Mroczne dziedzictwo. Mroczne umysły. Tom 4 - Alexandra Bracken

Kup ebooka

47.00 zł
38.07 zł (37,40 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PROLOG

Krew za nic nie chciała się zmyć.

Czerwona, czerwona czerwień ściekała mi po dłoniach. Płynęła siniakami widocznymi na nadgarstkach i strupami na wysokości kostek. Woda lejąca się z kranu, wystarczająco gorąca, by zaparować lustro, powinna nadać jej odcień bladego różu, a potem po prostu ją zmyć. Tyle że... krew jakby nie chciała przestać ciec. Zasklepione rany na mojej skórze znów stały się świeże, przechodząc od zardzewiałego brązu do obrzydliwego szkarłatu. Wężowate linie czerwieni spływały po umywalce, a na jej dnie z najwyższym trudem połykał je odpływ.

Ciemność ciasnego pokoju osaczyła mnie i ograniczyła pole widzenia. Skupiłam wzrok na kroplach zaschniętej krwi, pokrywających porcelanę niczym samotne liście herbaty.

Pośpiesz się, rozkazałam sobie. Musisz odbyć tę rozmowę. Musisz zdobyć telefon.

Kolana ugięły się pode mną i świat przekręcił się ostro w dół. Pochyliłam się do przodu, a raczej wpadłam na krawędź umywalki, łapiąc dłońmi jej gładki zręb. Silikon, który przytrzymywał ją przy ścianie, popękał pod moim ciężarem, skrzypiąc ostrzegawczo.

Pośpiesz się, pośpiesz się, pośpiesz...

Po kolei szorowałam miejsca na bluzce, w których zaschła krew. Starałam się nie zakrztusić wymiocinami, które podchodziły mi do gardła.

Rury dudniły w ścianach, łomot stawał się coraz szybszy i głośniejszy, aż w końcu pożegnalny strumień wywołał wibracje umywalki.

Cholera! Rozejrzałam się dookoła w poszukiwaniu czegoś, czym mogłabym zatrzymać resztki gorącej wody.

- Nie, nie, nie. Błagam!

Głupie systemy limitujące czystą wodę, niepozwalające jej marnować. Chciałam się umyć. Ten jeden jedyny raz chciałam, żeby nagięły dla mnie zasady. Czułam krew na języku, zębach i w gardle. Każde przełknięcie sprawiało, że metaliczny posmak wnikał do wewnątrz mojego ciała. Musiałam się z tego oczyścić.

Z ostatnim tępym uderzeniem rur woda prysnęła i zaczęła kapać wąskim ciurkiem. Sięgnęłam po motelowy ręczniczek, sztywny od zbyt częstego wybielania, i wsunęłam go pod kran, by wchłonął te marne krople.

Zacisnęłam obolałą szczękę i ostrożnie pochyliłam się do przodu, opierając biodro o umywalkę. Po wytarciu pary przysłaniającej lustro użyłam wilgotnego ręcznika, by obmyć strup na dolnej wardze. Rozcięta, mocno spuchła.

Skorupy brudu i krwi pod połamanymi paznokciami przypominały o sobie przy najmniejszym nacisku. Skupiłam wzrok na ciemnoczerwonych półksiężycach prześwitujących przez odpryskujący lakier. Nie potrafiłam odwrócić oczu.

Przynajmniej dopóki kępka włosów nie plasnęła o dno umywalki.

Tania świetlówka brzęczała, świecąc niebezpiecznie jasno. Podsycała niepokojące trzaski uwięzione w mojej głowie. Nie rozumiałam, co mam przed sobą. Mały, poszarpany kawałek ciała. Kilka kosmyków wijących się na mokrej porcelanie.

Nie były to jednak długie czarne włosy.

Blond. Krótkie.

A więc cudze.

Otworzyłam usta, ale szloch, wręcz krzyk, uwiązł mi w gardle. Cała dygotałam, gorączkowo odkręcając i zakręcając kran, próbując zmyć z siebie wspomnienia tej tragedii.

- O mój Boże, o mój Boże...

Wrzuciłam mokry ręcznik do pustej umywalki, podbiegłam w stronę toalety i osunęłam się na kolana. Choć buzowało mi w brzuchu, nie byłam w stanie zwymiotować - nie jadłam od wielu dni.

Usiadłam na chłodnych kafelkach, podwinęłam nogi pod siebie i uniosłam trzęsące się ręce, by przeczesać włosy. Szarpałam każdy lepki kołtun.

To nie pomagało. Potrzebowałam... Podniosłam się z ziemi i sięgnęłam po ręcznik, który zostawiłam w umywalce. Szorowałam nim włosy, choć łazienka wirowała dookoła mnie.

Kiedy zamknęłam oczy, zobaczyłam tamto miejsce oraz kolejną płonącą falę światła i ciepła. Wyciągnęłam rękę i chwyciłam pusty wieszak na ręczniki, by utrzymać się w pionie.

Gdy dotknęłam cienkiego metalu, ostra wiązka ładunku elektrostatycznego przeszyła moje ramię, stawiając na sztorc każdy włos. Nim dotarła do karku, u podstawy czaszki zebrała się fala mocy. Za zamkniętymi powiekami ponownie zamigotało palące się w łazience światło i zrozumiałam, że powinnam odpuścić.

Ale nie zrobiłam tego.

Pociągnęłam za srebrną nić w umyśle, przeciągając ją przez tysiące jasnych, iskrzących się połączeń nerwowych. Niebieskobiałe ciepło, niczym serce płomienia, wypaliło mroczne myśli z mojej głowy. Przylgnęłam do znajomego uczucia, które przemknęło przeze mnie niczym niepowstrzymana błyskawica. Ukryte wewnątrz ścian przewody elektryczne zabrzęczały potwierdzająco.

Mogę to kontrolować, pomyślałam. Cokolwiek się stało, nie powinnam czuć się winna.

Zapach tlącej się płyty gipsowo-kartonowej zmusił mnie do puszczenia wieszaka. Przycisnęłam dłoń do wypalonych śladów widocznych na obskurnej tapecie w kwiaty, przekierowałam moc z przewodów i schłodziłam izolację, by przypadkiem się nie zapaliła. Niesłyszalny szmer telewizora ucichł, żeby sekundę później odezwać się ponownie.

Mogę to kontrolować. W tamtej strasznej chwili nie byłam przerażona ani nawet zła. Nie straciłam kontroli nad sobą.

To nie była moja wina.

- Suzume?

W ciągu tych kilku dni, które spędziłam z Romanem, jego cichy, spokojny głos załamał się tylko kilka razy - w gniewie, w trosce, w ostrzeżeniu. Teraz jednak usłyszałam w nim coś, czego nie rozpoznałam. Jakby po raz pierwszy z niepokojem wypowiedział moje imię.

- Musisz to zobaczyć! - zawołał. - Szybko!

Ściągnęłam zniszczoną bluzkę i wyrzuciłam do kosza na śmieci, a następnie po raz ostatni wytarłam twarz brudnym ręcznikiem. Ten również wyrzuciłam.

Niezniszczony, czysty podkoszulek nie ochronił mnie przed wilgotnym chłodem klimatyzatora zainstalowanego w motelowym pokoju. Na połamanych obcasach pokuśtykałam do Romana. Czułam, jak rozdarcie na tylnym szwie spódnicy powiększa się z każdym krokiem. Nie miałam czasu się przebrać i poszukać czegoś bardziej dopasowanego do czekającej nas podróży. W pewnym sensie wyglądałam tak koszmarnie, jak się czułam.

- O co chodzi? - wykrztusiłam.

Roman stał przed telewizorem, jego ciemne włosy opadały na czoło. Przyjął swoją zwykłą pozę: dłoń zaciśnięta w pięść, knykcie przy ustach, brwi ściągnięte w zamyśleniu. Widok tego chłopaka opracowującego jakiś plan podziałał na mnie uspokajająco. Ot, jedna niezmienna rzecz w całym tym chaosie.

Nie odpowiedział na moje pytanie. Priyanka również się nie odezwała. Siedziała na łóżku i wpatrywała się w ekran telewizora. Ściągnęła poszewkę z poduszki i próbowała za jej pomocą zatamować krew cieknącą z rozcięcia nad lewym okiem. Rękawy żółtej jedwabnej sukienki miała poszarpane, a materiał przesiąknięty potem, krwią i czymś, co pewnie było benzyną. Gwiazdka wytatuowana na jej brązowej skórze wydawała się zaskakująco ciemna. Obserwując migoczący ekran, wolną ręką próbowała przeładować skradziony pistolet.

- Po prostu patrz - powiedział Roman, wskazując głową telewizor.

Wiadomości przekazywała biała kobieta w średnim wieku. Miała na sobie jasnoróżową sukienkę, która nie pasowała do jej zatroskanego oblicza.

- Śledczy przeczesują miejsce zdarzenia, a poszukiwania Psi odpowiedzialnej za śmierć siedmiu osób wciąż trwają. Służby powoli identyfikują ofiary...

Ofiary.

Szum powrócił, dzwoniąc mi w uszach. Kątem oka widziałam, jak Roman odwraca się i próbuje odczytać moją reakcję, a jego lodowatoniebieskie oczy nawet nie mrugają, kiedy telewizor zaczyna włączać się i wyłączać, dopasowując do mojego przyspieszającego pulsu.

Z ekranu wpatrywała się we mnie moja twarz.

Nie... nie. To nie tak. Słowa płynące u dołu ekranu, kąt nachylenia kamery w odtwarzanym w kółko nagraniu - to wszystko nie tak!

Śmierć siedmiu osób.

- Dajcie mi telefon - wydusiłam z siebie.

Zrobiłam to.

- O jaki telefon ci chodzi? - zapytała Priyanka. - Ten, który zabrałaś, nie działa.

Nie miałam czasu na takie zabawy.

- A ten, który znalazłaś w biurze kierownika i o którym przypadkiem zapomniałaś nam powiedzieć?

Otworzyła usta, gotowa się sprzeczać, jednak przerwałam jej, zanim w ogóle się odezwała:

- Naładowaną baterię schowałaś w kieszeni kurtki.

Nie żyją. Wszyscy ci ludzie...

Roman odwrócił się i podszedł do biurka, na które jego przyjaciółka rzuciła swoją zniszczoną dżinsówkę.

Nie! Przecież mogę kontrolować swoją moc. To nie byłam ja. Nie byłam ja!

Zacisnęłam dłonie w pięści. Ciągnące się na zewnątrz motelu linie energetyczne szeptały do mnie w zgodnym chórze.

Nie zabiłam tych ludzi. Marzyłam, by porozmawiać z kimś, kto by mi uwierzył - kto mógłby mnie wesprzeć. Gdybym musiała siłą wyrwać telefon Priyance, zrobiłabym to bez wahania.

- Daj spokój - mruknęła. - To bez sensu. Wiesz przecież, Roman, że mogłabym po prostu...

- Ani mi się waż! - powiedział ostrym tonem i wręczył mi starą komórkę z klapką, spoglądając na mnie znacząco. - Mam nadzieję, że to ktoś, komu powierzyłabyś życie.

Skinęłam głową. Akurat co do tego nie miałam żadnych wątpliwości.

Tylko trzy numery mogłabym wyrecytować z pamięci, bez spoglądania na listę kontaktów, ale zaledwie jeden odbierano z reguły już po pierwszym sygnale. Ręce trzęsły mi się tak bardzo, że musiałam wpisać numer dwa razy, zanim na małym, czarno-białym ekranie pojawiła się informacja o połączeniu.

Roman zerknął chłodno na Priyankę, która odpowiedziała mu spojrzeniem pełnym wściekłości. Odwróciłam się do nich plecami; miałam już dość ich nieufności i nie chciałam, żeby dostrzegli ją także u mnie.

Telefon zadzwonił tylko raz, zanim ktoś odebrał połączenie. Zdyszany głos powiedział:

- Halo, tu Charles...

Słowa wylały się ze mnie:

- To nieprawda, co mówią. Było zupełnie inaczej! Na nagraniu wygląda to, jakby...

- Suzume? - przerwał mi Pulpet. - Gdzie jesteś? Wszystko w porządku?

- Wiedziałam! - Zamachała rękami Priyanka. - Zadzwoniłaś do jednego z kolesi z rządu? Naprawdę masz w głowie aż taką galaretę? Przecież namierzą twój telefon!

- Wiem - warknęłam.

Ryzyko było realne, ale Pulpet z pewnością to przewidział. Wymyślił też, z kim powinnam porozmawiać. Wiedział wszystko, a obecnie znał też wszystkich. Wyobraziłam go sobie siedzącego w Waszyngtonie, w biurze z ogromnym oknem z widokiem na dopiero co odbudowany Kapitol.

Potrafiłam sobie jednak wyobrazić też inne rzeczy. Kamery podwieszone pod sufitem, monitorujące każdy jego ruch. Urządzenie śledzące zainstalowane w jego zegarku. Ochroniarzy stojących przed drzwiami.

Lata mówienia "tak, dobrze" i "w porządku" zawirowały mi w głowie, uderzając z olbrzymią siłą. Niemal zabrakło mi tchu, kiedy uświadomiłam sobie, że wszystkie nasze dotychczasowe ustępstwa złożyły się na tę właśnie chwilę.

- Musisz się uspokoić i skupić na tym, co mówię - stwierdził ostrym tonem. - Gdzie się udałaś? W bezpieczne miejsce? Ukrywasz się?

Z tyłu mojej głowy pojawiło się nieprzyjemne uczucie, które momentalnie zapuściło tam korzenie i wywołało dreszcz wędrujący wzdłuż kręgosłupa. Słowa wciąż się ze mnie wylewały i choć starałam się je powstrzymać, spowolnić, nadać im odpowiedni kształt, bezwiednie układały się w chaotyczne zdania.

- Powiedz wszystkim, że tego nie zrobiłam. Próbował mnie... Jacyś ludzie mnie dopadli, zanim zdążyłam uciec... Nie wiem, jak to zrobili. W każdym razie to był wypadek. Samoobrona.

Ale przypomniałam sobie głos Romana, sposób, w jaki niepewnie szeptał w ciemności ciężarówki: "W naszym przypadku nie ma czegoś takiego jak samoobrona".

Nagle uświadomiłam sobie straszliwą prawdę.

Z prawnego punktu widzenia nie miałam prawa się bronić. Wiedziałam o tym. Jakaś część mnie już rok wcześniej dostrzegła niebezpieczeństwo w nowej ustawie, którą wydał wówczas rząd, ale przepis wydawał mi się oderwany od życia - i bardzo rozsądny.

Psi mogli wykorzystać swoje zdolności niczym broń, i to śmiercionośną. Mieli wyraźną przewagę nad zwykłymi ludźmi. W dodatku rząd uchwalił przepisy, które zakazywały tropienia nas i chwytania. Tym samym byliśmy chronieni w sposób szczególny. Rozumiałam, że tamci też chcieli czuć się bezpiecznie. W końcu niezliczenie wiele razy przekonałam się, że nie wszyscy Psi mają dobre intencje. Wielu z nas wciąż było wściekłych za sposób, w jaki traktowano nas przez lata.

Każdego dnia staraliśmy się szanować ten kruchy rozejm i współpracować z rządem tymczasowym. Nie mieliśmy wyboru, żadne inne rozwiązanie nie wchodziło w grę. Nie mogliśmy pozwolić, żeby kraj ponownie pogrążył się w chaosie. Przecież nasza odmowa zmusiłaby rząd do działania, a poddanie się leczeniu - zamiast wyborem - stałoby się jedynym sposobem na odzyskanie przyszłości. Dowodziło to, że sprawy zaszły naprawdę daleko. Potrzebna była granica, na którą zgodziliśmy się lata temu.

A teraz serce łomotało mi jak szalone i pot spływał po plecach.

Pulpet zachował spokój, gdy wydawał wyraźny rozkaz:

- Musisz pojechać na najbliższy posterunek policji lub punkt kontrolny i koniecznie oddać się w ich ręce. Daj się im skuć, żeby wiedzieli, że nie zrobisz im krzywdy. Priorytetem jest twoje bezpieczeństwo. Rozumiesz?

- Co? - wykrztusiłam z trudem to jedno słowo.

Cała zadrżałam na myśl o tym, że miałabym dać się zakuć w kajdanki. To nie miało sensu. Pulpet wiedział przecież, jak to jest ugrzęznąć za drutem kolczastym, być zdanym na łaskę strażników i żołnierzy, którzy bali się nas, przez co czuli jeszcze większą nienawiść. Obiecał - oni wszyscy obiecali - że ta sytuacja nigdy się nie powtórzy. Bez względu na okoliczności.

Plastikowa obudowa telefonu zatrzeszczała w proteście, czując siłę mojego uścisku. Starałam się skupić wzrok na wyblakłej grafice na ścianie, ale wciąż się rozmywała.

Nie zamkną mnie.

- Sytuacja jest poważna - powiedział, starannie dobierając każde słowo. - Naprawdę powinnaś słuchać tego, co do ciebie mówię - dodał.

- Nie! - zawołałam, a każde kolejne słowo rozdrapywało moje gardło. - Co jest z tobą, do cholery, nie tak? Chcę porozmawiać z Vi! Gdzie ona jest? Daj ją do telefonu, ściągnij ją do siebie, nie obchodzi mnie, jak to zrobisz!

- Wyjechała na misję - oświadczył Pulpet. - No dobrze, Suzume... Zostań tam, gdzie jesteś, albo się ukryj. Znajdź bezpieczne miejsce. Takie, w którym będziesz mogła spokojnie oddać się w ich ręce.

Dłoń wydała mi się lodowata, gdy zasłoniłam nią oczy. Wzięłam płytki oddech.

- Słyszałaś mnie? - zapytał tym samym wyważonym tonem, po który sięgał podczas każdej sesji rady, na której poproszono go o zabranie głosu.

Tak właśnie miało wyglądać nasze życie, prawda? Wyważone. Spokojne. Zgodne. Nie wolno nam się wściekać, nie wolno nikomu grozić ani nawet sprawiać niepokojącego wrażenia.

Po raz pierwszy w życiu, choć znałam i kochałam Charlesa Meriwethera od lat, poczułam do niego czystą nienawiść.

Ale ułamek sekundy później, poprzez gniew brzęczący mi w głowie, wreszcie go zrozumiałam.

Ukryj się.

Znajdź.

Bezpieczne miejsce.

Słyszałaś mnie?

Niewielki wstrząs statyczny wystrzelił z opuszków palców Romana, lądując na moim ramieniu. Odwróciłam się i dostrzegłam jego przepraszające spojrzenie. Wskazywał na telefon. Stojąca za nim Priyanka nawet nie próbowała ukryć frustracji.

- W porządku - powiedziałam spokojniejszym głosem. - W porządku. Rozumiem.

Miał rację. Nie wiem, dlaczego wcześniej o tym nie pomyślałam. Znajdowaliśmy się niedaleko miejsca, o którym próbował mi przypomnieć. Jeśli udałoby mi się ominąć kamery i drony monitorujące autostrady, dotarcie tam zajęłoby pół dnia. Może nawet mniej.

Spotkamy się? Słowa przemknęły przez mój umysł, każde cichsze i mniej istotne od następnego. Czy w ogóle chcesz się ze mną spotkać?

Zanim którekolwiek z nas zdążyło cokolwiek powiedzieć, rozłączyłam się.

Priyanka wyciągnęła swoje długie nogi i niemal wybiła się z łóżka, byle tylko wyrwać mi telefon z ręki. Rozłożyła go na części, demontując baterię i kartę SIM.

- Wykorzystać ostatni bezpieczny telefon na rozmowę z przedstawicielem rządu. Ty nie potrzebujesz pomocy, a pełnego przeprogramowania. Zdebugowania - burczała pod nosem.

- Kto to był? - zapytał Roman, przeszywając mnie wzrokiem. - Co to znaczy "w porządku"?

W ciągu ostatnich kilku dni mogłam zginąć na tysiąc różnych sposobów, umrzeć z tysiącem różnych ran. Ale jeśli czegoś się w życiu nauczyłam, to panowania nad strachem, co miało mi zapewnić przetrwanie.

W ciemności wystarczyło patrzeć tak daleko, jak pozwalały na to reflektory. To wystarczało, żeby jechać dalej.

- Potrzebuję samochodu - oświadczyłam pewnym siebie głosem.

Podeszłam do okien motelu i odsunęłam zasłonę, by sprawdzić stojące tam wozy. Nie mogłam użyć tego, który ukradliśmy wcześniej. Silnik półciężarówki ledwo ciągnął, a paliwo niemal się skończyło. W żaden sposób nie dotarłabym tam, dokąd planowałam dotrzeć.

Ale kradzież auta stojącego na parkingu lub gdzieś w pobliżu... Cóż, nienawidziłam uczucia desperacji. Być może dla mediów byłam przestępczynią, ale to nie oznaczało jeszcze, że mogę łamać prawo.

- Potrzebujesz samochodu - jęknęła Priyanka, unosząc brew - czy potrzebujemy samochodu?

Odwróciłam się do nich, dotykając obojczyka. Palcami przesunęłam po nierównej krawędzi tworzącego się tam strupa. Chyba właśnie dlatego nie rozważyłam wszystkich dostępnych opcji i nie pojechałam od razu w to miejsce. Odkąd doszło do eksplozji, nie zdołałam się od nich uwolnić choćby na sekundę. To miejsce było bezpieczne nie bez powodu. Pozostawało tajemnicą nawet dla innych Psi.

- Jeszcze nie jesteście w to zamieszani - odpowiedziałam. - Nie znają waszych twarzy ani nazwisk.

- Owszem, ale jak długo? - Priyanka górowała nade mną wzrostem i jakaś część mnie zazdrościła jej tej przewagi.

Podobnie zresztą jak pewności siebie, którą emanowała nawet wtedy, gdy jej hałaśliwy głos łagodniał do szeptu. Nawet kiedy wyglądała, jakby wpadła pod ciężarówkę.

Czego...

Skrzywiłam się. Czego w zasadzie doświadczyła.

- Ci ludzie, kimkolwiek byli, najwyraźniej znają swój fach. Potrzebujesz pomocy! - Priyanka gestem dłoni wskazała telewizor, więc zalałam urządzenie energią, by przeciążyć jego obwody.

Pełne krwi sceny zniknęły z głośnym trzaskiem.

- No tak, efektowne i bardzo dojrzałe jest zniszczenie dobrego telewizora, który mogliśmy sprzedać i kupić za to benzynę - zakpiła. - Problem w tym, że nie usłyszałam żadnego kontrargumentu.

Problem w tym, że uważała, iż zamierzam z nią dyskutować.

- Nic mi nie będzie - stwierdziłam. - Możecie ruszać w swoją stronę.

Roman zmarszczył brwi i wyciągnął rękę, jednak cofnął ją, zanim zdążyła dotknąć mojego ramienia.

- Przemyśl to. Tylko spróbuj przy tym kierować się logiką. Nie znasz nas zbyt dobrze i możesz nam nie ufać, jasna sprawa... - powiedział.

- To nie fair - jęknęła Priyanka. - Jesteśmy niesamowici i ani razu nie próbowaliśmy cię zabić. Czego jeszcze chcesz?

Wreszcie, pomyślałam ze złością. Nie chciałam dłużej udawać, że im ufam.

- Ale wiem, że pewne rzeczy już sobie uświadomiłaś - kontynuował Roman. - Priya i ja uciekliśmy z tobą. Z pewnością założą, że współdziałaliśmy. Przynajmniej na początku, tak na wszelki wypadek.

Nie zdołam się ich pozbyć, pomyślałam, zwalczając związaną z tym falę mdłości. Chyba że ich zwiążę i ucieknę. Chcieli mi pomóc, ale tylko dlatego, że oczekiwali ode mnie czegoś w zamian. Cokolwiek to było, złapali mnie już na smycz. Za każdym razem, gdy próbowałam się im wyrwać, skracali ją.

- Czy to nie powód, by jednak się rozdzielić? - zapytałam. - Żeby pomieszać im szyki i zmusić do podążania w kilku kierunkach?

- Być może masz rację - przyznał Roman. - Ale widzę też korzyści w podróżowaniu w grupie, przynajmniej dopóki nie ustalimy, co się właściwie stało. To przecież dwie dodatkowe pary oczu do czuwania. Dwie pary rąk do szukania jedzenia.

- I dwie gęby do wykarmienia - kontynuowałam. - Dwie okazje więcej do bycia zauważonym.

- Tak jakbyś cokolwiek wiedziała o trudach życia. - Priyanka przewróciła oczami. - Czytałaś o tym w swoich raportach specjalnych? A może jakieś dziecko pojawiło się na scenie podczas jednego z twoich wydumanych przemówień i opowiedziało swoją smutną historię? Pewnie wypłakałaś kilka krokodylich łez przed kamerami, żeby lepiej sprzedać jego bajeczkę, co?

Każdy mięsień mojego ciała napiął się aż do bólu. Ledwo zdołałam wydusić z siebie kolejne słowa.

- Nie potrzebuję, by ktokolwiek mi to wypominał. Wiem, jak to jest być...

- Nie wiedziałam, że robotom rządowym można zaprogramować uczucia - wtrąciła.

Wciągnęłam gwałtownie powietrze, a w środku mojej klatki piersiowej zapłonął czysty gniew. To był ogień, który sam się podsycał. Narastał we mnie, aż nabrałam przekonania, że mogłabym zionąć nim jak smok i spalić ten pokój szybciej niż jakikolwiek Czerwony.

- Priya! - Głos Romana wydał mi się miękki, ale ten człowiek nie potrzebował siły ani gniewu, żeby ciąć słowami niczym brzytwą. - Wystarczy.

Drwiący uśmiech zniknął z jej ust. Oczy spojrzały w bok.

Odwróciłam się, by zerknąć w tym samym kierunku, a negatywne emocje zamieniły się w parę. Pozwoliłam, by uleciały ze mnie wraz z kolejnym długim wydechem.

- Nie masz o mnie zielonego pojęcia - powiedziałam dobitnie.

Wzięła głęboki oddech i odgarnęła długie włosy za ramiona.

- Przepraszam - bąknęła z wyraźnym trudem. - Masz rację.

Roman spoglądał to na nią, to na mnie.

- Powinniśmy zakończyć ten spór i ruszać. Najlepiej w ciągu najbliższych trzydziestu sekund.

Wydmuchnęłam powietrze przez nos, próbując zebrać argumenty. Problem polegał na tym, że mieli rację. Kiedy jest się zwierzyną, lepiej pozostawać pod ochroną stada i mieć wsparcie dodatkowych oczu, niż próbować samotnie stawić czoło niebezpieczeństwu. Nauczyłam się tego na własnej skórze.

Tak jak nauczyłam się, że czasami prawdziwe zagrożenie pochodzi z wewnątrz samochodu, a nie zza jego szyb.

Nie mogę ich tam zabrać, pomyślałam. Nie mogę ryzykować.

Ale jeśli będę dalej się stawiać, zorientują się, że coś podejrzewam, i zrobią wszystko, co w ich mocy, by uniemożliwić mi ucieczkę. Priyanka miała dowody potwierdzające moją niewinność i wiedziała o tym. Tak długo, jak ukrywała je przede mną, musiałam się ich trzymać lub pogodzić z tym, że moje słowo stanie przeciwko telewizyjnym nagraniom i zeznaniom naocznych świadków.

Chciałam wiedzieć, kto ponosi za to wszystko odpowiedzialność. Potrzeba ustalenia tego płonęła we mnie jak palnik acetylenowy, parząc i gromadząc coraz większy ładunek energii. Zabranie ich ze sobą do kryjówki było ryzykowne. Oznaczało postawienie na szali czegoś więcej niż tylko mojego życia. Ale w całej tej sprawie coś śmierdziało, coś znacznie większego, niż potrafiłam sobie wyobrazić. Musiałam zaakceptować ryzyko i co najwyżej spróbować je zniwelować, jeśli chciałam poznać jakieś odpowiedzi.

To było kolejne, czego nauczono mnie lata temu: świat nigdy nie jest tak prosty, jak by się chciało. Twarde oblicze może skrywać miękkie serce, a przyszywana rodzina okazać się ważniejsza od tej prawdziwej... A nawet najbezpieczniejsze miejsce ma prawo okazać się pułapką.

- W porządku - powiedziałam. - Potrzebujemy samochodu. Ale to ja prowadzę.

Poza tym u celu czekał ktoś, kto mógł się zająć ich niepotrzebnymi wspomnieniami i zadbać, żeby nie pamiętali tej wycieczki.

1

TRZY DNI WCZEŚNIEJ

Jechaliśmy bez żadnej przerwy. Ani na tankowanie, ani z powodu znaków czy sygnalizacji świetlnej.

Promień słońca wpadł przez okno znajdujące się tuż obok mnie, rozmywając słowa na ekranie komórki. Cóż, tylko udawałam, że je czytam. Głęboki pomruk silnika i charakterystyczny smród benzyny zasygnalizowały, że ponownie nabieramy prędkości. Szum autostrady wciąż nie był wystarczająco głośny, żeby zagłuszyć syreny policyjnej eskorty i pokrzykiwania demonstrantów ustawionych wzdłuż autostrady.

Odmówiłam odwrócenia się i spojrzenia na nich. Przyciemniane szyby przysłaniały ich, przez co stali się ciemną plamą nienawiści, dostrzegalną wyłącznie kątem oka: starsi mężczyźni z bronią, kobiety ściskające w dłoniach transparenty z nienawistnymi hasłami, całe rodziny z megafonami, wykrzykujące okropne slogany.

Światła radiowozów migały w rytm ich skandowania.

- Bóg!

Czerwone.

- Nienawidzi!

Niebieskie.

- Dziwadeł!

- Cóż - powiedziała Mel. - Oryginalni to oni nie są. Bez dwóch zdań.

- Bardzo panie za to przepraszam - odezwał się agent Cooper z siedzenia kierowcy. - Droga zajmie nam już tylko dziesięć minut. Mogę podkręcić muzykę.

- Nie ma takiej potrzeby - odpowiedziałam, odkładając telefon na kolana i splatając na nim ręce. - Naprawdę. Wszystko jest w porządku.

Dochodzące z siedzenia obok walenie w klawiaturę, dotąd utrzymujące tempo karabinu maszynowego, nagle ucichło. Mel oderwała wzrok od ekranu laptopa na jej kolanach i zmarszczyła brwi.

- Czy ci ludzie naprawdę nie mają nic do roboty? W sumie to... może powinnam wysłać tu naszego machera, żeby sprawdził, czy nie da się ich przekabacić na naszą stronę. To byłaby niezła akcja, co? Od hejtera do... wyznawcy. Nie, tu nic nie jest w porządku. W końcu jednak i nimi się zajmę! - oświadczyła. Sięgnęła po telefon leżący na siedzeniu między nami i odezwała się do niego: - Zanotuj: program przekabacenia protestujących.

Wiedziałam - i najwyraźniej agenci Cooper i Martinez również - że najlepiej pozwolić Mel samej dojść do rozwiązania i niczego jej nie sugerować.

Samochód zjechał na gorszy odcinek autostrady, warknął i zadrżał. Okrzyki stawały się coraz głośniejsze, coraz skuteczniej zwracały moją uwagę.

Nie bądź tchórzem, Zu, powiedziałam sobie. Nie mogli mi nic zrobić, bo ze wszystkich stron otaczały mnie kuloodporne szyby, do tego towarzyszyli mi agenci FBI i policja. Gdybyśmy odwracali wzrok, pomyśleliby, że nie jesteśmy wystarczająco silni, by stawić im czoło.

Przełykając z trudem ślinę, odwróciłam się, żeby ponownie wyjrzeć przez okno. Silniejszy podmuch wiatru szarpał flagami ostrzegawczymi, zamocowanymi po drugiej stronie pasa dzielącego jezdnie wiodące w przeciwne strony. Miały ten sam pomarańczowy odcień, co bariery chroniące robotników wylewających nowy asfalt.

Grupka mężczyzn i kobiet zrobiła sobie przerwę w pracy. Stali oparci o betonową barierkę, obserwując naszą kolumnę; niektórzy machali nam radośnie. Instynktownie uniosłam rękę, żeby odwzajemnić gest, a na moich ustach pojawił się wątły uśmiech. Po żenująco długim czasie przypomniałam sobie, że przecież mnie nie widzą.

Za sprawą cienkiej bariery z ciemnego szkła stałam się niewidzialna.

Dotknęłam okna czubkami palców, mając nadzieję, że robotnicy zobaczą je w postaci pięciu małych punkcików. Szyba okazała się ciepła, a oni, podobnie jak wszyscy inni mijani ludzie, zniknęli gdzieś z tyłu.

"Ameryka wraca na właściwą drogę!" - to był jeden z pierwszych projektów publicznych, jakie Mel przygotowała dla rządu tymczasowego, ustanowionego i monitorowanego przez Organizację Narodów Zjednoczonych. Pracowała nad nim, kiedy była jeszcze juniorem w biurze komunikacji Białego Domu. Starała się nagłaśniać tworzenie nowych miejsc pracy przy odbudowie infrastruktury drogowej, jednocześnie obiecując społeczeństwu, że szosy przestaną się zapadać pod kołami samochodów, zakończy się racjonowanie paliwa, a walące się mosty, grzebiące pod gruzami ludzi, jak ten w Wisconsin, przejdą do historii - głównie dzięki wzmocnieniom z nowej amerykańskiej stali. Przejawy sukcesu projektu każdej nocy nagłaśniano w programach informacyjnych: stopa bezrobocia spadała równie systematycznie, jak rósł wskaźnik urodzeń.

Liczby były prostymi, realnymi symbolami, których ludzie mogli się uczepić, traktując je jak dowody. Ale nie oddawały przekonania, które zapanowało w ostatnich latach, tego wszechogarniającego przekonania, że życie zaczyna się na nowo. Pęcznieje, by wypełnić puste przestrzenie, które pozostawiły po sobie utracone dzieci.

Ci sami ludzie, którzy przenieśli się do dużych miast w desperackiej próbie znalezienia pracy, teraz powoli wracali na przedmieścia i do małych miasteczek, które kiedyś opuścili. Otwierano restauracje. Samochody w wyznaczone dni wjeżdżały na stacje benzynowe i z nich wyjeżdżały. Ciężarówki krążyły po autostradach, które zostały połatane i ponownie funkcjonowały. Mieszkańcy spacerowali po nowych parkach. Kina rezygnowały z wyświetlania starych filmów na rzecz nowości.

Ludzie przybywali na prowincję nieśmiało, wręcz powoli - niczym kilka pierwszych osób tańczących na pustym parkiecie, bez wątpienia liczących, że ktoś jeszcze do nich dołączy i wspólnie rozkręcą imprezę.

Prawie pięć lat wcześniej, kiedy krążyliśmy tymi samymi autostradami, mijane przez nas miasta i miasteczka boleśnie szokowały pustką. Parki, domy, firmy, szkoły: wszystko zostało ogołocone i przekształcone w nędzną, brudną szarzyznę. Stało zaniedbane lub porzucone jak wspomnienia, które rozpłynęły się w nicość.

W jakiś sposób rządowi udało się ożywić ten kraj. Przywrócić mu miarowy puls. Wciąż czkał i przyśpieszał w chwilach ciemności i frustracji, ale utrzymywał równy rytm. Przeważnie.

Tak naprawdę miało to niewiele wspólnego ze mną, bardziej z innymi przedstawicielami rządu, ciężko pracującymi dzień w dzień. Mnie nie pozwalano na zbyt wiele, gdyż nie miałam za sobą nowych, obowiązkowych szkół. Prezydent Cruz powiedziała, że Psi przekonają się na moim przykładzie, że nie ma wyjątków. Ale niekończące się czekanie było istną męczarnią. Podobnie jak odrabianie pracy domowej złożonej z prostych zadań matematycznych, które Pulpet objaśniał mi lata temu z tyłu rozklekotanego minivana, studiowanie historii, która wydawała się toczyć w zupełnie innym kraju, i zapamiętywanie nowych praw Psi.

Przez cały ten czas Pulpet i Vida wykonywali prawdziwą, znaczącą pracę. Krążyli od jednych zamkniętych drzwi do drugich, znikając na spotkaniach i wykonując ważne zadania. W końcu nabrałam przekonania, że wkrótce całkowicie stracę ich z oczu lub zostanę od nich odcięta.

Wierzyłam jednak, że za jakiś czas do nich dołączę. Tak długo, jak będę się starać i udowadniać swoją przydatność, jeżdżąc w różne miejsca na polecenie rządu i wypowiadając słowa, których ode mnie oczekiwano, też będę się rozwijać. Ktoś najwyraźniej widział we mnie potencjał, skoro przydzielono mi Mel. Od tamtej pory wszędzie podróżujemy razem.

- Skąd mogłem wiedzieć, że znów się pojawią? I to właśnie teraz, gdy ogłoszono pakiet reparacji? - rzucił agent Martinez. - Serio, tych ludzi nie da się uszczęśliwić!

Po czterech latach starań Pulpet i Rada Psi w końcu przepchnęli przez Kongres ustawę o reparacjach i upamiętnieniu ofiar wśród Psi. Wszystkie rodziny dotknięte OMNI mogły próbować odzyskać swoje dawne domy i ubiegać się o umorzenie długów. Banki przejęły ich majątek podczas kryzysu finansowego wywołanego zbombardowaniem starego Kapitolu, który dodatkowo pogłębił się wraz ze śmiercią milionów dzieci i wybuchem bezrobocia będącego konsekwencją upadku wielu firm.

Oglądanie zakończenia prac nad ostateczną wersją porozumienia ponownie przepełniło mnie nadzieją i poczuciem sensu. Płakałam podczas głosowania. Od lat czułam ucisk w klatce piersiowej, tak długo, że już się do niego przyzwyczaiłam. Wtedy w końcu ustąpił. Jakbym po raz pierwszy od dawna mogła głęboko odetchnąć.

Sprawiedliwość wymagała czasu, a w niektórych przypadkach poświęcenia, ale dzięki ciężkiej pracy i wytrwałości naprawdę była osiągalna. Żadne ofiary, także te, które zostały zmuszone do życia w okrutnym reżimie obozowym, nie zostaną pominięte czy zapomniane. A ich strażnicy i nadzorcy w końcu stawali przed sądami i - miałam przynajmniej taką nadzieję - szykowali się na surowe wyroki.

Dowiedzieli się wreszcie, co to znaczy stracić wolność. Zasłużyli sobie na to.

Oczywiście mieliśmy jeszcze wiele do zrobienia, ale dopiero zaczynaliśmy. Zamierzaliśmy prosić rząd o więcej i więcej też otrzymać. Dumny z tych sukcesów Pulpet harował jak wół, próbując pozbawić państwowych funduszy spółkę Leda Corp, która według Psi i ich rodzin nie zasłużyła na łagodniejsze traktowanie. Powinna dotknąć ją taka sama czystka jak administrację Graya, chociażby z uwagi na ich wiodącą rolę w opracowaniu środka chemicznego powodującego mutację.

- A wszystko dlatego, że musimy z kilkudniowym wyprzedzeniem zgłaszać wszystkie wyjazdy - oświadczył agent Cooper. - Oczekują, że będziemy informować miasta o naszych planach, by ich władze mogły zabezpieczyć trasę. Zamknąć drogi. Tymczasem dla tych ludzi to sygnał alarmowy. I nie ma najmniejszego znaczenia, czy w limuzynie jedziesz ty, czy ktoś z rządu.

Gdy sunęliśmy autostradą, w nieprzerwanym ciągu protestujących pojawiła się nagle luka. Na uboczu, z dala od agresywnych demonstrantów, w małej, ciasnej grupie stało kilkoro mężczyzn i kobiet, wszyscy trzymali własne banery. Mieli ponure twarze. Milczeli. SUV przeleciał obok nich, zmuszając mnie do odwrócenia się, żeby przeczytać napisy.

GDZIE PODZIAŁY SIĘ NASZE DZIECI? Dreszcz przebiegł mi po kręgosłupie, kiedy jeden z mężczyzn skierował tabliczkę w moją stronę. Widniejący na niej napis brzmiał: ZNIKNĘŁY I ZOSTAŁY ZAPOMNIANE. Pod gniewnymi słowami znajdowały się szkolne zdjęcia jakichś uczniów.

Ponownie pochyliłam się do przodu.

- O co im chodzi?

Rząd włożył wiele trudu w zidentyfikowanie zmarłych Psi oraz znalezienie nowych domów tym nieodebranym przez rodziców - z raportów wynikało, że wszystkimi się już zajęto. Wiedziałam również, że po zamknięciu obozów garstka dzieciaków uciekła, wybierając wolność, zamiast powrotu do dawnych rodzin. Ale trudno było mi uwierzyć, że rodzice znęcający się nad swoimi pociechami lub obawiający się ich staliby na autostradzie z domowej roboty tabliczkami i błagali o jakąkolwiek pomoc.

- To ci cholerni wyznawcy teorii spiskowych - mruknął agent Martinez, kręcąc głową.

Oczywiście. Mogłam się domyślić. Ostatnio programy informacyjne koncentrowały się na najnowszej z nich, lansowanej przez ludzi z grupy tytułującej się Strażnikami Wolności. Ich zdaniem ogromna liczba Psi została uprowadzona przez naszych wrogów i zostanie wykorzystana przeciwko Ameryce.

Niestety, nic nie wskazywało, żeby podobne teorie przestały się szerzyć w najbliższym czasie. Joseph Moore, biznesmen startujący w wyborach przeciwko tymczasowej prezydent Cruz, lekkomyślnie powtórzył jedno z ukochanych żądań Strażników Wolności - to dotyczące obowiązkowej służby wojskowej dla Psi. W efekcie jego popularność zaczęła rosnąć jak na drożdżach. Od tamtego czasu zaczął powtarzać wszystko, co podsuwali mu Strażnicy. Zaryzykowałabym twierdzenie, że jego ludzie rozpowszechniali te teorie jako swego rodzaju papierek lakmusowy, żeby przetestować tezy następnych przemówień swojego szefa.

- Ale te zdjęcia... - zaczęłam.

Mel potrząsnęła głową z obrzydzeniem.

- To nowy patent Strażników Wolności. Wyciągają fotki z internetu i zatrudniają ludzi do rozsiewania wątpliwości albo wręcz wzbudzania paniki. Sugerują, że rząd nie wykonuje swojej pracy. Ale przecież wiemy, jak jest naprawdę.

Skinęłam głową.

- Przepraszam. Po prostu mnie zaskoczyli.

Oparłam skroń o okno. Po chwili zbliżyliśmy się do kolejnej grupki protestujących.

- O Boże - jęknął agent Cooper i pochylił się do przodu, żeby wyjrzeć przez przednią szybę. - A to co znowu?

Baner wisiał na kładce dla pieszych przed nami, łopocząc jak stara flaga. Trzymający go dwaj dorośli mężczyźni na niebieskich chustach przerzuconych przez ramiona mieli dobrze znane mi białe gwiazdki. Wywołali u mnie dreszcz.

Życie, wolność i polowania na dziwolągi!

Morderstwo jest tylko wtedy, gdy giną prawdziwi ludzie!

- Urocze - powiedziała Mel, przewracając ciemnymi oczami, gdy przemknęliśmy pod kładką.

Potarłam palcem górną wargę, po czym sięgnęłam po telefon, żeby odpowiedzieć na ostatnią wiadomość. PRZYJEŻDŻASZ DZISIAJ?, napisałam.

Nie odrywałam wzroku od ekranu w oczekiwaniu, aż pojawi się dymek z odpowiedzią. Kątem oka dostrzegłam odbicie lustrzanych okularów przeciwsłonecznych. Agent Cooper zerknął na mnie w lusterku wstecznym. Jego i tak już biała skóra wydała mi się bledsza niż zwykle, gdy dotarło do mnie znaczenie tego spojrzenia.

Cooper nie powinien się martwić. Nie będę płakać. Nie planuję żadnego emocjonalnego wybuchu, którym musiałby się zająć. Połowa tych obrzydliwości widocznych na banerach, obecnych także w audycjach radiowych i programach informacyjnych, bazowała na kłamstwach, a reszta zwyczajnie nie miała sensu. Słowo "dziwoląg" było starą obelgą - dawniej słyszałam je tak często, że straciło kły. Albo po prostu moja skóra stała się zbyt gruba, zbyt twarda, by je poczuć. Moje serce nie było już tak obolałe jak kiedyś - ten konkretny cios wydawał się spóźniony.

Przełknęłam gulę w gardle i zacisnęłam dłoń na telefonie.

Prawdziwi ludzie...

Wyjrzałam przez okno. Liczba protestujących się zmniejszyła, ale potem znów wzrosła, gdy opuściliśmy teren budowy.

- Każdy ma prawo być idiotą, ale oni nadużywają tego przywileju, nie sądzicie?

Mel zaśmiała się cicho i przygładziła kosmyk włosów, który wysunął się jej spod wsuwki.

- Mimo wszystko to zgłoś - stwierdził agent Cooper, zdejmując rękę z kierownicy i szturchając Martineza. - Niby nie stanowią bezpośredniego zagrożenia, ale muszą wiedzieć, że jeszcze krok i posuną się za daleko.

- Racja - odpowiedział jego partner. - Musimy zacząć dokumentować takie wybryki, nieważne jak drobne. Zbierać materiały.

- Właściwie - wtrąciła Mel, sięgając teraz do tyłu, żeby poprawić wsuwki, którymi upięła loki w kok - lepiej nie dolewać oliwy do ognia. Oni właśnie tego chcą. Trafić do więzienia i potem głosić, że naruszamy ich prawo do wolności słowa. Powinniśmy skupić się na mówieniu prawdy o Psi, a według sondaży robimy to całkiem skutecznie. Ludzie są po naszej stronie.

To niewielkie pocieszenie, a jednak pomogło. Czasami odnosiłam wrażenie, że mówię do wszystkich i do nikogo jednocześnie. Nigdy nie widziałam, żeby moje słowa odbijały się na twarzach publiczności, wywoływały pozytywne albo negatywne emocje. Słuchacze po prostu je wchłaniali. Czy przyswajali, czy nie - to inna kwestia.

Ponownie spojrzałam na telefon.

Brak odpowiedzi.

- Muszę ci coś powiedzieć, zanim dotrzemy na miejsce. - Mel odwróciła się w moją stronę. Strużka potu ciekła jej po policzku, połyskując na ciemnej skórze. Wyciągnęła rękę, by wyregulować nawiew klimatyzacji. - Dziś rano otrzymałam maila od szefa sztabu prezydent Cruz. Prześlą poprawki do twojego przemówienia. Nie jestem pewna, kiedy to nastąpi, być może będę więc musiała wrzucić je bezpośrednio na teleprompter.

Westchnęłam poirytowana, ale zupełnie się tym nie przejęłam. Musieli zdawać sobie sprawę z tego, że mnie wkurzą.

- Jeszcze go nie dopracowali? - zapytałam, bo nienawidziłam sytuacji, w których nie mogłam przećwiczyć nowego materiału i popracować nad sposobem mówienia. - Co to w ogóle za poprawki?

Mel wsunęła laptopa z powrotem do torby. Poobijana skórzana aktówka próbowała wypluć kilka przepełnionych folderów, by zrobić na niego miejsce.

- Zdaje się, że chodzi o wygładzenie kilku punktów. Wiem, że w tym momencie mogłabyś wyrecytować przemówienie przez sen, i to od tyłu, ale... Po prostu miej oko na teleprompter.

Wygłaszałam różne wersje tego tekstu setki razy w setkach różnych miejsc. Skupiało się na naturze strachu i w miarę łagodnym powrocie Psi do społeczeństwa. Zmiana wprowadzona w ostatniej chwili była znakiem, że coraz bardziej mi ufali. Może nawet wykorzystają mnie jesienią, podczas wyborów.

- W porządku - powiedziałam. - Ale...

Nagłość ruchu przykuła moją uwagę bardziej niż sama kobieta. Wyskoczyła z grupy ludzi stojących na poboczu po naszej lewej stronie, krzyczących przez megafony i machających jakimiś hasłami. Długie pasma siwych włosów, wyblakła koszula w kwiaty, niebieski skrawek materiału z białymi gwiazdkami przewiązany przez blade ramię. Mogłaby być czyjąś babcią, gdyby nie płonąca butelka, którą trzymała w dłoni.

Wiedziałam, że pędzimy i że musi mi się wydawać, ale czas ma to do siebie, że okręca się wokół człowieka, kiedy tylko chce, żeby ten coś zobaczył.

Sekundy zwolniły, tykając w rytm jej kroków. Usta kobiety się wygięły, pogłębiając surowe rysy twarzy. Uniosła butelkę wysoko nad głową i rzuciła ją w stronę SUV-a, krzycząc coś.

Jej niewielka ognista bomba uderzyła w asfalt i pękła z głośnym, ssącym sapnięciem. Momentalnie rozbłysła, pożerając ślady oleju i chemikaliów na autostradzie, i uderzyła w szybę z wystarczającą siłą i ciepłem, by szkło pękło z wysokim bolesnym jękiem.

Pas bezpieczeństwa naparł na moją klatkę piersiową, gdy samochód szarpnął w prawo. Wyciągnęłam szyję, żeby zobaczyć, jak szosa płonie złotem i czerwienią.

- Wszystko w porządku? - rzucił agent Cooper, wciskając gaz.

Mel i ja ponownie oparłyśmy się o siedzenia. Chwyciłam ręką drzwi, aby się uspokoić.

Przed nami jeden z radiowozów skręcił i włączył syrenę. Tłum protestujących rozbiegł się, znikając niczym banda tchórzy w pobliskim lesie bądź na polu.

- Jasna cholera - rzuciła Mel.

Wściekłość skręcała mnie od środka i szarpała z całych sił. Trzęsłam się pod wpływem adrenaliny. Ta kobieta mogła zranić innych protestujących, skrzywdzić Mel, agentów lub jednego z policjantów. Zabić ich.

Napięcie wgryzło się we mnie, nadając formę mojej wściekłości. Ostry, chemiczny smród palił w nos.

Tak łatwo byłoby wysiąść z samochodu i znaleźć tę kobietę. Złapać ją za włosy, cisnąć o ziemię, przytrzymać, aż pojawi się któryś z policjantów. Naprawdę łatwo.

Prąd z akumulatora samochodu przepływał w pobliżu w oczekiwaniu na mój znak. Myślicie, że to wystarczy, żeby mnie przestraszyć? Myślicie, że nikt wcześniej nie próbował mnie zabić?

Wielu próbowało. Kilku było blisko. Już dawno przestałam być bezbronną zwierzyną i nie pozwolę, by ktokolwiek ponownie mnie w nią zamienił. A już na pewno nie zrobi tego starsza kobieta bawiąca się z niefajnymi znajomymi w konstruowanie bomb.

Przez moje rozpalone myśli przebiło się jedno uspokajające słowo.

Nie.

Zmusiłam się do puszczenia drzwi. Zacisnęłam i rozluźniłam dłoń, by rozładować tkwiące w niej napięcie. To byłoby dokładnie to, czego oni chcieli. Wywołać reakcję, udowodnić, że jesteśmy potworami, które tylko czekają na odpowiedni moment, by zaatakować.

Ona nie jest tego warta. Żadne z nich nie jest.

Z pewnością nie jest ostatnią osobą, która będzie próbowała mnie skrzywdzić. Pogodziłam się z tym i byłam wdzięczna za ochronę, którą nam przydzielono. W moim życiu nie było miejsca dla duchów, tak żywych, jak i martwych. Ruby mawiała, że zasłużyliśmy na nasze wspomnienia, ale jesteśmy im winni wyłącznie miejsce w pamięci. Myślę, że doskonale wiedziała, co mówi.

Jechaliśmy dalej. Przeszłość najlepiej zostawić w mroku za sobą. W popiołach.

- Wszystko w porządku - odpowiedziałam, kiedy już miałam pewność, że odezwę się spokojnym głosem. - Nic się nie stało.

- Moim zdaniem to klasyczny przykład "coś się stało" - zauważyła roztrzęsionym głosem Mel.

- Masz swoje bezpośrednie zagrożenie - rzucił agent Cooper do partnera, nie spuszczając wzroku z drogi.

Odwróciłam telefon, który przez cały czas przyciskałam do nogi, ignorując puls dudniący mi w skroniach. Pomimo gumowej obudowy ekran zamigotał, gdy pojedyncza wiązka elektryczności wypełzła z mojego palca i zatańczyła tuż nad nim. Upuściłam go z powrotem na kolana, po cichu modląc się, by się włączył.

Cholera. Od tak dawna niczego nie zniszczyłam.

W końcu, po kolejnej sekundzie niepewności, ekran ponownie rozbłysnął. Przełknęłam suchość w gardle, gdy otwierałam tę samą aplikację tekstową co wcześniej. Moja wiadomość wciąż czekała na odpowiedź.

- Jeszcze niespełna dziesięć minut - przypomniał agent Cooper. - Jesteśmy prawie na miejscu.

Telefon zabrzęczał w mojej dłoni, aż podskoczyłam. Nareszcie...

Spojrzałam w dół, przesuwając palcami po ekranie, żeby wprowadzić hasło. Wątek się otworzył.

NIE MOGĘ SIĘ WYRWAĆ. PRZEPRASZAM. NASTĘPNYM RAZEM?

- Hej, wszystko w porządku? - Mel położyła mi dłoń na ramieniu i posłała łagodne, pytające spojrzenie.

Miałam głupią ochotę oprzeć głowę na jej ramieniu i zamknąć oczy, odciąć się od świata, przynajmniej dopóki nie dotrzemy do celu.

Musiała zobaczyć coś na mojej twarzy, bo szybko dodała:

- Czy powinniśmy przenieść imprezę? Albo przynajmniej opóźnić ją o kilka godzin? Sama niemal zeszłam na zawał, więc mogę sobie wyobrazić, jak ty się czujesz!

Uśmiech, który przykleiłam do twarzy, był tak szeroki, że aż bolał.

- Nie, nic mi nie jest. Naprawdę. Żadne przekładanie nie jest konieczne. Poza tym, jeśli to przesuniemy, możemy wracać w porze korków i spóźnić się na spotkanie w ambasadzie Japonii.

Ambasada ponownie otworzyła swoje Biuro Informacyjne i Centrum Kultury. Z tej okazji poprosiła mnie o zaprezentowanie filmu dokumentalnego Kenjiego Oty, amerykańskiego Psi o japońskich korzeniach. Powiedzieć, że byłam podekscytowana, to jak nic nie powiedzieć. Spotkałam Kenjiego tylko raz, przypadkiem, i od tamtej pory nie mogłam doczekać się kolejnej szansy na kontakt z kimś o podobnym pochodzeniu, kto na dodatek przeżył to samo co ja.

- Czy możemy przejrzeć harmonogram? - zapytałam. - Upewnić się, że wszystko ogarnęłam?

Mel ścisnęła uspokajająco mój nadgarstek.

- Jesteś niesamowita. Nie wiem, skąd bierzesz siłę, żeby sobie z tym radzić. Ale mówiłam poważnie. Mogę poprosić o opóźnienie całego wydarzenia.

Potrząsnęłam głową, a moje serce drgnęło na samą myśl o tej ewentualności. Gdyby tylko dyrektor do spraw komunikacji prezydent Cruz nabrał podejrzeń, że nie radzę sobie ze stresem, odsunąłby mnie od tej pracy.

- Nie ma takiej potrzeby. Mówię serio.

- No dobra - odpowiedziała i nieco się rozluźniła.

Zmiana terminu byłaby dla niej koszmarem. Sięgnęła do aktówki po folder z dzisiejszą datą i zaczęła przeglądać nasz plan podróży, wskazując godziny i odpowiadające im działania.

Wsunęłam telefon z powrotem do torby. Szukałam czegoś, co opanuje ciśnienie narastające w mojej klatce. Naciskało na żebra, jakby chciało mnie rozerwać i ujawnić bałagan panujący w środku.

Może powinnam była odpowiedzieć? A jeśli przeszkodziłabym mu w czymś ważnym?

- O dziewiątej trzydzieści dziekan cię przedstawi...

Następnym razem? Kusiło mnie, żeby wyjąć telefon i ponownie przeczytać wiadomość od Pulpeta. Upewnić się, że niczego sobie nie wyobraziłam. Mój umysł nie mógł przestać szeptać tych dwóch słów, nie chciał wykreślić tego znaku zapytania - tego małego pytajnika, który nigdy wcześniej nie pojawił się w naszych relacjach.

2

Kiedyś przez całe miesiące milczałam. Właściwie to nie wypowiedziałam ani jednego słowa przez ponad rok.

Stało się to przez przypadek - a właściwie nie przez przypadek. Długo starałam się to wyjaśnić, uzasadnić, dlaczego zamilkłam. Zupełnie jakby drut kolczasty, który otaczał obóz rehabilitacyjny, poranił mnie tak mocno w noc ucieczki, że wszystkie słowa po prostu ze mnie uciekły. Zrobiłam się pusta. Taka zimna. Wystarczająco słaba, by przylgnął do mnie szok.

W rzeczywistości niektórych rzeczy nie da się opisać słowami. Choćby wystrzałów rozbrzmiewających w nocy. Krwi cieknącej po plecach cienkich uniformów. Dzieci leżących twarzą do ziemi, powoli przysłanianych przez śnieg sypiący z ciemnego nieba. Uczucia dławiącej nadziei pojawiającej się w tej samej chwili, w której ucieka się przez ogrodzenie i zostawia innych na pewną śmierć.

Przez kilka kolejnych dni byłam po prostu... zmęczona. Niepewna. Słyszałam pytania i kiwałam głową. Kręciłam nią. Wymagało to ode mnie mnóstwa energii. Bałam się, że z ciemności panującej w mojej głowie wybiorę niewłaściwe słowa. Nie chciałam powiedzieć czegoś, co nie spodobałoby się chłopakom, którzy mnie uratowali.

W niemal każdej chwili, jaką spędzałam w ich vanie, wyobrażałam sobie jedną scenę. Otóż mówię im, że jestem głodna, zziębnięta lub ranna, a oni uznają mnie za ciężar, tak jak kiedyś zrobili to rodzice. A następnie się mnie pozbywają. Decydują się na to tak szybko jak w noc mojej ucieczki, kiedy uznali, że należy zabrać mnie ze sobą.

Ostatecznie nigdy mnie nie porzucili i po jakimś czasie zdałam sobie sprawę, że tego nie zrobią. Ale wtedy czułam się już komfortowo, biorąc do ręki wspólny zeszyt i dobierając w myślach słowa. Mogłam napisać dokładnie taką odpowiedź, jaką chciałam, bez niepotrzebnych błędów. Mogłam wybrać, co i kiedy chcę powiedzieć. Miałam kontrolę nad swoim życiem.

Problem polegał na tym, że stale wybierałam milczenie. Ciągle pozwalałam sobie na bezpieczne zanurzanie się w jego odmętach. Bolesne rzeczy ukrywałam, dzięki czemu nie musiałam ich omawiać i starać się, by mnie zrozumieli. Przeszłość nie wracała, żeby mnie zranić, bo o niej nie mówiłam. Wspomnienie śniegu, krwi i krzyków nie chwytało mojego serca w mroźny uścisk i nie grzebało w ciemnościach. Nie musiałam przyznawać się do strachu, głodu czy wyczerpania i martwić tym innych. Moje milczenie stało się rodzajem tarczy.

Czymś, czego mogłam użyć, żeby się chronić.

Czymś, za czym mogłam się ukryć.

To było lata temu. Świat poznał mnie jako osobę mówiącą, a nie jako cichą dziewczynkę z ogoloną głową i w zbyt dużych rękawiczkach. Pojawiałam się na ekranach telewizorów i występowałam przed tłumami. Moja poprzednia wersja stała się duchem zagubionym we wspomnieniach, których nie chciałam już pamiętać.

Słowa wydostające się z moich ust wydawały się brzmieć ciężej niż w ustach innych ludzi. Zbyt łatwo było wślizgnąć się z powrotem do tych wygodnych głębin wewnątrz mnie, w których panowała cisza. Zwłaszcza w dzień taki jak ten, kiedy dawka adrenaliny sprawiała, że nie mogłam doczekać się wystąpienia.

Teraz jednak nie potrafiłam się na niczym skupić, i to bez względu na to, jak bardzo się starałam. Stojący przede mną ludzie - ponad dwadzieścia rzędów - stali się niewyraźną mgiełką powoli poruszających się kolorów. Pogubiłam się też w tym, co mówił szpakowaty dziekan do spraw rekrutacji Penn State, tak jak wcześniej nie byłam w stanie nadążyć za grupą, którą oprowadzał po kampusie. Nawet jego ciemna skóra i niebieski garnitur rozmazywały się gdzieś na krawędzi mojego wzroku.

Stuknęłam jednym obcasem, uniosłam drugi, stuknęłam nim i podniosłam ten pierwszy, odreagowując w ten sposób nerwy związane z podróżą. Zamknęłam oczy w ciepłych promieniach słońca, ale równie szybko je otworzyłam, gdyż ujrzałam w myślach wściekłą twarz tamtej starej kobiety.

Powietrze było przesiąknięte wilgocią późnego lata, tak gęstą, że przysłoniła niebo jedwabistą powłoką. Włosy buntowały się, pęczniały pod spinkami, próbując wyślizgnąć się ze starannie ułożonego koka. Kropla potu spłynęła mi wzdłuż kręgosłupa, przyklejając bluzkę do skóry.

Mel chwyciła mnie za ramię, przy czym wbiła paznokcie w skórę. Momentalnie się ocknęłam i poderwałam na nogi, a świat wokół mnie ożył.

Nieliczne oklaski nie były nawet na tyle głośne, żeby odbić się echem od kolumn dużego budynku za nami, tego, który dziekan nazwał Dawnym Głównym. Nie był to dobry znak, jeśli chodzi o poziom zainteresowania publiczności, ale mogłam ją jeszcze do siebie przekonać. Bycie dziwolągiem oznaczało, że ludzie przez chwilę gapili się na ciebie z zaciekawieniem.

Przeszłam przez cień rzucany przez wieżę zegarową. Odchyliłam ramiona do tyłu, oblizałam zęby, aby usunąć z nich ewentualne ślady szminki, po czym uniosłam dłoń i pomachałam do zebranych.

Dziekan odsunął się od podium, które stanęło wraz z mównicą na tymczasowej platformie zbudowanej nad schodami prowadzącymi na duży trawnik. Kiwnął na mnie, okraszając ten gest zachęcającym uśmiechem. Zmusiłam się, by go odwzajemnić.

Nie potrzebowałam zachęty. Byłam przecież w pracy.

Skromne oklaski ucichły na rzecz muzyki, która gruchnęła z głośników stojących na trawie po obu stronach zejścia - domyśliłam się, że był to jakiś rodzaj pieśni bojowej. Czekając, aż słowa przemówienia załadują się na teleprompter, rzuciłam okiem na widownię. Upewniłam się, że nie patrzę bezpośrednio na grupę kamer telewizji informacyjnych ustawionych po prawej stronie schodów.

- Dzień dobry państwu - powiedziałam, chwytając dłońmi mównicę. Nienawidziłam swojego głosu, który w głośnikach brzmiał, jakby należał do małej dziewczynki. - To wielki zaszczyt być tu dzisiaj z wami. Dziękuję, dziekanie Harrison, za możliwość przekazania paru słów nowemu, niesamowitemu rocznikowi i zaproszenie mnie na święto związane z ponownym otwarciem tego wspaniałego uniwersytetu.

Szczerze wątpię, by chciał mnie tu widzieć. Mel organizowała takie wydarzenia na podstawie modeli populacji i wysyłała mnie tam, gdzie jej zdaniem mogliśmy uzyskać największy rozgłos medialny. Wyglądało na to, że zawsze wiedziała, w jaki sposób zagrozić komuś, by gromkie "nie" magicznie zamieniło się w "tak".

Każde przemówienie starannie modyfikowano, aby pasowało do miejsca wygłoszenia. Te drobne poprawki na początku i końcu tekstu były jedynymi zmianami. Kiedy tylko poczułam się pewniej, przestałam trzymać się tak mocno mównicy. Przesunęłam wzrokiem po twarzach zebranych, próbując ocenić reakcje tłumu. Za rzędem reporterów, którzy bazgrali coś w notatnikach lub chowali się za telefonami, używanymi do robienia zdjęć, znajdowała się olbrzymia grupa ludzi reprezentująca niemal pełny przekrój wiekowy.

Rodziny i znajomi uczniów wypełnili tylne rzędy. Przed nimi siedzieli ludzie o dekadę starsi od typowych studentów pierwszego roku. Wszyscy próbowali zdobyć wykształcenie, z którego musieli zrezygnować, gdy większość uniwersytetów w szczytowym momencie paniki zbankrutowała.

Dostrzegłam też ludzi w moim wieku, a nawet trochę młodszych. Siedzieli tuż za reporterami, w koszulach z plakietkami wielkości kciuka, które przez cały czas musieliśmy nosić na wierzchu. Wiele zielonych, nieco mniej niebieskich, a jeszcze mniej żółtych, takich jak moja. I do tego, gdzieś pomiędzy nimi, białe.

Spojrzałam na mównicę, przerywając na chwilę przemowę, żeby zaczerpnąć powietrza. "Pustaki". To słowo przemknęło mi przez myśl, równie niechciane, jak brzydkie. To byli ci, którzy wybrali - sami lub za namową rodziców - procedurę "leczenia". To właśnie oni zdecydowali się na implanty chirurgiczne, aby wyłączyć i skutecznie zneutralizować zdolności, które nabyli na skutek OMNI.

- Naprawdę jesteśmy szczęściarzami - kontynuowałam. - Przetrwaliśmy wszystkie próby, jakie nasz kraj przechodził w ostatniej dekadzie. Zjednoczyły nas w sposób, którego nie dało się przewidzieć. Oczywiście sporo musieliśmy poświęcić. Jednak walczyliśmy i dzięki temu wiele się nauczyliśmy. Choćby tego, jak sobie ufać i jak wierzyć w przyszłość tego narodu.

Z lewego końca pierwszego rzędu rozległo się głośne, ostre kaszlnięcie. Było wystarczająco wyraźne, żeby przyciągnąć mój wzrok. Pociągnęłam łyk wody z oszronionej szklanki, którą postawiono przede mną.

Tuż za stojącym policjantem siedziało dwoje nastolatków. Dziewczyna o brązowej skórze wyciągnęła przed siebie długie nogi, częściowo ukryte pod żółtą jedwabną sukienką. Skrzyżowała je w kostkach, tuż nad sandałami na rzemyczkach. Przechyliła głowę na bok, a długi kucyk spleciony z kręconych czarnych włosów rozsypał się jej na ramieniu. Kocie okulary w metalicznej oprawce opadły na grzbiet nosa, odsłaniając rysy twarzy: gęste brwi i wysokie, ukośne kości policzkowe. Miała też, jak przypuszczałam, szeroko rozstawione oczy, ale nie byłam tego pewna, gdyż swoim przemówieniem skłoniłam ją do drzemki.

Poczułam irytację, kiedy jej usta rozchyliły się i wydmuchnęła powietrze.

Czy ja ci nie przeszkadzam?

Siedzący obok niej chłopak również mógł być w moim wieku. Stanowił takie studium kontrastów, że zatrzymałam na nim wzrok dobrą sekundę dłużej. Kasztanowe włosy wyróżniała garść dzikich, ledwo okiełznanych loków, zyskujących w ostrym słońcu rudawy odcień. Twarz miał co prawda szczupłą, ale rysy mocne, a linie tak wyraźne, że uwierzyłabym każdemu, kto powiedziałby mi, że zaprojektował tę twarz w swoim szkicowniku. Opalenizna barwiąca bladą skórę sprawiała, że oczy wydawały się płonąć jeszcze jaśniej. Spojrzał mi prosto w twarz, a jego niewiele mówiąca mina nie zmieniła się, dopóki kąciki ust nie opadły nagle w dół.

Wyprostowałam się i odwróciłam wzrok.

- Zdaję sobie sprawę, że wymagamy od Psi naprawdę wiele, ale musimy wyznaczać jakieś granice tym, którzy wydają się nieograniczeni. Społeczeństwo funkcjonuje tylko dzięki tym zasadom i dlatego wciąż musimy pracować nad znalezieniem drogi powrotnej na jego łono i nie naciskać zbyt mocno na rozwiązania, które mogą ten proces zakłócić.

Ta dziewczyna mogła już dawno wstać i wyjść, skoro była znudzona rozmową o swojej przyszłości. Mimo to ponownie spojrzałam w jej stronę. Miała na sobie zieloną plakietkę, a chłopak - żółtą.

Skupiłam całą uwagę na przemówieniu. Powoli docierałam już do końca. Tę część lubiłam najmniej: prosiłam w niej Psi o cierpliwość wobec tych, którzy się nas boją, a tych, którzy się nas boją, o próbę zrozumienia terroru, z którym mierzyliśmy się od pierwszych przypadków OMNI. To nie było uczciwe zestawienie, ale przygotowali je profesjonaliści. Co ja tam wiem?

Zająknęłam się, gdy na ekranie pojawiły się nieznane mi słowa.

- A kiedy zaczynamy wszystko od nowa, naprawdę ważne staje się docenienie przeszłości. Musimy uhonorować amerykańskie wartości.

To były te poprawki, o którym Mel wspomniała w samochodzie. Teleprompter zwolnił, dostosowując się do mojego tempa.

- Obejmuje to - przeczytałam - poszanowanie naszej konstytucji, podstawowego fundamentu wiary i wymogów obywatelskich naszej demokracji...

Słowa przewijały się, choć utknęły gdzieś w moim gardle.

Rząd tymczasowy przegłosował dziś i zatwierdził ustawę, która tymczasowo usuwa z list wyborczych wszystkich Psi, w tym osoby pełnoletnie. Ma to na celu zapewnienie im czasu niezbędnego do wyleczenia się z traumatycznych doświadczeń przed podjęciem niezwykle ważnych decyzji związanych z oddawaniem głosów. Chodzi również o to, aby mogli lepiej zrozumieć wagę i znaczenie tego świętego obywatelskiego obowiązku. To tylko środek tymczasowy, a sprawa zostanie ponownie rozpatrzona po listopadowych wyborach, tuż po zaprzysiężeniu nowego składu Kongresu.

Ramiona zaczęły mi drżeć, choć dłonie ponownie zacisnęły się na błyszczącej, drewnianej mównicy. Cisza przeciągała się, przerwana wyłapanym przez mikrofon stłumionym westchnieniem wiatru. Publiczność zaczęła się wiercić. Kobieta w drugim rzędzie w końcu przestała wachlować się programem wydarzenia i pochyliła do przodu, rzucając mi zaciekawione spojrzenie.

To nie mogła być prawda. Chciałam spojrzeć na Mel, aby zasygnalizować jej, że załadowano niewłaściwy tekst. Ktokolwiek uznał to za zabawny żart, zasłużył na łomot.

Słowa przewinęły się z powrotem. Były strasznie natarczywe.

Nie, to przecież... Psi zostali objęci bardzo rygorystycznymi przepisami dotyczącymi dowodów tożsamości. Musieliśmy również czekać do ukończenia dwudziestego pierwszego roku życia, by móc ubiegać się o prawo jazdy. Wygłosiłam wówczas przemówienie o tym, że warto na to zaczekać i jak ekscytujący będzie dzień, w którym wreszcie zostaniemy zarejestrowani jako wyborcy. Ja swój wniosek wypełniłam lata temu, razem z Pulpetem i Vidą. Nie chciałam zostać pominięta.

Ta zmiana musiała... Musiała mu jakoś umknąć. Jemu i innym Psi zasiadającym w radzie stworzonej przez tymczasową prezydent Cruz. Prawdopodobnie już to oprotestowali.

Poza tym, czy Mel nie powiedziała, że poprawki pochodzą bezpośrednio od szefa sztabu? Dlaczego wysłali je bez żadnego wyjaśnienia czy choćby słowa ostrzeżenia?

Ponieważ wiedzą, że ogłosisz to bez względu na wszystko, szepnął mały głosik w moim umyśle. Tak jak klepałaś wszystko, co do tej pory ci podsuwali.

Albo... ponieważ Rada Psi odmówiła ogłoszenia tej decyzji.

Tym razem obejrzałam się przez ramię. Tłum zaczął szemrać, wyraźnie zastanawiając się, co się dzieje. Mel nie podniosła się z krzesła, nie zdjęła okularów przeciwsłonecznych. Poruszyła rękami, żeby zachęcić mnie do odwrócenia się w stronę publiczności. Chciała, żebym kontynuowała.

Chłopak w pierwszym rzędzie, ten, którego obserwowałam wcześniej, zmrużył oczy i przechylił głowę na bok. Jego ciało napięło się w sposób, który sprawił, że zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie udało mu się dostrzec słów widocznych na teleprompterze. A może po prostu usłyszał, jak serce wali mi w piersi?

Po prostu to powiedz, pomyślałam, obserwując słowa ponownie płynące po ekranie, a następnie zatrzymujące się. Obiecałam rządowi swoje wsparcie. Niezależnie od tego, czego będzie dotyczyć. Nie tylko się na to zgodziłam, ale też dlatego tutaj przyjechałam.

Powiedz to wreszcie!

To tymczasowe rozwiązanie. Obiecali przecież. Jedne wybory. Moglibyśmy im je darować. Sprawiedliwość wymagała czasu i poświęcenia, ale - jak dowiodły reparacje - najlepiej ją wywalczyć na drodze współpracy. Pracowaliśmy na rzecz przyszłości wszystkich Psi, a nie tylko tego jednego roku.

Paliło mnie gardło. Mównica drżała pod naciskiem moich dłoni. Nie rozumiałam, dlaczego to się stało. Dlaczego teraz - dlaczego akurat to ogłoszenie, a nie inne?

Po prostu to powiedz...

Mała dziewczynka - duch z przeszłości - powróciła, a jej dłonie w rękawiczkach owinęły się wokół mojej szyi.

Nie mogę. Nie tym razem. Nie to!

- Dziękuję za poświęcony mi czas - wykrztusiłam. - To był dla mnie zaszczyt przemawiać dzisiaj do was. Oczywiście życzę wam powodzenia, bo przecież rozpoczynacie nowy rozdział życia i...

Ekran telepromptera zgasł. Sekundę później pojawiła się pojedyncza linijka tekstu.

Ktoś chce cię zabić!

3

Roześmiałam się.

Oto wstrząsający koniec niedokończonej myśli, chwilowo zagłuszający uporczywy szum otaczających mnie głośników i elektroniki. Zszokowany chichot zwielokrotnił się, odbijając się od filarów Dawnego Głównego niczym pojedynczy pocisk pociągający za sobą grad kul.

Zaskoczenie rozeszło się po tłumie; widziałam to na ich twarzach, słyszałam w szeptach. Fale gniewu i rozgoryczenia nie pozwoliły mi ruszyć się z miejsca, a im dłużej tam stałam, bezużyteczna i milcząca, tym głębiej czułam się upokorzona.

Z pewnością ktoś żywiący urazę do Psi załadował fałszywy tekst do telepromptera zamiast przekazanego przez Mel nowego materiału.

Powiedz coś. Zareaguj.

Powinnam zdać sobie z tego sprawę w momencie, gdy na ekranie pojawił się komunikat dotyczący praw wyborczych. Wtedy jeszcze mogłam zakończyć wystąpienie w sposób możliwie naturalny. Zamiast tego zastygłam jak zupełny nowicjusz i naraziłam się na spekulacje nocnych programów informacyjnych. Niemal słyszałam, jak analizują moje milczenie, w kółko odtwarzają ten moment, pytają, czy na pewno wszystko ze mną w porządku.

Pochyliłam się do przodu.

- Jeszcze raz dziękuję. Miłego dnia! - wydusiłam z siebie.

Moje słowa, zamiast uspokoić tłum, tylko go wzburzyły. Nawet ta przysypiająca dziewczyna nagle usiadła, podwijając nogi pod siebie, i spojrzała na towarzyszącego jej ciemnowłosego chłopaka.

Dziekan ponownie podszedł do mikrofonu. Rzucił mi nerwowe spojrzenie.

- Cóż... dziękuję wszystkim. Zapraszam na słońce i poczęstunek.

Te trzydzieści sekund ciągnęło się dobre trzydzieści minut. Zagrożenie fałszywe czy prawdziwe, to nie miało znaczenia: koła zamachowe protokołu bezpieczeństwa zaczęły się kręcić. Agent Cooper szedł już w moją stronę, jego krawat trzepotał przy każdym szybkim kroku. Słowa na teleprompterze odbijały się w srebrnych soczewkach jego okularów przeciwsłonecznych, aż w końcu ktoś odciął zasilanie i wyłączył ekran.

Mężczyzna objął mnie ramieniem. Dla każdego, kto nas obserwował, wyglądało to tak, jakby po prostu wyprowadzał mnie ze sceny. Można było nie zauważyć, że agent Cooper przytulił mnie mocno do swojego boku, a wolną rękę trzymał zaledwie kilka centymetrów od kabury pistoletu. Słońce padało na rękaw jego ciemnego garnituru i parzyło wszędzie tam, gdzie mnie omiotło.

- Wszystko w porządku. Wszystko w porządku - powtarzał bez końca, gdy policjanci odwrócili się do pracowników uniwersytetu i zagrodzili im drogę na schody Dawnego Głównego.

Większość studentów i ich rodzin podniosła się już z krzeseł i krążyła dookoła, rozmawiając ze sobą lub szukając drogi do stołu z poczęstunkiem.

- Wiem - odpowiedziałam stanowczo, po czym trafiłam obcasem w dziurę w starej płytce chodnikowej, zapadając się w nią.

Zamiast pozwolić mi się uwolnić, agent Cooper szarpnął mną do przodu, przez co uszkodził mi but i zmusił do kuśtykania w stronę Mel.

- Zaczekaj tutaj - zadecydował. - Przyjdzie po ciebie Martinez. Ja skoczę po samochód.

To był element naszego protokołu bezpieczeństwa: ukrycie się w bezpiecznym miejscu do czasu zapewnienia transportu. Skinęłam głową, a agent Cooper ruszył w stronę parkingu, na którym zostawiliśmy wóz pod opieką reaktywowanej policji stanowej Pensylwanii i nowych federalnych sił policyjnych ONZ, tak zwanych Obrońców.

W niewielkiej odległości zauważyłam Martineza. Nie zmierzał w moim kierunku, za to przesłuchiwał wzruszającą ramionami pracownicę kabiny technicznej.

Za mną rozległ się głos Mel, co wyrwało mnie z odrętwienia.

- To niedopuszczalne! Poprosiłam cię o zapewnienie nam bezpieczeństwa, a ty co zrobiłeś?

Moje obcasy zastukały o chodnik, gdy obróciłam się i ruszyłam w jej stronę. Mel stała przy bladym pracowniku uniwersytetu, który bez końca kiwał głową, po prostu chłonąc jej słowa. Na twarzy kobiety malował się ledwo tłumiony gniew.

Ze względu na swoją pracę Mel nauczyła się akceptować pilne zmiany i przełączać między wieloma zadaniami w zależności od tego, z kim przebywała lub co robiła. Przy mnie odgrywała rolę trenerki, obrończyni, przewodniczki i opiekunki. Niekompetencja, zwłaszcza w kwestiach bezpieczeństwa, zawsze ją irytowała. Ta wpadka, w połączeniu z incydentem podczas podróży, wyprowadziła ją więc z równowagi.

- Wszystko w porządku - zapewniłam ją. - Po prostu ktoś szuka dymu...

- Nic nie jest w porządku! - warknęła Mel, a jej dłoń zacisnęła się na moim ramieniu. Zaciągnęła mnie za najbliższy filar, poza zasięg kamer. - Miałaś ogłosić zmiany dotyczące głosowania w wyborach! Właśnie dlatego nagrałam to wydarzenie prasie!

Cofnęłam się o krok, rozchylając wargi w poszukiwaniu odpowiednich słów.

- Powiedziałam im, że jesteś gotowa na przekazywanie ważnych informacji, ale jeśli tak nie jest... - zaczęła.

- Jestem! - Jakimś cudem otrząsnęłam się z szoku, który eksplodował w mojej głowie. - Serio, jestem gotowa. Po prostu to nie wyglądało jak... to nie było...

Racja.

Widząc rozczarowanie Mel, nie potrafiłam wykrztusić słowa. Upał tego dnia był koszmarny, ale ona zionęła lodem.

- To przyszło bezpośrednio z biura tymczasowej prezydent. Wybrali cię do ogłoszenia tego - wyjaśniła Mel.

- Dlaczego?

Wpatrywała się we mnie, jakbym mówiła w obcym języku.

Nie odwróciłam wzroku.

- Dlaczego wybrali akurat mnie? - sprecyzowałam.

Ktoś dotknął mojego łokcia, czym pozbawił mnie szans na uzyskanie odpowiedzi.

- Proszę pani? Tędy.

Mundury Obrońców wydawały się tak czyste i nowe jak sama formacja. Szara kurtka szczelnie przylegała do ciała, pozwalając na noszenie czarnego pasa z bronią prewencyjną i innymi elementami wyposażenia, w tym charakterystycznymi pałkami z hasłem wytłoczonym srebrnymi literami: "Dla wspólnego bezpieczeństwa". Czerwona skórzana szarfa biegła od lewego ramienia do biodra, umocowana nad sercem za pomocą srebrnej odznaki.

Pracowałam w grupie fokusowej, która pomogła wybrać te mundury. Siedziałam właśnie obok szefa sztabu Cruz, kiedy model biorący udział w badaniu - prezentujący trzecią z pięciu opcji - wszedł do sali konferencyjnej. W mgnieniu oka znalazłam się przy drzwiach wyjściowych. Nadal nie rozumiałam, dlaczego widok tego konkretnego munduru tak na mnie zadziałał. To był dobry mundur. Wręcz fantastyczny. Nie było w nim nic złego, nawet jeśli kolory były...

Wzięłam głęboki oddech, spojrzałam na trzymającą mnie za łokieć Obrończynię i skinęłam głową. Podczas badania straszliwie się zawstydziłam, kiedy szef sztabu zapytał mnie o przyczynę takiej reakcji. Potem poczułam się totalnie zażenowana, gdy projektant wyjaśnił swoją koncepcję. Śmiałość karmazynu na tle szarości symbolizowała nadzieję na silniejszą, spokojniejszą przyszłość w kontraście do ponurej przeszłości.

Mundur był w porządku, podobnie jak ja, co potwierdziłam, głosując właśnie na to rozwiązanie.

Obrończyni ukryła pod hełmem schludny warkocz, miała też spaloną słońcem białą skórę i sztywną postawę. Wyglądała, jakby wcześniej służyła w jednostkach bojowych. Zapewne po dokonaniu oceny psychologicznej przeszła szkolenie z siłami pokojowymi ONZ. Teraz prowadziła nas naprzód z kontrolowaną pewnością kogoś, kto jest przyzwyczajony do wydawania rozkazów, a przynajmniej do ich wykonywania.

- Zaczekaj - zawołałam, próbując uwolnić rękę. Obrończyni zacieśniła uścisk, prowadząc mnie z powrotem w stronę Dawnego Głównego, po schodach i w kierunku głośników oraz podium. Wiedziałam, że Mel podąża za mną tylko dlatego, że słyszałam stukanie jej obcasów. - Agent Cooper powiedział...

- Nie teraz - uciszyła mnie ostrym tonem Mel, zatrzymując się obok.

Pomachała w stronę grupy Obrońców stojących wzdłuż krawędzi prowizorycznej sceny, usiłujących powstrzymać napór namolnych uczestników spotkania, którzy próbowali zrobić nam zdjęcia, oraz kilku reporterów wykrzykujących kolejne pytania.

- Co tymczasowa prezydent sądzi o zbliżających się wyborach? Czy widziała najnowsze sondaże?

- Mel, co możesz nam powiedzieć o plotkach dotyczących ponownego otwarcia siedziby Zgromadzenia Ogólnego ONZ na Manhattanie?

- Mel! Mel!

Zdając sobie sprawę, jak to mogło wyglądać, zbliżyłam się do Obrończyni. Starałam się zignorować natarczywe brzęczenie w mojej głowie. Głośniki wciąż szumiały przepływającym przez nie prądem, szepcząc coś, czego nie mogłam dosłyszeć.

Za to Mel usłyszałam aż nazbyt wyraźnie.

- Uśmiechnij się - wysyczała zza przyklejonego do twarzy uśmiechu.

Nie byłam w stanie.

Za zniecierpliwionymi, przepychającymi się ludźmi wykrzykującymi kolejne pytania wyłapałam spojrzenie chłopaka, którego widziałam wcześniej. Nie ruszył się z miejsca. Wciąż znajdował się przy swoim krześle i poczułam się, jakbym i ja zastygła w bezruchu. Zmarszczył brwi, gdy jego spojrzenie oderwało się ode mnie i skupiło na wysokim Obrońcy przedzierającym się przez tłum.

Towarzysząca mi kobieta pociągnęła mnie w dół schodów. Nie do tyłu, lecz w stronę tłumu.

- Dlaczego tam idziemy? - zapytałam.

Szybciej byłoby ruszyć w przeciwnym kierunku, podążając tą samą drogą, którą agent Cooper ruszył za Dawny Główny.

- Zmienił się protokół bezpieczeństwa - mruknęła.

Jej ciemny warkocz lśnił od wilgoci.

W każdym człowieku kryje się coś, co nagle ożywa - budzi się, jak sądzę - kiedy ten staje twarzą w twarz ze śmiercią i ledwo jej unika. Nagle ma się wrażenie, że jakiś nieuświadomiony system alarmowy włączył się w umyśle. Nie dzwoni jednak jak szalony, gdy zauważy zagrożenie. Nie zawsze przyśpiesza bicie serca. Czasami nie ma na to czasu.

Można nazwać to instynktem, intuicją lub dowolnie inaczej, ale kiedy zaczyna działać, już nigdy się nie wyłącza. A kiedy zaczyna bić na alarm, czujesz jakby warstwę ładunku elektrostatycznego sunącego po skórze.

Powinnam to wiedzieć. Znałam to uczucie od dnia, w którym na środku autostrady I-495 przypadkowo uszkodziłam samochód należący do mojej rodziny. Od momentu, w którym rozpędzona ciężarówka wjechała w nasz wóz od strony pasażera. Ten alarm uratował mnie jeszcze wielokrotnie. Na tyle często, bym nie pozwalała sobie na jego zignorowanie. Jak zawsze powtarzała Vida, są chwile, w których trzeba posłuchać przeczucia i powiedzieć zwykłej beztrosce, żeby się odpieprzyła.

Tyle że niełatwo jest zrobić to przy włączonych kamerach. Nie chciałam dać nikomu satysfakcji, pokazać, że się czegoś boję. Nie miałam zamiaru choćby się wzdrygnąć.

Ale... nie chodziło tylko o uczucie niepokoju. Nowe, jeszcze słabe wibracje przeszyły powietrze, łaskocząc krawędzie mojego ucha, jęcząc i paląc.

W chaotycznym tłumie poruszającym się wokół mnie dostrzegłam dziewczynę w nagietkowej sukience. Wyciągnęła rękę i chwyciła chłopaka za ramię, żeby wskazać na coś za mną.

Obejrzałam się za siebie w poszukiwaniu tego, na co patrzyli. Wibracje przybrały na sile, wtapiając się w szum głośników.

- Powinniśmy pójść inną drogą - szepnęła Mel do kobiety. - Unikać tłumu.

Tak, powinniśmy. Uczestnicy spotkania zablokowali wejście, a tym samym wyjście prowadzące poza barierki. Upał zaś przyniósł smród potu i skoszonego trawnika, pozostawiając palący posmak w moich ustach.

Odwróciłam się ponownie w poszukiwaniu drogi prowadzącej w stronę Dawnego Głównego, a także agenta Martineza, który gdzieś zniknął. Ale gdy tłum się przerzedził, tylko jedna postać wciąż zmierzała w naszą stronę. Obrońca, którego mundur wydawał się nieco zbyt ciasno opinać szerokie ramiona. Pot lśnił na jego jasnej twarzy i choć opuścił głowę, to wciąż na mnie patrzył. Skupił wzrok o sekundę za długo. Zanim zdążyłam go wskazać, był już przy mnie.

Wystarczająco blisko, żebym mogła zobaczyć swoją twarz odbitą w jego błyszczącej odznace.

Wystarczająco blisko, żebym mogła zobaczyć brak srebrnych liter na jego pałce.

Wystarczająco blisko, żebym mogła zobaczyć wolną rękę wsuwającą się do kieszeni munduru. Śmiercionośny kształt broni, po którą właśnie sięgał.

Nie myślałam. Nie krzyczałam. Starsza kobieta z autostrady, zwłaszcza jej twarz, przemknęła mi przez myśl i moje ramię błyskawicznie się uniosło, a palce wystrzeliły do przodu. Znalazły się na tyle blisko mężczyzny, że niemal dotknęły końca jego pałki. Zacisnął zęby, a jego oczy zwęziły się z nienawiści. Wyciągnął pistolet z kieszeni i skierował w stronę mojego serca.

Wystrzeliłam pierwsza.

Sięgnęłam po energię z szumiących prądów w powietrzu, wiążąc ją w pojedynczą nić elektryczności i wyrzucając przed siebie. Wycelowałam w jego klatkę piersiową, chcąc nadać uderzeniu wystarczającą siłę, by zwalić go z nóg, ale...

- Nie! - rozległ się czyjś okrzyk, a Obrońca, kimkolwiek był, uniósł pałkę, by zasłonić się przed ładunkiem.

Była drewniana, a przynajmniej powinna być drewniana, jednak nitka światła otoczyła ją trzeszczącą aureolą i eksplodowała, więżąc faceta w pułapce wściekłej mocy.

- Co ty zrobiłaś? - krzyknęła Mel. - O Boże, co ty...

Ale nawet jej głos zaginął w ryku głośników, które wybuchły falą grzmotów i ognia.