne - poskar­żyła się dziew­czynka.

Potrzą­snę­łam zde­cy­do­wa­nie głową.

- W lesie nie ma nic strasz­nego, możesz mi wie­rzyć.

- No dobrze.

Dziew­czynka puściła rękę mamy i dała jej ostat­niego buziaka w poli­czek.

Kiedy kobieta ode­szła, zapro­po­no­wa­łam:

- Sprawdźmy, co pora­biają pozo­stałe dziew­czynki z naszej grupy. Nazy­wają się Maisie, Addi­son i Audrey.

- A wiesz, gdzie są?

- Jesz­cze nie, ale zaraz się dowiemy. Wszyst­kie należą do Dru­żyny E.

Minę­ły­śmy Andy'ego, który wyrzu­cał z sie­bie nie­prze­rwany stru­mień pole­ceń: wyczy­ty­wał dzieci po nazwi­sku i infor­mo­wał je, do któ­rych wycho­waw­ców powinny się zgło­sić.

Szybko odna­la­złam trzy pozo­stałe dziew­czynki i dołą­czy­łam do Kayli i jej pod­opiecz­nych.

Wokół nas dosłow­nie roiło się od dzie­cia­ków. Mia­łam nadzieję, że uda mi się spa­mię­tać imiona ich wszyst­kich. Albo przy­naj­mniej tych, z któ­rymi będę spę­dzać naj­wię­cej czasu.

Otar­łam pot z czoła. Na dzie­cia­kach, jak się zda­wało, ten nie­ludzki skwar nie robił żad­nego wra­że­nia.

Kom­plet­nie nie rozu­mia­łam, dla­czego Andy uparł się, żeby w tym upale roz­pa­lić ogni­sko.

Odna­la­złam spoj­rze­niem sto­jącą nie­opo­dal Tię. Bujała się na pię­tach i szcze­rzyła zęby w uśmie­chu do swo­ich pod­opiecz­nych, jakby pla­no­wała spro­wa­dzić ich wszyst­kich na złą drogę. Oczy­wi­ście wie­dzia­łam, że tego nie zrobi. Cho­ciaż nie, wcale nie byłam tego taka pewna. Tuż obok niej stała prze­ra­żona Rebeka, zer­ka­jąca co chwilę na jedną z odda­nych jej pod opiekę dziew­czy­nek: w peł­nym maki­jażu, z poły­sku­ją­cymi pro­stymi wło­sami i w butach na wyso­kim obca­sie. Naj­wy­raź­niej Rebece tra­fiła się mała miss, kró­lowa pięk­no­ści. Cóż, już wkrótce czeka ją zamiana szpi­lek na teni­sówki.

Zro­biło mi się żal Rebeki. Z przy­kro­ścią patrzy­łam, jak wiel­kim prze­ra­że­niem napa­wała ją dziew­czynka młod­sza od niej o dzie­sięć lat. Być może koja­rzyła jej się z prze­śla­dow­czy­nią ze szkoły, ale to byłoby nie­spra­wie­dliwe. W końcu to, że pod­opieczna Rebeki z wyglądu przy­po­mi­nała ste­reo­ty­pową szkolną gwiazdę, wcale nie musiało ozna­czać, że lubiła pastwić się nad słab­szymi. Kayla na przy­kład wcale taka nie była.

Roz­dzie­li­li­śmy się: Kayla i ja zosta­ły­śmy z grupą Cory. Trzy osoby doro­słe i dwa­na­ście dziew­czy­nek. Olly i jego grupa wybrali się nad jezioro, a my zatrzy­ma­ły­śmy się nie­da­leko kortu teni­so­wego, żeby poba­wić się w gry zapo­znaw­cze.

Cora weszła w rolę prze­wod­niczki stada, a ja i Kayla trzy­ma­ły­śmy się z boku. Wytłu­ma­czyła dzie­ciom, co będziemy teraz robić: zagramy w zapo­znaw­czego tenisa. Pole­gało to na tym, że osoba ude­rza­jąca piłkę rakietą musiała gło­śno powie­dzieć coś o sobie, na przy­kład dokąd naj­bar­dziej lubi jeź­dzić na waka­cje, jakie jest jej ulu­bione zwie­rzę, kolor, potrawa, przed­miot w szkole czy cele­bryta.

Kiedy ja byłam tu na obo­zie, gra­li­śmy dokład­nie w tę samą grę.

Dziew­czynki chęt­nie dobrały się w pary i wzięły rakiety. Razem z Kaylą sta­nę­ły­śmy za linią boczną boiska. Przy każ­dym ude­rze­niu piłki dziew­czynki zdra­dzały coś na swój temat. Wkrótce w par­nym powie­trzu roz­le­gały się rado­sne śmie­chy. O dziwo, na­dal żad­nej z naszych pod­opiecz­nych nie prze­szka­dzał ten straszny upał.

- Są takie uro­cze - zachwy­cała się Kayla.

- Pamię­tasz, jak to było z nami? Kilka pierw­szych godzin prze­pła­ka­łaś, bo tęsk­ni­łaś za mamą. A potem przez resztę tur­nusu ani razu do niej nie napi­sa­łaś.

- Ale prze­cież ona pisała do mnie. I to cią­gle!

- Bo jest twoją mamą.

- Za to ty byłaś takim sło­dzia­kiem - przy­po­mniała sobie Kayla. - Byłaś naj­mniej­szą dziew­czynką w całej gru­pie. Z wiel­kimi oczami, rów­nie zie­lo­nymi jak liście na drze­wach. Przy­glą­da­łaś się wszyst­kiemu, jak­byś ni­gdy wcze­śniej nie widziała jeziora ani lasu.

- To prawda, pod­czas pierw­szego pobytu tutaj rzadko wycho­dzi­łam z chatki. Ale kiedy wró­ci­ły­śmy rok póź­niej, poszło mi znacz­nie lepiej.

Ale do tego dru­giego pobytu żadna z nas raczej nie chciała wra­cać pamię­cią.

- Co racja, to racja - roze­śmiała się Kayla. - Taka jestem pod­eks­cy­to­wana, kiedy pomy­ślę, co czeka te dziew­czynki. Spójrz, one już zawie­rają pierw­sze zna­jo­mo­ści.

- Zupeł­nie jak ty - zauwa­ży­łam, uno­sząc brew.

- Cho­dzi ci o Jake'a?

Przy­tak­nę­łam, szcze­rząc zęby w uśmie­chu.

- Przy­stoj­niak z niego - przy­znała przy­ja­ciółka. Zer­k­nąw­szy na mnie, dodała: - Ale Olly'emu też niczego nie bra­kuje.

- Nawet nie zaczy­naj.

Po godzi­nie Andy zarzą­dził koniec gier zapo­znaw­czych. W tym cza­sie więk­szość dzie­cia­ków zdą­żyła przy­naj­mniej raz wymie­nić się part­ne­rami i poznać nowe osoby. Reszta popo­łu­dnia upły­nęła na plu­ska­niu się w jezio­rze, pie­cze­niu kra­ker­sów z pian­kami na ogni­sku i snu­ciu strasz­nych opo­wie­ści o zabój­cach cza­ją­cych się w lesie.

Tak naprawdę w lesie nie kryli się żadni mor­dercy, ale mimo to okła­ma­łam Isa­bel, kiedy wspo­mnia­łam, że jest cał­kiem bez­pieczny. Miał bowiem swoją mroczną histo­rię.