Mroczna strona Forkisa - Adrianna Biełowiec

Kup ebooka

22.00 zł
15.07 zł (15,37 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

  Wilk i dziewczyna w czerwonym uniformie - frag­ment

Va­le­rie Bon­dar za­ba­ry­ka­do­wała się w domu, gdy po­jęła, że przy­szli po nią kiri­tiań­scy żoł­nie­rze. Sier­żant Ive­ster miał jed­nak po­nad stu­let­nie do­świad­cze­nie w pa­cy­fi­ka­cji ode­rsów. Kiedy na­kaz opusz­cze­nia bu­dynku przez wszyst­kich do­mow­ni­ków nie od­niósł skutku, po mi­nu­cie, jaką dał Va­le­rie na re­ak­cję, ka­zał roz­wa­lić achij drzwi i wejść im do środka.

Po ko­lej­nych mi­nu­tach wy­wle­czono na wy­peł­niony ga­piami, utrzy­mu­ją­cymi bez­pieczną od­le­głość, plac cen­tralny prze­ra­żoną Va­le­rie i jej part­nera Ry­tara. Od razu rzu­cał się w oczy ja­skra­wo­czer­wony, krzy­kliwy ubiór ko­biety wśród sza­ro­ści, bieli i brązu oto­cze­nia. Do­szło do spięć mię­dzy achij a na­jem­nym woj­skiem, które zle­ciało się na ulicę, jed­nak z tego psy­cho­lo­gicz­nego star­cia wy­szli zwy­cię­sko Ki­ri­tia­nie ma­jący moc­niej­sze za­bawki i fa­talną re­pu­ta­cję w ko­smo­sie. Na­jem­nicy chro­niący Mir­phak byli bez­silni i za­nie­po­ko­jeni. Za­re­ago­wali je­dy­nie dla­tego, by po­ka­zać swoim do­wód­com i oby­wa­te­lom, że ro­bią co­kol­wiek. Po­tra­fili roz­wią­zać każdy pro­blem na tym osie­dlu, ale nikt nie miał po­ję­cia, jak ra­dzić so­bie z Ki­ri­tia­nami.

- Je­steś po­dej­rzana - mó­wił Ive­ster do Va­le­rie ślę­czą­cej na ko­la­nach pod bro­nią jed­nego z achij - o za­bój­stwo, jak i pod­że­ga­nie do za­bój­stwa na­szego czło­wieka, ni­ja­kiej Va­nessy Bon­dar. Karą po udo­wod­nie­niu winy jest śmierć z wy­ko­na­niem na­tych­mia­sto­wym.

Za­sko­czona Va­le­rie pod­nio­sła do­tąd opusz­czoną głowę, była na twa­rzy biała ni­czym war­stwa ochronna po­kry­wa­jąca po­bli­skie pur­chaw­ko­wate domy.

- Moja sio­stra? Nie wie­dzia­łam, że jest po­wią­zana z Ki­ri­tia­nami!

- Ja nie mam nic wspól­nego z tą ko­bietą ani tym, co zro­biła! - Ry­tar na­tych­miast się oży­wił, gdy po­jął, w jak fa­tal­nym zna­leźli się po­ło­że­niu. To zna­czy... on się zna­lazł. - Po­kłó­ci­li­śmy się i wła­śnie mia­łem się wy­nieść!

- Ja­sne. - Na ski­nie­nie ręki sier­żanta achij po­de­rwali prze­trzy­my­wa­nych z ziemi. Zwró­cił się do na­jem­ni­ków: - Za­bie­ramy tę dwójkę przed ob­li­cze For­kisa, który ją osą­dzi. Va­le­rie to praw­do­po­dob­nie praw­dziwa mor­der­czyni no­wo­rodka.

Sier­żant nie po­wi­nien był ujaw­nić przy­czyny za­trzy­ma­nia, jed­nak do­stał wolną rękę i po­wie­dział to, by za­ła­go­dzić sy­tu­ację. Te­raz, gdy w grę wcho­dziło za­bój­stwo nie­win­nego dziecka, Nie­śmier­telni au­to­ma­tycz­nie z uzur­pa­to­rów staną się bo­ha­te­rami, któ­rzy ze­chcieli wtrą­cić się w nie­swoją sprawę i na­pra­wić skutki tra­gicz­nej po­myłki lo­kal­nej spo­łecz­no­ści.

Miesz­kańcy i na­jem­nicy pa­trzeli wil­kiem na od­pro­wa­dzaną Va­le­rie. Gdyby nie Ki­ri­tia­nie, za­pewne do­szłoby do lin­czu. Ive­ster spo­glą­dał na to wszystko z po­gardą - wy­star­czyło kilka zdań, by nie­na­wiść tłusz­czy zo­stała prze­nie­siona na ko­goś in­nego. Za­wsze go to za­sta­na­wiało, dla­czego lu­dzie tak tępo wie­rzyli w słowa osób z pre­sti­żem (bez zna­cze­nia, czy kła­mią­cych czy mó­wią­cych prawdę), nie do­cie­ka­jąc me­ri­tum sprawy. Jed­nak mu­siał przy­znać, że w tym przy­padku cho­dziło rów­nież o pod­ra­so­wa­nie au­to­ry­tetu Nie­śmier­tel­nych. Ich też nie­na­wi­dzono, ale rów­no­cze­śnie sza­no­wano i wie­rzono w ich słowa - i tak po­winno zo­stać na za­wsze.

Ode­rsi udali się za achij do go­spody Dia­men­towy Gej­zer na skraju osie­dla. Cze­ka­jący we­wnątrz For­kis ka­zał pod­wład­nym roz­pę­dzić żąd­nych wra­żeń miej­sco­wych do do­mów. Od­pra­wił też go­spo­da­rza Ra­ma­phosę i wszyst­kich pra­cow­ni­ków z bu­dynku, by do mo­mentu od­lotu z Atli mieli nad nim pełną kon­trolę. Dez­ak­ty­wo­wano w środku wszyst­kie cel­lule1.

Va­le­rie i Ry­tara wpro­wa­dzono do go­spody, na­stęp­nie zmu­szono, by pa­dli przed sie­dzą­cym w swo­bod­nej po­zie na krze­śle For­ki­sem na ko­lana.

- Chciał­bym, aby­ście opo­wie­dzieli, co się na­prawdę stało przed ty­go­dniem - prze­szedł od razu do rze­czy. - Za­pewne wie­cie, o jaką sprawę cho­dzi. Ja z ko­lei będę wie­dział, je­śli spró­bu­je­cie mnie okła­mać. Za mó­wie­nie prawdy może ja­koś zła­go­dzę wy­rok. Naj­pierw ty, Ry­ta­rze. - Wle­pił w za­stra­szo­nego męż­czy­znę znu­dzone, ale prze­ni­kliwe spoj­rze­nie.

- Dla­czego Ki­ri­tia­nie mie­liby in­te­re­so­wać się tym, co dzieje się w Mir­phak? - za­py­tała Va­le­rie. For­kis otak­so­wał ją. W tym czer­wo­nym, luź­nym uni­for­mie od razu sko­ja­rzyła mu się z po­sta­cią z bajki opo­wia­da­nej wczo­raj przez Ki­reta. Przy­po­mi­nała swoją sio­strę, tyle że była o głowę od niej niż­sza. Ide­al­nie, po­my­ślał, nie­świa­do­mie prze­su­wa­jąc ję­zy­kiem od we­wnątrz po gór­nej war­dze.

- Mój sier­żant chyba wy­ra­ził się ja­sno, za co zo­sta­li­ście za­trzy­mani. Va­nessa pra­cuje te­raz dla mnie, a ja chro­nię swo­ich lu­dzi.

Ry­tar ni­gdy nie za­li­czał się do od­waż­nych, pękł więc od razu.

- Val i ja nie pla­no­wa­li­śmy ciąży, ale tak ja­koś wy­szło - za­czął opo­wia­dać bez skrę­po­wa­nia, igno­ru­jąc pełne nie­na­wi­ści, zdu­mie­nia i jed­no­cze­śnie stra­chu spoj­rze­nie part­nerki. Kiedy pi­skli­wym krzy­kiem ka­zała męż­czyź­nie się za­mknąć, je­den z achij na ski­nie­nie For­kisa ude­rzył ją bo­le­śnie bro­nią w plecy. - Po­sta­no­wi­li­śmy, że dziecko ma się uro­dzić. Kiedy do tego jed­nak do­szło w na­szym domu, prze­ra­zi­li­śmy się całą sy­tu­acją i od­po­wie­dzial­no­ścią. Do tego by­li­śmy nieco pi­jani. Mimo wy­ko­ny­wa­nego przez sie­bie za­wodu Val nie była nor­malna, już wcze­śniej za­bi­jała, ale do­wie­dzia­łem się od niej o tym do­piero wtedy, gdy uśmier­ciła wła­sne dziecko. No­żem. Choć bła­ga­łem, by je od­dała. Pod osłoną nocy wy­rzu­ciła zwłoki na śmiet­nik, zna­jąc cykl prze­lotu dro­nów straż­ni­czych i pa­trolu na­jem­ni­ków. Nie­długo po­tem Va­nessa wró­ciła z pracy. Val trans­fe­rem blue beam wgrała jej do mó­zgu szcze­gó­łowe, fał­szywe wspo­mnie­nia - że to ona jest mor­der­czy­nią. Śledz­two było nie­po­trzebne, bo Va­nessa do wszyst­kiego się przy­znała. Tłum chciał ją oczy­wi­ście ro­ze­rwać na strzępy, lecz prze­stał ją go­nić, gdy sku­la­kiem ucie­kła na pust­ko­wie. Wie­dział, że Va­nessa albo zgi­nie tam z głodu, albo tu na sku­tek sa­mo­sądu. Po tych wy­da­rze­niach my­śle­li­śmy z Val, że sprawa zo­stała za­ła­twiona.

Na ob­li­czu For­kisa na­ra­stała od­raza, kiedy przy­słu­chi­wał się Ry­ta­rowi re­la­cjo­nu­ją­cemu za­bój­stwo nie­win­nego dziecka tak, jakby cho­dziło o zbity wa­zon. Ale przy­naj­mniej po­wie­dział we wszyst­kim prawdę. Być może wie­rzył w "rze­komą" teo­rię spi­skową, że władca Ki­ri­tian jest te­le­patą, albo naj­zwy­czaj­niej się prze­stra­szył, przy­ci­śnięty do pod­łogi.

- Tyle mi wy­star­czy. Pod­nie­ście go. - For­kis mach­nął nie­dbale ręką.

- Co ze mną zro­bi­cie? - Ry­tar pa­trzył na niego roz­sze­rzo­nymi ze stra­chu oczyma. Miał ze­sztyw­niałe mię­śnie, przez co po­ru­szał się jak an­dro­idy pierw­szych ge­ne­ra­cji, gdy sta­wiano go na nogi. - Nie za­bi­łem tego dziecka!

- Rzy­gać mi się chce, ode­rsie, jak na cie­bie pa­trzę. Pach­niesz tchó­rzo­stwem. Do tego je­steś kom­plet­nie zde­mo­ra­li­zo­wany. Są­dzę, że ze­sła­nie cię do ko­loni kar­nej Ari­stil­lus bę­dzie ade­kwatne do two­jej winy. 

Męż­czy­zna gwał­tow­nie się po­ru­szył.

- Bła­gam, tylko nie tam! - Umiej­sco­wiona na ziem­skim Księ­życu Ari­stil­lus była jedną z trzech naj­gor­szych ko­lo­nii kar­nych, ja­kie kie­dy­kol­wiek stwo­rzyła ludz­kość, za­równo pod wzglę­dem ry­goru, jak i prze­ży­wal­no­ści więź­niów oraz po­wo­dów ich ze­sła­nia. - Wolę już umrzeć od razu, niż tam po ty­go­dniu w strasz­li­wych mę­kach. 

- No pro­szę, przy­naj­mniej w tej kwe­stii oka­za­łeś się męż­czy­zną. Jako że po­wie­dzia­łeś mi prawdę, przy­stanę na twoje bła­ga­nie. 

Ry­tar znie­ru­cho­miał, przy­braw­szy minę z ka­te­go­rii "co, kuźwa?!"; dy­gni­tarz do­sko­nale wie­dział, że słowa wy­pły­nęły z jego ust bez­myślne.  

For­kis po­pa­trzył na Mil­lesa i zro­bił krótki, wy­mowny ruch głową. Błę­kit­no­oki po­rucz­nik o ja­snej kar­na­cji oraz wło­sach przy­tak­nął, wy­jął ze schowka w nad­bio­drku pi­sto­let energetyczny i za­strze­lił Ry­tara na miej­scu, za­pew­nia­jąc mu szybką i bez­bo­le­sną śmierć. 

Va­le­rie jęk­nęła, gdy ciało opa­dło na de­ski z drew­no­po­dob­nego syn­te­tyku tuż obok.  

Nie do­tarło do niej py­ta­nie For­kisa, ale spo­strze­gła, że pa­trzył na nią ze znu­że­niem... oraz nie­po­ko­ją­cym bły­skiem za­do­wo­le­nia w oczach, jakby już miał uło­żone co do niej pa­skudne plany.  

- Te­raz ty - ode­zwał się, po­cie­ra­jąc o sie­bie palce pra­wej dłoni. - Czy po­twier­dzasz, że wszystko, co opo­wie­dział twój part­ner, jest prawdą? Że za­bi­łaś wła­sne dziecko, wy­ko­rzy­sta­łaś wie­dzę ma­jącą słu­żyć nie­sie­niu po­mocy do za­aran­żo­wa­nia lin­czu i zgo­dzi­łaś się, w swo­jej znie­czu­licy, po­świę­cić wła­sną sio­strę, aby oczy­ścić się z winy? 

Przy­gry­zła wargę i po­krę­ciła głową.  

- Nie. Ry­tar chciał je­dy­nie zrzu­cić z sie­bie winę! Przy­się­gam! 

- Przy­się­gasz... - For­kis uśmiech­nął się cie­pło. Pod­szedł do niej, przy­kuc­nął i oparł łok­cie o uda. Z tru­dem wy­trzy­mała jego zimne, roz­dzie­ra­jące resztki god­no­ści spoj­rze­nie.

- Za­py­tam raz jesz­cze i po raz ostatni: czy to co po­wie­dział Ry­tar, to prawda?

Tym ra­zem nie mo­gła od­wró­cić oczu, jakby głowy obojga spa­jała nie­wi­doczna me­ta­lowa kon­struk­cja. Wspo­mnie­nia z bli­skiej prze­szło­ści za­częły swo­bod­nie pły­nąć przez jej umysł, jed­nak Va­le­rie są­dziła, że jej se­kret po­zo­staje bez­pieczny, skoro władca Ki­ri­tian w swo­jej głu­po­cie ka­zał za­bić je­dy­nego świadka tam­tego wy­da­rze­nia. Nie wli­cza­jąc oczy­wi­ście Va­nessy, z którą nie wia­domo, co się stało, choć krą­żyły plotki, że po­ka­zała się w Mir­phak - For­kis w końcu nie po­dał szcze­gó­łów. Je­śli było w tym choć tro­chę prawdy, nie­wy­klu­czone że to ona wszystko za­aran­żo­wała. Choć bra­ta­nie się z Ki­ri­tia­nami było kom­plet­nie nie w stylu tego za­stra­szo­nego, wiecz­nie spło­szo­nego kró­liczka.

Va­le­rie nie zda­wała so­bie sprawy, że For­kis wi­dzi do­kład­nie to samo, co ona. Oprócz wy­da­rzeń z dziec­kiem i Va­nessą nie­spo­dzie­wa­nie przy­szły jej na myśl inne czyny ka­ralne.

Zdu­miony psy­cho­pa­tycz­nymi skłon­no­ściami ko­biety For­kis uniósł nieco brwi, gdy uj­rzał w jej wspo­mnie­niu tatę Miki. Va­le­rie za­wsze de­ner­wo­wał jego ha­ła­su­jący na ze­wnątrz syn, któ­remu oj­ciec po­zwa­lał na wszystko, dla­tego po­sta­no­wiła pew­nego dnia osta­tecz­nie roz­wią­zać ten pro­blem. Wy­ko­rzy­stu­jąc nie­obec­ność in­nego są­siada, przy po­mocy ha­ker­skich umie­jęt­no­ści Ry­tara, po kry­jomu otwo­rzyła zdal­nie ste­ro­waną furtkę ogro­dze­nia z dwoma agre­syw­nymi psami, które wła­ści­ciel za­wsze skru­pu­lat­nie za­bez­pie­czał na swo­jej po­se­sji. Kiedy do­szło już do tra­ge­dii, uda­wała jed­nego ze współ­czu­ją­cych, roz­trzę­sio­nych ga­piów.

- Nie­prawda - po­wie­działa.

Dy­gni­tarz wstał, pa­trzył z góry na ko­bietę jak na larwę zże­ra­jącą uprawy.

- W żywe oczy kła­miesz. Wielka pani te­ra­peutka, co skła­dała przy­sięgę Hi­po­kra­tesa. Sama wła­śnie pod­pi­sa­łaś na sie­bie wy­rok. A mo­głaś do­stą­pić ła­ski szyb­kiej, god­nej śmierci. - Rzu­cił okiem na ciało Ry­tara.

- Czy ty... - Ko­bieta sły­szała, że For­kis zna się na te­le­pa­tii. Jako czło­wiek na­uki nie da­wała temu wiary, są­dząc, że jest po pro­stu mi­strzem prze­słu­chi­wa­nia i de­duk­cji, a de­ifi­ka­cja to wy­mysł ode­rsów na ni­skim szcze­blu umy­sło­wym. Strach po­łą­czony z bra­kiem wie­dzy za­wsze skut­ko­wały wy­my­śla­niem róż­nych bzdur. Jed­nak te­raz, pa­trząc mu w te osą­dza­jące, piwne oczy, w któ­rych zda­wała się wi­dzieć swój ko­niec, uwie­rzyła, że coś może być na rze­czy.

- Tak, wi­dzia­łem wszystko w two­ich my­ślach - od­parł na nie­za­dane py­ta­nie. Chwy­cił ją za ra­mię, "po­mógł" wstać z klę­czek i pchnął lekko w stronę stołu dla go­ści, gdzie jadł ostat­nio tę pa­skudną, ni­sko­ka­lo­ryczną ko­la­cję. - Ty nie je­steś wa­riatką - ty je­steś zwy­kłą świ­ru­ską, którą chyba in­spi­rują wła­śni pa­cjenci. Ko­bietą wy­ga­nia­jącą wilka z umy­słów in­nych lu­dzi i przyj­mu­jącą go okrężną drogą w swoje progi. Krwa­wym Czer­wo­nym Kap­tur­kiem. Nie będę więc cię trak­to­wać jako nie­po­czy­tal­nej. Ale prze­ni­co­waną starą bajkę można by skie­ro­wać na wła­ściwe tory. Po­rucz­niku - For­kis zwró­cił się do Mil­lesa. - Wyjdź­cie stąd wszy­scy i zo­staw­cie mnie sa­mego. Znajdź­cie so­bie inną kwa­terę. Ode­zwij­cie się do­piero, jak przy­szy­ku­je­cie ma­szyny do startu. Do tego czasu żad­nych wi­dzeń, je­dy­nie ko­mu­ni­ka­tor.

- Oczy­wi­ście, sir. - Mil­les od­parł po kilku se­kun­dach mil­cze­nia. Nie zo­sta­wiłby swo­jego dy­gni­ta­rza bez achij, gdyby miał choć cień wąt­pli­wo­ści, że coś mu za­graża. Wie­dział jed­nak z prak­tyki, że po­le­ce­nie ozna­czało by­cie w po­go­to­wiu i ob­sta­wia­nie bu­dynku, tak by nie za­kłó­cać For­ki­sowi pry­wat­no­ści.

Va­le­rie stała spięta i przy­ci­skała sie­dze­nie do kra­wę­dzi stołu, gdy Ki­ri­tia­nie wy­cho­dzili, za­bie­ra­jąc ze sobą ciało.

For­kis pod­szedł do niej, po­chy­lił się, oparł dło­nie o blat po bo­kach dziew­czyny, która wy­gięła się w tył, by być jak naj­da­lej od niego.

- I po co ci to było? - rzekł, trzy­ma­jąc twarz kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów od stę­ża­łego z nie­po­koju ob­li­cza Va­le­rie.

- Co ze mną zro­bisz?

- Sły­sza­łaś - za­biję. - Ode­pchnął się i od­szedł. Spo­glą­dał przez chwilę na dwa skrzy­żo­wane łań­cu­chy od­gra­dza­jące kuch­nię od głów­nej sali.

- I aż mu­sia­łeś od­pra­wiać stąd swo­ich lu­dzi? Kim ja niby je­stem, że sam dy­gni­tarz Nie­śmier­tel­nych chce za­strze­lić mnie oso­bi­ście?

- Nie schle­biaj so­bie. Nie za­słu­gu­jesz na taką śmierć.

- Co więc zro­bisz? - Z tru­dem pa­no­wała nad gło­sem.

Nie po­do­bał się jej ten wzrok, któ­rym znów na nią spo­glą­dał - głodny wzrok dra­pież­nika tak­su­ją­cego ofiarę. Tym bar­dziej uśmiech, który wy­kwitł w miej­scu ści­śnię­tych w gry­ma­sie obo­jęt­no­ści warg, lu­bież­nie ob­li­zy­wa­nych ję­zy­kiem.

Za­wład­nął nią nie­kon­tro­lo­wany, ani­malny strach, bo na­wet nie po­my­ślała, co jej da bez­sen­sowna ucieczka. For­kis zła­pał ją, nim zdą­żyła zro­bić le­dwo trzy kroki w stronę drzwi. Chwy­cił Va­le­rie ra­mie­niem w pa­sie i z ło­mo­tem rzu­cił na stół.

- Roz­bierz się sama albo ja cię roz­biorę.

Dy­sząc ner­wowo, pa­trzyła na niego roz­sze­rzo­nymi jak od nar­ko­ty­ków źre­ni­cami.

- O nie... Chyba mnie nie wy­ko­rzy­stasz, zbo­czeńcu?!

- Na­wet o tym nie po­my­śla­łem. Zresztą gar­dzę tym, o czym ty z ko­lei po­my­śla­łaś.

For­kis przy­bli­żył się do Va­le­rie, le­żą­cej pła­sko na stole, i oparł­szy się na łok­ciach, za­czął ba­wić się jej blond wło­sami, na­wi­ja­jąc je na pa­lec.

- No do­brze. To po­wiem ci te­raz, co nie­uchron­nie na­stąpi. Naj­pierw bę­dziesz krzy­czeć coś o "ła­ma­niu praw fi­zyki", być może zde­cy­du­jesz się na wer­sję, że to "fi­zycz­nie nie­moż­liwe". Po­tem zi­ści się je­den z dwóch sce­na­riu­szy: albo bę­dziesz się drzeć i wy­zy­wać mnie po ko­le­żeń­sku od psy­cho­pa­tów, albo stwier­dzisz, że to bar­dzo przy­jemne i na spo­koj­nie po­go­dzisz się ze swoim lo­sem. Moż­liwe że je­den stan przej­dzie w drugi. I tak, cho­lera, jest do­słow­nie za każ­dym ra­zem...

- Ale co chcesz zro­bić?!

Za­sko­czyło ją, gdy po­cią­gnął cie­płym ję­zy­kiem wzdłuż jej nosa.

- Jedną pod­po­wiedź już masz, druga: do czego służy me­bel, na któ­rym le­żysz?

Ob­ró­ciła głowę, jej spoj­rze­nie pa­dło na sztućce z są­sied­niego stołu, kon­kret­nie na nóż. Zro­zu­miała.

- O nie... Po­pier­dzie­liło cię, czło­wieku!? Za­bij mnie nor­mal­nie!

Chciała się po­de­rwać, ale For­kis zmu­sił ją na­ci­skiem dłoni do po­wrotu do po­przed­niej po­zy­cji. Na­pro­wa­dzany jej spoj­rze­niem, od­szedł ka­wa­łek i chwy­cił nóż. Va­le­rie trze­ciej bez­owoc­nej próby ucieczki już nie pod­jęła po wcze­śniej­szych po­raż­kach.

- A jak się za­bija nor­mal­nie? - Wró­ciw­szy, For­kis przy­brał py­ta­jący wy­raz twa­rzy, lecz za­raz spo­waż­niał. Ko­bieta śle­dziła na skraju utraty zmy­słów ruch jego ręki, którą ro­bił ob­rys no­żem po stole wo­kół jej tu­ło­wia, cza­sem prze­su­wa­jąc nim nie­groź­nie po jej ciele. - Nie­stety, mu­sisz być świa­doma tego, że umie­rasz, w prze­ci­wień­stwie do okrut­nie za­bi­tego przez cie­bie nie­win­nego dziecka, wy­wa­lo­nego jak od­pad do ko­sza. A chło­piec, któ­remu za­aran­żo­wa­łaś śmierć przez ro­ze­rwa­nie? Cóż ci ta­kiego uczy­nił poza tym, że ha­ła­so­wał? Na­wet nie wiesz, jak  nie­na­wi­dzę, gdy krzyw­dzi się nie­win­nych, któ­rzy na­wet nie są w sta­nie się obro­nić.

- Tak jak ty te­raz mnie, hi­po­kryto? - wy­sy­czała, prze­ra­żona tym, że skądś do­wie­dział się o zbrodni, którą prze­cież zdo­łała ukryć przed ca­łym mia­stem! Kim, u dia­bła, był ten po­twór?!

Zi­gno­ro­wał ją.

- I nie przy­leci ża­den dron straż­ni­czy, by za­alar­mo­wać le­śnika. - Prze­je­chał no­żem po na­pię­tej jak ob­cią­żona lina skó­rze jej szyi, nie po­wo­du­jąc ska­le­cze­nia.

- Jaki znowu dron? Co ty bre­dzisz? - Ode­zwała się, gdy nie otrzy­mała od­po­wie­dzi: - Bła­gam... Nie w taki spo­sób. Za­strzel mnie, roz­wal mi głowę, uduś, co­kol­wiek! Nie chcę - głos Va­le­rie prze­szedł w szloch - byś roz­człon­ko­wy­wał mi ciało. Boję się tego strasz­li­wego bólu i wy­lewu krwi...

- Od­je­cha­łaś tro­chę z su­biek­tywną wy­obraź­nią, słodki cu­kie­reczku. Nie bę­dzie żad­nej krwi. - Sztu­ciec upadł z brzę­kiem na ławę, gdy Ki­ri­tia­nin rzu­cił go za sie­bie.

Dziew­czyna była zbyt wy­stra­szona, by prze­ana­li­zo­wać jego słowa. Ob­ser­wo­wała, jak wy­ciąga ze schowka pan­ce­rza mały, nie­opi­sany fla­ko­nik i hau­stem wy­pija całą jego za­war­tość.

 

Co­py­ri­ght ? Ad­rianna Bie­ło­wiec, 2021

Co­py­ri­ght ? Wy­daw­nic­two Ca­nis Ma­jo­ris, Szcze­cin 2021

 

ISBN

Druk: 978-83-941896-9-3

E-book: 978-83-962197-0-1

 

Wy­da­nie I 

 

Pro­jekt okładki

Ad­rianna Bie­ło­wiec

 

Ilu­stra­cje na okładce

An­driej Si­do­renko, Lu­ma­po­che

 

Opra­co­wa­nie gra­ficzne ilu­stra­cji w książce

Art­bre­eder.com

 

Re­dak­cja tech­niczna

Pa­weł Pru­si­now­ski

 

Re­dak­cja, pierw­sza ko­rekta

Anna No­wak

 

Druga ko­rekta

An­drea Smo­larz

 

Strona au­tor­ska i wy­daw­nic­twa

fa­ce­book.com/zo­dia­cu­ni­ver­sum

fa­ce­book.com/wy­daw­nic­two­ca­ni­sma­jo­ris

 

 

 

Ni­niej­sza książka jest dzie­łem twórcy i wy­dawcy. Pro­simy, aby prze­strze­gać praw, ja­kie im przy­słu­gują. Jej za­war­tość mo­żesz udo­stęp­nić nie­od­płat­nie oso­bom bli­skim lub oso­bi­ście zna­nym, ale nie udo­stęp­niaj jej w pu­blicz­nie. Je­śli cy­tu­jesz frag­menty w ra­mach prawa cy­tatu, nie zmie­niaj ich tre­ści i ko­niecz­nie za­znacz, czyje to dzieło. A ko­piu­jąc je, rób to je­dy­nie na uży­tek oso­bi­sty. 

 

Sza­nujmy cu­dzą wła­sność i prawo!

Pol­ska Izba Książki

 

Wię­cej o pra­wie au­tor­skim na www.le­gal­na­kul­tura.pl 

 

 

 

 

 

Do­tych­czas opu­bli­ko­wane tek­sty au­torki

 

Jed­no­to­mowe:

 

Alfa je­den

Ogni­sty pył

 

Se­ria Zo­diac Uni­ver­sum (pro­po­no­wana ko­lej­ność czy­ta­nia):

 

On­ka­lot (I tom try­lo­gii De­ath Brin­ger)

Pięć­dzie­siąt twa­rzy For­kisa (dar­mowe opo­wia­da­nie, praca zbio­rowa)

Mroczna strona For­kisa (pre­quel On­ka­lota)

Mi­sja Od­ro­dze­nie (II tom try­lo­gii De­ath Brin­ger)

Wil­cza księż­niczka (hi­sto­ria asa­syna Di­vi­nusa)

Czwarta szansa (hi­sto­ria Kate i an­dro­ida Paula)

 

Po­zy­cje, które można czy­tać sa­mo­dziel­nie:

 

Wil­cza księż­niczka

Czwarta szansa

Pięć­dzie­siąt twa­rzy For­kisa

Mroczna strona For­kisa

 

W przy­go­to­wa­niu:

 

Wojna z Kan­drok (III tom try­lo­gii De­ath Brin­ger)