MROCZNA WIEŻA I: ROLAND - Stephen King

Kup ebooka

46.00 zł
36.80 zł (35,84 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WstępO BYCIU DZIEWIĘTNASTOLATKIEM(i kilku innych rzeczach)

I

Hobbity były duże, kiedy miałem dziewiętnaście lat (ta liczba ma pewne znaczenie w historiach, które zamierzacie przeczytać).

W błocie na farmie Maxa Yasgura na Wielkim Festiwalu Muzycznym w Woodstock taplało się prawdopodobnie pół tuzina Merrych i Pippinów, dwa razy tylu Frodów oraz całe mnóstwo hipisowatych Gandalfów. Władca Pierścieni J.R.R. Tolkiena był w tamtych czasach szalenie popularny i chociaż nigdy nie dotarłem do Woodstock (powiedz: przepraszam), byłem chyba przynajmniej hipisem-niziołkiem. W wystarczającym stopniu, by przeczytać sagę i zakochać się w niej. Cykl Mrocznej Wieży, podobnie jak większość długich fantastycznych książek współczesnych mi autorów (spośród wielu innych można tu wymienić choćby Kroniki Thomasa Covenanta Stephena Donaldsona oraz Miecz Shannary Terry Brooks), zrodził się z Tolkiena.

Chociaż czytałem te książki w roku 1966 i w roku 1967, wstrzymywałem się z pisaniem. Porywała mnie siła Tolkienowskiej wyobraźni i ambicja jego opowieści, ale chciałem pisać po swojemu, a gdybym wówczas zaczął, pisałbym w jego stylu. A to byłoby niedobre, jak mawiał świętej pamięci Szczwany Dick Nixon. Dwudziesty wiek zyskał dzięki panu Tolkienowi wszystkie elfy i czarodziejów, jakich potrzebował.

W 1967 roku nie wiedziałem, jak wygląda mój styl, lecz nie miało to znaczenia; byłem przekonany, że na pewno go poznam, kiedy będzie mnie mijał na ulicy. Byłem aroganckim dziewiętnastolatkiem. Z pewnością dość aroganckim, by uważać, że mogę jeszcze zaczekać na moją muzę i moje arcydzieło (nie miałem bowiem wątpliwości, że to będzie arcydzieło). W wieku dziewiętnastu lat ma się, moim zdaniem, prawo do arogancji: czas nie zaczął jeszcze swoich ukradkowych i parszywych rekwizycji. Jak mówią słowa popularnej piosenki, czas konfiskuje włosy i siłę wyskoku, lecz, prawdę mówiąc, zabiera znacznie więcej. Nie wiedziałem tego w roku 1966 i 1967, a nawet gdybym wiedział, wcale bym się nie przejął. Potrafiłem sobie wyobrazić - z trudem - że będę miał kiedyś czterdzieści lat, ale pięćdziesiąt? Nie. Sześćdziesiąt? Nigdy w życiu. Sześćdziesiątka była wykluczona. W wieku dziewiętnastu lat tak właśnie powinno być. Dziewiętnaście lat to wiek, kiedy mówisz: "Uważaj, świecie. Popalam TNT i piję dynamit, więc jeśli ci życie miłe, zejdź mi z drogi - oto nadchodzi Stevie".

Dziewiętnaście lat to samolubny wiek, wiek, w którym troski są ściśle ograniczone. Miałem dużo do osiągnięcia, i o to się troszczyłem. Miałem dużo ambicji, i o to się troszczyłem. Miałem maszynę do pisania, którą przenosiłem z jednej nory do drugiej, zawsze z paczką fajek w kieszeni i z uśmiechem na twarzy. Kompromisy wieku średniego były jeszcze daleko, obelgi starości gdzieś za horyzontem. Niczym bohater piosenki Boba Segera, którą puszczają teraz, żeby sprzedawać ciężarówki, czułem się nieskończenie potężny, a mój optymizm nie znał granic; miałem puste kieszenie, ale moja głowa była pełna rzeczy, które chciałem opowiedzieć, a serce pełne historii, które chciałem przekazać. Dzisiaj brzmi to ckliwie, wtedy wydawało się wspaniałe. Bardzo odlotowe. Niczego nie pragnąłem bardziej, jak obezwładnić i zauroczyć moich Czytelników; chciałem zmienić ich na zawsze wyłącznie poprzez to, co piszę. I czułem, że potrafię to zrobić. Czułem, że jestem do tego stworzony.

Jak zarozumiale to brzmi? Bardzo czy tylko trochę? Tak czy inaczej, nie zamierzam się kajać. Miałem dziewiętnaście lat. Nie miałem ani jednej siwej nitki w brodzie. Miałem trzy pary dżinsów, jedną parę butów i przekonanie, że świat stoi przede mną otworem. Nic, co zdarzyło się w ciągu następnych dwudziestu lat, nie wyprowadziło mnie z błędu. A potem, kiedy miałem trzydzieści dziewięć lat, zaczęły się kłopoty: picie, narkotyki, wypadek drogowy, który zmienił sposób, w jaki chodzę (między innymi). Pisałem o tym dość obszernie już wcześniej i nie chciałbym się powtarzać. Poza tym podobnie wygląda to u Was, prawda? Świat posyła w końcu jakiegoś podłego chłopca radarowca, żebyście zwolnili i przekonali się, kto tu jest szefem. Wy, którzy to czytacie, bez wątpienia spotkaliście swojego (albo spotkacie); ja spotkałem mojego i wiem, że jeszcze powróci. Ma mój adres. To podły facet, Zły Porucznik, zaprzysięgły wróg wygłupów, opierdalania się, dumy, ambicji, głośnej muzyki i wszystkiego, co ma związek z dziewiętnastką.

Mimo to w dalszym ciągu uważam, że to piękny wiek. Może najlepszy. Można przetańczyć całą noc, a kiedy przebrzmi muzyka i skończy się piwo, można zacząć myśleć. I snuć wielkie marzenia. Podły chłopiec radarowiec podetnie Wam w końcu skrzydełka, a jeśli już na początku nie były zbyt duże, pozostaną wam same kikuty. "Dajcie mi następnego" zawoła wówczas i odmaszeruje z bloczkiem mandatów w ręku. Dlatego troszeczkę (albo nawet sporo) arogancji to nic złego, chociaż Wasza matka z pewnością mówiła inaczej. Moja przestrzegała mnie. "Pycha chodzi przed upadkiem, Stephen", powtarzała... a potem w wieku 2 x 19 lat odkryłem, że człowiek upada tak czy owak. Względnie zostaje zepchnięty do rowu. Kiedy macie dziewiętnaście lat, mogą Wam się kazać wylegitymować w barze i powiedzieć, żebyście spieprzali, żebyście gdzie indziej robili z siebie głupka, ale, na Boga, nie mogą Wam się kazać wylegitymować, kiedy siadacie, żeby namalować obraz, napisać wiersz lub opowiedzieć historię, i jeśli Wy, którzy to czytacie, jesteście bardzo młodzi, nie pozwólcie starszym i ponoć lepszym od siebie ględzić, że jest inaczej. Jasne, nigdy nie byliście w Paryżu. Nigdy nie biegaliście z bykami w Pampelunie. Tak, jesteście szczylem, który dopiero od trzech lat ma włosy pod pachami - i co z tego? Jeśli na początku nie będziecie trochę zbyt duzi na swoje bryczesy, czym je wypełnicie, kiedy będziecie dorośli? Niech się rozedrą bez względu na to, co ktokolwiek mówi, oto mój pomysł; a poza tym usiądźcie sobie i zapalcie.

II

Pisarze dzielą się, moim zdaniem, na dwa rodzaje i dotyczy to również nieopierzonego autora, jakim byłem w 1970 roku. Ci, którzy nastawiają się na bardziej "poważne" pisarstwo, badają każdy możliwy temat pod kątem: Co będzie dla mnie oznaczało napisanie tego rodzaju historii? Ci, których przeznaczeniem (albo jak kto woli, ka) jest pisanie popularnych powieści, skłonni są zadać zupełnie inne pytanie: Co będzie znaczyło dla innych napisanie tego rodzaju historii? "Poważny" pisarz szuka odpowiedzi i kluczy do samego siebie, "popularny" pisarz szuka publiczności. Obaj są równie samolubni. Poznałem ich wielu, i niech mnie kule biją, jeśli kłamię.

Tak czy inaczej, już w wieku dziewiętnastu lat uznałem chyba, że historia Froda i jego wysiłków, by pozbyć się Pewnego Wielkiego Pierścienia, należy do tej drugiej grupy. Były to przygody w gruncie rzeczy brytyjskich pielgrzymów osadzone na tle bliżej nieokreślonej nordyckiej mitologii. Podobał mi się pomysł tej misji - szczerze mówiąc, zachwycał mnie - lecz nie interesowały mnie ani toporne wiejskie postaci Tolkiena (co wcale nie znaczy, że mi się nie podobały), ani bujna skandynawska sceneria. Gdybym poszedł w tym kierunku, wszystko bym pokręcił.

Dlatego czekałem. W roku 1970 miałem już dwadzieścia dwa lata, w mojej brodzie pokazały się pierwsze siwe nitki (myślę, że miało to coś wspólnego z wypalaniem dwóch i pół paczek pall malli dziennie), ale nawet w takim wieku człowieka stać na to, żeby czekać. W wieku dwudziestu dwóch lat czas jest wciąż po naszej stronie, chociaż ten zły facet z drogówki zaczyna się już kręcić w okolicy i zadawać pytania.

A potem w kompletnie pustym kinie (Bijou w Bangor w stanie Maine, jeśli ma to jakieś znaczenie) obejrzałem film wyreżyserowany przez Sergia Leone. Zatytułowany był Dobry, zły, brzydki, i już w połowie zdałem sobie sprawę, że tym, co chcę napisać, jest powieść przesycona Tolkienowskim poczuciem misji i magii i umieszczona na prawie absurdalnym tle majestatycznego Dzikiego Zachodu Sergia Leone. Jeśli oglądaliście ten zwariowany western wyłącznie na ekranie telewizora, nie rozumiecie, o czym mówię - wybaczcie, ale to prawda. W kinie, wyświetlany przez odpowiedni obiektyw firmy Panavision, Dobry, zły i brzydki jest epopeją porównywalną z Ben Hurem. Clint Eastwood wydaje się facetem co najmniej osiemnastu stóp wzrostu, a każdy szczeciniasty włosek na jego policzku jest wielkości młodej sekwoi. Bruzdy okalające usta Lee Van Cleefa są głębokie jak kaniony, a na dnie każdego z nich może się kryć błona (patrz: Czarnoksiężnik i kryształ). Pustynia ciągnie się co najmniej aż do orbity Neptuna. A lufa każdego z pistoletów zbliżona jest rozmiarami do wylotu Holland Tunnel.

Jeszcze bardziej niż na scenerii zależało mi na epickiej, apokaliptycznej skali. Fakt, iż Leone nie wiedział nic na temat amerykańskiej geografii (według jednego z bohaterów Chicago leży gdzieś w okolicy Phoenix w stanie Arizona), potęgował emanujące z filmu fenomenalne poczucie zagubienia. A ja w swoim entuzjazmie - na który, jak sądzę, stać jest tylko kogoś młodego - chciałem napisać nie tylko długą książkę, lecz najdłuższą popularną powieść w historii. Nie udało mi się to, ale jestem przekonany, że mało brakowało. Mroczna Wieża, poczynając od tomu pierwszego aż do siódmego, naprawdę stanowi jedną historię, a pierwsze cztery tomy liczą ponad dwa tysiące stron w miękkich okładkach. Ostatnie trzy tomy liczą kolejne dwa i pół tysiąca stron manuskryptu. Nie chcę tu sugerować, że długość ma coś wspólnego z jakością; twierdzę tylko, że chciałem stworzyć coś epickiego, i pod pewnymi względami mi się to udało. Gdybyście zapytali, dlaczego tego chciałem, nie potrafiłbym odpowiedzieć. Może ma to coś wspólnego z dorastaniem w Ameryce: żeby budować jak najwyżej, kopać jak najgłębiej, pisać jak najdłużej. A to bezradne drapanie się po głowie, kiedy ktoś pyta o motywy? Przypuszczam, że również ma to coś wspólnego z tym, że jestem Amerykaninem. Ostatecznie nie pozostaje nam nic innego, jak powiedzieć, że "wydawało się to nam wówczas dobrym pomysłem".

III

Kolejna prawda o byciu dziewiętnastolatkiem, jeśli łaska: jest to według mnie wiek, w którym wielu z nas w pewien sposób się zacina (mentalnie i emocjonalnie, jeśli nie fizycznie). Mijają lata i któregoś dnia spoglądamy w lustro z prawdziwym zdumieniem. "Skąd się wzięły zmarszczki na mojej twarzy?", dziwimy się. "Skąd się wziął ten bańdzioch? Mam przecież tylko dziewiętnaście lat, do diabła!". Nie jest to zbyt oryginalne spostrzeżenie, ale nie zmniejsza wcale Waszego zaskoczenia.

Czas prószy siwizną Waszą brodę i zmniejsza siłę wyskoku, ale przez cały czas wydaje się Wam - głuptasy - że jest po Waszej stronie. Logika podpowiada, że jest inaczej, lecz serce nie pozwala się z nią zgodzić. Jeśli macie szczęście, facet z drogówki, który wlepił Wam mandat za zbyt szybką jazdę i zbyt dobrą zabawę, podaje Wam również sole trzeźwiące. Mniej więcej coś takiego przydarzyło mi się pod koniec dwudziestego wieku. Przybrało formę furgonetki marki Plymouth, która zepchnęła mnie do rowu w moim rodzinnym mieście.

Trzy lata po tym wypadku podpisywałem egzemplarze Buicka 8 w księgarni Bordersa w Dearborn, w stanie Michigan. Dotarłszy do czoła kolejki, pewien facet oświadczył mi, że naprawdę szczerze się cieszy, że żyję. (Bardzo mi się to spodobało; bije o głowę odzywkę: "Dlaczego jeszcze nie zdechłeś?").

- Kiedy usłyszałem, że pana stuknęli, byłem akurat z moim dobrym kumplem - powiedział. - Człowieku, od razu zaczęliśmy potrząsać głowami i powtarzać: "Wieża się chwieje, wieża się pochyla, wieża się wali, och, w dupę, teraz już jej nigdy nie skończy".

Mnie też przyszło wcześniej do głowy coś podobnego - niepokojąca myśl, że skoro wzniosłem Mroczną Wieżę w zbiorowej wyobraźni miliona Czytelników, ponoszę chyba odpowiedzialność za jej bezpieczeństwo - przynajmniej dopóki ludzie chcą o niej czytać. Może to trwać zaledwie pięć lat; z tego, co wiem, może trwać i pięćset. Fantastyczne opowieści, zarówno te dobre, jak i złe (dokładnie w tej chwili ktoś czyta pewnie Wampira Varneya albo Mnicha), mają raczej długi biblioteczny żywot. Roland chroni wieżę, starając się usunąć niebezpieczeństwo grożące Promieniom, które ją podtrzymują. Ja będę musiał to zrobić (o czym zdałem sobie sprawę po wypadku), kończąc opowieść o rewolwerowcu.

Podczas długich przerw między pisaniem i wydaniem pierwszych czterech książek z cyklu Mrocznej Wieży otrzymałem setki listów z serii "uderz się w piersi, posyp głowę popiołem". W 1998 roku (kiedy urabiałem sobie ręce po łokcie, pozostając pod mylnym wrażeniem, iż w dalszym ciągu mam w gruncie rzeczy dziewiętnaście lat), dostałem jeden od osiemdziesięciodwuletniej babci, która "nie chciała zawracać mi głowy swoimi kłopotami, ALE ostatnio bardzo się rozchorowała". Napisała, że ma przed sobą jeden rok życia ("Najwyżej czternaście miesięcy, zanim zeżre mnie rak"), i chociaż nie oczekuje, iż ukończę historię Rolanda wyłącznie dla niej, zapytuje łaskawie ("łaskawie!"), czy nie mógłbym zdradzić, jak się kończy. Przyrzekała, że "nie powie nikomu", i ta obietnica poruszyła mnie do głębi, nie aż tak bardzo jednak, bym chwycił za pióro. Rok później - chyba wówczas gdy wylądowałem po wypadku w szpitalu - jedna z moich asystentek, Marsha DiFilippo, dostała list od faceta, który siedział w celi śmierci w Teksasie albo na Florydzie i chciał wiedzieć w zasadzie to samo: jak kończy się ta opowieść? (Obiecał zabrać tajemnicę do grobu, co przyprawiło mnie o dreszcz).

Gdybym tylko mógł, chętnie dałbym obojgu to, czego chcieli - streszczenie dalszych przygód Rolanda. Niestety nie mogłem. Nie wiedziałem, jak potoczą się dalej losy rewolwerowca i jego przyjaciół. Żeby się tego dowiedzieć, muszę pisać. Miałem kiedyś konspekt, lecz gdzieś go zgubiłem. (Był zresztą pewnie gówno wart). Miałem tylko kilka notatek (kiedy to piszę, jedna z nich leży na moim biurku i brzmi: "A gdy rano przyjdzie świt, coś tam, coś tam, będzie wstyd". W końcu w lipcu 2001 roku zacząłem znowu pisać. Wiedziałem wówczas, że nie mam już dziewiętnastu lat i nie jestem odporny na "owe tysiączne właściwe naszej naturze wstrząśnienia"1. Wiedziałem, że dobiję sześćdziesiątki, a może nawet siedemdziesiątki. I pragnąłem ukończyć moją historię, zanim po raz ostatni zgłosi się do mnie zły policjant z drogówki. Nie chciałem, by zaliczono mnie do tej samej kategorii, co Opowieści kanterberyjskieThe Mystery of Edwin Drood.

Rezultat leży przed Tobą, Nieodłączny Czytelniku, bez względu na to, czy zaczynasz lekturę od pierwszego tomu, czy szykujesz się do przeczytania piątego. Czy ci się to podoba, czy nie, historia Rolanda jest już ukończona. Mam nadzieję, że ci się spodoba.

Co do mnie, nigdy w życiu lepiej się nie bawiłem.

Stephen King25 stycznia 2003

PRZEDMOWA

Większość z tego, co pisarze piszą o swoich książkach, to wydumane brednie2. Dlatego nigdy nie widzieliście książki zatytułowanej Sto najlepszych wstępów cywilizacji zachodniej lub Ulubione przedmowy Amerykanów. To oczywiście moja subiektywna ocena, lecz po napisaniu co najmniej pięćdziesięciu przedmów i wstępów - nie mówiąc już o całej książce o sztuce pisania - wydaje mi się, że mam do niej prawo. I wydaje mi się, że możecie potraktować mnie serio, kiedy oznajmię, że to jedna z rzadkich okazji, gdy rzeczywiście mam coś ważnego do powiedzenia.

Przed kilku laty wywołałem pewne poruszenie, oferując moim Czytelnikom poprawioną i rozszerzoną wersję powieści Bastion. Nie bez powodu żywiłem wówczas pewne obawy, ponieważ była to książka, którą ukochali oni najbardziej (dla zagorzałych fanów Bastionu mógłbym śmiało umrzeć w 1980 roku i świat nie odczułby wcale tej straty).

Jeśli istnieje historia, która zajmuje podobne do Bastionu miejsce w wyobraźni Czytelników Kinga, to jest nią prawdopodobnie opowieść o Rolandzie Deschainie i jego poszukiwaniu Mrocznej Wieży. A teraz - do licha! - robię z nią dokładnie to samo.

Tyle że to wcale nie to samo i chcę, żebyście o tym wiedzieli. Chcę również, żebyście wiedzieli, dokładnie, co i dlaczego zrobiłem. Dla Was nie musi to być wcale ważne, ale jest ważne dla mnie i stąd przedmowa ta stanowi wyjątek od Zasady Bredni Kinga.

Proszę pamiętać, że Bastion został poważnie okrojony, i to nie z powodów redakcyjnych, lecz finansowych. (Były nawet ograniczenia dotyczące oprawy, lecz nie będę w to głębiej wchodził). Wszystko, co wstawiłem w późnych latach osiemdziesiątych, to poprawione fragmenty istniejącego wcześniej manuskryptu. Skorygowałem również cały utwór, głównie po to, żeby uwzględnić epidemię AIDS, która rozkwitła (jeśli to odpowiednie słowo) między pierwszym wydaniem książki i publikacją jej poprawionej wersji osiem albo dziewięć lat później. W rezultacie powstał tom o mniej więcej sto tysięcy słów dłuższy od oryginału.

W wypadku Rolanda pierwotna wersja była cienka, a dodany materiał liczy zaledwie trzydzieści pięć stron czyli około dziewięciu tysięcy słów. Jeśli czytaliście wcześniej Rolanda, znajdziecie teraz tylko dwie albo trzy całkowicie nowe sceny. Puryści Mrocznej Wieży (których jest zaskakująco dużo - zajrzyjcie tylko do Internetu) będą oczywiście chcieli ponownie przeczytać książkę, i większość z nich zrobi to z mieszaniną ciekawości i irytacji. Współczuję im, ale muszę powiedzieć, że dbam o nich mniej aniżeli o Czytelników, którzy nigdy dotąd nie spotkali się z Rolandem i jego ka-tet3.

Mimo zagorzałych zwolenników opowieść o Wieży jest o wiele mniej znana niż Bastion. Wygłaszając czasami odczyty, proszę obecnych, żeby podnieśli ręce, jeśli czytali jedną lub więcej moich powieści. Ponieważ zadali sobie w ogóle trud, żeby przyjść - a często musieli z tego powodu wynająć kogoś do dziecka albo zatankować starego rzęcha, co naraziło ich na dodatkowe koszty - nie dziwi mnie, że większość podnosi ręce. Następnie proszę, aby nie opuszczali ich Ci, którzy przeczytali jedną albo więcej książek z cyklu Mrocznej Wieży. W tym momencie połowa rąk wędruje niezmiennie w dół. Konkluzja jest dość jasna: chociaż w ciągu trzydziestu trzech lat między rokiem 1970 i 2003 poświęciłem na ich spisanie niesamowicie dużo czasu, przeczytało je stosunkowo niewielu ludzi. Ci, którzy to zrobili, są jednak w nich zakochani, i ja też jestem w nich raczej zakochany - w wystarczającym w każdym razie stopniu, by nie wygnać Rolanda do tego nieszczęsnego przytułku, w którym mieszkają niespełnione postaci (pomyślcie o pielgrzymach Chaucera albo ludziach zaludniających niedokończoną ostatnią powieść Karola Dickensa, The Mystery of Edwin Drood).

Zakładałem chyba zawsze (zupełnie bezwiednie, ponieważ nie pamiętam, żebym się nad tym świadomie zastanawiał), że będę miał jeszcze czas to skończyć, że być może sam Bóg wyśle mi o wyznaczonej godzinie muzyczny telegram: "Hejże! Ha, hejże, hejże, / Bierz się do roboty, Stephen, / Dokończ Wieżę". I w gruncie rzeczy coś takiego naprawdę się wydarzyło, chociaż nie był to muzyczny telegram, lecz bliskie spotkanie z minivanem marki Plymouth, spotkanie, które wprawiło mnie ponownie w ruch. Gdyby pojazd, który uderzył mnie tamtego dnia, był trochę większy albo gdyby trafił mnie nieco celniej, wszystko skończyłoby się pogrzebem: uprasza się o nieskładanie kwiatów, rodzina Kingów dziękuje za wyrazy współczucia. A misja Rolanda nigdy nie zostałaby zakończona, przynajmniej przeze mnie.

Tak czy inaczej, w roku 2001 - kiedy doszedłem wreszcie do siebie - postanowiłem, że nadeszła pora, by doprowadzić do końca historię Rolanda. Odłożyłem na bok wszystkie inne rzeczy i zabrałem się do trzech ostatnich części. Jak zawsze, robiłem to w większym stopniu dla samego siebie aniżeli dla domagających się tego Czytelników.

Kiedy piszę te słowa w zimie 2003 roku, czeka mnie korekta dwóch ostatnich tomów, ale książki zostały już ukończone zeszłego lata. I w przerwie między pracami redakcyjnymi nad tomem piątym (Wilki z Calla) i szóstym (Pieśń Susannah) postanowiłem, że cofnę się do samego początku i rozpocznę generalną korektę. Dlaczego? Dlatego że te siedem tomów tak naprawdę nigdy nie stanowiło oddzielnych historii, lecz części jednej długiej powieści zatytułowanej Mroczna Wieża, i początek nie pasuje do końca.

Moje podejście do poprawek nie zmieniło się wraz z upływem lat. Wiem, że są pisarze, którzy wykonują je w trakcie pisania, ale moja strategia polegała zawsze na tym, by dać susa i zasuwać do przodu najszybciej, jak można, nie pozwalając, by stępiło się ostrze narracji i próbując umknąć przed najbardziej podstępnym wrogiem pisarza, którym są wątpliwości. Oglądanie się wstecz budzi zbyt wiele pytań: Jak dalece wiarygodne są moje postaci? Jak ciekawa jest moja fabuła? Czy w ogóle jest dobra? Czy kogoś obchodzi? Czy obchodzi mnie samego?

Kiedy pierwsza wersja powieści jest już gotowa, odkładam ją na bok ze wszystkimi skazami, żeby się ocukrowała. Po pewnym czasie - sześciu miesiącach, roku, dwóch latach, naprawdę nie ma to znaczenia - mogę jej się ponownie przyjrzeć chłodniejszym (lecz czułym) okiem i przystąpić do korekty. I chociaż każda z książek składających się na Wieżę była redagowana oddzielnie, aż do ukończenia siódmego tomu (The Dark Tower), nigdy tak naprawdę nie spojrzałem na tę historię jak na całość.

Gdy przyjrzałem się pierwszemu tomowi, który trzymacie teraz w ręku, trzy rzeczy wydały mi się dość oczywiste. Po pierwsze, Roland został napisany przez bardzo młodego autora i ma wszystkie wady książki napisanej przez bardzo młodego autora. Po drugie, było w nim wiele błędów oraz falstartów, zwłaszcza w świetle tego, co napisałem później4. Po trzecie, Roland nawet nie brzmiał tak jak następne książki - był, prawdę mówiąc, raczej trudny w lekturze. Zbyt często musiałem się za niego tłumaczyć i powtarzać ludziom, że jeśli będą wytrwali, odkryją, iż opowieść odnalazła właściwy ton dopiero w Powołaniu Trójki.

W pierwszym tomie Roland jest opisany jako człowiek, który prostuje obrazy w obcym hotelowym pokoju. Ja sam też jestem tego pokroju facetem, i w pewnym sensie na tym właśnie polegają poprawki: na prostowaniu obrazów, odkurzaniu podłóg, szorowaniu sedesów. W trakcie tej korekty odrobiłem mnóstwo pracy domowej i miałem okazję uczynić to, co każdy pisarz pragnie uczynić z utworem, który, choć zakończony, potrzebuje ostatecznego szlifu i dostrojenia: po prostu napisać go jak należy. Wiedząc, jak ostatecznie rozwinęła się sytuacja, trzeba się cofnąć i wszystko uporządkować - jest się to winnym potencjalnemu Czytelnikowi oraz samemu sobie. To właśnie starałem się zrobić, stale uważając, by żadne uzupełnienia lub zmiany nie uchyliły sekretów zawartych w ostatnich trzech książkach cyklu, sekretów, których strzegłem niekiedy cierpliwie przez trzydzieści lat.

Zanim skończę, powinienem jeszcze powiedzieć coś o młodym człowieku, który ośmielił się napisać tę książkę. Uczęszczał on na zbyt wiele literackich seminariów i za bardzo przejął się teoriami, które tam się propaguje: że pisze się w większym stopniu dla innych ludzi aniżeli dla samego siebie; że język jest ważniejszy od fabuły; że dwuznaczność jest lepsza od jasności i prostoty, które są na ogół oznaką topornego i ograniczonego umysłu. W rezultacie nie zdziwiłem się zbytnio, odkrywając, iż pojawieniu się Rolanda na scenie towarzyszy spora doza pretensjonalności (nie wspominając o tysiącach niepotrzebnych przysłówków). Starałem się usunąć jak najwięcej tego pustosłowia i nie żałuję w tym względzie ani jednego skreślenia. W innych miejscach - na ogół tam, gdzie jakiś szczególnie wciągający fragment opowieści kazał mi zapomnieć o teoriach z seminariów - mogłem pozostawić tekst prawie bez zmian, z wyjątkiem normalnych poprawek, które musi wprowadzić każdy pisarz. Jak wskazałem kiedyś w innym kontekście, tylko Panu Bogu udaje się za pierwszym razem.

W żadnym wypadku nie chciałem cenzurować ani nawet zmieniać sposobu, w jaki opowiedziana została ta historia. Mimo wszystkich wad, ma ona, jak mi się zdaje, swój szczególny urok. Całkowicie ją zmieniając, musiałbym wyprzeć się osoby, która późną wiosną i wczesnym latem 1970 roku stworzyła postać rewolwerowca - a tego wcale nie chciałem zrobić.

Chciałem za to - jeśli to możliwe, jeszcze przed wydaniem ostatnich części cyklu - ofiarować tym, którzy nie znają opowieści o Wieży (oraz starym Czytelnikom, którzy chcą odświeżyć pamięć), bardziej klarowny start i nieco łatwiejsze wejście w świat Rolanda. Chciałem również dać im tom, który skuteczniej zwiastuje przyszłe wypadki. Mam nadzieję, że mi się to udało. I jeśli nie odwiedziliście jeszcze dziwnego świata, który przemierzają Roland i jego przyjaciele, wierzę, że spodobają Wam się cuda, jakie tam znajdziecie. Bardziej niż czegokolwiek innego pragnąłem opowiedzieć cudowną historię. Jeśli okaże się, że znaleźliście się choć trochę pod urokiem Mrocznej Wieży, uznam, że wykonałem zadanie, które zaczęło się w 1970 roku i w dużym stopniu zostało zakończone w roku 2003. Choć nie kto inny niż Roland wskazałby, że taki okres znaczy bardzo mało. W gruncie rzeczy, kiedy wyrusza się na poszukiwanie Mrocznej Wieży, czas nie ma żadnego znaczenia.

6 lutego 2003

Rozdział 1REWOLWEROWIEC

I

Człowiek w czerni uciekał przez pustynię, a rewolwerowiec podążał w ślad za nim.

Pustynia stanowiła kwintesencję wszystkich pustyń - ogromna, rozpościerająca się niczym wieczność we wszystkich kierunkach. Była biała, oślepiająca i bezwodna, pozbawiona wszelkich punktów orientacyjnych prócz spowitych mgłą gór, które rysowały się niewyraźnie na horyzoncie, oraz kęp diabelskiej trawy, sprowadzającej słodkie sny, koszmary i śmierć. Wyłaniający się co jakiś czas słupek wskazywał drogę, albowiem poryty koleinami szlak, który przecinał alkaliczną skorupę, był kiedyś traktem i jeździły nim dyliżanse i bryki. Od tamtego czasu świat poszedł naprzód. Świat opustoszał.

Na chwilę zakręciło mu się w głowie, zachciało ziewać, i cały świat stał się nagle czymś efemerycznym, co można przejrzeć na wylot. A potem to uczucie minęło i podobnie jak świat, po którego skórze stąpał, rewolwerowiec poszedł naprzód. Pokonywał kolejne mile równym krokiem, nie spiesząc się i nie zbaczając ze szlaku. Skórzany bukłak opasywał go niczym pęto kiełbasy. Był prawie pełen. Rewolwerowiec przez wiele lat doskonalił się w khef i doszedł chyba do piątego poziomu. Gdyby był świętym mężem Manni, nie czułby nawet pragnienia; obserwowałby z kliniczną chłodną uwagą swoje odwadniające się ciało, nawilżając jego szczeliny i mroczne wewnętrzne zakamarki, kiedy podpowiadałby mu to rozum. Nie był jednak Manni ani wyznawcą Jezusa-Człowieka i w żadnym wypadku nie uważał się za świętego. Był, innymi słowy, zwyczajnym pielgrzymem i jedno tylko wiedział na pewno: że jest spragniony. Mimo to nie odczuwał szczególnie wielkiej potrzeby, by się napić. W jakiś nieokreślony sposób wszystko to sprawiało mu przyjemność. Tego właśnie wymagał ten kraj, spragniony kraj, a w długim życiu rozwinął zdolności adaptacyjne.

Pod bukłakiem miał swoje rewolwery, świetnie wyważone i dopasowane do ręki; kiedy dostał je od ojca, który był lżejszy i nie tak wysoki jak on, opatrzono je plakietkami. Dwa pasy krzyżowały się nad jego kroczem. Kabury były dobrze naoliwione, żeby nie popękały w prażącym bezlitośnie słońcu. Kolby rewolwerów wykonano z żółtego, mazerowanego sandałowego drewna. Rzemyki z surowej skóry, które przytrzymywały kabury przy udach i kołysały się lekko przy każdym kroku, starły błękit z jego dżinsów i zostawiły na materiale dwa podobne do uśmiechów łuki. Tkwiące w ładownicach mosiężne naboje puszczały zajączki na słońcu. Skóra cicho skrzypiała.

Rozchylona pod szyją koszula rewolwerowca miała nieokreślony kolor deszczu lub kurzu. Między jej ręcznie dzierganymi dziurkami przewleczony był luźny rzemyk. Kapelusz gdzieś zgubił. Podobnie zresztą jak róg, który kiedyś niósł; ów utracony przed laty róg wypadł z ręki konającego przyjaciela i rewolwerowiec tęsknił za jednym i drugim.

Wspiął się po łagodnym zboczu wydmy (choć w zasadzie nie było tu piasku; powierzchnię pustyni stanowił skalny zlepieniec i nawet porywiste wiatry, które wiały po zapadnięciu zmroku, niosły wyłącznie pył ostry niczym proszek do czyszczenia) i zobaczył z boku, tam gdzie najwcześniej chowało się słońce, porozrzucane szczątki niewielkiego ogniska. Nigdy nie przestawały go cieszyć drobne, podobne do tego ślady, po raz kolejny potwierdzające przynależność człowieka w czerni do rodzaju ludzkiego. Wargi rewolwerowca skrzywiły się w dziobatej, łuszczącej się twarzy. Ukucnął.

Jako opału człowiek w czerni użył oczywiście diabelskiego ziela - jedynej rzeczy, która się tu do tego nadawała. Ziele paliło się tłustym płaskim płomieniem, i paliło się wolno. Mieszkańcy pogranicza mówili, że diabeł mieszka nawet w płomieniach. Palili je, lecz nie patrzyli w ogień. Mówili, że diabły hipnotyzują, dają znaki i w końcu wciągają w płomienie tego, kto patrzy. Mógł je ujrzeć każdy, kto był na tyle głupi, by spojrzeć w ogień.

Źdźbła spalonej trawy ułożone były w znajomy już kształt ideogramu. Pod ręką rewolwerowca rozsypały się w szary bezsens. W popiele nie było nic oprócz zwęglonego plasterka boczku, który zjadł w zadumie. Tak było zawsze. Od dwóch miesięcy podążał za człowiekiem w czerni przez pustynię - bezkresny, przeraźliwie monotonny czyśćcowy ugór - i nie znalazł na razie innych tropów prócz higienicznie sterylnych ideogramów jego ognisk. Nie znalazł manierki, butelki ani bukłaka (sam zostawił ich za sobą cztery, niczym zrzucane przez węża skóry). Nie znalazł żadnych odchodów. Podejrzewał, że człowiek w czerni je palił.

Być może same ogniska mogły stanowić wiadomość pisaną Wielkimi Literami. Mogły znaczyć: Trzymaj się z daleka, partnerze. Albo: Koniec jest już blisko. Albo nawet: Spróbuj mnie złapać. To, co znaczyły lub nie znaczyły, nie miało znaczenia. Nie znał się na wiadomościach, jeśli to były wiadomości. Ważne, że ten popiół okazał się tak samo zimny jak inne. Mimo to coś zyskał. Wiedział, że jest coraz bliżej, choć nie wiedział, skąd to wie. To też nie miało znaczenia. Będzie szedł dalej, aż coś się zmieni, a jeśli nic się nie zmieni, i tak będzie szedł dalej. Jeśli Bóg zechce, będzie woda, mawiali weterani. Woda z łaski Boga, nawet na pustyni. Rewolwerowiec wstał i otrzepał ręce.

Żadnych innych tropów; ostry jak brzytwa wiatr wywiał wszelkie ślady, które mogły się odcisnąć na ubitej ziemi. Żadnych ludzkich ekskrementów, żadnych śmieci ani śladów, gdzie te rzeczy mogły zostać zakopane. Nic. Tylko te wystygłe ogniska wzdłuż wiodącego na południowy wschód starodawnego traktu i funkcjonujący bez przerwy dalmierz w jego własnej głowie. Chociaż oczywiście było w tym coś więcej; ta siła, która ciągnęła go na południowy wschód, była czymś więcej aniżeli tylko zmysłem orientacji, czymś więcej nawet niż magnetyzmem.

Usiadł i pozwolił sobie na niewielki łyk wody z bukłaka. Pomyślał o wcześniejszym krótkim zawrocie głowy, tym poczuciu zerwania więzi ze światem, i zastanawiał się, co mogło oznaczać. Dlaczego ten zawrót przypomniał mu róg i ostatniego ze starych przyjaciół, którego stracił dawno temu na wzgórzu Jericho? Miał rewolwery - rewolwery swojego ojca - i z pewnością były one ważniejsze od rogów... i nawet przyjaciół.

Czy aby na pewno?

To pytanie w dziwny sposób nie dawało mu spokoju, ponieważ jednak nie było na nie innej odpowiedzi poza tą oczywistą, odsunął je od siebie. Być może zastanowi się nad nim później. Przebiegł oczyma pustynię i spojrzał na słońce, które chyliło się w dół w odległym kwadrancie nieba, znajdującym się, co niepokojące, nie całkiem na zachodzie. A potem wstał, wyjął wciśnięte za pas wytarte rękawice i zaczął rwać diabelskie ziele na własne ognisko, które rozpalił w popiele pozostawionym przez człowieka w czerni. Ironia tego faktu, podobnie jak doskwierające pragnienie, sprawiała mu gorzką satysfakcję.

Krzesiwem i krzemieniem posłużył się dopiero, kiedy o minionym dniu świadczyło tylko ulotne ciepło gruntu pod stopami i szydercza pomarańczowa kreska na monochromatycznym horyzoncie. Siedząc z rewolwerami na kolanach, spoglądał cierpliwie na południe, w stronę gór, nie spodziewając się i nie mając nadziei, że zobaczy pomarańczową iskrę płomienia albo cienką, prostą nitkę dymu z innego ogniska. Patrzył, bo to należało do gry i było w specyficznie gorzki sposób przyjemne. Nie zobaczysz tego, czego nie szukasz, gnido, powiedziałby Cort. Otworzysz w końcu te gały, które dali ci bogowie?

Nie zobaczył jednak niczego. Był blisko, ale tylko stosunkowo blisko. Nie dość blisko, by ujrzeć pomarańczowy błysk obozowego ogniska i strużkę dymu o zmierzchu.

Skrzesał iskrę na suche, postrzępione źdźbła, mrucząc przy tym obdarzone mocą stare, bezsensowne słowa.

- Iskierko-w-mroku, gdzie mój pan? Czy się położę? Czy zostanę? Pobłogosław ten obóz ogniem.

A potem położył się po nawietrznej, tak żeby dym zwiewało na pustynię. Wiatr, z wyjątkiem wirujących co jakiś czas małych trąb powietrznych, był niezmienny.

Wyżej płonęły gwiazdy, również niezmienne. Miliony słońc i światów. Przyprawiające o zawrót głowy konstelacje, zimny ogień w każdym pierwotnym odcieniu. Na jego oczach niebo zmieniło kolor z fioletowego na hebanowy. Meteor zakreślił krótki spektakularny łuk pod Starą Matką i zgasł. Ogień rzucał dziwne cienie; diabelskie ziele wypalało się powoli, tworząc nowe wzory - nie ideogramy, lecz proste, krzyżujące się linie, w nieokreślony sposób złowrogie w swojej rzeczowej stałości. Wzór, w który ułożył opał, nie był artystyczny, lecz pragmatyczny. Mówił o tym, co białe i co czarne. Mówił o mężczyźnie prostującym źle zawieszone obrazy w obcych hotelowych pokojach. Ognisko paliło się równym wolnym płomieniem; w jego rozżarzonym jądrze tańczyły fantomy. Rewolwerowiec nie widział ich. Dwa wzory, wzór sztuki oraz wzór biegłości, zlały się ze sobą, kiedy spał. Wiatr pojękiwał niczym chora na raka wiedźma. Co jakiś czas zabłąkany wir powietrza porywał smugi dymu i dmuchał nim w jego nozdrza, tkając kanwę snów w taki sam sposób, w jaki mały pyłek stwarza perłę w ostrydze. Chwilami rewolwerowiec pojękiwał do wtóru z wiatrem. Gwiazdy nie zwracały na to uwagi, podobnie jak nie zwracały uwagi na wojny, ukrzyżowania oraz rebelie. To również powinno sprawić mu przyjemność.

II

Schodząc z ostatniego wzgórza, rewolwerowiec prowadził muła o wybałuszonych od skwaru martwych oczach. Ostatnie miasteczko minął trzy tygodnie wcześniej i podążając starym traktem, którym kiedyś jeździły dyliżanse, napotykał odtąd wyłącznie kryte darnią osady mieszkańców pogranicza. Osady zmieniły się w pojedyncze chaty, zamieszkane na ogół przez trędowatych albo wariatów. Bardziej odpowiadało mu towarzystwo wariatów. Jeden z nich wręczył mu kompas marki Silva z nierdzewnej stali, każąc go oddać Jezusowi-Człowiekowi. Rewolwerowiec wziął go z poważną miną. Jeśli Go spotka, na pewno odda kompas. Nie spodziewał się tego, ale wszystko było możliwe. Kiedyś zobaczył taheen - w tym wypadku człowieka z głową kruka - ale gdy do niego zawołał, niewydarzone stworzenie uciekło, kracząc jakieś słowa. A może nawet przekleństwa.

Minęło już pięć dni, odkąd minął ostatnią chatę, i podejrzewał, że nie zobaczy ich więcej, a jednak wspiąwszy się na szczyt ostatniego zwietrzałego wzgórza, ujrzał znajomy kryty darnią, niski dach.

Osadnik, zaskakująco młody człowiek ze zmierzwioną grzywą jasnych włosów o słomianym odcieniu, które sięgały mu prawie do pasa, pielił z zaciekłą gorliwością niewielkie poletko kukurydzy. Muł sapnął ciężko. Osadnik podniósł wzrok i utkwił na chwilę swoje płonące błękitne oczy w przybyszu. Nieuzbrojony, nie miał żadnego grotu ani bah, które byłoby widać. Podniósł obie ręce w krótkim geście pozdrowienia i pochylił się, żeby dalej pielić położoną najbliżej chaty grzędę, ciskając co chwila przez ramię diabelskie ziele i rzadziej karłowatą łodygę kukurydzy. Jego czupryna trzęsła się i powiewała na wietrze, który dął prosto z pustyni, nie napotykając po drodze żadnych przeszkód.

Rewolwerowiec zszedł powoli ze wzgórza, prowadząc muła z chlupoczącą w bukłakach wodą. Zatrzymał się przy skraju uschłego zagonu, napił trochę wody z bukłaka, żeby pobudzić wydzielanie śliny, po czym splunął na jałową ziemię.

- Życie za twoje zbiory.

- Życie za twoje własne - odparł osadnik i wyprostował się.

Coś chrupnęło głośno w jego plecach. Przyjrzał się bez lęku przybyszowi. Widoczna między brodą i czupryną skóra twarzy nie nosiła śladów zgnilizny, a w oczach, choć nieco dzikich, nie malowało się szaleństwo.

- Długich dni i przyjemnych nocy, cudzoziemcze.

- Ty miej ich dwa razy tyle.

- To niemożliwe - odparł osadnik, parskając śmiechem. - Nie mam nic prócz kukurydzy i fasoli. Kukurydza jest za darmo, ale musisz kopsnąć coś za fasolę. Dostarcza ją tu co jakiś czas pewien gość. Nie bawi u mnie zbyt długo. - Osadnik ponownie się roześmiał. - Boi się duchów. I człowieka-ptaka.

- Widziałem go. To znaczy człowieka-ptaka. Uciekł przede mną.

- Owszem, zgubił się. Twierdzi, że szuka miejsca, które nazywa się Algul Siento, tyle że czasami nazywa je Błękitną Przystanią albo Niebem. Nie mogę go dobrze zrozumieć. Słyszałeś o takim miejscu?

Rewolwerowiec pokręcił głową.

- No cóż... taheen nie gryzie ani nie kole, więc chuj z nim - mruknął osadnik. - Jesteś żywy czy martwy?

- Żywy - odparł rewolwerowiec. - Mówisz jak Manni.

- Byłem z nimi jakiś czas, ale to nie było życie dla mnie. Za bardzo się spoufalają i szukają dziur na całym świecie.

Rewolwerowiec uświadomił sobie, że to prawda. Manni byli wielkimi podróżnikami.

Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu.

- Nazywam się Brown - powiedział osadnik, wyciągając rękę.

Rewolwerowiec uścisnął ją i podał mu własne nazwisko. Kiedy to robił, chudy kruk zakrakał z niskiego szczytu krytego darnią dachu.

- To Zoltan - powiedział osadnik, wskazując ręką ptaka.

Na dźwięk swojego imienia kruk zakrakał ponownie, podfrunął do Browna i wylądował na jego głowie, wbijając mocno szpony w zmierzwioną czuprynę.

- Chromolę cię! - zakrakał rezolutnie. - Chromolę ciebie i konia, którego dosiadasz.

Rewolwerowiec pokiwał z uznaniem głową.

- Fasola, fasola to czysta muzyka - wyrecytował zachęcony tym kruk. - Im więcej jej żresz, tym częściej prykasz.

- Ty go tego nauczyłeś?

- Chyba tylko tego ma ochotę się uczyć - odparł Brown. - Próbowałem go kiedyś nauczyć Modlitwy Pańskiej. - Jego oczy pobiegły na chwilę poza chatę, w stronę kamienistej, pozbawionej punktów orientacyjnych równiny. - W tym kraju nie odmawiają chyba Modlitwy Pańskiej. Jesteś rewolwerowcem. Zgadza się?

- Tak.

Rewolwerowiec przykucnął na piętach i wyjął woreczek z tytoniem. Zoltan sfrunął z głowy Browna i wylądował, trzepocząc skrzydłami, na jego ramieniu.

- Myślałem, że twój rodzaj wyginął.

- Więc możesz się przekonać, że jest inaczej.

- Przybyłeś ze Świata Wewnętrznego?

- Dawno temu - przyznał rewolwerowiec.

- Czy coś tam zostało?

Rewolwerowiec nie odpowiedział, ale wyraz jego twarzy sugerował, żeby lepiej nie drążyć tego tematu.

- Domyślam się, że ścigasz tego drugiego - mruknął osadnik.

- Tak - odparł rewolwerowiec. Z jego ust padło nieuniknione pytanie: - Jak dawno tędy szedł?

Brown wzruszył ramionami.

- Nie wiem. Z czasem dzieją się tutaj dziwne rzeczy. Z odległością i kierunkami także. Więcej niż dwa tygodnie temu. Mniej niż dwa miesiące. Fasolarz odwiedził mnie od tamtego czasu dwa razy, więc przypuszczam, że to było przed sześcioma tygodniami. Chociaż mogę się mylić.

- Im więcej żresz, tym częściej prykasz - oznajmił Zoltan.

- Czy się zatrzymał? - zapytał rewolwerowiec.

Brown pokiwał głową.

- Został na kolacji, podobnie jak możesz zostać i ty, jeśli masz ochotę. Spędziliśmy miło czas.

Rewolwerowiec wstał. Ptak zakrakał i pofrunął z powrotem na dach. Rewolwerowiec poczuł, że wewnętrznie drży.

- O czym mówił?

Brown podniósł brwi.

- Niewiele się odzywał. Czy padał tutaj w ogóle deszcz, od kiedy tu przybyłem, i czy pochowałem swoją żonę. Pytał, czy należała do Manni, i odparłem "ano", bo chyba i tak to wiedział. Mówiłem głównie ja, co rzadko się zdarza. - Brown przerwał i przez chwilę słychać było tylko dujący wiatr. - To czarownik, prawda?

- Między innymi.

Brown pokiwał powoli głową.

- Wiedziałem. Wyciągnął królika z rękawa, wypatroszonego i gotowego do włożenia do garnka. A ty?

- Czy jestem czarownikiem? - Rewolwerowiec się roześmiał. - Jestem tylko człowiekiem.

- Nigdy go nie dopadniesz.

- Dopadnę go.

Popatrzyli jeden na drugiego, czując do siebie nagle głęboką sympatię - osadnik na swoim suchym jak pieprz poletku, przybysz na skalnej płycie, która opadała ku pustyni.

Rewolwerowiec sięgnął po krzesiwo.

- Proszę - powiedział Brown, wyjmując zapałkę z siarczanym czubkiem i zapalając ją brudnym paznokciem.

Rewolwerowiec zbliżył papieros do płomienia i zaciągnął się dymem.

- Dzięki.

- Na pewno będziesz chciał napełnić swoje bukłaki - powiedział osadnik i odwrócił się do niego plecami. - Źródło jest pod okapem z tyłu. Ja idę szykować kolację.

Rewolwerowiec obszedł dom, stąpając ostrożnie po zagonach kukurydzy. Źródło biło na dnie wykopanej ręcznie studni, którą ocembrowano kamieniami zabezpieczającymi sypką ziemię przed zawałem. Schodząc po rozchybotanej drabinie, zdał sobie sprawę, że budowa studni - wykopanie dołu, a potem zwiezienie i ułożenie kamieni - mogła zająć nawet dwa lata. Woda była czysta, lecz płynęła powoli i napełnienie bukłaków trwało bardzo długo. Gdy kończył napełniać drugi, na skraju studni przycupnął Zoltan.

- Chromolę ciebie i konia, którego dosiadasz - oznajmił.

Zaskoczony rewolwerowiec zerknął w górę. Szyb miał piętnaście stóp wysokości; był wystarczająco głęboki, żeby Brown cisnął w niego kamieniem, rozbił mu głowę i ze wszystkiego okradł. Wariat albo trędowaty nie zrobiłby tego; Brown nie był ani jednym, ani drugim. Mimo to polubił go. Odsunął od siebie złe myśli i zaczął napełniać kolejny bukłak daną przez Boga wodą. Co jeszcze szykował Bóg, zależało od ka, nie od niego.

Kiedy przekroczył próg chaty i zszedł po schodkach w dół (podłoga izby znajdowała się poniżej poziomu gruntu, żeby zatrzymać nocny chłód), Brown trzymał w ręku szpatułkę z twardego drewna i wpychał nią kolby kukurydzy między głownie. Dwa poobijane talerze stały po przeciwnych stronach ciemnobrązowego koca. W wiszącym nad ogniem kociołku zaczynała bulgotać woda na fasolę.

- Za wodę też zapłacę.

Brown nie podniósł wzroku.

- Jak chyba wiesz, woda jest darem Boga. Fasolę przynosi Pappa Doc.

Rewolwerowiec parsknął śmiechem i usiadł, opierając się plecami o szorstką ścianę. Po chwili skrzyżował ręce na piersi i zamknął oczy. Do jego nozdrzy dotarł zapach prażonej kukurydzy. Słyszał podobny do toczących się kamyków grzechot, kiedy Brown wsypywał do kociołka suszoną fasolę. I co jakiś czas tak-tak-tak, spacerującego niespokojnie po dachu Zoltana. Był zmęczony; po horrorze, którego doświadczył w ostatnim miasteczku, Tull, szedł przez szesnaście, a czasami nawet osiemnaście godzin dziennie. I był na nogach od dwunastu dni; muł padał z nóg, a to, że żył, wynikało wyłącznie z przyzwyczajenia. Rewolwerowiec znał kiedyś chłopca imieniem Sheemie, który miał muła. Sheemiego już nie było, podobnie jak innych - zostało ich tylko dwóch: on i człowiek w czerni. Słyszał opowieści o innych leżących za tym krajach, zielonych krajach w miejscu nazywanym Światem Pośrednim, ale trudno było w nie uwierzyć. Zielone kraje wydawały się tutaj dziecinną fantazją.

Tak-tak-tak.

Minęły dwa tygodnie, powiedział Brown, albo nawet sześć. To nie miało znaczenia. W Tull mieli kalendarze i pamiętali człowieka w czerni, ponieważ uzdrowił tam miejscowego starca. Starca, który konał od ziela. Trzydziestopięcioletniego starca. I jeśli Brown się nie mylił, rewolwerowiec znacznie zmniejszył dystans dzielący go od człowieka w czerni. Teraz jednak musiał pokonać pustynię. A pustynia będzie piekłem.

Tak-tak-tak.

Użycz mi swoich skrzydeł, ptaku. Rozpostrę je i pofrunę z ciepłymi powietrznymi prądami.

Zasnął.

III

Brown obudził go godzinę później. Ciemność rozświetlały żarzące się wiśniowym światłem głownie.

- Zdechł twój muł - powiedział. - Przyszykowałem kolację.

- Jak?

Brown wzruszył ramionami.

- Kukurydza prażona, fasola gotowana. Jak inaczej? Jesteś wybredny?

- Nie, chodzi mi o muła.

- Po prostu się położył, to wszystko. Wyglądał na starego. Zoltan wydziobał mu oczy - dodał przepraszającym tonem.

- O! - Rewolwerowiec mógł się tego spodziewać. - W porządku.

Kiedy zasiedli przy kocu, który pełnił funkcję stołu, Brown ponownie go zaskoczył, odmawiając krótką modlitwę: za deszcz, za zdrowie, za duchowy rozwój.

- Wierzysz w życie po życiu? - zapytał rewolwerowiec, kiedy Brown położył trzy gorące kolby kukurydzy na jego talerzu.

Brown pokiwał głową.

- Chyba tak.

IV

Ziarna fasoli były niczym naboje, kukurydza łykowata. Wszechobecny wiatr sapał i zawodził pod sięgającymi ziemi okapami. Rewolwerowiec jadł żarłocznie, popijając posiłek czterema kubkami wody. W połowie kolacji rozległo się szybkie niczym karabin maszynowy stukanie do drzwi. Brown wstał i wpuścił do środka Zoltana. Ptak przeleciał przez izbę i przycupnął naburmuszony w kącie.

- Muzyczny frykas - mruknął.

- Myślałeś kiedyś, żeby go zjeść? - zapytał rewolwerowiec.

Osadnik roześmiał się.

- Mówiące zwierzęta są twarde - powiedział. - Ptaki, billy-bumblery, ludzka fasola. Są twarde w jedzeniu.

Po kolacji rewolwerowiec poczęstował Browna tytoniem. Osadnik nie dał się dwa razy prosić.

Teraz, pomyślał rewolwerowiec. Teraz zaczną się pytania.

A jednak Brown nie zadawał żadnych pytań. Palił tytoń, który dojrzewał przed laty w Garlan, i spoglądał na szczapy dopalające się w palenisku. W izbie zrobiło się wyraźnie chłodniej.

- Nie wódź nas na pokuszenie - oznajmił nagle apokaliptycznym tonem Zoltan.

Rewolwerowiec wzdrygnął się, jakby do niego strzelano. Doszedł nagle do przekonania, że wszystko to jest iluzją, że człowiek w czerni rzucił urok i stara się dać mu coś do zrozumienia w irytująco niejasny, symboliczny sposób.

- Znasz Tull? - zapytał nagle.

Brown pokiwał głową.

- Minąłem je w drodze tutaj i kiedyś wybrałem się tam, żeby sprzedać kukurydzę i wypić szklaneczkę whiskey. W tamtym roku padało. Cały deszcz trwał może piętnaście minut. Ziemia jakby się otworzyła i wessała całą wilgoć. Po godzinie było tak samo biało i sucho jak zawsze. Ale kukurydza... Boże... Widziało się, jak rośnie. To nie było takie złe. Słyszało się, jak rośnie... jak gdyby deszcz dał jej głos. Ten dźwięk nie był zbyt radosny. Tak jakby, wychodząc z ziemi, przez cały czas wzdychała i jęczała. Zebrałem duże plony - dodał po chwili Brown - więc wziąłem ją i sprzedałem. Pappa Doc powiedział, że to zrobi, ale na pewno by mnie oszukał. Więc poszedłem sam.

- Nie lubisz miasta?

- Nie.

- O mało tam nie zginąłem - wyznał raptem rewolwerowiec.

- Tak twierdzisz?

- Niech mnie kule biją, jeśli kłamię. I zabiłem człowieka, który został dotknięty przez Boga. Tyle że to wcale nie był Bóg. To był człowiek, który wyciągnął królika z rękawa. Człowiek w czerni.

- Zastawił na ciebie pułapkę.

- Jakbyś zgadł. Dziękuję.

Spoglądali na siebie w półmroku, czując, że zbliża się kulminacyjny moment.

Teraz zaczną się pytania.

Brown jednak o nic nie pytał. Jego papieros prawie całkiem się wypalił, lecz kiedy rewolwerowiec poklepał woreczek z tytoniem, pokręcił głową.

Zoltan poruszył się niespokojnie, jakby chciał coś powiedzieć, ale potem się rozmyślił.

- Mam ci o tym opowiedzieć? - zapytał rewolwerowiec. - Normalnie nie jestem zbyt gadatliwy, ale...

- Mówienie czasami pomaga. Wysłucham cię.

Rewolwerowiec szukał słów, od których mógłby zacząć, lecz nie znalazł żadnych.

- Muszę się odlać - oświadczył.

Brown pokiwał głową.

- Odlej się na polu.

- Jasne.

Rewolwerowiec wspiął się po schodkach i wyszedł w mrok. Nad głową migotały mu gwiazdy. Pulsował wiatr. Drżąca struga moczu zatoczyła łuk nad osypującym się poletkiem kukurydzy. Zwabił go tu człowiek w czerni. Niewykluczone, że sam Brown jest człowiekiem w czerni. Mógł być...

Rewolwerowiec odsunął od siebie te bezproduktywne i dręczące myśli. Jedyną rzeczą, z którą nie potrafiłby sobie poradzić, było własne szaleństwo. Wrócił do izby.

- Rozstrzygnąłeś już, czy ktoś rzucił na mnie urok? - zapytał rozbawiony Brown.

Rewolwerowiec zatrzymał się, zaskoczony, na niewielkim podeście. Po chwili powoli zszedł i usiadł.

- Przyszło mi coś takiego do głowy. A rzucił?

- Jeśli rzucił, nic o tym nie wiem.

Nie była to zbyt pomocna odpowiedź, więc rewolwerowiec puścił ją mimo uszu.

- Zacząłem ci opowiadać o Tull.

- Czy miasto się rozwija?

- Jest wymarłe - odparł rewolwerowiec. - Zabiłem je.

A teraz zabiję ciebie, miał ochotę dodać, choćby dlatego, że nie chcę spać z otwartym okiem. Ale czy stać go było na taki postępek? Jeśli tak, po co było iść dalej? Po co, jeśli upodobnił się do tego, którego ścigał?

- Nic od ciebie nie chcę, rewolwerowcze - rzekł Brown - prócz tego, by żyć tu dalej, kiedy ruszysz w drogę. Nie będę cię błagać o życie, ale to wcale nie oznacza, że nie chcę się nim jeszcze trochę nacieszyć.

Rewolwerowiec zamknął oczy. W głowie miał mętlik.

- Powiedz mi, kim jesteś - powiedział grubym głosem.

- Zwykłym człowiekiem. Który nie chce zrobić ci krzywdy. I mam ochotę cię wysłuchać, jeśli zdecydujesz się mówić.

Rewolwerowiec nic na to nie odpowiedział.

- Zgaduję, że nie zaczniesz, dopóki cię o to nie poproszę - ciągnął Brown. - Zatem zrobię to. Czy mógłbyś mi opowiedzieć o Tull?

Rewolwerowiec z zaskoczeniem zauważył, że tym razem nie brakuje mu słów. Zaczął opowiadać urywanymi monosylabami, które z wolna rozwinęły się w równą, beznamiętną narrację. Zorientował się, że jest dziwnie podekscytowany. Mówił do późna w nocy. Brown w ogóle mu nie przerywał. Podobnie jak ptak.

V

Kupił muła w Pricetown i gdy dotarł do Tull, zwierzę było w dobrej formie. Słońce zaszło już godzinę wcześniej, lecz rewolwerowiec szedł dalej, prowadzony przez łunę, która zawisła nad miasteczkiem, a potem niesamowicie czyste tony barowego pianina, na którym ktoś grał Hey Jude. Droga poszerzyła się, kiedy dołączyły do niej boczne trakty. Nad jego głową jarzyły się gdzieniegdzie gwiazdy, wszystkie od dawna martwe.

Lasy skończyły się o wiele wcześniej i zastąpiła je monotonna płaska preria: bezkresne wyludnione pola porośnięte tymotką i niskimi zaroślami; ponure opuszczone posiadłości strzeżone przez cieniste, złowrogie dwory, z całą pewnością nawiedzane przez demony; ziejące pustką chaty, z których ludzie albo odeszli sami, albo zostali wysiedleni; rzadkie chałupki osadników, których obecność zdradzało pojedyncze migotliwe światło w nocy albo posępne, niekontaktujące się z nikim klany, które trudziły się za dnia na polach. Uprawiano głównie kukurydzę, ale również fasolę i szkarłatkę. Od czasu do czasu widział wychudłą krowę, gapiącą się spomiędzy okorowanych olchowych palików. Cztery razy mijały go dyliżanse, dwa razy jadące w jedną, dwa razy w drugą stronę, prawie puste, gdy nadjeżdżały z tyłu, i pełniejsze, gdy podążały z powrotem w stronę lasów na północy. Co jakiś czas przejeżdżał wieśniak z nogami opartymi wysoko o błotnik bryki, uważając, żeby nie zatrzymać dłużej wzroku na człowieku z rewolwerami.

To był brzydki kraj. Odkąd opuścił Pricetown, dwukrotnie padało, za każdym razem niemrawo. Nawet tymotka była żółta i przywiędła. Kraj, w którym nikt się nie zatrzymuje po drodze. Nie widział śladów człowieka w czerni. Może podróżował dyliżansem.

Rewolwerowiec minął zakręt, po czym zatrzymał cmoknięciem muła i spojrzał w dół na Tull. Miasteczko leżało na dnie okrągłego zagłębienia w kształcie niecki - fałszywy brylant w tandetnej oprawie. Paliło się trochę świateł, w większości tam, skąd dochodziła muzyka. Zobaczył cztery ulice. Trzy krzyżowały się pod kątem prostym z drogą dyliżansów, która była główną ulicą miasteczka. Może mieli tam knajpę. Nie bardzo w to wierzył, ale może. Cmoknął na muła.

Przy drodze pojawiło się teraz więcej domów, większość opuszczonych. Minął niewielki cmentarz z przekrzywionymi, spróchniałymi drewnianymi nagrobkami, które obrosło cuchnące diabelskie zielsko. Może dwieście jardów dalej stała nadgryziona tablica z napisem: TULL.

Farba złuszczyła się z niej do granicy czytelności. Dalej stał kolejny znak, ale rewolwerowiec nie zdołał odcyfrować na nim ani jednej litery.

Kiedy wszedł do centrum miasteczka, chór przepitych głosów unosił się w finałowym zaśpiewie Hey Jude.

- Naa-naa-naa, naa-na-na-na... hej, Jude...

Głosy brzmiały głucho niczym wiatr hulający w dziupli martwego drzewa. Tylko prozaiczne postukiwanie młoteczków barowego pianina odsunęło od niego podejrzenie, że to człowiek w czerni wskrzesił duchy, by zaludnić opuszczone miasto. Na myśl o tym lekko się uśmiechnął.

Na ulicy widać było trochę ludzi. Trzy panie w czarnych spodniach oraz identycznych bluzkach z wysokimi kołnierzami przeszły drewnianym chodnikiem po drugiej stronie ulicy, świadomie odwracając od niego wzrok. Ich twarze wydawały się płynąć nad prawie niewidocznymi ciałami, niczym wielkie, blade, opatrzone oczyma piłki. Smutny staruszek we wciśniętym na głowę słomkowym kapeluszu obserwował go ze stopni zabitego deskami sklepu. Przyjmujący późnego klienta chudy krawiec przerwał przymiarkę i podniósł wyżej lampę w oknie, żeby móc mu się lepiej przyjrzeć. Rewolwerowiec skinął mu głową. Ani krawiec, ani jego klient nie odwzajemnili ukłonu. Czuł ich wzrok utkwiony w przylegających do jego bioder, wiszących nisko kaburach. Młody, mniej więcej trzynastoletni chłopak i dziewczynka, która mogła być jego siostrzyczką lub sympatią, przeszli na drugą stronę ulicy, prawie niedostrzegalnie wstrzymując krok. Ich stopy wzbijały w górę małe obłoczki kurzu. W środku miasta paliła się większość latarni, ale nie były elektryczne; ich szybki pokrywał ciemny osad nafty. Niektóre były potłuczone. Trochę dalej stała publiczna stajnia w opłakanym stanie, zawdzięczająca chyba swoje przetrwanie dyliżansom. Przy jej otwartych wrotach, wokół nakreślonego na ziemi koła do gry w kulki, kucali w milczeniu trzej chłopcy, rzucając długie cienie na podwórze i paląc papierosy nabite łuskami kukurydzy. Jeden z nich miał ogon skorpiona, wbity we wstążkę kapelusza. Inny spuchnięte niewidzące lewe oko, które wystawało z oczodołu.

Rewolwerowiec powiódł obok nich muła i zajrzał w głąb pogrążonej w półmroku stajni. W świetle pojedynczej lampy tańczył cień chudego jak tyczka, ubranego w drelichy starszego mężczyzny, który, machając energicznie widłami, wrzucał na strych luźne siano tymotki.

- Hej! - zawołał rewolwerowiec.

Widły znieruchomiały. Stajenny obejrzał się i wbił w niego żółtawe oczka.

- Hej! - odkrzyknął.

- Mam muła.

- To dobrze.

Rewolwerowiec rzucił w półmrok ciężką, nierówno karbowaną złotą monetę, która zamigotała i zadzwoniła o stare, pokryte sieczką deski.

Stajenny podniósł ją i zerknął z ukosa na przybysza. Jego oczy zatrzymały się na taśmach z nabojami i pokiwał ponuro głową.

- Na jak długo chcesz go zostawić?

- Na jedną albo dwie noce. Może na dłużej.

- Nie mam jak wydać reszty.

- Nie prosiłem o resztę.

- Pieniądze z rozboju - mruknął stajenny.

- Coś powiedział?

- Nic.

Stajenny wziął muła za uzdę i wprowadził do środka.

- Wyszczotkuj go! - zawołał rewolwerowiec. - Kiedy wrócę, poznam po jego zapachu, czy to zrobiłeś, pamiętaj!

Mężczyzna nie odwrócił się.

Rewolwerowiec podszedł do kucających w kręgu chłopców, którzy przyglądali się z pogardliwym zainteresowaniem całej scenie.

- Długich dni i przyjemnych nocy - rzucił.

Bez odpowiedzi.

- Mieszkacie w tym mieście?

Bez odpowiedzi.

Jeden z chłopców wyjął z ust przekrzywioną łuskę kukurydzy, wziął do ręki zielony kamyk i cisnął go w sam środek kręgu. Zielony kamyk uderzył w inny, który wypadł na zewnątrz. Chłopiec podniósł zielony kamyk i zaczął się szykować do następnego rzutu.

- Jest tu jakaś knajpa? - zapytał rewolwerowiec.

Najmłodszy chłopiec podniósł wzrok. W kąciku ust wyrosła mu wielka skwarka, lecz prawe oko miał tej samej wielkości co lewe i w obu malowała się niewinność, którą już niedługo pewnie miał stracić w tej dziurze. Spojrzał na rewolwerowca ze skrywaną admiracją, która była wzruszająca i straszna zarazem.

- Można dostać hamburgera u Sheba - powiedział.

- To tam, gdzie gra pianino?

Chłopiec pokiwał głową.

- Tak.

Twarze jego kolegów zrobiły się brzydkie i wrogie. Nie ulegało kwestii, że mały zapłaci za swoją grzeczność.

Rewolwerowiec dotknął ronda kapelusza.

- Jestem zobowiązany. To miłe, że ktoś w tym mieście jest dość bystry, żeby powiedzieć kilka słów.

Minął ich i idąc drewnianym chodnikiem w stronę knajpy Sheba, usłyszał za sobą wyraźny, pogardliwy głos jednego z nich, jeszcze prawie dziecinny dyszkant.

- Trawożer! Od jak dawna rżniesz swoją siostrę, Charlie? Trawożer!

A potem odgłos uderzenia i płacz.

Przy wejściu do knajpy paliły się trzy lampy naftowe, dwie po bokach oraz jedna zawieszona na gwoździu nad nietoperzymi skrzydłami krzywo osadzonych drzwi. Śpiewający Hey Jude chórek umilkł i pianista grał teraz inną starą balladę. Głosy mruczały i rwały się niczym poplątane nici. Rewolwerowiec przystanął na chwilę na zewnątrz i zajrzał do środka. Posypana trocinami podłoga, spluwaczki stojące przy rozchybotanych nogach stołów. Oparta o dwa kozły deska baru. Za nią lepkie od brudu lustro, w którym odbijał się grajek, zgarbiony na swoim taborecie w typowej pozycji pianisty. Wieko pianina zostało zdjęte i widać było podnoszące się i opadające drewniane młoteczki. Barmanka miała włosy koloru słomy i brudną niebieską sukienkę. Jedno z jej ramiączek było spięte agrafką. W głębi sali siedziało może sześciu miejscowych, którzy popijali i grali apatycznie w pilnuj mnie. Kolejnych sześciu skupiło się wokół pianina. Czterech albo pięciu przy barze. Przy stoliku obok drzwi leżał starzec z potarganymi siwymi włosami. Rewolwerowiec wszedł do środka.

Głowy odwróciły się i ludzie omietli wzrokiem jego i rewolwery. Na chwilę wszyscy umilkli prócz nieświadomego grajka, który w dalszym ciągu brzdąkał na pianinie. A potem kobieta przetarła ścierką bar i wszystko wróciło do normy.

- Pilnuj mnie - powiedział jeden z graczy w kącie, bijąc trójkę kier czwórką pik i pozbywając się ostatniej karty.

Ten, który wyłożył kiery, zaklął, oddał postawione pieniądze i rozdano po raz kolejny karty.

Rewolwerowiec podszedł do kobiety przy barze.

- Macie mięso? - zapytał.

- Jasne. - Barmanka spojrzała mu prosto w oczy. W młodości mogła być ładna, ale świat poszedł od tego czasu naprzód. Teraz jej twarz była spuchnięta, a czoło przecinała sina blizna. Obficie ją upudrowała, lecz makijaż jeszcze bardziej zwracał na nią uwagę. - Czystą wołowinę. Ze zdrowego stada. Ale jest droga.

Akurat ze zdrowego, pomyślał. To, co masz w lodówce, miało prawdopodobnie troje oczu, sześć nóg albo jedno i drugie... takie mam przeczucie, paniusiu.

- Proszę trzy hamburgery i piwo.

Ponownie ta subtelna zmiana tonu. Trzy hamburgery. Ludziom pociekła ślinka i z pożądliwością obrócili w ustach językami. Trzy hamburgery.

- To będzie kosztowało pięć dalców. Wiesz, co to są dalce?

- Dolary?

Pokiwała głową, więc wcześniej powiedziała pewnie "dolce". Tak mu się w każdym razie wydawało.

- Pięć razem z piwem? - zapytał, lekko się uśmiechając. - Czy piwo liczysz osobno?

Barmanka nie odwzajemniła uśmiechu.

- Dorzucę ci browar. Zrobię to, kiedy zobaczę kolor twoich pieniędzy.

Rewolwerowiec położył na barze złotą monetę i pobiegły za nią wszystkie oczy.

Na grillu, który stał za barem po lewej stronie lustra, tlił się węgiel drzewny. Kobieta zniknęła w małej klitce na zapleczu i wróciła z opakowanym w papier mięsem. Przygotowała trzy kotlety i rzuciła je na grill. Zapach, który się rozszedł, przyprawiał o utratę zmysłów. Rewolwerowiec stał z kamienną twarzą, tylko na peryferiach świadomości zdając sobie sprawę, że pianista zaczął fałszować, gra w karty zwolniła tempo, a barowi bywalcy zerkają na niego z ukosa.

Zobaczył w lustrze mężczyznę, kiedy ten znalazł się w połowie drogi. Prawie kompletnie łysy, zaciskał dłoń na rękojeści olbrzymiego myśliwskiego noża, który zwisał mu u pasa niczym kabura pistoletu.

- Siadaj - powiedział cicho rewolwerowiec. - Jeśli ci życie miłe, łysolu.

Facet zatrzymał się. Górna warga uniosła mu się bezwiednie jak u psa i na chwilę zapadła cisza. A potem cofnął się do swojego stolika i w barze znowu zapanował spokój.

Barmanka podała mu piwo w poobijanym wysokim kuflu.

- Nie mam jak wydać reszty - oznajmiła wojowniczo.

- Nie prosiłem o resztę.

Pokiwała gniewnie głową, jakby ta manifestacja zamożności, choć dla niej korzystna, rozzłościła ją. Wzięła jednak złoto i chwilę później na zaparowanym talerzu pojawiły się hamburgery, wciąż czerwone przy brzegach.

- Macie tu sól?

Sięgnęła pod bar i podała mu gliniany garnuszek z solą, której białe grudki musiał kruszyć palcami.

- Chleb?

- Nie ma chleba.

Wiedział, że go okłamuje, i wiedział, dlaczego to robi, w związku z czym nie upierał się. Łysy mężczyzna wpatrywał się w niego sinymi oczyma. Jego dłonie zaciskały się na porysowanym poszczerbionym blacie stołu, nozdrza rozchylały z pulsującą regularnością, wciągając zapach mięsa. Ten przynajmniej był za darmo.

Rewolwerowiec zaczął jeść, spokojnie, w ogóle nie rozkoszując się smakiem, krając mięso na kawałki i wkładając je widelcem do ust, starając się nie myśleć, jak musiała wyglądać krowa, z której pochodziło. Wołowina ze zdrowego stada, powiedziała. Bardzo możliwe! Podobnie jak świnie, które tańczą commala pod Księżycem Handlarza.

Kończył już posiłek, szykując się do zamówienia kolejnego piwa i skręcenia papierosa, gdy czyjaś ręka spoczęła na jego ramieniu.

Uświadomił sobie nagle, że w knajpie zrobiło się znowu cicho, i wyczuł napięcie w powietrzu. Odwrócił się i spojrzał na twarz mężczyzny, który wcześniej spał przy drzwiach. Była straszna. Zionął z niej cuchnący odór diabelskiego ziela. Oczy były przeklęte, wytrzeszczone - płonące oczy kogoś, kto patrzy, lecz nie widzi, oczy na zawsze zwrócone do wewnątrz, ku sterylnemu piekłu snów, nad którymi nie sposób zapanować, snów spuszczonych ze smyczy, snów sączących się ze śmierdzącego bagna nieświadomości.

Z ust barmanki wydarł się cichy jęk.

Popękane wargi wykrzywiły się i uniosły, odsłaniając zielone, omszałe zęby.

On już tego nie pali, pomyślał rewolwerowiec. On to żuje. On naprawdę to żuje.

I chwilę później: On jest martwy. Powinien umrzeć rok temu.

I chwilę później: To sprawka człowieka w czerni.

Patrzyli się na siebie, przybysz i mężczyzna, który przekroczył próg szaleństwa.

A potem mężczyzna się odezwał i osłupiały rewolwerowiec zorientował się, że mówi do niego w Wysokiej Mowie Gilead.

- Przysługa za złoto, rewolwerowcze-sai. Tylko za jedną monetę. Za bezcen.

Wysoka Mowa. Jego umysł przez chwilę nie potrafił jej przyswoić. Minęły lata... Boże... wieki, tysiąclecia; nie było już Wysokiej Mowy, on był ostatni, był ostatnim rewolwerowcem. Wszyscy inni...

Odrętwiały, włożył rękę do kieszeni na piersi i wyjął sztukę złota. Kaleka, poharatana dłoń sięgnęła po nią, przez chwilę pieściła, a potem podniosła tak, by odbiło się w niej tłuste światło lamp naftowych. Moneta skrzyła się dumnym cywilizowanym blaskiem: złotym, czerwonawym, krwawym.

- Achhhhh...

Nieartykułowany jęk rozkoszy. Starzec odwrócił się na pięcie i ruszył z powrotem do swojego stolika, trzymając monetę na poziomie oczu, obracając w palcach, świecąc nią.

Knajpa szybko pustoszała, nietoperze skrzydła drzwi waliły wściekle w tę i z powrotem. Pianista zatrzasnął głośno wieko swego instrumentu i wybiegł w ślad za innymi, sadząc długimi operetkowymi susami.

- Sheb! - zawołała za nim kobieta głosem, w którym zabrzmiała dziwna mieszanka strachu i swarliwości. - Sheb! Wracaj tutaj! Niech cię diabli!

Czy rewolwerowiec słyszał gdzieś wcześniej to imię? Tak mu się wydawało, ale nie było czasu, żeby się nad tym zastanowić, poszperać w pamięci.

Starzec usiadł tymczasem przy swoim stoliku. Zakręcił monetą na poszczerbionym drewnianym blacie i przyglądał się jej z pustą fascynacją na pół martwymi, na pół żywymi oczyma. Zakręcił ponownie, a potem jeszcze raz i opadły mu powieki. Za czwartym razem jego głowa oparła się o blat, zanim moneta przestała wirować.

- No i pięknie - mruknęła z cichą furią barmanka. - Przepłoszyłeś mi gości. Jesteś zadowolony?

- Wrócą tu - zapewnił ją rewolwerowiec.

- Nie, dzisiaj już nie.

- Kto to jest? - zapytał, wskazując trawożera.

- Pierdol się... sai.

- Muszę to wiedzieć - odparł cierpliwie. - On jest...

- Odezwał się do ciebie w dziwny sposób - powiedziała. - Nort nigdy w życiu tak nie mówił.

- Szukam pewnego człowieka. Na pewno go znasz.

Popatrzyła na niego i jej gniew się ulotnił. Pojawiło się wyrachowanie, następnie zaś wilgotny zalotny błysk, który oglądał już wcześniej. Rozklekotany budynek tykał do siebie w zadumie. Gdzieś daleko zaczął ujadać pies. Rewolwerowiec czekał. Zobaczyła, że wszystkiego się domyślił. Miejsce zalotnego błysku zajęło bezradne spojrzenie; pragnienie, którego nie sposób wyrazić słowami.

- Chyba znasz moją cenę - powiedziała. - Mam chcicę, którą kiedyś potrafiłam zaspokoić, ale teraz nie mogę.

Uważnie się jej przyjrzał. Blizny nie będzie widać w ciemności. Jej ciało było zbyt szczupłe, żeby pustynia, piasek i żwir zdołały pozbawić go sprężystości. I kiedyś była ładna, może nawet piękna. Nie miało to zresztą większego znaczenia. Nie miałoby znaczenia, gdyby nawet w jej jałowym czarnym łonie zagnieździły się cmentarne pszczoły. Wszystko to zostało zapisane. Czyjaś ręka umieściła to w księdze ka.

Jej ręce uniosły się do twarzy. Wciąż ocalało w niej trochę żywotnych soków - dość, żeby zapłakać.

- Nie patrz! Nie musisz na mnie tak podle patrzeć!

- Przepraszam - powiedział. - Nie chciałem być podły.

- Żaden z was nie chce! - krzyknęła.

- Zamknij lokal i zgaś lampy.

Płakała z twarzą osłoniętą rękoma. Był zadowolony, że się zasłoniła. Nie z powodu blizny, lecz dlatego, że przywracało to jej chociaż dziewictwo. Agrafka przytrzymująca ramiączko sukienki zalśniła w tłustym świetle.

- Czy on nic tu nie ukradnie? Wyrzucę go, jeśli to zrobi.

- Nie - odparła szeptem. - Nort nie kradnie.

- Więc zgaś lampy.

Odjęła ręce od twarzy, dopiero kiedy znalazł się za jej plecami. Zgasiła lampy, jedną po drugiej, przykręcając knoty i zdmuchując płomyki. A potem wzięła go w ciemności za rękę, która była ciepła, i zaprowadziła na górę. Nie przyświecało im żadne światło.

VI

Rewolwerowiec skręcił po ciemku dwa papierosy, a potem zapalił je i podał jeden kobiecie. W pokoju unosił się jej zapach, żałosny zapach świeżego bzu. Nakładała się nań woń pustyni. Zdał sobie sprawę, że pustynia budzi w nim lęk.

- Nazywa się Nort - powiedziała. Głos miała oschły. - Po prostu Nort. Umarł.

Rewolwerowiec czekał.

- Został dotknięty przez Boga - dodała.

- Nigdy Go nie widziałem - stwierdził.

- Był tutaj, odkąd pamiętam... to znaczy Nort, nie Bóg - oświadczyła i parsknęła głośnym śmiechem. - Jakiś czas rozwoził miód. Zaczął pić. Potem wąchał ziele. Zaczął je palić. Dzieciaki łaziły za nim i szczuły go psami. Nosił stare zielone spodnie, które cuchnęły. Rozumiesz?

- Tak.

- W końcu zaczął je żuć. Siedział po prostu w miejscu jak kołek i nic nie jadł. Może wydawało mu się, że jest królem. Dzieci były jego błaznami, a psy książętami.

- Tak.

- Umarł przed tym barem - powiedziała. - Przywlókł się tu, stukając buciorami po drewnianym chodniku... to były robocze buty, zupełnie nie do zdarcia, znalazł je na starym boisku. Za nim szły dzieciaki i psy. Wyglądał jak poplątane i powykręcane druciane wieszaki. W jego oczach widać było wszystkie ognie piekielne, a mimo to uśmiechał się, tak jak uśmiechają się głowy, które dzieciaki robią z dyń i ostreżników. Cuchnęło od niego błotem, zgnilizną i trawą. Ślina ciekła mu z kącików ust niczym zielona krew. Myślę, że przyszedł posłuchać, jak Sheb gra na pianinie. Przystanął przed wejściem i przechylił głowę. Myślałam, że usłyszał dyliżans, chociaż żadnego się o tej porze nie spodziewaliśmy. A potem zebrało mu się na wymioty. Były czarne i krwawe. Trysnęły z tych uśmiechniętych ust niczym ścieki przez kratę rynsztoka. Smród był taki, że miało się ochotę uciec. Wreszcie podniósł ręce i padł na ziemię. I to był koniec. Umarł z tym uśmiechem na ustach, leżąc w kałuży własnych wymiotów.

- Miła historia.

- O tak, dzięki ci, sai. To miłe miejsce.

Leżąc obok niego, drżała. Na dworze w dalszym ciągu zawodził wiatr. Gdzieś daleko słychać było drzwi, które uderzały o futrynę, niczym w złym śnie. Między deskami ścian biegały myszy. Rewolwerowcowi przyszło na myśl, że to prawdopodobnie jedyne miejsce w całym mieście, gdzie myszy mają jeszcze co jeść. Kiedy położył dłoń na jej brzuchu, stężała, potem jednak się odprężyła.

- Człowiek w czerni - powiedział.

- Musisz się tego dowiedzieć, prawda? Nie możesz mnie po prostu przerżnąć i iść spać?

- Muszę się tego dowiedzieć.

- Dobrze. Opowiem ci.

Wzięła jego dłoń w obie swoje i opowiedziała mu.

VII

Człowiek w czerni przyjechał późnym popołudniem tego samego dnia, kiedy umarł Nort. Wiatr pohukiwał, porywając grudki gliny, podnosząc tumany piasku i gnając przed sobą powyrywane łodygi kukurydzy. Jubal Kennerly zamknął stajnię na kłódkę, a kilku innych kupców założyło okiennice i zabiło je deskami. Niebo miało żółty odcień starego sera, chmury płynęły po nim szybko, jakby zobaczyły coś straszliwego na pustyni i chciały się czym prędzej oddalić.

Przyjechał rozklekotanym powozem, z kufrem obwiązanym pofałdowanym brezentem. Na jego twarzy widniał szeroki uśmiech. Patrzyli, jak jedzie, i stary Kennerly, leżący przy oknie z butelką w lewej i miękką gorącą piersią swojej drugiej córki w prawej ręce, postanowił, że jeśli zapuka, nie otworzy mu drzwi.

Człowiek w czerni przejechał dalej, nie wstrzymując gniadosza, do którego zaprzężony był powóz. Chciwy wiatr porwał kurz podniesiony przez koła. Mógł być księdzem lub mnichem; miał na sobie czarną zakurzoną szatę i luźny kaptur, który zasłaniał twarz, lecz nie ten okropny szczęśliwy uśmiech. Szata łopotała na wietrze. Spod jej skraju wystawały ciężkie buty z kwadratowymi noskami i sprzączkami.

Zajechał przed bar Sheba i uwiązał konia, który pochylił łeb do samej ziemi i parsknął. Człowiek w czerni podniósł wieko kufra, wyjął z niego sfatygowaną skórzaną sakwę, zarzucił ją na ramię i wszedł przez nietoperze skrzydła drzwi.

Alice przyjrzała mu się z ciekawością, lecz poza nią nikt nie zauważył jego przybycia. Stali goście schlali się jak świnie. Sheb grał w rytmie ragtime'u hymny metodystów, a posiwiali wałkonie, którzy przyszli wcześniej, by schronić się przed burzą i pośpiewać na stypie Norta, zdarli sobie kompletnie gardła. Sheb, pijany niemal do nieprzytomności, odurzony i zniechęcony do własnej, przedłużającej się egzystencji, grał z szaloną szybkością, bębniąc w klawisze palcami, które fruwały niczym czółenka krosien.

Krzyki i przekleństwa ani na chwilę nie zagłuszyły szumu wiatru, lecz chwilami równały się z nim siłą. Siedzący w kącie Zachary zarzucił Amy Feldon spódnicę na głowę i malował jej na kolanach amulety Święta Plonów. Kilka innych kobiet krążyło po sali. Wszyscy byli jacyś rozgorączkowani. Sączące się przez nietoperze drzwi przyćmione światło nadchodzącej burzy miało w sobie coś szyderczego.

Norta położono na dwóch połączonych stolikach pośrodku sali. Jego robocze buty tworzyły mistyczny znak V. Usta wykrzywiał ospały uśmiech, ale ktoś zamknął mu oczy i położył na nich sztony. W skrzyżowanych na piersi rękach trzymał gałązkę diabelskiego ziela. Śmierdział niczym trucizna.

Człowiek w czerni ściągnął kaptur i podszedł do baru. Alice patrzyła na niego z lękiem, który sąsiadował z drzemiącym w niej znajomym pożądaniem. Nie nosił żadnych religijnych symboli, ale to o niczym nie świadczyło.

- Whiskey - powiedział. Miał cichy przyjemny głos. - Chcę dobrej whiskey, kochanie.

Sięgnęła pod kontuar i wyciągnęła butelkę stara. Mogła mu podsunąć w charakterze najlepszego trunku miejscowy bimber, lecz nie zrobiła tego. Człowiek w czerni obserwował ją, kiedy nalewała. Miał duże płonące oczy. Półmrok był zbyt gęsty, żeby można było dokładnie określić ich kolor. Czuła coraz silniejsze pożądanie. W głębi sali pokrzykiwano i pohukiwano. Sheb, ten niewydarzony wałach, zagrał piosenkę o chrześcijańskich żołnierzach i ktoś namówił ciotkę Mill, żeby zaśpiewała. Jej głos, nierówny i fałszywy, przeciął pijacki bełkot, tak jak tępy topór przecina mózg cielaka.

- Hej, Allie!

Zajęła się innymi gośćmi, przeklinając milczenie nieznajomego, przeklinając jego pozbawione koloru oczy i przeklinając własne niespokojne łono. Bała się swoich pragnień. Były kapryśne i nie potrafiła nad nimi zapanować. Mogły sygnalizować zachodzącą w niej zmianę, a ta z kolei mogła sygnalizować początek starości - wieku, który w Tull bywał na ogół równie krótki i gorzki jak zimowy zachód słońca.

Podając piwo, opróżniła całą beczkę i teraz odszpuntowała kolejną. Wolała nie prosić o to Sheba; przyszedłby jej chętnie z pomocą, co do tego nie miała wątpliwości, ale przy okazji albo przyciąłby sobie palce, albo porozlewał wszędzie piwo. Kiedy zmieniała beczki, nieznajomy ani na chwilę nie spuścił z niej oczu; czuła je na sobie.

- Duży ruch - oświadczył, kiedy wróciła.

Nie tknął jeszcze swojej whiskey. Kręcił szklaneczkę między dłońmi, żeby ją ogrzać.

- Stypa - odparła.

- Zauważyłem nieboszczyka.

- To obiboki - powiedziała z nagłą nienawiścią. - Same obiboki.

- To ich podnieca. On jest martwy. Oni nie.

- Kiedy żył, był ich pośmiewiskiem. To świństwo, że wciąż z niego drwią. To... - zaczęła i umilkła, nie potrafiąc wyrazić, jak bardzo jest to nieprzyzwoite.

- Trawożer?

- Tak! Cóż innego mu zostało? - Jej ton był oskarżycielski, lecz człowiek w czerni nie spuścił oczu i poczuła, jak krew napływa jej do twarzy. - Przepraszam. Jesteś księdzem? To musi cię razić.

- Nie jestem księdzem i wcale mnie to nie razi. - Człowiek w czerni gładko przełknął whiskey i nawet się nie skrzywił. - Proszę jeszcze raz. Jeszcze raz z uczuciem, jak mówią w sąsiednim świecie.

Nie miała pojęcia, co to mogło znaczyć, i bała się zapytać.

- Przepraszam, ale muszę najpierw zobaczyć kolor twojej monety.

- Nie musisz przepraszać - powiedział i położył na kontuarze nierówną srebrną monetę, przy jednym boku grubą, przy drugim cienką.

- Nie mam jak wydać reszty - odparła tak samo, jak miała zrobić później, a on zbył to skinięciem głowy i machinalnie patrzył, jak mu nalewa.

- Jesteś tutaj tylko przejazdem? - zapytała.

Przez dłuższy czas nie odpowiadał i już chciała powtórzyć pytanie, gdy potrząsnął niecierpliwie głową.

- Nie bądź trywialna. Obcujecie tutaj ze śmiercią.

Cofnęła się, urażona i zdumiona. W pierwszym momencie pomyślała, że zaprzeczając, iż jest księdzem, chciał ją sprawdzić.

- Troszczyłaś się o niego - dodał. - Nieprawdaż?

- O kogo? O Norta? - parsknęła i chcąc ukryć zmieszanie, udała irytację. - Myślę, że powinieneś...

- Masz miękkie serce i trochę się boisz - mówił dalej - a on żuł ziele i zerkał zza tylnych wrót piekła. A teraz leży tu, wrota są zatrzaśnięte i nie spodziewasz się, by je otworzyli, nim przyjdzie pora na ciebie. Prawda?

- Co z tobą, jesteś pijany?

- Pan Norton jest martwy - zaintonował z szyderczym zaśpiewem człowiek w czerni. - Martwy jak każdy. Martwy jak ty albo każdy z nas.

- Wynoś się z mojego baru!

Poczuła, jak rośnie w niej rozedrgana nienawiść. Z jej podbrzusza wciąż promieniowało ciepło.

- W porządku - mruknął. - Wszystko jest w porządku. Zaczekaj. Po prostu zaczekaj.

Miał niebieskie oczy. Coś odblokowało się nagle w jej umyśle, jakby wzięła narkotyk.

- Martwy jak każdy - powiedział. - Widzisz?

Pokiwała tępo głową, a on głośno się roześmiał - pięknym, silnym nieposkromionym śmiechem, który zwrócił w jego stronę wszystkie głowy. Obrócił się na pięcie i stanął twarzą do nich, nagle w samym centrum uwagi. Ciotka Mill zająknęła się i umilkła, zostawiając broczącą w powietrzu wysoką nutę. Sheb uderzył w zły klawisz i przestał grać. Przyglądali się nieswojo nieznajomemu. Piasek grzechotał o ściany budynku.

Cisza trwała, potężniała. Alice zabrakło tchu. Spoglądając pod kontuar, zobaczyła, że przyciska obie dłonie do brzucha. Wszyscy patrzyli na niego, on patrzył na nich. A potem znowu rozległ się jego śmiech, silny, bogaty, nieznoszący sprzeciwu. Nikt nie miał ochoty mu zawtórować.

- Pokażę wam cud! - zawołał.

Lecz oni tylko wlepiali w niego oczy niczym posłuszne dzieci, ściągnięte na występ magika, w którego sztuczki dawno przestały już wierzyć.

Człowiek w czerni skoczył nagle do przodu i ciotka Mill cofnęła się o krok. Uśmiechnął się dziko i klepnął ją po szerokim brzuchu. Z jej ust wydobył się krótki mimowolny rechot. Człowiek w czerni odrzucił do tyłu głowę.

- Tak lepiej, prawda?

Ciotka Mill ponownie zarechotała, a potem wybuchła szlochem i skoczyła po omacku ku drzwiom. Inni patrzyli w milczeniu, jak ucieka. Zaczynała się burza, po białej panoramie nieba jeden po drugim przesuwały się cienie. Stojący obok pianina mężczyzna z zapomnianym piwem w ręku wydał z siebie bełkotliwy jęk.

Człowiek w czerni stanął nad Nortem i wyszczerzył do niego zęby w uśmiechu. Wiatr zawył, wrzasnął i zabębnił o ścianę. Coś dużego odbiło się od niej z taką siłą, że zatrząsł się cały budynek. Jeden z mężczyzn stojących przy barze wzdrygnął się i pognał długimi groteskowymi susami do wyjścia, żeby przenieść się w jakieś spokojniejsze miejsce. Nagły grzmot zabrzmiał tak, jakby odkaszlnął jakiś bóg.

- No dobrze. - Człowiek w czerni się uśmiechnął. - Dobrze, bierzmy się do dzieła.

Starannie celując, zaczął pluć Nortowi w twarz. Ślina zalśniła na czole nieboszczyka i spłynęła z grzbietu jego nosa.

Schowane pod barem ręce Alice pracowały coraz szybciej.

Sheb roześmiał się jak wariat, pochylił do przodu i zaczął odcharkiwać i wypluwać z siebie flegmę, wielkie i lepkie pecyny. Człowiek w czerni ryknął z uznaniem i walnął go po plecach. Sheb uśmiechnął się i w jego otwartych ustach zalśnił złoty ząb.

Niektórzy uciekli. Inni stanęli w luźnym kręgu wokół Norta. Jego twarz, pomarszczone podgardle i górna część piersi lśniły wilgocią - tak drogocenną w tym suchym kraju. I nagle, niczym na sygnał dany z góry, plucie się skończyło. Słychać było chrapliwe ciężkie oddechy.

Człowiek w czerni pochylił się nad Nortem i jego ciało wygięło się w gładki łuk, piękny niczym bryźnięcie wody. A potem, szczerząc zęby, podparł się rękoma, wyprostował i znowu pochylił. Jeden z widzów zapomniał się i zaczął klaskać, po czym cofnął się gwałtownie, z oczyma rozszerzonymi ze strachu, otarł dłonią zaślinione usta i ruszył ku wyjściu.

Nort drgnął, kiedy człowiek w czerni pochylił się nad nim po raz trzeci.

Przez tłum przeszedł szmer - westchnienie - i zaległa cisza. Człowiek w czerni odrzucił do tyłu głowę, zawył i zaczął kurczowo łapać powietrze. Jego pierś poruszała się w prędkim płytkim rytmie. Coraz szybciej pochylał się i prostował nad Nortem, niczym woda przelewana ze szklanki do szklanki. Jedynymi odgłosami, które rozbrzmiewały teraz w sali, był jego chrapliwy oddech oraz potężniejący puls burzy.

Nort zachrypiał nagle sucho, nabierając w płuca powietrza. Jego ręce zatrzepotały, palce zabębniły machinalnie o stół. Sheb zaskrzeczał i uciekł. Jedna z kobiet wybiegła w ślad za nim, z szeroko otwartymi oczyma i łopoczącym za nią kwefem.

Człowiek w czerni pochylił się ponownie, a potem jeszcze raz. Całe jego ciało wibrowało, dygotało i podrygiwało niczym jakaś wielka, chociaż w gruncie rzeczy martwa lalka z zamontowanym w środku potwornym mechanizmem. Smród zgnilizny, ekskrementów i rozkładu unosił się dławiącymi falami. Nadszedł moment, w którym oczy Norta otworzyły się.

Alice poczuła, że nogi niosą ją same do tyłu. Uderzyła plecami o lustro, tak że zadrżało. Ogarnięta paniką rzuciła się do ucieczki.

- Oto wasz cud! - zawołał za nią człowiek w czerni, ciężko dysząc. - Teraz możecie spać spokojnie. Nawet to nie jest nieodwracalne. Chociaż jest takie... cholernie... śmieszne! - dodał i zaczął się znowu śmiać.

Jego głos dochodził z coraz większej oddali, kiedy biegła po schodach. Nie spoczęła, dopóki nie zaryglowała drzwi do trzech pokojów nad barem.

Wtedy zaczęła chichotać, opierając się plecami o drzwi i kołysząc do przodu i tyłu na piętach. Jej chichot przeszedł w końcu w piskliwy lament, który zlał się z jękiem wiatru. Wciąż słyszała odgłos wydawany przez Norta, kiedy wracał do życia - odgłos pięści walących na oślep w wieko trumny. Ciekawiło ją, jakie myśli pozostały w jego reanimowanym mózgu. Co widział, kiedy był martwy? Ile z tego zapamiętał? Czy o tym opowie? Czy na dole czekały tajemnice zza grobu? Najgorsze w tych pytaniach było jej zdaniem to, że człowiek naprawdę ma ochotę je zadać.

Na dole Nort wyszedł chwiejnym krokiem na deszcz, żeby narwać trochę trawy. Człowiek w czerni, obecnie jedyny klient baru, być może obserwował go, być może się uśmiechając.

Kiedy wieczorem zeszła z powrotem na dół, trzymając w jednej ręce lampę, a w drugiej ciężkie polano, mężczyzna w czerni zniknął razem ze swoim powozem. Ale Nort nie zniknął. Siedział przy stoliku obok drzwi, jakby nigdy stamtąd nie wychodził. Śmierdział zielem, lecz nie tak mocno, jak się spodziewała.

Spojrzał na nią i nieśmiało się uśmiechnął.

- Cześć, Allie.

- Cześć, Nort.

Odłożyła polano i zaczęła zapalać lampy, starając się nie odwracać do niego plecami.

- Zostałem dotknięty ręką Boga - oznajmił w końcu. - Teraz już nigdy nie umrę. Tak mi powiedział. To obietnica.

- To bardzo miło, Nort.

Szczapka, którą zapalała knoty, wypadła z jej drżących palców i musiała ją podnieść.

- Chciałbym przestać żuć trawę - mówił dalej. - Już mi nie smakuje. Nie wypada, żeby człowiek dotknięty ręką Boga żuł trawę.

- Więc dlaczego nie przestaniesz?

Ogarniające ją rozdrażnienie sprawiło, że znów zaczęła patrzeć na niego jak na człowieka, a nie piekielną zjawę. Zobaczyła raczej żałośnie wyglądającego osobnika, wcale nie tak bardzo naćpanego, sponiewieranego i zawstydzonego. Nie mogła się go już dłużej bać.

- Mam drgawki - powiedział. - I dalej tego chcę. Nie mogę się powstrzymać. Byłaś dla mnie zawsze taka dobra, Allie... - dodał i zaczął płakać. - Nie potrafię nawet przestać lać w portki. Kim ja jestem? Kim jestem?

Podeszła do jego stolika i zawahała się.

- On mógł sprawić, że przestanę tego chcieć - ciągnął przez łzy. - Mógł to zrobić, skoro potrafił mnie wskrzesić. Nie skarżę się.... nie chcę się skarżyć. - Potoczył dookoła przerażonym wzrokiem. - Może mnie śmiertelnie porazić, jeśli to zrobię.

- Może to był jakiś żart. Miał chyba duże poczucie humoru.

Nort wyciągnął spod koszuli woreczek i wyłuskał z niego garść ziela. Nie myśląc wiele, wytrąciła mu je z ręki, a potem cofnęła się przestraszona.

- Nie mogę się opanować, Allie, nie mogę - jęknął i rzucił się na podłogę po ziele.

Mogła go powstrzymać, ale nie zrobiła tego. Zaczęła zapalać kolejne lampy, zmęczona, chociaż wieczór dopiero się zaczynał. Tamtego dnia nikt już jednak nie przyszedł, z wyjątkiem starego Kennerly'ego, który wszystko przegapił. Widok Norta specjalnie go nie zdziwił. Zamówił piwo, zapytał, gdzie jest Sheb, i pomacał ją.

Później Nort podszedł do niej ze złożoną kartką, którą trzymał w drżącej, niemającej prawa żyć dłoni.

- Zostawił ci to - powiedział. - Prawie zapomniałem. Gdybym zapomniał, na pewno by tu wrócił i mnie zabił.

Papier był prawdziwym skarbem, który należało cenić, ale nie chciała go wziąć do ręki. Wydawał się jakiś ciężki, brudny. Widniało na nim jedno słowo:

Allie

- Skąd znał moje imię? - zapytała Norta, a ten pokręcił tylko głową.

Rozłożyła kartkę i przeczytała list.

Chcesz wiedzieć coś o śmierci. Zostawiłem mu słowo. Brzmi DZIEWIĘTNAŚCIE. Jeśli je wymówisz, otworzy się jego umysł. Opowie ci, co leży po drugiej stronie. Powie ci, co widział.

Słowo brzmi DZIEWIĘTNAŚCIE.

Ta wiedza doprowadzi cię do szaleństwa.

Ale prędzej czy później zapytasz.

Nie będziesz mogła się powstrzymać.

Miłego dnia! :)

Walter o'Dim

PS Słowo brzmi DZIEWIĘTNAŚCIE

Będziesz starała się zapomnieć, lecz wcześniej czy później wypadnie ci z ust niczym wymioty.

DZIEWIĘTNAŚCIE.

Dobry Boże, wiedziała, że to zrobi. Już teraz miała je na końcu języka. Dziewiętnaście, powie. Słuchaj, Nort: Dziewiętnaście. Wówczas pozna tajemnicę śmierci i tego, co leży po drugiej stronie.

Wcześniej czy później zapytasz.

Nazajutrz prawie wszystko wróciło do normy, lecz żadne z dzieci nie łaziło za Nortem. Następnego dnia znowu zaczęła się kocia muzyka. Życie potoczyło się dawnym słodkim torem. Dzieciaki zbierały wyrwane łodygi kukurydzy i tydzień po zmartwychwstaniu Norta spaliły je pośrodku ulicy. W górę buchnął jasny ogień i stali goście wyszli bądź też wytoczyli się z baru, żeby popatrzyć. Ich twarze wydawały się unosić między płomieniami i lśniącym niczym sopel lodu niebem. Allie obserwowała ich i przez moment zrobiło jej się żal świata, na który przyszły ciężkie czasy. Wszystko się rozlazło. Nic nie sklejało już rzeczy od środka. Coś gdzieś się chwiało i wiedziała, że kiedy się zawali, wszystko dobiegnie końca. Nigdy nie widziała oceanu i nigdy go nie zobaczy.

- Gdybym miała jaja... - mruknęła. - Gdybym miała jaja... jaja... jaja...

Nort podniósł głowę na dźwięk jej głosu i posłał jej pusty uśmiech z piekła rodem. Nie miała jaj. Miała tylko bar i bliznę. I słowo. Które chciało wydobyć się z zaciśniętych ust. Przypuśćmy, że zawoła go i nie bacząc na smród, przysunie się blisko. Przypuśćmy, że wypowie to słowo do woskowatej małżowiny, którą nazywał uchem. Zmienią mu się oczy. Zmienią się w oczy tamtego - w oczy człowieka w czerni. I Nort opowie jej, co widział w Krainie Śmierci, co leży poza ziemią i robakami.

Nigdy nie powiem mu tego słowa.

A jednak mężczyzna, który wskrzesił Norta i zostawił jej list - słowo podobne do odbezpieczonego pistoletu, który pewnego dnia przystawi sobie do skroni - wiedział lepiej.

Dziewiętnaście było kluczem do tajemnicy.

Dziewiętnaście było tajemnicą.

Złapała się na tym, że pisze tę liczbę - 19 - na mokrym kontuarze, i szybko zamazała ją, widząc obserwującego ją Norta.

Ognisko szybko zgasło i klienci wrócili do środka. Allie zaczęła znieczulać się star whiskey i koło północy była kompletnie pijana.

VIII

Przerwała opowieść i kiedy się przez jakiś czas nie odzywał, doszła do wniosku, że uśpiła go jej historia.

- To wszystko? - zapytał, kiedy sama zapadła w drzemkę.

- Tak. To wszystko. Jest bardzo późno.

- Yhym - mruknął, zwijając kolejnego skręta.

- Nie rozsypuj mi tytoniu na łóżko - powiedziała ostrzej, niż zamierzała.

- Nie rozsypuję.

Znowu cisza. Czubek jego papierosa rozjarzał się i gasł.

- Rano wyjedziesz - rzuciła posępnie.

- Powinienem. Myślę, że zastawił na mnie pułapkę. Tak jak zastawił na ciebie.

- Naprawdę myślisz, że ta liczba...

- Jeśli nie chcesz zwariować, nigdy nie mów jej Nortowi - powiedział rewolwerowiec. - Wyrzuć ją z głowy. Najlepiej naucz się, że następną liczbą po osiemnastu jest dwadzieścia. Trzydzieści osiem podzielić przez dwa równa się siedemnaście. O mężczyźnie, który podpisał się jako Walter o'Dim, można powiedzieć wiele rzeczy, lecz nie to, że jest kłamcą.

- Ale...

- Kiedy ogarnie cię chęć i będzie silna, przyjdź tutaj, schowaj się pod kołdrą i powtarzaj to bez przerwy... wykrzykuj to, jeśli musisz... aż chęć minie.

- Nadejdzie czas, kiedy nie minie.

Rewolwerowiec nie odpowiedział, ponieważ zdawał sobie sprawę, że to prawda. Pułapka była upiornie niezawodna. Kiedy ktoś powie ci, że pójdziesz do piekła, jeśli będziesz chciał zobaczyć swoją nagą matkę (w czasach, gdy rewolwerowiec był bardzo młody, powiedziano mu dokładnie coś takiego), w końcu o tym pomyślisz. Dlaczego? Dlatego że nie chcesz wyobrażać sobie swojej nagiej matki. Dlatego że nie chcesz iść do piekła. Gdyby dano mózgowi nóż oraz dłoń, w której mógłby go utrzymać, ten zjadłby w końcu sam siebie. Nie dlatego że tego chce, ale dlatego że tego nie chce.

Wcześniej czy później Allie zawoła Norta i powie mu to słowo.

- Nie odjeżdżaj - powiedziała.

- Zobaczymy - odparł rewolwerowiec.

Odwrócił się do niej plecami, ale nabrała otuchy. Zostanie, przynajmniej na trochę. Zapadła w drzemkę.

Na krawędzi snu ponownie przypomniała sobie, jak zwrócił się do niego Nort, w tym dziwnym języku. Ani przedtem, ani potem nie widziała, żeby jej nowy kochanek okazał jakiekolwiek emocje. Nawet kochając się z nią, milczał i dopiero pod sam koniec jego oddech stawał się szybszy, a potem zatrzymywał się na kilka sekund. Był przybyszem z bajki albo mitu - niebezpieczną baśniową istotą. Czy potrafił spełniać życzenia? Wydawało jej się, że tak i że będzie jakieś miała. Taka jak ona nieszczęsna, oszpecona dziwka nie mogła marzyć o niczym więcej. Jutro będzie czas, by pomyśleć o drugim życzeniu. I trzecim. Zasnęła.

IX

Rano ugotowała mu kaszę, którą zjadł bez słowa. Jadł, w ogóle o niej nie myśląc, prawie jej nie zauważając. Wiedział, że powinien ruszać dalej. Z każdą minutą, którą tu tracił, człowiek w czerni oddalał się - minął już prawdopodobnie skalny zlepieniec i arroyos5 i znajdował się teraz w sercu pustyni. Jego szlak prowadził niezmiennie na południowy wschód i rewolwerowiec wiedział dlaczego.

- Masz mapę? - zapytał nagle, podnosząc wzrok.

- Miasta? - Roześmiała się. - Jest za małe, żeby potrzebna była mapa.

- Nie. Mapę tego, co jest na południowym wschodzie.

Uśmiech spełzł jej z twarzy.

- Pustynia. Pustynia i nic więcej. Myślałam, że się tu na jakiś czas zatrzymasz.

- Co jest po drugiej stronie pustyni?

- Skąd mam wiedzieć? Nikt jej nie przebył. Nikt tego nie próbował, odkąd tutaj jestem. - Wytarła ręce o fartuch i złapawszy przez ścierki uchwyty cebrzyka, wylała jego zawartość do zlewu. Gorąca woda parowała i chlupotała. - Chmury płyną wszystkie w tamtą stronę, jakby coś je wsysało.

Rewolwerowiec wstał.

- Dokąd idziesz?

Usłyszała w swoim głosie dławiący strach i znienawidziła się za to.

- Do stajni. Jeśli ktoś będzie wiedział, to stajenny. - Położył ręce na jej ramionach. Były twarde, ale były również ciepłe. - Poza tym muszę się zająć mułem. Jeśli mam tu zostać, trzeba o niego zadbać. Do czasu, kiedy odejdę.

Lecz jeszcze nie teraz. Spojrzała mu w oczy.

- Uważaj na tego Kennerly'ego. Jeśli nawet nic nie wie, zawsze coś zmyśli.

- Dziękuję, Allie.

Kiedy wyszedł, odwróciła się do zlewu, czując na policzkach gorące, ciepłe łzy wdzięczności. Jak dawno temu ktoś jej za coś podziękował? Ktoś, na kim jej zależało?

X

Kennerly był bezzębnym wstrętnym satyrem, który pochował dwie żony i miał mnóstwo córek. Dwie niedorosłe zerkały na rewolwerowca z mrocznego wnętrza stajni. Po ziemi taplał się radośnie niemowlak. Dojrzała córka, brudna zmysłowa blondynka, obserwowała go z wyrachowaną ciekawością, nabierając wodę ze skrzypiącej pompy, stojącej przy bocznej ścianie budynku. Widząc rewolwerowca, uszczypnęła palcami brodawki piersi, puściła do niego oko i wróciła do pompowania.

Kennerly wyszedł mu na spotkanie. Zachowywał się chwilami wrogo, a chwilami tchórzliwie się łasił.

- Dbam o niego, niech pan się nie boi - oświadczył.

Zanim rewolwerowiec zdążył odpowiedzieć, odwrócił się z podniesionymi pięściami do córki - chudy zdesperowany kogut.

- Do domu, Soobie! Marsz do domu!

Nachmurzona Soobie zaczęła wlec kubeł w stronę dobudówki za stajnią.

- Masz na myśli mojego muła - powiedział rewolwerowiec.

- Owszem, sai. Dawno już nie widziałem muła, zwłaszcza wyglądającego tak zdrowo jak pański: dwoje oczu, cztery nogi...

Jego twarz skrzywiła się w alarmującym grymasie, który mógł oznaczać dotkliwy ból bądź też sugerować, że to, co powiedział, miało być żartem. Rewolwerowiec doszedł do wniosku, że chodzi o to drugie, choć osobiście nie miał prawie poczucia humoru.

- Był czas, kiedy tresowali dzikie, tak duże było zapotrzebowanie, ale świat poszedł naprzód. Widuję tylko woły, konie pocztowe i... Soobie, bo ci złoję skórę, jak mi Bóg miły!

- Ja nie gryzę - oznajmił pogodnym tonem rewolwerowiec.

Kennerly skurczył się i wyszczerzył zęby. Rewolwerowiec zobaczył w jego oczach morderstwo i chociaż się nie przestraszył, zakonotował to sobie w pamięci, niczym człowiek, który zaznacza stronę w książce zawierającej potencjalnie ważne wskazówki.

- Nie chodzi o pana. Bogowie, nie, wcale nie chodzi o pana - powtórzył z uśmiechem. - Po prostu jest trochę gamoniowata. Ma w sobie diabła. Dzika dziewczyna. - Pociemniały mu oczy. - Zbliżają się Ostatnie Czasy, proszę pana. Wie pan, co mówi Księga. Dzieci nie będą słuchać rodziców i wielu padnie ofiarą zarazy. Dowie się pan, jeśli posłucha tej kaznodziejki.

Rewolwerowiec pokiwał głową i wskazał ręką południowy wschód.

- Co tam jest?

Kennerly znowu się uśmiechnął, pokazując dziąsła i kilka zaprzyjaźnionych ze sobą żółtych zębów.

- Osadnicy. Trawa. Pustynia. Co jeszcze?

Zarechotał i zmierzył chłodnym spojrzeniem rewolwerowca.

- Jak duża jest pustynia?

- Duża. - Kennerly zrobił poważną minę, jakby odpowiadał na poważne pytanie. - Ma może z tysiąc kół. Może dwa tysiące. Nie potrafię panu powiedzieć. Nie ma tam nic prócz diabelskiego ziela i być może demonów. Słyszałem, że są tam gadające ring sommery, ale to chyba kłamstwo. Poszedł tam ten drugi facet. Ten, który uzdrowił Norta, kiedy był chory.

- Chory? Słyszałem, że był martwy.

Kennerly szczerzył zęby.

- No tak. Może. Ale my jesteśmy przecież dorosłymi ludźmi, nie?

- Przecież wierzysz w demony.

Kennerly wydawał się lekko urażony.

- To zupełnie coś innego. Kaznodziejka mówi... - mruknął i zaczął pleść trzy po trzy.

Rewolwerowiec zdjął z głowy kapelusz i otarł czoło. Słońce nie przestawało prażyć. Kennerly zdawał się tego nie zauważać. Miał dużo do powiedzenia, ale to, co mówił, nie miało sensu. Siedząca w wąskim cieniu stajni mała dziewczynka rozsmarowywała z poważną miną ziemię po buzi. Rewolwerowiec stracił w końcu cierpliwość.

- Nie wiesz, co jest za pustynią? - zapytał, przerywając mu w pół słowa.

Kennerly wzruszył ramionami.

- Niektórzy może to i wiedzą. Przed pięćdziesięciu laty jeździł tamtędy dyliżans. Tak mówił mój tato. Powtarzał, że są tam góry. Inni mówią, że ocean... zielony ocean, w którym żyją potwory. A jeszcze inni powiadają, że kończy się tam świat. Że nie ma tam nic oprócz świateł, od których można oślepnąć, i oblicza Boga, który otwiera usta, aby pożreć śmiałków.

- Brednie - orzekł krótko rewolwerowiec.

- Jasne, że brednie - zawołał rozradowany Kennerly.

Znowu się skurczył, nienawidząc, bojąc się, pragnąc zadowolić.

- Będziesz doglądał mojego muła - powiedział rewolwerowiec, rzucając kolejną monetę, którą Kennerly złapał w locie zupełnie tak, jak pies łapie piłkę.

- Oczywiście. Zostanie pan na jakiś czas?

- Chyba tak. Będzie woda...

- Jeśli Bóg zechce! Jasne, jasne! - Kennerly roześmiał się radośnie. Nie ulegało kwestii, że chce zobaczyć rewolwerowca martwego, leżącego u jego stóp. - Ta Allie jest całkiem miła, kiedy ma ochotę, prawda? - mruknął, po czym połączył w krąg dwa palce lewej ręki i zaczął wtykać weń raz po raz palec wskazujący prawej.

- Mówiłeś coś? - zapytał chłodno rewolwerowiec.

W oczach Kennerly'ego zaświtało przerażenie, niczym dwa bliźniacze księżyce wschodzące nad horyzontem. Schował ręce za plecami, jak niesforny dzieciak przyłapany ze słoikiem dżemu.

- Nie, sai, ani słowa. I przepraszam, jeśli to zrobiłem. - Zobaczył wychylającą się przez okno Soobie i obrócił się w jej stronę. - Zaraz ci złoję skórę, ty mały kocmołuchu! Jak mi Bóg miły! Zaraz...

Rewolwerowiec odszedł, świadom, że Kennerly go obserwuje, świadom, że mógłby się nagle odwrócić i zobaczyć na jego twarzy prawdziwe, niezafałszowane uczucia. Ale po co? Było gorąco i wiedział, jakie to uczucia: czysta nienawiść. Nienawiść do obcego. Dowiedział się wszystkiego, czego mógł się od niego dowiedzieć. Jedyną pewną rzeczą dotyczącą pustyni były jej rozmiary. Jedyną pewną rzeczą dotyczącą miasteczka, było to, że jeszcze nie wszystko się tu rozegrało. Jeszcze nie.

XI

Leżeli w łóżku, kiedy Sheb otworzył kopniakiem drzwi i wpadł z nożem do środka.

Minęły cztery dni, które rewolwerowiec pamiętał jak przez mgłę. Jadł. Spał. Uprawiał seks z Allie. Odkrył, że gra na skrzypcach, i namówił ją, żeby dla niego zagrała. Usiadła przy oknie w mlecznym świetle brzasku - widział tylko jej profil - i zagrała nierówno coś, co mogłoby być niezłe, gdyby ktoś ją uczył. Czuł do niej coraz większy (chociaż dziwnie rozproszony) afekt i przyszło mu do głowy, że to właśnie może być pułapka, którą zastawił na niego człowiek w czerni. Czasami wychodził. Bardzo mało o czymkolwiek myślał.

Nie słyszał, jak mały pianista skrada się do drzwi - pogorszył mu się refleks. Nie miało to zresztą większego znaczenia, chociaż w innym czasie i miejscu bardzo by go przeraziło.

Allie była naga. Zsunęła z piersi prześcieradło i mieli właśnie zamiar się kochać.

- Proszę - mówiła. - Tak jak przedtem, chcę tak jak przedtem.

Drzwi otworzyły się z hukiem i koślawy pianista rzucił się z motyką na słońce. Allie nie krzyknęła, mimo że trzymał w ręku ośmiocalowy nóż do mięsa. Bełkotał coś niezrozumiale niczym człowiek, któremu zanurzono głowę w wiadrze błota. Z ust pryskała mu ślina. Kiedy zamachnął się w dół trzymanym oburącz nożem, rewolwerowiec złapał go za nadgarstki i wykręcił je. Nóż upadł na podłogę. Sheb zapiszczał głośno niczym zardzewiałe metalowe drzwi. Ręce ze złamanymi przegubami zatrzepotały w marionetkowym geście. Wiatr sypnął piaskiem o okno. W wiszącym na ścianie zaparowanym lustrze odbijał się lekko zniekształcony obraz pokoju.

- Ona była moja! - zawołał Sheb, szlochając. - Była najpierw moja! Moja!

Allie spojrzała na niego i wstała z łóżka. Włożyła szlafrok, a rewolwerowca ogarnęło na chwilę współczucie dla człowieka, który musiał zdawać sobie sprawę, że traci to, co posiadał. Był z niego taki pokurcz. Wtem rewolwerowiec przypomniał sobie, gdzie go wcześniej widział. Gdzie go poznał.

- To dla ciebie - rzekł Sheb, wciąż szlochając. - Tylko dla ciebie, Allie. Dla ciebie w pierwszym rzędzie i wyłącznie dla ciebie. Ja... och, dobry Boże...

Słowa przeszły w paroksyzm bełkotu, a potem we łzy. Sheb kołysał się w przód i w tył, przyciskając do brzucha złamane nadgarstki.

- Ćśśś... Ćśśś... Pokaż mi. - Uklęknęła przy nim. - Złamane. Sheb, ty dupku. Jak będziesz teraz zarabiać na życie? Nie wiedziałeś, że nigdy nie byłeś silny? - Pomogła mu wstać. Chciał podnieść dłonie do twarzy, ale odmówiły mu posłuszeństwa i otwarcie zapłakał. - Chodź do stołu. Zobaczę, co się da zrobić.

Zaprowadziła go do stołu i unieruchomiła przeguby szczapami drewna. Sheb zawodził cicho i bez przekonania.

- Mejis - powiedział rewolwerowiec i mały pianista odwrócił się i otworzył szerzej oczy. Teraz, kiedy Sheb nie próbował go już dźgnąć nożem, rewolwerowiec pokiwał życzliwie głową. - Mejis - powtórzył. - Nad Morzem Czystym.

- Co nad Morzem Czystym?

- Byłeś tam, prawda? Dawno temu, przed wiekami.

- I co z tego? Nie pamiętam cię.

- Ale pamiętasz chyba tę dziewczynę? Dziewczynę o imieniu Susan? I Plony? - Głos rewolwerowca stwardniał. - Poszedłeś na Ognisko?

Małemu mężczyźnie zadrżały wargi. Pokrywała je ślina. Po jego oczach można było poznać, że zdaje sobie sprawę, iż jest teraz bliższy śmierci, niż kiedy wtargnął do nich z nożem w garści.

- Wynoś się stąd - powiedział rewolwerowiec.

W oczach Sheba zaświtało zrozumienie.

- Ty byłeś wtedy zaledwie chłopcem! Jednym z trzech chłopców! Przybyłeś tam, żeby policzyć bydło. I był tam Eldred Jonas, Łowca Trumny, i...

- Wynoś się, póki możesz - powtórzył rewolwerowiec i Sheb wyszedł, trzymając przed sobą złamane nadgarstki.

Allie wróciła do łóżka.

- Co to za historia? - zapytała.

- Nieważne.

Rewolwerowiec odsunął się od niej na swoją stronę.

- Dobrze, więc na czym stanęliśmy?

- Na niczym - odparł.

- Wiedziałeś o nim i o mnie - powiedziała cierpliwie. - Robił, co mógł, czyli niedużo, a ja brałam to, co mogłam, bo musiałam. Nie można na to nic poradzić. Cóż innego nam pozostało? - Dotknęła jego ramienia. - Ale cieszy mnie, że jesteś taki silny.

- Nie teraz - rzucił.

- Kim ona była? - zapytała i sama odpowiedziała na swoje pytanie. - Dziewczyną, którą kochałeś.

- Daj temu spokój, Allie.

- Mogę uczynić cię silnym...

- Nie. Nie możesz tego zrobić.

XII

Nazajutrz bar był zamknięty. W Tull obchodzono siódmy dzień tygodnia. Rewolwerowiec poszedł do małego pochylonego kościółka przy cmentarzu, a Allie została, żeby wyszorować stoły mocnym środkiem dezynfekującym i namoczyć klosze lamp w mydlinach.

Zapadł dziwny purpurowy zmierzch i oświetlony od środka kościół wyglądał prawie jak płonący piec.

- Nie idę - oświadczyła krótko Allie. - Kobieta, która tam naucza, wyznaje zatrutą religię. Niech idą ci, którzy cieszą się poważaniem.

Rewolwerowiec stanął w pogrążonym w cieniu przedsionku i zajrzał do środka. Kościelne ławki usunięto i wszyscy stali (zobaczył Kennerly'ego ze swoimi latoroślami, właściciela miejskiego składu z artykułami przemysłowymi, Castnera, wraz z jego płaską jak deska żoną, kilku bywalców baru, kilka "miastowych" kobiet, których przedtem nie widział, oraz, ku swojemu zaskoczeniu, Sheba). Śpiewali rwącymi się głosami jakiś hymn, a capella. Rewolwerowiec przyjrzał się ciekawie stojącej na ambonie, wielkiej jak góra kobiecie.

- Mieszka sama - powiedziała mu o niej Allie. - Prawie z nikim się nie widuje. Przychodzi tylko w niedzielę, żeby podsycić ogień piekielny. Nazywa się Sylvia Pittston. Jest szalona, ale rzuciła na nich urok. To im się podoba. To im odpowiada.

Żadne słowa nie mogły opisać rozmiarów tej kobiety. Piersi niczym obronne fortyfikacje. Strzelista wieżyca karku, zwieńczona ziemistym bladym księżycem twarzy, w której migotały oczy tak wielkie i głębokie, że przypominały bezdenne górskie stawy. Włosy w odcieniu pięknego bogatego brązu, spięte w ryzykowny kok, przytrzymywała szpilka, która mogła służyć za widelec do mięsa. Miała na sobie suknię, chyba z juty. Dłonie, w których trzymała śpiewnik, przypominały dwie kamienne płyty. Skórę miała kremową, gładką, przyjemną. Rewolwerowiec oceniał, że musiała ważyć ponad trzysta funtów. Nagle poczuł do niej gorącą żądzę, od której przeszło go drżenie. Odwrócił głowę na bok.

Spotkamy się nad rzeką,

Nad piękną, piękną

Rzeeeeeką.

Spotkamy się nad rzeką,

Która płynie przez Boże Królestwo.

Ostatnie nuty ostatniej zwrotki umilkły i przez chwilę ludzie szurali nogami i pokasływali.

Sylvia Pittston czekała. Kiedy się uspokoili, rozpostarła ręce, jakby ich błogosławiła. To był gest ewokacji.

- Moi drodzy braciszkowie i siostrzyczki w Chrystusie...

Rewolwerowiec pamiętał skądś te słowa. Przez chwilę ogarnęły go jednocześnie nostalgia i lęk, połączone z dziwnym uczuciem déja vu. Śniłem o tym, pomyślał. Albo już tu byłem. Jeśli tak, to kiedy? Nie w Mejis. Nie, nie tam. Odsunął od siebie tę myśl. Wśród wiernych - nie było ich więcej niż dwadzieścia pięć osób - zapadła martwa cisza. Oczy wszystkich utkwione były w kaznodziejce.

- Tematem naszych dzisiejszych medytacji jest Intruz.

Miała słodki i melodyjny głos, dobrze wyszkolony kontralt. Wśród wiernych przeszedł cichy szmer.

- Mam takie uczucie... - zaczęła w zadumie Sylvia Pittston - ...jakbym znała osobiście każdego bohatera Dobrej Księgi. W ciągu ostatnich pięciu lat zdarłam trzy Biblie, które są cenniejsze od każdej innej książki na tym podłym świecie. A przedtem sama nie wiem ile. Kocham tę historię i kocham występujących w niej bohaterów. Weszłam ramię w ramię z Danielem do jaskini lwa. Stałam razem z Dawidem, kiedy kusiła go kąpiąca się Batszeba. Byłam w płonącym piecu z Szadrachem, Meszakiem i Abed-Negiem6. Zabiłam z Samsonem dwa tysiące i oślepłam ze świętym Pawłem w drodze do Damaszku. Płakałam z Maryją na Golgocie.

Ciche, stłumione westchnienie wśród wiernych.

- Poznałam ich i pokochałam. I w tym największym ze wszystkich dramatów jest tylko jeden... jeden... - podniosła palec - tylko jeden bohater, którego nie znam. Tylko jeden, który stoi z boku z twarzą schowaną w cieniu. Tylko jeden, na myśl o którym moje ciało drży i lęka się moja dusza. Boję się go. Nie znam jego umysłu i boję się. Boję się Intruza.

Kolejne westchnienie. Któraś z kobiet przycisnęła dłoń do ust, jakby chciała zdusić wydobywający się z nich krzyk, i kołysała się, kołysała się w miejscu.

- Intruza, który zakradł się do Ewy jako wąż, uśmiechając się i tarzając w pyle. Intruza, który przechadzał się między Dziećmi Izraela, kiedy Mojżesz wspiął się na Górę, i który nakłonił ich, by stworzyli sobie złotego idola, złotego cielca, i czcili go, parząc się i cudzołożąc.

Jęki i kiwanie głowami.

- Intruz!

- To on stał na balkonie z Izebel i patrzył, jak król Achab ginie z krzykiem na ustach, to on cieszył się wraz z nią, gdy zbiegły się psy i lizały jego krew. Och, moi braciszkowie i siostry, strzeżcie się Intruza.

- Tak, o Jezu... - jęknął mężczyzna, którego, wchodząc do miasta, rewolwerowiec zobaczył jako pierwszego, ten w słomkowym kapeluszu.

- On był tu zawsze, bracia i siostry. Lecz ja nie znam jego myśli. I wy nie znacie jego myśli. Któż zrozumie straszliwy mrok, który tam się kryje, dumę i tytaniczne bluźnierstwo, bezbożne uciechy. I to szaleństwo! Bełkotliwe szaleństwo, które wije się i pełza w najstraszniejszych pragnieniach i chuciach człowieka?

- O Jezusie, Zbawco...

- To on zabrał naszego Pana na górę...

- Tak...

- To on kusił go i ukazał mu cały świat i wszystkie ziemskie rozkosze...

- Taaaak...

- To on wróci, kiedy na świat przyjdą Ostatnie Czasy, a one nadchodzą, moi bracia i siostry, czyż nie czujecie, że nadchodzą?

- Taaaak...

Rozkołysane łkające zgromadzenie zmieniło się w morze, kobieta wydawała się wskazywać palcem wszystkich po kolei i nikogo z osobna.

- To on nadejdzie jako Antychryst, karmazynowy król o krwawych oczach, by poprowadzić ludzi w płonące trzewia zatracenia, ku krwawym krańcom niegodziwości, gdy na niebie zawiśnie ognista gwiazda Piołun, gdy żółć pożre serca i wątroby dzieci, gdy z łon kobiet wyjdą na świat monstra, a dzieło rąk człowieczych obróci się w krew...

- Ooooch...

- Och, Boże...

- Grrrrrrr....

Jakaś kobieta upadła, jej stopy waliły rytmicznie o deski podłogi. Zgubiła jeden but.

- To on stoi za każdą cielesną rozkoszą... To on stworzył maszyny z napisem LaMerk, to on! Intruz!

LaMerk, pomyślał rewolwerowiec. A może powiedziała "LeMark". To słowo budziło w nim jakiś rezonans, ale nie mógł sobie przypomnieć nic konkretnego. Niemniej zakonotował je w pamięci, która była pojemna.

- Tak, Panie! - krzyczeli wierni.

Jeden z mężczyzn osunął się na kolana, złapał za głowę i zaryczał jak osioł.

- Kiedy zaglądacie do kieliszka, kto trzyma butelkę?

- Intruz!

- Kiedy siadacie do stolika, żeby zagrać w faraona albo pilnuj mnie, kto tasuje karty?

- Intruz!

- Kiedy wdzieracie się w cudze ciało, kiedy kazicie się własną ręką, komu sprzedajecie swoją duszę?

- In...

- ...tru...

- Och, Jezu... och...

- zowi...

- Auu! Auu! Auu!

- A kimże on jest? - wrzasnęła, choć w głębi duszy była całkiem spokojna.

Rewolwerowiec wyczuwał jej spokój i mistrzostwo, umiejętność panowania, dominowania nad ludźmi. Człowiek, który nazywał się Walterem, zostawił w niej demona, pomyślał nagle z przerażeniem i absolutną pewnością. Jest opętana. Mimo strachu ponownie poczuł falowanie seksualnej żądzy i pomyślał, że to coś podobnego do słowa, które człowiek w czerni zastawił niczym potrzask w umyśle Allie.

Mężczyzna, który trzymał się za głowę, runął na podłogę i poczołgał się do przodu.

- Smażę się w piekle! - wrzasnął. Jego twarz wykręcała się i marszczyła, jakby pod skórą pełzały węże. - Cudzołożyłem! Uprawiałem hazard! Paliłem trawę! Grzeszyłem! Sma...

Jego głos poszybował w górę w przeraźliwym, histerycznym nieartykułowanym zaśpiewie. Zaciskał ręce na głowie, jakby w każdej chwili mogła pęknąć niczym przejrzały melon.

Wierni znieruchomieli jak na dany z góry znak; zastygli w półerotycznych pozach ekstazy.

Sylvia Pittston wyciągnęła ręce i wzięła w nie głowę cudzołożnika. Jej palce, silne i białe, nieskazitelne i łagodne, przeczesały jego włosy. Mężczyzna przestał krzyczeć i wlepił w nią otępiały wzrok.

- Kto był z tobą, kiedy grzeszyłeś? - zapytała.

Jej oczy wejrzały w jego oczy tak głęboko, tak łagodnie, tak chłodno, że w nich utonął.

- In... intruz.

- Który nazywa się jak...?

- Nazywa się Jego Wysokość Szatan. - Ochrypły, powolny szept.

- Czy wyrzekasz się go?

- Tak! Tak! - Skwapliwie. - O mój Jezu, mój Zbawco!

Kobieta zakołysała głową, a on wbił w nią puste lśniące oczy zeloty.

- Jeśli stanie w tych drzwiach... - jej palec wskazał pogrążony w półmroku przedsionek, gdzie stał rewolwerowiec - czy wyrzekniesz się go, rzucając mu to prosto w twarz?

- Jak matkę kocham!

- Czy wierzysz w wieczną miłość Jezusa?

Mężczyzna zaczął płakać.

- Żebyś, kurwa, wiedziała, że wierzę!

- On ci wybacza, Jonsonie.

- Chwalmy Pana! - zaintonował Jonson, wciąż płacząc.

- Wiem, że ci wybacza, tak samo jak wiem, że wygna ze swoich pałaców i przed końcem Świata Końcowego strąci w płonący mrok tych, którzy nie okazali skruchy.

- Chwalmy Pana! - powtórzyli solennie wyzuci z sił wierni.

- Tak samo jak wiem, że ten Intruz, ten Szatan, ten Władca Much i Węży zostanie strącony i zmiażdżony... czy zmiażdżysz go, jeśli go spotkasz, Jonsonie?

- Tak! Chwalmy Pana! - Jonson zaszlochał. - Obiema stopami!

- Czy zmiażdżycie go, jeśli go spotkacie, bracia i siostry?

- Taaaak... - Tonem spełnienia.

- Jeśli zobaczycie jutro, jak paraduje główną ulicą?

- Chwalmy Pana...

Rewolwerowiec cofnął się ku drzwiom i wrócił do miasta. W powietrzu wisiał czysty zapach pustyni. Nadeszła pora ruszać dalej.

Prawie.

XIII

Ponownie w łóżku.

- Ona cię nie przyjmie - stwierdziła Allie. Sprawiała wrażenie wystraszonej. - Z nikim się nie spotyka. Wychodzi tylko w niedzielę wieczorem, żeby napędzić wszystkim śmiertelnego strachu.

- Od jak dawna tu jest?

- Od jakichś dwunastu lat. A może tylko od dwóch. Czas płata figle, wiesz o tym. Nie mówmy o niej.

- Skąd przyszła? Z której strony świata?

- Nie wiem.

Kłamała.

- Allie?

- Nie wiem!

- Allie?

- No dobrze! Dobrze! Przyszła od osadników! Z pustyni!

- Tak myślałem. - Rewolwerowiec trochę się rozluźnił. Innymi słowy, z południowego wschodu. Szlakiem, którym podążał. Który chwilami widział wypisany na niebie. Domyślał się, że kaznodziejka przybyła skądś dalej niż z siedzib osadników, dalej niż z pustyni. Jak udało jej się przebyć tak długą drogę? Jakimś starym mechanicznym pojazdem, który wciąż działał? Może pociągiem. - Gdzie mieszka? - zapytał.

- Czy pokochasz się ze mną, jeśli ci powiem? - zapytała trochę niższym tonem.

- Pokocham się z tobą tak czy owak. Ale chcę wiedzieć.

Allie westchnęła. Jej oddech zabrzmiał niczym szelest starych pożółkłych kartek.

- Ma dom za wzgórzem na tyłach kościoła. Małą chatkę. Mieszkał tam prawdziwy pastor, dopóki się nie wyprowadził. Wystarczy? Jesteś usatysfakcjonowany?

- Nie. Jeszcze nie - odparł i położył się na niej.

XIV

To był ostatni dzień i rewolwerowiec wiedział o tym.

Niebo miało brzydki kolor posiniaczonego fioletu, dziwacznie podświetlonego pierwszymi palcami brzasku. Allie tłukła się po barze niczym duch, zapalając lampy i piekąc skwierczące w rynience kukurydziane placki. Pokochał ją ostro, kiedy powiedziała mu, co chciał wiedzieć. Czuła, że nadchodzi koniec, i dała z siebie więcej niż kiedykolwiek wcześniej, dała mu to z desperacją, na pohybel zbliżającemu się świtowi, dała mu to z niestrudzoną energią szesnastolatki. Ale rano była blada, znowu na skraju menopauzy.

Podała mu bez słowa jedzenie. Przeżuwał je szybko, popijając każdy kęs gorącą kawą. Allie stanęła w drzwiach i wpatrywała się w ciche bataliony sunących z wolna porannych chmur.

- Będzie dziś kurzyło - powiedziała.

- Nie dziwię się.

- Czy ty kiedykolwiek czemuś się dziwisz? - zapytała z ironią i odwróciła się, żeby popatrzeć, jak bierze do ręki kapelusz. Nasunął go na głowę i przeszedł obok niej.

- Czasami - odparł.

Jeszcze tylko raz miał zobaczyć ją żywą.

XV

Kiedy dotarł do chaty Sylvii Pittston, wiatr raptownie ucichł. Cały świat zdawał się czekać na to, co się stanie. Spędził w pustynnej okolicy dość czasu, by wiedzieć, że im dłuższa cisza, tym gwałtowniej wiatr będzie dąć, gdy w końcu się zerwie. Nad ziemią zawisło dziwne płaskie światło.

Do drzwi chaty, która była zniszczona i pochylona, przybito duży drewniany krzyż. Rewolwerowiec zastukał i chwilę odczekał. Bez odpowiedzi. Zastukał ponownie. To samo. Cofnął się i mocno kopnął drzwi prawym butem. Mała zasuwka w środku odpadła i drzwi rąbnęły w poprzybijane krzywo deski ściany, płosząc szczury, które rzuciły się do ucieczki. Sylvia Pittston siedziała w sieni, na mamucim bujaku z żelaznego drewna, przyglądając mu się spokojnie tymi swoimi wielkimi ciemnymi oczyma. Blask burzy odbijał się szalonymi półtonami na jej policzkach. Miała na sobie szal. Bujak cicho poskrzypywał.

Patrzyli na siebie przez długą, umykającą zegarowi chwilę.

- Nigdy go nie złapiesz - odezwała się. - Idziesz ścieżką zła.

- Przyszedł do ciebie - powiedział rewolwerowiec.

- I do mojego łoża. Przemówił do mnie w Języku... W Wysokiej Mowie.

- Przerżnął cię. W każdym znaczeniu tego słowa.

Nawet nie mrugnęła.

- Idziesz ścieżką zła, rewolwerowcze. Kryjesz się w cieniu. Wczoraj wieczorem skryłeś się w cieniu przybytku bożego. Myślałeś, że nie zdołam cię dostrzec?

- Dlaczego uzdrowił trawożercę?

- Jest bożym aniołem. Tak powiedział.

- Mam nadzieję, że mówiąc to, uśmiechał się.

Wyszczerzyła bezwiednie zęby i jej twarz przybrała dziki wyraz.

- Powiedział mi, że będziesz podążał jego śladem. Powiedział mi, co robić. Powiedział, że jesteś Antychrystem.

Rewolwerowiec pokręcił głową.

- Tego nie powiedział.

Uśmiechnęła się do niego leniwie.

- Powiedział, że będziesz chciał się ze mną przespać. Chcesz?

- Tak.

- Ceną jest twoje życie, rewolwerowcze. Obdarzył mnie dzieckiem... nie swoim, lecz dzieckiem wielkiego króla. Jeśli wtargniesz we mnie...

Jej leniwy uśmiech mówił wszystko. Rozchyliła zachęcająco wielkie zwaliste uda. Napięły się pod suknią niczym płyty czystego marmuru. Przyprawiało to o zawrót głowy.

Rewolwerowiec oparł dłonie na kolbach rewolwerów.

- Masz w sobie demona, kobieto, nie króla. Nie bój się. Potrafię go wypędzić.

Efekt był natychmiastowy. Sylvia Pittston cofnęła się w fotelu i spiorunowała go wzrokiem.

- Nie dotykaj mnie! Nie podchodź do mnie! Nie ośmielisz się dotknąć Bożej Oblubienicy!

- Chcesz się założyć? - zapytał, robiąc krok w jej stronę. - Pilnuj mnie, jak powiedział hazardzista, kładąc na stole kilka kielichów i buław.

Potężne ciało zadygotało. Na twarzy odbiło się karykaturalne przerażenie, rozczapierzone palce nakreśliły w powietrzu Znak Złego Uroku.

- Pustynia - wycedził rewolwerowiec. - Co jest za pustynią?

- Nigdy go nie złapiesz! Nigdy! Nigdy! Usmażysz się! Powiedział mi to.

- Dopadnę go - zapewnił. - Oboje o tym wiemy. Co jest za pustynią?

- Nie!

- Odpowiedz mi!

- Nie!

Podszedł jeszcze bliżej, ukląkł i złapał ją za uda. Jej nogi zacisnęły się niczym imadło. Wydawała z siebie dziwne, lubieżnie piskliwe dźwięki.

- W takim razie wypędzę z ciebie demona - powiedział.

- Nie...

Rozsunął jej nogi i wysunął z kabury jeden z rewolwerów.

- Nie! Nie! Nie!

Jej oddech przypominał krótkie dzikie chrząknięcia.

- Odpowiedz mi.

Odchyliła się do tyłu w fotelu i zadrżała pod nią podłoga. Z jej ust popłynęły modlitwy i poprzekręcane słowa Księgi.

Wymierzył w nią lufę rewolweru. Bardziej czuł, niż słyszał świst wdzierającego się do jej płuc przerażonego oddechu. Ręce waliły go po głowie; stopy tupały w podłogę. I w tym samym momencie potężne ciało próbowało wchłonąć intruza, wessać go do swego łona. Z zewnątrz nie patrzył na nich nikt prócz zasinionego nieba.

Wrzasnęła coś wysokim nieartykułowanym głosem.

- Co?

- Góry!

- Co góry?

- On zatrzyma się po ich drugiej stronie... słoooodki Jezu... żeby nabrać sił. Dzięki me... dzięki medytacji, rozumiesz? Och... jestem... jestem...

Zwaliste ciało wyprężyło się nagle do przodu, lecz on nie pozwolił, by dotknęła go swoimi narządami.

A potem oklapła, zmalała i zapłakała, kładąc ręce na kolanach.

- No tak - mruknął, wstając. - Demon został obsłużony, prawda?

- Wynoś się. Zabiłeś dziecko Karmazynowego Króla. Ale jeszcze za to zapłacisz. Gwarantuję ci. A teraz wynoś się. Wynoś.

Przystanął w drzwiach i obejrzał się.

- Nie było żadnego dziecka - powiedział krótko. - Nie było anioła, księcia ani demona.

- Zostaw mnie w spokoju.

Usłuchał jej.

XVI

Kiedy zjawił się u Kennerly'ego, nad horyzontem na północy pojawił się dziwny obłok. Rewolwerowiec wiedział, że to pył. Nad Tull wisiało martwe nieruchome powietrze.

Kennerly czekał na niego na wysypanych sieczką deskach, którymi wyłożona była podłoga jego stajni.

- Odjeżdża pan? - zapytał, uśmiechając się podle.

- Ano.

- Chyba nie przed samą burzą?

- Wyprzedzę ją.

- Wiatr jest szybszy od człowieka na mule. Na otwartej przestrzeni może pana zabić.

- Chcę odebrać muła - uciął dyskusję rewolwerowiec.

- Jasne - odparł Kennerly, lecz zamiast się odwrócić, stał dalej w miejscu, jakby się zastanawiał, co jeszcze powiedzieć. Usta wykrzywiał mu lizusowski, nienawistny uśmiech, oczy wpatrywały się w coś za ramieniem przybysza.

Rewolwerowiec jednocześnie odsunął się w bok i odwrócił. Trzymane przez Soobie ciężkie polano przecięło ze świstem powietrze, muskając tylko jego łokieć. Siła zamachu była tak wielka, że dziewczyna wypuściła broń z rąk i drewno stuknęło o podłogę. Wysoko, na pogrążonym w mroku strychu zerwały się do lotu jaskółki.

Dziewczyna utkwiła w nim krowie oczy. Pod spłowiałą po praniu koszulą sterczały majestatycznie nabrzmiałe piersi. Kciuk poszukał z senną ociężałością przystani ust.

Rewolwerowiec odwrócił się z powrotem do Kennerly'ego. Ten uśmiechał się szeroko. Jego skóra była woskowo żółta. Oczy obracały się w oczodołach.

- Ja... - zaczął zaflegmionym szeptem, lecz nie był w stanie skończyć.

- Muł - upomniał go łagodnie rewolwerowiec.

- Jasne, jasne - szepnął z uśmiechem Kennerly, jakby sam nie wierzył w to, że żyje, po czym podreptał w głąb stajni.

Rewolwerowiec stanął tak, by mógł go obserwować. Stajenny wyprowadził muła i podał mu uzdę.

- Idź do domu i zajmij się siostrą - rozkazał, zwracając się do Soobie.

Dziewczyna odrzuciła do tyłu głowę i nie ruszyła się z miejsca.

Rewolwerowiec zostawił ich tam, stojących na zakurzonych, poplamionych odchodami deskach i piorunujących się wzrokiem, jego z niezdrowym uśmiechem, ją z głupawą apatyczną wojowniczością. Na dworze upał walił między oczy.

XVII

Poprowadził muła środkiem ulicy, wzbijając obłoczki kurzu podeszwami butów. Bukłaki, nabrzmiałe od wody, zawiesił na jego grzbiecie.

Przystanął przed barem Sheba, lecz Allie tam nie było. Lokal był pusty, zabity deskami przed burzą i wciąż brudny po poprzednim wieczorze. Śmierdziało w nim kwaśnym piwem.

Rewolwerowiec napełnił sakwę mąką kukurydzianą, suszoną i prażoną kukurydzą oraz połową mielonego mięsa, które znalazł w lodówce. Zostawił cztery sztuki złota na drewnianym kontuarze. Allie nie zeszła na dół. Pianino Sheba żegnało go wyszczerzonymi żółtymi kłami klawiszy. Wyszedł na dwór i zarzucił sakwę na grzbiet muła. Czuł, jak coś ściska go w gardle. Mógł uniknąć pułapki, ale miał niewielkie szanse. Był w końcu Intruzem.

Mijał pozamykane, zastygłe w oczekiwaniu budynki, czując oczy, które obserwowały go przez pęknięcia i szpary. Człowiek w czerni odegrał w Tull rolę Boga. Mówił o królewskim dziecku, czerwonym księciu. Czy stanowiło to tylko przejaw kosmicznego poczucia humoru, czy też wynikało z desperacji? To pytanie nie było pozbawione znaczenia.

Za jego plecami rozległ się wysoki świdrujący krzyk i nagle otworzyły się jakieś drzwi. Z wnętrza wysypali się ludzie. Pułapka została zatem zastawiona.

Mężczyźni w długich kalesonach i mężczyźni w brudnych drelichach. Kobiety w spodniach i spłowiałych sukienkach. Nawet dzieci drepczące w ślad za rodzicami. I w każdej ręce drewniany kołek albo nóż.

Jego reakcja była automatyczna, natychmiastowa, wpojona. Obrócił się na pięcie, ręce same wyciągnęły rewolwery z kabur. Pod palcami czuł ich ciężkie pewne rękojeści. Pierwsza była Allie; to oczywiście musiała być Allie. Zbliżała się do niego z wykrzywioną twarzą i blizną, której zachodzące słońce nadało piekielny odcień purpury. Zobaczył, że jest ich zakładniczką; zza jej ramienia wyzierała wykrzywiona w grymasie twarz Sheba, podobnego do famulusa czarownicy. Uczynił z niej swoją tarczę i ofiarę. Rewolwerowiec ujrzał to wszystko jasno i wyraźnie w zastygłym nieśmiertelnym świetle sterylnego spokoju. I usłyszał jej głos:

- Zabij mnie, Rolandzie, zabij mnie! Wymówiłam to słowo, wymówiłam dziewiętnaście i opowiedział mi. Nie mogę tego wytrzymać...

Jego ręce potrafiły dać jej to, czego chciała. Był ostatnim ze swojego plemienia i nie tylko jego usta znały Wysoką Mowę. Rewolwery zagrały swoją ciężką atonalną muzykę. Jej wargi zatrzepotały, ciało osunęło się, rewolwery wypaliły ponownie. Ostatnią rzeczą, jaką zobaczył na jej twarzy, mogła być wdzięczność. Głowa Sheba odskoczyła do tyłu. Oboje runęli w pył.

Odeszli do krainy Dziewiętnaście, pomyślał. Gdziekolwiek leży.

Posypały się na niego drewniane kołki. Rewolwerowiec zatoczył się i zasłonił. Jeden, z wbitym gwoździem, zahaczył go o ramię i skaleczył do krwi. Mężczyzna z zarostem na policzkach i plamami potu pod pachami skoczył na niego, trzymając w łapie tępy kuchenny nóż. Rewolwerowiec położył go trupem. Sztuczna szczęka napastnika wypadła z ust i zadzwoniła głośno, gdy runął na ziemię.

- SZATAN! - wrzasnął ktoś. - PRZEKLĘTY! OBALCIE GO NA ZIEMIĘ!

- INTRUZ! - zawołał ktoś inny. Posypały się kolejne kije. Nóż odbił się od jego buta. - INTRUZ! ANTYCHRYST!

Rewolwerowiec przebijał się przez środek tłumu, cofając się przed padającymi ciałami. Jego ręce wybierały cele z łatwością i złowrogą akuratnością. Kolejni dwaj mężczyźni i kobieta padli na ziemię, a on przebiegł przez lukę, która po nich została.

Poprowadził rozgorączkowany pochód przez ulicę w kierunku rozchwierutanego sklepu i zakładu fryzjerskiego naprzeciwko baru Sheba. Wspiąwszy się na drewniany chodnik, odwrócił się i posłał ostatnie naboje w nacierający tłum. Z tyłu leżeli ukrzyżowani w pyle Sheb, Allie i inni.

Nikt nie zawahał się ani nie cofnął, choć każdy jego strzał był śmiertelny i choć prawdopodobnie nigdy w życiu nie widzieli rewolwerów.

Wycofywał się, poruszając ciałem niczym tancerz, żeby uchylić się przed frunącymi pociskami. Idąc, załadował ponownie rewolwery z szybkością, którą wpojono niegdyś jego palcom śmigającym między cylindrami i taśmą z nabojami. Gromada zbliżyła się do chodnika, a on wszedł do sklepu i zatrzasnął za sobą drzwi. Wielka wystawowa szyba po prawej stronie pękła i do środka wpadli trzej mężczyźni. Ich twarze były pozbawionymi uczuć twarzami zelotów, w oczach płonął święty ogień. Zastrzelił ich wszystkich i chwilę później do sklepu wskoczyli dwaj następni. Rażeni pociskami, zawiśli na sterczących odłamkach szkła, tarasując otwór.

Drzwi zatrzeszczały i zatrzęsły się pod naporem tłumu. Nagle usłyszał jej głos.

- ZABÓJCA! WASZE DUSZE! ROZSZCZEPIONE KOPYTO!

Zawiasy oderwały się i drzwi runęły z głuchym klaśnięciem do środka. Z podłogi wzbił się pył. Zaatakowali go mężczyźni, kobiety i dzieci. W powietrzu rozpryskiwała się ślina i fruwały szczapy drewna. Opróżnił oba magazynki, ludzie padali niczym kręgle w grze w punkty. Wycofując się do fryzjera, pchnął w ich stronę beczkę z mąką, a potem cisnął garnek wrzącej wody z tkwiącymi w środku dwiema poszczerbionymi brzytwami. Ludzie szli dalej, wznosząc nieartykułowane okrzyki. Gdzieś z zewnątrz zagrzewała ich do walki Sylvia Pittston, jej głos wznosił się i opadał na ślepych sufiksach. Rewolwerowiec wciskał naboje do gorących komór, czując zapach ściętych włosów i swąd przypalanych odcisków na własnych palcach.

Wyskoczył przez tylne drzwi na werandę. Za plecami miał teraz porośniętą krzewami równinę, kategorycznie wyrzekającą się miasta, które przycupnęło na jej skraju. Za rogiem czaili się z szerokimi zdradzieckimi uśmiechami trzej mężczyźni. Zobaczyli go, zobaczyli, że ich widzi, i uśmiechy spełzły im z ust sekundę przed tym, nim ich skosił. W ślad za nimi wyskoczyła z wyciem kobieta. Wielka i gruba, znana była bywalcom Sheba jako ciotka Mill. Kula odrzuciła ją do tyłu i padła na ziemię z zadartą wysoko jak u dziwki spódnicą.

Rewolwerowiec zszedł po schodkach i cofając się, zrobił dziesięć, dwadzieścia kroków. Tylne drzwi zakładu fryzjerskiego otworzyły się i wyroili się z nich ludzie. Przed oczyma mignęła mu Sylvia Pittston. Zaczął strzelać. Padali skuleni w kucki, padali na plecy, wywracali się przez balustradę. Nie rzucali żadnych cieni w nieśmiertelnym purpurowym blasku dnia. Rewolwerowiec zdał sobie sprawę, że krzyczy. Krzyczał od samego początku. Jądra przywarły mu do podbrzusza. Oczy miał jak popękane łożyska kulkowe. Nogi jak z drewna. Uszy jak z żelaza.

Cylindry rewolwerów były znowu puste i tłum zaatakował, przeistaczając się w znak Oka i Ręki. Rewolwerowiec stał, krzycząc i ładując broń od nowa, nie angażując jednak w to umysłu, pozwalając, by ręce same wykonały to, co do nich należy. Czy mógł podnieść dłoń i uprzedzić ich, że przez tysiąc lat uczył się tej oraz podobnych sztuczek, opowiedzieć im o rewolwerach oraz o krwi, która je pobłogosławiła? Nie mógł. Lecz jego ręce mogły opowiedzieć im swoją własną historię.

Gdy skończył ładować, znaleźli się w zasięgu rzutu. Jakiś kij trafił go w czoło, z otartej skóry pociekła krew. Za dwie sekundy powinni go dopaść. Na czele zobaczył Kennerly'ego, Soobie oraz jego drugą, młodszą, może jedenastoletnią córkę, a także kurwę o nazwisku Amy Feldon i dwóch mężczyzn, których pamiętał z baru. Załatwił ich wszystkich, a także tych, którzy atakowali za nimi. Padali niczym strachy na wróble. Krew i mózg pryskały całymi strugami.

Na chwilę zatrzymali się zaskoczeni w miejscu; mógł teraz wyłuskać z tłumu pojedyncze oszołomione twarze. Jakiś mężczyzna zaczął biegać w kółko. Kobieta z pęcherzami na rękach zadarła głowę do nieba i głośno zagdakała. Staruszek, którego zobaczył na stopniach sklepu, gdy wchodził do Tull, załatwił się nagle obficie w spodnie.

Rewolwerowiec zdążył ponownie załadować jeden rewolwer.

I wtedy rzuciła się na niego Sylvia Pittston, wymachując trzymanymi w obu rękach drewnianymi krzyżami.

- DIABEŁ! DIABEŁ! ZABÓJCA DZIECI! POTWÓR! ZNISZCZCIE GO, BRACIA I SIOSTRY! ZNISZCZCIE INTRUZA, KTÓRY MORDUJE DZIECI!

Posłał po jednym naboju w każdy z krzyży, rozłupując je w drzazgi, a potem cztery kolejne w głowę kobiety. Złożyła się jak harmonia i jej ciało zadrżało niczym falujące w upale powietrze.

Na moment wszyscy zastygli w nieruchomym tableau, wpatrując się w Sylvię Pittston. Palce rewolwerowca ponownie załadowały broń. Ich opuszki skwierczały i płonęły. Na każdym wypalone były równe kręgi.

Napastników robiło się coraz mniej; przerzedził ich szeregi niczym sierp kosiarza. Sądził, że z chwilą jej śmierci rozbiegną się, lecz ktoś cisnął w niego nożem. Rękojeść uderzyła go mocno między oczy i przewrócił się. Rzucili się na niego, ziejąc nienawiścią. Leżąc na własnych zużytych łuskach, znowu wystrzelał wszystkie naboje. Bolała go głowa, przed oczyma migotały wielkie brązowe kręgi. Raz chybił, jedenaście razy trafił.

Lecz ci, którzy ocaleli, dopadli go. Wystrzelił cztery pociski, które zdążył załadować, podczas gdy oni okładali go i dźgali nożami. Zrzucił dwóch z lewej ręki i przeturlał się na bok. Jego dłonie znowu zajęły się tym, do czego zostały stworzone. Ktoś dźgnął go w ramię. Ktoś inny w plecy. Oberwał w żebra. Dźgnięto go w pośladek, prawdopodobnie widelcem do mięsa. Jakiś chłopiec podpełzł bliżej i zadał mu jedyną głęboką ranę, w poprzek łydki. Rewolwerowiec odstrzelił mu głowę.

Ludzie rozproszyli się i ponownie położył kilku trupem. Ci, którzy ocaleli, zaczęli się wycofywać w stronę budynków koloru piasku. Jego ręce znowu wykonały to, co do nich należało. Były niczym nadgorliwe psy, które pragną przewracać się na plecy nie raz i nie dwa, lecz przez całą noc. Pociski kosiły biegnących. Ostatni mężczyzna zdołał dobiec do schodków werandy przy zakładzie fryzjerskim i wtedy dopiero trafiła go kula rewolwerowca.

- Auuu! - wrzasnął i padł. To było ostatnie słowo Tull w tej sprawie.

Cisza z powrotem wypełniła poszczerbioną przestrzeń.

Rewolwerowiec krwawił z około dwudziestu różnych ran, wszystkich płytkich, z wyjątkiem cięcia na łydce. Obwiązał ją strzępem koszuli, a potem wyprostował się i przyjrzał swoim ofiarom.

Tworzyli kręty, zygzakowaty ślad, który wiódł od werandy fryzjera aż do miejsca, gdzie stał. Leżeli w różnych pozycjach. Żaden nie wyglądał tak, jakby spał.

Idąc z powrotem, zaczął ich liczyć. W sklepie natknął się na mężczyznę obejmującego w miłosnym uścisku ściągnięty na podłogę popękany słój z cukierkami.

Przystanął w miejscu, w którym to się zaczęło, pośrodku opustoszałej głównej ulicy. Położył trupem trzydziestu dziewięciu mężczyzn, czternaście kobiet i pięcioro dzieci. Pozabijał wszystkich mieszkańców Tull.

Zerwał się suchy wiatr. Pierwszy powiew przyniósł słodkawy, przyprawiający o mdłości odór. Rewolwerowiec ruszył jego śladem, a potem podniósł wzrok i pokiwał głową. Na dachu baru wisiał z szeroko rozpostartymi rękoma ukrzyżowany Nort. Gnijące ciało przybite było drewnianymi ćwiekami do desek. Miał otwarte usta i oczy. Na brudnym czole odciśnięty był wielki purpurowy znak rozszczepionego kopyta.

Rewolwerowiec wyszedł z miasta. Jego muł stał przy kępie trawy, na mniej więcej czterdziestym jardzie dawnego traktu dyliżansów. Zaprowadził go z powrotem do stajni Kennerly'ego. Na dworze wiatr zawodził w rytmie jagtime'u. Rewolwerowiec oporządził i nakarmił muła i wrócił do baru. W szopie z tyłu domu znalazł drabinę, wdrapał się na dach i odciął Norta. Jego ciało było lżejsze od worka z patykami. Dołączył je do zwykłych ludzi, tych, którzy musieli umierać tylko raz. Następnie wrócił do baru, zjadł hamburgery i wypił trzy piwa. Na zewnątrz gasło światło dnia i w powietrze wzbijały się tumany piasku. Tę noc spędził w łóżku, w którym spał razem z Allie. Nic mu się śniło. Nazajutrz rano wiatr ucichł i wstało jak zwykle jasne i niepamiętające niczego słońce. Ciała uleciały z wiatrem na południe, niczym krzaki żarnowca. Późnym rankiem, po opatrzeniu wszystkich ran, ruszył w ślad za nimi.

XVIII

Wydawało mu się, że Brown zasnął. W palenisku mrugały pojedyncze iskierki. Ptak Zoltan schował głowę pod skrzydło.

- Proszę, proszę - odezwał się Brown, kiedy rewolwerowiec miał już zamiar wstać i rozłożyć sobie siennik w kącie. - Opowiedziałeś o tym. Poczułeś się lepiej?

Rewolwerowiec żachnął się.

- Dlaczego miałbym się czuć źle?

- Powiedziałeś, że jesteś człowiekiem. Nie demonem. A może skłamałeś?

- Nie skłamałem. - Rewolwerowiec wyczuł w jego głosie niechętną aprobatę; polubił Browna. Szczerze polubił. I ani razu go nie okłamał. - Kim jesteś, Brown? Tak naprawdę?

- Po prostu sobą - odparł wcale niezbity z tropu osadnik. - Dlaczego uważasz, że otacza cię tyle tajemnic?

Rewolwerowiec nie odpowiedział i zapalił skręta.

- Moim zdaniem bardzo się zbliżyłeś do twojego człowieka w czerni - oświadczył Brown. - Czy jest zdesperowany?

- Nie wiem.

- A ty?

- Jeszcze nie - odpowiedział rewolwerowiec i zmierzył zadziornym spojrzeniem Browna. - Pójdę tam, dokąd muszę, i zrobię to, co muszę.

- No i dobrze - mruknął osadnik, po czym przekręcił się na drugi bok i zasnął.

XIX

Rano Brown nakarmił go i wysłał w drogę. W świetle dnia sprawiał przedziwne wrażenie z wychudłą spaloną przez słońce piersią, ołówkowatymi obojczykami i dziwaczną grzywą rudych włosów. Ptak przycupnął na jego ramieniu.

- Co z mułem? - zapytał rewolwerowiec.

- Zjem go - odparł Brown.

- Dobrze.

Brown podał mu rękę i rewolwerowiec uścisnął ją. Osadnik wskazał głową południowy wschód.

- Szerokiej drogi. Niech twoje dni będą długie, a noce przyjemne.

- Tobie życzę ich w dwójnasób.

Skinęli sobie głowami na pożegnanie, a potem człowiek, którego Allie nazywała Rolandem, odszedł, objuczony rewolwerami i wodą. Obejrzał się tylko raz. Brown zaciekle pielił swoje małe poletko. Kruk przycupnął niczym gargulec na niskim dachu jego chaty.

XX

Ognisko zgasło i gwiazdy zaczynały blaknąć. Wiatr nie mógł sobie znaleźć miejsca; nikt nie słuchał jego historii. Rewolwerowiec wzdrygnął się we śnie i z powrotem zastygł w bezruchu. Śniło mu się, że jest spragniony. W ciemności nie widać było zarysu gór. Poczucie winy i wyrzuty słabły. Wypalała je pustynia. Odkrył, że coraz częściej myśli o Corcie, który nauczył go strzelać. Cort wiedział, co jest czarne, a co białe.

Ponownie wzdrygnął się i obudził. Mrugając oczyma, spojrzał na własne ognisko, którego kształt nałożył się na inny, bardziej geometryczny. Był romantykiem, wiedział o tym i strzegł zazdrośnie tej tajemnicy. W ciągu tych lat powierzył ją tylko nielicznym. Należała do nich dziewczyna o imieniu Susan, dziewczyna z Mejis.

To oczywiście sprawiło, że znów pomyślał o Corcie. Cort zginął. Zginęli wszyscy oprócz niego. Świat poszedł naprzód.

Rewolwerowiec zarzucił sakwę na ramię i ruszył dalej przed siebie.

Rozdział 2PRZYDROŻNY ZAJAZD

I

Przez cały dzień tłukła mu się po głowie dziecinna rymowanka, jedna z tych doprowadzających do obłędu rzeczy, które nie chcą się od nas odczepić, ignorując szyderczo wszystkie nakazujące im się odmeldować komendy świadomego umysłu. Wierszyk brzmiał:

W Hiszpanii mży, gdy dżdżyste przyjdą dni.

Jest radość i jest ból, co stale ćmi,

lecz w Hiszpanii mży, gdy dżdżyste przyjdą dni.

Czas jest kartką, życie plamką

Wszystko, co znamy, runie w pył

I wszystko pozostanie takie samo,

Lecz gdyś szalony lub tylko zdrów

w Hiszpanii mży, gdy dżdżyste przyjdą dni.

Chodzimy po ziemi, kochając, lecz fruwamy w okowach,

I dżdżyste przyjdą dni, gdy w Hiszpanii mży.

Nie miał pojęcia, co mogą oznaczać dżdżyste dni w Hiszpanii, lecz wiedział, dlaczego przyszła mu do głowy ta rymowanka. Co jakiś czas śnił mu się jego pokój w zamku i matka, która nuciła kołysanki, żeby leżał spokojnie w małym łóżeczku przy kolorowym oknie. Nie śpiewała mu przed zaśnięciem, ponieważ wszyscy chłopcy, którzy narodzili się, by poznać Wysoką Mowę, musieli samotnie stawić czoło ciemności, robiła to jednak w porze poobiedniej drzemki i pamiętał szare deszczowe światło, które załamywało się kolorami na szybkach witrażu; pamiętał chłód pokoju, ciężkie ciepło koców, miłość do matki, jej czerwone usta, natrętną melodię niedorzecznej piosenki i jej głos.

Teraz ta kołysanka przyprawiała go o szaleństwo, wracając doń niczym ścigający własny ogon pies. Wypił już całą wodę i wiedział, że najprawdopodobniej umrze. Nigdy nie spodziewał się, że do tego dojdzie, i było mu przykro. Po południu wpatrywał się częściej we własne stopy aniżeli w drogę przed sobą. Nawet diabelska trawa rosła tutaj żółta i karłowata. Skalny zlepieniec rozsypywał się w rumosz. Góry nie wydawały się ani trochę bliższe, choć minęło już szesnaście dni, odkąd opuścił chatę ostatniego osadnika, obłędnie zdrowego mężczyzny mieszkającego na skraju pustyni. Osadnik miał ptaka, pamiętał to, lecz nie mógł sobie przypomnieć jego imienia.

Śledząc wzrokiem swoje podnoszące się i opadające niczym czółenka krosien stopy, wsłuchiwał się w słowa nonsensownej rymowanki, zlewające się w żałosny bełkot w jego głowie. Ciekawiło go, kiedy po raz pierwszy upadnie. Nie chciał upaść, mimo że nikt na niego nie patrzył. To była kwestia dumy. Rewolwerowiec wiedział dobrze, co to takiego duma - ta niewidzialna kość, która usztywnia kark. To, czego nie odziedziczył po ojcu, wpoił mu Cort prawdziwy dżentelmen w stosunku do chłopców. Cort z czerwonym bulwiastym nosem i pokrytą szramami twarzą.

Zatrzymał się i podniósł nagle wzrok. Zahuczało mu w głowie i przez chwilę miał wrażenie, że całe jego ciało unosi się nad ziemią. Daleko na horyzoncie stały pogrążone we śnie góry. Ale było coś jeszcze, coś, co znajdowało się o wiele bliżej. Być może zaledwie w odległości pięciu mil. Natężył wzrok, lecz oczy miał na pół ślepe od piasku i słońca. Potrząsnął głową i ruszył dalej. W głowie wciąż brzęczała mu rymowanka. Mniej więcej godzinę później padł na ziemię i otarł sobie ręce. Z niedowierzaniem spojrzał na malutkie krople krwi na zdartej skórze. Krew nie wydawała się wcale rzadsza; wydawała się całkiem zwyczajna, schnąc teraz na słońcu. Wydawała się tak samo zadowolona z siebie jak pustynia. Strącił krople, czując do nich ślepą nienawiść. Zadowolona z siebie? Czemu nie? Krew nie była spragniona. Została użyta. Złożono z niej ofiarę. Krwawą ofiarę. Krew musiała tylko krążyć... krążyć... krążyć.

Spojrzał na plamy, które pozostały na ziemi, i spostrzegł, że rumosz wsysa je w siebie z niesamowitą szybkością. No i jak ci się to podoba, krwi? Jak ci to odpowiada?

O Jezu, chyba mi kompletnie odbiło.

Wstał, przyciskając ręce do piersi. Ta rzecz, którą widział wcześniej, wyrosła nagle tuż przed jego oczyma. Tak blisko, że z jego piersi wydarł się okrzyk: zdławione pyłem krakanie. To był budynek. Nie... dwa drewniane budynki, otoczone przewróconym ogrodzeniem z siatki. W jednym mieściła się stajnia; można to było niezawodnie poznać po kształcie. Drugi był domem mieszkalnym lub gospodą. Przydrożny zajazd dla dyliżansów. Rozchwierutany piaskowy domek (wiatr zasypał piachem ściany z desek i zajazd wyglądał jak zamek z piasku, który słońce wypaliło podczas odpływu w garncarskim piecu swoich promieni) rzucał wąski cień, w którym ktoś siedział, opierając się o ścianę. Budynek wydawał się chylić pod jego ciężarem.

A więc to on. Nareszcie. Człowiek w czerni.

Rewolwerowiec stał przez chwilę z rękoma przyciśniętymi do piersi i otwartymi ustami, nieświadom przybranej przez siebie rapsodycznej pozy. Zamiast olbrzymiego, uskrzydlonego podniecenia (bądź też lęku lub podziwu) nie odnajdywał w sobie niczego poza tępym atawistycznym poczuciem winy z powodu odczuwanej chwilę wcześniej dzikiej nienawiści do własnej krwi oraz powtarzających się bez końca słów dziecinnej piosenki.

...w Hiszpanii mży...

Ruszył do przodu, wyciągając z kabury rewolwer.

...gdy dżdżyste przyjdą dni.

Ostatnie ćwierć mili przebył konwulsyjnym platfusowatym biegiem, nie starając się w ogóle kryć; i tak nie było się tu zresztą za czym schować. Ścigał go jego własny krótki cień. Nie zdawał sobie sprawy, że twarz zmieniła mu się w szarą, wyszczerzoną, pośmiertną maskę wyczerpania; nie zwracał uwagi na nic prócz siedzącej w cieniu postaci. Dopiero później przyszło mu do głowy, że człowiek w czerni może nie żyć.

Kopnął pochylone ogrodzenie z siatki (które niemal ze skruchą przełamało się bezgłośnie na pół) i sadząc susami przez oślepiająco jasne, ciche podwórze stajni, podniósł w górę rewolwer.

- Mam cię na muszce! Mam cię na muszce! Ręce do góry, ty skurwysynu, jesteś...

Postać poruszyła się niespokojnie i wstała. Mój Boże, przeleciało przez głowę rewolwerowcowi, on zmarniał do cna, co się z nim stało? Człowiek w czerni skurczył się do dwóch stóp i pobielały mu włosy.

Rewolwerowiec stanął jak wryty w miejscu. Huczało mu w głowie, serce waliło w wariackim tempie i miał wrażenie, że za chwilę umrze.

Zaczerpnął w płuca rozpalonego do białości powietrza i na chwilę zwiesił głowę. Kiedy ją ponownie podniósł, zobaczył, że ma przed sobą nie człowieka w czerni, lecz małego chłopca z wyblakłymi od słońca włosami, który przyglądał mu się bez większego zainteresowania. Rewolwerowiec gapił się na niego wytrzeszczonymi oczyma, a potem potrząsnął przecząco głową. Chłopiec nie przejął się tym, że przybysz nie przyjmuje do wiadomości jego istnienia; w dalszym ciągu tam stał, ubrany w niebieskie dżinsy z łatą na jednym kolanie oraz prostą brązową koszulę o surowym splocie.

Rewolwerowiec ponownie potrząsnął głową, a potem, trzymając w ręku broń, wszedł pochylony do stajni. Nie mógł się skupić. W wypełnionych drobinami pyłu skroniach rozbrzmiewał coraz potężniejszy dudniący ból.

Ciche, mroczne wnętrze stajni eksplodowało skwarem. Rewolwerowiec rozejrzał się dookoła, zezując wybałuszonymi oczyma. Zrobił chwiejnie w tył zwrot i w zrujnowanych wrotach ponownie zobaczył wpatrującego się weń chłopca. Ostrze bólu przecięło gładko jego głowę, tnąc od skroni do skroni, dzieląc mózg na dwie połówki pomarańczy.

Schował z powrotem rewolwer do kabury, zatoczył się, podniósł ręce, jakby chciał odpędzić od siebie zjawy, po czym runął na twarz.

II

Kiedy się ocknął, leżał na plecach i miał pod głową stertę lekkiego bezwonnego siana. Chłopiec nie zdołał go ruszyć, ale postarał się, żeby było mu w miarę wygodnie. I chłodno. Zerkając w dół, zobaczył, że ma zmoczoną koszulę. Polizał wargi i poczuł na języku wodę. Zamrugał oczyma. Język puchł mu w ustach.

Chłopiec przykucnął przy nim na piętach. Zobaczył, że rewolwerowiec otworzył oczy, i dał mu poobijaną blaszaną manierkę z wodą. Rewolwerowiec złapał ją drżącymi dłońmi i pozwolił sobie na jeden łyk - tylko jeden. Przełknąwszy go, wypił następny, a potem spryskał resztą wody twarz, głośno prychając. Ładne usta chłopca wykrzywiły się w smutnym uśmiechu.

- Chciałby pan coś zjeść, proszę pana? - zapytał.

- Jeszcze nie teraz - odparł rewolwerowiec.

Głowa bolała go od udaru, a wypita woda przelewała się niespokojnie w brzuchu, jakby nie wiedziała, dokąd się udać.

- Kim jesteś? - zapytał.

- Nazywam się Jake Chambers. Może mi pan mówić Jake. Mam przyjaciółkę... to znaczy kogoś w rodzaju przyjaciółki, pracuje dla nas... która nazywa mnie czasami Bama, ale pan może mi mówić Jake.

Rewolwerowiec usiadł i nagle chwyciły go mdłości. Pochylił się do przodu i przegrał krótką walkę ze swoim żołądkiem.

- Jest więcej wody - uspokoił go Jake.

Wziął manierkę i ruszył w głąb stajni. Po drodze przystanął i uśmiechnął się niepewnie do rewolwerowca. Ten kiwnął do niego, a potem się położył i podparł głowę rękoma. Chłopiec był zgrabny, przystojny, mógł mieć dziesięć, jedenaście lat. Na jego twarzy malował się lęk, lecz było to zrozumiałe; rewolwerowiec ufałby mu o wiele mniej, gdyby go nie okazywał.

W głębi stajni rozległo się dziwne buczenie. Rewolwerowiec podniósł czujnie głowę, jego dłonie dotknęły rękojeści rewolwerów. Dźwięk trwał może piętnaście sekund, a potem umilkł. Chłopiec wrócił z napełnioną manierką.

Rewolwerowiec wypił wodę drobnymi łykami i tym razem udało mu się jej nie zwymiotować. Ból w głowie ustępował.

- Nie wiedziałem, co z tobą zrobić, kiedy upadłeś - powiedział Jake. - Tam na zewnątrz przez kilka sekund myślałem, że chcesz mnie zastrzelić.

- Może i chciałem. Wziąłem cię za kogoś innego.

- Za księdza?

Rewolwerowiec wbił w niego surowy wzrok.

- Jakiego księdza?

Chłopiec przyjrzał mu się, marszcząc lekko brwi.

- Obozował na podwórku. Byłem wtedy w tamtym domu. Nie podobał mi się, więc nie wyszedłem na zewnątrz. Przybył w nocy i następnego dnia odszedł. Ukryłbym się i przed tobą, ale spałem, kiedy nadszedłeś. - Spojrzał gdzieś ponuro ponad głową rewolwerowca. - Nie lubię ludzi. Robią mnie w bambus.

- Jak on wyglądał?

Chłopiec wzruszył ramionami.

- Jak ksiądz. Miał na sobie czarne ubranie.

- Kaptur i habit?

- Co to jest habit?

- Szata. Podobna do sukni.

Chłopiec pokiwał głową.

- Chyba tak.

Rewolwerowiec pochylił się nagle do przodu. Wyraz jego twarzy sprawił, że chłopiec nieco się cofnął.

- Jak dawno to było? Mów, przez wzgląd na twego ojca.

- Ja... ja...

- Nie mam zamiaru cię skrzywdzić - wyjaśnił cierpliwie rewolwerowiec.

- Nie wiem. Nie potrafię określić, ile minęło czasu. Wszystkie dni są takie same.

Dopiero teraz rewolwerowiec zaczął się zastanawiać, jakim cudem chłopiec trafił w to miejsce, otoczone ze wszystkich stron milami zabójczej suchej pustyni. Nie powinien sobie jednak tym zaprzątać głowy; przynajmniej na razie.

- Postaraj się zgadnąć. To było dawno?

- Nie. Niedawno. Nie jestem tutaj długo.

Rewolwerowiec znowu poczuł, jak w jego trzewiach płonie ogień. Złapał manierkę i napił się, trzymając ją w drżących lekko rękach. Powróciły do niego słowa kołysanki, lecz tym razem zamiast twarzy matki zobaczył przeciętą blizną twarz Alice, z którą współżył w opustoszałym obecnie mieście Tull.

- Tydzień temu? Dwa tygodnie? Trzy?

Chłopiec utkwił w nim roztargnione spojrzenie.

- Tak.

- To znaczy?

- Tydzień temu. Albo dwa. - Chłopak spojrzał w bok i lekko się zaczerwienił. - Przed trzema kupami: to jedyny sposób, w jaki mogę teraz mierzyć czas. On nawet się nie napił. Pomyślałem, że to może duch księdza, jak w tym filmie, który kiedyś widziałem, tyle że Zorro odkrył, że facet nie był wcale księdzem ani duchem. Był zwykłym bankierem, który chciał zdobyć działkę ziemi, bo było tam złoto. Pani Shaw zabrała mnie na ten film. Na Times Square.

Dla rewolwerowca nic z tego nie miało sensu, w związku z czym wstrzymał się z komentarzem.

- Bałem się - dodał chłopiec. - Boję się prawie przez cały czas. - Jego twarz zadrżała niczym rozsadzany dźwiękiem wysokiej nuty kryształ. - Nie rozpalił ogniska. Po prostu tam siedział. Nie wiem nawet, czy zasnął.

A więc był blisko! Na bogów, był bliżej niż kiedykolwiek! Mimo skrajnego odwodnienia rewolwerowcowi spociły się dłonie.

- Jest trochę suszonego mięsa - poinformował go chłopiec.

Rewolwerowiec pokiwał głową.

- To dobrze.

Chłopiec wstał i chrupnęło mu cicho w kolanach. Miał zgrabną, wyprostowaną sylwetkę. Pustynia nie wyssała jeszcze z niego soków. Skóra na jego wąskich ramionach, choć opalona, nie była wysuszona ani popękana. Ma w sobie soki, pomyślał rewolwerowiec. I ma w sobie trochę ludzkich uczuć, w przeciwnym razie wyjąłby jeden z moich rewolwerów i na miejscu mnie zastrzelił.

A może po prostu nie przyszło mu to na myśl.

Rewolwerowiec napił się znowu z manierki. Ludzki czy nie, na pewno stąd nie pochodzi.

Jake wrócił ze skrawkami suszonej wołowiny, które położył na czymś, co wyglądało jak spalona przez słońce deska do chleba. Mięso było twarde, żylaste i słone. Rewolwerowca zapiekły owrzodzone usta. Jadł i pił tak długo, aż poczuł się ociężały i odchylił do tyłu. Chłopiec zjadł niewiele, biorąc w palce ciemne skrawki z dziwną delikatnością.

Kiedy rewolwerowiec przyjrzał mu się, odpowiedział szczerym spojrzeniem.

- Skąd się tu wziąłeś, Jake? - zapytał w końcu.

- Nie wiem - odparł chłopiec, marszcząc czoło. - Wiedziałem to, kiedy tu trafiłem, ale teraz wszystko się rozmyło, niczym zły sen po przebudzeniu. Mam dużo złych snów. Pani Shaw mówiła, że to dlatego, że oglądam za dużo horrorów na kanale jedenastym.

- Co to jest kanał? - Rewolwerowcowi przyszedł do głowy dziki pomysł. - Czy to jest coś w rodzaju promienia?

- Nie... to telewizja.

- Co to jest telewizja?

- To... - Chłopiec dotknął czoła. - Obrazki.

- Czy ktoś cię tu przywiózł? Ta pani Shaw?

- Nie. Po prostu tu się znalazłem.

- Kto to jest pani Shaw?

- Nie wiem.

- Dlaczego nazywa cię "Bama"?

- Nie pamiętam.

- To, co mówisz, nie ma sensu - oświadczył stanowczym tonem rewolwerowiec.

Chłopiec wykrzywił niespodziewanie usta, jakby chciał się rozpłakać.

- Nic na to nie poradzę. Po prostu tu się znalazłem. Gdybyś zapytał mnie o telewizję i kanały wczoraj, na pewno bym coś jeszcze pamiętał! Jutro zapomnę, że nazywam się Jake... i będziesz mi to musiał przypomnieć, a ciebie już tu nie będzie. Odejdziesz stąd, a ja umrę z głodu, bo zjadłeś prawie całe moje zapasy. Nie prosiłem się tutaj. Wcale mi się tu nie podoba. Jest strasznie.

- Nie użalaj się tak nad sobą. Pogódź się z losem.

- Nie prosiłem się tutaj - powtórzył zadziornie chłopiec.

Rewolwerowiec zjadł kolejny skrawek mięsa, wysysając z niego sól przed połknięciem. Chłopiec stał się częścią gry i wierzył, że mówi prawdę - wcale się tu nie prosił. To niedobrze. Co do niego... on sam się tu prosił. Nie chciał jednak, żeby ta gra stała się tak brudna. Nie chciał obracać broni przeciwko mieszkańcom Tull; nie chciał zabijać Allie, z jej żałośnie ładną twarzą, napiętnowaną tajemnicą, którą w końcu poznała, używając tego słowa, dziewiętnaście, jako klucza wkładanego w zamek; nie chciał, by zmuszano go do wyboru między obowiązkiem i mordowaniem ludzi. Nie w porządku było wciąganie w to postronnych osób, zmuszanie ich, by wygłaszali na tej dziwnej scenie kwestie, których nie rozumieli. Pomyślał o Allie. Ona należała przynajmniej na swój własny iluzoryczny sposób do tego świata. Ale ten chłopiec... ten cholerny chłopiec...

- Opowiedz, co pamiętasz - poprosił Jake'a.

- Jest tego bardzo mało. I przestało się układać w sensowną całość.

- Opowiedz mi. Może ja potrafię odnaleźć sens.

Chłopiec zastanawiał się, jak zacząć. Zastanawiał się nad tym bardzo usilnie.

- Pamiętam dom... dom, w którym przedtem mieszkałem. Wysoki dom z wieloma pokojami i z patio, z którego można było oglądać inne wysokie domy i wodę. Pamiętam posąg, który stał w wodzie.

- Posąg w wodzie?

- Tak. Posąg pani w koronie, z pochodnią i chyba... chyba z książką.

- Zmyślasz to?

- Chyba zmyślam... - zgodził się bezradnie chłopiec. - Pamiętam powozy, które jeździły po ulicach. Duże i małe. Duże były niebiesko-białe. Małe były żółte. Dużo żółtych. Szedłem do szkoły. Przy ulicach były cementowe ścieżki. Okna do oglądania i inne posągi ubrane w stroje. Posągi sprzedawały te stroje. Wiem, że to głupio brzmi, ale posągi sprzedawały stroje.

Rewolwerowiec potrząsnął głową i poszukał na twarzy chłopca śladów kłamstwa. Nie odnalazł ich.

- Szedłem do szkoły - powtórzył z uporem Jake. - I miałem... - Zmrużył oczy i poruszył bezradnie wargami. - Miałem brązowy... brązowy... tornister. A w nim drugie śniadanie. I nosiłem... - znowu bolesna bezradność - ...krawat.

- Co takiego?

- Nie wiem. - Palce chłopca zacisnęły się bezwiednie przy szyi: gest, który rewolwerowcowi kojarzył się ze stryczkiem. - Nie wiem. Wszystko to po prostu przepadło - mruknął chłopiec i odwrócił wzrok.

- Czy mogę cię uśpić? - zapytał rewolwerowiec.

- Nie chce mi się spać.

- Mogę cię uśpić i sprawić, że przypomnisz sobie różne rzeczy.

- Jak to zrobisz? - zapytał z niedowierzaniem Jake.

Rewolwerowiec wyjął z taśmy jeden z nabojów i zakręcił nim w palcach zwinnym, płynnym jak oliwa ruchem. Nabój potoczył się lekko od kciuka i palca wskazującego do wskazującego i dużego, potem do dużego i serdecznego, i na koniec do serdecznego i małego. Znikał z pola widzenia i ponownie się pojawiał; przez krótki moment wydawał się unosić w powietrzu, a potem wędrował ponownie między palcami, które maszerowały tak, jak maszerowały stopy rewolwerowca, pokonując ostatnie mile do tego miejsca. Chłopiec nie odrywał od niego wzroku. Początkowe obawy zastąpiło uczucie czystej przyjemności, później ekstazy i w końcu pustki, kiedy się otwierał. Opadły mu powieki. Nabój tańczył w tę i z powrotem. Oczy Jake'a ponownie się otworzyły. Przez chwilę obserwowały rytmiczny jasny taniec naboju, a potem zamknęły się na dobre. Rewolwerowiec kontynuował, lecz oczy Jake'a już się nie otworzyły. Jego oddech stał się regularny i spokojny. Czy to stanowiło element gry? Owszem. Tkwiło w tym swoiste piękno i logika, podobnie jak w koronkowych deseniach, które okalają błękitne polarne lody. Rewolwerowcowi wydawało się, że ponownie słyszy śpiew matki - tym razem nie te nonsensy o dżdżu w Hiszpanii, ale słodsze androny, dochodzące z wielkiej odległości, gdy kołysał się na krawędzi snu. Były sobie kotki dwa, szarobure, szarobure obydwa.

Nie po raz pierwszy poczuł w ustach gładki, sukienny smak melancholii. Nabój, który obracał z tak niezwykłą gracją między palcami, nagle stał się czymś strasznym, stał się łajnem potwora. Położył go na dłoni i zacisnął ją z bolesną siłą w pięść. Gdyby wybuchł, cieszyłby się w tym momencie z utraty swojej utalentowanej ręki, bo tak naprawdę potrafił jedynie zadawać śmierć. Na świecie zawsze zadawano sobie śmierć, ale nie stanowiło to żadnej pociechy. Mordowano się, gwałcono, dochodziło do niewyobrażalnych praktyk, i wszystko to w imię dobra, krwawego dobra, mitu, Graala, Wieży. Och, Wieża stała gdzieś (jak mówiono) pośrodku rzeczy, wznosząc czarny czerep ku niebu, i w swoich wyczulonych przez pustynię uszach rewolwerowiec usłyszał niewyraźny słodki głos matki. A gdy rano przyjdzie świt, księżycowi będzie wstyd.

Odsunął od siebie tę piosenkę i odsunął od siebie jej słodycz.

- Gdzie jesteś? - zapytał.

III

Jake Chambers - czasami zwany Bamą - schodzi po schodach ze swoją teczką. Jest w niej podręcznik nauki o Ziemi, podręcznik geografii, jest notes, ołówek oraz drugie śniadanie, które kucharka jego matki, pani Greta Shaw, zrobiła mu w wykładanej chromem i formiką kuchni, gdzie wiecznie furkocze wentylator pochłaniający niemiłe zapachy. W torbie ma kanapkę z masłem orzechowym i dżemem, kanapkę z kiełbasą, sałatą i cebulą, a także cztery ciasteczka Oreo. Rodzice bynajmniej go nie nienawidzą, po prostu nie zauważają. Abdykowali, pozostawiając go na łasce pani Grety Shaw, niań, guwernantki w lecie oraz nauczycielek Piper School (która jest Prywatna i Miła, a co najważniejsze, dla białych) w inne części roku. Żadna z tych pań nie udawała nigdy, że jest kimś więcej niż profesjonalistką, najlepszą w swojej dziedzinie. Żadna nie przytuliła go nigdy do ciepłego łona, jak to się na ogół zdarza w powieściach historycznych, które czyta jego matka i do których Jake zaglądał, szukając "pikantnych momentów". Ojciec nazywa je czasami powieściami histerycznymi albo "romansidłami". "Co ty powiesz", odpowiada z bezbrzeżnym szyderstwem jego matka za jakimiś zamkniętymi drzwiami, przy których nasłuchuje Jake. Jego ojciec pracuje dla Sieci i Jake potrafiłby go rozpoznać podczas policyjnej identyfikacji spośród innych chudzielców z krótko przyciętymi włosami. Prawdopodobnie.

Jake nie wie, że nienawidzi wszystkich profesjonalistów, z wyjątkiem pani Shaw. Ludzie zawsze wprawiali go w zakłopotanie. Jego matka, która jest w seksowny sposób chuda, często sypia ze swoimi chorymi przyjaciółmi. Jego ojciec opowiada czasami o ludziach z Sieci, którzy "nadużywają coca-coli". Mówiąc o nich, zawsze drwiąco się uśmiecha, dotyka nozdrza paznokciem kciuka i pociąga nosem.

Teraz jest na ulicy, Jake Chambers jest na ulicy, "znalazł się na bruku". Jest czysty, dobrze wychowany, sympatyczny i wrażliwy. Raz w tygodniu chodzi do kręgielni Mid-Town Lanes. Nie ma przyjaciół, wyłącznie znajomych. Nigdy nie miał czasu nad tym się zastanawiać, ale sprawia mu to ból. Nie wie albo nie rozumie, że w wyniku długiego obcowania z profesjonalistami nabył dużo ich cech. Pani Greta Shaw (lepsza od nich wszystkich, lecz czy to ma być nagroda pocieszenia?) robi bardzo profesjonalne kanapki. Dzieli je na ćwiartki i obcina skórkę chleba i kiedy Jake zjada je na długiej przerwie, wygląda, jakby uczestniczył w bankiecie i w drugiej ręce trzymał drinka, a nie wypożyczoną w szkolnej bibliotece książkę sportową albo western Claya Blaisdella. Jego ojciec zarabia mnóstwo pieniędzy, ponieważ jest mistrzem w "podrzynaniu gardeł", co oznacza, że umieszczając lepszy program w swojej Sieci, doprowadza do zdjęcia słabszego programu w Sieci konkurencyjnej. Ojciec wypala cztery paczki papierosów dziennie. Nie kaszle, lecz twardo się uśmiecha i nie ma nic przeciwko, żeby strzelić sobie czasem starej coca-coli.

Jake idzie ulicą. Matka zostawia mu pieniądze na taksówkę, ale jeśli nie pada, Jake chodzi piechotą, wymachując teczką (a czasami torbą do kręgli, chociaż na ogół zostawia ją w swojej szafce) - mały chłopiec, który wygląda jak typowy Amerykanin ze swoimi blond włosami i niebieskimi oczyma. Zaczęły go już zauważać dziewczęta (przy aprobacie swoich matek), a on nie ucieka przed nimi z nieśmiałą arogancją małego chłopca. Rozmawia z nimi z nieświadomym profesjonalizmem i intryguje je. Lubi geografię i popołudniową grę w kręgle. Jego ojciec ma udziały w firmie produkującej automaty do ustawiania kręgli, ale w Mid-Town Lanes nie używają urządzeń firmy jego ojca. Nie sądzi, by się nad tym zastanawiał, ale zastanawiał się.

Idąc ulicą, mija sklep Bloomie's, gdzie stoją modele ubrane w futra oraz w edwardiańskie, zapinane na sześć guzików garnitury, a także kilka modeli nieubranych w nic; zupełnie gołych. Te modele - te manekiny - są profesjonalne w każdym calu, a on nienawidzi wszelkiego profesjonalizmu. Jest zbyt młody, by mógł nauczyć się nienawidzić sam siebie, ale ziarno już tam tkwi; jeśli da mu się trochę czasu, urośnie i zrodzi gorzkie owoce.

Dochodzi do rogu ulicy i staje z teczką w ręku. Obok z rykiem przejeżdżają pojazdy - posapujące niebiesko-białe autobusy, taksówki, volkswageny, duża ciężarówka. Jest tylko małym chłopcem, ale nie jest chłopcem przeciętnym i kątem oka dostrzega mężczyznę, który go zabije. To człowiek w czerni; nie widzi jego twarzy, tylko łopoczący płaszcz, wyciągnięte ręce i twardy profesjonalny uśmiech. Pada na jezdnię, wysuwając przed siebie dłonie i nie wypuszczając z ręki teczki, w której jest wyjątkowo profesjonalnie przyrządzone drugie śniadanie pani Grety Shaw. Za antyrefleksyjną przednią szybą samochodu widzi przez chwilę przerażoną twarz biznesmena w ciemnoniebieskim kapeluszu, za którego wstążkę zatknięte jest filuterne małe piórko. Jakieś radio gra głośno rock and rolla. Na chodniku krzyczy starsza pani - ma na głowie czarny kapelusz z woalką. W woalce nie ma nic filuternego; przypomina welon żałobnika. Jake nie czuje nic prócz zaskoczenia i normalnego dla siebie raptownego zakłopotania - czy tak właśnie wygląda koniec? Zanim jeszcze udało mu się zdobyć dwieście siedemdziesiąt punktów w kręglach? Ląduje twardo na jezdni, wpatrując się w zalane asfaltem pęknięcie jakieś dwa cale od jego twarzy. Teczka wypada mu z ręki. Zastanawia się, czy nie otarł sobie kolan, i w tej samej chwili najeżdża na niego samochód biznesmena w niebieskim kapeluszu z filuternym piórkiem. To duży niebieski cadillac rocznik 1976 z białymi oponami firmy Firestone i karoserią prawie tego samego koloru co kapelusz biznesmena. Łamie chłopcu kręgosłup, miażdży żołądek i wyciska krew, która tryska z jego ust pod wysokim ciśnieniem. Jake odwraca się. Widzi zapalone tylne światła cadillaca i dym smużący z zablokowanych tylnych kół. Samochód przejechał również jego teczkę i zostawił na niej szeroki czarny ślad. Jake odwraca głowę w drugą stronę i widzi dużego szarego forda zatrzymującego się z piskiem opon o kilka cali od jego ciała. Czarny mężczyzna, który sprzedawał z wózka precle i napoje, biegnie w jego stronę. Krew leci Jake'owi z nosa, uszu, oczu i odbytu. Ma zgniecione genitalia. Nie daje mu spokoju myśl, że musiał sobie bardzo otrzeć kolana. Martwi się, że spóźni się do szkoły. Teraz biegnie do niego, bełkocząc niezrozumiale, kierowca cadillaca.

- Jestem księdzem - odzywa się gdzieś straszliwy spokojny głos. - Przepuśćcie mnie. Akt Skruchy...

Jake widzi czarną szatę i ogarnia go nagłe przerażenie. To on, człowiek w czerni. Chłopiec odwraca ostatkiem sił głowę w bok. Jakieś radio gra piosenkę grupy rockowej Kiss. Jake widzi sunącą po jezdni własną dłoń, małą, białą i kształtną. Nigdy nie obgryzał paznokci.

Patrząc na swoją dłoń, umiera.

IV

Rewolwerowiec siedział w kucki, pogrążony w zadumie. Był zmęczony, bolało go ciało i myśli przychodziły mu do głowy irytująco wolno. Naprzeciwko niego spał ten zadziwiający chłopiec. Ręce miał złożone na brzuchu i spokojnie oddychał. Opowiedział swoją historię bez większych emocji, choć głos zadrżał mu pod sam koniec, kiedy przeszedł do fragmentu, w którym mowa była o "księdzu" i "Akcie Skruchy". Nie opowiedział oczywiście o swojej rodzinie i o dręczącym go poczuciu dezorientującej dychotomii, ale rewolwerowiec i tak mógł się tego domyślić. Fakt, iż opisywane przez niego miasto nigdy nie istniało (chyba że było to mityczne miasto Lud), nie stanowił najbardziej niepokojącej części tej historii, lecz był niepokojący. Cała historia była niepokojąca. Rewolwerowiec obawiał się wynikających z niej implikacji.

- Jake?

- Uhum?

- Chcesz to pamiętać, czy zapomnieć, kiedy się obudzisz?

- Zapomnieć - odparł szybko chłopiec. - Kiedy krew popłynęła mi z ust, czułem smak własnego gówna.

- Dobrze. Teraz będziesz spał, rozumiesz? Prawdziwym snem. Idź i połóż się, proszę.

Jake położył się. Wydawał się mały, spokojny i nieszkodliwy. Rewolwerowiec nie wierzył, że jest nieszkodliwy. Było w nim coś morderczego, zapach kolejnej zasadzki. Nie podobało mu się to, ale polubił chłopca. Bardzo go polubił.

- Jake?

- Ćśśś... chcę spać.

- W porządku. Kiedy się obudzisz, nie będziesz tego pamiętał.

- Dobrze.

Rewolwerowiec obserwował go przez krótką chwilę, rozmyślając o swoim własnym chłopięctwie, które normalnie wydawało mu się chłopięctwem kogoś innego - kogoś, kto przeniknął przez jakąś bajeczną soczewkę czasu i stał się kimś kompletnie innym. Teraz jednak wydawało mu się wyraźne i bliskie. W stajni zajazdu było bardzo gorąco. Ostrożnie wypił trochę więcej wody. Potem wstał i ruszył w głąb budynku, żeby zajrzeć do jednego z boksów dla koni. W rogu leżała mała sterta białego siana i porządnie złożony koc, ale nie było zapachu konia. W stajni nie było żadnych zapachów. Słońce wyssało wszystkie i nie pozostawiło w zamian niczego. Powietrze było idealnie neutralne.

Na tyłach stajni znajdowała się mała ciemna klitka ze stojącym pośrodku urządzeniem z nierdzewnej stali. Nie tknęła go korozja ani rozkład. Wyglądało jak wielka maselnica. Z lewej strony wystawała z niego chromowana rura, kończąca się nad otworem odpływowym w podłodze. Rewolwerowiec widział podobne do tej pompy w innych dotkniętych posuchą miejscach, nigdy jednak nie natknął się na taką dużą. Nie zastanawiał się nawet, jak głęboko musieli wiercić (jacyś dawni oni), zanim trafili na wodę ukrytą i wiecznie czarną pod powierzchnią pustyni.

Dlaczego nie zabrali ze sobą pompy, kiedy porzucali zajazd?

Może to sprawka demonów.

Wzdrygnął się nagle i na skórze pojawiła mu się, a potem zniknęła gęsia skórka. Podszedł do kontrolki i nacisnął przycisk. Maszyna zaczęła mruczeć. Po mniej więcej pół minucie z rury trysnął strumień zimnej czystej wody i polał się do otworu odpływowego. Z pompy wyciekło może trzy galony, a potem urządzenie wyłączyło się samo z cichym kliknięciem. W tym miejscu i czasie ta pompa wydawała się tak samo niezwykła jak prawdziwa miłość, a mimo to była konkretna niczym Dzień Sądu - stanowiła ciche przypomnienie czasów, gdy świat nie poszedł jeszcze naprzód. Napędzana była zapewne uranowym prętem, ponieważ w promieniu tysiąca mil nie było tutaj elektryczności i nawet suche akumulatory dawno by się wyczerpały. Skonstruowała ją kompania o nazwie North Central Positronics. Rewolwerowcowi nie podobała się ta nazwa.

Wrócił i usiadł przy chłopcu, który podłożył rękę pod policzek. Wyglądał sympatycznie. Rewolwerowiec wypił trochę więcej wody i skrzyżował nogi, siadając po turecku. Chłopiec, podobnie jak osadnik na skraju pustyni, który trzymał ptaka (Zoltan, przypomniał sobie nagle rewolwerowiec, ptak nazywał się Zoltan), stracił poczucie czasu, ale fakt, że człowiek w czerni znajdował się coraz bliżej, wydawał się nie ulegać kwestii. Nie po raz pierwszy rewolwerowiec zastanawiał się, czy człowiek w czerni celowo nie pozwala mu się dogonić. Może chciał, żeby rewolwerowiec sam wpadł mu w ręce. Próbował sobie bezskutecznie wyobrazić, jak mogłaby wyglądać ich konfrontacja.

Było mu bardzo gorąco, ale nie miał już mdłości. Ponownie przypomniał sobie słowa rymowanki, tym razem jednak zamiast o matce pomyślał o Corcie - Corcie, ludzkiej maszynie w nieokreślonym wieku, z twarzą haftowaną bliznami po uderzeniach kamieni, pocisków i tępych narzędzi. Bliznami, które wyniósł z wojen i nauki wojennego rzemiosła. Zastanawiał się, czy Cort kiedykolwiek kochał tak samo mocno, jak walczył. Wątpił w to. Pomyślał o Susan, o swojej matce i o Martenie, tym niezupełnym czarodzieju.

Rewolwerowiec nie był człowiekiem, który rozpamiętywałby przeszłość; tylko mglista wizja przyszłości oraz zaangażowanie emocjonalne sprawiły, iż nie stał się osobnikiem bez wyobraźni, niebezpiecznym tępakiem. Dlatego obecny bieg jego myśli raczej go zdziwił. Każde imię przywoływało kolejne - Cuthberta, Alaina, starego Jonasa; i ponownie Susan, uroczą dziewczynę w oknie. Te myśli zawsze prowadziły ku Susan, ku wielkiej pofalowanej równinie zwanej Zboczem i rybakom zarzucającym swoje sieci w zatokach przy brzegu Morza Czystego.

Pianista z Tull (również martwy, wszyscy tam polegli, wszyscy z jego ręki) znał te miejsca, chociaż on i rewolwerowiec rozmawiali o nich tylko raz. Sheb lubił stare piosenki, grał je kiedyś w tawernie o nazwie Odpoczynek Wędrowca, i rewolwerowiec zanucił teraz cicho jedną z nich:

Miłości, o miłości, beztroska miłości

Spójrz, czegoś dokonała w swojej niewinności.

Roześmiał się ubawiony. Jestem ostatnim z tego zielonego świata ciepłych odcieni. Mimo całej swojej nostalgii nie roztkliwiał się nad sobą. Świat poszedł nieubłaganie do przodu, lecz jego nogi pozostały silne, a człowiek w czerni znajdował się bliżej. Rewolwerowiec zasnął.

V

Kiedy się obudził, było prawie ciemno. Chłopiec zniknął.

Rewolwerowiec wstał, słysząc, jak trzeszczą mu stawy, i podszedł do drzwi stajni. W ciemności, na werandzie zajazdu tańczył mały płomyk. Ruszył w jego stronę, rzucając długi czarny cień, sunący w czerwonawoochrowym świetle zachodu.

Jake siedział przy lampie naftowej.

- Nafta była w beczce - powiedział - ale bałem się zapalić ją w domu. Wszystko jest takie suche...

- Dobrze zrobiłeś.

Rewolwerowiec usiadł, nie myśląc o stuletnim pyle, który uniósł się wokół jego pośladków. To cud, że weranda nie zawaliła się pod ciężarem ich obu. Płomień lampy ocieniał delikatnymi półtonami twarz chłopca. Rewolwerowiec wyjął woreczek z tytoniem i skręcił sobie papierosa.

- Musimy pokonferować - oznajmił.

Jake uśmiechnął się, słysząc to słowo.

- Wiesz chyba, że ścigam człowieka, którego widziałeś.

- Masz zamiar go zabić?

- Nie wiem. Muszę się od niego czegoś dowiedzieć. Być może będę musiał nakłonić go, żeby zabrał mnie w pewne miejsce.

- Dokąd?

- Znaleźć Wieżę.

Rewolwerowiec przytrzymał papierosa nad kloszem lampy i zaciągnął się; dym uleciał wraz ze zrywającą się nocną bryzą. Jake przyglądał mu się. Na jego twarzy nie widać było strachu ani ciekawości; na pewno nie widać było entuzjazmu.

- W związku z tym wyruszam jutro dalej - podjął po chwili rewolwerowiec. - Będziesz musiał pójść ze mną. Ile zostało tego mięsa?

- Mało.

- A kukurydzy?

- Trochę więcej.

Rewolwerowiec pokiwał głową.

- Jest tu jakaś piwnica?

- Tak. - Jake wlepił w niego wzrok. Źrenice jego oczu urosły do wielkich, kruchych rozmiarów. - Pociąga się za kółko w podłodze, ale tam nie zszedłem. Bałem się, że pęknie drabina i nie zdołam wspiąć się z powrotem. I brzydko tam pachnie. To jedyne miejsce, w którym czuć jakiś zapach.

- Wstaniemy wcześnie i zobaczymy, czy nie ma tam czegoś, co warto by zabrać. Potem odejdziemy.

- Dobrze - zgodził się chłopiec. - Cieszę się, że nie zabiłem cię, kiedy spałeś - dodał po chwili. - Miałem widły i namyślałem się, czy przypadkiem tego nie zrobić. Ale nie zrobiłem i teraz nie będę musiał się bać, idąc spać.

- Czego miałbyś się bać?

Chłopiec posłał mu posępne spojrzenie.

- Duchów. Albo tego, że on tu wróci.

- Człowiek w czerni - powiedział rewolwerowiec. To nie było pytanie.

- Tak. To zły człowiek?

- To zależy, po której jesteś stronie - odparł obojętnym tonem rewolwerowiec, po czym wstał i rzucił papierosa na ziemię. - Idę spać.

Chłopiec spojrzał na niego nieśmiało.

- Czy mogę spać razem z tobą w stajni? - zapytał.

- Oczywiście.

Rewolwerowiec zatrzymał się na schodku i spojrzał w górę. Chłopiec stanął obok niego. Na niebie widać było Starą Gwiazdę i Starą Matkę. Rewolwerowiec miał wrażenie, że jeśli zamknie teraz oczy, usłyszy kumkanie pierwszych wiosennych żab (i być może ospały stukot piłek, przy którego akompaniamencie odziane tylko w koszule damy ze Wschodniego Skrzydła grały w zapadającym zmierzchu w punkty), że poczuje zielony, prawie letni zapach dworskich łąk po pierwszym koszeniu, że dostrzeże Cuthberta i Jamiego, wychodzących zza żywopłotu i wołających, żeby się z nimi przejechał...

Takie dumanie o przeszłości nie było w jego stylu.

Odwrócił się i podniósł lampę.

- Chodźmy spać - powiedział i ruszyli razem do stajni.

VI

Nazajutrz rano przeszukał piwnicę.

Jake miał rację; pachniała nieładnie. Dobiegał z niej wilgotny bagnisty odór, od którego zrobiło mu się niedobrze i zakręciło lekko w głowie po aseptycznej bezwonnej pustyni i stajni. Odór kapusty, rzepy i kompletnie przegniłych ziemniaków z długimi ślepymi oczkami. Drabina wydawała się jednak całkiem solidna i zszedł po niej na dół.

Pod nogami miał klepisko, głową dotykał niemal belek sufitu. Tu na dole żyły pająki - niepokojąco duże, z cętkowanymi szarymi odwłokami. Wiele z nich było mutantami i nie snuły już nici; niektóre miały oczy na szypułkach, inne nawet po szesnaście nóg.

Rewolwerowiec rozejrzał się, czekając, aż oczy przywykną do mroku.

- Wszystko w porządku? - zawołał nerwowo Jake.

- Tak. - Rewolwerowiec spojrzał w róg piwnicy. - Są tutaj puszki. Poczekaj.

Podszedł ostrożnie do starej skrzynki z odsuniętym bokiem i zajrzał do środka. W puszkach były warzywa - zielona i żółta fasola - oraz trzy puszki wołowiny.

Nabrał ich, ile zdołał, po czym wspiął się do połowy drabiny i podał Jake'owi, który ukląkł, żeby je odebrać. Rewolwerowiec wrócił po więcej.

Dopiero za trzecim razem usłyszał stęknięcie w fundamentach.

Odwrócił się i ogarnęło go przerażenie rodem ze złego snu, łączące w sobie bezsilność i wstręt.

Fundamenty zbudowano z wielkich bloków piaskowca, które, kiedy zajazd był nowy, prawdopodobnie równo do siebie przylegały, lecz teraz powykrzywiały się pod najdzikszymi kątami. Ściana pokryta była dziwnymi meandrycznymi hieroglifami. Z miejsca, gdzie przecinały się dwie głębokie szczeliny, sypał się cieniutki strumyczek piasku, tak jakby coś po drugiej stronie próbowało się z bolesną, nieudolną gorliwością odkopać.

Stęknięcie rozległo się ponownie, tym razem głośniejsze, i po chwili całą piwnicę wypełnił hałas, nieludzki jęk przeszywającego bólu i złowrogiego wysiłku.

- Wyjdź! - wrzasnął Jake. - O Jezu, niech pan stamtąd wyjdzie.

- Uciekaj - polecił mu spokojnie rewolwerowiec. - Zaczekaj na zewnątrz. Jeśli nie wyjdę, kiedy policzysz do dwustu... nie, do trzystu, wynoś się stąd do wszystkich diabłów.

Wyjdź! - zawołał ponownie Jake.

Rewolwerowiec nie odpowiedział. Prawą ręką dotknął kabury.

W ścianie była teraz dziura wielkości monety. Przez kurtynę własnego lęku słyszał tupot stóp uciekającego Jake'a. A potem piasek przestał się sypać. Stękanie umilkło, lecz słychać było równy, wysilony oddech.

- Kim jesteś? - zapytał rewolwerowiec.

Bez odpowiedzi.

- Kim jesteś, Demonie? - zapytał w Wysokiej Mowie Roland i w jego głosie zabrzmiała dawna, grzmiąca moc rozkazu. - Mów, jeśli potrafisz mówić. Mam mało czasu; i jeszcze mniej cierpliwości.

- Nie spiesz się - odezwał się przeciągły bełkotliwy głos z wnętrza ściany.

Rewolwerowiec poczuł, jak koszmarne przerażenie gęstnieje i staje się niemal namacalne. To był głos Alice, kobiety, u której zatrzymał się w mieście Tull. Ale ona przecież nie żyła; widział, jak pada z dziurą od kuli między oczyma. Miał wrażenie, że przed jego oczyma płyną zjawy.

- Idź powoli za Szufladę, rewolwerowcze. Uważaj na taheen. Kiedy wędrujesz z chłopcem, człowiek w czerni ma twoją duszę w kieszeni.

- Co to ma znaczyć? Mów!

Oddech ucichł.

Rewolwerowiec stał przez chwilę w bezruchu, a potem jeden z wielkich pająków spadł mu na rękę i pomknął gorączkowo w górę po ramieniu. Westchnąwszy mimowolnie, strącił go i dał krok do przodu. Nie chciał tego robić, ale tak nakazywał zwyczaj. Na nieboszczyka trzeba nieboszczyka, mówiło stare przysłowie; tylko trup potrafi wieszczyć. Podszedł do dziury i walnął w nią pięścią. Piaskowiec rozkruszył się na krawędziach i kiedy napiął mięśnie, ręka weszła gładko w ścianę.

I dotknęła czegoś twardego, z wystającymi poszczerbionymi gałkami. Wyciągnął to. W ręku trzymał żuchwę, spróchniałą przy stawach. Zęby sterczały z niej każdy w inną stronę.

- W porządku - powiedział cicho.

Wepchnął żuchwę do tylnej kieszeni i wspiął się po drabinie, dźwigając niezdarnie ostatnie puszki. Klapę pozostawił otwartą, w nadziei, że słońce uśmierci pająki.

Jake kucał na popękanej, pokrytej rumoszem ziemi pośrodku podwórza. Widząc rewolwerowca, krzyknął, cofnął się o kilka kroków, a potem podbiegł do niego z płaczem.

- Myślałem, że to cię dorwało, że to cię dorwało. Myślałem...

- Nie dorwało. Nic mnie nie dorwie.

Przyciągnął chłopca do siebie i poczuł jego gorącą twarz na piersi i suche ręce na żebrach. Poczuł, jak bije mu szybko serce. Później przyszło mu do głowy, że wtedy właśnie go pokochał - co oczywiście człowiek w czerni planował od samego początku. Czy jakakolwiek inna zasadzka może równać się z zasadzką miłości?

- Czy to był demon? - Głos Jake'a był stłumiony.

- Tak. Mówiący demon. Nie musimy już tam więcej wracać. Chodź. Ruszajmy w drogę.

Poszli do stajni i rewolwerowiec zrobił prowizoryczny tobołek z koca, pod którym spał. Koc był gorący i kłujący, ale nie miał pod ręką nic innego. Zrobiwszy to, napełnił wodą bukłaki.

- Będziesz niósł jeden bukłak - powiedział. - Załóż go sobie na ramiona... Widzisz?

- Tak.

Chłopiec spojrzał na niego ze skrytym uwielbieniem, po czym zarzucił na ramiona jeden z bukłaków.

- Nie jest za ciężki?

- Nie. W sam raz.

- Powiedz prawdę. Nie będę cię nieść, jeśli dostaniesz udaru.

- Nie dostanę udaru. Nic mi nie będzie.

Rewolwerowiec pokiwał głową.

- Idziemy w stronę gór, prawda? - zapytał Jake.

- Tak.

Wyszli na prażące równo słońce. Jake, z głową na wysokości kołyszących się łokci rewolwerowca, szedł po jego prawej stronie, trochę go wyprzedzając. Pokryte surową skórą końce bukłaka sięgały mu prawie do łydek. Rewolwerowiec zarzucił sobie na ramiona dwa kolejne bukłaki, a pod lewą pachę wsunął tobołek z jedzeniem. W prawej ręce miał swój plecak, woreczek z tytoniem i resztę dobytku.

Przeszli przez bramę zajazdu i znowu odnaleźli niewyraźne koleiny drogi, którą jeździły dyliżanse. Mniej więcej po piętnastu minutach Jake odwrócił się i pomachał w stronę dwóch budynków, które zdawały się kurczyć w tytanicznej przestrzeni pustyni.

- Do widzenia! Do widzenia! - zawołał, po czym spojrzał z zatroskaną miną na rewolwerowca. - Mam wrażenie, że coś nas obserwuje.

- Coś albo ktoś - zgodził się rewolwerowiec.

- Czy coś tam się kryje? Kryło się przez cały czas?

- Nie wiem. Nie sądzę.

- Czy nie powinniśmy wrócić? Wrócić i...

- Nie. Nic tam po nas.

- To dobrze - stwierdził z zapałem Jake.

Kiedy wspięli się na piaszczystą wydmę i rewolwerowiec obejrzał się przez ramię, zajazd zniknął. Mieli wokół siebie wyłącznie pustynię.

VII

Od zajazdu dzieliły ich trzy dni drogi; góry wydawały się zdradliwie bliskie. Widzieli miejsce, gdzie pustynia przechodziła w podgórze - pierwsze gładkie, nagie wzniesienia i koryto rzeki, przebijające w ponurym triumfie erozji skórę ziemi. Dalej teren ponownie opadał nieco w dół i po raz pierwszy od miesięcy albo lat rewolwerowiec zobaczył prawdziwą, żywą zieleń. Zobaczył trawę, karłowate świerki, może nawet wierzby - wszystko zasilane topniejącymi wyżej śniegami. Za równiną znowu zaczynały się skały, wznoszące się w gigantycznym zwalistym przepychu ku oślepiającym zaśnieżonym szczytom. Wielki wyłom po lewej stronie wskazywał drogę ku mniejszym zwietrzałym piaskowo-kamiennym urwiskom, skalnym półkom i tarasom. Ich rysunek prawie bez przerwy zasłaniała szara membrana deszczu. Wieczorami zafascynowany Jake obserwował przed snem odległe białe i fioletowe błyskawice, migoczące złowrogo w czystym nocnym powietrzu.

Chłopiec dobrze sobie radził na szlaku. Był twardy i, co więcej, umiał pokonać zmęczenie spokojną siłą woli, dla której rewolwerowiec miał wiele uznania. Nie mówił dużo i nie zadawał pytań, nawet na temat kości żuchwy, którą rewolwerowiec obracał w dłoniach, wypalając wieczornego papierosa. Miał wrażenie, że chłopcu bardzo pochlebiało jego towarzystwo - być może nawet czuł się nim zaszczycony - i to go niepokoiło. Został umieszczony na jego drodze (Kiedy wędrujesz z chłopcem, człowiek w czerni ma twoją duszę w kieszeni), i fakt, że Jake nie opóźniał marszu, otwierał pole bardziej złowrogim dociekaniom.

Z regularną częstotliwością mijali symetryczne szczątki ognisk człowieka w czerni. Rewolwerowcowi wydawało się, że są teraz znacznie świeższe. Trzeciej nocy był przekonany, że widzi odległą iskierkę drugiego ogniska gdzieś na pierwszych wzgórzach. Nie ucieszyło go to tak bardzo, jak mógłby kiedyś sądzić. Przyszło mu do głowy jedno z powiedzonek Corta: Strzeż się człowieka, który udaje kulawego.

Koło godziny drugiej czwartego dnia po opuszczeniu zajazdu Jake zachwiał się i o mało nie upadł.

- Usiądź - polecił mu rewolwerowiec.

- Nie, nic mi nie jest.

- Usiądź.

Chłopiec posłusznie usiadł. Rewolwerowiec przykucnął, starając się, żeby Jake znalazł się w jego cieniu.

- Napij się.

- Nie powinienem pić przed...

- Napij się.

Chłopiec wypił trzy łyki wody. Rewolwerowiec zmoczył koniuszek koca, w którym było już o wiele mniej prowiantu, i przyłożył mokry materiał do suchych rozgorączkowanych nadgarstków i czoła chłopca.

- Od dzisiaj będziemy zawsze odpoczywać po południu o tej porze. Piętnaście minut. Chcesz się przespać?

- Nie.

W oczach chłopca malował się wstyd. Rewolwerowiec spojrzał na niego łagodnie. Machinalnie wyciągnął z taśmy jeden z nabojów i zaczął obracać go w magiczny sposób między palcami. Chłopiec patrzył zafascynowany.

- To przyjemne - powiedział.

Rewolwerowiec pokiwał głową.

- Ano! - mruknął. - Kiedy byłem w twoim wieku - dodał po chwili - mieszkałem w mieście otoczonym murami. Opowiadałem ci o tym?

Chłopiec potrząsnął sennie głową.

- Oczywiście, że nie. I był tam pewien zły człowiek...

- Ksiądz?

- Szczerze mówiąc, czasami się nad tym zastanawiam - przyznał rewolwerowiec. - Jeśli jest ich dwóch, wydaje mi się, że muszą być braćmi. Może nawet bliźniakami. Ale czy kiedykolwiek widziałem ich razem? Nie, nigdy nie widziałem. Ten zły człowiek... ten Marten... był czarnoksiężnikiem... podobnie jak Merlin. Czy tam, skąd pochodzisz, słyszeli o Merlinie, Jake?

- O Merlinie, Arturze i rycerzach okrągłego stołu - odparł sennym głosem Jake.

Rewolwerowiec poczuł nieprzyjemny skurcz w żołądku.

- Tak - powiedział. - Arthur Eld, prawdę mówisz, dzięki ci. Byłem wtedy bardzo młody...

Chłopiec zasnął, siedząc z rękoma skrzyżowanymi na kolanach.

- Jake.

- Ano!

To słowo w ustach chłopca nieprzyjemnie go zaskoczyło, lecz nie dał tego po sobie poznać.

- Kiedy strzelę palcami, obudzisz się. Będziesz świeży i wypoczęty. Rozumiesz?

- Tak.

- Więc połóż się.

Rewolwerowiec wyjął z woreczka swoje przybory i skręcił sobie papierosa. Czuł, że czegoś mu brakuje. W charakterystyczny dla siebie metodyczny sposób poszukał tego czegoś w umyśle i znalazł. Tą brakującą rzeczą było doprowadzające do obłędu poczucie, że musi się spieszyć, przekonanie, że w każdej chwili może zostać w tyle, że trop skończy się i pozostanie mu tylko ostatni zwietrzały ślad stopy. To poczucie ustąpiło teraz i rewolwerowiec zyskiwał powoli pewność, że człowiek w czerni chce, żeby go dogonił. Strzeż się człowieka, który udaje kulawego.

Co teraz będzie?

To pytanie było zbyt nieokreślone, by się nim zainteresował. Cuthbert na pewno by się zainteresował, żywo zainteresował, ale Cuthbert nie żył i rewolwerowiec mógł tylko podążać dalej, tak jak potrafił.

Paląc skręta i obserwując chłopca, wrócił myślami do Cuthberta, który bez przerwy się śmiał (umarł ze śmiechem na ustach), do Corta, który nigdy się nie śmiał, i do Martena, który czasami się uśmiechał - w jego wąskoustym milczącym uśmiechu był jakiś niepokojący błysk... niczym w oku, które otwiera się w ciemności i odsłania nabiegłe krwią białko. No i był jeszcze oczywiście sokół. Miał na imię David, na cześć legendarnego chłopca z procą. Dla Davida, nie miał co do tego wątpliwości, nie liczyło się nic poza żądzą zabijania, rozrywania na strzępy i siania terroru. Podobnie jak dla samego rewolwerowca. David nie był dyletantem; grał pośrodku boiska.

Może z wyjątkiem tego ostatniego razu.

Miał wrażenie, że żołądek puchnie mu i ugniata boleśnie serce, lecz wyraz jego twarzy wcale się nie zmienił. Patrząc, jak papierosowy dym rozwiewa się w gorącym pustynnym powietrzu, cofnął się myślami w przeszłość.

VIII

Niebo było białe, idealnie białe. W powietrzu czuć było woń deszczu i mocny słodki zapach żywopłotu - zapach dojrzewającej zieleni. Była pełnia wiosny, którą niektórzy zwali Nową Ziemią.

David siedział na przedramieniu Cuthberta - mała maszynka do zabijania ze złocistymi oczyma, które jarzyły się groźnie, spozierając w pustkę. Przymocowana do jego pęt linka oplatała niedbale rękę Berta.

Cort stał w pewnej odległości od obu chłopców - małomówny mężczyzna w połatanych skórzanych spodniach i zielonej bawełnianej koszuli, którą ściągnął wysoko starym szerokim wojskowym pasem. Zieleń jego koszuli zlewała się z żywopłotem i falującą trawą Tylnych Kortów, na których damy nie zaczęły jeszcze grać w punkty.

- Przygotuj się - szepnął Roland do Cuthberta.

- Jesteśmy gotowi - odparł zawadiackim tonem Cuthbert. - Prawda, Davey?

Używali Niskiej Mowy, języka kuchcików i giermków; jeszcze odległy był dzień, kiedy wolno im będzie posługiwać się własnym językiem w obecności innych.

- To wymarzony dzień. Czujesz zapach deszczu? Jest...

Cort podniósł nagle klatkę i opuścił boczną ściankę. Gołąb wydostał się na zewnątrz i poszybował w górę, trzepocząc szybko skrzydłami. Cuthbert pociągnął za linkę, lecz zrobił to zbyt wolno; sokół zerwał się już wcześniej z jego ramienia i nie wystartował najlepiej. Szarpnąwszy skrzydłami, poprawił kurs i wystrzelił w górę, nabierając wysokości, lecąc z szybkością pocisku.

Cort podszedł niedbałym krokiem do obu chłopców, zamachnął się i zdzielił Cuthberta pięścią w ucho. Chłopiec runął bez słowa skargi na ziemię, ale jego wargi rozchyliły się złowrogo, obnażając dziąsła. Strużka krwi wypłynęła powoli z ucha na bujną zieloną murawę.

- Spóźniłeś się, gnido - powiedział Cort.

Cuthbert dźwigał się z trudem na nogi.

- Przepraszam, Cort. Po prostu nie...

Cort zamachnął się ponownie i Cuthbert znowu padł na ziemię. Krew popłynęła teraz szybciej.

- Używaj Wysokiej Mowy - wycedził cicho Cort. Miał twardy głos, lekko ochrypły od gorzałki. - Okaż Skruchę w języku cywilizacji, dla której lepsi od ciebie na zawsze postradali życie, gnido.

Cuthbert powoli podnosił się z ziemi. W jego oczach lśniły łzy, lecz wargi zacisnęły się w wąską nieruchomą kreskę nienawiści.

- Bardzo żałuję - powiedział zduszonym, opanowanym głosem. - Zapomniałem oblicza mojego ojca, którego rewolwery mam nadzieję któregoś dnia nosić.

- Zgadza się, szczeniaku - odparł Cort. - Pomyślisz o tym, co zrobiłeś źle, i zaostrzysz swoje przemyślenia głodem. Nie jesz kolacji. I śniadania.

- Spójrz - zawołał Roland, wskazując w górę.

Sokół wspiął się wysoko nad szybującym gołębiem, rozpostarł masywne muskularne skrzydła i zawisł na chwilę w nieruchomym, białym wiosennym powietrzu. A potem złożył je i runął w dół jak kamień. Dwa ptaki zetknęły się i Roland miał przez moment wrażenie, że widzi tryskającą w powietrzu krew. Sokół wydał z siebie skrzek triumfu. Gołąb spadł, trzepocząc, na ziemię i Roland ruszył biegiem w tamtą stronę, zostawiając za sobą Corta i skarconego Cuthberta.

Sokół wylądował obok swojej ofiary i z upodobaniem rozrywał pulchną białą pierś gołębia. Kilka piór opadało powoli w dół.

- David! - zawołał chłopiec, rzucając sokołowi kawałek króliczego mięsa z sakwy. Ptak chwycił je w locie i przełknął, odchylając do tyłu grzbiet i szyję. Roland starał się go ponownie spętać.

Sokół obrócił się, prawie bezwiednie przeorał skórę na jego przedramieniu, zostawiając długie otwarte skaleczenie, a potem zajął się swoim posiłkiem.

Roland jęknął z bólu i ponownie zarzucił linkę. Tym razem udało mu się chwycić pochylony ostry dziób Davida w skórzaną rękawicę, którą miał na dłoni. Dał sokołowi jeszcze jeden kawałek mięsa i nałożył mu kaptur na głowę. David posłusznie wdrapał się na jego nadgarstek.

Roland wyprostował się dumnie z sokołem na przedramieniu.

- Co to jest? Możesz mi powiedzieć? - zapytał Cort, wskazując krwawiącą ranę na jego ręce. Chłopiec przygotował się na uderzenie i zacisnął usta, by mimowolnie nie krzyknąć, lecz tym razem nie został ukarany.

- Skaleczył mnie - wyjaśnił.

- Wkurzyłeś go - oświadczył Cort. - Sokół nie boi się ciebie, chłopcze, i nigdy nie będzie się bał. Sokół to boży rewolwerowiec.

Roland spojrzał na Corta. Nie miał bujnej wyobraźni i jeżeli w stwierdzeniu instruktora zawarty był jakiś morał, raczej go nie zrozumiał; uznał co najwyżej, że to jedno z nielicznych głupstw, jakie usłyszał z ust Corta.

Cuthbert podszedł do nich i stojąc w bezpiecznym miejscu, tam gdzie ślepy na jedno oko Cort nie mógł go widzieć, pokazał mu język. Roland nie uśmiechnął się, kiwnął tylko głową.

- Możecie już iść - powiedział Cort, odbierając sokoła. - A ty pamiętaj o swoich medytacjach, gnido. I o swoim poście. Dzisiaj i jutro rano.

- Tak jest - odparł ze sztywną oficjalnością Cuthbert. - Dziękuję za pouczający dzień.

- Uczysz się - potwierdził Cort - ale twój jęzor ma fatalny zwyczaj wysuwania się z głupiej gęby, kiedy instruktor odwrócony jest plecami. Być może nadejdzie dzień, kiedy ty i on dowiecie się, gdzie jest wasze miejsce.

Ponownie uderzył Cuthberta, tym razem między oczy i tak mocno, że Roland usłyszał głuche łupnięcie - odgłos, jaki wydaje drewniany młotek, kiedy kuchcik odszpuntowuje beczkę piwa. Cuthbert padł na plecy i jego oczy zasnuła na dłuższą chwilę mgła. Gdy się rozjaśniły, spojrzał na Corta. W wąskich źrenicach płonęła jasna niczym gołębia krew, niezawoalowana nienawiść.

Leżąc, pokiwał głową i rozchylił wargi w przerażającym uśmiechu, którego Roland nigdy u niego dotąd nie widział.

- Widzę, że rokujesz jeszcze jakieś nadzieje - orzekł Cort. - Kiedy uznasz, że uda ci się mnie pokonać, podnieś na mnie rękę, gnido.

- Skąd wiedziałeś? - zapytał Cuthbert przez zaciśnięte zęby.

Cort odwrócił się do Rolanda tak szybko, że ten o mało się nie wywrócił - i wtedy obaj chłopcy leżeliby na trawie, dekorując swoją krwią świeżą zieleń.

- Zobaczyłem to w oczach tego gnojka - oznajmił. - Zapamiętaj to sobie, Cuthbercie Allgoodzie. To ostatnia lekcja na dzisiaj.

Cuthbert ponownie kiwnął głową i na jego twarzy pojawił się ten sam przerażający uśmiech.

- Bardzo żałuję - powiedział. - Zapomniałem oblicza mojego...

- Odpuść sobie te brednie - mruknął nagle zobojętniały Cort, po czym odwrócił się do Rolanda. - Idźcie już. Obaj. Porzygam się, jeśli będę musiał jeszcze przez chwilę oglądać wasze głupie gnidzie gęby. Szkoda byłoby porządnego obiadu.

- Chodź - odezwał się Roland.

Cuthbert potrząsnął obolałą głową i podniósł się na nogi. Cort schodził już ze wzgórza swoim kołyszącym się, posuwistym krokiem, wszechpotężny i w jakimś sensie prehistoryczny. W oddali lśniła jego wygolona na czubku, otoczona wianuszkiem siwych włosów głowa.

- Zabiję sukinsyna - oświadczył Cuthbert, nie przestając się uśmiechać.

Na jego czole rósł mistycznie wielki fioletowy guz.

- Ani ty, ani ja tego nie zrobimy - stwierdził Roland, szczerząc zęby. - Kolację zjesz w zachodniej kuchni razem ze mną. Kucharz coś nam da.

- Powie Cortowi.

- Nie jest jego przyjacielem - odparł Roland, a potem wzruszył ramionami. - A jeśli nawet powie, to co?

Cuthbert uśmiechnął się w odpowiedzi.

- Jasne. Dobrze. Zawsze chciałem się dowiedzieć, jak wygląda świat, kiedy ma się głowę na dole, obróconą o sto osiemdziesiąt stopni.

Ruszyli razem przez zielone błonia, rzucając cienie w delikatnym białym wiosennym świetle.

IX

Kucharz w zachodniej kuchni nazywał się Hax. Olbrzymi mężczyzna w poplamionym potrawami białym fartuchu miał cerę w kolorze surowej ropy, a jego przodkowie byli w jednej czwartej czarni, w jednej czwartej żółci, w jednej czwartej pochodzili z Wysp Południowych, teraz prawie zapomnianych (świat poszedł naprzód), a w jednej czwartej, bogowie wiedzą skąd. Obuty w wielkie ciżmy kalifa, przemierzał trzy wysokie zadymione sale niczym traktor na niskim biegu. Należał do tych nielicznych dorosłych, którzy znajdowali wspólny język z dziećmi i którzy kochali je wszystkie, żadnego przy tym nie wyróżniając - nie w landrynkowy sposób, lecz tak, jak to czyni człowiek interesu, dopuszczający czasami wzięcie kogoś w objęcia, podobnie jak dopuszcza się uścisk dłoni po sfinalizowaniu ważnej finansowej transakcji. Kochał nawet tych chłopców, którzy zaczęli szkolić się w sztuce broni, chociaż różnili się od innych dzieci: mało wylewni i trochę niebezpieczni, nie tak jak dorośli, ale jak zwykłe dzieci, dotknięte odrobiną szaleństwa. Bert nie był pierwszym uczniem Corta, którego Hax potajemnie dożywiał. W tym momencie stał przy wielkiej elektrycznej kuchni, jednym z sześciu tego typu urządzeń, które działały w całej posiadłości. To było jego niepodzielne królestwo; stojąc w nim, obserwował dwóch chłopców, połykających kawałki gulaszu, który od niego dostali. Wszędzie dookoła w parującym wilgotnym wnętrzu krzątali się podkuchenni i inni posługacze, brzęcząc garnkami, mieszając gulasz i obierając w niższych rewirach ziemniaki i warzywa. W słabo oświetlonej alkowie spiżarni pomywaczka o ziemistej twarzy i włosach związanych ścierką szorowała szczotką podłogę.

Jeden z kuchcików podbiegł do kucharza, prowadząc za sobą żołnierza Gwardii.

- Ten człowiek chce się z tobą widzieć, Hax.

- W porządku. - Hax skinął głową do gwardzisty, który odpowiedział takim samym ukłonem. - Idźcie do Maggie, chłopcy. Dostaniecie od niej trochę pasztetu. Potem zmywajcie się stąd. Nie chcę mieć przez was kłopotów.

Roland i Cuthbert kiwnęli głowami i poszli do Maggie, która dała im pokaźne kawałki pasztetu na dużych talerzach... ale zrobiła to ostrożnie, jakby byli dzikimi psami, które mogły ją pokąsać.

- Zjedzmy pod schodami - zaproponował Cuthbert.

- Dobrze.

Usiedli za wielką kamienną kolumnadą, w miejscu, gdzie nie było ich widać z kuchni, i rwali pasztet palcami. Po kilku chwilach zobaczyli cienie, które padły na półkolistą ścianę szerokiej klatki schodowej.

Roland złapał za rękę Cuthberta.

- Chodźmy, ktoś się zbliża.

Cuthbert podniósł zdziwiony wzrok. Usta miał poplamione jagodami. Cienie zatrzymały się. To byli Hax i żołnierz Gwardii. Chłopcy zostali tam, gdzie siedzieli. Gdyby się poruszyli, kucharz i jego towarzysz mogliby ich usłyszeć.

- ...Dobry Człowiek - mówił gwardzista.

- Farson?

- Za dwa tygodnie. Może za trzy. Musisz z nami pojechać. Będzie dostawa ze składu... - Szczególnie głośny brzęk garnków i patelni oraz seria połajanek spadających na głowę nieszczęsnego chłopca, który je upuścił, zagłuszyły kolejne słowa. - ...zatrutego mięsa - usłyszeli po chwili głos gwardzisty.

- To ryzykowne.

- Nie pytajcie, co Dobry Człowiek może zrobić dla was... - wyrecytował gwardzista.

- ...ale, co wy możecie zrobić dla niego. - Hax westchnął. - Nie pytaj, żołnierzu.

- Wiesz, co to może oznaczać - stwierdził cicho gwardzista.

- Tak. I wiem, co mu jestem winien; nie musisz mi prawić kazań. Kocham go tak samo jak ty. Gdyby poprosił, poszedłbym za nim do morza; więc zrobię to.

- Dobrze. Mięso będzie oznaczone do krótkoterminowego przechowania w twoich chłodniach. Ale powinieneś się pospieszyć. Musisz to zrozumieć.

- Czy w Taunton są jakieś dzieci? - zapytał ze smutkiem kucharz, ale było to pytanie, na które nie spodziewał się chyba odpowiedzi.

- Dzieci są wszędzie - odparł łagodnie gwardzista. - To właśnie o dzieci troszczymy się... i on się troszczy... najbardziej.

- Zatrute mięso. To raczej dziwny sposób okazywania troski dzieciom. - Hax wydał z siebie ciężkie świszczące westchnienie. - Czy będą się zwijać z bólu, trzymać za brzuchy i wołać, że chcą do mamy? Chyba tak.

- To będzie przypominało zaśnięcie - wyjaśnił gwardzista, ale powiedział to ze zbyt dużą pewnością siebie.

- Oczywiście - zaśmiał się Hax.

- Sam to przed chwilą powiedziałeś: "Nie pytaj, żołnierzu". Czy chcesz dalej oglądać dzieci pod władzą rewolweru, skoro mogą znaleźć się w jego rękach, gotowe tworzyć nowy świat?

Hax nie odpowiedział.

- Za dwadzieścia minut zaczynam służbę - oznajmił gwardzista. - Daj mi barani udziec. Uszczypnę tylko jedną z twoich rozchichotanych dziewuch i wyjeżdżam...

- Od mojej baraniny nie dostaniesz skrętu kiszek, Robeson.

- Czy możesz... - usłyszeli słowa gwardzisty, lecz potem cienie mężczyzn przesunęły się i głosy ucichły.

Mógłbym ich obu zabić, pomyślał zastygły w bezruchu Roland. Mógłbym ich zabić moim nożem, poderżnąć gardła jak wieprzom. Zerknął na swoje dłonie, pobrudzone sosem, jagodami i ziemią po szkoleniu.

- Rolandzie.

Popatrzył na Cuthberta. Spoglądali na siebie przez dłuższą chwilę w przesyconym woniami półmroku i Roland poczuł w gardle smak ciepłej rozpaczy. To doznanie mogło być czymś w rodzaju śmierci - czymś tak samo brutalnym i ostatecznym jak śmierć gołębia na białym niebie nad polem ćwiczeń. W głowie miał mętlik. Hax? Hax, który założył mi kiedyś na nogę kompres? Hax? A potem coś zatrzasnęło się w jego umyśle i ten temat został zamknięty.

Pełna humoru, inteligentna twarz Cuthberta nie wyrażała w tym momencie nic - kompletnie nic. W jego oczach los kucharza był już przesądzony. Hax nakarmił ich i kiedy poszli na schody się najeść, przyprowadził w nieodpowiedni róg kuchni gwardzistę o nazwisku Robeson, z którym odbył małe, zdradzieckie t?te-a-t?te. Ka zadziałało tak, jak to czasami czyni, raptownie niczym toczący się po zboczu kamień. To wszystko.

Oczy Cuthberta były oczyma rewolwerowca.

X

Ojciec Rolanda wrócił właśnie z wyżyn i jego strój zupełnie nie pasował do draperii i szyfonowych ozdób głównej sali audiencyjnej, do której chłopcu zezwolono wchodzić dopiero od niedawna w ramach przywilejów przysługujących tym, którzy rozpoczęli szkolenie.

Stephen Deschain był ubrany w czarne dżinsy i roboczą niebieską koszulę. Zakurzony i poplamiony płaszcz, rozdarty w jednym miejscu do podszewki, zarzucił niedbale na ramię, nie przejmując się tym, jak bardzo ten płaszcz i on sam kłóci się z eleganckim wystrojem sali. Był rozpaczliwie chudy; obwisłe bujne wąsy zdawały się ciągnąć w dół jego głowę, gdy patrzył na syna. Zawieszone przy biodrach rewolwery ustawione były pod idealnym kątem do dłoni. Wytarte rękojeści z drzewa sandałowego wydawały się matowe i senne w przyćmionym świetle komnaty.

- Główny kuchmistrz - mruknął cicho. - Kto by pomyślał! Tory, które wysadzono na końcowej stacji na wyżynach. Zdychające stada w Hendrickson. A może nawet... kto by pomyślał! Kto by pomyślał!

Przyjrzał się uważniej synowi.

- To spadło na ciebie jak grom.

- Jak sokół. To spada na człowieka jak sokół - odparł Roland i roześmiał się; nie dlatego że bawiła go cała sytuacja, lecz dlatego że uderzyła go zaskakująca trafność porównania.

Ojciec uśmiechnął się.

- Tak - dodał Roland. - To mnie chyba dręczy.

- Był z tobą Cuthbert. Pewnie powiedział już swojemu ojcu.

- Tak.

- Hax nakarmił was obu, kiedy Cort...

- Tak.

- A Cuthbert? Myślisz, że jego też to dręczy?

- Nie wiem.

I nie dbał o to. Nie obchodziło go, jak wyglądają jego uczucia w porównaniu z uczuciami innych.

- Dręczy cię to, bo przypuszczasz, że skazałeś go na śmierć?

Roland wzruszył mimowolnie ramionami, czując nagle, że nie podoba mu się to sondowanie jego motywów.

- Mimo to doniosłeś - ciągnął ojciec. - Dlaczego?

Oczy chłopca otworzyły się szerzej.

- Jak mogłem tego nie zrobić? Zdrada to...

Ojciec machnął szybko ręką.

- Jeśli skłoniły cię do tego tanie książkowe ideały, zrobiłeś to niepotrzebnie. Wolałbym raczej, żeby wszyscy mieszkańcy Taunton padli od trucizny.

- Nie dlatego to zrobiłem! - wyrzucił z siebie gwałtownie chłopiec. - Chciałem go zabić! Chciałem zabić ich obu! Kłamcy! Czarni kłamcy! Węże! Oni...

- Mów dalej.

- Oni mnie zranili - dokończył wojowniczo Roland. - Coś we mnie zmienili, i to bolało. Chciałem ich za to zabić. Chciałem ich zabić tam na miejscu.

Ojciec pokiwał głową.

- To okrutne, lecz cenne, Rolandzie. To nie jest moralność, lecz ty nie powinieneś się kierować moralnością. W gruncie rzeczy... - mruknął, zerkając na syna - moralność może być ci zawsze obca. Nie jesteś taki szybki jak Cuthbert albo syn Vannaya. Ale to nie szkodzi. Dzięki temu możesz być groźny.

Roland poczuł, jak ogarnia go jednocześnie duma i zakłopotanie.

- On...

- Och, zawiśnie.

Chłopiec pokiwał głową.

- Chcę to zobaczyć.

Starszy Deschain odrzucił do tyłu głowę i ryknął śmiechem.

- No, może nie taki groźny, jak myślałem... może tylko głupi.

Nagle zacisnął usta, wysunął szybko rękę i złapał chłopca boleśnie za ramię. Ten skrzywił się, lecz nie cofnął. Ojciec popatrzył mu w oczy. Chłopiec nie spuścił wzroku, choć było to trudniejsze niż nałożenie kaptura sokołowi.

- Dobrze, możesz - mruknął ojciec i odwrócił się raptownie, żeby odejść.

- Ojcze?

- Co?

- Czy wiesz, o kim oni mówili? Wiesz, kim jest Dobry Człowiek?

Ojciec obejrzał się i zmierzył go bacznym spojrzeniem.

- Tak, chyba wiem.

- Jeśli go złapiecie - powiedział Roland, cedząc mozolnie słowa w charakterystyczny dla siebie rozważny sposób - nikt poza Haxem nie będzie musiał... nie będzie musiał dać szyi.

Ojciec uśmiechnął się półgębkiem.

- Być może przez pewien czas. Ale w końcu ktoś zawsze musi, jak to oryginalnie ująłeś, dać szyję. Ludzie domagają się tego. Wcześniej czy później, jeżeli nie ma zdrajcy, ludzie wymyślają go sobie.

- Tak - przytaknął Roland, natychmiast przyswajając sobie tę prawdę... prawdę, której miał już nigdy nie zapomnieć. - Ale jeśli złapiecie Dobrego Człowieka...

- Nie - odparł stanowczo ojciec.

- Dlaczego? Dlaczego nie położyć temu kresu?

Przez moment wydawało mu się, że ojciec uchyli rąbka tajemnicy, lecz on się rozmyślił.

- Myślę, że dosyć już powiedzieliśmy. Odejdź.

Roland chciał mu powtórzyć, żeby nie zapomniał o swojej obietnicy, gdy nadejdzie dzień egzekucji Haxa, ale był wyczulony na nastroje ojca. Przyłożył pięść do czoła, postawił jedną stopę przed drugą i ukłonił się. Potem wyszedł, zamykając za sobą szybko drzwi. Podejrzewał, że ojciec chce się pieprzyć. Wiedział, że matka i ojciec to robią, i był w miarę dobrze poinformowany, na czym to polega, a jednak wyobrażenie tego aktu zawsze go krępowało i budziło dziwne poczucie winy. Kiedy kilka lat później Susan opowiedziała mu historię Edypa, przyswoił ją sobie w milczeniu, rozmyślając o dziwnym krwawym trójkącie tworzonym przez jego ojca, matkę i Martena - znanego również w pewnych kręgach pod imieniem Farsona albo Dobrego Człowieka. A może był to czworokąt, jeśli ktoś chciał się do niego przyłączyć.

XI

Wzgórze Wisielców wznosiło się przy drodze do Taunton - w czym tkwiła swoista poezja, która mogła wywrzeć wrażenie na Cuthbercie, lecz nie na Rolandzie. Na nim wywarło wrażenie wspaniałe i złowrogie rusztowanie rysujące się na tle jaskrawobłękitnego nieba, prostokątny kontur, który górował nad drogą dla dyliżansów.

Dwaj chłopcy zostali zwolnieni z Porannych Ćwiczeń - Cort przeczytał listy od ich ojców, poruszając mozolnie wargami i kiwając kilka razy głową. Skończywszy, schował starannie kartki do kieszeni. Nawet w Gilead papier był na wagę złota. Kiedy dwa arkusiki spoczęły w bezpiecznym miejscu, spojrzał na niebieskofioletowe poranne niebo i jeszcze raz kiwnął głową.

- Zaczekajcie tu - powiedział, po czym ruszył do pochylonej kamiennej chaty, która służyła mu za kwaterę. Po chwili wrócił z kromką przaśnego chleba, przełamał ją i dał każdemu z nich połowę.

- Kiedy będzie już po wszystkim, niech każdy z was położy to pod jego stopami. Zróbcie dokładnie tak, jak powiedziałem, bo inaczej dam wam wycisk w przyszłym tygodniu.

Nie rozumieli, o co chodzi, dopóki tam nie przyjechali, obaj na wałachu Cuthberta. Zjawili się pierwsi, całe dwie godziny przed przybyciem następnego widza i cztery godziny przed egzekucją. Wzgórze Wisielców było puste - jeśli nie liczyć gawronów i kruków. Ptaki były wszędzie i oczywiście wszystkie były czarne. Siedziały, kracząc, na twardej desce, która wystawała nad zapadnią - maszynerią śmierci. Przycupnęły na skraju platformy, walczyły o miejsce na schodkach.

- Zostawiają ciała - mruknął Cuthbert. - Na żer ptakom.

- Wejdźmy na górę - zaproponował Roland.

Cuthbert spojrzał na niego z przerażeniem.

- Na górę? Myślisz, że...

Roland przerwał mu gestem dłoni.

- Przyjechaliśmy całe wieki za wcześnie. Nikt tu nie przyjdzie.

- Dobrze.

Podeszli powoli do szubienicy i ptaki zerwały się do lotu, kracząc i krążąc niczym tłum gniewnych, wywłaszczonych wieśniaków. Ich sylwetki odcinały się płaską czernią od czystego porannego nieba Świata Wewnętrznego.

Roland po raz pierwszy poczuł rozmiar spoczywającej na nim odpowiedzialności. To nie było szlachetne drewno, cząstka budzącej grozę machiny Cywilizacji; to były zwykłe spaczone sosnowe deski z lasu O'Barony, upstrzone białymi odchodami ptaków. Ptasie gówno było wszędzie - na schodach, balustradzie, platformie - i śmierdziało.

Utkwił w swoim towarzyszu zdumiony, wystraszony wzrok i zobaczył, że ten spogląda na niego z tym samym wyrazem twarzy.

- Nie mogę - szepnął Cuthbert. - Nie mogę tego oglądać, Ro.

Roland potrząsnął powoli głową. Zdał sobie sprawę, że tkwi w tym jakaś nauka, nie jasna i pogodna, lecz coś, co było odwieczne, kalekie i okryte rdzą. Dlatego ojcowie pozwolili im tu przyjść. I ze swoją typową upartą i instynktowną zaciekłością przyswoił to sobie, czymkolwiek to było.

- Możesz, Bert - powiedział.

- Nie zasnę dziś w nocy.

- No to nie zaśniesz - odparł Roland, nie rozumiejąc, co ma jedno do drugiego.

Cuthbert złapał go nagle za rękę i na widok malującego się w jego oczach niemego bólu Rolanda na nowo ogarnęły wątpliwości. Żałował gorzko, że w ogóle poszli do kuchni tamtej nocy. Ojciec miał rację. Lepiej było nie wiedzieć. Lepiej, żeby zginęli i zgnili wszyscy mężczyźni, kobiety i dzieci w Taunton.

Lecz mimo wszystko, o czymkolwiek miało to świadczyć, czymkolwiek była ta okryta rdzą, na pół zakopana w ziemi rzecz o ostrych brzegach, nie zamierzał z niej tak łatwo rezygnować, nie zamierzał wypuszczać jej z rąk.

- Nie wchodźmy na górę - powiedział Cuthbert. - Wszystko już zobaczyliśmy.

I Roland pokiwał niechętnie głową, czując, jak siła, z którą uczepił się tamtej rzeczy, słabnie. Wiedział, że Cort powaliłby obu na ziemię, a potem zmusił, by weszli na platformę, krok po przeklętym kroku... czując na podniebieniu i w gardle podobny do słonego dżemu smak świeżej krwi. Cort zawiązałby prawdopodobnie nowy powróz na belce i założył każdemu z nich na szyję stryczek; Cort kazałby im stanąć nad zapadnią, żeby poczuli ją pod stopami; i gotów był sprawić im lanie, gdyby którykolwiek zapłakał lub przestał kontrolować swój pęcherz. I miałby oczywiście rację. Po raz pierwszy w życiu Roland uświadomił sobie, że nienawidzi własnego dzieciństwa. Marzył o wysokich butach dorosłego mężczyzny.

Z premedytacją oderwał drzazgę od balustrady, po czym schował ją do kieszeni na piersi i odwrócił się.

- Dlaczego to zrobiłeś? - zapytał Cuthbert.

Roland chciał odpowiedzieć w zawadiackim stylu, że to przynosi szczęście, ale spojrzał tylko na Cuthberta i potrząsnął głową.

- Żeby to mieć - odparł. - Żeby to zawsze mieć.

Zeszli z szubienicy, usiedli i czekali. Po mniej więcej godzinie zaczęli się gromadzić pierwsi mieszkańcy miasta, w większości rodziny, które przyjechały rozklekotanymi furami i poobijanymi bryczkami, przywożąc ze sobą śniadania - kosze zimnych naleśników ze szkarłatkowym dżemem. Roland poczuł, że burczy mu w brzuchu z głodu, i zdesperowany ponownie pytał się w duchu, na czym polega całe dostojeństwo tego wydarzenia. Uczono go tego, lecz teraz zastanawiał się, czy to nie są wyłącznie kłamstwa albo tylko zakopane głęboko przez mędrców skarby. Chciał w to wierzyć, ale wydawało mu się, że Hax, przemierzający w brudnym białym fartuchu swoją zadymioną podziemną kuchnię, ma w sobie więcej dostojeństwa niż to wszystko. Z niezdrowym oszołomieniem obracał w palcach drzazgę z szubieniczego drewna. Cuthbert leżał obok niego, przybrawszy obojętny wyraz twarzy.

XII

Ostatecznie egzekucja nie okazała się niczym nadzwyczajnym, i Roland był zadowolony. Haxa przywieziono otwartym wozem, ale poznać go można było tylko po wielkim brzuchu; oczy przewiązano mu szeroką czarną opaską, która opadała na twarz. Kilka osób cisnęło w niego kamieniami, lecz większość gapiła się tylko, żując swoje śniadanie.

Rewolwerowiec, którego chłopiec nie znał zbyt dobrze (cieszył się, że czarnego kamienia nie wyciągnął jego ojciec), wprowadził ostrożnie grubego kucharza po schodkach. Dwaj gwardziści Straży wspięli się tam już wcześniej i stali po obu stronach zapadni. Kiedy Hax i rewolwerowiec weszli na górę, ten ostatni zarzucił powróz na poziomą belkę, a potem założył kucharzowi stryczek na szyję i ściągnął węzeł tak, by znalazł się dokładnie pod jego lewym uchem. Wszystkie ptaki odleciały, lecz Roland wiedział, że czekają.

- Czy chcesz coś wyznać? - zapytał rewolwerowiec.

- Nie mam nic do wyznania - odparł Hax. Jego głos był wyraźny i dziwnie dostojny mimo zasłaniającej usta opaski. Materiał falował lekko w podmuchach słabego przyjemnego wiatru. - Nie zapomniałem oblicza mojego ojca; był przy mnie przez cały czas.

Roland spojrzał ostro na tłum i zaniepokoiło go to, co tam zobaczył. Uczucie sympatii? A może podziwu? Zapyta o to ojca. Kiedy zdrajców nazywa się bohaterami (albo bohaterów zdrajcami, dodał w duchu, marszcząc brwi), nadchodzą mroczne czasy. Naprawdę mroczne czasy. Żałował, że nie rozumie tego lepiej. Przez moment pomyślał o Corcie i o chlebie, który od niego dostali. Poczuł falę wzgardy; zbliżał się dzień, kiedy Cort będzie musiał mu służyć. Ale chyba nie Cuthbertowi; Bert ugnie się raczej pod ciosami Corta i zostanie paziem albo koniuszym (względnie, co nieskończenie gorsze, wyperfumowanym dyplomatą, wycierającym kąty sal audiencyjnych albo spoglądającym w fałszywe kryształowe kule ze zgrzybiałymi królami i książętami). Ale on nim nie zostanie. Wiedział o tym. Był stworzony do otwartych przestrzeni i długich wędrówek. Później, po latach, kiedy został sam, zadziwiał go fakt, że coś takiego wydawało mu się dobrym losem.

- Rolandzie?

- Jestem.

Wziął Cuthberta za rękę i ich palce zwarły się w żelaznym uścisku.

- Oskarżam cię o morderstwo i podżeganie do buntu - powiedział rewolwerowiec. - Przekroczyłeś białą linię, i ja, Charles, syn Charlesa, na zawsze posyłam cię w czerń.

Tłum zamruczał, niektórzy na znak protestu.

- Ja nigdy...

- Opowiesz swoją bajkę w zaświatach, gnido - oznajmił Charles, syn Charlesa, i pociągnął dźwignię obu rękoma w żółtych rękawicach.

Deska opadła. Hax runął w dół, w dalszym ciągu usiłując coś powiedzieć. Roland nigdy tego nie zapomniał. Kucharz odszedł, próbując coś powiedzieć. Gdzie dokończył to zdanie, które zaczął na ziemi? Jego słowa zagłuszył dźwięk podobny do tego, który w chłodną zimową noc wydaje eksplodujący w kominku sosnowy sęk.

Generalnie jednak nie było w tym nic nadzwyczajnego. Kucharz wierzgnął nogami, które ułożyły się w kształt litery Y; w tłumie rozległy się gwizdy zadowolenia; gwardziści Straży przestali prężyć pierś i zaczęli niedbale zbierać rzeczy. Rewolwerowiec zszedł powoli po schodach, dosiadł swojego konia i odjechał, okładając szpicrutą grupkę piknikowiczów, którzy musieli uciekać przed kopytami.

Tłum szybko się przerzedził i po czterdziestu minutach chłopcy zostali sami na małym wzniesieniu, które wcześniej wybrali. Ptaki wróciły, żeby przyjrzeć się nowej ofierze. Jeden przycupnął poufale na ramieniu Haxa i zaczął dziobać jasne błyszczące kółko, które kucharz nosił zawsze w prawym uchu.

- W ogóle nie jest do siebie podobny - powiedział Cuthbert.

- Owszem, jest - odparł z przekonaniem Roland, kiedy szli w stronę szubienicy, trzymając w rękach chleb. Bert sprawiał wrażenie zakłopotanego.

Stanęli pod belką i spojrzeli na obracającego się powoli wisielca. Cuthbert sięgnął ręką w górę i w przypływie odwagi dotknął owłosionej kostki. Ciało zaczęło się obracać w drugą stronę.

A potem szybko przełamali chleb i rozsypali okruszyny pod dyndającymi stopami. Kiedy odchodzili, Roland obejrzał się tylko raz. Teraz były tam tysiące ptaków. Chleb - domyślał się tego bardzo mgliście - stanowił zatem symbol.

- To było dobre - oświadczył nagle Cuthbert. - To... to... to mi się podobało. Naprawdę.

Roland nie był wstrząśnięty; cała scena specjalnie go nie obeszła. Lecz miał wrażenie, że rozumie Berta. Mimo swojej skłonności do żartów i gładkiej gadki może jednak Bert nie skończy jako dyplomata.

- Nie wiem, czy mi się podobało - powiedział - ale coś w tym było. Z całą pewnością.

Dopiero pięć lat później kraj został zajęty przez Dobrego Człowieka, ale wtedy Roland był już rewolwerowcem. Jego ojciec zginął, a on sam stał się matkobójcą. Świat poszedł naprzód.

Zaczęły się długie lata i długie wędrówki.

XIII

- Popatrz - powiedział Jake, podnosząc rękę.

Rewolwerowiec spojrzał w górę i poczuł, jak coś chrupnęło mu w prawym biodrze. Skrzywił się. Od dwóch dni przemierzali pierwsze wzgórza i choć bukłaki były ponownie prawie puste, nie miało to teraz znaczenia. Wkrótce będą mieli tyle wody, ile tylko zdołają wypić.

Jego spojrzenie pobiegło za podniesionym palcem Jake'a, ponad wznoszącą się zieloną równiną, ku nagim lśniącym skałom i wąwozom, i jeszcze wyżej, ku samemu ośnieżonemu szczytowi.

Daleko i niewyraźnie (to mógł być jeden z tych pyłków, które tańczą przed oczyma, gdyby nie fakt, że wcale nie znikał) zobaczył nie większego od małej kropki człowieka w czerni, który wspinał się po zboczu z zajadłym uporem - mikroskopijna mucha na olbrzymiej granitowej ścianie.

- Czy to on? - zapytał Jake.

Przyglądając się wykonującemu akrobatyczne sztuczki, odpersonalizowanemu pyłkowi, rewolwerowiec nie czuł nic prócz nagłego smutku.

- To on, Jake.

- Myślisz, że go dogonimy?

- Nie po tej stronie. Po drugiej. I nie uda nam się to, jeśli będziemy stać i o tym gadać.

- Góry są takie wysokie - powiedział Jake. - Co jest po drugiej stronie?

- Nie wiem - odparł rewolwerowiec. - Nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek to wiedział. Może kiedyś wiedzieli. Chodź, chłopcze.

Ruszyli pod górę. Poruszane ich stopami drobne kamyki i piasek sypały się na pustynię, która ciągnęła się za ich plecami - płaska, spieczona, niemająca końca. Przed nimi, daleko przed nimi, człowiek w czerni wspinał się coraz wyżej i wyżej. Nie sposób było dostrzec, czy się ogląda. Zdawał się przesadzać jednym susem głębokie przepaści, wspinać bez trudu po pionowych ścianach. Raz czy dwa zniknął z pola widzenia, a jednak zawsze spostrzegali go ponownie, aż do chwili gdy zapadła fioletowa kurtyna zmierzchu. Kiedy pod wieczór rozbili obóz, chłopiec niewiele się odzywał. Rewolwerowiec zastanawiał się, czy domyśla się tego, co sam już przeczuwał. Przypomniał sobie spoconą, skonsternowaną, podekscytowaną twarz Cuthberta. Przypomniał sobie okruszyny chleba. Przypomniał sobie ptaki. To kończy się w ten sposób, pomyślał. Po raz kolejny kończy się w ten sposób. Są dążenia i drogi, które zawsze prowadzą do przodu i wszystkie kończą się w tym samym miejscu - miejscu egzekucji.

Z wyjątkiem być może drogi do Wieży. Tam ka może pokazać swoje prawdziwe oblicze.

Chłopiec mający zostać złożony w ofierze, z twarzą, która w świetle ich niewielkiego ogniska wydawała się niewinna i bardzo młoda, zasnął, żując swoją fasolę. Rewolwerowiec okrył go szorstkim kocem i sam ułożył się do snu.

Rozdział 3WYROCZNIA I GÓRY

I

Chłopiec znalazł wyrocznię i ta o mało go nie zniszczyła.

Jakieś niejasne przeczucie obudziło rewolwerowca w aksamitnej ciemności, która okryła ich o zmierzchu. Wcześniej on i Jake dotarli do porośniętej trawą, prawie płaskiej oazy nad pierwszym łańcuchem wzgórz. Już niżej, wspinając się z mozołem w zabójczym słońcu, słyszeli cykanie świerszczy, które pocierały o siebie kusząco odnóża w wiecznie zielonych, leżących nad nimi gajach wierzbowych. Rewolwerowiec zachowywał wewnętrzny spokój, a chłopiec przynajmniej pozory spokoju, i to napełniało Rolanda dumą. Lecz Jake nie był w stanie ukryć dzikiego błysku w oczach - białych i błyszczących niczym u konia, który zwietrzył wodę i którego jedynie cienkie lejce woli jego pana powstrzymują przed znarowieniem, konia, którego zdoła utrzymać w ryzach wyłącznie zrozumienie, nie ostroga. Rewolwerowiec mógł mierzyć pragnienie Jake'a szaleństwem, do jakiego cykanie świerszczy doprowadzało jego własne ciało. Ręce wydawały się szukać ostrych, kaleczących dłonie łupków, kolana błagały, by zdarł je do żywego mięsa, pozostawiając rozognione od soli rany.

Słońce katowało ich przez całą drogę; nawet o zachodzie, przybrawszy odcień nabrzmiałej gorączkowej czerwieni, prażyło perwersyjnie przez wąską, jakby naciętą nożem, szczelinę między skałami po lewej stronie, oślepiając ich i zmieniając każdą kroplę potu w pryzmat bólu.

A potem pojawiła się trawa: z początku pojedyncze żółte źdźbła, czepiające się z upiorną witalnością jałowej ziemi tam, dokąd docierały ostatnie krople wody. Wyżej były kępy wiedźmowego ziela, z początku rzadkie, potem zielone i cuchnące... i w końcu pierwszy słodki zapach prawdziwej trawy rosnącej wraz z tymotką w cieniu karłowatych jodeł. Rewolwerowiec dostrzegł tam przemykający w cieniu brązowy błysk. Wyciągnął broń i ustrzelił królika, nim Jake zdążył krzyknąć ze zdumienia. Chwilę później wsunął rewolwer z powrotem do kabury.

- Tutaj - powiedział.

Wyżej trawa przechodziła w zieloną dżunglę wierzb, szokującą po sterylnie spieczonej bezkresnej pustyni. Płynął tam zapewne strumień, być może nawet kilka, i panował większy chłód, lepiej jednak było rozbić obóz tutaj, na otwartej przestrzeni. Chłopiec gonił resztkami sił, a w mrocznym gąszczu mogły żerować wysysające krew nietoperze. Potrafiły wyrwać Jake'a ze snu, bez względu na to, jak głęboko zasnął, a jeśli były wampirami, obaj mogli się już nigdy nie obudzić... przynajmniej na tym świecie.

- Przyniosę trochę drewna - zaproponował chłopiec.

Rewolwerowiec uśmiechnął się.

- Nie, nie musisz. Posiedź sobie, Jake.

Czyje to były słowa? Jakiejś kobiety. Susan? Nie potrafił sobie przypomnieć. Czas jest złodziejem pamięci; to akurat zapamiętał. Powtarzał to Vannay.

Chłopiec usiadł. Kiedy rewolwerowiec wrócił, Jake spał na trawie. Wielka modliszka wykonywała ablucje na sprężystej łodydze jego włosa. Rewolwerowiec parsknął śmiechem - pierwszym od nie wiadomo jak dawna - po czym rozpalił ognisko i poszedł po wodę.

Wierzbowa dżungla sięgała głębiej, aniżeli przypuszczał; w gasnącym świetle dnia można było w niej pobłądzić. Ale udało mu się znaleźć strumień, strzeżony przez liczne żaby i rzekotki. Napełnił jeden z bukłaków i zastygł w bezruchu. Dźwięki, które wypełniały noc, wyzwoliły w nim niepokojącą zmysłowość, uczucie, którego nie zdołała obudzić nawet Allie, kobieta, z którą sypiał w Tull - zbyt wiele czasu zajmowały im inne sprawy. Przypisał to nagłej porażającej zmianie w stosunku do pustyni. Po wszystkich milach, które przemierzył po spalonej ziemi, miękki półmrok wydawał się prawie dekadencki.

Wrócił do obozu i oprawił ze skóry królika, czekając, aż nad ogniskiem zagotuje się woda. Z mięsa królika i warzyw z ostatniej puszki udało mu się przyrządzić znakomity gulasz. Obudził Jake'a i patrzył, jak je, półprzytomnie, lecz łapczywie.

- Zostaniemy tu jutro - powiedział.

- A człowiek, którego ścigasz... ten ksiądz?

- On nie jest księdzem. I nie przejmuj się. Dogonimy go.

- Skąd wiesz?

W odpowiedzi rewolwerowiec mógł tylko potrząsnąć głową. Wiedza, że tak się stanie, tkwiła w nim głęboko... ale nie była to dobra wiedza.

Po posiłku wymył puszki, z których jedli (dziwiąc się ponownie, jak można tak marnować wodę). Kiedy się odwrócił, Jake znowu spał. Rewolwerowiec poczuł w piersi znajome falowanie, które mógł skojarzyć tylko z Cuthbertem. Cuthbert był jego rówieśnikiem, ale wydawał się o wiele młodszy.

Kiedy papieros zwisł mu z ust, wrzucił go do ogniska. Spojrzał w jasny, żółty płomień, tak odmienny, o wiele czystszy od tego, jakim paliło się diabelskie ziele. Powietrze było cudownie chłodne. Położył się plecami do ogniska.

Z daleka, z wąwozu, który wiódł w głąb gór, dobiegał niemilknący niski pomruk grzmotu. Rewolwerowiec zasnął. I przyśnił mu się sen.

II

Susan Delgado, jego ukochana, umierała na jego oczach.

Oglądał to, trzymany za ręce przez dwóch wieśniaków, z szyją uwięzioną w wielkiej zardzewiałej żelaznej kunie. W rzeczywistości wyglądało to zupełnie inaczej - nawet go tam nie było - ale sny mają przecież swoją własną logikę.

Susan umierała. Czuł zapach jej płonących włosów, słyszał, jak ludzie krzyczą: "Charyou tree". I widział kolor własnego szaleństwa. Susan, urocza dziewczyna w oknie, córka koniarza. Pamiętał, jak przefrunęła przez Zbocze. Jej cień zlał się z cieniem konia - cień bajecznej istoty ze starej baśni, dzikiej i wolnej! Pamiętał, jak buszowali razem w zbożu. Teraz wieśniacy ciskali w nią suche kukurydziane kolby, które zajmowały się ogniem, jeszcze nim doleciały do jej włosów.

- Charyou tree, Charyou tree - krzyczeli ci nieprzyjaciele światła i miłości. Gdzieś w pobliżu rechotała wiedźma.

Wiedźma nazywała się Rhea, a Susan czerniała w płomieniach, jej skóra pękała z trzaskiem i...

Co ona krzyczała?

- Chłopiec! - wołała. - Rolandzie, chłopiec!

Odwrócił się, pociągając za sobą swoich prześladowców. Kuna pękła przy samej szyi i usłyszał ochrypłe zdławione dźwięki, które wydobywały się z jego gardła. W powietrzu unosił się przyprawiający o mdłości słodkawy zapach przypiekanego mięsa.

Chłopiec spoglądał na niego z okna osadzonego wysoko nad pogrzebowym stosem, tego samego okna, skąd Susan, dzięki której stał się mężczyzną, śpiewała kiedyś stare piosenki: "Hey Jude", "Ease on Down the Road" i "Beztroską miłość". Stał w oknie niczym alabastrowy posąg świętego w katedrze. Oczy miał z marmuru. W czole Jake'a tkwił szpikulec.

Rewolwerowiec poczuł zduszony świdrujący wrzask, który sygnalizował rodzące się w jego trzewiach szaleństwo.

- Nnnnnnnnn...

III

Roland stłumił okrzyk bólu, czując, jak coś go parzy. Usiadł sztywno wyprostowany w ciemnościach, wciąż czując wokół siebie sen o Mejis, dławiący go niczym kuna, którą miał założoną na szyję. Miotając się i obracając we śnie, wsadził rękę między gasnące polana.

Przyłożył dłoń do twarzy i poczuł, jak sen umyka. Przed oczyma pozostał mu tylko wyraźny obraz gipsowobiałego Jake'a, świętego oddanego na pastwę demonom.

Nnnnnnnnn...

Trzymając w rękach dwa odbezpieczone rewolwery, omiótł wzrokiem mistyczny mrok gaju wierzbowego. W gasnącym blasku ogniska jego oczy wyglądały jak dwa czerwone otwory strzelnicze.

Nnnnnnnnn...

Jake.

Rewolwerowiec zerwał się z ziemi i pognał przed siebie. Na niebo wzeszedł gorzki krąg księżyca i widać było ślad, jaki chłopiec pozostawił w rosie. Pochylił głowę pod pierwszymi wierzbami, przeskoczył przez strumień, rozbryzgując wodę (jego ciało syciło się nią nawet teraz) i poślizgnął się na błotnistym drugim brzegu. Wierzbowe witki smagały go po twarzy. Drzewa rosły tutaj gęściej i zasłoniły księżyc. Ich pnie stały w skośnych cieniach. Trawa, teraz sięgająca kolan, pieściła go, jakby chciała, żeby zwolnił, nacieszył się chłodem. Nacieszył się życiem. Na pół zgniłe, martwe gałęzie sięgały jego ud i jego cojones7. Rewolwerowiec zatrzymał się, podniósł głowę i przez chwilę węszył w powietrzu. Pomógł mu lekki powiew wiatru. Chłopiec oczywiście nie pachniał zbyt pięknie; dotyczyło to zresztą ich obu. Nozdrza rewolwerowca rozchyliły się jak u małpy. Młodszy, lżejszy odór potu był słaby, tłusty, niezaprzeczalny. Rewolwerowiec przebił się przez gąszcz trawy, jeżyn i połamanych konarów i przebiegł tunelem, które tworzyły zwisające gałęzie wierzb i sumaków. Mech bił go po ramionach niczym zwiotczałe dłonie nieboszczyków, czepiał się go szarymi smętnymi wąsami.

Pokonawszy ostatnią barykadę wierzb, wybiegł na polanę, z której otwierał się widok na gwiazdy i najwyższy szczyt pasma, bielejący niczym czaszka na niewyobrażalnej wysokości.

Stał tam krąg wysokich czarnych kamieni, które w świetle księżyca wyglądały niczym jakaś nierealna pułapka na zwierzęta. Pośrodku znajdował się kamienny stół... ołtarz. Bardzo stary, wsparty na potężnej bazaltowej podstawie.

Chłopiec stał przed ołtarzem, kołysząc się w przód i w tył. Opuszczone po bokach ręce trzęsły mu się, jakby ktoś naładował je prądem. Kiedy rewolwerowiec zawołał go głośno po imieniu, Jake odpowiedział tym samym nieartykułowanym pomrukiem negacji. Zasłonięta częściowo lewym ramieniem, zacierająca się w mroku twarz wydawała się jednocześnie przerażona i zachwycona. I było coś jeszcze.

Rewolwerowiec wszedł w krąg. Jake krzyknął, cofnął się i podniósł ręce. Teraz jego twarz była lepiej widoczna. Rewolwerowiec zobaczył na niej lęk i grozę walczącą o lepsze z bolesnym grymasem rozkoszy.

Poczuł, jak dotyka go duch wyroczni, sukub. Jego lędźwie wypełniło nagle światło, światło, które było jednocześnie miękkie i twarde. Poczuł, jak jego głowa odwraca się, a język puchnie i staje się boleśnie wrażliwy nawet na pokrywającą go ślinę.

W ogóle nie myśląc, wyciągnął na pół zgniłą kość żuchwy z kieszeni, w której tkwiła, odkąd znalazł ją w jamie mówiącego demona w przydrożnym zajeździe. W ogóle nie myślał, lecz nigdy nie przeszkadzało mu to działać w oparciu o czysty instynkt. To był dla niego zawsze najlepszy i najprawdziwszy sposób. Trzymając przed oczyma wykrzywioną w prehistorycznym uśmiechu żuchwę, wyciągnął sztywno drugą rękę i rozczapierzył pierwszy i ostatni palec w starożytnym widlastym znaku odczyniającym zły urok.

Fala zmysłowości uleciała niczym zerwana z okna kotara.

Jake ponownie krzyknął.

Rewolwerowiec podszedł do niego i podsunął żuchwę przed oczy, w których malowały się sprzeczne uczucia.

- Spójrz na to, Jake. Przyjrzyj się bardzo dobrze.

W odpowiedzi usłyszał wilgotny bełkot bólu. Chłopiec próbował odwrócić wzrok, lecz nie zdołał. Przez chwilę wydawało się, że się rozpada - jeśli nie fizycznie, to mentalnie. A potem nagle oczy stanęły mu w słup, odsłaniając białka, i upadł. Jego ciało osunęło się miękko na ziemię, ręka musnęła płaski bazalt, na którym wspierał się ołtarz. Rewolwerowiec przyklęknął na jedno kolano i podniósł go. Po długim marszu przez pustynię chłopiec był zdumiewająco lekki, odwodniony niczym listopadowy liść.

Wszędzie dookoła Roland czuł obecność istoty, która żyła w kamiennym kręgu i furkotała teraz z gniewną zazdrością - odebrano jej zdobycz. Kiedy opuścił krąg, aura frustracji i zazdrości osłabła. Zaniósł Jake'a do obozu. Gdy tam dotarli, nieświadome konwulsje chłopca przeszły w głęboki sen.

Rewolwerowiec przystanął na chwilę przy szarych szczątkach ogniska. Oświetlona księżycową poświatą twarz Jake'a przypomniała mu ponownie świętego, wyrzeźbionego z niespotykanej czystości alabastru. Uściskał chłopca i złożył na jego policzku suchy pocałunek, uświadamiając sobie, że go kocha. No, może niezupełnie była to prawda. Może pokochał go od razu, od pierwszego wejrzenia (podobnie jak pokochał Susan Delgado), lecz nie dopuszczał tego faktu do świadomości. Bo to był fakt.

Wydawało mu się, że słyszy dobiegający gdzieś z wysoka śmiech człowieka w czerni.

IV

Jake wołał go; to obudziło rewolwerowca. Wcześniej przywiązał go mocno do jednego z rosnących nieopodal krzaków i chłopiec był głodny i podenerwowany. Sądząc po słońcu, zbliżało się wpół do dziesiątej.

- Dlaczego mnie związałeś? - zapytał z oburzeniem Jake, kiedy rewolwerowiec poluzował grube węzły koca. - Nie miałem zamiaru uciekać!

- Uciekłeś - odparł rewolwerowiec i uśmiechnął się, widząc minę Jake'a. - Musiałem po ciebie pójść. Chodziłeś we śnie.

Jake zmierzył go podejrzliwym spojrzeniem.

- Naprawdę? Nigdy przedtem tego nie robi...

Rewolwerowiec wyciągnął nagle z kieszeni żuchwę i przysunął ją do twarzy chłopca. Jake cofnął się, skrzywił i zasłonił ramieniem.

- Widzisz?

Jake kiwnął z zakłopotaniem głową.

- Co się stało?

- Nie mamy czasu na pogaduszki. Muszę teraz na jakiś czas odejść - powiedział rewolwerowiec. - Może mnie nie być przez cały dzień. Więc słuchaj teraz, chłopcze. To ważne. Jeśli nie wrócę przed zachodem słońca...

Na twarzy Jake'a odbił się lęk.

- Zostawiasz mnie!

Rewolwerowiec spojrzał mu prosto w oczy.

- Nie - dodał po chwili Jake. - Gdybyś chciał mnie zostawić, już byś to zrobił.

- Widzę, że zaczynasz myśleć logicznie. Teraz posłuchaj mnie bardzo uważnie. Kiedy odejdę, nie chcę, żebyś się stąd ruszał. Żebyś ruszał się z obozu. Nigdzie nie chodź, choćby wydawało ci się to najlepszym na świecie pomysłem. A jeśli poczujesz się dziwnie... w jakikolwiek sposób... weź tę żuchwę i przytrzymaj ją w dłoniach.

Twarz chłopca zdradzała nienawiść, wstręt i zakłopotanie.

- Nie potrafię... po prostu nie potrafię.

- Potrafisz. Może będziesz musiał. Zwłaszcza po południu. To ważne. Kiedy ją weźmiesz, może ci się zrobić niedobrze i rozboli cię głowa, lecz to minie. Rozumiesz?

- Tak.

- Zrobisz to, co mówię?

- Tak, ale dlaczego musisz odejść? - wybuchnął Jake.

- Po prostu muszę.

Rewolwerowiec dostrzegł kolejny fascynujący błysk stali pod łagodną powierzchownością chłopca, błysk tak samo tajemniczy jak opowieść o jego rodzinnym mieście, gdzie budynki były tak wysokie, że naprawdę sięgały chmur. Chłopiec przypominał mu nie tyle Cuthberta, co innego bliskiego przyjaciela, Alaina. Alain był cichy, nie robiło na nim wrażenia czupurne junactwo Berta, ale można było na nim polegać i nie bał się niczego.

- W porządku - mruknął Jake.

Rewolwerowiec położył ostrożnie żuchwę na ziemi, obok szczątków ogniska. Leżąc w trawie, szczerzyła zęby niczym jakiś zwietrzały relikt, który ujrzał światło dnia po trwającej pięć tysięcy lat nocy. Jake nie chciał na nią patrzeć. Miał pobladłą, wymizerowaną twarz. Rewolwerowiec zastanawiał się, czy nie uśpić go i nie zadać kilku pytań, lecz uznał, że niewiele to przyniesie pożytku. I bez tego wiedział, że duch kamiennego kręgu jest z pewnością demonem i najprawdopodobniej również wyrocznią. Demonem bez kształtu, wyłącznie czymś w rodzaju seksualnego powabu, obdarzonego zdolnościami profetycznymi. Zastanawiał się przez chwilę, czy to nie dusza Sylvii Pittston, gigantycznej niewiasty, której religijne prestidigitatorstwo doprowadziło do ostatecznego upadku miasto Tull. Ale nie, to nie ona. Kamienie w kręgu były starożytne; Sylvia Pittston była podfruwajką w porównaniu z rzeczą, która obrała sobie to miejsce za siedlisko. Ta rzecz była stara... i chytra. Rewolwerowiec znał jednak całkiem dobrze formy mowy i nie sądził, by chłopiec musiał posłużyć się magią żuchwy. Głos i umysł wyroczni będą zbyt zaabsorbowane nim samym. A on musiał poznać pewne rzeczy mimo ryzyka... które było wysokie. Ze względu na Jake'a i na samego siebie desperacko pragnął je poznać.

Otworzył swój woreczek i pogrzebał w nim, odsuwając na bok suche listki tytoniu, aż trafił palcami na zawinięty w biały papier mikroskopijny przedmiot. Przez chwilę kręcił nim w palcach, patrząc z roztargnieniem w niebo. A potem odwinął papier i położył na dłoni zawartość - białą tabletkę, której krawędzie pokruszyły się w trakcie wędrówki.

Jake spojrzał na niego zaciekawiony.

- Co to jest?

Rewolwerowiec parsknął śmiechem.

- Cort opowiadał nam, że meskalinę stworzyli Starzy Bogowie, sikając na pustynię.

Jake zrobił zdziwioną minę.

- To narkotyk - wyjaśnił rewolwerowiec. - Ale nie taki, który cię usypia. Po tym jesteś przez jakiś czas bardziej pobudzony.

- Jak po LSD - podchwycił z miejsca chłopiec i znowu zrobił zdziwioną minę.

- Co to takiego?

- Nie wiem - mruknął Jake. - Tak mi się wymsknęło. Myślę, że to się wzięło... no wiesz... z tego, co było wcześniej.

Rewolwerowiec pokiwał głową, ale wątpliwości pozostały. Nigdy nie słyszał, żeby meskalinę nazywano LSD, nawet w starych książkach Martena.

- Czy to ci nie zaszkodzi? - zapytał Jake.

- Nigdy dotąd nie zaszkodziło - odparł rewolwerowiec, zdając sobie sprawę, że udzielił wymijającej odpowiedzi.

- Nie podoba mi się to.

- Nie szkodzi.

Rewolwerowiec ukląkł przed bukłakiem, nabrał wody do ust i połknął tabletkę. Tak jak zawsze poczuł natychmiastową reakcję w ustach: wydawały się przepełnione śliną. Usiadł przy wygasłym ognisku.

- Kiedy zacznie się z tobą coś dziać? - zapytał Jake.

- Nie tak prędko. Cicho.

Jake umilkł więc i obserwował podejrzliwie rewolwerowca, który przystąpił spokojnie do rytuału czyszczenia rewolwerów. Po jakimś czasie wsunął je z powrotem do kabur.

- Daj mi swoją koszulę, Jake - powiedział.

Chłopiec ściągnął niechętnie spłowiałą koszulę przez głowę i odsłoniwszy żebra, które można by policzyć, podał ją rewolwerowcowi.

Ten wyciągnął igłę z bocznego szwu dżinsów oraz nici z pustego miejsca na nabój przy pasie i zaczął zszywać długie rozdarcie na jednym z rękawów. Kiedy skończył i oddał koszulę, zaczęła działać meskalina - miał uczucie, że zaciska mu się żołądek i wszystkie mięśnie przestawiają się na wyższy bieg.

- Muszę iść - oznajmił, wstając.

Chłopiec uniósł się z zatroskaną twarzą, a potem z powrotem usiadł.

- Uważaj - powiedział. - Proszę.

- Pamiętaj o żuchwie - przypomniał mu rewolwerowiec.

Odchodząc, położył dłoń na głowie Jake'a i zmierzwił jego włosy koloru kukurydzy. Własny gest zaskoczył go i parsknął śmiechem. Jake patrzył za nim z zatroskaniem, aż zniknął między wierzbami.

V

Rewolwerowiec podążał prosto do kamiennego kręgu, przystając tylko raz, by napić się zimnej wody ze strumienia. Zobaczył swoje odbicie w niewielkim oczku wodnym okolonym mchem i nenufarami i przez chwilę przyglądał mu się, urzeczony niczym Narcyz. Jego mózg zaczął reagować na narkotyk, zwalniając bieg myśli i wyraźnie pogłębiając konotacje każdej idei, każdego świadectwa zmysłów. Rzeczy nabrały ciężaru i rozmiarów, które dotąd pozostawały niezauważalne. Rewolwerowiec wyprostował się i wbił wzrok w splątany gąszcz wierzb, przez który przebijało się złocistą ukośną smugą słońce. Zanim ruszył dalej, śledził przez chwilę grę pyłków i malutkich fruwających drobin.

Narkotyk często wprawiał go w niepokój; jego osobowość była zbyt silna (albo może zbyt prosta), by sprawiało mu przyjemność zrzucenie skóry, obnażenie się, odsłonięcie na silniejsze emocje, które łechtały (i czasami irytowały) niczym kocie wąsy. Tym razem jednak był względnie spokojny. To dobrze.

Wyszedł na polanę i stanął w kręgu, pozwalając luźno biec myślom. Owszem, reakcja była teraz szybsza i mocniejsza. Trawa wrzeszczała na niego zielenią; wydawało mu się, że jeśli pochyli się i wytrze o nią ręce, zielona farba pokryje wszystkie palce i całe dłonie. Opanował figlarną pokusę, by to sprawdzić.

Wyrocznia jednak się nie odzywała. Nie czuł podniecenia: seksualnego ani żadnego innego.

Podszedł do ołtarza i na chwilę przy nim stanął. Koherentne myślenie było teraz prawie niemożliwe. Jego zęby dziwnie się czuły w głowie - małe nagrobki osadzone w wilgotnej różowej ziemi. Na świecie było za dużo światła. Wspiął się na ołtarz i położył na plecach. Jego umysł stał się dżunglą dziwnych myśli-roślin, których nigdy przedtem nie widział ani nie podejrzewał, że istnieją; wierzbową dżunglą, która wyrosła bujnie wokół strumienia meskaliny. Niebo było wodą i unosił się zawieszony nad jej taflą. Ta myśl przyprawiła go o zawrót głowy, który wydawał się jednak odległy i pozbawiony znaczenia.

Przypomniał sobie fragment starego wiersza, nie tamtej rymowanki, o nie; jego matka bała się leków i konieczności ich zażywania (podobnie jak bała się Corta i konieczności korzystania z usług tego dręczyciela chłopców); ten wiersz usłyszał od jednego z Manni mieszkających na północ od pustyni, gdzie ich klan żył wśród maszyn, które na ogół nie działały... a jeśli działały, czasami pożerały ludzi. Wiersz tłukł mu się po głowie, przypominając (w charakterystyczny dla meskalinowego transu luźny sposób) śnieg padający w szklanej kuli, którą miał jako dziecko - mistyczny i na pół fantastyczny śnieg.

Poza zasięgiem rodzaju ludzkiego

Kropelka piekła, dotyk dziwnego...

W drzewach, które rosły nad ołtarzem, pojawiły się twarze. Rewolwerowiec wpatrywał się w nie z niedbałym urzeczeniem. Oto smok, zielony i podrygujący, oto leśna nimfa dająca znaki konarami ramion, oto żywa trupia czaszka pokryta śluzem. Twarze. Twarze.

Trawa na polanie nagle pochyliła się i zafalowała.

Idę.

Idę.

Poczuł niewyraźne mrowienie. Jak daleko zaszedłem, pomyślał. Od baraszkowania z Susan w słodkim sianie na Zboczu aż do tego miejsca.

Przywarła do niego ciałem utkanym z wiatru, piersiami pachnącymi jaśminem, różą i kapryfolium.

- Przepowiedz przyszłość - rzekł, czując w ustach metal. - Powiedz, co powinienem wiedzieć.

Westchnienie. Niewyraźny odgłos płaczu. Przyrodzenie rewolwerowca podniosło się i stwardniało. Nad sobą i nad wyzierającymi z liści twarzami widział góry - twarde, brutalne, poszczerbione.

Ciało napierało na niego, walczyło z nim. Poczuł, jak jego dłonie zaciskają się w pięści. Wyrocznia zesłała mu wizję Susan. Nad sobą miał Susan, uroczą Susan Delgado, czekającą nań w opuszczonym szałasie poganiaczy bydła na Zboczu, ze spływającymi na ramiona i plecy włosami. Odrzucił do tyłu głowę, ale jej twarz podążyła za jego wzrokiem.

Jaśmin, róża, kapryfolium, stare siano... zapach miłości. Kochaj mnie.

- Przepowiedz przyszłość - powtórzył.

Proszę, zapłakała wyrocznia. Nie bądź zimny. Zawsze tu tak zimno...

Dłonie sunące po jego ciele, manipulujące, rozpalające w nim ogień. Przyciągające go. Perfumowana czarna szpara. Wilgotna i ciemna...

Nie. Sucha. Zimna. Sterylna.

Miej odrobinę litości, rewolwerowcze. Och proszę, błagam o zmiłowanie. Litości!

Czy ulitowałabyś się nad chłopcem?

Jakim chłopcem? Nie znam żadnego chłopca. To nie chłopców potrzebuję. Och, proszę.

Jaśmin, róża, kapryfolium. Suche siano ze swoim zapachem letniej koniczyny. Olejek ze starożytnych urn. Szaleństwo zmysłów.

- Później - powiedział. - Jeśli to, co powiesz, okaże się użyteczne.

Teraz. Proszę. Teraz.

Pozwolił, by jego umysł odsunął się od niej, stał się antytezą uczucia. Wiszące nad nim ciało znieruchomiało i jakby krzyknęło. Między skrońmi poczuł gwałtownie przeciąganą linę - to jego umysł był liną, szarą, splecioną z wielu włókien. Przez dłuższą chwilę słychać było tylko cichy szmer jego oddechu i szum wiatru, pod którego tchnieniem zielone twarze na drzewach unosiły się, mrugały, wykrzywiały w grymasie. Nie śpiewał żaden ptak.

Jej uścisk osłabł. Znów rozległ się cichy szloch. Musiał to załatwić szybko; wiedział, że w przeciwnym razie ona odejdzie. Pozostanie oznaczało dla niej utratę sił, być może nawet jej własny rodzaj śmierci. Czuł, jak staje się coraz chłodniejsza, jak przesuwa się, by opuścić kamienny krąg. Wiatr torturował trawę.

- Chcę usłyszeć przepowiednię - powiedział. - Chcę usłyszeć prawdę - dodał. - Jeszcze sroższe słowo.

Usłyszał płaczliwe, zmęczone westchnienie. Był już prawie gotów udzielić jej łaski, o którą błagała, ale przypomniał sobie Jake'a. Gdyby ostatniej nocy choć trochę się spóźnił, zastałby go martwego lub obłąkanego.

Więc zaśnij.

- Nie.

Więc zapadnij w półsen.

To, o co prosiła, było niebezpieczne, lecz prawdopodobnie konieczne. Rewolwerowiec obrócił wzrok ku twarzom w liściach. Dla jego rozrywki zaczęło się już tam przedstawienie. Rodziły się przed nim i upadały światy. Na lśniących piaskach, gdzie w abstrakcyjnych elektronicznych konwulsjach mozoliły się niespożyte maszyny, powstawały, chyliły się ku upadkowi i ponownie powstawały imperia. Koła, które niegdyś kręciły się bezgłośnie i szybko, teraz zwolniły, zaczęły skrzypieć i zgrzytać, stanęły. Piasek zasypał nierdzewne stalowe rynsztoki koncentrycznych ulic pod ciemnymi firmamentami, na których gwiazdy świeciły niczym zimne klejnoty. I wszędzie tam hulał słabnący wiatr zmian, niosąc ze sobą cynamonowy zapach późnego października. Rewolwerowiec patrzył, jak świat idzie naprzód.

I zapadł w półsen.

Trzy. To liczba twojego przeznaczenia.

Trójka?

Tak, trójka jest mistyczna. Trójka stoi w sercu twojej misji. Kolejna liczba przyjdzie później. Teraz jest nią trójka.

Jaka trójka?

Widzimy tylko we fragmentach, a w tym miejscu zwierciadło wyroczni pociemniało.

Powiedz mi, co możesz.

Pierwszy jest młody, ciemnowłosy. Stoi na krawędzi rozboju i morderstwa. Opętał go demon. Imię demona brzmi HEROINA.

Jaki to demon? Nie znam go, nawet z lekcji mojego nauczyciela.

Widzimy tylko we fragmentach, a w tym miejscu zwierciadło wyroczni pociemniało. Są inne światy, rewolwerowcze, i są inne demony. Te wody są głębokie. Wypatruj drzwi. Wypatruj róż i nieodnalezionych drzwi.

A drugi?

Druga przybywa na kołach. Nic więcej nie widzę.

A trzeci?

To śmierć. Ale nie dla ciebie.

Człowiek w czerni? Gdzie on jest?

Blisko. Będziesz z nim wkrótce mówił.

O czym będziemy mówić?

O Wieży.

Co z chłopcem? Co z Jakiem?

...

Opowiedz mi o chłopcu!

Chłopiec jest twoją furtką do człowieka w czerni. Człowiek w czerni jest twoją furtką do trójki. Trójka poprowadzi cię do Mrocznej Wieży.

Jak? Jak to możliwe? Dlaczego tak musi być?

Widzimy tylko we fragmentach, a w tym miejscu zwierciadło...

Niech cię diabli wezmą!

Nie weźmie mnie żaden diabeł.

Nie traktuj mnie protekcjonalnie. Jestem silniejszy od ciebie.

...

Jak mam się do ciebie zwracać? Gwiezdna dziwko? Kurwo wiatrów?

Niektórzy żywią się miłością, która nawet w tych smutnych złych czasach pojawia się w pradawnych miejscach.... Inni, rewolwerowcze, żywią się krwią. Z tego, co wiem, nawet krwią małych chłopców.

Czy chłopiec może nie ocaleć?

Tak.

W jaki sposób?

Zatrzymaj się, rewolwerowcze. Rozbij obóz i ruszaj na północny zachód. Na północnym zachodzie wciąż potrzebni są ludzie, którzy zarabiają na życie bronią palną.

Jestem zaprzysiężony. Przysiągłem na rewolwery mojego ojca i na zdradę Martena.

Martena już nie ma. Człowiek w czerni pożarł jego duszę. To już wiesz.

Przysiągłem.

W takim razie jesteś zgubiony.

Rób ze mną, co chcesz, dziwko.

VI

Gotowość.

Cień zawisł nad nim, pokrył go. Nagłą ekstazę zakłócała tylko galaktyka bólu, słabego i jasnego niczym wybuchające czerwone karły. W szczytowym momencie ich kopulacji ukazały mu się nieproszone twarze: Sylvii Pittston, Alice, kobiety z Tull, Susan i tuzina innych.

I w końcu, po chwili, która trwała wieczność, odsunął się od niej, ponownie w pełni władz umysłowych, skonany i zdegustowany.

Nie! To nie wystarczy! To...

- Puść mnie - powiedział. Usiadł i próbując wstać, o mało nie spadł z ołtarza. Dotknęła go nieśmiało,

(kapryfolium, jaśmin, słodki różany olejek)

a on odepchnął ją gwałtownie, padając na kolana.

Podniósł się i chwiejnym krokiem ruszył ku granicy kręgu. Przekroczywszy ją, czuł, jak wielki ciężar spada mu z ramion. Kiedy zaczerpnął tchu, z gardła wydarł mu się krótki szloch. Czy to, czego się dowiedział, było warte tego uczucia zbrukania? Nie miał pojęcia. W swoim czasie zapewne się dowie. Odchodząc, czuł jej obecność. Stała przy kratach swojego więzienia, patrząc, jak się oddala. Zastanawiał się, ile może minąć czasu, nim ktoś inny pokona pustynię i odnajdzie ją, wygłodniałą i samotną. Przez moment poczuł się bardzo mały w obliczu upływającego czasu.

VII

- Jesteś chory!

Widząc rewolwerowca, który wyszedł zza drzew, powłócząc nogami, Jake poderwał się z ziemi. Wcześniej siedział tuż przy ognisku, z kością żuchwy przed kolanami, obgryzając nerwowo królicze kości. Teraz podbiegł do rewolwerowca z tak zbolałą miną, że Roland poczuł paskudny ciężar zbliżającej się zdrady.

- Nie - odparł. - Nie jestem chory. Tylko zmęczony. Padam z nóg. Możesz ją puścić - dodał, wskazując niedbałym gestem kość żuchwy.

Jake odrzucił ją szybko i gwałtownie, po czym wytarł dłonie o koszulę. Jego górna warga podnosiła się i opadała w grymasie, który był zdaniem rewolwerowca zupełnie nieświadomy.

Rewolwerowiec usiadł - nieomal padł - czując ból w stawach i w poobijanej spuchniętej głowie. Zdawał sobie sprawę, że to smutne konsekwencje zażycia meskaliny. Jego krocze również pulsowało tępym bólem. Skręcił sobie papierosa z niespieszną, bezmyślną starannością. Jake obserwował go. Rewolwerowiec zapragnął nagle powtórzyć chłopcu wszystko, czego się dowiedział, i powiedzieć mu dan-dinh. Po chwili porzucił ze zgrozą ten pomysł. Zastanawiał się, czy jakaś jego cząstka - umysł lub dusza - nie ulega właśnie dezintegracji. Otworzyć swoje serce i umysł przed dzieckiem? To był chory pomysł.

- Prześpimy się tutaj - powiedział. - Jutro ruszamy w góry. Trochę później przejdę się i zobaczę, może uda się upolować coś na kolację. Musimy nabrać sił. Teraz się prześpię. W porządku?

- Jasne. Uderz w kimono.

- Nie rozumiem.

- Rób, co chcesz.

- Aha. - Rewolwerowiec kiwnął głową i położył się. Uderzyć w kimono, pomyślał. Uderzyć. W kimono.

Kiedy się obudził, na niewielkiej trawiastej polanie kładły się długie cienie.

- Rozpal ognisko - polecił Jake'owi, rzucając mu krzemień i krzesiwo. - Potrafisz się tym posługiwać?

- Tak, chyba tak.

Rewolwerowiec ruszył w stronę gaju wierzbowego, a potem stanął jak wryty w miejscu, słysząc głos chłopca.

- Iskierko-w-mroku, gdzie mój pan? - mruczał Jake i Roland usłyszał ostre klik-klink-klik-klink uderzającego o krzesiwo krzemienia. Odgłos przypominał ćwierkanie małego mechanicznego ptaka. - Czy się położę? Czy zostanę? Pobłogosław ten obóz ogniem.

Usłyszał to ode mnie, pomyślał rewolwerowiec, zdając sobie sprawę, że dostał gęsiej skórki i trzęsie się niczym mokry pies. Te słowa usłyszał ode mnie, choć nawet nie pamiętam, kiedy je powiedziałem. Czy zdradzę kogoś takiego? Och, Rolandzie, czy zdradzisz taki diament lśniący jasnym blaskiem na tym smutnym parszywym świecie? Czy cokolwiek może to usprawiedliwić?

To tylko słowa.

Tak, ale stare. Dobre słowa.

- Rolandzie - zawołał chłopiec. - Dobrze się czujesz?

- Ano - mruknął rewolwerowiec i w nozdrza uderzył go słaby zapach dymu. - Rozpaliłeś ogień.

- Tak - odparł chłopiec.

Roland, nie odwracając się, wiedział, że się uśmiecha. Skręcił w lewo, tym razem omijając gaj. W miejscu, gdzie zaczynało się otwarte wzniesienie, schował się w cieniu. Słysząc trzaskanie rozpalonego przez Jake'a ogniska, uśmiechnął się.

Stał bez ruchu przez dziesięć, piętnaście, dwadzieścia minut. W końcu nadeszły trzy króliki i pociągnął za spust. Następnie oprawił je ze skóry, wypatroszył i wrócił do obozu. Jake zdążył już zagotować wodę nad ogniskiem.

Rewolwerowiec pokiwał z uznaniem głową.

- Dobrze się spisałeś.

Chłopiec pokraśniał z radości i bez słowa oddał mu krzesiwo i krzemień.

W czasie gdy gotował się gulasz, rewolwerowiec wykorzystał ostatnie promienie słońca, żeby wrócić do gaju wierzbowego. Przy pierwszym oczku wodnym ściął twarde pędy, które rosły blisko bagnistego brzegu. Później, gdy Jake zaśnie i wypali się ognisko, miał zamiar spleść je w liny, które mogły im się przydać. W gruncie rzeczy nie spodziewał się jednak, by wspinaczka okazała się szczególnie trudna. Czuł funkcjonujące pod powierzchnią rzeczy ka i przestał się już temu dziwić.

Pędy zakrwawiły zielonym sokiem jego ręce, kiedy niósł je tam, gdzie czekał na niego Jake.

O świcie wstali i spakowali się w pół godziny. Rewolwerowiec miał nadzieję, że ustrzeli kolejnego królika na łące, ale czasu było mało i żaden się nie pokazał. Tobołek z jedzeniem był teraz tak mały, że mógł go z łatwością nieść Jake. Chłopiec zahartował się; było to wyraźnie widać.

Rewolwerowiec niósł bukłaki, które napełnił świeżą wodą ze strumienia. Tors owinął trzema linami z pędów. Obeszli szerokim łukiem kamienny krąg (rewolwerowiec obawiał się, że chłopca może ogarnąć lęk, ale kiedy mijali ołtarz, idąc górą, Jake przyjrzał mu się tylko przelotnie i zaraz potem zainteresował się szybującym wysoko ptakiem). Wkrótce drzewa zrobiły się mniejsze i nie tak bujne. Miały powykrzywiane pnie, ich korzenie wydawały się walczyć z ziemią, wysysając z niej z udręką soki.

- To wszystko jest takie stare - powiedział ponuro Jake, gdy zatrzymali się, żeby odpocząć. - Czy nie ma tu niczego młodego?

Rewolwerowiec uśmiechnął się i trącił go łokciem.

- Ty jesteś młody.

Jake odpowiedział bladym uśmiechem.

- Czy wspinaczka będzie trudna?

Rewolwerowiec spojrzał na niego ze zdziwieniem.

- Góry są wysokie. Nie wydaje ci się, że wspinaczka powinna być trudna?

Jake zmierzył go roztargnionym spojrzeniem.

- Nie - odparł.

Ruszyli w dalszą drogę.

VIII

Słońce stało w zenicie krócej, niż wtedy, gdy przemierzali pustynię, a potem powędrowało dalej, zwracając im ich cienie. Skalne półki wyrastały ze zboczy niczym zakopane w ziemi poręcze olbrzymich foteli. Trawa była pożółkła i wyschnięta. Na koniec drogę przecięła im głęboka jak komin szczelina i musieli wspiąć się na niewielką osypującą się skałę, żeby ją ominąć. Stary granit pokruszył się, pozostawiając podobne do szczebli rysy, i zgodnie z tym, czego się obaj spodziewali, wspinaczka przynajmniej na początku okazała się dość łatwa. Po jakimś czasie zatrzymali się na szerokiej na cztery stopy półce i spojrzeli na pustynię otaczającą góry niczym wielkie żółte łapsko. Świeciła ku nim z oddali białą tarczą, która raziła oko, a w większej odległości rozmywała się w falach rozgrzanego powietrza. Rewolwerowiec uświadomił sobie z pewnym zdziwieniem, że o mało tam nie zginął. Z miejsca, gdzie stali, delektując się nowym dla nich chłodem, pustynia z pewnością wydawała się imponująca, lecz nie zabójcza.

Po chwili ruszyli dalej, pokonując osypiska kamieni i wspinając się na czworakach po nakrapianej kwarcem oraz miką, pochyłej skale. Granit był przyjemnie ciepły w dotyku, ale powietrze zdecydowanie chłodniejsze. Późnym popołudniem rewolwerowiec usłyszał odgłos grzmotu, lecz wznoszące się przed nimi góry zasłaniały widok na drugą stronę, gdzie padał deszcz.

Kiedy cienie przybrały barwę fioletu, rozbili obóz pod skalnym nawisem. Rewolwerowiec rozpostarł koc, tworząc z niego rodzaj namiotu. Usiedli w jego wejściu i patrzyli, jak niebo osłania świat peleryną. Jake zwiesił nogi, które zadyndały nad przepaścią. Rewolwerowiec skręcił sobie wieczornego papierosa i zmierzył chłopca rozbawionym spojrzeniem.

- Nie obracaj się we śnie - powiedział - bo możesz obudzić się w piekle.

- Nie będę się obracał - odparł poważnym tonem Jake. - Moja matka mówi... - dodał i nagle urwał.

- Co takiego mówi?

- Że śpię jak zabity - dokończył Jake.

Rewolwerowiec zobaczył, że drżą mu wargi i próbuje powstrzymać łzy. To tylko mały chłopiec, pomyślał i przeszył go ból, zimny niczym wbijający się w czoło lodowy sopel. To tylko mały chłopiec. Dlaczego? Głupie pytanie. Gdy jakiś chłopiec zraniony na ciele lub duszy zadawał je, krzycząc, Cortowi, tej pokiereszowanej starej, machinie bojowej, której zadaniem było nauczenie synów rewolwerowców początków tego, czego musieli się nauczyć, Cort odpowiadał mu: "Dlaczego" to zakrzywiona litera i nie sposób jej wyprostować... nigdy nie zastanawiaj się dlaczego, po prostu wstawaj, ofermo. Wstawaj! Dzień jest jeszcze młody!

- Dlaczego tutaj jestem? - zapytał Jake. - Dlaczego wyleciało mi z głowy wszystko, co było przedtem?

- Dlatego że ściągnął cię tu człowiek w czerni - odpowiedział rewolwerowiec. - I z powodu Wieży. Wieża stoi jakby w punkcie przecięcia energii. W czasie.

- Nie rozumiem tego!

- Ja też - przyznał rewolwerowiec. - Ale coś się dzieje. W moim własnym czasie. Świat poszedł naprzód, mówimy... stale to mówiliśmy. Teraz jednak posuwa się szybciej. Coś się stało z czasem. Robi się bardziej miękki.

Siedzieli w milczeniu. Spod ich stóp zerwał się wiatr, niezbyt mocny, lecz kąśliwy, i zaświstał w skalnej szczelinie.

- Skąd pochodzisz? - zapytał Jake.

- Z miejsca, które już nie istnieje. Znasz Biblię?

- Jezus i Mojżesz. Jasne.

Rewolwerowiec uśmiechnął się.

- Zgadza się. Mój kraj miał biblijną nazwę. Nazywał się Nowy Kanaan. Kraina mlekiem i miodem płynąca. W biblijnym Kanaanie grona winnej latorośli były podobno tak wielkie, że ludzie musieli wozić je saniami. U nas nie rosły takie duże, ale to był słodki kraj.

- Słyszałem o Ulissesie - oznajmił z wahaniem Jake. - Czy o nim też piszą w Biblii?

- Może - odparł rewolwerowiec. - Nigdy jej dokładnie nie przestudiowałem i nie wiem na pewno.

- Ale inni... twoi przyjaciele.

- Nie ma innych - przerwał rewolwerowiec. - Ja jestem ostatni.

Na niebie pojawił się wąski, wyjałowiony księżyc i spojrzał z ukosa na rumowisko, na którym siedzieli.

- Czy był ładny? Ten twój kraj?

- Był piękny - odparł z roztargnieniem rewolwerowiec. - Były tam pola, rzeki i mgły o poranku. Ale te rzeczy są tylko ładne. Moja matka mówiła, że jedyne prawdziwe piękno opiera się na porządku, miłości i świetle.

Jake mruknął bez przekonania.

Paląc papierosa, rewolwerowiec przypominał sobie przeszłość - wieczory w Wielkiej Sali, setki bogato odzianych postaci sunących dostojnym krokiem w rytmie walca albo szybszego pol-kam, Aileen Ritter - tę, którą, jak sądził, wybrali dla niego rodzice - wspartą na jego ramieniu, jej oczy jaśniejsze od najdroższych klejnotów, kryształowe żyrandole, których elektryczne światło migotało w świeżo ułożonych fryzurach kurtyzan oraz ich nieco cynicznych gachów. Sala była ogromna - wyspa światła, której czasu powstania nie sposób było określić, podobnie jak nie sposób było określić wieku całego Centralnego Miejsca, składającego się z prawie stu kamiennych zamków. Od chwili kiedy tam ostatnio był, minęło nie wiadomo ile czasu, a odchodząc stamtąd wówczas, by wyruszyć śladem człowieka w czerni, Roland odwracał z bólem twarz. Już wtedy jednak ściany legły w gruzach, dziedzińce zarosły zielskiem, nietoperze zagnieździły się między wielkimi belkami Wielkiej Sali, a w galeriach szumiały miękko jaskółcze skrzydła. Pola, na których Cort uczył ich strzelania z łuku, obchodzenia się z bronią palną i sokolnictwa, zarosły trawą, tymotką i dzikim winem. W wielkiej rozbrzmiewającej echem kuchni, gdzie Hax utrzymywał kiedyś swój własny wonny dwór, żyła groteskowa kolonia Powolnych Mutantów, które łypały na niego ze spowitej w litościwym mroku spiżarni i z zakamarków pod kolumnami. Ciepłe opary, przesycone niegdyś drażniącym nozdrza zapachem wołowej i wieprzowej pieczeni, zostawiły po sobie wilgotny lepki mech, a w kątach, tam gdzie nie ośmielały się zapuszczać nawet Powolne Mutanty, rosły ogromne białe muchomory. Klapa do wielkiej dębowej piwniczki była otwarta i wydobywał się z niej odór najwyraźniejszy ze wszystkich - ostra woń wina, które zmieniło się w ocet, woń, która zdawała się symbolizować z bezapelacyjną nieuchronnością wszystko, co składa się na rozkład i zgniliznę. Pozostawienie tego za sobą i zwrócenie twarzy na południe nie wymagało od niego wewnętrznej walki, ale kiedy odchodził, bolało go serce.

- Czy wybuchła jakaś wojna? - zapytał Jake.

- Nawet lepiej - odparł rewolwerowiec i wyrzucił jarzący się niedopałek. - Wybuchła rewolucja. Wygraliśmy wszystkie bitwy i przegraliśmy wojnę. Tej wojny nikt nie wygrał, z wyjątkiem może szabrowników. Przez długie lata zbierali jeszcze bogate łupy.

- Żałuję, że mnie wtedy nie było - powiedział z zadumą Jake.

- Tak uważasz?

- Tak.

- Pora się obrócić, Jake.

Chłopiec, którego prawie nie widać było w mroku, obrócił się na drugi bok i zwinął pod okrywającym go luźno kocem. Rewolwerowiec może jeszcze przez godzinę pełnił przy nim wartę, snując długie, trzeźwe myśli. Tego rodzaju medytacje były dla niego czymś nowym, na swój melancholijny sposób słodkim, aczkolwiek kompletnie pozbawionym praktycznego znaczenia: nie istniało inne rozwiązanie problemu Jake'a prócz tego, które zaproponowała Wyrocznia, a zawrócenie z drogi nie wchodziło po prostu w grę. W tej sytuacji mogły tkwić przesłanki tragedii, lecz rewolwerowiec tego nie widział; spostrzegał wyłącznie fatum, które było tam zawsze. W końcu górę wzięło jego bardziej naturalne usposobienie i zasnął głębokim, pozbawionym wizji snem.

IX

Nazajutrz wspinaczka stała się trudniejsza. Posuwali się dalej w stronę wąskiej, przypominającej literę V szczeliny, którą wiodła droga przez góry. Rewolwerowiec wspinał się powoli, nie widząc potrzeby pośpiechu. Ślad człowieka w czerni nie odcisnął się w martwym kamieniu, ale rewolwerowiec wiedział, że szedł przed nimi tą drogą - nie tylko dlatego, że on i Jake widzieli wcześniej, jak podąża nią, mały i podobny do robaka. Jego zapach przynosił każdy chłodny powiew wiatru. Był oleisty i zgryźliwy, tak samo gorzki jak zapach diabelskiego ziela.

Włosy Jake'a urosły i kręciły się teraz lekko na opalonym karku. Wspinał się dzielnie, stawiając pewnie stopy i nie okazując lęku przestrzeni, kiedy pokonywali pionowe uskoki i pięli się po pokrytych występami ścianach. Dwa razy wdrapał się tam, gdzie nie udało się to rewolwerowcowi, i przymocował linę, po której ten zdołał wspiąć się w górę.

Nazajutrz rano wspinali się w zimnych wilgotnych strzępach chmur, które zasłoniły leżące niżej spiętrzone zbocza. Tu i ówdzie, w głębszych szczelinach pojawiły się połacie twardego ziarnistego śniegu, który błyszczał jak kwarc i miał suchą piaskową fakturę. Tego popołudnia znaleźli pojedynczy ślad stopy, odciśnięty na jednej ze śnieżnych połaci. Jake przyglądał mu się przez chwilę ze straszliwą fascynacją, jakby spodziewał się, że człowiek w czerni zmaterializuje się w miejscu, gdzie postawił stopę. Rewolwerowiec poklepał go po ramieniu i wskazał ręką do przodu.

- Ruszaj. Robi się późno.

W ostatnich promieniach słońca rozbili obóz na szerokiej płaskiej półce, na północny wschód od szczeliny, która wiodła w głąb gór. Powietrze było mroźne; ich oddechy zamieniały się w obłoczki pary. Rozbrzmiewający w czerwonofioletowej poświacie wilgotny pomruk grzmotu był nierzeczywisty, lekko obłędny.

Rewolwerowiec myślał, że chłopiec zechce się od niego czegoś dowiedzieć, ten jednak nie zadał mu żadnych pytań. Prawie natychmiast zapadł w sen. Rewolwerowiec poszedł za jego przykładem. Ponownie przyśnił mu się Jake jako alabastrowy święty z gwoździem przebijającym czoło. Obudził się z jękiem, czując w płucach zimne, rozrzedzone powietrze. Jake spał przy jego boku, ale nie miał spokojnego snu; kręcił się i mamrotał, ścigając własne upiory. Rewolwerowiec położył się z powrotem i z ciężkim sercem zasnął.

X

Tydzień po tym jak Jake zobaczył ślad stopy, rewolwerowiec stanął na krótki moment twarzą w twarz z człowiekiem w czerni. Miał wówczas wrażenie, że potrafi zrozumieć brzemienne implikacje samej Wieży, albowiem ten moment wydawał się trwać wiecznie.

Kontynuując wędrówkę na południowy zachód, pokonali mniej więcej połowę drogi przez gigantyczne górskie pasmo. W chwili gdy myśleli, że wspinaczka okaże się po raz pierwszy naprawdę trudna (wiszące nad nimi lodowe nawisy i skalne ostrogi przyprawiały rewolwerowca o nieprzyjemny zawrót głowy), zaczęli schodzić bokiem wąskiej przełęczy. Zygzakowatą ścieżką dotarli na dno kanionu, gdzie po oblodzonych kamieniach płynął rozhukany strumień, zasilany wodą spadającą z leżącego gdzieś wyżej stawu.

Po południu tego dnia chłopiec przystanął i spojrzał przez ramię na rewolwerowca, który mył twarz w strumieniu.

- Czuję jego zapach - powiedział.

- Ja też.

Góry wystawiły przed nimi ostatnią linię obrony - potężny blok niepokonanego granitu, którego szczyt ginął w zasnutej chmurami nieskończoności. Za każdym zakrętem strumienia rewolwerowiec spodziewał się zobaczyć wysoki wodospad i gładką skałę, która zagrodzi im dalszą drogę. Ale górskie powietrze skracało w dziwny sposób odległość i dopiero nazajutrz stanęli przed wielką granitową ścianą.

Rewolwerowiec znowu miał wrażenie, że coś ciągnie go do przodu. Nie mógł oprzeć się przeświadczeniu, że wszystko znalazło się wreszcie w jego zasięgu. Choć przeżywał już coś takiego wiele razy, musiał się powstrzymywać, żeby nie biec kłusem.

- Zaczekaj! - Chłopiec nagle się zatrzymał. Strumień zakręcał przed nimi pod kątem prostym; woda kipiała i pieniła się, obmywając wielki piaskowcowy głaz. Przez cały ranek szli w cieniu gór; wąwóz robił się coraz węższy. Jake gwałtownie dygotał i pobladła mu twarz.

- O co chodzi?

- Wracajmy - szepnął Jake. - Szybko stąd wracajmy.

Rewolwerowiec miał twarz jak z drewna.

- Proszę.

Chłopiec próbował powstrzymać drżenie podbródka. Zza ciężkiego kamiennego wału wciąż dobiegał pomruk gromu, regularny niczym warkot wgryzających się w ziemię maszyn. Rąbek nieba, który widzieli, przybrał odcień burzliwej gotyckiej szarości. Nad ich głowami walczyły zimne i ciepłe prądy powietrzne.

- Proszę! Proszę! - Chłopiec podniósł pięść, jakby chciał uderzyć rewolwerowca w pierś.

- Nie.

Jake spojrzał na niego ze zdumieniem.

- Masz zamiar mnie zabić - oświadczył. - On zabił mnie za pierwszym razem, ty zabijesz mnie teraz. I chyba o tym wiesz.

Rewolwerowiec poczuł na końcu języka kłamstwo i wymówił je.

- Nic ci nie będzie - odparł i po chwili dodał jeszcze większe kłamstwo: - Zaopiekuję się tobą.

Jake poszarzał na twarzy i nie powiedział nic więcej. Wyciągnął niechętnie dłoń i pokonał razem z rewolwerowcem ostry zakręt, trzymając go za rękę. Po drugiej stronie zobaczyli przed sobą skalną ścianę i człowieka w czerni.

Stał nie więcej niż dwadzieścia stóp nad nimi, po prawej stronie wodospadu, który tryskał z wielkiego poszczerbionego otworu w skale. Niewidoczny wiatr marszczył i szarpał jego szatę i kaptur. W jednej ręce trzymał laskę, drugą wyciągnął ku nim w drwiącym geście pozdrowienia. Wyglądał jak prorok; i pod tym pochmurnym niebem, stojąc wysoko na skalnej półce, wydawał się prorokiem zagłady. Jego głos był głosem Jeremiasza.

- Rewolwerowcze! Jakże trafnie wypełniasz przepowiednie starożytnych! Dzień dobry ci, dzień dobry, dzień dobry!

Ukłonił się ze śmiechem, który zagłuszył odgłos spadającej wody.

Bez jednej myśli rewolwerowiec wyciągnął broń. Chłopiec schował się skulony za jego prawym ramieniem.

Roland wypalił trzy razy, nim zdołał opanować zdradzieckie dłonie - mosiężne tony wystrzałów odbiły się echem od wznoszących się dookoła kamiennych ścian doliny, zagłuszając szum wody i wiatru.

Odłamki po pierwszym strzale odprysnęły od skały nad głową człowieka w czerni; odłamki po drugim na lewo, odłamki po trzecim na prawo od jego kaptura. Wszystkie trzy strzały były chybione.

Człowiek w czerni roześmiał się - zdrowym serdecznym śmiechem, nic sobie nie robiąc z zamierającego echa wystrzałów.

- Czyżbyś chciał uśmiercić tak szybko wszystkie swoje pytania, rewolwerowcze?

- Zejdź na dół - powiedział Roland. - Zrób to, błagam cię, to znajdziemy wszystkie odpowiedzi.

Ponownie rozległ się potężny szyderczy śmiech.

- To nie twoich pocisków się boję, Rolandzie. Przerażeniem napełnia mnie twój koncept odpowiedzi.

- Zejdź na dół.

- Porozmawiamy chyba po drugiej stronie - odparł człowiek w czerni. - Po drugiej stronie odbędziemy dłuższą naradę. Długo ze sobą pogadamy. - Jego oczy spoczęły na Jake'u. - Tylko my obaj - dodał.

Chłopiec cofnął się z cichym jękiem, a człowiek w czerni odwrócił się... jego habit załopotał niczym skrzydło nietoperza... i zniknął w skalnej szczelinie, z której z furią lała się woda. Rewolwerowiec całą siłą woli powstrzymał się od posłania za nim pocisku. Czyżbyś chciał uśmiercić tak szybko wszystkie swoje pytania, rewolwerowcze?

Teraz słychać było tylko szum wiatru i wody, dźwięki, które rozbrzmiewały w tym opuszczonym miejscu od tysiąca lat. A jednak tuż przed chwilą był tu człowiek w czerni. Po dwunastu latach Roland zobaczył go z bliska, rozmawiał z nim. I człowiek w czerni wyśmiał go.

Po drugiej stronie odbędziemy dłuższą naradę. Długo ze sobą pogadamy.

Chłopiec spojrzał na niego, drżąc na całym ciele. Przez chwilę rewolwerowcowi wydawało się, że na jego twarz nakłada się twarz Allie, kobiety z Tull. Blizna na jej czole lśniła niczym nieme oskarżenie i poczuł do nich obojga głęboką niechęć (dopiero później uświadomił sobie, że zarówno blizna Alice, jak i gwóźdź, który przebijał w jego snach czoło Jake'a, znajdują się dokładnie w tym samym miejscu). Jake przeczuwał chyba, w jakim kierunku biegną jego myśli. Z jego ust wydarł się jęk. Nie trwał długo; chłopiec zdusił go, zaciskając usta. Starał się zachowywać jak prawdziwy mężczyzna, być może ktoś, kto w swoim czasie sam zostałby rewolwerowcem.

Tylko my obaj.

Gdzieś w mrocznym, nieokreślonym zakamarku swojego ciała rewolwerowiec poczuł ogromne i bezbożne pragnienie, pragnienie, którego nie mogło zaspokoić żadne wino ani woda. Światy drżały nieomal w zasięgu jego palców, a on w jakiś instynktowny sposób starał się nie ulec deprawacji, zdając sobie jednocześnie chłodno sprawę, że takie starania są daremne i zawsze takimi pozostaną. Ostatecznie liczy się tylko ka.

Było południe. Podniósł wzrok, pozwalając, by niespokojne światło pochmurnego dnia oświetliło po raz ostatni zbyt wrażliwe słońce jego własnej prostolinijności. Tak naprawdę nikt nie płaci za to srebrem, pomyślał. Za wszelkie wyrządzone zło płaci się własną skórą.

- Chodź ze mną albo zostań - powiedział.

Chłopiec zareagował na to twardym ponurym uśmiechem - uśmiechem swojego ojca, choć o tym nie wiedział.

- A jeśli zostanę, nic mi nie będzie - mruknął. - Zostanę sam w górach i nic mi się nie stanie. Ktoś przyjdzie i mnie uratuje. Przyniesie mi ciastko i kanapki. I kawę w termosie. Nieprawdaż?

- Chodź ze mną albo zostań - powtórzył rewolwerowiec i poczuł, że coś się dzieje w jego umyśle. To było rozstanie, moment, w którym stojąca przed nim postać przestała być Jakiem i stała się wyłącznie chłopcem, bezosobowym bytem, który można było przesuwać i używać.

Coś krzyknęło w wietrznym bezruchu; usłyszeli to obaj, on i chłopiec.

Rewolwerowiec ruszył do przodu i po chwili Jake podążył w ślad za nim. Razem wdrapali się po skale obok chłodnego jak stal wodospadu i stanęli tam, gdzie jeszcze przed chwilą stał człowiek w czerni. I razem weszli tam, gdzie zniknął. Pochłonęła ich ciemność.

Rozdział 4POWOLNE MUTANTY

I

Rewolwerowiec przemawiał powoli do Jake'a w unoszących się i opadających inkantacjach człowieka, który mówi przez sen:

- Tamtej nocy było nas trzech: Cuthbert, Alain i ja. Nie powinniśmy tam się zakradać, ponieważ żaden z nas nie przeszedł jeszcze próby, która pozwoliłaby nam pożegnać się z dzieciństwem. Wciąż mieliśmy, jak to mówią, smarki w nosie. Gdyby nas złapano, Cort zdarłby z nas pasy. Ale nikt nas nie złapał. Nie wydaje mi się, żeby złapano kogokolwiek z tych, którzy zakradli się tam przed nami. Chłopcy muszą wkładać na osobności spodnie swoich ojców, muszą przechadzać się w nich dumnie przed lustrem, a potem wieszać potajemnie z powrotem w szafie; to było coś takiego. Ojciec udaje, że nie widzi inaczej powieszonych spodni ani wąsów, które wymalowali sobie pastą do butów pod nosem. Rozumiesz?

Chłopiec nie odpowiedział. Nie odezwał się ani słowem, odkąd przestało im przyświecać światło dnia. Rewolwerowiec przemawiał hektycznie, gorączkowo, żeby zagłuszyć jego milczenie. Nie oglądał się za siebie, kiedy weszli do krainy pod górami, ale chłopiec robił to. Rewolwerowiec śledził mijający dzień w miękkim zwierciadle jego policzka: najpierw był to odcień gasnącego różu, potem mlecznego szkła, potem bladego srebra, potem ostatniej wieczornej poświaty. Wreszcie nie zobaczył nic. Skrzesał ogień i ruszyli dalej.

W końcu rozbili obóz. Nie słyszeli echa kroków człowieka w czerni. Może też się zatrzymał, żeby odpocząć. A może przelatywał bez żadnych świateł pozycyjnych przez spowite w mroku pieczary.

- Kotylion Nocy Zasiewów... albo, jak nazywali ten bal starsi, Commala, od słowa oznaczającego ryż... urządzano raz do roku w Zachodniej Sali - mówił dalej rewolwerowiec. - Jej oficjalna nazwa brzmiała Sala Przodków, ale my nazywaliśmy ją po prostu Zachodnią Salą.

Do ich uszu dotarł odgłos kapiącej wody.

- To był rytuał godowy, jak w końcu wszystkie wiosenne tańce. - Rewolwerowiec parsknął pogardliwie i bezduszne skały zmieniły jego śmiech w rzężenie wariata. - W dawnych czasach, głosiły książki, witano w ten sposób wiosnę, którą nazywano Nową Ziemią albo Świeżą Commala. Ale cywilizacja, sam rozumiesz...

Urwał, nie potrafiąc opisać zmiany, jaką sygnalizował ten pozbawiony wyrazu rzeczownik; nie potrafiąc opisać śmierci romantyzmu i pojawienia się jego przyziemnego sterylnego pogrobowca, świata podtrzymywanego przy życiu sztucznym oddechem splendoru i ceremonii; geometrycznych udawanych umizgów podczas Kotyliona Nocy Zasiewów, zastępujących prawdziwsze, bardziej szalone gryzmoły miłości, których treści mógł się jedynie mgliście domyślać; pustego przepychu zamiast grzesznych niszczących pasji, które niegdyś tworzyły i podtrzymywały królestwa. Odnalazł prawdę z Susan Delgado w Mejis, tylko po to, by ją ponownie stracić. Był sobie kiedyś król, mógł powiedzieć chłopcu; król Eld, którego krew, choć rozrzedzona, płynie w moich żyłach. Ale królowie się skończyli, chłopcze. Przynajmniej w świecie światła.

- Uczynili z tego coś dekadenckiego - oznajmił w końcu. - Zabawę. Grę.

W jego głosie zabrzmiała cała podświadoma odraza ascetyka i eremity. Gdyby jego twarz była lepiej widoczna, można by na niej dostrzec nowe uczucia - szorstkość i smutek, najczystszy rodzaj potępienia. To, co przede wszystkim tworzyło jego siłę, z biegiem lat nie zanikło ani nie osłabło. Na twarzy rewolwerowca wyraźnie malował się brak wyobraźni.

- Ale bal... - podjął po chwili. - Kotylion Nocy Zasiewów...

Chłopiec nie odzywał się ani o nic nie pytał.

- Wisiało tam pięć kryształowych żyrandoli z ciężkiego szkła. Oświetlenie było elektryczne. Wszystko skąpane było w świetle, wszystko było wielką wyspą światła.... Zakradliśmy się na jeden ze starych balkonów, które podobno nie były zbyt bezpieczne i zasłonięte sznurami. Ale byliśmy w końcu chłopcami, a chłopcy zawsze będą się zachowywać jak chłopcy. Dla nas wszystko było niebezpieczne, i co z tego? Czyż nie mieliśmy żyć wiecznie? Byliśmy o tym przekonani, mimo że opowiadaliśmy sobie, jaką chwalebną umrzemy śmiercią... Staliśmy tam wysoko nad wszystkimi i wszystko widzieliśmy. Nie pamiętam, żeby któryś z nas się odzywał. Po prostu się gapiliśmy, napawaliśmy się tym widokiem... Przy wielkim kamiennym stole siedzieli, jedząc mięso i przyglądając się tancerzom, rewolwerowcy i ich kobiety. Kilku rewolwerowców tańczyło, ale tylko kilku, i to tych młodszych. Wydaje mi się, że był wśród nich ten, który powiesił Haxa. Starszyzna przez cały czas siedziała i miałem wrażenie, że całe to światło, cywilizowane światło, wprawia ich w lekkie zażenowanie. Należeli do tych, których darzono respektem i których się bano, byli strażnikami, ale w tym tłumie kawalerów i ich miękkich kobiet wyglądali niczym stajenni... Cztery okrągłe stoły uginały się pod jadłem i przez cały czas się obracały. Od siódmej wieczorem aż do rana z kuchni bez przerwy donoszono półmiski. Stoły były niczym zegary, a nas dobiegał zapach pieczonej wieprzowiny, wołowiny, homarów, kurczaków i pieczonych jabłek. Zapachy zmieniały się, stoły obracały. Były lody i słodycze. Na wielkich płonących rożnach piekło się mięso... Marten siedział przy mojej matce i ojcu... widziałem ich nawet z tak dużej wysokości... i matka zatańczyła raz z Martenem, wirując niespiesznie po sali. Inni rozstąpili się i bili brawo, kiedy taniec się skończył. Rewolwerowcy nie klaskali, lecz mój ojciec powoli wstał i wyciągnął do niej ręce. A ona podeszła do niego z uśmiechem, wyciągając własne... To był niesłychanie ważny moment, chłopcze, czuliśmy to nawet my, ukryci tam wysoko. Mój ojciec objął już wcześniej panowanie nad swoim ka-tet, musisz to wiedzieć... nad Tet Rewolweru... i miał się stać Dinh Gilead, a może i całego Świata Wewnętrznego. Wszyscy o tym wiedzieli. Marten wiedział o tym lepiej niż ktokolwiek... to znaczy, z wyjątkiem być może Gabrielle Verriss.

Chłopiec przemówił w końcu, chociaż zrobił to z widoczną niechęcią.

- To była twoja matka?

- Ano. Gabrielle z Wód, córka Alana, żona Stevena, matka Rolanda. - Rewolwerowiec rozpostarł ręce w kpiącym geście, który miał mówić "Oto jestem, i cóż z tego?". A potem z powrotem położył je na kolanach.

- Mój ojciec był ostatnim panem światła.

Spojrzał na swoje dłonie. Chłopiec nie powiedział nic więcej.

- Pamiętam, jak tańczyli - ciągnął cicho rewolwerowiec. - Moja matka i Marten, doradca rewolwerowców. Pamiętam, jak tańczyli, powoli wirując, razem i oddzielnie, stawiając starodawne godowe kroki.

Spojrzał z uśmiechem na chłopca.

- Ale to przecież nic nie znaczyło, wiesz. Ponieważ władza została przekazana w sposób, o którym nikt z nich nie wiedział, ale który wszyscy rozumieli, i moja matka przypadła w udziale temu, kto dzierżył i sprawował tę władzę. Czyż nie tak właśnie było? Czyż nie podeszła do niego, kiedy skończył się taniec? Czyż nie uścisnęła jego dłoni? Czy nie bili im braw? Czyż cała sala nie rozbrzmiewała brawami, kiedy ci chłoptasie i ich miękkie damy oklaskiwali ich i wychwalali? Czyż nie tak właśnie było?

Gdzieś daleko w ciemności kapała gorzka woda. Chłopiec milczał.

- Pamiętam, jak tańczyli - powtórzył cicho rewolwerowiec. - Pamiętam, jak tańczyli...

Spojrzał na niewidoczne kamienne sklepienie i przez moment zdawało się, że obrzuci je zniewagami, zaatakuje, wyzwie - te ślepe i nieme masy niewrażliwego granitu, których kamiennym wnętrznościom powierzyli niczym mikroby swe kruche istnienie.

- Czyja ręka mogła trzymać nóż, który pozbawił życia mojego ojca? - zapytał.

- Jestem zmęczony - szepnął chłopiec i znowu nie dodał nic więcej.

Rewolwerowiec umilkł, a chłopiec położył się i podsunął sobie dłoń pod policzek. Skwierczący przed nimi mały płomyk już się dopalał. Rewolwerowiec skręcił sobie papierosa. Zdawało się, że wciąż widzi kryształowe żyrandole oczyma swojej pamięci; wciąż słyszy okrzyki aplauzu, pustego w wydrążonym świecie, który już wówczas toczył beznadziejną walkę z szarym oceanem czasu. Wspomnienie tej wyspy światła gorzko go raniło i wolałby jej nigdy nie oglądać, wolałby nie oglądać tego, jak przyprawiono rogi jego ojcu.

Przyglądając się chłopcu, wydmuchiwał dym z ust do nosa. Jak zataczamy dla siebie wielkie kręgi w środku ziemi, pomyślał. Chodzimy w kółko, wracając do punktu wyjścia i znowu zaczynając od początku: ponownego początku, który był zawsze przekleństwem jasnego dnia.

Ile czasu minie, nim zobaczymy znowu jego światło?

Zasnął.

Kiedy oddech rewolwerowca stał się długi, równy i regularny, chłopiec otworzył oczy i spojrzał na niego z bólem i miłością. Ostatni płomyk odbijał się przez chwilę w jednej z jego źrenic, a potem utonął w niej i chłopiec zapadł w sen.

II

Rewolwerowiec stracił w dużym stopniu poczucie czasu na pustyni, która była niezmienna; teraz stracił je do reszty, przemierzając te pozbawione światła podziemne korytarze. Żaden z nich nie miał czym zmierzyć upływającego czasu i koncept godzin stał się pusty, stracił dla nich wszelkie znaczenie. W pewnym sensie znaleźli się poza czasem. Dzień mógł być tygodniem, tydzień dniem. Szli, kładli się spać, jedli skąpe posiłki, które ich nie syciły. Towarzyszył im jedynie nieprzerwany szum wody drążącej drogę przez skałę. Podążali jej szlakiem i pili ją z płytkich sadzawek nasyconych solami mineralnymi, z nadzieją, że nie ma w niej nic, od czego mogliby się pochorować lub umrzeć. Od czasu do czasu rewolwerowcowi zdawało się, że widzi pod ich powierzchnią ulotne, podobne do gromnic dryfujące światełka, ale były to zapewne tylko projekcje jego mózgu, który nie zapomniał jeszcze światła. Mimo to ostrzegł chłopca, żeby nie wsadzał nogi do wody.

Dalmierz w jego głowie nieprzerwanie wiódł ich dalej.

Ścieżka przy podziemnej rzece (ponieważ była to ścieżka: wyrównana i lekko obniżona w stosunku do terenu po obu stronach) prowadziła stale w górę, ku źródłom. W regularnych odstępach mijali przekrzywione kamienne słupy, z których wystawały żelazne kółka; być może uwiązywano przy nich kiedyś woły lub konie pocztowe. W stojących przy każdym z nich stalowych dzbanach osadzono elektryczne pochodnie - teraz wszystkie martwe i ciemne.

W trakcie trzeciego popasu chłopiec trochę się oddalił. Rewolwerowiec słyszał cichą rozmowę kamyków poruszanych jego stopami.

- Ostrożnie - ostrzegł. - Nie widzisz, gdzie stąpasz.

- Czołgam się. Tu są... niech mnie!

- Co takiego?

Rewolwerowiec ukucnął i dotknął dłonią rękojeści rewolweru. Przez chwilę trwała cisza. Na próżno natężał wzrok.

- Tu są chyba tory kolejowe - powiedział w końcu niepewnym tonem chłopiec.

Rewolwerowiec wstał i stawiając przed sobą ostrożnie stopy, żeby nie wpaść w dziurę, ruszył powoli w stronę jego głosu.

- Tutaj.

Z mroku wysunęła się ręka i musnęła jego twarz. Chłopiec świetnie sobie radził w ciemności, lepiej niż Roland. Jego oczy wydawały się rozszerzać tak bardzo, że ginął w nich wszelki kolor. Rewolwerowiec zobaczył to, gdy skrzesał ogień. W łonie gór nie było niczego, co mogłoby posłużyć za opał, a to, co zabrali ze sobą, szybko obracało się w popiół. Pokusa skrzesania ognia była chwilami prawie nie do opanowania. Odkryli, że potrzeba światła może być tak samo dotkliwa jak głód.

Chłopiec stał przy pochyłej skalnej ścianie, wzdłuż której biegły, znikając gdzieś w mroku, metalowe druty. Na każdy z nich nanizane były czarne węzły, które mogły być kiedyś przewodnikami prądu. Niżej, zaledwie kilka cali nad kamiennym podłożem, biegły szyny z lśniącego metalu. Co mogło po nich kiedyś mknąć? Rewolwerowiec mógł sobie tylko wyobrazić obłe elektryczne pociski, lecące przez tę wieczną noc, z budzącymi grozę, świecącymi z przodu oczyma. Nigdy nie słyszał o takich rzeczach, ale istniało wiele pozostałości starych światów, podobnie jak istniały demony. Rewolwerowiec spotkał kiedyś pustelnika, który zdobył quasi-religijną władzę nad trzódką żałosnych poganiaczy bydła dzięki temu, że miał starożytną pompę benzynową. Pustelnik kucał, obejmując ją zaborczym gestem, i wygłaszał szalone, bełkotliwe kazania. Co jakiś czas kładł między nogami wciąż błyszczącą stalową dyszę, dołączoną do zgniłego gumowego węża. Na pompie znajdował się całkowicie czytelny (chociaż nadgryziony przez rdzę) legendarny napis o nieznanym znaczeniu: AMOCO. Bezołowiowa. Amoco stało się totemem boga gromodzierżcy i czcili go, zarzynając owce i naśladując odgłos maszyn: Rumm! Rummm! Rum-rum-rummmmm!

Wraki, pomyślał rewolwerowiec. Pozbawione znaczenia wraki, zagubione na piaskach, które były niegdyś morzami.

A teraz te szyny.

- Pójdziemy wzdłuż nich - oznajmił.

Chłopiec nie odezwał się ani słowem.

Rewolwerowiec zgasił ogień i poszli spać.

Kiedy Roland się obudził, chłopiec, który wstał wcześniej, siedział na jednej z szyn, obserwując go niewidzącym spojrzeniem w ciemności.

Ruszyli wzdłuż torów niczym ślepcy, Roland pierwszy, chłopiec w ślad za nim. Towarzyszył im miarowy szum płynącej po prawej stronie rzeki. Nie rozmawiali ze sobą i tak minęły im trzy okresy pomiędzy przebudzeniem się i udaniem na spoczynek. Rewolwerowiec nie czuł potrzeby, by się nad czymś konkretnie zastanawiać albo coś planować. Miał pozbawione wizji sny.

Po trzecim popasie dosłownie wpadli na drezynę.

Rewolwerowiec walnął o nią piersią, a idący obok chłopiec uderzył się w czoło i z krzykiem przewrócił na ziemię.

Rewolwerowiec natychmiast skrzesał ogień.

- Nic ci się nie stało?

Jego słowa zabrzmiały ostro, prawie gniewnie. Chłopiec skrzywił się.

- Nic - odpowiedział.

Trzymając się ostrożnie za głowę, potrząsnął nią, żeby się upewnić, czy rzeczywiście nie doznał żadnego urazu. Po chwili przyjrzeli się temu, na co wpadli. Na torach stała płaska metalowa platforma z osadzoną pośrodku, podobną do huśtawki dźwignią, która znikała wśród połączonych ze sobą trybów. Rewolwerowiec nie miał pojęcia, do czego to służy, ale chłopiec od razu się zorientował.

- To drezyna - oświadczył.

- Co takiego?

- Drezyna - powtórzył niecierpliwie chłopiec. - Taka jak w starych komiksach. Zobacz.

Wdrapał się na platformę, podszedł do dźwigni i starając się przesunąć ją w dół, cały się na niej uwiesił. Drezyna potoczyła się z cichą bezczasowością po torach i stanęła kilkanaście cali dalej.

- Dobrze - rozległ się cichy mechaniczny głos, na którego dźwięk obaj podskoczyli. - Dobrze, pchnij zno...

Mechaniczny głos umilkł.

- Trochę ciężko chodzi - powiedział przepraszającym tonem chłopiec.

Rewolwerowiec wskoczył na platformę, stanął obok Jake'a i opuścił dźwignię w dół. Pojazd ruszył posłusznie do przodu, a potem zatrzymał się.

- Dobrze, pchnij znowu... - usłyszeli głos.

Rewolwerowiec czuł pod stopami obracający się wał napędowy. Jazda spodobała mu się, podobnie jak mechaniczny głos (chociaż nie miał zamiaru słuchać go dłużej niż to konieczne). Z wyjątkiem pompy w przydrożnym zajeździe była to pierwsza widziana przez niego od lat stara maszyna, która funkcjonowała, jak trzeba. Z drugiej strony drezyna trochę go zaniepokoiła. Dzięki niej dotrą do celu o wiele szybciej. Nie miał żadnych wątpliwości, że człowiek w czerni chciał, żeby ją znaleźli.

- Sprytne, nie? - mruknął chłopiec i w jego głosie zabrzmiała skrajna niechęć.

Zapadło głębokie milczenie. Roland słyszał, jak pracują jego organy wewnętrzne, słyszał kapanie wody i nic więcej.

- Stań po jednej stronie. Ja stanę po drugiej - powiedział Jake. - Musisz pompować sam, aż się porządnie rozpędzi. Wtedy będę mógł ci pomóc. Najpierw pchasz ty, potem ja. Możemy ruszać. Rozumiesz?

- Rozumiem - odparł rewolwerowiec.

- Ale musisz pompować sam, dopóki się nie rozpędzi - powtórzył chłopiec, wbijając w niego wzrok.

Rewolwerowiec zobaczył nagle wyraźnie przed oczyma Wielką Salę, mniej więcej rok po Kotylionie Nocy Zasiewów - stojącą w ruinie po rewolcie, wojnie domowej i inwazji. Chwilę później ujrzał Allie, naznaczoną blizną kobietę z Tull, odrzucaną do tyłu przez kule, które zabiły ją bez żadnego powodu - chyba że powodem jest odruch. W ślad za nią pojawiła się twarz Cuthberta Allgooda, zjeżdżającego ze śmiechem na spotkanie śmierci i wciąż dmącego w ten swój przeklęty róg... a potem twarz Susan, wykrzywiona i zalana łzami. Wszyscy moi starzy przyjaciele, pomyślał i wstrętnie się uśmiechnął.

- Pcham - powiedział.

Zaczął podnosić i opuszczać dźwignię, a kiedy znowu rozległ się głos ("Dobrze, pchnij znowu! Dobrze, pchnij znowu!"), obmacał palcami wspornik, o który była oparta. W końcu znalazł to, czego szukał: guzik. Nacisnął go.

- Do widzenia, przyjacielu - zadźwięczał wesoło głos i na kilka godzin na szczęście zamilkł.

III

Toczyli się w ciemności, teraz szybciej, nie musząc macać przed sobą rękoma. Mechaniczny głos rozległ się ponownie, proponując, żeby zjedli Crisp-A-La, a potem jeszcze raz, informując, że nic nie krzepi tak dobrze pod koniec ciężkiego dnia jak Larchies. Udzieliwszy tej drugiej rady, zamilkł na dobre.

Po jakimś czasie nieużywany od wieków mechanizm przetarł się i drezyna potoczyła się raźniej. Chłopiec nie próbował się wcale oszczędzać i rewolwerowiec pozwalał mu na krótkie zmiany - w większości jednak pompował sam silnymi skłonami, przy których napinały się mięśnie jego klatki piersiowej. Podziemna rzeka towarzyszyła im czasami bliżej, czasami dalej po prawej stronie. Raz zahuczała głośniej, jakby przepływała przez kruchtę jakiejś prehistorycznej katedry. Innym razem jej szum prawie zupełnie przycichł.

Szybkość i powiew wiatru zdawały się zastępować im wzrok i umieszczały z powrotem w ramach czasu. Rewolwerowiec oceniał, że jadą z prędkością od dziesięciu do piętnastu mil na godzinę, przez cały czas wznosząc się pod łagodnym, prawie niedostrzegalnym kątem, który zwodniczo wysysał z niego siły. Kiedy się zatrzymywali, spał jak kamień. Jedzenie prawie się im skończyło. Żaden z nich nie przejmował się tym.

Rewolwerowiec nie odczuwał napięcia przed zbliżającą się kulminacją, lecz było ono tak samo realne (i rosnące) jak fizyczne zmęczenie po jeździe drezyną. Zbliżali się do końca początku... albo przynajmniej on się zbliżał. Był niczym artysta wypchnięty na scenę na kilka minut przed podniesieniem kurtyny; stojąc w wymaganej pozie, z wykutą na blachę pierwszą kwestią, słyszał niewidoczną publiczność, która sadowiła się w fotelach i przewracała kartki programów. W brzuchu czuł wielką pulsującą gulę nikczemnego oczekiwania i z radością witał wysiłek, który pozwalał mu zasnąć. A kiedy zasnął, spał jak zabity.

Chłopiec odzywał się coraz rzadziej; tylko raz, w trakcie ostatniego popasu przed atakiem Powolnych Mutantów, zapytał rewolwerowca prawie nieśmiało o jego pasowanie.

- Chciałbym usłyszeć o tym coś więcej - powiedział.

Rewolwerowiec opierał się o dźwignię, trzymając w ustach papierosa nabitego tytoniem z szybko topniejących zapasów. Kiedy chłopiec zadał mu to pytanie, zapadał właśnie w swój pozbawiony wizji sen.

- Dlaczego chcesz to wiedzieć? - zapytał.

- Po prostu chcę - odparł chłopiec i umilkł. W jego głosie brzmiał dziwny upór, jakby starał się ukryć zakłopotanie. - Zastanawiałem się zawsze, jak to jest, kiedy się dorasta - dodał po chwili. - Na ogół opowiadają o tym same kłamstwa.

- To, o czym usłyszysz, nie było wcale dorastaniem - odparł rewolwerowiec. - Pierwszą z tych rzeczy, które składają się na dorastanie, zrobiłem chyba niedługo po tym, co usłyszysz...

- O tym, jak pokonałeś swojego nauczyciela - przerwał mu Jake. - O tym chcę usłyszeć.

Roland pokiwał głową. Oczywiście, o dniu, w którym przekroczył linię... To właśnie była historia, którą chłopiec mógł chcieć usłyszeć, jasne.

- Tak naprawdę zacząłem dorastać, dopiero kiedy tato wysłał mnie z domu. To się działo stopniowo, w różnych miejscach po drodze. - Na chwilę przerwał. - Widziałem kiedyś, jak wieszają nieczłowieka.

- Nieczłowieka? Nie rozumiem.

- Można go było dotknąć, lecz nie zobaczyć.

Jake pokiwał głową, najwyraźniej rozumiejąc.

- Był niewidzialny.

Roland uniósł brwi. Nigdy przedtem nie słyszał tego słowa.

- Tak mówisz?

- Tak.

- Więc niech ci będzie. Tak czy inaczej, byli ludzie, którzy nie chcieli, żebym to robił... czuli, że jeśli to zrobię, będą przeklęci, ale ten facet rozsmakował się w gwałcie. Wiesz, co to jest.

- Tak - odparł Jake. - I założę się, że niewidzialny człowiek był w tym dobry. Jak go złapałeś?

- To opowieść na inny dzień - odparł rewolwerowiec, wiedząc, że nie będzie innego dnia. Obaj wiedzieli, że nie będzie. - Dwa lata później zostawiłem dziewczynę w miejscu, które nazywało się Królewskim Miastem, chociaż tego nie chciałem...

- Na pewno chciałeś - stwierdził chłopiec i choć mówił cicho, w jego głosie zabrzmiała wyraźna pogarda. - Musiałeś gonić za tą swoją Wieżą, prawda? Musiałeś jechać dalej, tak jak ci kowboje w Sieci mojego taty.

Roland poczuł, że czerwieni się z gorąca, ale kiedy się odezwał, jego głos był spokojny.

- To stanowiło chyba ostatnią część - powiedział. - To znaczy, mojego dorastania. Ale wtedy o tym nie wiedziałem. Zawsze uświadamiałem to sobie dopiero później.

Z pewnym zażenowaniem zdał sobie sprawę, że nie mówi tego, co chciał usłyszeć chłopiec.

- Jeśli o to chodzi, przypuszczam, że pasowanie stanowiło część dorastania - powiedział niemal z urazą. - Było oficjalne. Prawie stylizowane; miało w sobie coś z tańca. - Roześmiał się nieprzyjemnie.

Chłopiec nie odezwał się.

- Trzeba się było sprawdzić w walce - zaczął rewolwerowiec.

IV

Lato było upalne.

Tamtego roku sierpień spadł na ziemię niczym wysysający krew kochanek, niszcząc grunty i plony dzierżawców, zmieniając w białą sterylną równinę pola wokół zamkowego miasta Gilead. Kilka mil na zachód, niedaleko granicy, która wyznaczała kres cywilizowanego świata, zaczęły się już walki. Wszystkie wieści były złe i wszystkie blakły w obliczu upału, który zapanował w Centralnym Miejscu. Bydło stało z wywieszonymi jęzorami w rzeźnych zagrodach. Świnie chrząkały obojętnie, nie chcąc kopulować, niepomne ostrzonych na jesień noży. Ludzie narzekali na podatki i pobór, tak jak czynili to zawsze; nic jednak nie kryło się za apatycznymi jasełkami polityki. Centrum wystrzępiło się niczym lichy dywanik, który zbyt często prano, wieszano, suszono i deptano. Osnowa, która trzymała ostatnie klejnoty na szyi świata, rozplatała się. Rzeczy nie trzymały się już razem. Tego lata ziemia wstrzymała oddech przed nadchodzącym zaćmieniem.

Chłopiec szedł korytarzem kamiennego zamku, który był jego domem, wyczuwając to wszystko, ale nie rozumiejąc. On także był pusty i niebezpieczny, czekał, by go czymś wypełnić.

Minęły trzy lata od egzekucji kucharza, który zawsze gotów był nakarmić łaknących chłopców. Roland urósł i nabrał ciała w biodrach i w barkach. Ubrany tylko w spłowiałe dżinsy czternastolatek wyglądał teraz jak mężczyzna, którym miał się stać: szczupły, tyczkowaty i szybki w nogach. Nie przespał się jeszcze z kobietą, ale strzelały za nim oczyma dwie młode dziewuchy pracujące u kupca w Zachodnim Mieście. Czuł, jak reaguje na to jego ciało, i teraz czuł to mocniej. Mimo że w korytarzu panował chłód, był zlany potem.

Przed sobą miał apartamenty matki. Chciał minąć je i wspiąć się na dach, gdzie wiał lekki wietrzyk i czekała go przyjemność ręki. Przechodząc obok drzwi, usłyszał wzywający go głos.

- Hej, ty! Chłopcze!

To był Marten, doradca. Odziany z podejrzaną, niepokojącą niedbałością w obcisłe niczym rajtuzy czarne wełniane spodnie i rozchyloną do połowy piersi białą koszulę. Miał zmierzwione włosy i uśmiechnięte usta, lecz jego rysy wykrzywiał szyderczy grymas. Pod spodem - w jego oczach - był wyłącznie chłód.

Chłopiec spojrzał na niego bez słowa.

- No wchodź! Nie stój tak na korytarzu. Twoja matka chce z tobą mówić - ponaglił go doradca.

Prawdę mówiąc, matka chłopca wcale nie chciała go widzieć. Siedziała w fotelu z niskim oparciem przy dużym oknie w salonie, tym, które wychodziło na rozgrzane, obojętne kamienie centralnego dziedzińca. Ubrana w luźną domową suknię, uparcie zsuwającą się z jej lewego ramienia, zerknęła na chłopca tylko raz - jej wargi rozchylił szybki smutny uśmiech podobny do promyka jesiennego słońca, padającego na wodę w strumieniu. W trakcie rozmowy spoglądała częściej na własne dłonie niż na syna.

Widywał ją teraz rzadko i wspomnienie dziecinnych kołysanek

(a gdy rano przyjdzie świt)

uleciało niemal z jego pamięci. Była dla niego ukochaną nieznajomą. Czuł niesprecyzowany lęk i zrodziła się w nim mglista nienawiść do Martena, najbliższego doradcy ojca.

- Dobrze się czujesz? - zapytała cicho matka, przyglądając się swoim dłoniom.

Marten stał przy niej, uśmiechając się do obojga. Jego ciężka ręka spoczywała niepokojąco blisko miejsca, gdzie jej białe ramię łączyło się z białą szyją. Brązowe oczy matki były ciemne, prawie czarne.

- Tak - odpowiedział chłopiec.

- Nauka idzie ci dobrze? Vannay jest zadowolony? I Cort?

Wymawiając to drugie imię skrzywiła się, jakby skosztowała czegoś gorzkiego.

- Staram się.

Oboje wiedzieli, że nie był tak błyskotliwy i inteligentny jak Cuthbert ani nawet tak szybki jak Jamie. Był kujonem, zakutą pałą. Nawet Alain lepiej się od niego uczył.

- A David? - Znała jego słabość do sokoła.

Chłopiec spojrzał na Martena, który protekcjonalnie się uśmiechał.

- Ma za sobą najlepsze lata - powiedział.

Matka chyba się skrzywiła; twarz Martena na moment pociemniała; jego dłoń ścisnęła mocniej jej ramię. A potem matka spojrzała przez okno na gorące białe niebo, i wszystko wróciło do normy.

To szarada, pomyślał chłopiec. Gra. Kto z kim tu gra?

- Masz szramę na czole - powiedział wciąż uśmiechnięty Marten, wskazując nonszalancko palcem ślad po ostatnim

(dziękuję za pouczający dzień)

uderzeniu Corta. - Zamierzasz być wojownikiem jak twój ojciec, czy może jesteś na to zbyt powolny?

Tym razem matka na pewno się skrzywiła.

- Jedno i drugie - odparł chłopiec. Spojrzał Martenowi prosto w oczy i boleśnie się uśmiechnął. Nawet tu, w salonie, było bardzo gorąco.

Marten przestał nagle szczerzyć zęby.

- Możesz już iść na dach, chłopcze - oznajmił. - Przypuszczam, że masz tam sprawę do załatwienia.

- Moja matka jeszcze mnie nie odprawiła, sługo.

Twarz Martena skrzywiła się, jakby smagnął go harapem. Chłopiec usłyszał, jak matka wymawia ze strachem i smutkiem jego imię. Mimo to nie przestał się uśmiechać i dał krok do przodu.

- Czy złożysz mi hołd, sługo? W imię mojego ojca, któremu służysz?

Marten gapił się na niego, nie wierząc własnym oczom.

- Odejdź - powiedział łagodnie. - Odejdź i zatrudnij czymś rękę.

Chłopiec wyszedł, raczej paskudnie się uśmiechając.

Kiedy zamykał za sobą drzwi i skręcał z powrotem tam, skąd przyszedł, usłyszał szloch matki. Szloch, który zwiastował czyjąś śmierć. A potem, nie do wiary, sługa jego ojca uderzył ją i kazał jej zamknąć dziób.

Zamknąć dziób!

Na koniec usłyszał śmiech Martena.

W dalszym ciągu się uśmiechając, ruszył, by poddać się próbie.

V

Jamie wrócił właśnie z targu i widząc, że Roland przecina pole ćwiczeń, podbiegł, żeby powtórzyć mu ostatnie plotki o rozlewie krwi i buntach na zachodzie. Nie powiedział jednak ani słowa. Znali się od niemowlęcych lat; jako chłopcy często tłukli się na pięści i tysiące razy penetrowali mury, w obrębie których się urodzili.

Chłopiec szedł dalej, omiatając go niewidzącym wzrokiem, wciąż z bolesnym uśmiechem na ustach. Zmierzał w stronę chaty Corta, w której spuszczone rolety strzegły wnętrza przed obłędnym skwarem. Cort uciął sobie popołudniową drzemkę, by móc w maksymalnym stopniu delektować się wieczorną wyprawą do zagubionych w labiryncie podzamcza plugawych burdeli.

W nagłym błysku intuicji Jamie domyślił się, co się zaraz wydarzy. Ogarnięty lękiem i ekstazą wahał się, czy iść razem z Rolandem, czy pobiec po innych chłopców.

A potem coś wyrwało go z transu i popędził w stronę zabudowań, wołając Cuthberta, Alaina i Thomasa. W upalnym powietrzu jego nawoływania brzmiały piskliwie i słabo. Wiedzieli, wszyscy wiedzieli, w ten podskórny sposób, w jaki wiedzą chłopcy, że Roland pierwszy z nich spróbuje przekroczyć granicę. Ale było na to za wcześnie.

Jadowity uśmieszek na twarzy Rolanda wywarł na nim większe wrażenie aniżeli wszelkie wieści o wojnach, buntach i czarach. To było coś ciekawszego niż słowa, które padały z bezzębnych ust nad upstrzonymi przez muchy główkami sałaty.

Roland zbliżył się do domku swojego nauczyciela i kopnął w drzwi, które otworzyły się i odbiły od bielonej wapnem ściany.

Nigdy wcześniej tu nie był. Zobaczył przed sobą urządzoną po spartańsku brązową chłodną kuchnię. Stół. Dwa proste krzesła. Dwie komody. Wyblakłe linoleum, poznaczone czarnymi śladami, biegnącymi od piwniczki do stołu i do kuchennego blatu, nad którym wisiały noże.

Prywatne miejsce człowieka publicznego. Wysłużona przystań szalonego nocnego hulaki, który pokochał surową miłością trzy pokolenia chłopców i wielu z nich pasował na rewolwerowców.

- Cort!

Chłopiec kopnął stół, który przeleciał przez kuchnię i uderzył w blat. Wiszące na ścianie noże posypały się na podłogę, migotliwe niczym bierki.

Z drugiej izby dobiegły odgłosy przeciągania się i senne chrząknięcie. Chłopiec nie wszedł tam, wiedząc, że to podstęp, wiedząc, że Cort natychmiast się obudził i stoi teraz przy drzwiach, łypiąc zdrowym okiem, gotów złamać kark nieostrożnemu intruzowi.

- Cort, chcę z tobą mówić, sługo!

Teraz odezwał się w Wysokiej Mowie i Cort otworzył drzwi. Był ubrany tylko w cienkie szorty - pokryty od stóp do głów bliznami i węzłami mięśni krępy mężczyzna z krzywymi nogami i okrągłym wystającym brzuchem. Chłopiec wiedział z doświadczenia, że ten brzuch jest sprężysty jak stal. Zdrowe oko tkwiło w pokiereszowanej, poobijanej łysej głowie.

Chłopiec złożył mu formalny ukłon.

- Nie będziesz mnie dłużej uczył, sługo. Dziś ja nauczę ciebie.

- Wcześnie się do mnie wybrałeś, mazgaju - odparł niedbale Cort, lecz także odezwał się w Wysokiej Mowie. - Co najmniej dwa lata za wcześnie, jak sądzę. Zapytam cię tylko raz. Czy chcesz się wycofać?

Chłopiec uśmiechnął się jadowicie i boleśnie. Dla Corta, który widział ten uśmiech na wielu śliskich od krwi, oświetlonych szkarłatną łuną polach honoru i hańby, stanowiło to wystarczającą odpowiedź - być może jedyną, w którą był w stanie uwierzyć.

- To fatalnie - ciągnął obojętnym tonem. - Byłeś najbardziej obiecującym uczniem... muszę powiedzieć, że najlepszym od dwudziestu paru lat. Przykro będzie patrzeć, jak ponosisz klęskę i idziesz na zatracenie. Ale świat poszedł naprzód. Zbliżają się złe czasy.

Chłopiec się nie odzywał (i gdyby go o to poproszono, nie potrafiłby sensownie wytłumaczyć, co w niego wstąpiło), lecz jego straszliwy uśmiech po raz pierwszy nieco złagodniał.

- A jednak więzy krwi to więzy krwi... bez względu na czary i rewoltę na zachodzie - oświadczył Cort. - Jestem twoim sługą, chłopcze. Wypełniam twe rozkazy i z całego serca składam ci teraz hołd... jeśli nawet to się już nigdy nie powtórzy.

I Cort, który tłukł go, kopał, ranił do krwi, przeklinał, wykpiwał i wyzywał od ostatnich, przyklęknął na jedno kolano i skłonił głowę.

Chłopiec dotknął z admiracją odsłoniętego, skórzastego karku.

- Powstań, sługo. W imię miłości.

Cort powoli się podniósł. Pod obojętną maską jego żłobionej głębokimi zmarszczkami twarzy krył się chyba ból.

- To wielka strata. Wycofaj się, chłopcze. Złamię swą własną przysięgę. Wycofaj się i zaczekaj.

Chłopiec nie odpowiedział.

- Bardzo dobrze. Skoro tak mówisz, niech ci będzie. - Głos Corta stał się oschły i rzeczowy. - Za godzinę. Ty wybierasz broń.

- Przyniesiesz swój kij?

- Zawsze go noszę.

- Ile razy ci go odebrano, Cort? - zapytał chłopiec.

Miał na myśli to, ilu chłopców wkroczyło na kwadratowy dziedziniec za Wielką Salą i opuściło go jako młodzi rewolwerowcy.

- Dzisiaj nikt nie odbierze mi mojego kija - wycedził powoli Cort. - Żałuję tego. Tę próbę można odbyć tylko raz, chłopcze. Za nadgorliwość wymierza się taką samą karę jak za słabość. Naprawdę nie możesz zaczekać?

Chłopiec przypomniał sobie stojącego nad nim Martena. Jego uśmiech. A potem dobiegający zza zamkniętych drzwi odgłos uderzenia.

- Nie - odparł.

- Bardzo dobrze. Jaką broń wybierasz?

Chłopiec nie odpowiedział.

Cort odsłonił w uśmiechu poszczerbione zęby.

- Na początek całkiem mądrze. Za godzinę. Zdajesz sobie sprawę, że najprawdopodobniej nigdy już nie zobaczysz swojego ojca, swojej matki ani swoich ka-dzidziusiów?

- Wiem, co oznacza banicja - odparł cicho Roland.

- Teraz odejdź i pomedytuj o twarzy twojego ojca. To ci dużo da.

Chłopiec odszedł, nie oglądając się za siebie.

VI

W piwniczce pod stodołą panował złudny chłód; w powietrzu unosił się zapach pajęczyn i podskórnej wody. Przez wąskie okna wpadały nakrapiane kurzem promienie słońca, ale nie czuć było skwaru; chłopiec trzymał tu sokoła i ptak wyraźnie to sobie chwalił.

David nie wypuszczał się już na podniebne łowy. Jego pióra straciły promienny blask sprzed trzech lat, lecz oczy pozostały nieruchome i przeszywające. Powiadają, że nie uda ci się zaprzyjaźnić z sokołem, jeśli sam nim nie jesteś: samotnym, przelotnie tylko goszczącym na tej ziemi, pozbawionym przyjaciół i nieodczuwającym potrzeby przyjaźni. Sokół nie spłaca miłosnych ani moralnych długów.

David był teraz starym sokołem. Chłopiec miał nadzieję, że on sam jest młodym.

- Haj - powiedział cicho i wyciągnął rękę w stronę żerdzi.

Sokół zszedł na jego dłoń i stanął tam nieruchomo, bez kaptura. Chłopiec sięgnął drugą ręką do kieszeni i wyjął z niej skrawek suszonego mięsa. Sokół wyrwał go zgrabnie spomiędzy palców i mięso zniknęło w jego dziobie.

Chłopiec zaczął go bardzo ostrożnie gładzić. Gdyby zobaczył to Cort, prawdopodobnie by nie uwierzył, ale Cort nie wierzył również, że nadszedł dla niego czas próby.

- Myślę, że dzisiaj umrzesz - powiedział, w dalszym ciągu gładząc sokoła. - Myślę, że zostaniesz złożony w ofierze, podobnie jak wszystkie te ptaszki, na których cię uczyliśmy. Pamiętasz? Nie? Nieważne. Po dzisiejszym dniu to ja będę sokołem i w każdą rocznicę tego dnia będę strzelać w niebo, by oddać cześć twojej pamięci.

David stał na jego nadgarstku, cichy, nieporuszony, obojętny na to, czy będzie żył, czy umrze.

- Jesteś stary - mówił z zadumą chłopiec. - I być może nie jesteś nawet moim przyjacielem. Jeszcze rok temu zamiast tego małego kawałka mięsa wolałbyś wydziobać mi oczy, prawda? Cort by się uśmiał. Ale jeśli zakradniemy się dość blisko... dość blisko tego przezornego człowieka... jeśli nie będzie nic podejrzewał... co ty na to, ptaku? Starość czy przyjaźń?

David nie odpowiedział.

Chłopiec nałożył mu kaptur, zabrał pęta, które wisiały przy skraju żerdzi, i wyszedł z sokołem ze stodoły.

VII

Dziedziniec za Wielką Salą w gruncie rzeczy nie był wcale dziedzińcem, lecz zielonym korytarzem, którego ściany tworzył splątany, gęsty żywopłot. Rytuał pasowania odbywał się tam od niepamiętnych czasów, na długo przed Cortem i jego poprzednikiem, Markiem, który zmarł od rany zadanej mu w tym miejscu przez czyjąś nadgorliwą rękę. Wielu chłopców opuszczało ten korytarz od strony wschodniej, skąd wchodził zawsze nauczyciel; opuszczali go jako mężczyźni. Wschodnie drzwi prowadziły ku Wielkiej Sali, ku cywilizacji i intrygom oświeconego świata. Znacznie więcej, pobitych i pokrwawionych, wymykało się drzwiami zachodnimi, przez które zawsze wchodzili chłopcy, wymykało się jako chłopcy do końca życia. Na zachodzie były farmy, a za farmami osadnicy; dalej były gęste dzikie lasy, za nimi Garlan, a za Garlanem pustynia Mohaine. Chłopiec, który stawał się mężczyzną, przechodził z krainy mroku i ciemnoty do królestwa światła i odpowiedzialności. Chłopiec, który został pobity, mógł już tylko uciekać, zawsze uciekać. Korytarz był gładki i zielony niczym boisko. Miał dokładnie pięćdziesiąt jardów długości. W samym środku był pas gołej ziemi. To była linia.

Przy każdym końcu tłoczyli się na ogół widzowie i krewni, ponieważ rytuał można było zwykle zapowiedzieć bardzo dokładnie - najczęściej odbywał się, gdy kandydat kończył osiemnaście lat (ci, którzy nie przystąpili do niego do dwudziestego piątego roku życia, popadali w zapomnienie jako wolni strzelcy, niezdolni do poddania się brutalnemu, rozstrzygającemu wszystko sprawdzianowi). Tego dnia nie było tam jednak nikogo oprócz Jamiego DeCurry, Cuthberta Allgooda, Alaina Johnsa i Thomasa Whitmana, którzy autentycznie przerażeni stali z rozdziawionymi gębami przy wejściu dla chłopców.

- Gdzie masz broń, głupcze? - syknął zbolałym szeptem Cuthbert. - Zapomniałeś zabrać broń!

- Mam ją - odparł chłopiec. Zastanawiał się mgliście, czy wieści o jego szaleńczym kroku dotarły już do głównych budynków, do matki i do Martena. Ojciec był na polowaniu i miał wrócić dopiero za kilka tygodni. Trochę tego żałował, czuł bowiem, że przyjąłby jego decyzję ze zrozumieniem, a może nawet aprobatą. - Czy Cort przyszedł?

- Cort już tu jest.

Głos dobiegł z drugiego końca korytarza i w polu widzenia pojawił się ubrany w krótki podkoszulek nauczyciel. Na czole miał grubą skórzaną opaskę, chroniącą oczy przed potem, kręgosłup usztywniał mu brudny pas. W ręku trzymał kij z żelaznego drzewa, z jednej strony zaostrzony, z drugiej tępy i wygładzony.

- Czy przybywasz tu z poważnym zamiarem, chłopcze? - zaczął litanię, którą wszyscy wybrani z racji swego wysokiego urodzenia (pochodzący w prostej linii od Elda) znali od wczesnego dzieciństwa, której uczyli się w oczekiwaniu na dzień, kiedy będą mieli szansę na to, żeby zostać mężczyznami.

- Przybywam tu z poważnym zamiarem.

- Czy przybywasz jako banita z domu twojego ojca?

- Przybywam jako banita, nauczycielu.

I miał pozostać banitą, chyba że pokona Corta. Jeśli Cort pokona jego, do końca życia czekał go los banity.

- Czy przybywasz z wybraną przez siebie bronią?

- Przybywam z nią, nauczycielu.

- Co jest twoją bronią?

Na tym polegała przewaga nauczyciela: miał sposobność dostosowania planu walki do procy, włóczni, sieci, bah albo łuku przeciwnika.

- Moją bronią jest David.

Cort zawahał się tylko przez moment. Był zaskoczony i niewykluczone, że zmieszany. To dobrze.

Chyba dobrze.

- Zatem stajesz naprzeciw mnie, chłopcze?

- Staję.

- W czyim imieniu?

- W imieniu mojego ojca.

- Podaj jego imię.

- Stephen Deschain, z rodu Elda.

- Więc się pospiesz.

Z tymi słowami Cort ruszył korytarzem, przerzucając z ręki do ręki swój kij. Z ust chłopów wydarło się trzepotliwe jak ptak westchnienie, kiedy ich dan-dinh8 wyszedł mu na spotkanie.

Moją bronią jest David.

Czy Cort zrozumiał? W pełni zrozumiał? Jeśli tak, wszystko było prawdopodobnie stracone. Sukces zależał od zaskoczenia - i od tego, ile jeszcze wigoru miał w sobie sokół. Czy będzie siedział obojętnie na ręku chłopca, podczas gdy Cort pozbawi go przytomności uderzeniem swojej piki? Czy nie poszuka schronienia na wysokim gorącym niebie?

Kiedy zbliżyli się do siebie, każdy po swojej stronie linii, chłopiec poluzował zdrętwiałymi palcami sokoli kaptur, który opadł na zieloną trawę. Cort zatrzymał się. Oczy starego wojaka spoczęły na ptaku i otworzyły się szeroko ze zdumienia. Powoli zaświtało w nich zrozumienie. Teraz pojmował.

- Och, ty mały głupcze - stęknął i słysząc jego słowa, Roland poczuł, jak ogarnia go nagła wściekłość.

- Bierz go! - krzyknął, podnosząc rękę.

I David pomknął niczym cichy brązowy pocisk do przodu. Machnął raz, drugi i trzeci masywnymi skrzydłami i wbił się dziobem i szponami w twarz Corta. W gorące powietrze trysnęły krople krwi.

- Haj! Roland! Pierwsza krew! Pierwsza krew na moim łonie! - zawołał pijany ze szczęścia Cuthbert i walnął się w pierś tak mocno, że siniak po uderzeniu nie schodził przez cały tydzień.

Cort zatoczył się do tyłu i stracił równowagę. Kij z żelaznego drzewa na próżno młócił powietrze nad jego głową. Sokół zmienił się w falujący pierzasty tłumok.

Chłopiec skoczył do przodu, wysuwając przed siebie rękę ze zgiętym sztywno łokciem. To była jego szansa, najprawdopodobniej jedyna, jaką miał.

Mimo to mało brakowało, by Cort okazał się od niego szybszy. Ptak zasłaniał dziewięćdziesiąt procent jego pola widzenia, ale kij uniósł się ponownie tępym końcem do przodu i Cort zrobił z zimną krwią jedyną rzecz, która mogła w tym momencie odwrócić bieg wydarzeń. Uderzył się trzy razy w twarz, napinając nieubłaganie bicepsy.

Sokół odpadł od niego połamany i poskręcany. Jedno skrzydło trzepotało gorączkowo o ziemię. Zimne oczy drapieżnika wpatrywały się dziko w ociekającą krwią twarz nauczyciela. Chore oko Corta spoglądało ślepo z oczodołu.

Chłopiec kopnął go z całej siły w skroń. To powinno zakończyć walkę, lecz nie zakończyło. Rysy Corta zwiotczały, chwilę później jednak rzucił się do przodu, próbując złapać go za stopę.

Chłopiec uskoczył, potknął się o własną nogę i wyciągnął jak długi na ziemi. Gdzieś z oddali dobiegł krzyk przerażonego Jamiego.

Cort dźwignął się na nogi. Szykował się do zakończenia walki. Roland nie miał już nad nim przewagi i obaj o tym wiedzieli. Przez moment patrzyli na siebie, uczeń i stojący nad nim nauczyciel z zakrwawioną lewą połową twarzy i łypiącą spod opuszczonej powieki wąską białą szparką chorego oka. Tej nocy Corta miały ominąć rozkosze burdelu.

Coś rozorało nagle dłoń chłopca. To był David, dziobiący na oślep wszystko, czego mógł dosięgnąć. Miał połamane oba skrzydła. To niewiarygodne, że jeszcze żył.

Chłopiec złapał go niczym kamień, nie zwracając uwagi na kłujący dziób, który rwał na strzępy skórę jego nadgarstka. Gdy Cort zbliżył się, cisnął w górę sokoła.

- Haj! David! Zabij!

Ułamek sekundy później Cort zasłonił słońce i zwalił się na niego całym swym ciężarem.

VIII

Ptak znalazł się między nimi. Chłopiec poczuł, jak twardy kciuk szuka jego oczodołu. Odwrócił głowę, podnosząc równocześnie udo, żeby zasłonić się przed wbijającym się w jego krocze kolanem Corta. Kantem dłoni uderzył mocno trzy razy w twardy pień jego karku. Przypominało to łupanie kamienia.

Nagle Cort wydał z siebie głuche stęknięcie i cały zadygotał. Chłopiec zobaczył kątem oka jego rękę, która szukała upuszczonego kija. Zwinąwszy się wpół, kopnął kij tak, by znalazł się poza jej zasięgiem. David wbił szpony jednej łapy w prawe ucho Corta, a drugą kaleczył bezlitośnie jego policzek, rozrywając go na strzępy. Pachnąca miedzią ciepła krew tryskała na twarz chłopca.

Pięść Corta spadła na ptaka, łamiąc mu grzbiet. Po drugim uderzeniu szyja Davida wygięła się pod nienaturalnym kątem. Mimo to szpony trzymały dalej. Cort nie miał już ucha; w jego czaszce ziała z boku czerwona dziura. Po trzecim ciosie ptak odpadł, uwalniając twarz nauczyciela.

Chłopiec uderzył go wtedy z całej siły kantem dłoni w grzbiet nosa, łamiąc wąską kość. Trysnęła krew.

Rozczapierzona ślepa dłoń Corta rozorała pośladki chłopca. Chciał ściągnąć mu spodnie i w ten sposób utrudnić ruchy. Roland przeturlał się na bok, znalazł kij i uklęknął.

Cort również uklęknął i uśmiechnął się. Nie do wiary, ale znajdowali się znowu po obu stronach linii, choć zamienili się pozycjami i Cort był teraz po tej stronie, po której Roland rozpoczął walkę. Twarz starego wojaka była zalana posoką. Jedyne widzące oko obracało się wściekle w oczodole. Złamany nos przekrzywił się na bok. Z obu policzków zwisały płaty skóry.

Chłopiec zaciskał w rękach kij nauczyciela, niczym czekający na rzut zawodnik.

Cort zgiął się wpół i ruszył na niego.

Chłopiec był gotów; w najmniejszym stopniu nie dał się nabrać na tę ostatnią sztuczkę, o której obaj wiedzieli, że jest marna. Kij zatoczył płaski łuk i rąbnął z głuchym trzaskiem w czaszkę Corta. Nauczyciel upadł na bok i utkwił w chłopcu niewidzące leniwe spojrzenie. Spomiędzy warg wypłynęła mu wąska strużka śliny.

- Poddaj się albo umrzesz - powiedział chłopiec. W ustach czuł mokrą watę.

I Cort uśmiechnął się. Odpływał już i przez cały następny tydzień miał leżeć w chacie, pogrążony w czarnym letargu, lecz teraz czepiał się świadomości z całą siłą swego bezbarwnego, bezlitosnego życia. W oczach chłopca ujrzał chęć rozmowy, i choć dzieliła ich zasłona krwi, zrozumiał, że to desperacka potrzeba.

- Poddaję się, rewolwerowcze. Poddaję się z uśmiechem. Tego dnia pamiętałeś oblicze swojego ojca i wszystkich, którzy byli przed nim. Jakiegoż dokonałeś cudu! - powiedział i zamknął zdrowe oko.

Rewolwerowiec potrząsnął nim łagodnie, lecz stanowczo. Inni chłopcy zdążyli go już otoczyć. Mieli ochotę poklepać go po plecach bądź też podrzucić triumfalnie w górę, ale bali się trochę, czując nowy, dzielący ich dystans. Choć właściwie nie raziło ich to tak bardzo, jak można się było spodziewać. Między tym chłopcem i resztą zawsze istniał pewien dystans.

Cort znowu otworzył oko.

- Klucz - powiedział rewolwerowiec. - Należy mi się z racji urodzenia, nauczycielu. Jest mi potrzebny.

Jego przywilejem było noszenie rewolwerów - nie ciężkich rewolwerów ojca z rękojeściami z drzewa sandałowego - lecz tak czy inaczej rewolwerów. Dostępnych tylko nielicznym. W zbrojowni pod koszarami, gdzie zgodnie ze starodawnym prawem miał teraz zamieszkać, z daleka od matczynej piersi, wisiała broń, której wolno mu było używać jako kadetowi, ciężkie niezgrabne przedmioty ze stali i niklu. Tych samych używał jako kadet jego ojciec, a do niego teraz należała zwierzchnia władza - przynajmniej nominalnie.

- Więc sytuacja jest aż tak krytyczna? - zamruczał jak przez sen Cort. - To jest takie pilne? Obawiałem się tego. Tak pilna potrzeba powinna cię ogłupić. A jednak wygrałeś.

- Klucz!

- Sokół to był kapitalny ruch. Kapitalna broń. Jak długo musiałeś tresować sukinsyna?

- Nigdy nie tresowałem Davida. Zaprzyjaźniłem się z nim. Klucz.

- Pod moim pasem, rewolwerowcze.

Oko ponownie się zamknęło.

Roland sięgnął pod pas Corta, czując uciskający jego palce brzuch, potężne mięśnie, które teraz zwiotczały i zapadły w sen. Klucz był na mosiężnym kółku. Zacisnął go w dłoni, powstrzymując szaloną pokusę, by cisnąć go wysoko w niebo w zwycięskim geście.

Kiedy się wyprostował i powoli odwrócił do innych, ręka Corta poszukała jego stopy. Roland na moment stężał, obawiając się ostatniego desperackiego ataku, lecz Cort spojrzał tylko na niego i pokiwał pokaleczonym palcem.

- Teraz zasnę - wyszeptał spokojnie. - Przejdę ścieżkę. Może aż do polany na samym końcu, nie wiem. Nie będę cię dłużej uczył, rewolwerowcze. Pokonałeś mnie i uczyniłeś to dwa lata wcześniej niż twój ojciec, który był najmłodszy. Ale pozwól, że udzielę ci rady.

- Jakiej rady? - zapytał niecierpliwie Roland.

- Nie rób takiej miny, gnido.

Ku swemu zaskoczeniu Roland zrobił to, co mu kazano (chociaż kryjąc się, jak my wszyscy, za swoją miną, nie mógł tego wiedzieć).

Cort kiwnął głową i wyszeptał tylko jedno słowo.

- Zaczekaj.

- Co?

- Pozwól, by wyprzedziła cię fama i legenda - oznajmił Cort i spojrzał gdzieś za ramię rewolwerowca. Wysiłek, z jakim mówił, nadawał jego słowom wyjątkowe znaczenie. - Są tacy, którzy o to zadbają. Swoją drogą, to głupcy. Niechaj rośnie twój cień. Niechaj twoja twarz pokryje się zarostem. Niech ściemnieje. - Uśmiechnął się groteskowo. - Kiedy tylko da im się trochę czasu, słowa mogą nawet zaczarować czarodzieja. Rozumiesz, o co mi chodzi, rewolwerowcze?

- Tak. Chyba tak.

- Czy skorzystasz z ostatniej rady swojego nauczyciela?

Rewolwerowiec zakołysał się na piętach - przykucnięta, zadumana postać, w której można było dojrzeć cień mężczyzny. Spojrzał na niebo, które nabierało głębi, purpurowiało. Skwar dnia osłabł; burzowe chmury na zachodzie zapowiadały deszcz. Widły błyskawic dźgały odległe o wiele mil łagodne wzgórza. Za nimi wznosiły się góry. A jeszcze dalej wysokie fontanny krwi i obłędu. Rewolwerowiec był zmęczony, zmęczony do szpiku kości, a może nawet bardziej.

Ponownie spojrzał na Corta.

- Dziś wieczorem pochowam mojego sokoła, nauczycielu. A potem pójdę do miasta i uprzedzę wszystkie dziwki, które będą się o ciebie martwić w burdelu. Być może pocieszę jedną albo dwie.

Wargi Corta rozchyliły się w bolesnym uśmiechu i zasnął.

Rewolwerowiec spojrzał na chłopców.

- Zróbcie nosze i odnieście go do domu - powiedział. - A potem sprowadźcie pielęgniarkę. Nie, lepiej dwie pielęgniarki. Dobrze?

Wbijali w niego wzrok, sparaliżowani onieśmieleniem, którego nie byli w stanie przełamać. Czekali, czy nad jego głową nie pojawi się ognista korona i nie zmienią się w magiczny sposób rysy jego twarzy.

- Dwie pielęgniarki - powtórzył rewolwerowiec i uśmiechnął się.

Chłopcy odwzajemnili uśmiech. Nerwowo.

- Ty cholerny koniuchu! - wrzasnął nagle Cuthbert, szczerząc zęby. - Nie zostawiłeś nam do obgryzienia nawet jednej kostki.

- Świat nie kończy się za dwa tygodnie - odparł rewolwerowiec, cytując z uśmiechem stare przysłowie. - Alain, ty maślany dupku. Rusz tyłek.

Alain zajął się sporządzeniem noszy; Thomas i Jamie ruszyli razem do głównego budynku i izby chorych.

Rewolwerowiec i Cuthbert spojrzeli na siebie. Zawsze byli ze sobą najbliżej - tak blisko jak to możliwe, biorąc pod uwagę mroczne strony ich charakterów. W oczach Cuthberta płonął nieskrywany entuzjazm i rewolwerowiec miał wielką ochotę poradzić mu, by nie stawał do próby w ciągu najbliższego roku, a nawet osiemnastu miesięcy, jeśli nie chce odejść na zachód. Przeżyli jednak razem bardzo wiele i nie sądził, by mógł wygłaszać tego rodzaju rady, nie ryzykując, że zostaną potraktowane jako przejaw arogancji. Zaczynam kombinować, przeleciało mu przez głowę i był tym lekko skonsternowany. A potem pomyślał o Martenie i matce i na jego wargach pojawił się uśmiech szalbierza.

Będę pierwszy, pomyślał, nareszcie zdając sobie z tego tak naprawdę sprawę, chociaż przedtem często się nad tym zastanawiał. Jestem pierwszy.

- Chodźmy - powiedział.

- Z przyjemnością, rewolwerowcze.

Wyszli przez wschodnie drzwi okolonego żywopłotem korytarza. Thomas i Jamie wracali już z pielęgniarkami, które wyglądały jak duchy w swoich zwiewnych, białych letnich szatach, z czerwonymi krzyżami na piersiach.

- Czy mam ci pomóc z sokołem? - zapytał Cuthbert.

- Tak - odparł rewolwerowiec. - To miło z twojej strony, Bert.

A później, kiedy przyszedł zmierzch i wraz z nim ulewne burzowe deszcze, kiedy po niebie przetaczały się ogromne widmowe chmury, a błyskawice skąpały w błękitnym ogniu kręte uliczki podzamcza, kiedy konie stały w stajniach ze spuszczonymi łbami i obwisłymi ogonami, rewolwerowiec wziął sobie kobietę i przespał się z nią.

To było szybkie i dobre. Gdy dobiegło końca i leżeli obok siebie bez słowa, o dachy zagrzechotał krótko grad. Gdzieś daleko na dole ktoś grał ragtime Hey Jude. Umysł rewolwerowca zwrócił się ku własnemu wnętrzu. To właśnie w tej zbryzganej gradem ciszy, tuż zanim zasnął, po raz pierwszy przyszło mu do głowy, że może być również ostatni.

IX

Rewolwerowiec nie opowiedział oczywiście chłopcu tego wszystkiego, lecz Jake i tak musiał domyślić się większości. Już wcześniej zdał sobie sprawę, że to wyjątkowo pojętny chłopiec, niewiele różniący się pod tym względem od Alaina, który był dobry w tej pół empatii, pół telepatii nazywanej dotknięciem.

- Śpisz? - zapytał rewolwerowiec.

- Nie.

- Zrozumiałeś, co ci opowiedziałem?

- Czy zrozumiałem? - powtórzył chłopiec zaskakująco szyderczym tonem. - Czy zrozumiałem? Chyba żartujesz?

- Nie - odparł rewolwerowiec, ale trochę się zjeżył.

Nigdy wcześniej nie opowiadał nikomu o swojej inicjacji, budziła w nim bowiem ambiwalentne uczucia. Sokół stanowił oczywiście jak najbardziej akceptowalną broń, lecz był również fortelem. I zdradą. Pierwszą z wielu. Powiedz - czy naprawdę przygotowuję się do tego, by cisnąć chłopca człowiekowi w czerni?

- Zrozumiałem, czemu nie - mruknął Jake. - To był rodzaj gry, prawda? Czy dorośli zawsze muszą prowadzić gry? Czy wszystko musi być pretekstem do kolejnej gry? Czy mężczyźni w ogóle dojrzewają, czy tylko stają się pełnoletni?

- Nie wiesz jeszcze wszystkiego. - Rewolwerowiec starał się powstrzymać budzący się w nim powoli gniew. - Jesteś dopiero chłopcem.

- Nie. Ale wiem, czym dla ciebie jestem.

- Czym mianowicie? - zapytał cierpko rewolwerowiec.

- Pokerowym sztonem.

Rewolwerowiec miał ochotę podnieść z ziemi jakiś kamień i rozwalić mu głowę. Zamiast tego ugryzł się w język.

- Idź spać - powiedział. - Chłopcy muszą dużo spać.

Przypomniał sobie słowa Martena: Odejdź i zatrudnij czymś rękę.

Siedział sztywno w ciemności, po raz pierwszy w swoim życiu przerażony tym, na jak wielką pogardę do samego siebie mógł się skazać.

X

Po następnym popasie tory zbliżyły się do podziemnej rzeki i natknęli się na Powolne Mutanty.

Jake zobaczył pierwszego i głośno krzyknął.

Rewolwerowiec, który wpatrywał się prosto przed siebie, regularnie unosząc i opuszczając dźwignię, odwrócił głowę w prawo. Ujrzał niżej plamę zgniłej zieleni, okrągłą i słabo pulsującą. W nozdrzach poczuł odór - słaby, nieprzyjemny, wilgotny.

Zielona plama była twarzą - można było ją nazwać twarzą w odruchu litości. Nad spłaszczonym nosem widać było owadzie guzkowate oczy, które przyglądały im się bez wyrazu. Rewolwerowiec poczuł we wnętrznościach i kroczu atawistyczne mrowienie. Zaczął trochę szybciej pompować.

Jarząca się twarz zgasła.

- Co to było? - zapytał z drżeniem chłopiec, podpełzając do niego. - Co...

Słowa uwięzły mu w gardle, gdy minęli trzy kolejne jarzące się słabo postaci, które obserwowały ich, stojąc bez ruchu między torami i niewidoczną rzeką.

- To Powolne Mutanty - wyjaśnił rewolwerowiec. - Nie sądzę, żeby sprawiły nam kłopot. Są prawdopodobnie tak samo przerażone naszym widokiem, jak my...

Jedna z postaci ruszyła z miejsca i pokuśtykała w ich stronę. Miała twarz zagłodzonego idioty. Słabo widoczne nagie ciało było kłębowiskiem mackowatych kończyn i przyssawek.

Chłopiec ponownie krzyknął i przywarł niczym przerażony pies do nogi rewolwerowca.

Macka popełzła po płaskiej platformie drezyny. Cuchnęła wilgocią i mrokiem. Rewolwerowiec puścił dźwignię i wyciągnął broń. Kula trafiła w czoło postać o wyglądzie zagłodzonego idioty. Mutant runął do tyłu i bagienny blask jego twarzy przygasł niczym zaćmiony księżyc. Jaskrawa krecha wystrzału wyryła ślad na ciemnych siatkówkach ich oczu. W powietrzu czuć było pochodzącą z innego świata gorącą woń spalonego prochu.

Mutantów było coraz więcej. Żaden nie atakował otwarcie, ale zbliżały się do torów - milczący ohydny tłum gapiów.

- Być może będziesz musiał za mnie pompować - powiedział rewolwerowiec. - Potrafisz?

- Tak.

- Więc przygotuj się.

Jake stanął bliżej w pełnej gotowości. Patrzył tylko na te Powolne Mutanty, które mijali, nie odwracając głowy, nie ogarniając wzrokiem więcej, niż było trzeba. Chłopiec wydzielał z siebie aurę czystej grozy, tak jakby jego id wypłynęło w jakiś sposób przez pory skóry i sformowało obronną tarczę. To całkiem możliwe, pomyślał rewolwerowiec, jeśli jest obdarzony dotknięciem.

Pompował dalej, nie zwiększając prędkości. Zdawał sobie sprawę, że Powolne Mutanty wyczuły ich strach, nie sądził jednak, by stanowiło to dla nich wystarczającą motywację. On i chłopiec byli w końcu przybyszami z krainy światła, krainy spójności. Jak bardzo muszą nas nienawidzić, pomyślał. Ciekawiło go, czy podobną nienawiść czuły do człowieka w czerni. A może nie, może przeleciał tylko nad nimi niczym cień ciemnego skrzydła w jeszcze większej ciemności.

Z gardła chłopca wydarł się krzyk i rewolwerowiec prawie machinalne się odwrócił. Cztery mutanty atakowały ich, niezgrabnie kuśtykając, jeden z nich szukał miejsca, w którym mógłby złapać się drezyny.

Rewolwerowiec puścił dźwignię i tym samym niedbałym sennym ruchem wyciągnął broń. Strzelił pierwszemu mutantowi w głowę. Ten wydał z siebie płaczliwy, świszczący odgłos i wyszczerzył zęby. Jego ręce były miękkie i rybie, martwe; palce kleiły się jeden do drugiego niczym w zanurzonej długo w zaschniętym błocie rękawicy. Jedna z tych trupich dłoni złapała chłopca za nogę i zaczęła ciągnąć.

Wrzask Jake'a odbił się głośnym echem w granitowym łonie gór.

Kolejny strzał trafił mutanta w pierś. Z jego rozchylonych warg pociekła ślina. Chłopiec zsuwał się z boku drezyny. Rewolwerowiec złapał go za rękę i o mało sam nie stracił równowagi. To stworzenie było zdumiewająco silne. Posłał kolejny pocisk w jego głowę. Jedno oko zgasło niczym świeczka, lecz mutant nie przestał ciągnąć. Bez głosu walczyli o wijącego się, wierzgającego Jake'a, tak jakby był udkiem kurczęcia, które trzeba oderwać, by spełniło się życzenie. Powolne Mutanty miały życzenie coś zjeść.

Drezyna zwalniała. Zaczęły się do nich zbliżać inne mutanty - kulawe, ślepe, chrome. Być może szukały tylko Jezusa, który by ich uzdrowił, wybawił z mroku, tak jak podniósł kiedyś z łoża śmierci Łazarza.

Dla chłopca to już koniec, pomyślał z absolutnym chłodem rewolwerowiec. Ten właśnie koniec miał na myśli człowiek w czerni. Albo puści go teraz i przyspieszy bieg drezyny, albo będzie go dalej trzymać i pozwoli się żywcem zakopać. Dla chłopca to koniec.

Pociągnął Jake'a mocno za rękę i strzelił mutantowi w brzuch. Ten przez krótką chwilę zacisnął mocniej martwe szlamowate palce i Jake zaczął się znowu ześlizgiwać z drezyny. Ale potem uścisk bestii nagle zelżał i Powolny Mutant, wciąż się uśmiechając, padł na twarz za zwalniającą drezyną.

- Myślałem, że mnie zostawisz - zaszlochał Jake. - Myślałem... myślałem...

- Trzymaj się mojego paska - rzucił rewolwerowiec. - Trzymaj się tak mocno, jak potrafisz.

Ręka Jake'a wsunęła się za jego pasek i zacisnęła. Chłopiec łapał powietrze konwulsyjnymi niemymi haustami.

Rewolwerowiec zaczął znowu miarowo pompować i drezyna nabrała szybkości. Powolne Mutanty zostały w tyle i wodziły za nimi oczyma osadzonymi w twarzach, które zatraciły niemal ludzkie cechy, twarzach, które wydzielały słabą fosforescencję, typową dla dziwnych głębokowodnych ryb, żyjących w mroku pod niewyobrażalnym ciśnieniem, twarzach, na których nie malował się gniew ani nienawiść, lecz wyłącznie jakiś półświadomy debilny żal.

- Jest ich coraz mniej - powiedział rewolwerowiec. Napięte mięśnie jego podbrzusza i krocza trochę się rozluźniły. - Są...

Powolne Mutanty położyły kamienie na torach. Droga była zablokowana. Zrobiły to szybko i byle jak; uprzątnięcie kamieni mogło zająć tylko minutę, ale trzeba było się zatrzymać. Ktoś musiał zeskoczyć z drezyny i to zrobić. Chłopiec jęknął i przywarł, drżąc, do rewolwerowca, który puścił dźwignię. Drezyna dojechała bezszelestnie do zapory, uderzyła o nią z głuchym stuknięciem i stanęła.

Powolne Mutanty znowu zaczęły się do nich zbliżać, prawie niedbałym krokiem, jakby były zagubionymi w sennej ciemności przechodniami i znalazły kogoś, kogo można zapytać o drogę. Uliczną kongregacją skazanych na potępienie pod prastarą skałą.

- Czy nas dopadną? - zapytał spokojnie chłopiec.

- Nie. Bądź przez chwilę cicho.

Rewolwerowiec przyjrzał się kamieniom. Mutanty były oczywiście słabe i nie udało im się zwalić na tory większych głazów. Wyłącznie małe kamienie. Tylko po to, by się zatrzymali i któryś z nich musiał...

- Wyskakuj - rozkazał rewolwerowiec. - Musisz je odsunąć. Będę cię krył.

- Nie - szepnął chłopiec. - Proszę.

- Nie mogę dać ci rewolweru i nie mogę jednocześnie odsuwać kamieni i strzelać. Musisz zejść na dół.

Jake przewracał dziko oczyma; przez moment drżenie jego ciała dostroiło się do konwulsji umysłu, a potem zsunął się z drezyny i, prawie nie patrząc, zaczął odrzucać kamienie z obłędną szybkością na lewo i prawo.

Rewolwerowiec wyciągnął broń i czekał.

Dwa mutanty, słaniając się bardziej, aniżeli idąc, wyciągnęły ciastowate ręce ku chłopcu. Rewolwery wykonały to, co do nich należało, rozrywając ciemność czerwonobiałymi lancami światła. Oczy rewolwerowca przeszyły igiełki bólu. Chłopiec krzyknął i dalej odgarniał kamienie na obie strony. Widmowe plamy podskoczyły i zatańczyły w miejscu. Widoczność spadła niemal do zera i to było najgorsze. Wszystko tonęło w mroku i powidokach.

Jeden z mutantów, prawie zupełnie pozbawiony poświaty, sięgnął po chłopca gumową dłonią hobgoblina. Zajmujące połowę jego twarzy oczy obracały się w wilgotnych oczodołach.

Jake ponownie krzyknął i odwrócił się, żeby stawić mu czoło.

Rewolwerowiec strzelił, nie pozwalając sobie na chwilę zastanowienia - zanim niemożność dokładnego zlokalizowania celu zdołała doprowadzić do drżenia jego rękę. Dwie głowy - chłopca i Powolnego Mutanta - dzieliło tylko kilka cali. To mutant był tym, który osunął się na tory.

Jake odrzucał wściekle kamienie. Mutanty tłoczyły się za niewidzialną zakazaną linią, stale zacieśniając krąg, teraz bardzo blisko. Wciąż dołączały do nich następne.

- W porządku - zawołał rewolwerowiec. - Wskakuj. Szybko.

Kiedy chłopiec dał krok do przodu, mutanty zaatakowały. Jake wspiął się na drezynę; rewolwerowiec podnosił już i opuszczał dźwignię. Oba rewolwery tkwiły w kaburach. Musieli uciekać. To była ich jedyna szansa.

Ręce mutantów zabębniły o metalową platformę drezyny. Chłopiec trzymał obiema dłońmi za pas rewolwerowca, wtulając twarz w jego plecy.

Na tory wbiegła teraz cała grupa; na ich twarzach malowało się to samo bezrozumne, beznamiętne oczekiwanie. Rewolwerowiec był naładowany adrenaliną; drezyna mknęła po szynach w ciemność. Walnęli z całej siły w cztery albo pięć żałosnych pałub. Odpadły niczym oderwane od kiści zgniłe banany.

Dalej i dalej w bezgłośną, złowróżbną ciemność.

Minęły całe wieki, nim chłopiec wystawił twarz na powiew wiatru, lękając się, a jednak pragnąc wiedzieć. Na siatkówkach jego oczu wyryty był ślad rewolwerowych wystrzałów. Nie widać było nic prócz ciemności, nie słychać nic prócz łoskotu rzeki.

- Nie ma ich - powiedział, bojąc się nagle, że tory się skończą i że drezyna runie z nich i zamieni się w poskręcany wrak. Jeździł kiedyś samochodem; pewnego razu jego pozbawiony poczucia humoru ojciec pędził dziewięćdziesiąt mil na godzinę po New Jersey Turnpike i został zatrzymany przez gliniarza, który wlepił mu mandat, ignorując dwadzieścia dolców włożone przez Elmera Chambersa do prawa jazdy. Ale nigdy nie jeździł tak jak teraz - nie widząc, co im grozi z tyłu i z przodu, słysząc tylko poświst wiatru i szum rzeki, który podobny był do chichotu - chichotu człowieka w czerni. Ręce rewolwerowca przypominały mechaniczne tłoki, które wymknęły się spod kontroli.

- Nie ma ich - powtórzył nieśmiało chłopiec i jego słowa porwał wiatr. - Możesz zwolnić. Zostawiliśmy ich za sobą.

Rewolwerowiec nie słyszał go. Kołysząc się, pędzili dalej w nieprzeniknioną ciemność.

XI

Trzy kolejne "dni" przebyli bez żadnych incydentów.

XII

Po czwartym popasie (nie mieli pojęcia, czy w połowie, czy w trzech czwartych drogi między przebudzeniem się i udaniem na spoczynek, wiedzieli tylko, że nie są jeszcze dość zmęczeni, by się zatrzymać), poczuli nagły wstrząs i drezyna zakołysała się. Tory zaczęły stopniowo skręcać w lewo. Ich ciała natychmiast odchyliły się pod wpływem siły odśrodkowej w drugą stronę.

Przed nimi było światło - blask tak słaby i obcy, iż wydawał się początkowo zupełnie nowym żywiołem, nie ziemią, nie powietrzem, nie ogniem i nie wodą. Nie miał barwy i jego obecności można się było domyślić tylko dzięki temu, że odzyskali swoje ręce i rysy twarzy w innym aniżeli dotyk wymiarze. Ich oczy tak uwrażliwiły się na światło, że dostrzegli poświatę, kiedy od jej źródła dzieliło ich ponad pięć mil.

- To koniec - szepnął przez ściśnięte gardło chłopiec. - To już koniec.

- Nie - stwierdził z dziwną pewnością rewolwerowiec. - To nie koniec.

I to nie był koniec. Zrobiło się jaśniej, ale to nie było dzienne światło. Gdy zbliżyli się do jego źródła, skalna ściana po lewej stronie oddaliła się i do ich torów dołączyły inne, tworząc skomplikowaną pajęczynę. Światło kładło na nich połyskliwe wzory. Na niektórych stały pogrążone w mroku wagony towarowe i pasażerskie, dyliżanse dostosowane do jazdy po torach. Wyglądały jak widmowe galeony uwięzione w podziemnym Morzu Sargassowym; ich widok działał rewolwerowcowi na nerwy.

Światło stawało się coraz jaśniejsze i raziło ich trochę w oczy, ale zmiana następowała dość powoli, by mogli do niej przywyknąć. Przechodzili z mroku do światła niczym nurkowie wracający powoli i stopniowo z przepastnych głębin.

Zbliżali się do wielkiego hangaru, jego szczytowa ściana ginęła w mroku. Wiodło do niego około dwudziestu czterech odcinających się żółtymi kwadratami światła wjazdów, które, gdy podjechali bliżej, urosły z rozmiarów dziecinnych okienek do wysokości dwudziestu stóp każdy. Wjechali do środka przez któreś ze środkowych wrót. Na górze widniały napisy, jak przypuszczał rewolwerowiec, w wielu językach. Ze zdumieniem odkrył, że potrafi przeczytać ostatni, w prajęzyku Wysokiej Mowy. Brzmiał on:

TOR 10. NA POWIERZCHNIĘ W KIERUNKU ZACHODNIM.

W środku było znacznie jaśniej; tory spotykały się i łączyły poprzez system zwrotnic. Działała tutaj część regulujących ruch sygnalizatorów, mrugając bez przerwy czerwonymi, zielonymi i bursztynowymi światłami.

Przez jakiś czas toczyli się pomiędzy wysokimi kamiennymi nasypami oblepionymi czarnym błotem przez tysiące pojazdów. W końcu znaleźli się wewnątrz hali, która przypominała centralny dworzec. Rewolwerowiec zatrzymał powoli drezynę i rozejrzeli się dookoła.

- To przypomina metro - powiedział chłopiec.

- Metro?

- Nieważne. I tak nie wiedziałbyś, o czym mówię. Ja sam nie wiem już, o czym mówię.

Chłopiec wyskoczył na popękany cement. Popatrzyli na ciche opuszczone kioski, w których sprzedawano kiedyś gazety i książki; na starodawny sklep z butami, sklep z sukniami dla kobiet i sklep z bronią (rewolwerowiec z nagłym dreszczem podniecenia zobaczył rewolwery i strzelby; przy bliższej inspekcji okazało się niestety, że lufy mają zalane ołowiem, lecz zabrał łuk, który zawiesił sobie na plecach, oraz kołczan prawie bezużytecznych, źle wyważonych strzał). Gdzieś niedaleko tłoczył bez przerwy powietrze wentylator, tak jak to czynił od tysięcy lat, w niewiele, jak się zdaje, starszym świecie. W środku mechanizmu coś skrzypiało, przypominając, iż perpetuum mobile nawet w ściśle dozorowanych warunkach jest marzeniem idioty. Powietrze miało mechaniczny posmak. Ich kroki odbijały się płaskim echem.

- Hej! Hej! - zawołał chłopiec.

Rewolwerowiec ruszył w jego stronę. Jake stał jak wryty przed kioskiem z książkami. W środku, w przeciwległym rogu, spoczywała mumia, ubrana w niebieski mundur ze złotymi lamówkami - na pierwszy rzut oka uniform kolejarza. Na jej martwych kolanach leżała starodawna, idealnie zachowana gazeta, która rozsypała się w pył, kiedy rewolwerowiec chciał się jej z bliska przyjrzeć. Twarz mumii była niczym stare pomarszczone jabłko. Rewolwerowiec dotknął ostrożnie policzka. W powietrze uniósł się mały obłoczek pyłu. Kiedy opadł, przez otwór w skórze ujrzeli wnętrze ust. Zamigotał złoty ząb.

- To gaz - mruknął rewolwerowiec. - Dawni ludzie produkowali gaz, który robił coś takiego. Tak nam w każdym razie mówił Vannay.

- Ten, który uczył z książek.

- Ten sam.

- Ci dawni ludzie używali go pewnie na wojnie - powiedział ponuro chłopiec. - Zabijali nim innych dawnych ludzi.

- Na pewno masz rację.

Dalej było koło tuzina innych mumii. Wszystkie oprócz dwóch lub trzech ubrane w niebiesko-złote galowe mundury. Rewolwerowiec przypuszczał, że gazu użyto w czasie, gdy nikt tu nie przyjeżdżał i nie odjeżdżał. Być może kiedyś, w zamierzchłej przeszłości stacja stała się wojskowym celem jakiejś dawno minionej armii i sprawy.

Ta myśl wprawiła go w przygnębienie.

- Lepiej stąd się zbierajmy - powiedział i skierował się z powrotem w stronę toru 10., na którym stała drezyna. Lecz Jake nie ruszył się z miejsca.

- Nie idę.

Rewolwerowiec odwrócił się zaskoczony. Twarz chłopca była skrzywiona i drżąca.

- Nie dostaniesz tego, czego chcesz, póki nie umrę. Zaryzykuję w pojedynkę.

Rewolwerowiec pokiwał obojętnie głową, nienawidząc się za to, co miał zamiar zrobić.

- Dobrze, Jake - powiedział łagodnie. - Długich dni, przyjemnych nocy.

Odwrócił się, przeszedł po kamiennym peronie i zeskoczył bez trudu na drezynę.

- Dobiłeś z kimś targu! - krzyknął za nim chłopiec. - Wiem, że to zrobiłeś!

Zamiast odpowiedzieć, rewolwerowiec położył ostrożnie łuk w bezpiecznym miejscu, pod wystającym z podłogi drezyny drążkiem.

Chłopiec zacisnął pięści, twarz miał ściągniętą bólem.

Jak łatwo udało ci się oszukać tego małego chłopca, pomyślał rewolwerowiec. Po raz kolejny jego wspaniała intuicja, jego dotknięcie doprowadziło go do trafnego wniosku i po raz kolejny daje ci się wodzić za nos. To wcale nietrudne - jesteś w końcu jego jedynym przyjacielem.

Przyszła mu nagle do głowy prosta myśl (nieomal wizja), że powinien dać za wygraną: musiał tylko zawrócić, zabrać chłopca ze sobą i uczynić go źródłem nowej mocy. Przecież Wieży nie trzeba chyba zdobywać w ten upokarzający, uwłaczający sposób? Niechaj misja zostanie podjęta, kiedy chłopiec nabierze lat, kiedy obaj będą mogli odsunąć człowieka w czerni na bok, niczym tanią nakręcaną zabawkę.

Jasne, pomyślał cynicznie. Jasne.

Zorientował się z nagłym chłodem, że powrót oznacza śmierć dla nich obu - śmierć albo coś jeszcze gorszego: zamknięcie w grobie razem z Powolnymi Mutantami. Utratę wszelkich władz umysłowych. Rewolwery jego ojca przeżyłyby prawdopodobnie ich obu, otoczone parszywą czcią jako totemy niezbyt różniące się od zapomnianej pompy benzynowej.

Weź się w garść, powiedział sobie bez przekonania.

Sięgnął po dźwignię i opuścił ją w dół. Drezyna ruszyła z miejsca.

- Zaczekaj! - zawołał chłopiec i zaczął biec ukosem w stronę miejsca, gdzie drezyna miała zanurzyć się z powrotem w mrok.

Rewolwerowiec miał ochotę przyspieszyć, zostawić go samego albo przynajmniej w niepewności.

Zamiast tego złapał Jake'a w locie. Małe serce bębniło i trzepotało pod cienką koszulą, kiedy się do niego przytulił.

Koniec był teraz bardzo bliski.

XIII

Szum rzeki stał się niepokojąco głośny; wypełniał nieustającym grzmotem nawet ich sny. Rewolwerowiec, bardziej z kaprysu niż z realnej potrzeby, pozwolił chłopcu zająć swoje miejsce przy dźwigni, a sam wystrzelił w mrok kilka strzał, do których przywiązał cienką białą nitkę.

Zachowany jakiś cudem łuk był także fatalny: kompletnie niecelny i ze złym naciągiem. Rewolwerowiec wiedział, że trudno będzie polepszyć jego osiągi. Nawet nowa cięciwa nie była w stanie pomóc spróchniałemu drewnu. Strzały nie doleciały daleko w ciemności, lecz ostatnia, którą wystrzelił i przyciągnął z powrotem, była mokra i śliska. Zapytany przez chłopca o odległość do wody, rewolwerowiec wzruszył tylko ramionami, osobiście jednak wątpił, by wypuszczona ze zbutwiałego łuku strzała pokonała więcej niż sześćdziesiąt jardów - w najlepszym razie.

Mimo to szum rzeki był coraz głośniejszy, bliższy.

Po trzecim popasie od opuszczenia stacji znów pojawiło się widmowe promieniowanie. Znaleźli się w długim tunelu wykutym w dziwnej fosforyzującej skale. Wilgotne ściany lśniły i migotały tysiącami miniaturowych gwiezdnych rozbłysków. Chłopiec nazywał je skamlinami. Wszystko skąpane było w jakiejś nadrealnej niesamowitej poświacie gabinetu grozy.

Ogłuszający szum rzeki docierał do nich poprzez naturalną nagłośnię, którą tworzyła otaczająca ich skała. Mimo to dźwięk wydawał się dziwnie niezmienny, nawet kiedy zbliżali się do skrzyżowania, które zdaniem rewolwerowca z pewnością się przed nimi znajdowało, ponieważ tunel poszerzył się, a ściany uciekły w bok. Kąt, pod którym się wznosili, wyraźnie wzrósł.

Szyny wiodły prosto jak strzała. Światło skamlin przypominało rewolwerowcowi rurki z bagiennym gazem, sprzedawane czasami za bezcen na jarmarku podczas Święta Plonów; chłopcu kojarzyło się z niemającymi końca proporcami neonów. W jego blasku ujrzeli obaj, że skalny tunel, w którym spędzili tyle czasu, kończy się nagle dwoma poszarpanymi bliźniaczymi cyplami, wycelowanymi w otchłanny mrok. Gdzieś niżej płynęła rzeka.

Tory biegły dalej nad niewiadomej wysokości przepaścią, wsparte na pochodzącej z zamierzchłej epoki estakadzie. A na samym końcu, w wydawałoby się niewiarygodnej odległości, jarzyła się malutka kropka światła - nie fluoryzującego lub fosforyzującego, lecz twardego, prawdziwego, dziennego światła. Malutka niczym zrobiona igłą dziurka w ciemnej tkaninie, lecz mimo to brzemienna w złowrogie znaczenie.

- Przystańmy - odezwał się chłopiec. - Przystańmy na chwilę. Proszę.

Rewolwerowiec zatrzymał bez słowa sprzeciwu drezynę. Za sobą i przed sobą słyszał jednostajny huk rzeki. Poczuł nagle, że nie może znieść emanującego z wilgotnych skał sztucznego światła. Po raz pierwszy ogarnęła go klaustrofobia i potężne, niepowstrzymane pragnienie, by się stąd wydostać, by wydobyć się z tego grobu, w którym dali się zakopać żywcem.

- Pojedziemy teraz dalej - powiedział chłopiec. - Czy tego właśnie on chce? Żebyśmy pojechali drezyną nad... nad tym... i runęli w dół?

Rewolwerowiec wiedział, że jest inaczej.

- Nie mam pojęcia, czego on chce - odparł jednak.

Wysiedli i zbliżyli się ostrożnie do krawędzi. Skalne podłoże pod ich stopami ciągnęło się jeszcze przez kilkanaście jardów, a potem urywało raptownie pod ostrym kątem. Dalej szyny biegły same.

Rewolwerowiec uklęknął i spojrzał w dół. Zobaczył skomplikowaną, prawie niewiarygodną plątaninę stalowych wsporników i belek, które ginęły tam, skąd dobiegał szum rzeki, podtrzymując zawieszony z gracją nad otchłanią łuk estakady.

Wyobraził sobie stal nadgryzaną przez zabójczy tandem czasu i wody. Ile zostało wsporników? Mało? Kilka? Ani jeden? Przypomniał sobie twarz mumii, to, jak jej skóra, na pozór stała, rozsypała się w proch przy zetknięciu się z jego palcami.

- Pójdziemy dalej pieszo - powiedział.

Spodziewał się dalszych dąsów ze strony chłopca, lecz ten wyprzedził go i zaczął iść po torach, stawiając spokojnie i pewnie stopy na podkładach ze spawanej stali. Rewolwerowiec ruszył w ślad za nim nad przepaścią, gotów złapać go, gdyby powinęła mu się noga.

Czuł, jak ciało oblewa się potem. Estakada była przerdzewiała, bardzo przerdzewiała. Poskrzypywała pod jego stopami w pijackim rytmie płynącej gdzieś daleko na dole rzeki, kołysząc się lekko na niewidocznych linach. Jesteśmy akrobatami, pomyślał. Popatrz, matko, nie ma sieci. Frunę.

Po jakimś czasie ukląkł i zbadał podkłady, po których szli. Rdza wyżarła w nich dziury (na twarzy czuł przyczynę - powiew świeżego powietrza, przyjaciela korozji; znajdowali się teraz bardzo blisko powierzchni). Uderzony silnie pięścią metal niezdrowo drżał. Raz usłyszał pod stopą ostrzegawczy zgrzyt i poczuł, jak stal zamierza ustąpić, ale udało mu się zrobić następny krok.

Chłopiec był oczywiście o ponad sto funtów lżejszy i z tego względu mniej zagrożony upadkiem, jednak wędrówka z każdym krokiem stawała się coraz trudniejsza.

Stojąca za nimi drezyna zniknęła w mroku. Kamienny pomost po lewej stronie wystawał może na dwadzieścia stóp. Dalej niż ten po prawej, lecz po chwili także zniknął za ich plecami i znaleźli się nad otchłanią.

Z początku wydawało się, że malutki punkcik światła w ogóle się nie przybliża (być może nawet oddala się szyderczo w takim samym tempie, w jakim się do niego zbliżali - co stanowiłoby naprawdę niesamowity przykład magii), lecz po jakimś czasie rewolwerowiec uświadomił sobie, że staje się coraz większy, coraz wyraźniejszy. Wciąż znajdował się wyżej, ale tory, wznosząc się, wybiegały mu na spotkanie.

Chłopiec stęknął nagle, przechylił się na bok i zakręcił powoli wiatraka rękoma. Wydawało się, że bardzo długo chwiał się na krawędzi, nim dał następny krok do przodu.

- Mało brakowało - powiedział cicho, bez emocji. - Jest tutaj dziura. Omiń ten podkład, jeśli nie chcesz odbyć szybkiej podróży na dół. Simon mówi: "zrób jeden wielki krok".

Było to hasło z gry, którą rewolwerowiec znał pod nazwą "matka mówi" i w którą bawił się w dzieciństwie z Cuthbertem, Jamiem i Alainem. Nie wspomniał jednak o tym, omijając podkład.

- Wracaj - powiedział bez uśmiechu Jake. - Zapomniałeś zapytać "Czy mogę?".

- Proszę o wybaczenie, ale chyba tego nie zrobię.

Podkład, na który postawił stopę chłopiec, oderwał się całkowicie i kołysał swobodnie na przeżartym rdzą nicie.

Pod górę, wciąż pod górę. To była koszmarna wędrówka. Wydawało się, że trwa o wiele dłużej, niż trwała; samo powietrze zgęstniało i stało się podobne do melasy. Rewolwerowiec miał wrażenie, że bardziej płynie, niż idzie. Jego umysł starał się raz po raz analizować uważnie tę straszliwą pustkę pomiędzy estakadą i płynącą w dole rzeką. Widział ją ze wszystkimi detalami, wyobrażał sobie, jak to będzie wyglądało: zgrzyt wykręcanego metalu, utrata równowagi, palce na próżno usiłujące się czegoś złapać, szybki hurgot podeszew o zdradziecką, skorodowaną stal - a potem w dół, powolny młynek w powietrzu, nagłe ciepło w kroczu, gdy opróżni się pęcherz, powiew wiatru, który rozwieje w karykaturalnym przerażeniu włosy i wciśnie oczy w głąb czaszki, ciemna woda wybiegająca mu na spotkanie, coraz szybciej, wyprzedzająca nawet jego własny krzyk...

Metal zazgrzytał pod nim i rewolwerowiec, nie spiesząc się, przeniósł ciężar ciała, w kluczowym momencie nie myśląc o przepaści ani o tym, jak daleko zaszedł i ile mu jeszcze zostało. Nie myśląc o tym, że chłopiec jest spisany na straty i że cena jego honoru została w końcu prawie ustalona. Jaka to będzie ulga, gdy dobije targu!

- Brakuje trzech podkładów - oświadczył chłodno Jake. - Będę skakał. Tutaj! Tutaj! Geronimo!

Rewolwerowcowi mignęła przez moment w dziennym świetle jego sylwetka, niezgrabna zgarbiona postać z rozpostartymi szeroko rękoma - tak jakby chłopiec liczył, że jeśli wszystko inne zawiedzie, istnieje zawsze możliwość lotu. Kiedy wylądował, cała konstrukcja zachybotała się niebezpiecznie pod jego ciężarem. Metal pod nimi zaprotestował i gdzieś daleko na dole coś oderwało się z trzaskiem i wpadło z pluskiem do wody.

- Jesteś po drugiej stronie? - zapytał rewolwerowiec.

- Ano - dobiegł z oddali głos chłopca. - Ale podkład jest bardzo przegniły. Podobnie chyba jak pomysły pewnych ludzi. Nie sądzę, żeby cię utrzymał. Mnie tak, ale nie ciebie. Wracaj. Wracaj i zostaw mnie w spokoju.

Miał chłodny głos - lecz słychać w nim było histerię tłukącą się w sercu, zupełnie jak wówczas kiedy skoczył na drezynę i Roland złapał go w locie.

Rewolwerowiec przesadził wyrwę. Wystarczył mu jeden duży krok. Jeden wielki krok. Matko, czy mogę? Tak, możesz. Chłopiec bezradnie drżał.

- Wracaj. Nie chcę, żebyś mnie zabił.

- Na miłość Jezusa-Człowieka, idź dalej! - rzucił szorstko rewolwerowiec. - Jeśli będziemy tutaj stali i rozprawiali, wszystko zaraz się rozleci.

Chłopiec ruszył chwiejnym krokiem, wyciągając przed siebie drżące ręce z rozczapierzonymi palcami.

Szli dalej pod górę.

Tak, estakada była teraz znacznie bardziej przegniła. Często brakowało jednego, dwóch, nawet trzech podkładów. Puste przestrzenie między szynami były coraz dłuższe i rewolwerowiec przypuszczał, że wkrótce będą musieli zawrócić albo stąpać po samych torach, balansując nad przyprawiającą o zawrót głowy przepaścią.

Oczy miał utkwione w świetle dnia.

Blask nabrał koloru - koloru błękitu - i w miarę jak się zbliżali, stawał się coraz łagodniejszy, przyćmiewając promieniowanie skamlin. Zostało im tylko pięćdziesiąt czy sto jardów? Nie potrafił powiedzieć.

Przeskakując z podkładu na podkład, patrzył przez chwilę pod nogi. Kiedy ponownie podniósł wzrok, blask zmienił się w otwór. To już nie była abstrakcyjna jasność, lecz wyjście na zewnątrz. Prawie tam dotarli.

Tylko trzydzieści jardów. Nie więcej. Dziewięćdziesiąt krótkich stóp. To powinno się udać. Może dopadną człowieka w czerni. Być może w jasnym świetle dnia zwiędną kwitnące w jego umyśle kwiaty zła i wszystko okaże się możliwe.

Coś zakryło nagle słońce.

Zaskoczony rewolwerowiec podniósł wzrok, zerkając niczym kret ze swojej nory, i zobaczył postać, która przesłoniła całe światło, całe je pochłonęła, pozostawiając tylko skrawki błękitu wokół zarysu ramion i w prześwicie krocza.

- Cześć, chłopcy!

Przepojony sarkazmem głos człowieka w czerni potoczył się ku nim potężnym echem, które wzmacniała naturalna głośnia skały. Rewolwerowiec poszukał na oślep kości żuchwy, ale nie znalazł jej, zgubiła się, została zużyta.

Człowiek w czerni roześmiał się. Jego śmiech rozbrzmiewał wokół nich, hucząc niczym wypełniający jaskinię przybój. Chłopiec krzyknął i zachwiał się. Jego ramiona znowu zaczęły kręcić młynka w rozrzedzonym powietrzu.

Pod nimi rwał się i dygotał metal; szyny powoli i sennie wyginały się w łuk. Chłopiec dał nurka; jego ręka zatrzepotała w ciemności niczym mewa, w górę, w górę, a potem zawisł nad otchłanią; kołysząc się, wlepiał w rewolwerowca ciemne oczy, w których malowała się ostateczna ślepa utracona wiedza.

- Pomóż mi.

- Koniec zabawy - zahuczał głos. - Chodź, rewolwerowcze. Albo nigdy mnie nie złapiesz.

Wszystkie sztony na stole. Wszystkie karty odkryte, wszystkie prócz jednej. Chłopiec wisiał niczym żywa karta tarota, Wisielec, Fenicki Żeglarz, ten, który utracił niewinność tuż nad falami styksowego morza.

Poczekaj, poczekaj chwilę.

- Czy mam odejść?

Jego głos tak donośny, że nie sposób myśleć...

- Pomóż mi. Pomóż mi, Rolandzie.

Most zaczął się coraz bardziej wyginać, skrzypiąc, odrywając się od reszty konstrukcji, opadając...

- W takim razie muszę cię zostawić.

- Nie! Nie wolno ci! NIE!

Nogi poniosły go same, wyrywając gwałtownie z paraliżu - ponad wiszącym chłopcem, długimi susami ku światłu. Ku Wieży, która zastygła czarnym fryzem na siatkówce oka jego duszy.

W nagłą ciszę.

Czarny zarys zniknął, umilkło nawet serce rewolwerowca; most przechylił się jeszcze bardziej, a potem zaczął powolny taniec w otchłań; ręka rewolwerowca znalazła skąpaną w świetle kamienną krawędź potępienia, a za nim, w straszliwej ciszy, chłopiec odezwał się z miejsca, które znajdowało się o wiele niżej.

- Więc idź. Są światy inne niż ten.

A potem most zawalił się w całości, a rewolwerowiec, podciągając się do góry, ku światłu, powiewowi bryzy i realiom nowego ka, odwrócił głowę z powrotem, starając się w swym bólu być przez chwilę Janusem - ale z tyłu nie było niczego, tylko zawrotna cisza, bo spadając, chłopiec nie wydał z siebie żadnego dźwięku.

Wspiął się na skalną skarpę i zobaczył przed sobą trawiastą halę i człowieka w czerni, który stał na szeroko rozstawionych nogach, ze skrzyżowanymi na piersi rękoma.

Rewolwerowiec trzymał się chwiejnie na nogach, blady jak duch, z wielkimi załzawionymi oczyma i koszulą umazaną białym pyłem w trakcie ostatniej rozpaczliwej wspinaczki. Przyszło mu do głowy, że przy czekających go dalszych degradacjach ducha ta wyda się nieskończenie mała, lecz mimo to wciąż będzie przed nią uciekał, przez miasta i korytarze, z łóżka do łóżka; będzie uciekał przed twarzą chłopca i szukał zapomnienia w ramionach kobiet lub zabijając, by dotrzeć w końcu do ostatniej komnaty i ujrzeć tę twarz nad płomykiem świecy. On stał się chłopcem; chłopiec stał się nim. Był wilkołakiem własnego chowu. W głębokich snach zmieni się w chłopca i będzie mówił jego dziwnym wielkomiejskim językiem.

To jest śmierć. Czyżby? Czyżby?

Powoli, chwiejnym krokiem ruszył po skalistym zboczu tam, gdzie czekał na niego człowiek w czerni. Tu, pod słońcem rozumu, szyny rozsypały się w pył i mogło się wydawać, że nigdy ich nie było.

Człowiek w czerni roześmiał się i ściągnął kaptur wierzchem obu dłoni.

- A więc tak! - zawołał. - To nie koniec, ale koniec początku? Robisz postępy, rewolwerowcze! Robisz postępy! Och, jak ja ciebie podziwiam!

Rewolwerowiec wyciągnął z zawrotną szybkością broń i wypalił dwanaście razy. Błyski wystrzałów przyćmiły samo słońce, huk odbił się echem od stojących za ich plecami skał.

- No, no - mruknął, nie przestając się śmiać, człowiek w czerni. - No, no, no. Odprawiliśmy razem wielkie czary, ty i ja. Prędzej zabijesz siebie niż mnie.

Uśmiechając się i nie odrywając wzroku od rewolwerowca, zaczął się cofać i przyzywać go do siebie.

- Chodź. Chodź. Chodź. Matko, czy mogę? Tak, możesz.

I rewolwerowiec podążył za nim w popękanych butach na miejsce narady.

Rozdział 5REWOLWEROWIEC I CZŁOWIEK W CZERNI

I

Człowiek w czerni poprowadził go na starożytne miejsce egzekucji, żeby odbyć naradę. Rewolwerowiec od razu wiedział: to była golgota, miejsce czaszek. Wyblakłe czaszki obracały ku nim puste spojrzenia - czaszki bydła, kojotów, jeleni, królików, bumblerów. Tutaj alabastrowy ksylofon bażancicy zabitej, gdy się pożywiała, ówdzie delikatne kosteczki kreta zabitego zapewne dla przyjemności przez dzikiego psa.

Golgota była niecką wciętą w opadające zbocze góry. Niżej, na mniejszej wysokości rewolwerowiec zobaczył drzewka Jozuego i karłowate jodły. Błękitne niebo nad głową było jaśniejsze od tego, które oglądał w ciągu minionych dwunastu miesięcy. W powietrzu czuć było coś nieokreślonego, co świadczyło o bliskości morza.

Jestem na Zachodzie, Cuthbercie, pomyślał ze zdumieniem. Jeśli to nie Pośredni Świat, to jest gdzieś blisko.

Człowiek w czerni siedział na starodawnej kłodzie żelaznego drzewa. Jego buty były oprószone kurzem i wszechobecnym w tym miejscu nieprzyjemnym kostnym pyłem.

Ponownie nałożył kaptur, lecz rewolwerowiec widział wyraźnie podbródek i zarys szczęki.

Schowane w cieniu wargi rozchyliły się w uśmiechu.

- Nazbieraj drzewa na opał, rewolwerowcze. Z tej strony gór zbocza są łagodne, ale można tu uświerknąć z zimna. To w końcu miejsce śmierci, nieprawdaż?

- Zabiję cię - powiedział rewolwerowiec.

- Nie, nie zrobisz tego. Nie możesz. Lecz możesz nazbierać drew. To przypomni ci twojego Izaaka.

Rewolwerowiec nie zrozumiał aluzji. Oddalił się bez słowa i niczym zwykły ciura zaczął szukać drzewa na opał. Nie udało mu się wiele znaleźć. Po tej stronie gór nie rosło diabelskie ziele, a żelazne drzewo się nie paliło. W końcu wrócił z naręczem nadających się patyków, obsypany sproszkowaną kością, jakby unurzał się w mące. Słońce, które chowało się za najwyższymi drzewkami Jozuego, przybrało czerwony kolor i przyglądało im się ze złowrogą obojętnością.

- Doskonale! - ucieszył się człowiek w czerni. - Jakiż z ciebie wyjątkowy człowiek! Jaki metodyczny! Składam ci uszanowanie!

Zachichotał i rewolwerowiec rzucił mu drewno pod nogi. W powietrze uniósł się kostny pył.

Człowiek w czerni nie wzdrygnął się ani nie cofnął; zaczął po prostu układać drwa. Rewolwerowiec patrzył zafascynowany, jak powstaje nowy ideogram. Przypominał skomplikowany podwójny komin o wysokości mniej więcej dwóch stóp. Ukończywszy go, człowiek w czerni podniósł rękę ku niebu, strząsając obszerny rękaw z wąskiej wypielęgnowanej dłoni, a potem nagle ją opuścił, prostując mały i wskazujący palec w tradycyjnym znaku złego uroku. Przy ziemi buchnął niebieski płomień i ognisko zapaliło się.

- Mam zapałki - powiedział jowialnie człowiek w czerni - ale pomyślałem, że być może spodobają ci się czary. Za bezcen, rewolwerowcze. Teraz ugotuj nam obiad.

Poły szaty zadrżały i na ziemię spadł wypatroszony, odarty ze skóry tłusty królik.

Rewolwerowiec nadział go bez słowa na rożen i zaczął piec. W powietrzu rozszedł się smakowity zapach; słońce chyliło się ku zachodowi. Nad niecką, którą człowiek w czerni wybrał, by stawić mu w końcu czoło, unosiły się zgłodniałe purpurowe cienie. Królik przyrumienił się i rewolwerowiec poczuł, że burczy mu w brzuchu. Kiedy jednak mięso upiekło się, bez słowa wręczył rożen człowiekowi w czerni, po czym poszperał w swojej sakwie i wyciągnął z niej ostatni kawałek suszonej wołowiny. Miała słony smak łez i bolały od niej usta.

- To bezsensowny gest - rzucił człowiek w czerni i w jego głosie zabrzmiały jednocześnie gniew i rozbawienie.

- Trudno - odparł rewolwerowiec.

W ustach miał małe ranki powstałe z braku witamin. Sól wykrzywiła jego twarz w gorzkim uśmiechu.

- Boisz się zaczarowanego mięsa?

- Owszem.

Człowiek w czerni ściągnął z głowy kaptur.

Rewolwerowiec przyjrzał mu się w milczeniu. Twarz, którą krył kaptur, na swój sposób niemile go zaskoczyła. Była urodziwa i regularna, pozbawiona śladów, pozwalających poznać, że ma przed sobą człowieka, który niejedno przeszedł i którego dopuszczono do wielkich sekretów. Człowiek w czerni miał zmierzwione czarne włosy, wysokie czoło, ciemne błyszczące oczy, nieokreślonego kształtu nos, zmysłowe pełne usta i podobnie jak rewolwerowiec bladą cerę.

- Spodziewałem się kogoś starszego - powiedział rewolwerowiec.

- Dlaczego? Jestem prawie nieśmiertelny, tak jak ty, Rolandzie... przynajmniej na razie. Mógłbym przybrać rysy, które wydałyby ci się bardziej znajome, ale wolałem pokazać ci te, z którymi... ee... się urodziłem. Spójrz, rewolwerowcze, zachód słońca.

Słońce schowało się już za horyzontem i niebo na zachodzie przybrało posępną barwę gasnącego paleniska.

- Nie zobaczysz następnego wschodu słońca przez okres, który może ci się wydać bardzo długi - oznajmił człowiek w czerni.

Rewolwerowiec przypomniał sobie otchłań pod górami, a potem spojrzał na niebo, na którym jakby na umówiony sygnał zapaliły się liczne konstelacje.

- Teraz to nie ma znaczenia - odparł cicho.

II

Tasowane przez człowieka w czerni karty fruwały w jego rękach. Talia była wielka, wzór na odwrotnej stronie kart skomplikowany.

- To karty tarota, rewolwerowcze. W pewnym sensie - wyjaśnił. - Standardowa talia, do której dodałem kilka kart mojego własnego pomysłu. Patrz uważnie.

- Na co mam patrzeć?

- Mam zamiar przepowiedzieć ci przyszłość, Rolandzie. Trzeba odwrócić siedem kart, każdą osobno, i umieścić w koniunkcji z innymi. Nie robiłem tego od czasu, kiedy istniał Gilead i damy grały w punkty na zachodnich błoniach. I podejrzewam, że nigdy nie czytałem takich kart jak twoje. - W jego głosie znowu zabrzmiała kpiąca nuta. - Jesteś ostatnim na tym świecie łowcą przygód. Ostatnim krzyżowcem. Jakże musi cię to cieszyć, Rolandzie! Nie masz pojęcia, jak blisko Wieży się znalazłeś, przyjmując swoją misję. Światy obracają się wokół twojej głowy.

- Co to znaczy "przyjmując"? Nigdy jej nie przerwałem.

Słysząc to, człowiek w czerni wybuchł głośnym śmiechem, ale nie chciał wyznać, co go tak rozśmieszyło.

- Przepowiedz mi więc przyszłość - wychrypiał rewolwerowiec.

Odkryta została pierwsza karta.

- Wisielec - oświadczył człowiek w czerni. Zmierzch zwrócił mu jego kaptur. - Ale tu, nie wchodząc w koniunkcję z żadną inną, nie oznacza śmierci, lecz siłę. To ty, rewolwerowcze, jesteś Wisielcem, uparcie podążającym do celu, podążającym doń ponad wszystkimi czeluściami Na'aru. Strąciłeś już w otchłań jednego towarzysza podróży, nieprawdaż?

Rewolwerowiec nie odezwał się i odsłonięta została druga karta.

- Żeglarz. Zwróć uwagę na jasną brew, gładkie policzki, zbolałe oczy. On tonie, rewolwerowcze, i nikt nie rzuca mu liny. To chłopiec, Jake.

Rewolwerowiec skrzywił się i nic nie powiedział.

Odwrócona została trzecia karta. Na ramieniu młodzieńca siedział okrakiem szczerzący zęby pawian. Na zwróconej w górę twarzy młodzieńca widniał wystylizowany grymas strachu i grozy. Przyjrzawszy się bliżej, rewolwerowiec spostrzegł, że pawian trzyma w łapie bicz.

- Więzień - oznajmił człowiek w czerni.

Ogień rzucał na kartę niemiłe migotliwe cienie; zdawało się, że twarz młodzieńca porusza się i krzywi w bezgłośnym przerażeniu. Rewolwerowiec odwrócił wzrok.

- Trochę denerwujące, prawda? - zapytał człowiek w czerni i zrobił taką minę, jakby miał ochotę parsknąć śmiechem.

Odwrócił czwartą kartę. Kobieta z szalem na głowie przędła nitkę na kołowrotku. Przyglądając się jej strudzonymi oczyma, rewolwerowiec nie mógł oprzeć się wrażeniu, że kobieta jednocześnie szlocha i chytrze się uśmiecha.

- Władczyni Mroku - wyjaśnił człowiek w czerni. - Nie wydaje ci się dwulicowa, rewolwerowcze? Ma przynajmniej dwie twarze. Rozbiła błękitny talerz!

- Co to znaczy?

- Nie wiem - odparł człowiek w czerni, i chociaż w tym wypadku rewolwerowiec uznał, że jego adwersarz mówi prawdę.

- Dlaczego mi to pokazujesz?

- Nie pytaj! - zakazał ostro człowiek w czerni i zaraz potem na jego twarzy pojawił się uśmiech. - Nie pytaj. Tylko patrz. Jeśli cię to uspokoi, potraktuj to jako bezsensowny rytuał. Jak w kościele.

Zachichotał i odwrócił piątą kartę.

Szczerzący zęby Żniwiarz zaciskał w kościstych palcach kosę.

- Śmierć - powiedział krótko człowiek w czerni. - Lecz jeszcze nie dla ciebie.

Szósta karta.

Rewolwerowiec spojrzał na nią i poczuł dziwne mrowienie w żołądku. Przeczucie tego, co się stanie, wypełniło go radością i grozą; nie sposób było określić jednym słowem tej emocji. Miał wrażenie, że jednocześnie tańczy i zbiera mu się na mdłości.

- Wieża - oznajmił cicho człowiek w czerni. - To jest Wieża.

Karta rewolwerowca leżała pośrodku, następne w czterech rogach, niczym krążące wokół gwiazdy satelity.

- Gdzie miejsce tej karty? - zapytał rewolwerowiec.

Człowiek w czerni położył Wieżę na Wisielcu, kompletnie go zakrywając.

- Co to oznacza?

Człowiek w czerni nie odpowiedział.

- Co to oznacza? - powtórzył ochryple rewolwerowiec.

Człowiek w czerni nie odpowiedział.

- Niech cię diabli!

Bez odpowiedzi.

- Bądź przeklęty. Jaka jest siódma karta?

Człowiek w czerni odkrył siódmą kartę. Na błękitnym niebie świeciło słońce. Wokół niego tańczyły kupidyny i duchy. W jego promieniach skąpane było wielkie czerwone pole. Czerwone od róż czy od krwi? Rewolwerowiec nie potrafił powiedzieć. Być może, pomyślał, od róż i od krwi.

- Siódma karta to Życie - wyjaśnił cicho człowiek w czerni. - Ale nie dla ciebie.

- Gdzie jest jej miejsce?

- Nie wolno ci teraz tego wiedzieć. Mnie zresztą też. Nie jestem tym, którego szukasz, Rolandzie. Jestem tylko jego emisariuszem - powiedział człowiek w czerni, po czym cisnął beztrosko kartę w gasnące ognisko, gdzie zwęgliła się, zwinęła i zabłysła płomieniem.

Rewolwerowiec poczuł, jak jego serce drży i zamienia się w lód.

- Teraz zaśnij - rzucił lekkim tonem człowiek w czerni. - Być może coś ci się przyśni.

- To, czego nie zdołały uczynić moje pociski, być może uda się moim rękom - oznajmił rewolwerowiec.

Podkurczył niesamowicie szybko nogi, wyciągnął przed siebie ręce i dał susa przez ognisko. Uśmiechnięty człowiek w czerni urósł w jego oczach i zniknął w głębi rozbrzmiewającego echem długiego korytarza. Świat wypełnił jego szyderczy śmiech. Rewolwerowiec spadał, umierał, zasypiał.

Przyśnił mu się sen.

III

Wszechświat był pusty. Nic się nie poruszało. Niczego nie było.

Rewolwerowiec dryfował w nim otumaniony.

- Niech stanie się światło - odezwał się nonszalancki głos człowieka w czerni i stało się światło. Rewolwerowcowi przemknęło przez głowę, że światło jest dobre.

- A teraz ciemność nad głowami i rozświetlające ją gwiazdy. I woda na dole.

Stało się. Rewolwerowiec unosił się nad bezkresnymi morzami. Na górze migotały gwiazdy, ale nie zobaczył żadnej z konstelacji, które wiodły go przez długie życie.

- Ląd - poprosił człowiek w czerni.

I stał się ląd; wynurzył się z wody w niekończących się, galwanicznych konwulsjach. Był czerwony, jałowy, popękany i sterylnie lśniący. Wulkany wypluwały z siebie magmę niczym wielkie pryszcze na brzydkiej łysej głowie nastolatka.

- Dobrze - powiedział człowiek w czerni. - To na początek. Teraz stwórzmy jakieś rośliny. Drzewa. Trawę i pola.

Stało się. Tu i ówdzie łaziły dinozaury, porykując, posapując, zjadając się wzajemnie i taplając w cuchnących roponośnych sadzawkach. Wszędzie rosły tropikalne deszczowe lasy. Olbrzymie paprocie wyciągały ku słońcu żłobkowane liście. Po niektórych pełzały dwugłowe żuki. Wszystko to zobaczył rewolwerowiec. A mimo to czuł się świetnie.

- Teraz uczyń człowieka - zażądał cicho człowiek w czerni, lecz rewolwerowiec spadał... spadał w górę. Horyzont rozległej żyznej ziemi zaczął się zakrzywiać. Tak, wszyscy mówili, że się zakrzywia, jego nauczyciel Vannay twierdził, że udowodniono to na długo, nim świat poszedł naprzód. Ale to...

Dalej i dalej, wyżej i wyżej. Przed jego zdumionymi oczyma wyodrębniły się kontynenty, które szybko zasłoniły wiry chmur. Atmosfera trzymała świat w swoim łożysku. A słońce, wschodzące za ramieniem ziemi...

Rewolwerowiec krzyknął i zasłonił ręką oczy.

- Niech stanie się światło!

Ten głos nie był już głosem człowieka w czerni. Odbijał się gigantycznym echem. Wypełnił przestrzeń i przestrzenie między przestrzeniami.

- Światło!

Rewolwerowiec spadał i spadał.

Słońce skurczyło się. Gdzieś obok przeleciała czerwona, poznaczona kanałami planeta, którą okrążały wściekle dwa księżyce. Za nią wirujący pas kamieni i kolejna planeta, kipiąca gazami, zbyt wielka, by je utrzymać i dlatego spłaszczona. Jeszcze dalej świat pierścieni, najeżony błyszczącymi lodowymi drzazgami.

- Światło! Niech stanie się...

Inne światy, jeden, drugi, trzeci. Daleko za ostatnim samotna kula ze skały i lodu, okrążająca w martwej ciemności słońce, które nie było jaśniejsze od zaśniedziałego miedziaka.

A za nią ciemność.

- Nie - jęknął rewolwerowiec. Jego głos był płaski, nie odbijał się echem. Ciemność była ciemniejsza od ciemności, czerń czarniejsza od czerni. Przy tej ciemności najciemniejsza noc ludzkiej duszy mogła się zdać słonecznym dniem, ciemność pod górami lekką smugą na obliczu Światła. - Dosyć, proszę, dosyć. Nie chcę tego więcej...

- ŚWIATŁO!

- Dosyć. Proszę, dosyć...

Gwiazdy też zaczęły się kurczyć. Całe mgławice zbiegały się i zlewały w jarzące smugi. Cały wszechświat zdawał się zbiegać wokół niego.

- Dosyć, dosyć, proszę, dosyć...

- W takim razie wycofaj się - szepnął mu jedwabiście do ucha człowiek w czerni. - Porzuć wszelkie myśli o Wieży. Idź własną drogą, rewolwerowcze, i zacznij długie dzieło ratowania swojej duszy.

Rewolwerowiec zmobilizował siły. Wstrząśnięty i samotny, zagubiony w ciemności, przerażony wyłaniającym się przed nim sensem absolutu, zebrał się w sobie i udzielił ostatecznej odpowiedzi w tej kwestii.

- NIGDY!

- ZATEM NIECH STANIE SIĘ ŚWIATŁO!

I stało się światło, miażdżąc go niczym młot, wielkie, pierwotne światło. Świadomość nie miała szansy na ostanie się w tym blasku, ale zanim się rozpłynęła, rewolwerowiec zobaczył coś wyraźnie, coś, co jego zdaniem miało kosmiczne znaczenie. Uchwycił się tego czegoś z bolesnym wysiłkiem i wszedł głębiej, szukając schronienia w samym sobie, zanim to światło oślepi jego oczy i odbierze rozum.

Uciekł przed światłem i wiedzą, którą implikowało światło, i wrócił do swojej jaźni. Tak czynimy wszyscy, tak czynią najlepsi z nas.

IV

Trwała noc - nie miał pojęcia, czy ta sama, czy może inna. Dźwignął się z miejsca, gdzie wylądował po swoim demonicznym skoku i spojrzał na kłodę, na której siedział Walter o'Dim (jak zwali go ci, których spotkał po drodze). Nie było go tam.

Ogarnęła go wielka rozpacz. Boże, trzeba będzie przez to wszystko ponownie przejść, pomyślał, a potem usłyszał za sobą głos.

- Jestem tutaj, rewolwerowcze. Nie chciałem siedzieć tak blisko ciebie. Gadasz przez sen.

Człowiek w czerni zachichotał.

Rewolwerowiec chwiejnie ukląkł i odwrócił się. Z ogniska został tylko czerwony żar i szary popiół, znajomy wypalony wzór zwęglonych szczap. Człowiek w czerni ogryzał z entuzjazmem z kości tłuste mięso królika.

- Dobrze się spisałeś - oznajmił. - Nigdy nie mógłbym zesłać tej wizji twojemu ojcu. Wróciłby, śliniąc się jak kretyn.

- Co to było? - zapytał rewolwerowiec bełkotliwym drżącym głosem. Czuł, że jeśli spróbuje wstać, ugną się pod nim nogi.

- Wszechświat - odparł niedbale człowiek w czerni. Beknął i rzucił kości w ognisko, gdzie najpierw rozjarzyły się, a potem sczerniały. Wiatr gwizdał z przejmującym smutkiem nad golgotą.

- Wszechświat? - powtórzył tępo rewolwerowiec.

Nie znał zbyt dobrze tego słowa. W pierwszej chwili pomyślał, że człowiek w czerni deklamuje poezję.

- Chcesz Wieży - powiedział człowiek w czerni. Zabrzmiało to jak pytanie.

- Tak.

- Nie zdobędziesz jej - oświadczył człowiek w czerni i na jego wargach pojawił się okrutny uśmiech. - Nikt w wielkich radach nie przejmie się, jeśli zastawisz swoją duszę albo od razu ją sprzedasz, Rolandzie. Widziałem, jak blisko krawędzi znalazłeś się ostatnim razem. Wieża zabije cię w połowie drogi do jej świata.

- Nic o mnie nie wiesz - odparł cicho rewolwerowiec i jego rozmówca przestał się uśmiechać.

- To ja stworzyłem twojego ojca i zniszczyłem go - powiedział ponuro. - Ja przyszedłem do twojej matki jako Marten... zawsze to podejrzewałeś, prawda?... i posiadłem ją. Ugięła się pode mną niczym wierzba... chociaż (niech to będzie dla ciebie pociechą) nigdy się nie złamała. Tak było zapisane i tak się stało. Jestem najniższym sługą tego, który rządzi Mroczną Wieżą. Ziemia została oddana w czerwone władanie tego króla.

- Czerwone? Dlaczego powiedziałeś "czerwone"?

- Nieważne. Nie będziemy o nim mówić, chociaż, jeśli będziesz się upierał, dowiesz się więcej, niżbyś chciał. To, co zraniło cię raz, może zranić cię dwa razy. To nie jest początek, ale początek końca. Dobrze uczynisz, jeśli to zapamiętasz... ale ty nigdy tego nie robisz.

- Nie rozumiem.

- Nie. Nie rozumiesz. Nigdy nie rozumiałeś. Nigdy nie zrozumiesz. Nie masz wyobraźni. Pod tym względem jesteś ślepy.

- Co ja zobaczyłem? - zapytał rewolwerowiec. - Na końcu? Co to było?

- A na co wyglądało?

Rewolwerowiec milczał pogrążony w zadumie. Poszukał tytoniu, lecz nie zostało go ani trochę. Człowiek w czerni najwyraźniej nie miał zamiaru wypełnić jego woreczka za pomocą czarnej albo białej magii. Później mógł znaleźć trochę listków w swoim worku z kompostem, ale "później" wydawało się teraz bardzo odległe.

- To było światło - odpowiedział w końcu rewolwerowiec. - Wielkie białe światło. A potem... - urwał i zerknął na człowieka w czerni, który pochylił się nagle do przodu.

Na jego twarzy malowały się niezwykłe emocje, zbyt oczywiste, by mógł się ich wyprzeć. Malował się podziw lub zachwyt. Może było to jedno i to samo.

- Ty tego nie wiesz! - dodał rewolwerowiec i zaczął się uśmiechać. - O, wielki czarnoksiężniku, który przywracasz życie umarłym! Ty tego nie wiesz. Żaden z ciebie czarownik.

- Wiem - odparł człowiek w czerni. - Ale nie wiem... co wiem.

- Białe światło - powtórzył rewolwerowiec. - A potem źdźbło trawy. Jedno jedyne źdźbło trawy, które zasłoniło wszystko. A ja byłem mały. Nieskończenie mały.

- Trawa. - Człowiek w czerni zamknął oczy. Miał zapadłą, wychudłą twarz. - Źdźbło trawy. Jesteś pewien?

- Tak. - Rewolwerowiec zmarszczył brew. - Lecz źdźbło było purpurowe.

- Słuchaj mnie teraz, Rolandzie, synu Stephena. Czy mnie wysłuchasz?

- Tak.

I wtedy człowiek w czerni zaczął mówić.

V

Wszechświat (powiedział) jest Wielkim Wszystkim i kryje w sobie paradoks zbyt wielki, by mógł go ogarnąć skończony umysł. Podobnie jak żywy mózg nie potrafi stworzyć nieżywego mózgu - chociaż łudzi się, że to potrafi - tak samo skończony umysł nie może ogarnąć nieskończoności.

Już sam prozaiczny fakt istnienia wszechświata zaprzecza argumentom, jakie mogą wytoczyć pragmatyk i cynik. Dawno temu, sto pokoleń przed tym, nim świat poszedł naprzód, rodzaj ludzki osiągnął wystarczająco wysoki poziom techniczny i naukowy, by odłupać kilka odłamków od wielkiej kamiennej kolumny bytu. Ale nawet wówczas fałszywe światło nauki (lub, jeśli wolisz, wiedzy) rozbłysło tylko w kilku rozwiniętych krajach. Jedna kompania (lub koteria) przodowała w tym względzie; nazywała się North Central Positronics. A jednak mimo olbrzymiej liczby poznanych faktów w uderzająco małym stopniu zgłębiono istotę rzeczy.

Nasi przodkowie, rewolwerowcze, pokonali chorobę-tego-co-gnije, którą nazywamy rakiem, uporali się niemal ze starością, polecieli na Księżyc...

- Nie wierzę w to - powiedział kategorycznie rewolwerowiec, na co człowiek w czerni po prostu się uśmiechnął.

- Nie musisz - odparł. - Ale tak było. Nasi przodkowie stworzyli albo odkryli setki innych cudownych błahostek. Temu bogactwu informacji nie towarzyszyło jednak prawie wcale zgłębienie istoty rzeczy. Nikt nie napisał wspaniałej ody sławiącej cud sztucznego zapłodnienia... płodzenia dzieci z zamrożonego męskiego nasienia... albo powozów napędzanych energią słoneczną. Nieliczni, jeśli w ogóle ktokolwiek, poznali najprawdziwszą zasadę rzeczywistości: nowa wiedza prowadzi zawsze do jeszcze groźniejszych tajemnic. Większa wiedza na temat fizjologii mózgu podaje w wątpliwość istnienie duszy, chociaż sama natura badań czyni je bardziej prawdopodobnym. Rozumiesz? Oczywiście, że nie. Dotarłeś do kresu swoich możliwości rozumienia. Ale nie przejmuj się... to nie należy do rzeczy.

- Co zatem należy do rzeczy?

- Największą tajemnicą, którą kryje wszechświat, nie jest życie, lecz rozmiar. Rozmiar zawiera w sobie życie, a Wieża zawiera w sobie rozmiar. Dziecko, które wszystkiemu się dziwi, pyta ojca: "Tato, co jest za tym niebem?". I ojciec odpowiada: "Mrok przestrzeni". Na to dziecko: "A co jest za przestrzenią?". Na to ojciec: "Galaktyka". "A co za galaktyką?". "Kolejna galaktyka". "A za kolejnymi galaktykami?". "Tego nie wie nikt", odpowiada ojciec. Rozumiesz? Rozmiar skazuje nas na porażkę. Dla ryby wszechświatem jest jezioro, w którym żyje. Co myśli ryba, gdy coś wyrywa ją za pysk poza srebrne granice jej istnienia w nowy wszechświat, gdzie tonie w powietrzu, a światło jest błękitnym szaleństwem? W którym wielkie, pozbawione skrzeli dwunogi wrzucają ją do skrzyni, gdzie się dusi, i nakrywają mokrym zielskiem, żeby zdechła? Można też wziąć czubek ołówka i powiększać go do chwili, gdy uświadomimy sobie z oszołomieniem, że czubek ołówka nie jest stały; składa się z atomów, które wirują i obracają się wokół własnych osi niczym trylion demonicznych planet. To, co wydaje nam się stałe, jest w istocie tylko luźną siecią utrzymywaną w miejscu przez grawitację. Sprowadzone do poprawnych rozmiarów odległości między tymi atomami mogą stać się milami, parsekami, eonami. Same atomy zbudowane są z jąder oraz obracających się protonów i elektronów. Można też zejść stopień niżej, do cząstek elementarnych. A potem do czego? Do tachionów? Do nicości? Oczywiście, że nie. Wszystko we wszechświecie zaprzecza nicości; nie sposób stwierdzić, że rzeczy gdzieś się kończą. Czy wypadając poza granicę wszechświata, zobaczysz płot i tablicę z napisem: KONIEC? Nie. Możesz natknąć się na coś twardego i zaokrąglonego - podobnie musi widzieć kurczak jajo od środka. I jeśli spróbujesz przebić tę skorupę, jakie potężne i gorejące światło wpadnie przez otwór na krańcu przestrzeni? Być może wyjrzysz na zewnątrz i odkryjesz, że cały nasz wszechświat stanowi zaledwie cząstkę atomu źdźbła trawy? Być może będziesz musiał uznać, że paląc to źdźbło, spopielasz cały wszechświat? Że istnienie nie zawiera się w jednej nieskończoności, lecz w ich nieskończonej ilości?

Być może zobaczysz, jakie miejsce zajmuje nasz wszechświat w porządku rzeczy - nie większe aniżeli miejsce atomu w źdźble trawy. Czy to możliwe, by wszystko, co spostrzegamy, poczynając od mikroskopijnego wirusa po odległą Mgławicę Końskiej Głowy, mieściło się w jednym źdźble trawy... źdźble, które w płynącym tam gdzie indziej czasie istnieje tylko jedno lato? Co się stanie, jeśli to źdźbło zostanie ścięte kosą? Czy kiedy zacznie więdnąć, rozkład przeniesie się do naszego własnego wszechświata, w nasze życie, czy wszystko stanie się żółte, brązowe i wyschnięte? Może to się już zaczęło. Mówimy, że świat poszedł naprzód; być może chodzi nam o to, że zaczął usychać.

Pomyśl, jak bardzo pomniejsza nas takie widzenie rzeczy, rewolwerowcze! Jeśli Bóg patrzy na to wszystko, czy rzeczywiście wymierza sprawiedliwość rasie muszek żyjącej pośród nieskończenie wielu innych ras muszek? Czy widzi spadającą na ziemię jaskółkę, gdy jest ona mniejsza od pyłku wodoru dryfującego swobodnie w otchłani kosmosu? A jeśli to widzi... jaka musi być natura takiego Boga? Gdzie On mieszka? Jak można żyć poza nieskończonością?

Wyobraź sobie piasek pustyni Mohaine, którą przebyłeś, aby mnie odnaleźć, i wyobraź sobie tryliony wszechświatów - nie światów, lecz wszechświatów - zamkniętych w każdym jego ziarnie; a w każdym z tych wszechświatów, nieskończoną liczbę innych. Górujemy nad tymi wszechświatami, ciesząc się z naszej żałosnej przewagi; jednym kopnięciem możesz posłać biliony światów w mrok, rozerwać łańcuch, który już nigdy się nie połączy.

Rozmiar, rewolwerowcze... rozmiar...

Idźmy dalej. Przypuśćmy, że wszystkie światy, wszystkie wszechświaty spotykają się w jednym punkcie, w pojedynczym pylonie, w Wieży. A w niej znajdują się schody, być może do samej Boskości. Czy ośmieliłbyś się tam wspiąć, rewolwerowcze? Czy to możliwe, że gdzieś poza bezkresną rzeczywistością istnieje Komnata?

Nie ośmielisz się.

I w umyśle rewolwerowca odbiły się echem te słowa: Nie ośmielisz się.

VI

- Ktoś się ośmielił - powiedział rewolwerowiec.

- Któż taki?

- Bóg - odparł cicho rewolwerowiec. Błyszczały mu oczy. - Bóg się ośmielił... albo ten król, o którym mówiłeś... a może ta komnata jest pusta, jasnowidzu?

- Nie wiem. - Na spokojnej twarzy człowieka w czerni pojawił się przez chwilę strach, miękki i ciemny niczym skrzydło myszołowa. - I, co więcej, nie pytam. To mogłoby się okazać nierozsądne.

- Boisz się, że zginiesz?

- Być może tego, że trzeba będzie zdać rachunek.

Człowiek w czerni przez chwilę milczał. Noc była bardzo długa. Nad ich głowami rozpościerała się Mleczna Droga, olśniewająca przepychem i zarazem przerażająca pustką między płonącymi lampami. Rewolwerowiec zastanawiał się, co by poczuł, gdyby atramentowe niebo rozszczepiło się i wpuściło do środka potok światła.

- Ognisko - powiedział. - Zimno mi.

- Rozpal je sam - odparł człowiek w czerni. - Lokaj ma wolne.

VII

Rewolwerowiec zdrzemnął się. Kiedy się obudził, człowiek w czerni mierzył go niezdrowym chciwym spojrzeniem.

- Na co się tak gapisz?

Przypomniał sobie starą odzywkę Corta: "Widzisz zadek swojej siostry?".

- Na ciebie, oczywiście.

- To przestań. - Rewolwerowiec pogrzebał kijem w ognisku, niszcząc precyzję ideogramu. - Nie podoba mi się to - powiedział i spojrzał na wschód, by zobaczyć, czy nie dnieje. Ta noc zdawała się trwać bez końca.

- Tak wcześnie wyglądasz światła?

- Zostałem stworzony, by żyć w świetle.

- To ci się udało! To naprawdę niegrzecznie z mojej strony, że o tym zapomniałem! Mamy jeszcze wiele do omówienia, ty i ja. Takie bowiem jest życzenie mojego króla i pana.

- Co to za król?

Człowiek w czerni uśmiechnął się.

- Czy mamy zatem powiedzieć sobie prawdę, ty i ja? Koniec z kłamstwami?

- Myślałem, że mówimy sobie prawdę.

- Czy mamy sobie wygarnąć prawdę, jak dwaj mężczyźni? - powtórzył z naciskiem człowiek w czerni, tak jakby Roland w ogóle się nie odezwał. - Nie jak przyjaciele, lecz ludzie równi sobie. To oferta, z którą rzadko się spotkasz, Rolandzie. Tylko równi sobie mówią prawdę, tak przynajmniej sądzę. Przyjaciele i kochankowie bez przerwy kłamią, złapani w sieć powinności. Jakie to męczące!

- Nie chciałbym cię zmęczyć, zatem powiedzmy sobie prawdę. - Nigdy nie mówił mniej tej nocy. - Na początek wyjaśnij, co rozumiesz dokładnie przez gusła.

- Gusła to czary, rewolwerowcze. Czary mego króla przedłużyły tę noc i przedłużą ją jeszcze bardziej... dopóki nasza rozmowa nie dobiegnie końca.

- Jak długo to potrwa?

- Długo. Nie mogę ci powiedzieć nic więcej. Sam tego nie wiem. - Człowiek w czerni stanął nad ogniskiem i blask żarzących się głowni wyżłobił bruzdy na jego twarzy. - Pytaj. Powiem ci to, co wiem. Dopadłeś mnie. Tak będzie sprawiedliwie; nie sądziłem, że ci się uda. Ale twoja wędrówka dopiero się zaczęła. Pytaj. To powinno nas szybko doprowadzić do sedna.

- Kim jest twój król?

- Nigdy go nie widziałem, ty jednak musisz. Lecz zanim do niego dotrzesz, musisz najpierw spotkać Wiecznego Przybysza. - Człowiek w czerni złośliwie się uśmiechnął. - Musisz go zabić, rewolwerowcze. Ale wydaje mi się, że nie o to chciałeś zapytać.

- Jak możesz znać swojego króla i pana, skoro nigdy go nie widziałeś?

- Odwiedza mnie we śnie. Przyszedł do mnie jako młodzian, kiedy mieszkałem biedny i nieznany w dalekim kraju. Powierzył mi tę misję przed wielu stuleciami, ale w młodości i wieku męskim, zanim dostąpiłem apoteozy, wypełniałem również inne zlecenia. To ty jesteś tą apoteozą, rewolwerowcze. Jesteś moją kulminacją. - Zachichotał. - Widzisz, ktoś wziął cię na serio.

- A ten Przybysz? Czy ma jakieś imię?

- Owszem, ma.

- Jak ono brzmi?

- Legion - powiedział cicho człowiek w czerni i gdzieś w ciemności, w górach na wschodzie zeszła skalna lawina. Puma krzyknęła głosem kobiety. Rewolwerowiec zadrżał, a człowiek w czerni wzdrygnął się. - Mimo to wydaje mi się, że nie o to chciałeś zapytać. Wybieganie myślą naprzód nie leży w twojej naturze.

Rewolwerowiec wiedział, o co chciał zapytać; to pytanie nie dawało mu spokoju przez całą noc i chyba od wielu lat. Zawisło na jego wargach, ale nie zadał go... jeszcze nie.

- Czy ten Przybysz jest sługą Wieży? Tak jak ty?

- Ano. On przyciemnia. Nadaje barwy. Jest obecny we wszystkich czasach. Mimo to jest ktoś większy od niego.

- Kto?

- Nie pytaj o nic więcej! - zawołał człowiek w czerni. W jego głosie zamiast zamierzonej stanowczości zabrzmiał błagalny ton. - Nie wiem! Nie chcę wiedzieć. Mówienie o rzeczach z Końcowego Świata to mówienie o zatracie własnej duszy.

- Czy za tym Wiecznym Przybyszem jest Wieża ze wszystkim, co się w niej zawiera?

- Tak - szepnął człowiek w czerni. - Ale nie o to chciałeś mnie zapytać.

To prawda.

- Owszem - odparł rewolwerowiec, po czym zadał najstarsze na świecie pytanie. - Czy mi się uda? Czy wygram?

- Gdybym odpowiedział na to pytanie, rewolwerowcze, zabiłbyś mnie.

- Powinienem cię zabić. Powinno się ciebie zabić.

Dłonie Rolanda powędrowały do wyślizganych rękojeści rewolwerów.

- To nie otworzy żadnych drzwi, rewolwerowcze. Najwyżej zamknie je raz na zawsze.

- Dokąd muszę iść?

- Na początku na zachód. Idź do morza. Musisz zacząć tam, gdzie kończy się świat. Był pewien człowiek, który udzielił ci rady... człowiek, którego pokonałeś tak dawno temu...

- Tak, Cort - przerwał mu niecierpliwie rewolwerowiec.

- Radził ci czekać. To była zła rada. Bo już wtedy knułem przeciwko twojemu ojcu. Ojciec wysłał cię daleko, a kiedy wróciłeś...

- Nie będę tego słuchał - powiedział rewolwerowiec. W myślach słyszał śpiew swojej matki. Były sobie kotki dwa, szarobure, szarobure obydwa.

- Więc posłuchaj tego: kiedy wróciłeś, Marten wyjechał na zachód, żeby przyłączyć się do buntowników. Tak w każdym razie wszyscy mówili, i ty w to uwierzyłeś. Ale Marten i pewna wiedźma zastawili na ciebie pułapkę, w którą wpadłeś. Grzeczny chłopiec! I chociaż Marten dawno zniknął, był pewien człowiek, który ci go przypominał, prawda? Mężczyzna, który nosił ubiór mnicha i ogolił głowę niczym pokutnik...

- Walter - szepnął rewolwerowiec. Chociaż dotarł tak daleko w swoich rozważaniach, naga prawda go zadziwiała. - To ty. Marten w ogóle nie wyjechał.

Człowiek w czerni zachichotał.

- Do usług.

- Powinienem cię teraz zabić.

- To byłoby raczej nie w porządku. Poza tym wszystko to zdarzyło się dawno temu. Teraz nadchodzi czas podzielenia się.

- W ogóle nie wyjechałeś - powtórzył oszołomiony rewolwerowiec. - Zmieniłeś się tylko.

- Usiądź - poprosił go człowiek w czerni. - Opowiem ci różne historie, ile tylko zechcesz. Twoje własne dzieje, jak sądzę, będą o wiele dłuższe.

- Nie opowiadam o sobie - mruknął rewolwerowiec.

- A jednak dzisiaj musisz. Żebyśmy mogli zrozumieć.

- Zrozumieć co? Mój cel? Znasz go. Moim celem jest odnalezienie Wieży. Przysiągłem, że to zrobię.

- Nie chodzi o twój cel, rewolwerowcze, lecz o twój umysł. Powolny, metodyczny, wytrwały umysł. Takiego jak ten nie było w całej historii świata. Być może w całej historii stworzenia. Nadchodzi czas rozmowy. Czas opowieści.

- Więc opowiadaj.

Człowiek w czerni potrząsnął obszernym rękawem swojej szaty. Na ziemię upadła paczuszka owinięta w folię, w jej załamkach odbił się blask gasnących głowni.

- Tytoń, rewolwerowcze. Masz ochotę zapalić?

Rewolwerowiec potrafił wzgardzić potrawą z królika, ale nie tytoniem. Rozerwał skwapliwie folię. W środku był znakomity pokruszony tytoń i zdumiewająco wilgotne zielone liście, w które można go było zawinąć. Nie widział takiego tytoniu od dziesięciu lat.

Skręcił dwa papierosy i przygryzł je na końcach, żeby uwolnić zapach. Jeden podał człowiekowi w czerni, który nie odmówił. Każdy z nich podniósł płonącą gałązkę z ogniska.

Rewolwerowiec zapalił swojego papierosa. Zamknął oczy, by móc się lepiej skupić, wciągnął głęboko w płuca aromatyczny dym i delektując się, powoli go wydmuchał.

- Dobry? - zapytał człowiek w czerni.

- Tak. Bardzo dobry.

- Naciesz się nim. Być może to ostatni papieros, jaki dane ci będzie wypalić w bardzo długim czasie.

Rewolwerowiec nie przejął się tym.

- Bardzo dobrze - powiedział człowiek w czerni. - Na początek musisz zrozumieć, że Wieża była zawsze. I zawsze byli chłopcy, którzy o niej wiedzieli i pożądali jej bardziej niż władzy, bogactwa i kobiet... chłopcy, którzy szukali prowadzących do niej drzwi...

VIII

Potem odbyła się rozmowa, rozmowa, która zajęła całą noc i Bóg jeden wie ile czasu jeszcze (a także ile z niej było prawdą), lecz rewolwerowiec pamiętał z niej później bardzo mało... i dla jego dziwnie praktycznego umysłu nie miała raczej większego znaczenia. Człowiek w czerni zakomunikował mu ponownie, iż musi iść ku morzu, które znajdowało się w odległości zaledwie dwudziestu mil na zachód, i że tam nadana mu zostanie moc powoływania.

- Chociaż to też nie do końca prawda - dodał, rzucając papierosa w dopalające się ognisko. - Nikt nie chce ci nadawać żadnego rodzaju mocy, rewolwerowcze; ona po prostu w tobie tkwi, a ja muszę ci o tym powiedzieć, częściowo dlatego, że złożyłeś w ofierze chłopca, i częściowo dlatego, że takie jest prawo; naturalne prawo rzeczy. Woda musi spływać na dół, a ty musisz się dowiedzieć. Rozumiem, że powołasz trójkę, ale tak naprawdę wcale mnie to nie obchodzi. Tak naprawdę wcale nie chcę o tym wiedzieć.

- Trójkę - mruknął rewolwerowiec, myśląc o Wyroczni.

- I wtedy dopiero zacznie się zabawa. Ale mnie już wówczas od dawna nie będzie. Do widzenia, rewolwerowcze. Moja rola się skończyła. Łańcuch jest w twoich rękach. Uważaj, żeby nie owinął się wokół twojej szyi.

Jakiś zewnętrzny głos zmusił Rolanda do zadania kolejnego pytania:

- Masz mi jeszcze jedną rzecz do powiedzenia, prawda?

- Tak - odparł człowiek w czerni. Uśmiechnął się do niego swoimi niezgłębionymi oczyma i wyciągnął rękę. - Niech stanie się światło.

I stało się światło i tym razem światło było dobre.

IX

Roland obudził się przy szczątkach ogniska i uświadomił sobie, że jest o dziesięć lat starszy. Jego czarne włosy przerzedziły się na skroniach i przybrały szary kolor późnojesiennej pajęczyny. Rysy twarzy pogłębiły się, skóra stała się bardziej szorstka.

Resztki opału, który przyniósł, zmieniły się w kamień, a człowiek w czerni w szczerzący zęby szkielet w przegniłej czarnej szacie, kolejne kości w tej usłanej kośćmi niecce, kolejna czaszka w miejscu czaszek.

Czy to naprawdę ty? - pomyślał Roland. Mam pewne wątpliwości, Walterze o'Dim, mam pewne wątpliwości, niegdysiejszy Martenie.

Wstał, rozejrzał się dookoła i wyciągnął nagle rękę ku szczątkom swojego towarzysza (jeśli to były rzeczywiście szczątki Waltera) z ubiegłej nocy... nocy, która trwała dziesięć lat. Wyrwał szybkim gestem kość żuchwy z jego czaszki i wcisnął ją niedbale do lewej tylnej kieszeni dżinsów - mogła mu się przydać zamiast tej, którą zostawił w górach.

- Ile naopowiadałeś mi kłamstw? - zapytał. Był pewien, że wiele, ale ich wartość polegała na tym, że były zmieszane z prawdą.

Wieża. Gdzieś tam czekała na niego - w punkcie przecięcia Czasu, w punkcie przecięcia Rozmiaru.

Ruszył ponownie na zachód, mając za plecami wschodzące słońce, kierując się ku oceanowi, zdając sobie sprawę, że jakaś wielka rzecz w jego życiu zaczęła się i skończyła.

- Kochałem cię, Jake - powiedział na głos.

Z jego ciała ustąpiła sztywność i zaczął iść szybszym krokiem. Wieczorem dotarł do skraju lądu. Usiadł na plaży, która ciągnęła się opustoszała na lewo i prawo. Fale huczały i huczały, uderzając bez końca o brzeg. Zachodzące słońce wymalowało na wodzie szeroki pas tombakowego złota.

Tam właśnie zasiadł rewolwerowiec z twarzą zwróconą ku gasnącemu światłu. Śnił swoje sny i patrzył, jak na niebie pojawiają się gwiazdy; widział jasno swój cel i nie zadrżało w nim serce; jego włosy, teraz rzadsze i szare, powiewały wokół głowy; wykładane sandałowym drzewem rewolwery ojca przylegały do jego bioder, i był samotny, lecz samotność nie wydawała mu się pod żadnym względem czymś złym lub haniebnym. Ciemność okryła ziemię i świat poszedł naprzód. Rewolwerowiec czekał na czas powoływania i śnił swoje długie sny o Mrocznej Wieży, do której pewnego dnia dotrze i dmąc o zmierzchu w swój róg, przystąpi, by stoczyć niewyobrażalny ostatni bój.

IPEŁNIA ZIEMI. PUSTE MIASTO. DZWONY. MARTWY CHŁOPIEC. PRZEWRÓCONY WÓZ. ZIELONI LUDZIE

W dniu Pełni Ziemi tak gorącym, że zdawał się wysysać oddech z piersi, zanim ciało zdążyło go wykorzystać, Roland z Gilead dotarł do bram wioski w górach Desatoya. Podróżował wtedy samotnie i wkrótce miał również wędrować pieszo. Przez cały ostatni tydzień rozglądał się za końskim doktorem, ale obawiał się, że teraz weterynarz już mu nie pomoże, nawet gdyby mieszkał w tym miasteczku. Jego wierzchowiec, dwuletni deresz, był całkiem wykończony.

Bramy miasteczka, wciąż udekorowane kwiatami po jakimś festynie, były zapraszająco otwarte, ale cisza za nimi wydawała się całkiem nie na miejscu. Do Rolanda nie docierało klip-klap końskich kopyt, turkotanie kół wozów, krzyki handlarzy targujących się na rynku. Słyszał tylko niskie granie świerszczy (w każdym razie jakichś owadów, trochę bardziej melodyjnych niż świerszcze), dziwaczny drewniany stukający odgłos i ciche, senne pobrzękiwanie małych dzwoneczków.

Ponadto kwiaty, oplatające pręty ozdobnej bramy z kutego żelaza, już dawno zwiędły.

Topsy niosący na swym grzbiecie jeźdźca dwa razy kichnął potężnie i płytko - kchau! kchau! - i zatoczył się w bok. Roland zsiadł, częściowo z szacunku dla konia, częściowo z szacunku dla siebie - nie chciał złamać nogi pod Topsym, gdyby deresz wybrał ten moment, żeby się poddać i pokłusować na koniec swojej ścieżki.

Rewolwerowiec stał w zakurzonych butach i wyblakłych dżinsach pod palącym słońcem, głaskał zmatowiałą szyję deresza, od czasu do czasu rozgarniał palcami splątaną grzywę. Raz przerwał, żeby odgonić muszki rojące się w kącikach oczu konia. Niech składają jajka, z których wylęgną się larwy, ale dopiero wówczas, kiedy Topsy zdechnie, nie wcześniej.

W ten sposób Roland uhonorował swojego konia najlepiej, jak potrafił, słuchając przy tym odległych sennych dzwoneczków i dziwacznego drewnianego stukania. Po chwili przerwał zdawkowe zabiegi i popatrzył z namysłem na otwartą bramę.

Krzyż nad nią wyglądał trochę dziwnie, ale poza tym brama należała do tych powszechnych na Zachodzie - nie tyle użyteczna, ile tradycyjna; każde miasteczko, które odwiedził przez ostatnich dziesięć miesięcy, miało taką przy wjeździe (paradną) i jeszcze jedną przy wyjeździe (mniej paradną). Zbudowano je, żeby wpuszczać gości, zwłaszcza tą. Stała pomiędzy dwiema różowymi ścianami z suszonej gliny, które ciągnęły się na jakieś dwadzieścia stóp po obu stronach, a potem po prostu się kończyły. Gdyby bramę zamknięto na cztery spusty, wystarczyło obejść dookoła jeden z murków.

Za bramą Roland widział coś, co pod każdym względem wyglądało jak zupełnie zwyczajna główna ulica - gospoda, dwa saloony (jeden nazywał się Pod Zaganianą Świnią, szyld na drugim wyblakł tak, że nie dawał się odczytać), sklep, kowal, sala zebrań. Stał tam również mały, ale całkiem ładny budyneczek ze skromną dzwonnicą na szczycie, na mocnych fundamentach z polnego kamienia, ze złotym krzyżem wymalowanym na podwójnych drzwiach. Krzyż, jak ten nad bramą, oznaczał miejsce kultu dla tych, którzy pozostali przy Jezusie-Człowieku. Nie była to popularna religia w Świecie Pośrednim, ale dość znana; to samo dało się powiedzieć niemal o wszystkich rodzajach wiary w tych czasach, włącznie z kultem Baala, Asmodeusza i setką innych. Wiara, jak wszystko inne w tym świecie, poszła naprzód. Dla Rolanda Bóg na Krzyżu był tylko kolejną religią, która uczyła, że miłość i morderstwo są nierozłącznie związane - że w końcu Bóg zawsze pije krew.

Tymczasem słyszał śpiewne brzęczenie owadów, które brzmiało prawie jak granie świerszczy. I senne pobrzękiwanie dzwoneczków. I dziwaczne drewniane stukanie, jakby ktoś pięścią walił w drzwi. Albo w wieko trumny.

Coś tutaj jest bardzo nie w porządku, pomyślał rewolwerowiec. Uważaj, Rolandzie; to miejsce cuchnie na czerwono.

Poprowadził konia przez bramę ozdobioną girlandą zwiędłych kwiatów i po głównej ulicy. Na ganku sklepu, gdzie zwykle zbierała się starszyzna, by gadać o zbiorach, polityce i szaleństwach młodszego pokolenia, stał tylko szereg pustych bujanych foteli. Pod jednym z nich, jakby wypuszczona z niedbałej (i dawno martwej) dłoni, leżała zwęglona fajka z kaczana kukurydzy. Przed knajpą Pod Zaganianą Świnią nie stał żaden uwiązany koń, a okna pozostawały ciemne. Jedno oderwane skrzydło uchylnych drzwi opierało się o boczną ścianę; drugie wisiało krzywo i miało wyblakłe zielone listewki zbryzgane jakąś kasztanową substancją, która wyglądała jak farba, ale chyba nią nie była.

Frontowa ściana stajni była nietknięta jak twarz zniszczonej kobiety, która korzysta z dobrych kosmetyków, ale podwójne pomieszczenie w głębi zmieniło się w osmolony szkielet. Pożar widocznie wybuchł w deszczowy dzień, pomyślał rewolwerowiec, bo inaczej całe przeklęte miasteczko poszłoby z dymem; rzadka atrakcja i dobra zabawa dla każdego postronnego widza.

Z prawej miał teraz kościół, w połowie drogi do miejsca, gdzie ulica rozszerzała się w miejski rynek. Po obu stronach ciągnęły się trawniki, jeden oddzielał kościół od miejskiej sali zebrań, drugi od małego domku dla kaznodziei i jego rodziny (jeśli ta sekta Jezusa zezwalała swoim szamanom na żony i rodziny; niektóre z nich, najwyraźniej rządzone przez szaleńców, wymagały przynajmniej pozorów celibatu). W trawie rosły kwiaty, prawie wszystkie jeszcze żywe, chociaż przywiędłe. Zatem cokolwiek się tutaj stało, miasteczko opustoszało niezbyt dawno. Może tydzień temu. Najwyżej dwa, zważywszy na panujący upał.

Topsy znowu kichnął - kchau! - i ze znużeniem zwiesił łeb.

Rewolwerowiec zobaczył źródło dzwonienia. Nad krzyżem na kościelnych drzwiach rozciągnięto sznurek. Na sznurku wisiały ze dwa tuziny maleńkich srebrnych dzwoneczków. Prawie nie było wiatru, ale wystarczył najsłabszy powiew, żeby te maleństwa nigdy nie ucichły... a gdyby zerwał się prawdziwy wiatr, pomyślał Roland, dzwonienie brzmiałoby znacznie mniej przyjemnie; raczej jak piskliwa paplanina plotkarskich języków.

- Halo! - zawołał, spoglądając przez ulicę na duży fałszywy fronton szyldu reklamującego Hotel Wygodne Łóżka. - Witaj, miasto!

Brak odpowiedzi, tylko dzwonki, melodyjne owady i to dziwne drewniane stukanie. Brak odpowiedzi, jakiegokolwiek ruchu... ale tutaj byli ludzie. Ludzie albo coś innego. Czuł, że jest obserwowany. Włoski na jego karku stanęły dęba.

Ruszył dalej, prowadził Topsy'ego w stronę centrum miasteczka, wzbijając obłoczek kurzu przy każdym kroku po niebrukowanej głównej ulicy. Czterdzieści kroków dalej zatrzymał się przed niskim budynkiem oznaczonym jednym krótkim słowem: PRAWO. Biuro szeryfa (jeśli mieli takiego) wyglądało zdumiewająco podobnie do kościoła - znajdujące się nad kamienną podmurówką drewniane deski zachlapane ciemnym brązem w dość ponurym odcieniu.

Dzwonki za jego plecami szemrały i szeptały.

Zostawił deresza na środku ulicy i wszedł po schodach urzędu PRAWA. Bardzo wyraźnie postrzegał dzwonki, słońce palące go w kark i pot spływający po bokach. Drzwi były zamknięte, ale nie na klucz. Otworzył je i cofnął się, na wpół unosząc rękę, kiedy żar uwięziony w środku wyrwał się na zewnątrz z bezgłośnym westchnieniem. Jeśli we wszystkich zamkniętych budynkach robiło się tak gorąco, pomyślał, wkrótce nie tylko stajnia zmieni się w wypalone ruiny. A skoro nie spadł deszcz, który ugasiłby płomienie (ani z całą pewnością nie było żadnego oddziału ochotniczej straży pożarnej), miasteczko już niedługo zniknie z powierzchni ziemi.

Wszedł do środka, nabierając w płuca jak najmniejsze porcje zastałego powietrza, zamiast oddychać głęboko. Natychmiast usłyszał niskie brzęczenie much.

Była tam jedna cela, obszerna i pusta, z otwartymi ryglowanymi drzwiami. Brudne skórzane buty, jeden rozpruty na szwie, leżały pod pryczą przesiąkniętą tym samym wyschniętym kasztanowym czymś, co poplamiło drzwi w knajpie Pod Zaganianą Świnią. Tutaj roiły się muchy, pełzały po plamie, żerowały na niej.

Na biurku leżała księga rejestracyjna. Roland odwrócił i przeczytał napis wytłoczony na czerwonej okładce:

REJESTR PRZESTĘPSTW I KARW LATACH PANA NASZEGOELURIA

Teraz przynajmniej znał już nazwę miasta - Eluria. Ładna, lecz brzmiąca nieco złowieszczo. Ale każda nazwa wydawałaby się złowieszcza w tych okolicznościach, uznał Roland. Odwrócił się do wyjścia i zobaczył zamknięte drzwi, zabezpieczone drewnianą zasuwą.

Podszedł do nich, stał przez chwilę bez ruchu, potem wyciągnął jeden z wielkich rewolwerów, które nosił nisko na biodrach. Stał jeszcze przez chwilę z pochyloną głową i się zastanawiał (Cuthbert, jego stary przyjaciel, lubił powtarzać, że młyny w głowie Rolanda mielą powoli, ale bardzo dokładnie), po czym odsunął zasuwę. Otworzył drzwi i natychmiast się cofnął, opuszczając broń. Niemal spodziewał się, że zwłoki (może nieszczęsnego szeryfa Elurii) wpadną do pokoju, będą miały poderżnięte gardło i wybałuszone oczy, ofiara PRZESTĘPSTWA wymagającego KARY...

Nic.

No, pół tuzina poplamionych bluz, które pewnie musieli nosić długoterminowi skazańcy, dwa łuki, kołczan ze strzałami, stary zakurzony motor, strzelba, która prawdopodobnie ostatnio strzelała sto lat temu, i mop... ale dla rewolwerowca to wszystko nic nie znaczyło. Zwykły schowek.

Wrócił do biurka, otworzył rejestr i przekartkował. Nawet stronice były ciepłe, jakby książkę upieczono. W pewnym sensie tak było, podejrzewał. Gdyby główna ulica wyglądała inaczej, mógłby się spodziewać wielu zarejestrowanych religijnych wykroczeń, ale nie zdziwił się, kiedy nie znalazł ani jednego - skoro kościół Jezusa-Człowieka współistniał z kilkoma saloonami, widocznie wyznawcy odznaczali się rozsądkiem.

Roland znalazł zwykłe drobne wykroczenia i kilka nie tak drobnych - morderstwo, kradzież konia, napastowanie damy (co pewnie oznaczało gwałt). Mordercę odstawiono do Lexingworth, żeby go powiesić. Roland nigdy nie słyszał o tym miejscu. Pod koniec znalazł notatkę: Zielony lud przegnany z miasta. Dla Rolanda to nic nie znaczyło. Ostatni wpis głosił:

12/pz/99, Chas. Freeborn, złodziej bydła, będzie sądzony.

Nie znał takiego zapisu: 12/pz/99, ale ponieważ luty dawno minął, pz mogło oznaczać Pełnię Ziemi. W każdym razie atrament wydawał się równie świeży jak krew na pryczy w celi, toteż rewolwerowiec domyślił się, że Chas. Freeborn, złodziej bydła, dotarł do końca swojej ścieżki.

Roland wyszedł w upał i koronkowe dźwięki dzwoneczków. Topsy popatrzył tępo na pana i znowu zwiesił głowę, jakby mógł coś uskubnąć w kurzu głównej ulicy. Jakby w ogóle miał ochotę coś skubać.

Rewolwerowiec zebrał wodze, otrzepał je z kurzu o wyblakłe dżinsy i ruszył dalej ulicą. Drewniane stukanie brzmiało coraz głośniej (nie schował broni po wyjściu z biura PRAWA i teraz też wolał jej nie wkładać do kabury) i kiedy Roland zbliżał się do rynku, gdzie pewnie w zwykłych czasach znajdował się miejski targ, wreszcie zobaczył ruch.

Po drugiej stronie rynku stało długie koryto do pojenia bydła, na oko wykonane z drzewa żelaznego (tutaj niektórzy nazywali je "sekwoją"), w szczęśliwszych czasach napełniane widocznie z zardzewiałej stalowej rury, teraz suchej i sterczącej nad południowym końcem pojemnika. Z jednego boku tej miejskiej oazy zwisała, sięgając do połowy wysokości, noga odziana w wyblakłą szarą nogawkę i zakończona porządnie obgryzionym kowbojskim butem.

Obgryzał go duży pies, ze dwa odcienie bardziej szary niż sztruksowe spodnie. W innych okolicznościach, jak przypuszczał Roland, kundel już dawno ściągnąłby but, ale widocznie stopa i łydka za bardzo spuchły. W każdym razie pies był na dobrej drodze do przegryzienia przeszkody. Chwytał but i szarpał nim w przód i w tył. Co jakiś czas obcas uderzał w drewniany bok koryta i wydawał głuche stuknięcie. Rewolwerowiec nie całkiem się mylił, kiedy myślał o wieku trumny.

Dlaczego on po prostu nie cofnie się parę kroków, nie wskoczy do koryta i nie dobierze się do trupa? - pomyślał Roland. Przecież nie utonie, bo z rury nie leci woda.

Topsy wydał kolejne rzężące, znużone parsknięcie i kiedy pies się obrócił, Roland zrozumiał, dlaczego kundel wybrał trudniejszy sposób. Jedną z przednich łap miał fatalnie złamaną i krzywo zrośniętą. Ledwie mógł chodzić, skakanie było wykluczone. Na jego piersi widniała łata brudnobiałej sierści. Z tej łaty wyrastały kępy czarnej sierści, mniej więcej w kształcie krzyża. Jezusowy pies, pewnie liczący na popołudniową komunię.

Jednakże warkot, który wydobył się z jego piersi, i groźne spojrzenie kaprawych ślepi wcale nie wydawały się religijne. Pies uniósł górną wargę w drżącym grymasie, odsłaniając niezły garnitur zębów.

- Zmykaj - powiedział Roland. - Dopóki możesz.

Pies cofnął się i oparł zadem o obgryziony but. Bojaźliwie patrzył na nadchodzącego człowieka, lecz wyraźnie zamierzał stawić mu czoło. Rewolwer w jego ręku nic dla niego nie znaczył. Roland nie zdziwił się - pies na pewno nigdy nie widział broni, nie miał pojęcia, że różni się od kamienia, którym można rzucić tylko raz.

- Precz, uciekaj stąd - ponaglił Roland, ale pies ani drgnął.

Mógł go zastrzelić - pies był już do niczego, tym bardziej że zasmakował w ludzkim mięsie - ale jakoś nie miał ochoty. Zabicie jedynej żywej istoty w tym mieście (oprócz brzęczących owadów) mogło sprowadzić pecha.

Wystrzelił w kurz przed zdrową przednią łapą psa, huk rozdarł gorące powietrze i na chwilę uciszył owady. Okazało się, że pies jednak potrafił biegać, chociaż kulawym truchtem, od którego Rolanda bolały oczy... i trochę serce. Zwierzę zatrzymało się po drugiej stronie rynku, obok przewróconego odkrytego wozu (na boku zaschły rozbryzgi krwi), i obejrzało się. Zawyło żałośnie, aż Rolandowi jeszcze bardziej zjeżyły się włosy na karku. Potem pies odwrócił się, wyminął rozwalony wóz i pokuśtykał uliczką pomiędzy dwoma straganami. Tędy biegnie droga do tylnej bramy Elurii, odgadł Roland.

Nadal prowadząc zdychającego konia, rewolwerowiec podszedł do koryta i zajrzał.

Właściciel obgryzionego buta nie był mężczyzną, lecz chłopcem, który dopiero wyrastał na mężczyznę - i to na całkiem sporego mężczyznę, ocenił Roland, nawet pomijając efekt wzdęcia, rezultat zanurzenia zwłok przez nieokreślony czas w dziewięciu calach wody wrzącej w letnim słońcu.

Oczy chłopca, teraz tylko mleczne gałki, patrzyły ślepo na rewolwerowca jak oczy posągu. Włosy wyglądały jak posiwiałe ze starości, również wskutek działania wody; pewnie był jasnym blondynem. Nosił kowbojskie ubranie, chociaż miał czternaście, najwyżej szesnaście lat. W mętnej wodzie, która pod palącym słońcem powoli zmieniała się w zupę ze skóry, błyszczał zawieszony na szyi złoty medalik.

Roland zanurzył rękę, niechętnie, ale powodowany jakimś przymusem. Zacisnął palce na medaliku i pociągnął. Łańcuszek pękł i rewolwerowiec podniósł ociekający wodą medalik.

Spodziewał się raczej sigula Jezusa-Człowieka - tak nazywano krucyfiks albo pręt - lecz na łańcuszku wisiał mały prostokąt. Wyglądał jak zrobiony z czystego złota. Wyryto na nim słowa:

JamesPrzez miłość rodziny, przez miłość BOGA

Roland, który musiał przezwyciężyć obrzydzenie, żeby włożyć rękę do brudnej wody (dawniej nie zdobyłby się na to za nic w świecie), był zadowolony, że jednak to zrobił. Mógł nigdy nie spotkać nikogo, kto kochał tego chłopca, ale wiedział dostatecznie dużo o ka, żeby tego się spodziewać. W każdym razie postąpił właściwie. Powinien też wyprawić chłopakowi godziwy pochówek... pod warunkiem że przy wyciąganiu z koryta ciało nie rozpadnie się wewnątrz ubrania.

Roland zastanawiał się nad tym, ważąc na jednej szali swoje poczucie obowiązku, a na drugiej narastające pragnienie wydostania się z tego miasta, i wówczas Topsy wreszcie padł martwy.

Deresz przewrócił się ze skrzypieniem uprzęży i ostatnim charkotliwym jękiem. Roland obejrzał się i zobaczył na ulicy ośmioro ludzi idących ku niemu szeregiem, jak naganiacze próbujący wypłoszyć ptaki albo drobną zwierzynę. Skórę mieli woskowozieloną. Ludzie z taką skórą pewnie świecili w ciemnościach jak duchy. Trudno było odróżnić ich płeć, zresztą jakie to miało znaczenie - dla nich czy dla innych? Byli mutantami, poruszali się z powolną, chwiejną rozwagą trupów ożywionych przez jakąś tajemną magię.

Kurz tłumił odgłos ich kroków jak dywan. Po ucieczce psa mogli podejść niepostrzeżenie na odległość wystarczającą do ataku, gdyby Topsy nie wyświadczył Rolandowi ostatniej przysługi, zdychając w najbardziej stosownej chwili. Roland nie widział żadnej broni palnej; napastnicy mieli tylko pałki, czyli w większości nogi od stołów i krzeseł. Jeden trzymał jednak prawdziwą maczugę, najeżoną zardzewiałymi gwoździami, dawniej prawdopodobnie własność saloonowego wykidajły, pewnie tego, który pilnował porządku w Pod Zaganianą Świnią.

Roland uniósł rewolwer i wycelował w mężczyznę pośrodku szeregu. Teraz słyszał szuranie ich stóp i wilgotne świszczenie oddechów. Jakby wszyscy chorowali na płuca.

Pewnie wyszli z kopalni, pomyślał. Gdzieś tutaj są kopalnie radu. To tłumaczy kolor skóry. Dziwne, że słońce ich nie zabiło.

Potem na jego oczach jeden przy końcu - stwór z twarzą jak roztopiony wosk - rzeczywiście umarł... a przynajmniej upadł. Mężczyzna (Roland miał co do tego pewność) osunął się na kolana z niskim, bulgoczącym okrzykiem i sięgnął po rękę stwora idącego obok - straszydła z guzowatą łysą głową i czerwonymi jątrzącymi się wrzodami na szyi. Stwór nie zwrócił uwagi na klęczącego towarzysza, tylko wpatrywał się mętnymi oczami w Rolanda i dalej człapał chwiejnym krokiem w szeregu.

- Stójcie! - zawołał Roland. - Wara wam ode mnie, jeśli chcecie przeżyć ten dzień! Wara ode mnie!

Mówił głównie do stwora w środku, który nosił wiekowe czerwone szelki na łachmanach koszuli i brudny melonik. Dżentelmen ów miał tylko jedno zdrowe oko, które wpatrywało się w rewolwerowca wyraźnie bardzo łakomie. Poczwara obok Melonika (Roland przypuszczał, że to kobieta, gdyż pod kamizelką dyndały resztki piersi) rzuciła nogą od krzesła. Celowała dobrze, ale pocisk upadł dziesięć jardów za blisko.

Roland kciukiem odciągnął spust rewolweru i znowu strzelił. Tym razem fontanna ziemi wyrzuconej przez pocisk obsypała wystrzępiony but Melonika zamiast kulawej psiej łapy.

Zieloni ludzie nie uciekli jak pies, ale zatrzymali się i patrzyli na niego z tępym głodem w oczach. Czy obywatele Elurii skończyli w żołądkach tych stworów? Roland nie mógł w to uwierzyć... chociaż doskonale zdawał sobie sprawę, że takie istoty na pewno nie stronią od kanibalizmu. (Zresztą może to wcale nie był kanibalizm; czy takie stwory można uważać za ludzi, kimkolwiek były przedtem?). Były zbyt powolne, zbyt głupie. Gdyby ośmieliły się wrócić do miasteczka po tym, jak szeryf je wypędził, zostałyby spalone lub ukamienowane.

Nie myśląc, pragnąc jedynie uwolnić drugą rękę, żeby wyciągnąć drugi rewolwer, w razie gdyby stwory nie okazały rozsądku, Roland wsadził medalik zmarłego chłopca do kieszeni dżinsów i wepchnął do końca rozerwany łańcuszek.

Stały i gapiły się na niego, dziwnie skręcone cienie wlokły się za nimi w kurzu. Co dalej? Kazać im wracać tam, skąd przyszły? Roland nie wiedział, czy go posłuchają, a zresztą wolał je mieć na oku. Przynajmniej już się nie zastanawiał, czy pochować chłopca o imieniu James: ten dylemat został rozwiązany.

- Stójcie spokojnie - rzucił zniżonym głosem i zaczął się cofać. - Pierwszy, który się ruszy...

Zanim jeszcze skończył, jeden z nich - troll o szerokiej piersi, wydętych ustach ropuchy i z czymś po bokach kostropatej szyi, co wyglądało jak skrzela - rzucił się do przodu, bełkocząc piskliwie i dziwacznie rozwlekle. Może tak brzmiał jego śmiech. Wymachiwał czymś podobnym do nogi od pianina.

Roland strzelił. Pierś pana Ropuchy zapadła się jak źle położony dach. Stwór zatoczył się kilka kroków do tyłu, próbując odzyskać równowagę i szarpiąc się za pierś ręką, w której nie trzymał nogi od pianina. Zaplątały mu się stopy, obute w brudne czerwone aksamitne papucie z podwiniętymi noskami, i przewrócił się z bulgotliwym, dziwnie samotnym jękiem. Wypuścił z ręki pałkę, przetoczył się na bok, spróbował wstać i znowu zwalił się w kurz. Brutalne słońce poraziło jego otwarte oczy i białe smużki pary zaczęły się unosić nad skórą, która szybko traciła swoje zielone zabarwienie. Rozległ się syk, jakby ktoś splunął na rozżarzony piec.

Przynajmniej oszczędził mi wyjaśnień, pomyślał Roland i zmierzył wzrokiem pozostałych.

- No dobrze, on pierwszy się ruszył. Kto chce być następny?

Chyba nikt nie chciał. Tylko stali i patrzyli na niego, nie podchodzili bliżej... ale też się nie cofali. Pomyślał (jak wcześniej przy Jezusowym psie), że powinien ich pozabijać na miejscu, wyciągnąć drugi rewolwer i skosić wszystkich. Najwyżej parę sekund roboty, dziecinna zabawa dla jego utalentowanych rąk, nawet gdyby niektórzy uciekali. Ale nie mógł. Nie tak z zimną krwią. Nie był zabójcą tego rodzaju... przynajmniej jeszcze.

Bardzo powoli zaczął się cofać; najpierw ominął koryto, potem oddzielił się nim od tamtych. Kiedy Melonik zrobił krok do przodu, Roland nie pozwolił pozostałym w szeregu pójść w jego ślady: wpakował kulę w kurz głównej ulicy cal przed stopą Melonika.

- To ostatnie ostrzeżenie - warknął, używając Niskiej Mowy. Nie wiedział, czy go rozumieli, i nie dbał o to. Przypuszczał, że wystarczająco dobrze uchwycili ton głosu. - Następna kula przebije czyjeś serce. Plan jest taki: wy zostajecie, ja odchodzę. Macie jedną jedyną szansę. Pójdziecie za mną i wszyscy zginiecie. Za gorąco na żarty i straciłem...

- Buu! - krzyknął szorstki głos z tyłu. Pobrzmiewała w nim niewątpliwa radość. Roland zobaczył cień wyrastający nad cieniem przewróconego wozu, do którego już prawie dotarł, i w ostatniej chwili zrozumiał, że ukrywał się tam inny zielony.

Zaczął się odwracać, ale pałka trzasnęła go w ramię i ręka mu zdrętwiała aż do nadgarstka. Utrzymał broń i wystrzelił raz, lecz kula trafiła tylko w koło wozu i rozłupała drewnianą szprychę. Koło obróciło się na osi z przeraźliwym zgrzytem. Za plecami Rolanda zieloni ludzie na ulicy wydawali chrapliwe, szczekające wrzaski, podchodząc coraz bliżej.

Stwór, który ukrywał się za przewróconym wozem, miał dwie głowy wyrastające z karku. Na jednej Roland dostrzegł resztki obwisłej twarzy trupa. Druga, chociaż również zielona, wydawała się bardziej żywa. Rozciągając szerokie wargi w radosnym uśmiechu, stwór wzniósł pałkę do kolejnego ciosu.

Roland wyciągnął broń lewą ręką, w której zachował czucie. Zdążył wpakować jedną kulę prosto w wyszczerzoną gębę napastnika, który poleciał do tyłu, plując zębami i krwią, uprzednio wypuściwszy pałkę z bezwładnych palców. Potem dopadli go inni, waląc i tłukąc, gdzie popadnie.

Rewolwerowiec uchylił się przed kilkoma pierwszymi ciosami i w pewnej chwili już myślał, że zdoła przebiec na tył przewróconego wozu, odwrócić się i użyć broni. Bez wątpienia potrafi tego dokonać. Z pewnością jego wyprawa do Mrocznej Wieży nie miała się zakończyć na spieczonej słońcem ulicy małego miasteczka na dalekim zachodzie, zwanego Eluria, w łapach zielonoskórych Powolnych Mutantów. Z pewnością ka nie jest tak okrutne.

Ale Melonik dosięgnął go złośliwym ciosem w bok głowy i Roland wpadł na powoli wirujące tylne koło wozu, zamiast je ominąć. Osunął się na kolana, popełznął dalej i wciąż próbował się odwrócić, ciągle próbował uniknąć ciosów spadających na niego niczym grad. Zobaczył, że teraz ma przeciwko sobie znacznie więcej niż pół tuzina napastników. Ulicą nadchodziło w stronę rynku co najmniej trzydzieścioro zielonych mężczyzn i kobiet. To już nie był klan, ale całe przeklęte plemię! I to w biały dzień! Z doświadczenia wiedział, że Powolne Mutanty kochają ciemność, są jak muchomory z mózgami, nigdy jeszcze takich nie widział. Oni...

Stwór w czerwonej kamizelce był kobietą. Nagie piersi dyndające pod brudną czerwoną tkaniną były ostatnią rzeczą, która Roland zobaczył wyraźnie, kiedy stwory zebrały się wokół niego i waliły go pałkami. Maczuga nabijana gwoździami rąbnęła go nisko w prawą łydkę, zardzewiałe kły wbiły się głęboko. Jeszcze raz spróbował unieść jeden z wielkich rewolwerów (wzrok mu się mącił, ale to by im nie pomogło, gdyby złożył się do strzału; zawsze miał największy piekielny talent ze wszystkich, Jamie DeCurry kiedyś oświadczył, że Roland może strzelać z zasłoniętymi oczami, bo ma je w palcach), ale wykopano mu broń z ręki. Chociaż ciągle czuł gładkie sandałowe drewno drugiej rękojeści, pomyślał, że i tak już po nim.

Czuł ich zapach - ciężki, zawiesisty fetor gnijącego mięsa. Czy może tylko śmierdziały mu ręce, które podniósł w słabej, daremnej próbie osłonięcia głowy? Ręce, które zanurzył w zanieczyszczonej wodzie, gdzie pływały skrawki skóry martwego chłopca?

Bezustannie spadały na niego ciosy pałek, jakby zieloni chcieli nie tylko stłuc go na śmierć, ale także do miękkości. Kiedy osuwał się w ciemność, która - jak głęboko wierzył - oznaczała dla niego śmierć, słyszał granie owadów, szczekanie psa, którego oszczędził, i brzęk dzwoneczków na drzwiach kościoła. Te dźwięki połączyły się w dziwnie słodką muzykę. Potem ona również znikła; ciemność pochłonęła wszystko.

IIWZNIESIENIE. ZAWIESZENIE. BIAŁA PIĘKNOŚĆ. DWIE INNE. MEDALIK

Powrót rewolwerowca do świata nie przypominał odzyskiwania przytomności po ciosie, co zdarzyło mu się już kilka razy, ani przebudzenia ze snu. Przypominał wznoszenie.

Nie żyję, pomyślał Roland w pewnej chwili podczas tego procesu... kiedy wreszcie przynajmniej częściowo odzyskał zdolność myślenia. Nie żyję i wznoszę się do życia pozagrobowego. Na pewno. Śpiew, który słyszę, to śpiew dusz zmarłych.

Całkowita ciemność ustąpiła miejsca ciemnej szarości burzowych chmur, potem jaśniejszej szarości mgły. Mgła zrobiła się przejrzysta, jak na moment przed wyjściem słońca. I przez cały czas Roland doznawał uczucia wznoszenia, jakby pochwycił go łagodny, lecz potężny prąd wstępujący.

Stopniowo wrażenie wznoszenia ustąpiło, jasność pod powiekami narosła i Roland wreszcie uwierzył, że żyje. Przekonał go śpiew. Nie dusze zmarłych ani anielskie zastępy opisywane czasami przez kaznodziejów Jezusa-Człowieka, tylko te owady. Trochę jak świerszcze, ale głosy miały słodsze. Te same słyszał w Elurii.

Na tę myśl otworzył oczy.

Wiara, że wciąż żyje, została wystawiona na ciężką próbę, ponieważ wisiał swobodnie w świecie białego piękna - w pierwszej chwili zdezorientowany pomyślał, że jest w niebie, unosi się wśród obłoków. Zewsząd otaczał go piskliwy śpiew owadów. Teraz do jego uszu docierało także pobrzękiwanie dzwoneczków.

Próbował odwrócić głowę i zakołysał się w jakiejś uprzęży. Ciche granie owadów, jak świerszczy w trawie pod koniec dnia w rodzinnym Gilead, potknęło się i zgubiło rytm. Wówczas jakby drzewo bólu wyrosło w plecach Rolanda. Nie miał pojęcia, czym są płonące gałęzie, ale pień na pewno był jego kręgosłupem. Znacznie gorszy ból zatopił zęby w jego łydce - oszołomiony rewolwerowiec nawet nie wiedział w której. Tam mnie walnięto nabijaną gwoździami maczugą, pomyślał. I poczuł koszmarny ból w głowie. Czaszka zmieniła się w pękniętą skorupkę jajka. Krzyknął i ledwie mógł uwierzyć, że ten chrapliwy wroni skrzek naprawdę wydobył się z jego gardła. Zdawało mu się również, że usłyszał bardzo odległe szczekanie Jezusowego psa, tego z krzyżem na piersi, ale z pewnością tylko to sobie wyobraził.

Czy ja umieram? Czy ocknąłem się jeszcze raz na sam koniec?

Jakaś dłoń pogłaskała go po czole. Czuł ją, ale nie widział - palce wędrujące po skórze, zatrzymujące się tu i tam, żeby rozmasować bruzdę lub zmarszczkę. Rozkoszne jak łyk chłodnej wody w upalny dzień. Zaczął zamykać oczy i wtedy okropna myśl przyszła mu do głowy: a jeśli te palce są zielone, jeśli ich właścicielka nosi wystrzępioną czerwoną kamizelkę na obwisłych wymionach?

Jeśli nawet, to co? Co możesz zrobić?

- Sza, mężczyzno - powiedział młody kobiecy głos... albo dziewczęcy. Z pewnością w pierwszej chwili skojarzył się Rolandowi z Susan, dziewczyną z Mejis, która mówiła do niego "panie".

- Gdzie... gdzie...

- Sza, nie ruszaj się. Jeszcze za wcześnie.

Ból w plecach teraz ustępował, ale obraz bólu jako drzewa pozostał, ponieważ sama skóra wydawała się falować niczym liście na lekkim wietrze. Jak to możliwe?

Odsunął to pytanie - odsunął wszystkie pytania - i skupił się na małej, chłodnej dłoni głaszczącej go po czole.

- Sza, piękny mężczyzno, niech miłość Boga będzie z tobą. Lecz ty cierpisz okrutnie. Leż spokojnie. Zdrowiej.

Pies przestał szczekać (jeśli w ogóle szczekał) i Roland znowu usłyszał ciche skrzypienie. Przypominało mu końskie wodze albo coś

(stryczek)

o czym nie chciał myśleć. Teraz wyraźnie czuł ucisk pod udami, pośladkami i chyba... tak... pod ramionami.

Wcale nie jestem w łóżku. Chyba wiszę nad łóżkiem. Czy to możliwe?

Przypuszczał, że wisi na pasach. Przypominał sobie z dzieciństwa, że chyba jakiś człowiek tak wisiał w pokoju końskiego doktora za Wielką Salą. Pomocnik stajenny, zbyt mocno poparzony naftą, żeby leżeć w łóżku. Umarł, ale nie dość szybko; przez dwie noce jego wrzaski wypełniały słodkie letnie powietrze w Gathering Fields.

Więc jestem poparzony, zwęglony kadłub bez nóg, wiszący na pasach?

Palce dotknęły go między brwiami, roztarły tworzącą się tam zmarszczkę. Właścicielka dłoni jakby odczytała jego myśli, zebrała je czubkami zręcznych, kojących palców.

- Wydobrzejesz, jeśli taka będzie wola boska - powiedział głos. - Atoli czas należy do Boga, nie do ciebie.

Nie, odpowiedziałby, gdyby mógł. Czas należy do Wieży.

Potem znowu ześliznął się w dół, opadał równie gładko, jak przedtem się wznosił, oddalał się od dłoni i sennych odgłosów, od grających owadów i dźwięczących dzwoneczków. Nastąpiła przerwa, może sen, może utrata przytomności, ale nie opadł na samo dno.

W pewnej chwili usłyszał chyba głos dziewczyny, chociaż nie miał pewności, ponieważ tym razem brzmiał donośniej z powodu furii, strachu, a może obydwóch przyczyn.

- Nie! - krzyknęła. - Nie zdołacie mu tego odebrać, toż wiecie! Odejdźcie swoją drogą i nie mówcie o tym więcej!

Kiedy ponownie wzniósł się ku świadomości, nie był silniejszy na ciele, lecz umysł miał odrobinę bardziej trzeźwy. Otworzył oczy i nie zobaczył wnętrza chmury, lecz w pierwszej chwili powróciły do niego te same słowa - białe piękno. W pewnym sensie to było najpiękniejsze miejsce, jakie Roland widział w życiu... oczywiście częściowo dlatego, że dotąd zachował życie, ale głównie dlatego, że wyglądało tak spokojnie i nieziemsko.

Była to wielka sala, długa i wysoka. Kiedy wreszcie Roland odwrócił głowę - ostrożnie, bardzo ostrożnie - żeby ocenić rozmiary pomieszczenia, wyszło mu co najmniej dwieście jardów od końca do końca. Sala była wąska, ale tak wysoka, że sprawiała wrażenie niezwykle przestronnej.

Roland nie widział ścian ani sufitu, do jakich przywykł, chociaż trochę to przypominało obszerny namiot. Nad głową słońce przesiewało swój blask przez fałdziste draperie z cienkiego białego jedwabiu, lekkie i rozświetlone, które po pierwszym przebudzeniu wziął za chmury. Pod tym jedwabnym baldachimem panował półmrok jak o zmierzchu. Ściany, również jedwabne, falowały jak żagle na morskiej bryzie. Na każdej płaszczyźnie ściennej wisiał półkoliście opadający sznur z małymi dzwoneczkami. Przylegały do tkaniny i dzwoniły cichym, czarującym chórem, kiedy ściany falowały, jak wiatrowe brzękadełka.

Środkiem długiej sali prowadziło przejście; po obu stronach stały rzędy łóżek, każde zasłane czystymi białymi prześcieradłami, na których piętrzyły się białe wykrochmalone poduszki. Naprzeciwko stało ze czterdzieści łóżek, wszystkie puste, i kolejne czterdzieści po stronie Rolanda. Tutaj dwa były zajęte, jedno obok Rolanda po prawej. Ten człowiek...

To ten chłopiec. Ten, który leżał w korycie.

Ta myśl wywołała gęsią skórkę na ramionach Rolanda i ukłucie przesądnego lęku. Przyjrzał się uważniej śpiącemu chłopcu.

Niemożliwe. Po prostu jestem zamroczony; to niemożliwe.

Lecz dokładniejsze oględziny nie rozwiały lęku. Rzeczywiście ten śpiący wyglądał jak chłopiec z koryta, pewnie chory (dlatego przebywał w tym miejscu), ale bynajmniej nie martwy; Roland widział powolne wznoszenie i opadanie klatki piersiowej i sporadyczne drgania palców, zwisających z krawędzi łóżka.

Nie przyjrzałeś mu się wystarczająco dobrze, żeby mieć pewność, a po kilku dniach w korycie rodzona matka by go nie poznała.

Ale Roland miał kiedyś matkę i wiedział lepiej. Wiedział również, że chłopiec nosił na szyi złoty medalik. Tuż przed atakiem zielonych stworów Roland zdjął medalik z trupa i włożył do kieszeni. Teraz ktoś - pewnie właściciel tego miejsca, który czarodziejskim sposobem przywrócił do życia chłopca o imieniu James - zabrał go Rolandowi i znowu nałożył chłopcu na szyję.

Czy zrobiła to dziewczyna o cudownie chłodnej dłoni? Czy w rezultacie uważała Rolanda za hienę cmentarną, rabusia zwłok? Nie chciał tak myśleć. Prawdę mówiąc, to go bardziej zaniepokoiło niż możliwość, że rozdęte zwłoki młodego kowboja jakimś cudem odzyskały normalne rozmiary i ożyły.

Dalej po tej stronie przejścia, oddzielony tuzinem pustych łóżek od chłopca i Rolanda Deschaina, spoczywał trzeci pacjent tej przedziwnej infirmerii. Mężczyzna wydawał się co najmniej czterokrotnie starszy od chłopca, dwukrotnie od Rolanda. Miał długą brodę, raczej siwą niż czarną, opadającą na pierś dwoma zmierzwionymi pasmami. Na spalonej słońcem twarzy zaznaczały się głębokie zmarszczki i worki pod oczami. Przez lewy policzek i mostek nosa biegła gruba ciemna krecha, którą Roland uznał za bliznę. Brodaty mężczyzna spał albo był nieprzytomny - Roland słyszał jego chrapanie - wisząc trzy stopy nad łóżkiem, podtrzymywany przez skomplikowaną uprząż z białych pasów błyszczących w półmroku. Pasy krzyżowały się i tworzyły serię ósemek wzdłuż całego ciała mężczyzny. Wyglądał jak owad w sieci jakiegoś egzotycznego pająka. Miał na sobie koszulę nocną z białej gazy. Jeden z pasów przechodził pod pośladkami i wypychał do przodu krocze, jakby ofiarowując wybrzuszone genitalia w szarym, sennym powietrzu. Dalej wzdłuż ciała Roland widział ciemne, zamazane kształty nóg. Wydawały się skręcone jak konary martwych drzew. Wolał nie zgadywać, w ilu miejscach musiały być złamane, żeby tak wyglądać. A jednak jakby się poruszały. Czy to możliwe, jeśli brodaty mężczyzna był nieprzytomny? Może to gra świateł albo cieni... może cienka koszula okrywająca mężczyznę poruszała się w przeciągu...

Roland odwrócił wzrok, spojrzał na fałdziste draperie wysoko w górze i próbował opanować przyspieszone bicie serca. Tego, co zobaczył, nie wywołał przeciąg ani cień, ani nic innego. Nogi mężczyzny jakoś poruszały się w bezruchu... tak samo, jak wcześniej plecy Rolanda poruszyły się bez ruchu. Nie wiedział, co powoduje takie zjawiska, i nie chciał wiedzieć, przynajmniej na razie.

- Nie jestem gotowy - szepnął. Wargi miał bardzo wyschnięte. Znowu zamknął oczy i próbował zasnąć, żeby nie myśleć o wykręconych nogach brodatego mężczyzny, żeby nie zastanawiać się nad własnym stanem. Ale...

Ale lepiej się przygotuj.

Ten głos zawsze się pojawiał, kiedy Roland zaczynał się zaniedbywać, kiedy próbował byle jak odwalić robotę albo pójść na łatwiznę. To był głos Corta, jego starego nauczyciela. Człowieka, którego trzcinki wszyscy się bali jako chłopcy. Jednak znacznie bardziej obawiali się jego języka. Szyderstw, kiedy okazywali słabość, pogardy, kiedy się skarżyli albo narzekali.

Jesteś rewolwerowcem, Rolandzie? Jeśli tak, to lepiej się przygotuj.

Roland otworzył oczy i ponownie odwrócił głowę w lewo. Wtedy poczuł, że coś przesunęło się na jego piersi.

Bardzo powoli uniósł prawą rękę z pasów, które ją podtrzymywały. Ból w plecach drgnął i zamamrotał. Roland znieruchomiał i czekał, aż doszedł do wniosku, że ból się nie zwiększy (przynajmniej przy zachowaniu ostrożności). Potem przeniósł rękę do końca na pierś. Napotkała delikatną tkaninę. Bawełna. Przyciągnął podbródek do klatki piersiowej i zobaczył, że ma na sobie taką samą koszulę nocną, jak ta udrapowana na ciele brodatego mężczyzny.

Sięgnął pod wycięcie na szyi i namacał cienki łańcuszek. Trochę niżej palce odnalazły prostokątny kawałek metalu. Chyba wiedział, co to jest, ale musiał się upewnić. Wyciągnął go z największą ostrożnością, starając się nie poruszać żadnym mięśniem na plecach. Złoty medalik. Zaryzykował ból i podniósł go wyżej, aż mógł przeczytać wygrawerowane słowa:

JamesPrzez miłość rodziny. Przez miłość BOGA.

Ponownie schował medalik pod koszulę i spojrzał na śpiącego chłopca w sąsiednim łóżku, niezawieszonego nad łóżkiem. Prześcieradło zakrywało go tylko do żeber i medalik spoczywał na nieskazitelnie białej koszuli nocnej. Ten sam medalik, który teraz nosił Roland. Tylko że...

Roland pomyślał, że rozumie, i zrozumienie przyniosło mu ulgę.

Spojrzał znowu na brodacza i zobaczył coś bardzo dziwnego: gruba czarna krecha blizny na nosie i policzku znikła. Na jej miejscu pozostał tylko różowoczerwony ślad, jak po zagojonej ranie... uderzeniu lub rozcięciu.

Wyobraziłem to sobie.

Nie, rewolwerowcze, powrócił głos Corta. Tacy jak ty nie mają bujnej wyobraźni. Sam wiesz najlepiej.

Ten drobny wysiłek znowu go zmęczył... albo raczej zmęczyło go myślenie. Śpiewające owady i dźwięczące dzwoneczki połączyły się w melodię zbyt podobną do kołysanki. Tym razem Roland zasnął, kiedy zamknął oczy.

IIIPIĘĆ SIÓSTR. JENNA. LEKARZE Z ELURII. MEDALIK. OBIETNICA MILCZENIA

Kiedy Roland ponownie się obudził, w pierwszej chwili był pewien, że nadal śpi. I przyśnił mu się sen. Koszmar.

Pewnego razu, kiedy zakochał się w Susan Delgado, znał czarownicę o imieniu Rhea... pierwszą prawdziwą czarownicę ze Świata Pośredniego, jaką spotkał. To ona doprowadziła do śmierci Susan, chociaż Roland też odegrał swoją rolę. Teraz, kiedy otworzył oczy i zobaczył Rheę nie raz, tylko pięć razy, pomyślał: Takie są skutki wspominania dawnych czasów. Wywołując Susan, wywołałem także Rheę z Cöos. Rheę i jej siostry.

Pięć sióstr nosiło powiewne habity, równie białe jak ściany i draperie sufitu. Wokół zgrzybiałych, pomarszczonych twarzy bielały śnieżne kwefy, przy których skóra wydawała się szara i spękana jak ziemia podczas suszy. Na jedwabnych przepaskach przytrzymujących włosy (jeśli siostry w ogóle miały włosy) wisiały jak filakterie rzędy maleńkich dzwoneczków, dźwięczących przy każdym ruchu. Na napierśnikach habitów wyhaftowano krwawoczerwone róże... sigul Mrocznej Wieży. Na ten widok Roland pomyślał: Ja nie śnię. Te wiedźmy są prawdziwe.

- On się budzi! - zawołała jedna groteskowo kokieteryjnym tonem.

- Oooo!

- Oooch!

- Ach!

Zatrzepotały jak ptaki. Ta w środku wystąpiła do przodu, a wówczas twarze wszystkich zafalowały jak jedwabne ściany szpitala. Roland zobaczył, że wcale nie są stare... najwyżej w średnim wieku, ale nie stare.

Owszem, one są stare. Teraz się zmieniły.

Ta, która objęła dowodzenie, była wyższa od pozostałych i miała szerokie, lekko wypukłe czoło. Pochyliła się w stronę Rolanda i dzwoneczki nad jej czołem zadzwoniły. Od tego dźwięku zrobiło mu się jakoś niedobrze, poczuł się gorzej niż przed chwilą. Orzechowe oczy wpatrywały się w niego uważnie. Wręcz zachłannie. Przelotnie dotknęła jego policzka, tak że zdrętwiał w tym miejscu. Potem spuściła wzrok i wyraz niepokoju przemknął przez jej twarz. Cofnęła rękę.

- Oto się zbudziłeś, pięknisiu. To i dobrze.

- Kim jesteście? Gdzie ja jestem?

- Jesteśmy Siostrzyczki z Elurii - odpowiedziała. - Ja jestem siostra Mary. To jest siostra Louise i siostra Michela, i siostra Coquina...

- I siostra Tamra - dokończyła ostatnia. - Śliczna dzieweczka lat dwudziestu jeden.

Zachichotała. Twarz jej się rozmyła i przez chwilę znowu była stara jak świat. Haczykowaty nos, szara skóra. Rolandowi znowu przypomniała się Rhea.

Przysunęły się bliżej, otaczając skomplikowaną uprząż, a kiedy Roland próbował się cofnąć, ból ponownie zaryczał w jego plecach i zranionej nodze. Roland jęknął. Podtrzymujące go pasy zaskrzypiały.

- Ooooo!

- To boli!

- Boli go!

- Strasznie boli!

Stłoczyły się jeszcze bliżej, jakby ból je fascynował. Teraz czuł ich zapach, zapach suchej ziemi. Ta nazwana siostrą Michelą wyciągnęła rękę...

- Idźcie precz! Ostawcie go! Czyżem wam nie mówiła?

Na dźwięk tego głosu odskoczyły przestraszone. Szczególnie zirytowana wydawała się siostra Mary. Ale cofnęła się, rzuciwszy ostatnie nienawistne spojrzenie (Roland mógłby przysiąc) na medalik spoczywający na jego piersi. Podczas ostatniego przebudzenia wsunął go z powrotem pod koszulę, ale teraz medalik leżał na wierzchu.

Pojawiła się szósta siostra, przepchnąwszy się brutalnie pomiędzy Mary a Tamrą. Ta chyba rzeczywiście miała dwadzieścia jeden lat, różowe policzki, gładką skórę i ciemne oczy. Jej biały habit płynął jak sen. Czerwona róża na piersi odznaczała się jak klątwa.

- Precz! Ostawcie go!

- Oooo, moja droga! - zawołała siostra Louise, a w głosie jej słychać było i radość, i złość. - Maleńka Jenna, czyżby się w nim zakochała?

- Zakochała! - Siostra Tamra parsknęła śmiechem. - Maleńka oddała mu swoje serce!

- Och, zaprawdę! - zgodziła się siostra Coquina.

Mary odwróciła się do nowo przybyłej, ściągnąwszy usta w wąską linię.

- Nie masz tu nic do roboty, zuchwała dziewczyno.

- Mam, skoro tak mówię - odparła siostra Jenna. Teraz jakby lepiej panowała nad sobą. Lok czarnych włosów wymknął się spod jej welonu i leżał na czole jak przecinek. - Teraz odejdźcie. On jest za słaby do waszych śmiechów i żartów.

- Nie waż się nam rozkazywać - ostrzegła siostra Mary - albowiem my nigdy nie żartujemy. Wiesz o tym, siostro Jenno.

Twarz dziewczyny nieco zmiękła i Roland zobaczył w niej strach. Dlatego sam zaczął się bać. O nią i o siebie.

- Odejdźcie - powtórzyła. - To nie czas. Czyż nie macie innych pod opieką?

Siostra Mary jakby się zastanawiała. Inne ją obserwowały. Wreszcie kiwnęła głową i uśmiechnęła się do Rolanda. Jej twarz znowu się rozmyła, jak w powietrzu drgającym od upału. To, co zobaczył (albo zdawało mu się, że zobaczył) pod spodem, było okropne i czujne.

- Ostań w zdrowiu, pięknisiu - powiedziała do Rolanda. - Ostań trochę z nami, a my cię wykurujemy.

Jaki mam wybór? - pomyślał.

Pozostałe zaśmiały się ptasimi trelami, które uniosły się w półmrok jak wstążki. Siostra Michela nawet przesłała mu całusa.

- Chodźmy, moje panie! - zawołała siostra Mary. - Ostawmy z nim Jennę na trochę przez pamięć jej matki, którą serdecznie kochałyśmy!

Po tych słowach wyprowadziła siostry, pięć białych ptaków odfrunęło środkowym przejściem wśród trzepotu spódnic.

- Dziękuję - rzekł Roland, podnosząc wzrok na właścicielkę chłodnej dłoni... ponieważ wiedział, że to ona go ukoiła.

Wzięła jego palce, jakby na dowód, i pogłaskała.

- One nie pragną twojej krzywdy - odezwała się... lecz Roland zobaczył, że nie wierzy w ani jedno słowo. On też nie uwierzył. Znalazł się w kłopotach, poważnych kłopotach.

- Co to za miejsce?

- Nasze miejsce - odpowiedziała z prostotą. - Dom Siostrzyczek z Elurii. Nasz klasztor, jeśli wolisz.

- To nie jest klasztor - sprzeciwił się, spoglądając na puste łóżka. - To infirmeria, prawda?

- Szpital - wyjaśniła, wciąż gładząc jego palce. - Służymy lekarzom... a oni służą nam.

Fascynował go czarny lok na jej kremowym czole - dotknąłby go, gdyby ośmielił się unieść rękę. Tylko żeby poczuć, jaki jest w dotyku. Uznał go za piękny, ponieważ to była jedyna ciemna rzecz w tej całej bieli. Biel straciła dla niego wszelki urok.

- Jesteśmy szpitalniczkami - ciągnęła - albo byłyśmy, zanim świat poszedł naprzód.

- Wierzycie w Jezusa-Człowieka?

Przez chwilę wydawała się zdumiona, niemal wstrząśnięta, potem roześmiała się wesoło.

- Nie, nie my!

- Skoro jesteście szpitalniczkami... pielęgniarkami... to gdzie są lekarze?

Popatrzyła na niego, przygryzając wargę, jakby próbowała podjąć decyzję. Roland uznał jej rozterkę za czarującą i uświadomił sobie, że chory czy nie, patrzy na kobietę jak na kobietę po raz pierwszy, odkąd umarła Susan Delgado, po raz pierwszy od dawna. Cały świat zmienił się od tamtej pory, wcale nie na lepsze.

- Naprawdę chcesz wiedzieć?

- Tak, oczywiście - potwierdził, lekko zdziwiony, ale również lekko zaniepokojony. Czekał, żeby jej twarz rozmyła się i zmieniła jak twarze tamtych. Nie zmieniła się. Również nie czuł od niej tego nieprzyjemnego zapachu martwej ziemi.

Czekaj, ostrzegł sam siebie. Nie wierz tutaj niczemu, najmniej własnym zmysłom. Jeszcze nie.

- Chyba powinieneś. - Westchnęła, aż zadźwięczały dzwoneczki nad jej czołem, ciemniejsze niż u tamtych sióstr; nie czarne jak jej włosy, ale okopcone, jakby wisiały w dymie ogniska. Natomiast dzwoniły jak najczystsze srebro. - Obiecaj mi, że nie krzykniesz i nie zbudzisz młodzika w tamtym łóżku.

- Młodzika?

- Chłopca. Obiecujesz?

- Ano - powiedział, nieświadomie przechodząc na w połowie zapomniany żargon Łuku Zewnętrznego. Dialekt Susan. - Dużo wody upłynęło, odkąd krzyczałem, ślicznotko.

Zarumieniła się wyraźniej po tych słowach, róże bardziej żywe i naturalne niż ta na piersi zakwitły na jej policzkach.

- Nie nazywaj urodziwym tego, czegoś dobrze nie zobaczył - skarciła go.

- Więc odsuń ten swój welon.

Doskonale widział jej twarz, ale strasznie chciał zobaczyć włosy - niemal rozpaczliwie. Strumień głębokiej czerni w całej tej sennej bieli. Oczywiście mogła je ściąć, siostry z tego zakonu mogły nosić krótkie włosy, ale jakoś nie przypuszczał.

- Nie, to zakazane.

- Kto zakazał?

- Wielka Siostra.

- Ta, która się nazywa Mary?

- Ano.

Odwróciła się, żeby odejść, potem przystanęła i obejrzała się przez ramię. U innej dziewczyny w jej wieku, równie ładnej, takie spojrzenie wyglądałoby zalotnie. U niej było tylko poważne.

- Pamiętaj o swej obietnicy.

- Ano, żadnych krzyków.

Podeszła do brodatego mężczyzny, zamiatając spódnicą. W półmroku rzucała tylko rozmazany cień na puste łóżka, które mijała. Kiedy dotarła do mężczyzny (nieprzytomnego, pomyślał Roland, nie po prostu śpiącego), ponownie obejrzała się na Rolanda. Kiwnął głową.

Siostra Jenna podeszła blisko do zawieszonego mężczyzny, od drugiej strony łóżka, toteż Roland widział ją przez pętle i zwoje białego jedwabiu. Lekko położyła dłonie po lewej stronie jego klatki piersiowej, nachyliła się nad nim... i pokręciła głową z boku na bok, jakby czemuś gwałtownie zaprzeczała. Dzwoneczki na jej czole zadzwoniły ostro i Roland ponownie poczuł to dziwne poruszenie w plecach, któremu towarzyszyła niska fala bólu. Zupełnie jakby zadrżał bez drżenia albo wzdrygnął się przez sen.

To, co następnie zobaczył, niemal wyrwało mu krzyk z piersi; musiał mocno zagryźć wargi. Nogi nieprzytomnego mężczyzny ponownie jakby poruszyły się bez poruszania... ponieważ poruszało się coś na nich. Owłosione łydki, kostki i stopy wystawały spod brzegu koszuli. Teraz ruszyła po nich czarna fala robactwa. Robaki śpiewały donośnie jak maszerująca kolumna wojska.

Roland przypomniał sobie czarną bliznę na policzku i nosie mężczyzny - bliznę, która zniknęła. Oczywiście te robaki. I jego też oblazły. Dlatego drżał bez drżenia. Oblazły mu całe plecy. Żerowały na nim.

Nie, stłumienie krzyku nie było takie łatwe, jak się spodziewał.

Robaki dotarły do czubków palców u nóg zawieszonego mężczyzny, potem zeskakiwały falami na podłogę, jakby skakały z brzegu do kąpieli. Szybko i łatwo uporządkowały szeregi na białej płaszczyźnie i ruszyły po podłodze niczym batalion szeroki na stopę. Roland nie widział ich dokładnie z tak dużej odległości i w słabym świetle, ale oceniał, że były dwukrotnie większe od mrówek i trochę mniejsze niż grube pszczoły, które roiły się na grządkach kwiatowych w domu.

Śpiewały w marszu.

Brodaty mężczyzna nie śpiewał. Kiedy zastępy robactwa pokrywające jego nogi zaczęły się przerzedzać, wstrząsnął się i jęknął. Młoda kobieta położyła mu dłoń na czole i ukoiła go. Pomimo całej odrazy do tego widoku Roland poczuł lekką zazdrość.

Zresztą czy naprawdę widok był taki okropny? W Gilead stosowano pijawki na pewne dolegliwości - głównie obrzęki mózgu, pach i pachwin. Jeśli chodziło o mózg, z pewnością każdy wolał pijawki, chociaż takie wstrętne, od następnego kroku, czyli trepanacji.

Jednak w tych robakach było coś obrzydliwego, może tylko dlatego, że nie widział ich dokładnie, i okropna była świadomość, że łażą mu wszędzie po plecach, podczas gdy on wisi bezradny. Chociaż nie śpiewały. Dlaczego? Bo żerowały? Spały? Jedno i drugie?

Jęki brodacza ucichły. Robaki przemaszerowały przez podłogę w stronę falującej łagodnie jedwabnej ściany. W cieniu Roland stracił je z oczu.

Jenna wróciła do niego z zatroskaną miną.

- Dzielnieś się spisał. Toć widzę, co czujesz; masz to wypisane na twarzy.

- Lekarze - powiedział.

- Tak. Ich moc jest wielka, lecz... - zniżyła głos - ...lękam się, że temu poganiaczowi już nie pomogą. Nogi mu trochę naprawili i rany na twarzy się zagoiły, ale on odniósł rany tam, gdzie lekarze nie dosięgną.

Przesunęła ręką po talii, wskazując lokalizację tych obrażeń, jeśli nie charakter.

- A ja? - zapytał Roland.

- Ciebie schwytał zielony lud - wyjaśniła. - Musiałeś potężnie ich rozgniewać, skoro nie uśmiercili cię od razu. Miast tego związali cię i powiesili. Tamra, Michela i Louise wyszły zbierać zioła. Zobaczyły, jak zielony lud zabawia się z tobą, i nakazały im przestać, ale...

- Czy mutaty zawsze was słuchają, siostro Jenno?

Uśmiechnęła się, chyba zadowolona, że zapamiętał jej imię.

- Nie zawsze, ale zazwyczaj. Tym razem usłuchały, bo inaczej dotarłbyś już na koniec swej ścieżki.

- Chyba tak.

- Skórę ci zdarli prawie z całych pleców... toż byłeś czerwony od szyi do pasa. Zawżdy już będziesz nosił blizny, atoli lekarze dobrze cię wykurowali. Pięknie też śpiewają, prawda?

- Tak - przyznał Roland, ale wizja tych czarnych robaków pełzających po żywym ciele nadal budziła w nim odrazę. - Winien ci jestem wdzięczność i dziękuję z własnej woli. Jeśli mogę coś zrobić dla ciebie...

- Powiedz mi swoje imię.

- Jestem Roland z Gilead. Rewolwerowiec. Miałem rewolwery, siostro Jenno. Widziałaś je?

- Nie widziałam żadnej broni - odparła, ale odwróciła wzrok. Róże znowu zakwitły na jej policzkach. Może była dobrą pielęgniarką i urodziwą, pomyślał Roland, ale nie umiała kłamać. To go ucieszyło. Dobrych kłamców było pod dostatkiem. Z drugiej strony uczciwość trafiała się rzadko.

Na razie to zostawmy, powiedział sobie. Myślę, że ona mówi nieprawdę ze strachu.

- Jenno! - Okrzyk dobiegł z najgłębszego cienia na drugim końcu infirmerii... dzisiaj wydawała się rewolwerowcowi jeszcze dłuższa... i siostra Jenna podskoczyła jak przyłapana na gorącym uczynku. - Odejdźże stamtąd! Dość już się nagadałaś, żeby zabawić dwudziestu mężczyzn! Daj mu spać!

- Ano! - odkrzyknęła Jenna i odwróciła się do Rolanda. - Jeno nie zdradź się, że pokazałam ci lekarzy.

- Nie pisnę ani słowa, Jenno.

Zawahała się, znowu zagryzając usta, po czym nagle zsunęła do tyłu welon. Opadł jej na kark z cichym brzękiem dzwoneczków. Uwolnione włosy opłynęły jej policzki jak skrzydła cienia.

- Czy jestem ładna? Jestem? Rzeknij mi prawdę, Rolandzie z Gilead... bez pochlebstw. Bo pochlebstwa mają krótkie życie.

- Ładna jak letnia noc.

To, co ujrzała w jego twarzy, chyba bardziej ją przekonało niż słowa, bo uśmiechnęła się promiennie. Z powrotem naciągnęła welon i upchnęła pod nim włosy szybkimi, zwinnymi ruchami palców.

- Czy wyglądam schludnie?

- Pięknie i schludnie - zapewnił, potem ostrożnie uniósł ramię i wskazał na jej czoło. - Jeden lok wystaje... tutaj.

- Ano, zawżdy to moje utrapienie.

Z komicznym grymasem wepchnęła lok pod opaskę. Roland pomyślał, że bardzo chciałby ucałować jej różane policzki... i na dokładkę jej różane usta.

- Wszystko w porządku - oświadczył.

- Jenno! - krzyk zabrzmiał jeszcze bardziej niecierpliwie. - Medytacje!

- Już idę! - zawołała i zebrała swoje obszerne spódnice. Lecz odwróciła się jeszcze raz, z bardzo poważną miną.

- Jeszcze jedno - rzuciła niemal szeptem i szybko rozejrzała się. - Ten złoty medalik, który nosisz... nosisz go, bo jest twój. Pojąłeś... James?

- Tak. - Odwrócił nieco głowę, żeby spojrzeć na śpiącego chłopca. - To jest mój brat.

- Jeśli zapytają, tak. Jeśli odpowiesz inaczej, wpędzisz Jennę w wielkie tarapaty.

Jak wielkie, nie zapytał, zresztą ona już odeszła, odpłynęła przejściem pomiędzy tymi wszystkimi pustymi łóżkami, unosząc spódnicę jedną ręką. Róże umknęły z jej twarzy, policzki i czoło przybrały odcień popiołu. Przypomniał sobie łakome spojrzenia pozostałych sióstr, jak coraz bardziej cisnęły się wokół niego... i jak ich twarze zafalowały.

Sześć kobiet, pięć starych i jedna młoda.

Lekarze, którzy śpiewają i odpełzają po podłodze, odprawieni dźwiękiem dzwoneczków.

Nieprawdopodobny oddział szpitalny na sto łóżek, z jedwabnym dachem i jedwabnymi ścianami...

...i wszystkie łóżka puste oprócz trzech.

Roland nie rozumiał, dlaczego Jenna wyciągnęła mu z kieszeni spodni medalik martwego chłopca i nałożyła na szyję, ale podejrzewał, że gdyby Siostrzyczki z Elurii dowiedziały się, co zrobiła, mogłyby ją zabić.

Zamknął oczy i cichy śpiew lekarzy-owadów ponownie ukołysał go do snu.

IVMISKA ZUPY. CHŁOPIEC W SĄSIEDNIM ŁÓŻKU. NOCNE PIELĘGNIARKI

Roland śnił, że bardzo wielki robak (pewnie lekarz-robak) latał nad jego głową i ciągle obijał mu się o nos - uderzenia raczej irytujące niż bolesne. Kilkakrotnie odganiał owada i chociaż w zwykłych okolicznościach dłonie miał niesamowicie szybkie, teraz ciągle chybiał. I za każdym razem, kiedy chybiał, owad chichotał.

Jestem powolny, bo jestem chory, pomyślał.

Nie, pokonany. Ciągnięty po ziemi przez Powolne Mutanty, uratowany przez Siostrzyczki z Elurii.

Roland ujrzał nagle wyraźną wizję: cień mężczyzny wyrasta z cienia przewróconego wozu towarowego. Usłyszał szorstki, rozradowany głos krzyczący: "Buu!".

Szarpnął się tak mocno, że jego ciało zakołysało się w skomplikowanej uprzęży, a kobieta stojąca obok łóżka, która chichotała i stukała go lekko w nos drewnianą łyżką, cofnęła się gwałtownie i miska, którą trzymała w drugiej dłoni, wyśliznęła jej się spomiędzy palców.

Ręce Rolanda wystrzeliły do przodu, równie szybko jak zawsze - frustrująca porażka z owadem stanowiła jedynie część snu. Chwycił miskę, zanim rozlało się więcej niż kilka kropli. Kobieta - siostra Coquina - spojrzała na niego rozszerzonymi oczami.

Od nagłego ruchu ból przebiegł mu po całych plecach, ale znacznie mniej ostry niż przedtem. Znikło też wrażenie ruchu na skórze. Pewnie "lekarze" tylko spali, ale wydawało mu się, że odeszli.

Sięgnął po łyżkę, którą mu dokuczała Coquina (doszedł do wniosku, że wcale go nie dziwi, iż jedna z sióstr drażni się w ten sposób z chorym śpiącym człowiekiem; zdziwiłby się tylko, gdyby tak się zachowała Jenna), a ona podała mu ją, wciąż wytrzeszczając oczy.

- Jaki szybki! - zawołała. - Toż to magiczna sztuczka, a przecie jeszcześ się nie rozbudził!

- Tedy zapamiętaj to sobie - mruknął i skosztował zupy. Pływały w niej maleńkie kawałeczki kurczaka. W innych okolicznościach uznałby ją za cienką, ale teraz wydawała się ambrozją. Zaczął jeść łapczywie.

- Cóż to ma znaczyć? - zapytała.

Półmrok gęstniał, płaszczyzny ściany naprzeciwko przybrały różowopomarańczową barwę, sugerującą zachód słońca. W tym słabym świetle Coquina wyglądała całkiem młodo i ładnie... ale to na pewno był urok, czarodziejski makijaż.

- Nic szczególnego. - Roland odłożył łyżkę, gdyż zbyt wolno szło mu jedzenie, i przechylił miskę do ust. W ten sposób pochłonął zupę czterema wielkimi haustami. - Byłyście dla mnie dobre...

- Ano pewnie! - potwierdziła niemal z oburzeniem.

- ...i mam nadzieję, że za waszą dobrocią nie kryją się inne motywy. Jeśli tak, siostro, pamiętaj, żem szybki. I na dodatek nie zawsze jestem dobry.

Nie odpowiedziała, tylko wzięła miskę podaną przez Rolanda. Zrobiła to delikatnie, chyba nie chciała dotknąć jego palców. Popatrzyła na miejsce, gdzie spoczywał medalik, znowu ukryty pod koszulą na piersiach. Nie dodał nic więcej, nie chcąc osłabiać zamaskowanej groźby. Bo przecież wypowiedział ją mężczyzna nieuzbrojony, prawie nagi i wiszący w powietrzu, ponieważ jego plecy nie mogłyby znieść ciężaru ciała.

- Gdzie jest siostra Jenna? - zapytał.

- Oooo - odezwała się siostra Coquina, unosząc brwi. - Lubimy ją, prawda? Przy niej serce nam bije mocniej...

Przyłożyła dłoń do róży na swojej piersi i zatrzepotała nią szybko.

- Ależ skąd, ależ skąd - zaprotestował Roland - tylko że ona była miła. Wątpię, czy drażniłaby mnie łyżką, jak niektóre osoby.

Uśmiech siostry Coquiny zgasł. Wydawała się jednocześnie rozgniewana i przestraszona.

- Jeno nie mów o tym Mary, jeśli później przyjdzie. Narobiłbyś mi kłopotów.

- Cóż z tego?

- Mogę ci odpłacić pięknym za nadobne, jeśli narobię kłopotów małej Jennie - ostrzegła siostra Coquina. - Zresztą ona i tak jest teraz w czarnych księgach Wielkiej Siostry. Siostrze Mary nie podoba się, jak Jenna mówiła do niej o tobie... ani że Jenna wróciła do nas, nosząc Czarne Dzwonki.

Zaledwie te nieroztropne słowa padły, siostra Coquina zakryła ręką usta, jakby przestraszona, że powiedziała za dużo.

Roland, chociaż zaintrygowany, nie chciał tego okazywać, rzekł więc tylko:

- Nic nie powiem o tobie, jeśli ty nic nie powiesz siostrze Mary o Jenny.

Coquina przyjęła to z ulgą.

- Ano, dobiliśmy targu. - Poufnie nachyliła się nad nim. - Ona jest w Domu Rozmyślań. To mała jaskinia w zboczu pagórka, gdzie musimy chodzić i medytować, kiedy Wielka Siostra osądzi, że zrobiłyśmy coś złego. Jenna musi tam siedzieć i żałować za swoją zuchwałość, dopóki Mary jej nie wypuści.

Milczała przez chwilę i nagle zapytała:

- Któż to jest obok ciebie? Znaszli go?

Roland odwrócił głowę i zobaczył, że młody człowiek nie śpi i słucha. Oczy miał równie ciemne jak Jenny.

- Czy go znam? - powtórzył Roland ze starannie dobranym odcieniem pogardy. - Miałbym nie znać własnego brata?

- Twój brat, taki młody, a tyś taki stary?

Następna siostra zmaterializowała się w mroku: siostra Tamra, która twierdziła, że ma dwadzieścia jeden lat. Przez chwilę, zanim podeszła do łóżka Rolanda, miała twarz staruchy, której dawno już stuknęła osiemdziesiątka... albo dziewięćdziesiątka. Potem rozmyła się i znowu zmieniła w pulchne, czerstwe oblicze trzydziestoletniej matrony. Oprócz oczu. Pozostały żółtawe na białkach, zaropiałe w kącikach i czujne.

- On jest najmłodszy, ja najstarszy - wyjaśnił Roland. - Pomiędzy nami było siedmiu innych i dwadzieścia lat życia naszych rodziców.

- Jakże słodkie! Skoro jest twym bratem, to wiesz, jak się nazywa. Wiesz to bardzo dobrze.

Zanim rewolwerowiec zdążył się zakłopotać, młody człowiek się odezwał:

- One myślą, że zapomniałeś takie proste imię i nazwisko jak John Norman. Co za matołki, nie, Jimmy?

Coquina i Tamra spojrzały na bladego chłopca w sąsiednim łóżku, wyraźnie rozgniewane... i wyraźnie pokonane. Przynajmniej na razie.

- Nakarmiłyście go tym świństwem - ciągnął chłopak (którego medalik niewątpliwie głosił: John, Przez miłość rodziny, Przez miłość BOGA). - Może sobie pójdziecie i pozwolicie nam pogadać?

- Patrzcie no! - fuknęła siostra Coquina. - To mi dopiero wdzięczność!

- Wdzięczny jestem za to, co mi dane - odparł Norman, patrząc na nią spokojnie - ale nie za to, co ludzie zabiorą.

Tamra prychnęła przez nos, okręciła się tak gwałtownie, że przeciąg wywołany przez jej furkoczącą szatę musnął twarz Rolanda, i odeszła. Coquina została jeszcze przez chwilę.

- Bądź jeno dyskretny, to może ktoś, kogo lubisz bardziej ode mnie, wyjdzie z zamknięcia rano, a nie za tydzień od dziś.

Nie czekając na odpowiedź, odwróciła się i poszła za siostrą Tamrą.

Roland i John Norman zaczekali, aż obie odeszły. Potem Norman odwrócił się do Rolanda i powiedział zniżonym głosem:

- Mój brat. Nie żyje?

Roland przytaknął.

- Wziąłem medalik na wypadek, gdybym spotkał kogoś z jego rodziny. Wedle prawa należy do ciebie. Współczuję ci z powodu straty.

- Dzięki. - Dolna warga Johna Normana zadrżała, potem znieruchomiała. - Wiem, że zieloni go wykończyli, chociaż te stare kwoki nie chciały tego potwierdzić. Wykończyli większość i poszczerbili resztę.

- Może siostry nie wiedzą na pewno.

- Wiedzą. Nie myśl sobie. Nie mówią dużo, ale wiedzą sporo. Tylko Jenna jest inna. O niej mówiła ta stara megiera, kiedy wspomniała o twojej przyjaciółce?

Roland kiwnął głową.

- I mówiła coś o Czarnych Dzwonkach. Chciałbym wiedzieć o tym coś więcej.

- Jenna, ona jest wyjątkowa. Bardziej jak księżniczka, której należy się pozycja z racji urodzenia, niż jak tamte siostry. Leżę tutaj i udaję, że śpię... tak chyba jest bezpieczniej... ale słyszę, jak gadają. Jenna wróciła do nich dopiero niedawno, a te Czarne Dzwonki mają specjalne znaczenie... ale Mary wciąż wszystkim kręci. Myślę, że Czarne Dzwonki są tylko ceremonialne, jak pierścienie, które starzy baronowie przekazywali dawniej z ojca na syna. Czy to ona włożyła ci na szyję medalik Jimmy'ego?

- Tak.

- Nie zdejmuj go, gdziekolwiek pójdziesz. - Twarz miał ponurą, pełną napięcia. - Nie wiem, czy chodzi o złoto, czy o Boga, ale one nie lubią się do tego zbliżać. Myślę, że tylko dlatego wciąż tu jestem. - Jego głos opadł do szeptu. - To nie są ludzie.

- No, może trochę szalone i zaczarowane, ale...

- Nie! - Z wyraźnym wysiłkiem chłopiec dźwignął się na łokciu i spojrzał na Rolanda poważnym wzrokiem. - Myślisz o wiedźmach czy czarownicach. To nie są żadne wiedźmy. To nie są ludzie!

- Więc czym są?

- Nie wiem.

- Jak tu trafiłeś, John?

Zniżonym głosem John Norman opowiedział Rolandowi tyle, ile wiedział o swoich przygodach. On, jego brat i czterej inni młodzi ludzie, szybcy i mający dobre konie, zostali wynajęci jako zwiadowcy. Z przodu i z tyłu chronili konwój siedmiu wozów pociągowych przewożących towary - ziarno, żywność, narzędzia, pocztę i cztery zamówione narzeczone - do niesamorządnego miasteczka zwanego Tejuas, jakieś dwieście mil na zachód od Elurii. Zwiadowcy rozdzielili się, żeby chronić wozy towarowe z przodu i z tyłu; w każdym oddziale jechał jeden z braci, ponieważ, wyjaśnił Norman, kiedy byli razem, kłócili się jak... no...

- Jak bracia - podpowiedział Roland.

John Norman zdobył się na krótki, bolesny uśmiech.

- Ano - potwierdził.

Trójka, do której należał John, jechała jako straż tylna, mniej więcej dwie mile za wozami, kiedy zielone mutanty urządziły zasadzkę w Elurii.

- Ile wozów widziałeś, kiedy tam przyjechałeś? - zapytał Rolanda.

- Tylko jeden. Przewrócony.

- Ile ciał?

- Tylko twojego brata.

John Norman ponuro kiwnął głową.

- Chyba nie zabrały go z powodu medalika.

- Mutanty?

- Siostry. Mutanty nie dbają o złoto ani o Boga. Ale te suki...

Spojrzał w ciemność, która tymczasem nadeszła. Roland poczuł, że znowu zapada w letarg, ale dopiero później zorientował się, że do zupy dodano narkotyku.

- Inne wozy? - zapytał. - Te nieprzewrócone?

- Pewnie mutanty je zabrały, razem z towarami - odparł John. - Nie dbają o złoto ani o Boga; siostry nie dbają o towary. Jakby miały własne jedzenie, nawet nie chcę o tym myśleć. Jakieś obrzydlistwa... jak te robaki.

On i inni z tylnej straży galopem dojechali do Elurii, ale walka się skończyła, zanim tam dotarli. Ludzie leżeli pokotem na ulicy, niektórzy martwi, ale część jeszcze żyła. Przynajmniej dwie z zamówionych narzeczonych także wciąż żyły. Tych, którzy mogli chodzić, zieloni spędzili razem - John Norman bardzo dobrze zapamiętał stwora w meloniku i kobietę w obszarpanej czerwonej kamizelce.

Norman i dwaj inni próbowali walczyć. Zobaczył, jak jeden z towarzyszy pada trafiony strzałą w brzuch, a potem nie widział już nic więcej - ktoś walnął go z tyłu w głowę i światło zgasło.

Rolanda zaciekawiło, czy napastnik przed zadaniem ciosu krzyknął: "Buu!", ale nie zapytał.

- Kiedy znowu się ocknąłem, byłem tutaj - ciągnął Norman. - Widziałem, że inni... większość... mieli na sobie te przeklęte robaki.

- Inni? - Roland popatrzył na puste łóżka, jaśniejące jak białe wysepki w zapadającym mroku. - Ilu tutaj sprowadzono?

- Co najmniej dwudziestu. Wyzdrowieli... robaki ich wyleczyły... a potem znikali, jeden za drugim. Zasypiałeś, a kiedy się budziłeś, widziałeś jedno więcej puste łóżko. Jeden po drugim znikali, aż zostałem tylko ja i ten tam.

Spojrzał na Rolanda z powagą.

- I teraz ty.

- Normanie - Rolandowi kręciło się w głowie - słuchaj...

- Chyba wiem, co ci jest - powiedział Norman. Jego głos dobiegał jakby z bardzo daleka... może z drugiej półkuli. - To ta zupa. Ale człowiek musi jeść. Kobieta też. Jeśli jest prawdziwą kobietą. Te nie są prawdziwe. Nawet siostra Jenna nie jest prawdziwa. Miła nie znaczy prawdziwa. I w końcu będzie jak one. Zapamiętaj moje słowa.

- Nie mogę się ruszyć. - Nawet wymówienie tych słów wymagało ogromnego wysiłku. Jak dźwiganie głazów.

- Nie. - Norman nagle się roześmiał. Ten szokujący dźwięk wzbudził echo w narastającej ciemności wypełniającej głowę Rolanda. - One dodają do zupy nie tylko lekarstwa na sen, ale i lekarstwa na bezruch. Nic mi nie dolega, bracie... więc jak myślisz, czemu wciąż tu jestem?

Norman mówił teraz nie z drugiej półkuli ziemskiej, ale raczej z księżyca.

- Myślę, że żaden z nas nie zobaczy więcej słońca na otwartej prerii.

Mylisz się, próbował odpowiedzieć Roland, ale nie wydobył z siebie głosu. Pożeglował na ciemną stronę księżyca i zatracił wszelkie słowa w panującej tam pustce.

Lecz ani na chwilę nie stracił samoświadomości. Może siostra Coquina źle odmierzyła dawkę "lekarstwa" w zupie albo po prostu nigdy przedtem nie miały do czynienia z rewolwerowcem i nie zdawały sobie sprawy, na kogo się porywają.

Oczywiście oprócz siostry Jenny - ona wiedziała.

W którejś godzinie nocy szepczące, chichoczące głosy i lekki brzęk dzwoneczków wyciągnęły go z ciemności, gdzie spędzał czas, ani śpiący, ani nieprzytomny. Wokół niego tak nieustannie, że prawie już ich nie słyszał, śpiewali "lekarze".

Roland otworzył oczy. Zobaczył blade, chybotliwe światło tańczące w mrocznym powietrzu. Szepty i chichoty rozbrzmiewały bliżej. Chciał odwrócić głowę, ale przy pierwszej próbie nie dał rady. Odpoczął, zebrał swoją wolę w twardą błękitną kulę i znowu spróbował. Tym razem głowa się obróciła. Tylko trochę, ale wystarczyło.

Zobaczył pięć Siostrzyczek - Mary, Louise, Tamrę, Coquinę i Michelę. Nadeszły długim przejściem przez ciemną infirmerię, śmiejąc się jak dzieci knujące jakąś psotę, niosły długie świeczki w srebrnych lichtarzach. Dzwoneczki na przepaskach ich welonów wybrzękiwały srebrzyste strumyczki dźwięków. Siostry zebrały się wokół łóżka brodacza. Z wnętrza kręgu blask świec wzniósł się migotliwą kolumną, która zgasła w połowie drogi do jedwabnego sufitu.

Siostra Mary przemówiła krótko. Roland rozpoznał jej głos, ale nie słowa - nie używała ani Niskiej Mowy, ani Wysokiej, ale zupełnie innego języka. Jedna fraza rozbrzmiała wyraźnie - kan de lach, mi him en tou - ale nie miał pojęcia, co to znaczy.

Zorientował się, że teraz słyszy tylko dzwoneczki - pieśń lekarzy-owadów ucichła.

Ras me! On! On! - krzyknęła siostra Mary ostrym, silnym głosem.

Świece zgasły. Blask przeświecający przez welony Siostrzyczek znikł i znowu zapadła nieprzenikniona ciemność.

Roland czekał, co będzie dalej. Skórę miał lodowatą. Próbował naprężyć dłonie albo stopy, ale nie mógł. Mógł tylko przekręcać głowę o jakieś piętnaście stopni; resztę ciała miał sparaliżowaną, jak mucha starannie owinięta i zawieszona w pajęczynie.

Ciche brzęczenie dzwoneczków w ciemności... a potem odgłosy ssania. Gdy tylko Roland je usłyszał, wiedział, że na nie czekał. W głębi duszy wiedział przez cały czas, czym są Siostrzyczki z Elurii.

Gdyby miał siłę podnieść ręce, przyłożyłby je do uszu, żeby stłumić te dźwięki. Ale mógł tylko leżeć bez ruchu, słuchać i czekać, aż ucichną.

Nie cichły przez długi czas - niemal przez wieczność. Kobiety siorbały i ciamkały jak świnie żrące półpłynną karmę z koryta. Którejś nawet odbiło się donośnie, po czym znowu rozległy się stłumione chichoty (urwane, kiedy siostra Mary rzuciła jedno krótkie słowo: Hais!). A raz Roland usłyszał niski, przeciągły jęk - na pewno brodatego mężczyzny. Jeśli tak, był to jego ostatni jęk po tej stronie.

Po jakimś czasie odgłosy uczty przycichły. Wówczas owady znowu zaczęły śpiewać - najpierw z wahaniem, potem coraz śmielej. Powróciły szepty i chichoty. Ponownie zapalono świece. Roland leżał teraz z głową odwróconą w drugą stronę. Nie chciał zdradzić się przed nimi, że widział, ale to nie wszystko: za żadne skarby nie chciał widzieć więcej. Zobaczył i usłyszał już dość.

Lecz szepty i chichoty zbliżały się teraz do niego. Roland zamknął oczy i skoncentrował się na medaliku spoczywającym na piersi. "Nie wiem, czy chodzi o złoto, czy o Boga, ale one nie lubią się do tego zbliżać", powiedział John Norman. Dobrze było o tym pamiętać, kiedy Siostrzyczki nadchodziły, chichocząc i paplając w swoim dziwnym języku, ale medalik wydawał się marną ochroną w ciemności.

Słabo, z wielkiej odległości, Roland usłyszał szczekanie Jezusowego psa.

Kiedy Siostrzyczki go otoczyły, rewolwerowiec poczuł ich zapach. Ciężki, nieprzyjemny odór zepsutego mięsa. Czym innym mogły śmierdzieć takie jak one?

- Taki ładny mężczyzna - powiedziała siostra Mary cichym, zamyślonym głosem.

- Atoli nosi taki brzydki sigul. - Siostra Tamra.

- Zdejmiemy mu go! - Siostra Louisa.

- A wtedy go pocałujemy! - Siostra Coquina.

- Pocałujemy go wszystkie! - wykrzyknęła siostra Michela z takim płomiennym entuzjazmem, że się roześmiały.

Roland odkrył, że nie wszystkie części jego ciała zostały sparaliżowane. Jedna część zbudziła się ze snu na dźwięk ich głosów i teraz stała sztywno. Dłoń sięgnęła pod koszulę nocną, odnalazła zesztywniały członek, objęła go, popieściła. Roland leżał w niemym przerażeniu, udając sen, kiedy ciepła wilgoć wylała się z niego niemal natychmiast. Dłoń przez chwilę pozostała na miejscu, kciuk masował w górę i w dół wiotczejącą kolumnę. Potem dłoń puściła go i przesunęła się trochę wyżej. Namacała wilgoć rozlaną na brzuchu.

Chichoty, lekkie jak wiatr.

Dźwięczące dzwoneczki.

Roland odrobinę uchylił powieki i spojrzał w górę na starcze twarze, śmiejące się z niego w blasku świec - błyszczące oczy, żółte policzki, długie zęby zachodzące na dolne wargi. Siostra Michela i siostra Louisa wyglądały, jakby zapuściły kozie bródki, ale oczywiście to nie były ciemne włosy, tylko krew brodatego mężczyzny.

Mary uniosła dłoń stuloną w miseczkę. Podsuwała ją siostrom po kolei; każda zlizywała poczęstunek w blasku świec.

Roland szczelnie zacisnął powieki i czekał, aż odejdą. Wreszcie odeszły.

Już nigdy nie zasnę, pomyślał i po pięciu minutach pogrążył się we śnie.

VSIOSTRA MARY. WIADOMOŚĆ. WIZYTA RALPHA. LOS NORMANA. ZNOWU SIOSTRA MARY

Roland zbudził się w pełnym blasku dnia, jedwabny sufit jaśniał bielą i falował na lekkim wietrze. Owady-lekarze śpiewały z zadowoleniem. Obok po lewej stronie Norman spał głęboko, z głową tak mocno odwróconą na bok, że szczeciniasty policzek opierał się na ramieniu.

Roland i John Norman pozostali jedynymi pacjentami. Dalej w tym samym rzędzie łóżko brodacza stało puste, prześcieradło wygładzono i starannie podwinięto, na poduszkę naciągnięto wykrochmaloną białą poszewkę. Skomplikowana uprząż, w której wisiało ciało, zniknęła.

Roland przypomniał sobie świece - jak ich blask połączył się i wzbił kolumną do góry, oświetlając siostry zebrane wokół brodacza. Chichoczące. Dzwoniące tymi przeklętymi dzwoneczkami.

Teraz, jakby wezwana jego myślami, nadeszła siostra Mary, sunąc szybko pomiędzy rzędami łóżek, a za nią siostra Louisa. Louisa niosła tacę i wyglądała na zdenerwowaną. Mary marszczyła brwi, wyraźnie nie w humorze.

Dąsać się po takiej uczcie? - pomyślał Roland. Fe, siostro.

Dotarła do łóżka rewolwerowca i popatrzyła na niego.

- Niewiele podzięki ci winnam - oświadczyła bez żadnych wstępów.

- Czy prosiłem o podziękowania? - odparł głosem, który wydawał się równie zakurzony i nieużywany jak stronice starej książki.

Nie zwróciła uwagi na jego słowa.

- Tyś sprawił, że ta, która była tylko zuchwała i niespokojna, teraz otwarcie się buntuje. No, jej matka była taka sama i dlatego umarła, jak tylko oddała Jennę tam, gdzie jej miejsce. Podnieś rękę, niewdzięczniku.

- Nie mogę. Wcale nie mogę się ruszać.

- Och, dureń! Nie znasz przysłowia "Długo nie pokuka, kto matkę oszuka"? Dobrze wiem, co możesz i czego nie możesz. No dalej, podnieś rękę.

Roland podniósł prawą rękę, udając, że to wymagało większego wysiłku niż w rzeczywistości. Przypuszczał, że dzisiaj rano odzyskał już siły na tyle, żeby wysunąć się z uprzęży... ale co dalej? Chodzenie przekraczało jego możliwości jeszcze przynajmniej przez parę godzin... nawet bez kolejnej dawki "lekarstwa"... a za plecami siostry Mary siostra Louise zdejmowała pokrywę z nowej miski zupy. Kiedy Roland to zobaczył, zaburczało mu w żołądku.

Wielka Siostra usłyszała i uśmiechnęła się lekko.

- Nawet leżenie w łóżku pobudza apetyt u silnego mężczyzny, jeśli leżał dostatecznie długo. Nieprawdaż, Jasonie, bracie Johna?

- Nazywam się James. Jak dobrze wiesz, siostro.

- Czyżby? - Zaśmiała się gniewnie. - Ha! A gdybym wybatożyła twoją ślicznotkę dostatecznie mocno... powiedzmy, żeby krew tryskała jej z pleców jak krople potu... czy nie wybiłabym z niej innego imienia? Czyżbyś go jej nie zawierzył podczas waszej pogawędki?

- Tylko jej dotknij, to cię zabiję.

Znowu się roześmiała. Jej twarz zafalowała; mocne usta zmieniły się w coś przypominającego zdychającą meduzę.

- Nie mów nam o zabijaniu, durniu, inaczej my pomówimy o tym z tobą.

- Siostro, jeśli ty i siostra Jenna nie możecie na siebie patrzeć, dlaczego nie zwolnisz jej ze ślubów i nie pozwolisz odejść?

- Takie jak my nigdy nie mogą rozwiązać swoich ślubów ani odejść. Jej matka próbowała, a potem wróciła umierająca, z chorą córką. Wszak to my niańczyłyśmy Jennę, kiedy jej matka zmieniła się w pył na wietrze wiejącym do Końca Świata, i nawet nam nie podziękowała! Nadto ona nosi Czarne Dzwonki, sigul naszego siostrzeństwa. Naszego ka-tet. Teraz jedz... twój brzuch mówi, że głodnyś!

Siostra Louise podała miskę, ale jej wzrok wciąż wędrował w stronę wypukłości medalika pod koszulą. Nie lubisz tego, co? - pomyślał Roland, a potem przypomniał sobie Louise w blasku świec, krew poganiacza na jej brodzie, łakomstwo błyszczące w jej oczach, kiedy nachylała się, żeby zlizać nasienie z dłoni siostry Mary.

Odwrócił głowę na bok.

- Nic nie chcę.

- Przecie głodnyś! - zaprotestowała Louise. - Jeśli nie chcesz jeść, James, jak odzyskasz siły?

- Przyślij Jennę. Zjem to, co ona przyniesie.

Siostra Mary spochmurniała.

- Nie ujrzysz jej więcej. Wypuszczono ją z Domu Rozmyślań tylko po solennej obietnicy, że poświęci dwakroć więcej czasu na medytacje... i nie wejdzie do infirmerii. Tedy jedz, Jamesie czy jakkolwiek cię zwą. Połknij specjał w zupie albo natniemy cię nożami i wetrzemy go flanelowymi gałganami. Dla nas za jedno. Prawdę rzekę, Louise?

- A jakże - przyświadczyła Louise. Wciąż trzymała miskę, z której unosiła się para i smakowity zapach kurczęcia.

- Atoli tobie chyba nie za jedno - dokończyła siostra Mary, szczerząc w ironicznym uśmiechu swoje nienaturalnie wielkie zęby. - Tutaj ryzykownie jest puszczać krew. Lekarze tego nie lubią. Krew ich drażni.

Widok krwi drażnił nie tylko owady, jak wiedział Roland. Wiedział również, że w kwestii zupy nie ma wyboru. Przyjął miskę od Louise i jadł powoli. Wiele by dał, żeby zetrzeć wyraz satysfakcji z twarzy siostry Mary.

- Dobrze - powiedziała, kiedy odebrała od niego miskę i sprawdziła, że zjadł wszystko. Ręka mu opadła na dopasowany do niej fragment uprzęży, już zbyt ciężka, żeby ją unieść. Poczuł, że świat znowu odpływa.

Siostra Mary pochyliła się do przodu, falująca narzutka jej habitu dotknęła skóry na jego lewym ramieniu. Czuł jej zapach, jednocześnie suchy i dojrzały, i zwymiotowałby, gdyby miał siłę.

- Zdejmij z siebie to złote plugastwo, kiedy powrócą ci siły... wrzuć je do nocnika pod łóżkiem. Tam jego miejsce. Bo nawet teraz, gdy zbliżam się do niego, boli mnie w głowie i ściska w gardle.

Z ogromnym wysiłkiem Roland wykrztusił:

- Zabierz go, jeśli chcesz. Jak mogę cię powstrzymać, suko?

Ponownie jej twarz pociemniała jak chmura gradowa. Pomyślał, że spoliczkowałaby go, gdyby odważyła się go dotknąć tak blisko medalika. Jednakże wyglądało na to, że mogła go dotykać od pasa w dół.

- Tuszę, że powinieneś głębiej rozważyć tę kwestię - powiedziała. - Wciąż mogę kazać wybatożyć Jennę, jeśli zechcę. Ona nosi Czarne Dzwonki, ale ja jestem Wielką Siostrą. Rozważ to dobrze.

Odeszła. Siostra Louise ruszyła za nią, rzuciwszy jedno spojrzenie przez ramię - dziwne połączenie lęku i pożądania.

Roland pomyślał: Muszę się stąd wydostać... muszę.

Ale tylko odpłynął znowu do tego ciemnego miejsca, które nie całkiem było snem. A może naprawdę zasnął, przynajmniej na chwilę; może miał sny. Palce jeszcze raz pogładziły jego palce, wargi najpierw pocałowały go w ucho, a potem wyszeptały:

- Zajrzyj pod poduszkę, Rolandzie... lecz nie zdradź nikomu, żem tu była.

W jakiś czas potem otworzył oczy, na wpół oczekując, że zobaczy nad sobą śliczną twarzyczkę siostry Jenny. I ten przecinek ciemnych włosów, znowu wystający spod welonu. Nie zobaczył nikogo. Fałdy jedwabiu w górze świeciły najjaśniej i chociaż Roland nie mógł tutaj w żaden sposób określić pory dnia, domyślił się, że jest około południa. Jakieś trzy godziny od drugiej miski zupy.

Obok niego John Norman ciągle spał i lekko, świszcząco pochrapywał przez nos.

Roland spróbował unieść rękę i wsunąć pod poduszkę. Ręka nie chciała go słuchać. Mógł przebierać końcami palców, nic więcej. Czekał, uspokajał umysł, gromadził cierpliwość. Cierpliwość nie przychodziła mu łatwo. Ciągle myślał o tym, co mu powiedział Norman, że zasadzkę przeżyło dwudziestu ludzi... przynajmniej na początku. "Jeden po drugim znikali, aż zostałem tylko ja i ten tam. I teraz ty".

Dziewczyny tu nie było. W jego umyśle odezwał się łagodny, smutny głos Alaina, jednego ze starych przyjaciół, zmarłego przed wielu laty. Nie ważyłaby się przyjść, kiedy tamte pilnują. Tylko ci się śniło.

Ale Roland podejrzewał, że to coś więcej niż sen.

Trochę później - powoli zmieniająca się jasność nad głową wskazywała, że minęło około godziny - Roland ponownie spróbował poruszyć ręką. Tym razem zdołał ją wsunąć pod poduszkę. Poduszka była pulchna i miękka, włożona dla wygody za szeroki pas podtrzymujący kark rewolwerowca. Początkowo nic nie znalazł, lecz jego palce powoli zagłębiały się dalej i wreszcie dotknęły czegoś, co przypominało wiązkę cienkich patyków.

Przerwał i zebrał siły (każdy ruch był jak pływanie w smole), zanim sięgnął głębiej. Namacał jakby zeschły bukiet. Owinięty wstążką.

Roland rozejrzał się, żeby sprawdzić, czy nikogo nie ma na oddziale i czy Norman dalej śpi. Potem wyciągnął to, co było pod poduszką. Sześć kruchych, zielonych, wyblakłych łodyżek z brązowawymi czubkami jak pałki trzcin. Wydzielały dziwny drożdżowy zapach, który przypomniał Rolandowi żebracze wyprawy do kuchni Wielkiego Domu wczesnymi rankami w dzieciństwie - wyprawy zwykle przedsiębrane razem z Cuthbertem. Trzciny były związane szeroką białą jedwabną wstążką i pachniały jak przypalona grzanka. Pod wstążką tkwiła zwinięta szmatka - jedwabna, jak wszystko inne w tym przeklętym miejscu.

Roland oddychał ciężko i krople potu wystąpiły mu na czoło. Wciąż jednak był sam - dobrze. Wyjął strzępek tkaniny i rozwinął. Wiadomość, mozolnie wypisana węglem drzewnym, rozmazanymi literami, brzmiała:

ŻUJ CZUPKI. JEDEN NA GODZINE. ZA DUŻO, SKURCZE ALBO ŚMIERĆ. JUTRO WIECZUR. NIE MOŻNA SZYBCIEJ. UWAŻAJ!

Brak wyjaśnienia, ale Roland żadnego nie potrzebował. I nie miał innego wyjścia; gdyby tu został, czekałaby go śmierć. Musiały tylko zdjąć mu medalik, a miał przeczucie, że siostra Mary znajdzie w końcu jakiś sprytny sposób, żeby to zrobić.

Odgryzł kawałeczek wysuszonego czubka trzciny. Smak wcale nie przypominał grzanek, o które żebrali w kuchni jako chłopcy; gardło napełniał goryczą i palił w żołądku. Po niecałej minucie od ugryzienia serce przyspieszyło mu dwukrotnie. Mięśnie zbudziły się, ale nie w przyjemny sposób jak po dobrym śnie; najpierw drżały, potem stwardniały jak ściągnięte w węzły. Te sensacje szybko minęły i serce powróciło do zwykłego tempa, zanim Norman ocknął się jakąś godzinę później, ale Roland zrozumiał, dlaczego Jenny ostrzegała w swojej notce, żeby przyjmował nie więcej niż odrobinę naraz - to był bardzo silny środek.

Wsunął bukiet zeschłych trzcin z powrotem pod poduszkę i starannie strzepnął nieliczne roślinne szczątki, które spadły na prześcieradło. Potem opuszką kciuka starł pracowicie nagryzmolone litery na kawałku jedwabiu. Kiedy skończył, zostały tylko zamazane smugi. Szmatkę również schował pod poduszką.

Norman obudził się i rozmawiali przez chwilę o rodzinnym miasteczku młodego zwiadowcy - Delain, znanym też niekiedy pod żartobliwą nazwą Smocza Jama albo Raj Kłamców. Wszystkie zmyślone historyjki rzekomo brały początek w Delain. Chłopiec poprosił Rolanda, żeby - jeśli przeżyje - oddał oba medaliki jego rodzicom i wyjaśnił w miarę możności, jak zginęli James i John, synowie Jessego.

- Sam to zrobisz - oświadczył Roland.

- Nie. - Norman próbował podnieść rękę, chyba żeby się podrapać po nosie, ale nie dał rady. Ręka uniosła się najwyżej na sześć cali, po czym opadła na pościel z cichym stuknięciem. - Raczej nie. Szkoda, że spotkaliśmy się w takich okolicznościach, wiesz... polubiłem cię.

- A ja ciebie, Johnie Normanie. Żałuję, że nie poznaliśmy się lepiej.

- Ano. Nie w towarzystwie takich fascynujących dam.

Wkrótce potem znowu zapadł w sen. Roland nigdy więcej z nim nie rozmawiał... chociaż usłyszał jeszcze jego głos. O tak. Roland wisiał nad swoim łóżkiem i symulował sen, kiedy John Norman wydawał ostatni krzyk.

Siostra Michela nadeszła z wieczorną zupą, kiedy Roland jeszcze nie opanował drżenia mięśni i galopującego pulsu, co było efektem żucia długiej brązowej trzciny. Michela z troską spojrzała na jego zaczerwienioną twarz, ale musiała uwierzyć zapewnieniom, że nie czuł gorączki; nie mogła zdobyć się na dotknięcie skóry Rolanda - medalik ją odpychał.

Do zupy dołączono pasztecik. Ciasto było gumowate, a mięso w środku twarde, Roland jednak pożarł go łapczywie. Michela patrzyła z pobłażliwym uśmiechem, z rękami założonymi na piersiach, od czasu do czasu kiwając głową. Kiedy skończył zupę, ostrożnie odebrała od niego miskę, pilnując, żeby nie dotknąć jego palców.

- Zdrowiejesz - oznajmiła. - Wkrótce ruszysz swoją drogą, a nam zostanie po tobie jeno wspomnienie, Jim.

- Czy to prawda? - zapytał cicho.

Tylko popatrzyła na niego, dotykając językiem górnej wargi, zachichotała i odeszła. Roland zamknął oczy i opadł na poduszkę, czując, że znowu ogarnia go letarg. Jej taksujące spojrzenie... jej wysunięty język. Widywał kobiety patrzące w ten sam sposób na pieczonego kurczaka czy udziec barani, oceniające, kiedy pieczeń będzie gotowa.

Ciało rozpaczliwie pragnęło snu, ale Roland czepiał się jawy jeszcze przez jakiś czas, zanim wygrzebał jedną trzcinę spod poduszki. Po świeżej porcji lekarstwa "bezruchu" w organizmie wymagało to ogromnego wysiłku i podejrzewał, że nie dałby sobie rady, gdyby wcześniej nie wyjął tej trzciny spod wstążki, którą związano pęczek. Dziś wieczór, napisała Jenna. Jeśli to oznaczało ucieczkę, pomysł wydawał się niedorzeczny. Roland czuł się tak słabo, jakby miał leżeć w tym łóżku do końca wieku.

Ugryzł. Energia wpłynęła do organizmu, napięła mięśnie i przyspieszyła bicie serca, lecz przypływ witalności opadł niemal równie szybko, jak się pojawił, stłumiony silniejszym narkotykiem siostry Micheli. Roland mógł tylko żywić nadzieję... i spać.

Obudził się w całkowitej ciemności i odkrył, że w siatce pasów niemal swobodnie może poruszać rękami i nogami. Wyciągnął jedną trzcinę spod poduszki i ugryzł ostrożnie. Zostawiła mu pół tuzina i pierwsze dwie zżuł niemal do końca.

Rewolwerowiec schował łodygę z powrotem pod poduszkę, po czym zaczął się trząść jak mokry pies w deszczu. Wziąłem za dużo, pomyślał. Żebym tylko nie dostał konwulsji...

Serce mu waliło jak kowalski młot. A potem, na domiar złego, zobaczył blask świecy na drugim końcu przejścia. Po chwili usłyszał szelest habitów i szuranie pantofli.

Bogowie, dlaczego teraz? Zobaczą, że się trzęsę, odgadną...

Roland wezwał na pomoc całe swoje opanowanie i siłę woli, zamknął oczy i skupił się na unieruchomieniu drgających kończyn. Gdyby tylko leżał w łóżku, nie na tych przeklętych pasach, które przy każdym ruchu dygotały tak, jakby same cierpiały na malarię!

Siostrzyczki podeszły bliżej. Światło świec rozkwitło czerwienią pod zaciśniętymi powiekami. Dzisiejszej nocy nie chichotały ani nie szeptały między sobą. Dopiero kiedy prawie go dotykały, Roland uświadomił sobie obecność kogoś obcego wśród nich - stwora, który oddychał bulgotliwie przez nos, wciągając powietrze zmieszane ze smarkami.

Rewolwerowiec leżał z zamkniętymi oczami, kontrolując najbardziej gwałtowne drgania rąk i nóg, ale z mięśniami wciąż napiętymi i kurczącymi się pod skórą. Każdy, kto przyjrzałby mu się z bliska, zauważyłby od razu, że coś z nim jest nie w porządku. Serce wierzgało mu w piersi jak koń pod razami bata, one na pewno zobaczą...

Ale nie patrzyły na niego... przynajmniej na razie.

- Zdyjmij mu to - rozkazała Mary. Używała skundlonej wersji Niskiej Mowy, którą Roland ledwie rozumiał. - Potym temu drugiemu. Dalij, Ralph.

- Ty mo whikky? - zapytał zasmarkaniec jeszcze cięższym dialektem. - Ty mo tytuń?

- Tak, tak, dużo whisky i dużo palenia, ale dopiero jak zdejmiesz to paskudztwo! - Zniecierpliwiona. Chyba również przestraszona.

Roland ostrożnie obrócił głowę w lewo i uchylił powieki.

Pięć z sześciu Siostrzyczek z Elurii zebrało się po drugiej stronie łóżka Johna Normana, unosząc nad nim świece. Światło padało również na ich twarze, które mogły przyprawić o koszmary najsilniejszego mężczyznę. Teraz, w środku nocy, upiększające czary znikły i pozostały tylko zgrzybiałe trupy w obszernych habitach.

Siostra Mary trzymała w ręku jeden z rewolwerów Rolanda. Na ten widok Roland poczuł gwałtowny przypływ nienawiści i przyrzekł sobie, że Mary zapłaci za swoją zuchwałość.

Stwór stał w nogach łóżka, dziwaczny, ale wyglądający niemal normalnie w porównaniu z Siostrzyczkami. Był to jeden z zielonych ludzi. Roland natychmiast rozpoznał Ralpha. Długo miał pamiętać ten melonik.

Teraz Ralph powoli podszedł do brzegu łóżka Normana od strony Rolanda i na chwilę zasłonił mu Siostrzyczki. Przesunął się jednak dalej, do głowy Normana, i rewolwerowiec znowu widział staruchy przez szparki oczu.

Medalik Normana leżał na wierzchu - widocznie chłopiec rozbudził się na tyle, żeby go wyjąć spod koszuli w nadziei, że odsłonięty lepiej go ochroni. Ralph wziął go w zdeformowaną dłoń. Siostrzyczki patrzyły z przejęciem w blasku świec, jak zielony człowiek naciągnął łańcuszek na całą długość... a potem odłożył medalik. Rozczarowanie wydłużyło ich twarze.

- Nie zależy mnie na tym - oświadczył Ralph swoim zakatarzonym głosem. - Chce whikky! Chce tytuń!

- Dostaniesz - obiecała siostra Mary. - Wystarczy dla ciebie i całego twojego robaczywego klanu. Atoli wpierw musisz mu zdjąć to okropieństwo! Im obu! Pojmujesz? I nie drażnij się z nami.

- Bo co? - rzucił Ralph. Wybuchnął zdławionym, charkotliwym śmiechem, śmiechem człowieka umierającego na złośliwą chorobę gardła i płuc, ale Roland i tak wolał go od chichotów Siostrzyczek. - Bo co, siostro Mary, wypijesz moją krrew? Moja krrew świeci w ciemności i od niej padniesz trupem na miejscu!

Mary uniosła rewolwer i wycelowała w Ralpha.

- Zdejmij to obrzydlistwo, bo sam zaraz padniesz trupem.

- I tak pewnie padnę trupem, jak już zrobię, czego chciałaś.

Siostra Mary nic nie odpowiedziała. Pozostałe wpatrywały się w niego czarnymi oczami.

Ralph opuścił głowę, jakby się namyślał. Roland podejrzewał, że jego przyjaciel Melonik naprawdę umiał myśleć. Siostra Mary i jej zgraja chyba w to nie wierzyły, ale Ralph musiał mieć trochę rozumu, żeby przeżyć tak długo. Ale rzecz jasna, kiedy tu przyszedł, nie wziął pod uwagę broni Rolanda.

- Łamacz źle zrobił, że dał wam żelaza - powiedział w końcu. - Dał i nic mi nie powiedział. Dałaś mu whikky? Dałaś mu tytuń?

- Nie twoja sprawa - ucięła siostra Mary. - Zdejmij mi zaraz ten kawałek złota z szyi chłopca, bo wpakuję kulę tego człeka w resztki twojego mózgu.

- No dobrze - ustąpił Ralph. - Jak sobie życzysz.

Ponownie sięgnął w dół i zacisnął medalik w zniekształconej pięści. Zrobił to powoli; następnie zaczął działać błyskawicznie. Zerwał łańcuszek i cisnął medalik na oślep w ciemność. Drugą ręką sięgnął w dół, wbił długie, wyszczerbione paznokcie w szyję Johna Normana i rozdarł ciało.

Krew trysnęła fontanną z gardła nieszczęsnego chłopca, strumień prosto z serca, bardziej czarny niż czerwony w blasku świec. John wydał pojedynczy, bulgoczący krzyk. Kobiety wrzasnęły - ale nie ze zgrozy. Wrzasnęły w szale podniecenia. Zapomniały o zielonym człowieku; zapomniały o Rolandzie; zapomniały o wszystkim prócz krwi życia płynącej z gardła Johna Normana.

Upuściły świece. Mary równie niedbale upuściła rewolwer Rolanda. Ostatnie, co zobaczył rewolwerowiec, kiedy Ralph umykał w ciemność (whisky i tytoń innym razem, pomyślał pewnie chytry Ralph; tej nocy powinien raczej ratować własne życie), to Siostrzyczki nachylające się, żeby złapać jak najwięcej, zanim strumień wyschnie.

Roland leżał w ciemnościach, z drgającymi mięśniami, z walącym sercem, i słuchał, jak harpie żerują na chłopcu leżącym w łóżku obok. To trwało wieczność, wreszcie jednak z nim skończyły. Siostrzyczki znowu zapaliły świece i odeszły, mamrocząc.

Kiedy narkotyk w zupie ponownie pokonał narkotyk w trzcinie, Roland poczuł wdzięczność... lecz po raz kolejny, odkąd tu trafił, miał senne koszmary.

We śnie spoglądał z góry na rozdęte ciało w miejskim korycie i myślał o wpisie w księdze zatytułowanej REJESTR PRZESTĘPSTW I KAR. Zielony lud przegnany z miasta, głosił wpis i może zielony lud naprawdę został przegnany, ale potem przybyło gorsze plemię. Siostrzyczki z Elurii, tak się nazwały. A za rok mogą się nazywać Siostrzyczki z Tejuas albo z Kambero, albo z innej odległej wioski na zachodzie. Przybyły ze swoimi dzwoneczkami i robakami... skąd? Kto wie? Czy to ważne?

Cień padł na mętną wodę w korycie. Roland próbował się odwrócić i spojrzeć mu w twarz. Nie mógł; skamieniał w miejscu. Potem zielona ręka chwyciła go za ramię i obróciła. To był Ralph. Na głowie miał melonik włożony na bakier; medalik Johna Normana, czerwony od krwi, wisiał mu na szyi.

- Buu! - krzyknął Ralph, rozciągając wargi w bezzębnym uśmiechu. Podniósł wielki rewolwer z wytartą rękojeścią z drewna sandałowego. Kciukiem odciągnął spust...

...i Roland ocknął się gwałtownie, drżąc na całym ciele, ciało miał spocone i lodowato zimne. Spojrzał na łóżko po lewej. Puste, prześcieradło naciągnięte i schludnie podwinięte, poduszka w śnieżnobiałej poszewce. Po Johnie Normanie nie zostało ani śladu. Jakby to łóżko stało puste od lat.

Roland został teraz sam. Boże pomóż, był ostatnim pacjentem Siostrzyczek z Elurii, tych słodkich i cierpliwych sióstr miłosierdzia. Ostatnia ludzka istota jeszcze żywa w tym strasznym miejscu, ostatnia z ciepłą krwią w żyłach.

Roland, wisząc w powietrzu, zacisnął w pięści złoty medalik i spojrzał na długi rząd pustych łóżek po drugiej stronie przejścia. Po chwili wyjął jedną trzcinę spod poduszki i ugryzł.

Kiedy Mary przyszła piętnaście minut później, rewolwerowiec wziął od niej miskę z wszelkimi oznakami słabości, której nie odczuwał. Tym razem owsianka zamiast zupy... ale nie wątpił, że podstawowy składnik pozostał ten sam.

- Jak zdrowo dziś rano wyglądasz - zauważyła Wielka Siostra.

Sama też wyglądała dobrze - żadne falowanie twarzy nie zdradzało ukrytego pod nią wiekowego wampira. Smacznie sobie podjadła i posiłek ją wzmocnił. Żołądek podjechał Rolandowi do gardła na tę myśl.

- Toż ty lada chwila staniesz na nogi, gwarantuję.

- Gówno prawda - warknął Roland gburowato. - Postaw mnie na nogi, to zaraz będziesz mnie zbierać z podłogi. Zaczynam się zastanawiać, czy nie dodajecie mi czegoś do jedzenia.

Roześmiała się wesoło.

- Oj, wy chłopcy! Zawżdy gotowi obwiniać o swą słabość podstępne kobiety. Jakże się nas lękacie... ano, w swoich małych chłopięcych serduszkach jakże się lękacie!

- Gdzie jest mój brat? Śniło mi się, że w nocy było wokół niego jakieś zamieszanie, a teraz widzę jego puste łóżko.

Jej uśmiech się zwęził, oczy rozbłysły.

- Gorąc go chwyciła i dostał konwulsji. Tedy zabrałyśmy go do Domu Rozmyślań, któren gościł niejedną zarazę w swoim czasie.

Zabrałyście go do grobu, pomyślał Roland. Może to i Dom Rozmyślań, ale mało o tym wiecie, tak czy inaczej.

- Wiem, żeś nie bratem temu chłopcu - podjęła Mary, patrząc, jak Roland je. Czuł już, że środek domieszany do owsianki znowu wyciąga z niego siłę. - Sigul czy nie, wiem, że nie jesteś mu bratem. Czemu kłamiesz? To grzech przeciw Bogu.

- Skąd ci przyszedł do głowy taki pomysł? - zapytał Roland ciekaw, czy Mary wspomni o broni.

- Wielka Siostra wie swoje. Czemu się nie wyspowiadasz, Jimmy? Spowiedź jest dobra dla duszy, powiadają.

- Przyślij tu Jennę, by mi umiliła czas, to może powiem ci więcej - zaproponował Roland.

Wąski kościany uśmiech na twarzy siostry Mary znikł jak smuga kredy w deszczu.

- Czemu chcesz mówić z taką jak ona?

- Bo ładna z niej dziewczyna - odparł Roland. - Nie jak pewne osoby.

Ściągnięte wargi siostry odsłoniły za duże zęby.

- Nie ujrzysz jej więcej, durniu. Zburzyłeś jej spokój, a ja na to nie pozwolę.

Odwróciła się do wyjścia. Roland, wciąż udając słabość z nadzieją, że nie przedobrzył (nigdy nie miał talentu aktorskiego), podał jej pustą miskę po owsiance.

- Nie chcesz tego zabrać?

- Dla mnie możesz ją sobie wsadzić na głowę zamiast szlafmycy. Albo wetknąć w tyłek. Będziesz gadał, zanim z tobą skończę, durniu... będziesz gadał, aż każę ci zamilknąć, a potem będziesz błagał, żeby dalej mówić!

Po tych słowach oddaliła się majestatycznie, unosząc przód spódnicy nad podłogą. Roland słyszał, że takie jak ona nie mogą wychodzić w świetle dnia; pod tym względem stare bajki z pewnością kłamały. Lecz pod innym względem mówiły prawdę: chociaż po jej prawej stronie strzępiasty, amorficzny kształt przesuwał się wzdłuż rzędu pustych łóżek, Mary nie rzucała prawdziwego cienia.

VIJENNA. SIOSTRA COQUINA. TAMRA, MICHELA, LOUISE. JEZUSOWY PIES. CO SIĘ STAŁO W SZAŁWII

To był jeden z najdłuższych dni w życiu Rolanda. Rewolwerowiec drzemał, ale niezbyt głęboko; trzciny robiły swoje i zaczynał wierzyć, że z pomocą Jenny naprawdę zdoła stąd uciec. Pozostawała jeszcze sprawa rewolwerów - może tutaj Jenna też potrafi pomóc.

Wypełniał powolne godziny wspominaniem dawnych czasów - o Gilead i przyjaciołach, niemal wygranych zawodach na którymś z festynów. W końcu kto inny zdobył gęś, ale Roland miał swoją szansę, ano. Myślał o ojcu i matce; wspominał Abla Vannaya, który kuśtykał przez życie, czyniąc dobro, i Eldreda Jonasa, który kuśtykał przez życie, czyniąc zło... póki Roland nie wysadził go z siodła pewnego pięknego dnia na pustyni.

Myślał, jak zawsze, o Susan.

Jeśli mnie kochasz, kochaj mnie, powiedziała... i kochał ją.

Kochał ją.

W ten sposób mijał czas. Mniej więcej co godzinę Roland wyjmował jedną trzcinę spod poduszki i obgryzał czubek. Teraz mięśnie nie drżały mu tak fatalnie, kiedy narkotyk przenikał do organizmu, ani serce tak mocno nie waliło. Lekarstwo w trzcinach nie musi już tak zażarcie walczyć z lekarstwem Siostrzyczek, pomyślał Roland; trzciny zwyciężały.

Rozproszony blask słońca przesuwał się po białym jedwabnym suficie i wreszcie półmrok, który zawsze zalegał na poziomie łóżek, zaczął sięgać coraz wyżej. Długa zachodnia ściana sali rozkwitła różanymi i pomarańczowymi odcieniami zachodzącego słońca.

Tego wieczoru kolację przyniosła mu siostra Tamra - zupa i następny pasztecik. Położyła również pustynną lilię przy jego dłoni. Uśmiechała się przy tym. Policzki miała zarumienione. Wszystkie miały dzisiaj rumiane policzki, niczym pijawki, które opiły się prawie do pęknięcia.

- Od twej wielbicielki, Jimmy - powiedziała. - Tak słodko mówiła o tobie! Lilia znaczy: "Nie zapomnij mej obietnicy". Cóż takiego ci obiecała, Jimmy, bracie Johna?

- Że zobaczę ją znowu i porozmawiamy.

Tamra roześmiała się tak serdecznie, że dzwoneczki nad jej czołem zabrzęczały. Klasnęła w dłonie z ekstatyczną radością.

- Słodkie jak miód! Och, tak! - Nachyliła się nad Rolandem, ukazując uśmiechniętą twarz. - Jakie to smutne, że nie zdoła dotrzymać tej obietnicy. Już nigdy jej nie ujrzysz, pięknisiu.

Zabrała miskę.

- Tak postanowiła Wielka Siostra. - Wstała, wciąż uśmiechnięta. - Dlaczego nie zdejmiesz tego brzydkiego złotego sigula?

- Wolę nie.

- Twój brat zdjął swój... patrz! - Pokazała ręką.

Roland dostrzegł złoty medalik, leżący daleko w przejściu, gdzie go w nocy rzucił Ralph. Siostra Tamra patrzyła na niego z uśmiechem.

- Cisnął go precz, bo pojął, że to przez niego słabuje. Gdybyś był mądry, uczyniłbyś to samo.

- Wolę nie - powtórzył Roland.

- Jako sobie życzysz - mruknęła i zostawiła go samego wśród pustych łóżek jaśniejących bielą w zapadającym zmierzchu.

Roland walczył z narastającą sennością, aż krwawe kolory płonące na zachodniej ścianie ostygły do odcieni popiołu. Potem ugryzł czubek trzciny i poczuł siłę - prawdziwą siłę, nie rozdygotany substytut - wypełniającą jego ciało. Spojrzał tam, gdzie odrzucony medalik błyszczał w resztkach światła, i złożył milczącą obietnicę Johnowi Normanowi: zabierze ten medalik razem z drugim do krewnych Normana, jeśli ka pozwoli, że napotka ich w swoich podróżach.

Po raz pierwszy tego dnia, czując pełną swobodę umysłu, rewolwerowiec zasnął. Obudził się w całkowitych ciemnościach. Owady-lekarze śpiewały wyjątkowo piskliwie. Roland wyjął jedną trzcinę spod poduszki i zaczął przeżuwać, kiedy zimny głos powiedział:

- A zatem... Wielka Siostra miała rację. Ukrywasz sekrety.

Serce Rolanda niemal zamarło w piersi. Rozejrzał się i zobaczył siostrę Coquinę wstającą z podłogi. Zakradła się, kiedy spał, i schowała się pod łóżkiem z prawej strony, żeby go obserwować.

- Skądżeś to dostał? - zapytała. - Czy...

- Dostał to ode mnie.

Coquina obróciła się gwałtownie. W ich stronę szła Jenna. Jej habit zniknął. Nadal nosiła welon z rzędem dzwoneczków na czole, ale jego rąbek spoczywał na ramionach zwykłej koszuli w kratę. Stroju dopełniały dżinsy i zdarte pustynne buty. Jenna trzymała coś w rękach - po ciemku Roland nie widział tego dokładnie, ale pomyślał...

- Ty - wyszeptała siostra Coquina z bezbrzeżną nienawiścią. - Kiedy powiem Wielkiej Siostrze...

- Nikomu nic nie powiesz - oświadczył Roland.

Gdyby zaplanował ucieczkę z krępującej go uprzęży, na pewno nie dałby rady, ale rewolwerowiec jak zwykle najlepiej się spisywał, kiedy najmniej myślał. W jednej chwili uwolnił ramiona; potem lewą nogę. Jednak prawa kostka zaplątała się w pasach tak, że Roland zawisnął z ramionami na łóżku i jedną wykręconą nogą w powietrzu.

Coquina odwróciła się do niego, sycząc jak kot. Wyszczerzyła zęby ostre jak igły. Rzuciła się na niego z rozczapierzonymi palcami. Paznokcie chyba miała ostre.

Roland chwycił medalik i wyciągnął do niej. Cofnęła się przed nim, wciąż sycząc, i zawróciła do siostry Jenny, zamiatając białą spódnicą.

- Już ja ci pokażę, ty szkodna ladacznico! - wykrzyknęła niskim, chrapliwym głosem.

Roland daremnie się szarpał, żeby uwolnić nogę. Uwięzła na dobre, przeklęty pas dosłownie owinął się wokół kostki jak pętla.

Jenna uniosła ręce i Roland zobaczył, że się nie mylił: przyniosła jego rewolwery, tkwiące w kaburach na dwóch starych pasach, które wywiózł jeszcze z Gilead po ostatnim pożarze.

- Zastrzel ją, Jenno! Zastrzel ją!

Zamiast tego, wciąż trzymając rewolwery w kaburach, Jenna pokręciła głową jak tamtego dnia, kiedy Roland namówił ją, żeby zsunęła welon i pokazała mu włosy. Dzwonki zadźwięczały tak ostro, że aż zakłuło rewolwerowca w uszach.

Czarne Dzwonki. Sigul ich ka-tet. Co...

Śpiew owadów-lekarzy wzniósł się do pisku, przenikliwego krzyku, równie upiornego jak brzęk dzwoneczków Jenny. Teraz wcale nie brzmiał słodko. Dłonie siostry Coquiny opadły, nie sięgnąwszy gardła Jenny; Jenna nawet nie drgnęła ani nie mrugnęła.

- Nie - szepnęła Coquina. - Nie możesz!

- Mogę - odparła Jenna i Roland zobaczył owady. Wcześniej z nóg brodacza ewakuował się batalion. Teraz z cienia wyszła armia przewyższająca wszelkie armie; gdyby to byli ludzie zamiast robaków, w całej długiej i krwawej historii Świata Pośredniego nie znalazłbyś tylu żołnierzy.

Lecz nie widok tej armii maszerującej po deskach podłogi wrył się Rolandowi w pamięć i nawiedzał jego sny przez ponad rok: chodziło o to, jak pochłaniały łóżka. Para za parą po obu stronach przejścia pokrywały się czernią, jak mętne prostokątne światła gasnące jednocześnie.

Coquina wrzasnęła cienko i zaczęła potrząsać głową, dzwonić własnymi dzwoneczkami. Brzęczały cienko i słabo w porównaniu z ostrym dzwonieniem Czarnych Dzwonków.

Robaki wciąż maszerowały, zaczerniając podłogę, zaciemniając łóżka.

Jenna wyminęła wrzeszczącą siostrę Coquinę, rzuciła rewolwery Rolanda obok jego łóżka i jednym mocnym szarpnięciem wyprostowała skręcony pas uprzęży. Roland oswobodził nogę.

- Chodź - powiedziała Jenna. - Zaskoczyłam je, atoli pokonać je to co innego.

Teraz siostra Coquina wrzeszczała z bólu, nie ze strachu. Robaki ją znalazły.

- Nie patrz - ostrzegła Jenna, pomagając Rolandowi wstać. Pomyślał, że nigdy w życiu tak się nie cieszył, że stoi. - Chodź. Trzeba nam się pospieszyć... ona obudzi tamte. Ukryłam twe buty i ubranie przy ścieżce, która stąd prowadzi... tyle, ile uniosłam. Jakże się czujesz? Odzyskałeś siły?

- Dzięki tobie.

Nie wiedział, na jak długo wystarczy mu sił... i teraz to nie miało znaczenia. Zobaczył, że Jenna chwyciła dwie trzciny - szarpiąc się w uprzęży, porozrzucał je po całym łóżku - a potem ruszyli pospiesznie między szeregami łóżek, oddalając się od robaków i siostry Coquiny, której krzyki teraz przycichły.

Roland przypasał broń i zapiął sprzączki, nie przerywając marszu.

Minęli trzy łóżka po obu stronach i dotarli do klapy namiotu... to był jednak namiot, jak zobaczył Roland, nie przestronny pawilon. Jedwabne ściany i sufit wykonano z postrzępionego brezentu, dostatecznie cienkiego, żeby przepuszczał blask Księżyca Pocałunków w trzeciej kwadrze. A łóżka to wcale nie były łóżka, tylko niechlujne prycze.

Obejrzał się i zobaczył czarny, wijący się wzgórek na podłodze w miejscu, gdzie stała przedtem siostra Coquina. Na ten widok tknęła go straszna myśl.

- Zapomniałem medalika Johna Normana! - Dojmujące poczucie straty, niemal żałoby, przeniknęło go niczym zimny wiatr.

Jenna sięgnęła do kieszeni dżinsów i wyjęła medalik. Zalśnił w blasku księżyca.

- Podniosłam go z podłogi.

Nie wiedział, co go bardziej ucieszyło - widok medalika czy dłoni, która go trzymała. To znaczyło, że Jenna nie jest jak tamte.

Potem, jakby chciała zachwiać tym przekonaniem, zanim zbyt mocno nim zawładnęło, powiedziała:

- Weź go, Rolandzie... nie zdołam go dłużej trzymać.

A kiedy go odbierał, zobaczył wyraźne ślady spalenizny na jej palcach.

Ujął jej dłoń i ucałował każde oparzenie.

- Dzięki ci - powiedziała i zobaczył, że płacze. - Dzięki, najdroższy. Słodkie są takie pocałunki, warte każdego bólu. Teraz...

Roland podążył wzrokiem za jej spojrzeniem, które zmieniło kierunek. Po kamienistej ścieżce zbliżały się podskakujące światła. Dalej wznosił się budynek, gdzie mieszkały Siostrzyczki - nie klasztor, tylko zrujnowana hacjenda, licząca chyba z tysiąc lat. Roland widział trzy świece; kiedy się zbliżyły, zobaczył tylko trzy siostry. Mary nie było wśród nich.

Wydobył broń.

- Oooo, toż to nasz rewolwerowiec! - Louise.

- Straszny człowiek! - Michela.

- I znalazł nie tylko swoje rewolwery, lecz również swą ukochaną! - Tamra.

- Swą ladacznicę!

Gniewny śmiech. Nie bały się... przynajmniej nie jego broni.

- Schowaj je - poleciła Jenna i kiedy na niego spojrzała, zobaczyła, że już to zrobił.

Tymczasem tamte podeszły bliżej.

- Ooo, patrzcie, ona płacze! - Tamra.

- Zrzuciła habit! - Michela. - Pewnie opłakuje złamane śluby.

- Po co te łzy, ślicznotko? - Louise.

- Bo ucałował oparzenia na moich palcach - wyjaśniła Jenna. - Nigdy przedtem nikt mnie nie całował. Dlatego płakałam.

- Ooooo!

- Pięęęknie!

- A potem on jej wsadzi! Jeszcze piękniej!

Jenna znosiła ich drwiny bez śladu gniewu. Kiedy umilkły, powiedziała:

- Idę z nim. Odejdźcie.

Wstrząśnięte, wytrzeszczyły na nią oczy, szydercze uśmiechy znikły.

- Nie! - szepnęła Louise. - Czyś oszalała? Wiesz przecież, co się stanie!

- Nie, i wy też nie wiecie - odparła Jenna. - Zresztą wszystko mi jedno.

Na wpół odwrócona, wyciągnęła rękę do klapy prastarego szpitalnego namiotu. W blasku księżyca wydawał się brudnooliwkowy, a czerwony krzyż namalowany na dachu - wyblakły. Roland zastanowił się, ile miasteczek odwiedziły siostry z tym namiotem, takim małym i zniszczonym z zewnątrz, takim przestronnym i wspaniale mrocznym w środku. Ile miasteczek i przez ile lat.

Teraz spod klapy wypływały czarnym, błyszczącym jęzorem owady-lekarze. Przestały śpiewać. Ich milczenie przerażało.

- Odstąpcie albo wypuszczę je na was - ostrzegła Jenna.

- Nigdy się nie ośmielisz! - krzyknęła siostra Michela ze zgrozą.

- Ano. Już je wypuściłam na siostrę Coquinę. Teraz jest częścią ich lekarstwa.

Zachłysnęły się tak gwałtownie, jakby zimny wiatr powiał wśród martwych drzew. Przestraszyły się nie tylko o swoją cenną skórę. Postępek Jenny wyraźnie przekraczał ich pojęcie.

- Tedy jesteś potępiona - oświadczyła siostra Tamra.

- I wy mówicie o potępieniu! Odstąpcie.

Usłuchały. Roland przeszedł obok nich, a one cofnęły się przed nim... lecz jeszcze szybciej cofnęły się przed Jenną.

- Potępiona? - zapytał, kiedy ominęli hacjendę i znowu weszli na ścieżkę. Księżyc Pocałunków lśnił nad osypiskiem potrzaskanych skał. W tym świetle Roland widział mały czarny otwór u podnóża skarpy. Odgadł, że tę jaskinię Siostrzyczki nazywały Domem Rozmyślań. - Co one mówiły o potępieniu?

- Nieważne. Teraz trzeba nam się martwić tylko o siostrę Mary. Nie podoba mi się, żeśmy jej nie widzieli.

Próbowała przyspieszyć kroku, ale chwycił ją za ramię i odwrócił. Nadal słyszał śpiew owadów, ale słabo; zostawili już za sobą klasztor Siostrzyczek. Elurię też, jeśli kompas w jego głowie działał prawidłowo; myślał, że miasteczko leży po drugiej stronie. Skorupa miasteczka, poprawił się w duchu.

- Powiedz mi, o co im chodziło.

- Może o nic. Nie pytaj mnie, Rolandzie... co to pomoże? Stało się, mosty spalone. Nie mogę wrócić. I nie chciałabym, gdybym nawet mogła.

Spuściła wzrok, przygryzła wargę i kiedy znowu podniosła oczy, Roland zobaczył świeże łzy spływające po jej policzkach.

- Jadłam z nimi pospołu. Czasami nie mogłam się powstrzymać, tak jak tyś nie mógł się powstrzymać od wypicia ich zatrutej zupy, choć wiedziałeś, czego tam dodały.

Roland przypomniał sobie, jak John Norman mówił: "Człowiek musi jeść... kobieta też". Kiwnął głową.

- Nie poszłabym dalej tą drogą. Jeśli zostanę potępiona, niechże tak będzie z mojego wyboru, nie za sprawą tamtych. Matka chciała dobrze, kiedy mnie im oddała, atoli się pomyliła. - Spojrzała na niego nieśmiało i lękliwie... wytrzymała jednak jego wzrok. - Pójdę przy tobie twoją drogą, Rolandzie z Gilead. Dopóki zdołam albo dopóki mi zezwolisz.

- Witam cię na mojej drodze - powiedział. - Twoja obecność...

"Jest dla mnie błogosławieństwem", chciał dokończyć, ale nie zdążył, ponieważ jakiś głos przemówił z plątaniny światłocienia przed nimi. W tym miejscu ścieżka wreszcie wynurzała się z kamienistej, jałowej doliny, gdzie Siostrzyczki odprawiały swoje gusła.

- Smutny to obowiązek, powstrzymać taką romantyczną ucieczkę, atoli konieczny.

Siostra Mary wyszła z cienia. Jej cienki biały habit z jaskrawoczerwoną różą zmienił się w to, czym był naprawdę: całun trupa. Spomiędzy fałdów ponurej tkaniny wynurzała się obwisła, pomarszczona twarz z parą czarnych oczu, podobnych do zgniłych daktyli. Pod nimi, obnażone w uśmiechu, błyszczały cztery wielkie siekacze.

Na napiętej skórze czoła dyndały dzwoneczki... ale nie Czarne Dzwonki, pomyślał Roland. Przynajmniej to jedno.

- Zejdź z drogi - zażądała Jenna. - Bo sprowadzę na ciebie can tam.

- Nie - zaprzeczyła siostra Mary, podchodząc bliżej - nie sprowadzisz. One nie odejdą tak daleko od innych. Kręć sobie głową i dzwoń tymi przeklętymi dzwonkami, aż serca odpadną, lecz ich nie wezwiesz.

Jenna zaczęła gwałtownie potrząsać głową. Czarne Dzwonki dzwoniły przeraźliwie, ale bez tych dodatkowych, niemal nadnaturalnych tonów, które poprzednio wbijały się Rolandowi w uszy jak szpilki. I owady-lekarze - które Jenna nazwała can tam - nie przyszły.

Uśmiechnięta jeszcze szerzej (Roland podejrzewał, że Mary sama nie miała całkowitej pewności, czy owady nie przyjdą, dopóki nie przeprowadzono eksperymentu) kobieta-trup ruszyła ku nim, jakby płynąc nad ziemią. Spojrzała prosto na niego.

- I schowaj to - zażądała.

Roland spuścił wzrok i zorientował się, że trzyma w ręku jeden z rewolwerów. Nie pamiętał, żeby go wyciągał.

- Jeśli nie został pobłogosławiony lub zanurzony w świętej cieczy... w wodzie, nasieniu, krwi... nie wyrządzi krzywdy takim jak ja, rewolwerowcze. Gdyż ja jestem bardziej cieniem niż materią... wciąż jednak równą takim jak ty.

Myślała, że rewolwerowiec mimo wszystko spróbuje ją zastrzelić; widział to w jej oczach. Nie masz nic więcej ponad to żelastwo, mówiły jej oczy. Bez broni równie dobrze mógłbyś leżeć w namiocie, który wokół ciebie wyśniłyśmy, spętany pasami i czekający na naszą przyjemność.

Zamiast strzelać, Roland wsunął rewolwer z powrotem do kabury i rzucił się na kobietę z wyciągniętymi rękami. Siostra Mary wydała okrzyk zaskoczenia, ale bardzo krótki; palce Rolanda zwarły się na jej gardle i zdławiły głos, zanim rozbrzmiał z pełną siłą.

Dotyk jej ciała budził odrazę - wydawało się nie tyle żywe, ile ruchliwe i zmienne pod jego palcami, jakby próbowało od niego odpełznąć. Czuł, że przemieszcza się jak ciecz, płynie - okropne wrażenie, nie do opisania. Jednak ściskał coraz mocniej, zdecydowany wydusić z niej życie.

Potem nastąpił błękitny błysk (nie w powietrzu, pomyślał później Roland; błysnęło mu w głowie, pojedyncza błyskawica, jakby Mary rozpętała krótką, lecz potężną burzę mózgu) i jego ręce odskoczyły od jej szyi. Przez chwilę jego oślepione oczy widziały wielkie wilgotne wgłębienia w szarym ciele - wgłębienia w kształcie jego palców. Potem rzuciło go w tył, wylądował plecami na osypisku, ześliznął się i uderzył głową o wystający głaz dostatecznie mocno, żeby zobaczyć drugi, mniejszy rozbłysk.

- Nie, mój pięknisiu. - Wyszczerzyła do niego zęby, śmiejąc się tymi okropnymi mętnymi oczami. - Nie udusisz takiej jak ja... za twą impertynencję zabiję cię powoli, natnę cię płytko w stu miejscach, by zaspokoić me pragnienie! Pierwej jednak dostanę tę wiarołomną dziewczynę... i na dodatek zerwę z niej te przeklęte dzwonki.

- Jeno spróbuj! - zawołała Jenna drżącym głosem i potrząsnęła głową na boki. Czarne Dzwonki zadźwięczały drwiąco, prowokująco.

Grymas uśmiechu spełznął z twarzy Mary.

- Och, spróbuję - sapnęła. Rozdziawiła usta. W blasku księżyca jej kły lśniły w dziąsłach jak kościane igły wbite w czerwoną poduszeczkę. - Spróbuję i...

Nad nimi rozległ się warkot. Narastał, potem rozpadł się na pojedyncze chrapliwe szczeknięcia. Mary odwróciła się w lewo i zanim warczący stwór zeskoczył ze skały, Roland wyraźnie odczytał niebotyczne zdumienie, które odmalowało się na twarzy Wielkiej Siostry.

Stwór rzucił się na nią, ciemny kształt na tle gwiazd, z nogami wyciągniętymi tak, że wyglądał jak jakiś dziwaczny nietoperz, lecz zanim jeszcze spadł na kobietę, uderzył o jej pierś i wbił zęby w gardło, Roland go rozpoznał.

Kiedy stwór obalił siostrę Mary na plecy, wydała przenikliwy wrzask, który wbił się w uszy Rolanda równie mocno jak Czarne Dzwonki. Rewolwerowiec podźwignął się, dysząc. Stwór z cienia rozdzierał siostrę Mary, oparłszy przednie łapy po obu stronach jej głowy, tylnymi łapami przygniatając jej pierś pod całunem w miejscu, gdzie nosiła różę.

Roland chwycił Jennę, która patrzyła na powaloną siostrę z przerażeniem i jakby z fascynacją.

- Chodź! - krzyknął. - Zanim on nabierze ochoty na ciebie.

Pies nie zwracał na nich uwagi, kiedy Roland ciągnął za sobą Jennę. Zdążył już prawie odgryźć głowę siostrze Mary. Jej ciało zaczęło się zmieniać - chyba ulegało rozkładowi - ale cokolwiek się działo, Roland nie chciał tego widzieć. I nie chciał, żeby Jenna to widziała.

Na wpół biegnąc, dotarli do szczytu grani i zatrzymali się tam w świetle księżyca, żeby odpocząć. Zwiesili głowy, trzymali się za ręce i ciężko dyszeli.

Warczenie i rzężenie w dole przycichło, ale wciąż do nich docierało, kiedy siostra Jenna podniosła głowę i zapytała Rolanda:

- Co to było? Ty wiesz... widziałam to w twej twarzy. I jak mogło ją zaatakować? Mamy władzę nad wszystkimi zwierzętami, atoli ona ma... miała... największą.

- Nie nad tym.

Roland mimo woli przypomniał sobie nieszczęsnego chłopca w sąsiednim łóżku. Norman nie wiedział, dlaczego medalik odpychał Siostrzyczki... czy chodziło o złoto, czy o Boga. Teraz Roland znał odpowiedź.

- To był pies. Zwykły miejski kundel. Widziałem go na rynku, zanim zieloni mnie pobili i zabrali do Siostrzyczek. Pewnie inne zwierzęta uciekły, jeśli tylko mogły, ale nie ten pies. On nie musiał się obawiać Siostrzyczek z Elurii i chyba o tym wiedział. On nosi na piersi znak Jezusa-Człowieka. Czarna sierść na białej. Pewnie przypadkiem taki się urodził. W każdym razie teraz ją załatwił. Wiedziałem, że krążył w pobliżu. Kilka razy słyszałem jego szczekanie.

- Czemu? - szepnęła Jenna. - Czemu przyszedł? Czemu został? I dlaczego tak się na nią rzucił?

Roland z Gilead odpowiedział tak, jak zawsze odpowiadał na podobne pytania.

Ka. Chodźmy. Powinniśmy odejść stąd jak najdalej, zanim znajdziemy kryjówkę, żeby przeczekać dzień.

Okazało się, że "jak najdalej" wynosi najwyżej osiem mil... prawdopodobnie dużo mniej, pomyślał Roland, kiedy oboje upadli na kępę słodko pachnącej szałwii, pod skalną przewieszką. Może pięć. To on spowalniał marsz, a raczej resztki trucizny z zupy. Kiedy zrozumiał, że nie zdoła dalej iść bez pomocy, poprosił Jennę o trzcinę. Odmówiła, twierdząc, że działanie trzcinowego narkotyku połączone z wysiłkiem może spowodować, iż pęknie mu serce.

- Nadto - dodała, kiedy leżeli oparci o wystającą krawędź małej niszy - one nie będą nas śledzić. Te, które zostały... Michela, Louise, Tamra... spakują się i przeniosą. Poznają, kiedy nadchodzi czas na przeprowadzkę; właśnie dlatego Siostrzyczki przetrwały tak długo. Dlatego przetrwałyśmy. Pod pewnymi względami jesteśmy silne, pod innymi słabe. Siostra Mary o tym zapomniała. To arogancja ją zgubiła, nie ten Jezusowy pies.

Pod szczytem przełęczy Jenna ukryła nie tylko buty i ubranie Rolanda, ale również mniejszą sakwę. Kiedy zaczęła przepraszać, że nie przyniosła śpiwora i większej sakwy (próbowała, ale po prostu nie mogła ich udźwignąć), Roland uciszył ją, przykładając jej palec do ust. To cud, że odzyskał tak wiele. Poza tym (nie powiedział tego, ale ona pewnie i tak wiedziała) naprawdę liczyły się dla niego tylko rewolwery. Rewolwery jego ojca i ojca jego ojca, przez wszystkie pokolenia wstecz aż do Arthura Elda, w czasach kiedy sny i smoki wciąż jeszcze chodziły po ziemi.

- Nic ci nie będzie? - zapytał, kiedy się położyli. Księżyc zaszedł, ale do świtu zostały jeszcze co najmniej trzy godziny. Otaczał ich słodki zapach szałwii. Purpurowy zapach, pomyślał wtedy... i odtąd myślał tak zawsze. Czuł, jak ten zapach tworzy pod nim magiczny dywan, który wkrótce uniesie go do krainy snu. Nigdy w życiu nie był taki zmęczony.

- Nie wiem, Rolandzie.

Ale nawet wtedy pomyślał, że wiedziała. Matka raz ją odwiozła z powrotem; żadna matka już jej nie odwiezie po raz drugi. I jadła z innymi, przyjmowała komunię Siostrzyczek. Ka jest kołem; jest również siecią, z której nikt nigdy nie uciekł.

Ale był zbyt zmęczony, żeby myśleć o takich rzeczach... zresztą na co się przyda myślenie? Jak sama powiedziała, spaliła za sobą mosty. Roland zakładał, że nawet gdyby wrócili do doliny, nie znajdą tam niczego oprócz jaskini, którą Siostrzyczki nazwały Domem Rozmyślań. Te, które przeżyły, spakowały swój namiot złych snów i odeszły, dźwięk dzwoneczków i śpiew owadów uleciały z nocnym wiatrem.

Roland spojrzał na nią, uniósł rękę (ciężką) i dotknął kosmyka, który znowu wysunął się jej na czoło.

Jenna zaśmiała się z zakłopotaniem.

- Zawżdy się wyrywa na swobodę. Krnąbrny i samowolny. Jak jego właścicielka.

Uniosła rękę, żeby schować włosy, ale Roland odsunął jej palce.

- Jest piękny - powiedział. - Czarny jak noc i piękny jak zawsze.

Usiadł - to wymagało wysiłku; miękkie dłonie znużenia ciągnęły go ku ziemi. Pocałował kosmyk. Jenna zamknęła oczy i westchnęła. Poczuł, że zadrżała pod jego wargami. Czoło miała bardzo chłodne; ciemny pukiel krnąbrnych włosów przypominał w dotyku jedwab.

- Zsuń welon z głowy, jak wtedy - poprosił.

Posłuchała bez słowa. Przez chwilę tylko na nią patrzył. Jenna odwzajemniła spojrzenie z powagą, ani na chwilę nie spuszczając oczu. Przegarnął palcami jej włosy, poczuł ich gładki ciężar (jak deszcz, pomyślał, ciężki deszcz), potem objął ją i ucałował oba policzki. Odsunął się na chwilę.

- Czy pocałujesz mnie tak jak mężczyzna kobietę, Rolandzie? W usta?

- Ano.

I tak jak o tym myślał, leżąc w jedwabnym szpitalnym namiocie, pocałował jej usta. Oddała pocałunek z niezdarną słodyczą kogoś, kto nigdy jeszcze się nie całował, najwyżej w marzeniach. Roland chciał się wtedy z nią kochać - minęło już dużo czasu, a ona była piękna - ale zasnął w trakcie pocałunku.

Śnił mu się Jezusowy pies, który pędził ze szczekaniem przez wielką otwartą równinę. Roland ruszył za nim, żeby odnaleźć źródło niepokoju zwierzęcia, i wkrótce je ujrzał. Na odległym skraju równiny stała Mroczna Wieża, niewyraźna sylwetka rysowała się na tle mętnej pomarańczowej kuli zachodzącego słońca, straszne okna wznosiły się spiralnie. Pies zatrzymał się na ten widok i zaczął wyć.

Rozdzwoniły się dzwonki - wyjątkowo przenikliwie i przerażająco jak sama śmierć. Czarne Dzwonki, wiedział, ale dźwięczały jasno jak srebro. Na ich dźwięk ciemne okna Wieży zajaśniały zabójczym czerwonym blaskiem - czerwienią zatrutych róż. Wrzask potwornego bólu rozległ się w mroku nocy.

Sen pierzchnął w jednej chwili, ale wrzask wciąż trwał i stopniowo przechodził w jęk. To było prawdziwe - równie prawdziwe jak Wieża wznosząca się na samym końcu Końca Świata. Roland powrócił do jasności poranka i łagodnej purpurowej woni pustynnej szałwii. Wyciągnął oba rewolwery i zerwał się na nogi, zanim jeszcze w pełni się rozbudził.

Jenna zniknęła. Jej buty leżały obok jego sakwy. Trochę dalej leżały jej dżinsy, płaskie jak zrzucona skóra węża. Obok koszula, wciąż wsunięta w spodnie, zauważył ze zdziwieniem. Dalej spoczywał na zakurzonej ziemi welon z taśmą obszytą dzwoneczkami. Rolandowi przez chwilę zdawało się, że wciąż dzwonią, bo wcześniej usłyszał podobny dźwięk.

Nie dzwonki, tylko owady. Owady-lekarze. Śpiewały w szałwii, trochę jak świerszcze, ale bardziej słodko.

- Jenna?

Brak odpowiedzi... tylko owady odpowiedziały. Ponieważ ich śpiew nagle umilkł.

- Jenna?

Nic. Tylko wiatr i zapach szałwii.

Nie myśląc, co robi (jakby odgrywał rolę, ponieważ logiczne rozumowanie nie należało do jego mocnych stron), pochylił się, podniósł welon i potrząsnął nim. Czarne Dzwonki zadźwięczały.

Przez chwilę nic się nie działo. Potem tysiąc małych ciemnych stworzonek wyroiło się spomiędzy krzaczków szałwii i zebrało na ubitej ziemi. Roland przypomniał sobie batalion maszerujący obok łóżka poganiacza i zrobił krok do tyłu. Potem znieruchomiał. Owady również stały bez ruchu.

Pomyślał, że rozumie. Częściowo zrozumienie wypłynęło ze wspomnienia ciała siostry Mary pod palcami... jak wydawało się ruchliwe i zmienne, nie jedno ciało, lecz wiele. Częściowo z tego, co powiedziała Jenna: "Jadłam z nimi". Takie jak one nigdy nie umierają... lecz mogą się zmienić.

Owady zadrżały, ciemna chmura pokrywająca białą spieczoną ziemię.

Roland znowu potrząsnął dzwonkami.

Subtelne drżenie przeszło jak fala przez armię owadów, a potem zaczęły tworzyć jakiś kształt. Zawahały się, jakby niepewne, przegrupowały się, zaczęły od początku. W końcu na białym piasku, pomiędzy pierzastymi kępkami fioletowej szałwii, powstała jedna z Wielkich Liter: litera C.

Tylko że to właściwie nie była litera, lecz lok.

Zaczęły śpiewać i dla Rolanda brzmiało to tak, jakby śpiewały jego imię.

Dzwonki wypadły mu ze zdrętwiałych dłoni i kiedy brzękliwie uderzyły o ziemię, masa owadów rozpierzchła się na wszystkie strony. Chciał je wezwać z powrotem - znowu zadzwonić - ale po co? W jakim celu?

Nie pytaj mnie, Rolandzie. Stało się, mosty spalone.

A jednak przyszła do niego po raz ostatni, narzuciwszy swoją wolę tysiącom oddzielnych fragmentów, które straciły zdolność myślenia, kiedy całość się rozpadła... a jednak ona myślała dostatecznie jasno, żeby stworzyć ten kształt. Ile wysiłku to ją kosztowało?

Rozpraszały się coraz dalej, niektóre znikały w szałwii, inne gramoliły się na skalny nawias, znikały w szczelinach, gdzie mogły przeczekać dzienny upał.

Odeszły. Ona odeszła.

Roland usiadł na ziemi i zakrył twarz rękami. Pomyślał, że się rozpłacze, ale po jakimś czasie ta potrzeba minęła; kiedy ponownie uniósł głowę, oczy miał suche jak pustynia, na którą w końcu wkroczy, podążając śladem Waltera, człowieka w czerni.

"Jeśli zostanę potępiona - powiedziała - niechże tak będzie z mojego wyboru, nie za sprawą tamtych".

Sam wiedział co nieco o potępieniu... i podejrzewał, że nauka dopiero się zaczyna.

Przyniosła mu jego sakwę z tytoniem. Skręcił papierosa i zapalił, siedząc w kucki. Wypalił go do rozżarzonego peta, patrząc na jej puste ubranie, wspominając uparte spojrzenie jej ciemnych oczu. Wspominał ślady spalenizny na jej palcach od łańcuszka medalika. A jednak go podniosła, bo wiedziała, że chciał go mieć; naraziła się na ten ból, i teraz Roland nosił oba medaliki na szyi.

Kiedy słońce wzeszło wyżej, rewolwerowiec ruszył na zachód. W końcu znajdzie sobie konia albo muła, teraz jednak odpowiadała mu piesza wędrówka. Przez cały dzień prześladowało go dzwonienie, śpiewny dźwięk w uszach. Kilkakrotnie zatrzymywał się i rozglądał, pewien, że zobaczy ciemny kształt pełznący w ślad za nim po ziemi, ścigający go jak cienie najgorszych i najlepszych wspomnień, ale nic nie widział. Był sam wśród niskich wzgórz na zachód od Elurii.

Zupełnie sam.

PrzełożyłaDanuta Górska