Mroczna strona Forkisa - Adrianna Biełowiec

-
Proszę czekać

Vore w Fantastyce

Vore to określenie podgatunku fantastyki rozpowszechnianej w postaci prozy, grafik, filmów i animacji. W Polsce jest praktycznie nieznana, jednak staje się coraz popularniejsza w nurcie zagranicznym, zarówno na portalach skupiających artystów, jak DeviantArt czy YouTube, jak i pośród subkultury furry. Wiele treści tego podgatunku wygląda kontrowersyjnie i może budzić niesmak, nawet obrzydzenie, jednak część jest wykonana całkiem przyzwoicie i ciekawa, jak fanowskie filmy 3D wysokiej jakości z dinozaurami czy smokami (ogólnie drapieżnikami).

Vore to skrót fandomowy rozpoznawalny na całym świecie, oznaczający treści o tej tematyce. Pochodzi od wyrazu worarefilia (synonim: fagofilia), który jest zlepkiem greckiego słowa "upodobanie" (philia) oraz łacińskiego "połykać, pożerać" (vorare). W wielkim uproszczeniu worarefilia to rodzaj parafilii związanej ze zjadaniem. I tu pojawiają się trzy podtypy: ktoś fantazjuje o byciu zjadanym, wyobraża sobie, że zjada inną istotę, albo lubi oglądać takie treści. Jest bardzo mało naukowych badań dotyczących tej parafilii, także niewiele udokumentowanych przypadków osób o niej opowiadających (jak przykład pacjenta określanego jako Stephen w artykule Vorarephilia: A Case Study in Masochism and Erotic Consumption), jednak przypisuje się ją do BDSM (ang. bondage & discipline, sadism & masochism). Jedna strona zachowuje się bowiem dominująco (zwana pred, od predatora - drapieżnika), kiedy druga jej ulega (prey, czyli zdobycz), co związane jest z pragnieniem stania się częścią potężnej, podziwianej istoty. Często worarefilia uważana jest za synonim kanibalizmu, ale mylnie, gdyż w vore żywa ofiara - pomijając odmianę hard - połykana jest w całości. Ponadto występują w niej głównie zależności międzygatunkowe na linii drapieżnik-ofiara, dotyczące zwierząt, antropomorfów czy innych fantastycznych stworzeń, jak olbrzymy, demony albo wspomniane smoki. Dodatkowo, pomijając kwestie rytualne, kanibalizm dotyczy konsumpcji albo odzyskiwania energii (jak z popularnym przykładem spłoszonej samicy chomika zjadającej własne potomstwo). Vore natomiast to czysta fantastyka, nierealna w świecie rzeczywistym, najwyżej eksterioryzowana jako gra role-playing w formie opowiadanej. Połknięta żywa ofiara zwykle przeżywa, a jak to się odbywa, zależy już od wyobraźni autora - może chodzić o teleportację, obudzenie się ze snu albo nienaruszona zdobycz sama pokonuje drogę z żołądka do pyska. Vore nie jest wymysłem internetowym ostatnich lat, swoje korzenie ma już bowiem w mitologii czy Biblii - zapewne większość kojarzy historie o Kojocie, Jonaszu bądź Kronosie.

Odmian vore jest wiele, w zestawieniu kilka wybranych przykładów:

Soft - wersja "miękka", najpopularniejsza w fantastyce, także w kreskówkach i animacjach, jak Tom i Jerry czy Pinokio. Ofiara nie jest w żaden sposób kaleczona, podczas procesu konsumpcji nie wypływa nawet kropla krwi. Zwykle połyka się ją w całości, może oddychać w żołądku i przebywać tam nawet kilka dni (w końcu to fikcja). Relacje pred-prey są przeważnie przyjacielskie, mogą dotyczyć też miłości, humoru czy zabawy; stworzenie dominujące często chce drugiemu zapewnić bezpieczeństwo w swoim ciele, na przykład przy silnym mrozie. Brak tu jakiegokolwiek przymusu, a obie strony zgadzają się na konsumpcję. Na zagranicznych stronach subkultury furry można przeczytać, że w odmianie soft zdarza się, iż przerażona ofiara jest zjadana wbrew własnej woli, a zadowolony drapieżnik zachowuje się wobec niej bezwzględnie, jednak ten aspekt psychologiczny obu stworzeń pasuje do kategorii hard.

Hard - pokrywa się także z terminem gore. Ofiara jest pożerana wbrew własnej woli, a drapieżnik nieraz czerpie z jej cierpienia znaczną satysfakcję. Często dochodzi do okaleczenia ciała, jak przegryzanie, miażdżenie czy żucie, a ostatecznie trawienia połkniętej istoty. Motyw często wykorzystywany w horrorach czy brutalnych filmach anime.

Makro - zjadającym jest olbrzym (ogólnie dowolny gigant). Przykładami są filmy Rampage, King Kong albo Park Jurajski.

Mikro - jedno ze stworzeń jest zmniejszane, a następnie zjadane przez inne naturalnych rozmiarów. Motyw wystąpił w jednej z wersji bajki o Kocie w butach, gdy kot zjadł czarodzieja przemienionego w mysz.

Tiny - mniejszy drapieżnik konsumuje większą ofiarę. W naturze widać to na przykładzie pożywiania się węża.

Soul - pochłaniana jest dusza ofiary, natomiast pozostawione ciało staje się marionetką drapieżnika. Przykładem są Ludzie-koty Paula Schradera.

Po wstępie zapewne już wiadomo, czego się spodziewać w niniejszej antologii. Pojawią się w niej opowiadania z elementami soft oraz hard, powiązane z postacią Forkisa - największego zbrodniarza w serii Zodiac Universum. Książka przeznaczona jest więc dla osób pełnoletnich, odpornych na silne wrażenia. Można ją czytać po Onkalocie albo traktować jako osobną pozycję, choć w drugim przypadku czytelnik natknie się na spoilery, może też nie wyłapać paru powiązań z trylogią Death Bringer, zwłaszcza dotyczących nauk ścisłych.

Wskrzeszenie potwora

Rok terreński 2509

Xajb'a Kej przemierzał gęstą, mroczną dżunglę od pięciu q'iji , ale wciąż nie miał pomysłu, co zrobi, gdy już dotrze do granicy terytorium kanibali Jun Kame, Jeden Śmierć. Ze swojego miasta wymknął się po zmierzchu niczym złodziej po udanym skoku. Jednak w porównaniu do szabrownika Xajb'a Kej był achij, bo takie miano nadawano wojownikom-człekojaguarom ze świata Chulimal. Bezszelestna ucieczka, z ominięciem punktów strażniczych, nie stanowiła więc dla niego problemu, nawet mimo jego pokaźnego wzrostu i znacznej masy. Cechy te wyróżniały go wśród mieszkańców rodzimego Chiq'aq, Miejsca Ognia. Xajb'a Kej jako jedyny miał też zielone oczy. Jak to możliwe - dowiedział się dopiero niedawno. I to od wroga, a nie Onkalotów, którym ufał całe życie.

A teraz oto zmierzał w stronę owego nieprzyjaciela.

Liczył, że uda mu się odzyskać swoją partnerkę Pek. Podobno porwali ją z lasu Jun Kame, kiedy oddaliła się zanadto od steli granicznych w poszukiwaniu rzadkich ziół. Starszyzna skazała ją na stratę, nie chciała kolejnej konfrontacji z kanibalami - próba odbicia samicy oznaczałaby wyprawę większej liczby achij. Wszystkie plemiona Chulimal i tak obawiały się demonów z nieba, które przyleciały do tego świata przerażającą piramidą z metalu. Walki plemienne zakrawały więc o głupotę. Xajb'a Kej pojmował tok rozumowania starszyzny, ich decyzja o bierności także była rozsądna, niemniej jego gorąca, wojownicza krew nie pozwoliła mu pozostawić Pek na pewną śmierć. Brał pod uwagę, że może już nie żyła, ale przynajmniej postara się to ustalić. Samotnie miał przynajmniej większe szanse na przedarcie się niezauważony pod terytorium wroga. Wprawdzie zabrał obsydianowy sztylet, łuk, kołczan oraz macuahuitl , jak na dobrego achij przystało, jednak niewiele by to pomogło w starciu nawet z pojedynczym Jun Kame. Fanatyczni kanibale uchodzili za najlepszych wojowników planety, a jednocześnie - najokrutniejszych. Szpiegostwo i przemykanie chyłkiem tym razem więc były wskazane, choć Xajb'a Kej brzydził się takim objawem tchórzostwa.

Zaszedł na bagna i wytaplał się w czarnym błocie, od wąsów po czubek ogona, upodobniając się do rzadkiej odmiany człekojaguara. Starannie pokrył nim broń oraz sięgający kolan maxtlatl . Światło gwiazd i dwóch księżyców nie padnie teraz na jasne części jego cętkowanego futra. Karminowy poblask infrawizji też go nie zdradzi. W przeszłości Jun Kame uczynili dla niego przynajmniej jedną dobrą rzecz - Lolmet Kejnay nauczył go tłumić blask oczu w ciemnościach poprzez nasuwanie na nie przezroczystej błonki nieutrudniającej widzenia.

Bezszelestnie przedzierał się dalej, węsząc i bacznie nasłuchując. W przeciwieństwie do niego nocne zwierzęta, dumne dominujące samce i silne samice, nie bały się obwieszczać puszczy swojej obecności, wrzeszcząc, skrzecząc, rycząc, cykając czy sycząc.

Xajb'a Kej miał nieprzyjemne, osobliwe przeczucie, że jest obserwowany. Nikt z plemienia raczej nie podążał za nim, a nawet gdyby ktoś znajdował się w okolicy, wychwyciłby telepatycznie jego myśli. Do granic Jun Kame, wyznaczonych przez oszczepy z nabitymi na nie czaszkami Onkalotow, było jeszcze trochę drogi.

Intuicja go nie zawiodła, choć przyczyniła się do tego część mózgu odpowiedzialna za logiczne myślenie. Z któregoś drzewa rzucono w niego bolą, która skutecznie oplotła mu tylne łapy, przez co runął na brzuch jak długi. Wyszkolony wróg zadziałał błyskawicznie. Xajb'a Kej zdążył zauważyć dwóch doskakujących do niego człekojaguarów - oraz macuahuitl zmierzający w stronę jego głowy - nim w ogłuszeniu i bólu pogrążył się w xibalbańskiej ciemności.

***

Musiało padać albo wróg przeciągnął go podczas transportu przez szerszy strumień, bo pierwsze, co Xajb'a Kej poczuł po odzyskaniu przytomności, było muskanie wiatrem jego niesklejonego błotem futra. Ostrożnie uchylił powieki. Przez traumatyczną chwilę obawiał się utraty wzroku, ale szczęśliwie okazało się, że jego widzenie zakłócał intensywny blask K'ajolom tkwiącej w zenicie. Jeśli rzeczywiście wcześniej padał deszcz, dawno wyparował w żarze bezlitosnej gwiazdy, bo nie odczuwało się wilgoci.

Człekojaguar rzucił obolałym okiem na swoje ciało. Ujrzał resztki błota, praktycznie piasek sypiący się przy poruszaniu. Otaksował, że chyba nic mu nie zrobiono, pomijając skaleczenia, stłuczenia i parę siniaków, zwłaszcza największy na głowie. Leżał bokiem na nagrzanym, twardym gruncie; oczywiście odebrano mu całą broń. Tylne i przednie łapy miał związane dwoma sznurami. Ze swojej niewygodnej pozycji rozejrzał się po otoczeniu. Znajdował się na wyłożonym szarobeżowymi, kamiennymi płytami placu o średnicy jakichś siedemdziesięciu kroków. Pomijając drogę wyrąbaną wśród drzew, zewsząd otaczała go dżungla. W jednym punkcie zgrupowano drewniane klatki z ptactwem i innymi schwytanymi zwierzętami. Po enklawie kręcili się achij Jun Kame, zajęci bronią, towarami czy rozmowami, kilku zgrupowało się przy ognisku otoczonym głazami. Xajb'a Kej od razu ich rozpoznał po wysokich, przystosowanych do walki i zabijania sylwetkach obwieszonych kośćmi, kamieniami i piórami. Cahua nosili dodatkowo przewieszone przez barki skóry zwierząt, także pektorały z kamieni wulkanicznych. Futra achij pokrywały malunki kojarzące się z rozkładem i śmiercią, zwłaszcza węglowa czerń wokół oczu, przywodząca na myśl oczodoły czerepu. Uwagę Xajb'a Keja przykuł refleks słoneczny. Ponad wierzchołkami palm dostrzegł czubek kamiennej piramidy.

Nie miał już wątpliwości co do miejsca pobytu. Piramida Tukumb'akam, Świątynia Potwora. Zaciągnięto go na przedpola Quehnay, miasta kanibali.

- Pięknie - warknął, bardziej zły na siebie niż zaniepokojony sytuacją. Kompletnie nie wziął pod uwagę, że wielu Jun Kame to telepaci! Była to dominująca umiejętność psioniczna w tym plemieniu. Ci, którzy ją mieli, nauczyli się z niej korzystać do perfekcji. Zapewne wychwycili go telepatycznie na długo przed tym, zanim on wyczuł intruzów. Xajb'a Kej był jedynym telepatą w Chiq'aq, nie miał kto go wyszkolić, do wszystkiego dochodził sam. I zapewne był daleko w tyle z umiejętnościami w stosunku do Jun Kame.

Próbował przesondować umysły achij przy ognisku. Udało mu się, ale nie dowiedział się niczego przydatnego, bo myśleli o nieistotnych, przyziemnych rzeczach.

W grupie znajdował się telepata. Szum umysłowy zwrócił jego uwagę. Zareagował chwilowym stuporem i uniesieniem uszu, następnie popatrzył w stronę więźnia.

- Spójrzcie, już się ocknął! - rzekł z rozbawieniem.

Inny achij, posilający się niedopieczonym nad ogniskiem mięsem, przywitał obcego krwawym uśmiechem. Xajb'a Kej znał go aż za dobrze.

Lolmet Kejnay wstał z przykucu. Idąc leniwym krokiem w jego kierunku, wysunął z pokrowca obsydianowy sztylet. Xajb'a Kej spotkał kiedyś Lolmeta w lesie, na ziemi niczyjej. Wówczas kanibal był zwykłym achij, teraz musiał awansować na pomniejszego cahuę, bo miał na szyi pektorał z kłów małego drapieżnika. Xajb'a Kej próbował wychwycić jego myśli, lecz tamten skutecznie zablokował swój umysł. Nie był telepatą, ale jak wielu nieobdarzonych tą umiejętnością Jun Kame nauczono go bronić się przed szpiegostwem; u cahuy taka zdolność okazywała się szczególnie przydatna.

Kejnay pochylił się nad intruzem, otaksował jego ciało, po czym przysunął mu do gardła czubek ostrza.

- I znowu ty. - Westchnął teatralnie. - Czy wiesz, dlaczego jeszcze żyjesz?

Xajb'a Kej nie odpowiedział, wciąż zirytowany o to, że mimo wszelkich środków ostrożności dał się podejść i złapać jak kocię ze stępionymi zmysłami.

Kanibal bardziej przycisnął kamienne ostrze, które niemal przebiło się przez futro do krwi.

- Odpowiadaj, marny Chiq'aq, jak lepsi i silniejsi się ciebie pytają.

Xajb'a Kej już dawno się przekonał, że z psychopatycznymi Jun Kame nie było żartów. W jego położeniu, także przy wisielczym poczuciu humoru kanibali, które w najłagodniejszej wersji kończyło się odgryzaniem palców, wypadało współpracować.

- Zapewne jestem wam do czegoś potrzebny.

- Zobaczymy. A wciąż dychasz, bo w połowie masz krew Jun Kame, po ojcu.

To niestety była prawda. Xajb'a Kej został poczęty podczas wojen plemiennych, kiedy żadna ze stron nie miała ochoty na spłodzenie potomka, a jedna chciała się jedynie ostro zabawić z ofiarą.

Kejnay łapą ze sztyletem wskazał piramidę. To tam składano ofiary z Onklaotów innych plemion, często w dużych ilościach. Uśmiechnął się, cmokając, pokręcił głową.

- Powiedz, i co ja mam teraz z tobą, młodzieńcze, zrobić? Napatoczyłeś się nam podczas polowania. A do ixiptli, dnia ofiary, jeszcze daleko. Czego szukałeś w puszczy, i to zupełnie sam?

Do Kejnaya dołączyło dwóch człekojaguarów z jego małego oddziału. Xajb'a Kej nie widział powodów, by zmyślać w obecności przybyłego telepaty.

- Szedłem tu, by odzyskać Pek - oznajmił. - Oddajcie mi ją.

- Ik? - cahua zwrócił się do telepaty.

- Prawdę mówi - odparł.

Lolmet podniósł się, popatrzył na towarzyszy, po czym trójka zaniosła się głośnym śmiechem, zwracając na siebie uwagę innych. Jedynie pozostała przy ognisku i kłócąca się dwójka nie zainteresowała się nową rozrywką.

- Kim jest Pek? - zapytał.

- Kimś z Chiq'aq. - Xajb'a Kej starał się mówić jak najoszczędniej, nie myśląc przy tym za dużo.

- Och - wyszczerzył się Lolmet - niech zgadnę. To ktoś ci bliski, kogo Chiq'aq zakazało ratować, więc ty postanowiłeś działać na własną łapę?

- I wiesz już wszystko.

Kejnay wymierzył leżącemu kopniaka w żebra. Zaskoczony Xajb'a Kej oberwał w ranę, zabolało go potwornie, ale udało mu się nie skompromitować jeszcze bardziej i ograniczyć jedynie do syknięcia. Gdyby Onkaloci nie mieli chowanych pazurów, jego pierś z pewnością zdobiłyby dodatkowe rany.

- To za twoją głupotę - wyjaśnił Kejnay. - Niemniej zaimponowałeś mi, że chciałeś robić za jednoosobową armię.

Kanibale znów zaczęli się śmiać.

- Co zrobiliście z Pek? - zawarczał brawurowo Xajb'a Kej. Skoro Jun Kame hołubili męstwo i odwagę, może coś osiągnie, idąc w tę stronę. - Wiem, że wy ją porwaliście!

- Nawet jeśli, to dlaczego uważasz, że ci ją oddamy? Dlaczego niby mielibyśmy to zrobić? Skąd w ogóle tak durny pomysł? - wypytywał wciąż śmiejący się Lolmet.

Usłyszał za sobą szamotaninę. Dwóch sprzeczających się wcześniej o coś młodzików rzuciło się na siebie niczym dzikie koty i teraz tarmosili się na ziemi. Kejnay zatoczył oczyma łuk, pokręcił głową, po czym bez szczególnego celowania zamachnął się i cisnął sztyletem w stronę walczących. Ostrze trafiło jednego z nich niegroźnie w udo, człekojaguar zaryczał.

- Dosyć! - ryknął cahua. - Zostawić was tylko na chwilę samych...

- Są wynudzeni - podpowiedział Ik.

- Wynudzeni powiadasz...

Xajb'a Kejowi ani trochę nie podobało się spojrzenie Kejnaya, którym go obdarował po wolnym obróceniu głowy w jego stronę. Fanatycznym, głodnym, choć wynikło ono z makabrycznych myśli kanibala. Xajb'a Kej zląkł się, nie okazując jednak tego w żaden sposób, gdy Lolmet znów się nad nim pochylił. Sprawnymi ruchami palczastych łap uwolnił go z więzów, z którymi on szarpałby się zapewne pół dnia. Posłał kanibalowi pytające spojrzenie, rozmasowując sobie na siedząco nadgarstki i kostki.

- Wy dwaj, chodźcie tu. - Cahua ruchem głowy dał znak wcześniej walczącym. Ten ze skaleczoną łapą obwiązał sobie ranę szarpiami, kuśtykał, przyciskając do niej palce. Gdy się zbliżył, Kejnay odchylił na moment materiał. - Krew zaraz przestanie lecieć. Przemyj to ziołami.

Xajb'a Kej kompletnie nie pojmował bolesnych, brutalnych metod dyscyplinarnych praktykowanych wśród Jun Kame, choć stosowanych rozważnie. W interesie cahuy raczej nie leżało, by zabijać swoich achij. Ale jeszcze bardziej nie podobało mu się to, że został uwolniony. Wyczuwał kłopoty.

- Zawrzyjmy taki układ. - Lolmet stanął w lekkim rozkroku i splótł ramiona na piersi. - Aby ocalić życie, będziesz musiał poświęcić inne. Jeśli dostarczysz nam wystarczającą ilość rozrywki, wówczas pomogę ci z Pek. Przeżyjecie być może oboje. Jeśli jednak odmówisz, zabijemy cię, a twoją czaszkę postawimy na steli granicznej przy Chiq'aq.

- Coś mi się zdaje, że nie mam wyboru. - Xajb'a Kej się podniósł. Byli z Lolmetem tego samego wzrostu, ale Onkalot z Chiq'aq mógł pochwalić się większą masą i lepiej rozwiniętymi mięśniami. Wiedział jednak, że gdyby teraz zechciał rzucić się na wodza oddziału Jun Kame, szybko zostałby spacyfikowany przez starszego od niego Kejnaya, i to bez pomocy jego kompanów.

- I słusznie ci się wydaje. - Głos Jun Kame ociekał jadem i ironią. Zapowiedzią okrutnej zabawy na miarę lokalnych upodobań.

- To co mam zrobić? - Xajb'a Kej też splótł łapy w koszyk.

- Przyprowadź człowieka, Mulucu - Kejnay zwrócił się do achij, który bił się z rannym w udo człekojaguarem.

Xajb'a Kej zmarszczył brwi. Chyba już słyszał to słowo przy poprzednim spotkaniu z kanibalami. Nawet w Chiq'aq padło ono parę razy ostatnimi czasy.

Skupiający na sobie spojrzenia grupy Muluc ruszył w stronę klatek. Stanął przy jednej z tych ustawionych bliżej drzew, której Xajb'a Kej nie mógł widzieć ze względu na odłowione kolorowe ptactwo o wielkich piórach. Ale kiedy już dostrzegł, co achij wywleka na zewnątrz, puls mu przyśpieszył, jakby skończył krótki, intensywny bieg; oszołomiony wstrzymał oddech.

Demon z gwiazd.

Odziany w opiętą szatę z błyszczącego materiału.

Jeden z jeźdźców metalowej piramidy, która osiadła daleko od Quehnay i Chiq'aq, jednak znaczna odległość wcale nie oznaczała bezpieczeństwa.

Gdy Muluc go prowadził bez finezji, z rękoma związanymi z tyłu, Xajb'a Kej po raz pierwszy mógł dokładnie mu się przyjrzeć. Nigdy nie widział demona na żywo, jedynie słyszał o nich rozmaite historie, które przy obiekcie oglądanym na własne oczy wydawały się absurdalne. Jak coś tak kruchego, bladego, bez futra (pomijając tę strzechę na głowie o kolorze promieni K'ajolom), pyska, kłów, pazurów, mięśni i ogona mogło stanowić śmiertelne zagrożenie dla Chulimal?

Zorientował się, że uśmiechający się sardonicznie Kejnay musiał pojąć tok jego rozumowania, bo odpowiedział:

- Oni sami z siebie nie są groźni, za to śmiertelne niebezpieczne są ich rzeczy. Tę tu musieliśmy długo wyciągać ze skorupy, twardej chyba jak sto pancerzy żółwi. Zanim Onkaloci wkroczyli z ludźmi na wojenną ścieżkę, obserwowaliśmy ich z ukrycia, poznaliśmy trochę ich język. - Machnął łapą ku prowadzonej. - To samica. U nich nazywają je kobietami.

- Co wyście zrobili... - Tym razem Xajb'a Kej nie krył się ze swoim lękiem. - Zabiją nas wszystkich, jeśli tylko odnajdą tę samicę!

- Nie odnajdą. - Kejnay wyjął z kalety przy pasie mały, czarny przedmiot. Przypominał nieco idealnie oszlifowaną płytkę obsydianową o kształcie kwadratowej bryły, pełną miniaturowych nacięć i wypukleń. - Mówią na to nadajnik. Nie wiem, jak działa, ale dzięki niemu mogą rozmawiać ze sobą na odległość, także się znajdować, choć się nie widzą ani nie słyszą. Podsłuchałem, że ludzie nazywają to technologią, cokolwiek to jest. Uszkodzone rzeczy człowieka są bezużyteczne, jak ich żałosne, kruche ciała bez pancerzy.

Cahua cisnął zepsuty nadajnik pod nogi przyprowadzonej kobiety. Muluc zmusił ją do padnięcia na kolana, spuszczonej w strachu głowy i tak nie zamierzała podnosić.

- Po co ją złapaliście, będą z tego kłopoty! - Nie mniej wystraszony Xajb'a Kej już wiedział, co Lolmet zaraz mu nakaże, jednak starał się jakimkolwiek argumentem przemówić mu do rozsądku.

- Widziałem, jak zabili naszych. Określają to rozstrzelaniem. Ona była jednym z egzekutorów. - Lolmet chwycił obcą za włosy i uniósł jej głowę. Xajb'a Kej ujrzał w jej błękitnych oczach lęk i rezygnację. Rozpoznawszy w nim towarzysza niedoli, zdawała się go taksować, czy jest taki sam jak tamci. - Podobnie jak wśród Chiq'aq i u ludzi kobiety najwyraźniej są achij. - Splunął na ziemię. U Jun Kame wojaczką mogły zajmować się wyłącznie samce, co miało związek z większą siłą i mocniejszą budową ciała. Samice za to uchodziły za inteligentniejsze i sprytniejsze, choć nie ustępowały achij okrucieństwem, dlatego wchodziły w skład rady rządzącej. - Czuła się zbyt pewnie ze swoją świetlistą, dalekosiężną bronią i któregoś razu zagłębiła się w las. Ale my już tam na nią czekaliśmy. Broń ludzi też myśli w jakiś sposób, działa trochę niezależnie od nich, ale na szczęście przypadkiem odkryliśmy, że w obecności skały wulkanicznej ayin jej "skanery" nas nie widzą. Kobieta musi teraz umrzeć. I jak się domyślasz, ty odbierzesz jej życie. - Kejnay uśmiechnął się przyjaźnie.

Wszyscy Onkaloci na placu zainteresowali się rozgrywającą się sceną, jakby "odbierzesz jej życie" było kluczowym hasłem nakazującym przerwać wykonywane czynności.

- Nic mi nie zrobiła - szepnął Xajb'a Kej. Linia jego bezsensownej obrony topiła się niczym wosk pszczeli na słońcu. - I dlaczego ja?

- A dlaczego by nie? - Lolmet rozłożył ramiona. - Nie bądź egoistą, podaruj naszym dzielnym achij trochę rozrywki!

- Jaką mam gwarancję, że gdy wykonam to zadanie, i ja nie stracę życia?

- Żadną, poza moim słowem. Mimo że twoja krew jest skażona przez Chiq'aq, to i tak szkoda będzie bezsensownie przelewać tę drugą połowę.

Xajb'a Kej warknął, prezentując kły.

- Jeszcze raz obrazisz moją matkę... - Dwóch achij wyciągnęło sztylety, cahua gestami kazał im je schować. - Co mam zrobić? - zapytał po chwili Xajb'a Kej, chcąc jak najszybciej zakończyć ten koszmar, nim wścieknie się na tyle, że zaatakuje kanibali, wydając tym samym na siebie wyrok śmierci.

Kejnay wymownie zerknął na Ika, jego uśmiech rozszerzał się. Telepata roześmiał się w nieprzyjemny sposób, po czym ochoczo przytaknął.

- Niech to zrobi. Ale będzie ubaw! - powiedział.

Bardziej niż nieme porozumienie Xajb'a Keja zaniepokoił sardoniczny uśmiech oblizującego się Kejnaya, który patrzył na kobietę jak jaszczurka na soczystego żuka.

- Zjedz ją - nakazał wesoło Jun Kame.

- Co?! - Mieszkaniec Chiq'aq cofnął się o dwa kroki. Dalej nie mógł, bo napotkał ścianę kilku achij, którzy zjawili się za nim nie wiadomo kiedy.

- No, czego nie rozumiesz? - zapytał niewinnie Kejnay. Wysunął pazur i wydłubał sobie coś spomiędzy kła i siekacza, co pstryknął palcami.

- Jest za duża. - Xajb'a Kej bronił się na wszystkie sposoby przed sprowadzeniem na Onkalotów katastrofy. Też nie wierzył w wersję rozpowiadaną w Chiq'aq, jakoby przybysze z gwiazd byli demonami - zgadzało się tylko to, że pochodzą z ciemności - ale miał na tyle rozumu, by wiedzieć, że szkodzenie komuś dysponującemu "technologią" będzie miało fatalne skutki. Jun Kame zdawali się tego nie dostrzegać albo za bardzo ufali swojej sile i sprytowi. - Mógłbym zjeść niecałą połowę jej ciała, i to ledwo.

- Etznab - Lolmet jakby ze znudzeniem zwrócił się do kolejnego achij. - Nasz wygaszony przez plemię Chiq'aq gość najwyraźniej nie wie, co daje mu krew Jun Kame. Zademonstruj mu więc, proszę, nasze możliwości.

- Ptak?

- Niech będzie królik.

Tym razem Etznab podszedł do klatek. Wybrał odpowiednią i nieznacznie uchylił jej drzwiczki. Wsunął do środka łapę o rozcapierzonych palcach, by chwycić za fałd na karku broniącego się, sporego królika. Panując jako tako nad przerażonym zwierzęciem, wywijającym bączki w powietrzu, wrócił do Lolmeta. Nie przejął się tym nawet, że został podrapany pazurami tylnych kończyn królika.

Kejnay żartobliwie objął Xajb'a Keja ramieniem, przytulił bok swojej głowy do jego i szepnął:

- Patrz teraz uważnie.

Xajb'a Kejowi serce zaczęło bić mocniej, a w dole podbrzusza pojawił się od dawna niewyczuwany tam ucisk, mający coś wspólnego z przerażeniem wynikającym z fascynacji, gdy Etznab uniósł królika pyszczkiem do siebie i szeroko otworzył oślinioną paszczę. Zwierzę zaczęło się szarpać w pełnej panice, ale nawet wymachując pazurami na wszystkie strony, nie miało szans z wielokrotnie silniejszym, większym drapieżnikiem.

Onkalot włożył głowę bezsensownie walczącego królika do swojego pyska i zaczął przesuwać ją w kierunku nawilżonego gardła. Docisnął przednie kończyny zwierzęcia do puchatego, brązowego tułowia.

Xajb'a Kej był pewien, że to jakiś chory żart, mający chyba wyprowadzić go z równowagi, i skończy się po osiągnięciu celu, gdy ku swemu osłupieniu patrzył, jak żuchwa Etznaba odchyla się pod coraz większym kątem w miarę wpychania ogromnego cielska do rozciągliwego przełyku. Po raz pierwszy zaobserwował u człekojaguara, że żuchwa i kości czaszki nie są zrośnięte, ale powiązane luźno za pomocą stawów i więzadeł, przez co mogły się rozsuwać na imponujące odległości. Chiq'aq nie potrafili robić w ten sposób. Inne plemiona chyba też nie. Chiq'aq w połowie żywili się pokarmem roślinnym, natomiast uzyskiwane z połowu i polowań mięso rozdrabniano, po czym obrabiano przed spożyciem przy pomocy ognia. Jedzenie go na surowo, a już w ogóle pochłanianie całych, żywych stworzeń, było zabronione, uważano bowiem ten sposób konsumpcji za niehigieniczny, prymitywny i barbarzyński.

Najwidoczniej pogodzeni ze swoją naturą Jun Kame nie mieli takich dylematów.

W Xajb'a Keju coś zaczęło się budzić, niczym pasożytnicza larwa z pękniętego jaja. Ożyło stare uczucie, które utknęło gdzieś pod ciężarem tunów .

Przypomniał sobie, że kiedy był kocięciem, raz podczas szkolenia maluchów w terenie obserwował, jak wąż zjadał ogromną, wyrywającą się żabę. Dosłownie pochłaniał ją w całości. Było to uczucie ambiwalentne, bo odpychające, ale i ekscytujące. Przyszedł opiekujący się nimi Q'ualel i oczywiście musiał wszystko zepsuć. Zabrał Xajb'a Keja, trzepnął go w głowę i zabronił mu się zachwycać sposobem odżywiania się gada. To nie mogło się skończyć inaczej, jak rozbudzeniem w nim pokątnej dociekliwości; małemu Xajb'a Kejowi wydawało się niepojętne, dlaczego wielu Chiq'aq uważało coś naturalnego za zbrodnię. Ale on zawsze myślał trochę inaczej niż reszta, był kulturowo oporny. Próbował zrozumieć istotę węża, zjadając po kryjomu żywcem najpierw owady, potem gryzonie. Wyrywał im żuwaczki, ząbki czy pazurki, by nie raniły go w środku. Szalenie mu się to spodobało, gdy żywa, przerażona zawartość wędrowała w dół przełyku, a potem przez jakiś czas rozkosznie wierciła się w brzuchu. Niektóre żuki wytrzymywały i cały dzień, drepcząc i łaskocząc, nim ostatecznie ginęły w sokach żołądkowych. Było to dla Xajb'a Keja niczym bezwarunkowa dominacja i poczucie władzy.

Czas i nowe wyzwania życiowe stłumiły te inklinacje. Chiq'aq wychowało go zgodnie ze swoimi normami społecznymi, za wszelką cenę chcąc zniszczyć w nim wszystko związane z Jun Kame, których nienawidzili.

Odcinek do żołądka Etznaba okazał się bardzo elastyczny, pochłonięcie sporej zdobyczy umożliwiły też rozsuwające się kości tułowia. Wspomagając się łapami, człekojaguar z niewielkim trudem wcisnął w siebie całego królika, ruszającego się na tyle, jak dalece umożliwiały mu to ściskające go mięśnie przełyku.

- On się nie udusi? - zapytał zafascynowany Xajb'a Kej. Odżywianie się kanibali przypominało mu posilanie się węża.

Kejnay, który odsunął się od niego wcześniej, domyślił się od razu, że chodzi o Etznaba.

- Jun Kame podczas pochłaniania wielkich kawałków na długo potrafią wstrzymywać oddech.

Etznab zamknął paszczę i przełknął z lekkim oporem ostatnią zawartość. Cały królik, ciągle żywy, znalazł się w jego żołądku. Poruszający się brzuch pomrukującego w zadowoleniu człekojaguara, który oblizał się z rozkoszą, był nieco uwypuklony.

Jun Kame zdawali się dobrze bawić reakcjami Xajb'a Keja, którego postrzeganie świata zredukowało się do brzucha Etznaba i ściśniętego w środku zwierzęcia. Walczącego coraz słabiej. Cóż za straszliwa śmierć - przeleciało mu przez głowę.

- Wy wszyscy jesteście jacyś nawiedzeni i nienormalni - zawyrokował.

- Nie zaprzeczysz, że ci się spodobało. - Wzdrygnął się, gdy poruszający ogonem Lolmet wyrwał go tym oznajmieniem z rozkosznego odrętwienia. Xajb'a Kej z wielką chęcią zdjąłby mu pięścią z pyska ten okropny, milutki uśmiech. Rzeczywiście nie mógł zaprzeczyć, że w tym bezwzględnym, koszmarnym pokazie z królikiem było coś ekscytującego. - Ty też tak potrafisz. Teraz twoja kolej. - Kejnay wskazał pazurem kobietę, z której wypłynęła cała pokazowa odwaga, odsłaniając jej czysty, animalny, pierwotny strach niczym u pożeranego wcześniej zajęczaka. - Jeśli chcesz pokonać swojego wroga, musisz zabić jego samice. Warto zapamiętać.

- A kości?

- Długo to trwa, ale też je trawimy. Jeśli w najbliższych dniach nie czeka cię walka, ucieczka albo cokolwiek innego obciążającego ciało, możesz coś zjeść w ten sposób i potem odpoczywać. Teraz bierz się do roboty.

Budząca się w nim bestia chciała spróbować. Cywilizowana część jego tożsamości mu tego zabraniała. Geny ojca walczyły z genami matki. Natura z wychowaniem. Przeklinał Jun Kame za to, co robili z jego psychiką.

- Ta kobieta jest twoim wrogiem. - Kejnay dalej sączył jad do jego umysłu syczącym, indoktrynującym głosem. - Zabiją nas wszystkich, jeśli ich nie powstrzymamy. Jesteśmy dla nich tylko robactwem. Bez skrupułów będą nam zadawać ból, cierpienie i śmierć, nawet jeśli okażemy im uległość. Jun Kame jednak nie korzą się przed nikim, pokora jest haniebna, to domena ofiar. Teraz zrób z nią to samo, co Etznab zrobił z królikiem.

Xajb'a Kej zerknął w stronę siedzącego w siadzie skrzyżnym człekojaguara, jego brzuch już się nie poruszał.

- No dalej - nie zwalniał Lolmet.

Xajb'a Kej osunął się przed drobną kobietą na kolana. Uniosła wzrok i spojrzała na jego jaguarze oblicze. Dostrzegł w jej błękitnych oczach wysoką inteligencję, wręcz boską, jakże przez to niepokojącą. Ci ludzie spłynęli tu z gwiazd, niewykluczone więc, że zjawią się też kolejni. Onkaloci tak niewiele o nich wiedzieli. Na obliczu kobiety malował się strach, smutek, ale i pogodzenie się z losem, nie dostrzegł tam krztyny żalu skierowanego pod jego adresem. Rozumiała doskonale, że jest on elementem chorej zabawy, podobnie jak i ona.

Achij odwiązali sznur krępujący ręce ofiary, ściągnęli z niej ubranie, pozastawiają ją całkowicie nagą, nieudolnie próbującą zasłonić się rękoma. Ik ledwie musnął pazurem jej skórę przedramienia, a już powstała tam rysa i zaczęła wypływać krew, tak samo czerwona jak u człekojaguarów. Xajb'a Kej nie mógł pojąć, jak bogowie - niezbyt w nich wierzył, ale zwykł zapychać nimi luki w swojej niewiedzy - mogli stworzyć coś tak potężnego i delikatnego zarazem. Już ryby i żaby miały mocniejszą skórę, a należały do jednych z najdelikatniejszych stworzeń na Chulimal. Niemniej bezustannie niepokoiła go jedna rzecz - Onkaloci i ludzie pod wieloma względami byli do siebie bardzo podobni. W Chiq'aq zabroniono zjadać inteligentne istoty.

Otaksował ciało kobiety. Był ponad trzykrotnie od niej cięższy.

- Nie wejdzie - wypluł te słowa niemalże z ohydą.

- Wejdzie - odrzekł Lolmet lekceważącym tonem. - Jak głowa przejdzie ci przez paszczę, a przejdzie na pewno, to i reszta da sobie radę.

Xajb'a Kej spuścił głowę.

- Nie mogę...

- Widzę, że dalej walczysz jak ten królik. - Kejnay przykucnął przy nim. W jego łapie znów znalazł się obsydianowy sztylet, którym zaczął machać mu przed nosem. - Jesteś głupi czy za bardzo dostałeś po łepetynie? - zapytał już zniecierpliwiony. - Mówiłem, co się stanie, jeśli odmówisz ze mną współpracy. Mam to szczegółowo opisać? Dobrze. Jeśli pękniesz, delikatnie poderżnę tej samicy gardło - dotknął ostrzem jej brody i uniósł nieznacznie - a zaufaj mi, znam się doskonale na rzeczy. Zmusimy cię, byś się patrzał przynajmniej dwie q'ije, jak kona na twoich oczach, kropla po kropli ucieka z niej życie. Okaże się to na tyle przerażające, że będziesz obserwować własną przyszłość. A potem zapewne zginie też Pek, skoro już nie będzie miał kto jej ocalić. Zabij kobietę, a oboje ocalejecie.

Łobuzersko pogładził go po futrze między uszami i wstał.

- Wysuń pazury - rzekła kobieta po angloamerykańsku.

- Co ona mówi? - Xajb'a Kej potoczył spojrzeniem po achij.

- Zrozumiałem słowo "pazury". - Kejnay schował sztylet do skórzanego pokrowca.

- Chce, byś je wysunął - dopełnił Ik.

- Po co? - zapytał Xajb'a Kej. - I skąd wiesz, co mówi?

- Okazało się, że telepatia Jun Kame działa też na ludzi. Widzę ich myśli obrazami. Niewiele rozumiem z ich głów, ale pewne obrazy są uniwersalne.

- Po co jej moje pazury?

- Wie, że zaraz zginie. Chce się czuć jak najbliżej tego, jakby zabijało ją wielkie zwierzę. Trudno jej pogodzić się z faktem, że jest traktowana w ten sposób przez inną inteligencję.

- Dosyć tej farsy. - Lolmet machnął łapami. - Przeciągacie to w nieskończoność. Do dzieła!

Spojrzenia kobiety i Xajb'a Keja znów się skrzyżowały. Zgodnie z jej prośbą wysunął z palców kocie pazury. Przytaknęła mu z wdzięcznością. Uniosła ramię i dotknęła jego futra po lewej stronie pyska, muskała je palcami, zginając wąsy. Xajb'a Kej przymrużył oczy, odchylił lekko głowę w tę stronę, położył wielką łapę na dłoni kobiety. W przeciwieństwie do Ika, który kilkukrotnie przewyższał go umiejętnościami, nie potrafił nic wyczytać z jej umysłu. Ale wciąż wyczuwał jej strach zmysłami drapieżnika, nad którym próbowała zapanować i co wychodziło jej całkiem nieźle. Wyglądali teraz niczym żegnający się przyjaciele. Postanowił, że postara się być jak najłagodniejszy. Pomoże tej, jego zdaniem, niczemu niewinnej istocie przejść w spokoju na tamtą stronę. Popatrzył na jej delikatne gardło. Przez chwilę korciło go, by zaatakować błyskawicznie i w czasie dwóch oddechów zakończyć kłami cierpienie kobiety, tym samym zabawę Jun Kame.

- Nawet nie próbuj. - Ik oczywiście musiał śledzić wszystko, co działo się w jego głowie.

Coraz bardziej zirytowany Kejnay wziął od kogoś butlę z masy kokosowej, wyciągnął korek i przytknął Xajb'a Kejowi pod nos.

- Masz na odwagę, bo chyba nigdy nie zaczniesz. Pij.

Onkalot pociągnął kilka łyków pikantnego alkoholu z kaktusa i liści innych sukulentów. Nie sądził, że to pomoże na jego rozdarcie, ale może przyniesie mu nieznaczną ulgę.

Poczuł przyjemne pieczenie w pysku, przełyku i w końcu w żołądku. Od środka po ciele szybko zaczęło rozchodzić się kojące ciepło. Natychmiast pojawiły się też pewne odważne myśli.

Zastanawiał się, jak najlepiej uspokoić tę kobietę, tak przymulić jej umysł, by lepiej zniosła swój koniec, i wpadł na pomysł, że zrobi to samo, co matki robiły z rozbisurmanionymi kociętami niechcącymi wieczorem iść spać. Sprawdzało się to też w przypadku samic wystraszonych pierwszym obcowaniem z partnerem. Działało na Pek. Xajb'a Kej liczył, że substancje zawarte w jego ślinie zadziałają też na człowieka.

Zbliżył się do kobiety. Wysunął język i pociągnął nim po boku jej twarzy, muskając delikatną skórę gorącym oddechem, a kiedy zareagowała lekkim zdziwieniem, a nie obrzydzeniem, powtórzył czynność z drugiej strony. Smakowała solą i drewnem klatki, także słodkością kruchego ciała. Włożył do pyska jej dłoń i ssał przez chwilę. Zniżył głowę, dotknął ciepłym językiem jej brzucha, przesuwał nim w górę, między piersiami, aż po czubek szyi. Przemieścił się za kobietę, chwycił pazurzastymi łapami za barki i zaczął lizać jej plecy. Sposób chyba okazał się skuteczny, bo zaczynała się odprężać. Te same emocje, podobne reakcje, działająca na umysł telepatia, ogłupianie substancjami zawartymi w ślinie - Xajb'a Kej nie miał już wątpliwości, że ludzie i Onkaloci, choć dzieliły ich gwiazdy, jakimś cudem musieli być spokrewnieni.

Zamykała oczy, gdy lizał ją po nich wilgotnym jęzorem, wielkim jak cała jej twarz.

Ignorując śmiechy i docinki z otoczenia, przykucnął, chwycił kobietę za ramiona i przysunął blisko swojego pyska. Po krótkim wahaniu dotknął swoim czołem jej czoła.

- Chciałbym wiedzieć, jak masz na imię - wyszeptał.

- Jenny.

Odsunął głowę i popatrzał na nią zdziwiony. To obce słowo, nie wiadomo co znaczące, ale brzmiące pięknie, rzeczywiście mogło być imieniem. Jeśli tak było, ciekawe, myślał, czy kobieta nauczyła się po onkalocku parę podstawowych zwrotów, czy może domyśliła się, o co ją pyta.

- Ładne imię. Jeśli kiedyś będę miał potomstwo, namówię swoją partnerkę, by tak nazwała samiczkę. Na pamiątkę odważnej kobiety z gwiazd. Chociaż tyle mogę zrobić.

Zaskoczyła go jeszcze bardziej, gdy objęła go za szyję. Odwzajemnił jej uścisk. Kompletnie się pogubił w tym wszystkim, sytuacja była tak nienormalna, że nie znalazł na nią adekwatnego określenia. Żeby ocalić jedną samicę, ku czystej rozrywce kazano mu zjeść drugą, do tego ofiara bez żalu o swój los przytulała się do łowcy, który zaraz ją zabije. Ale kim był, by osądzać zachowanie istot z gwiazd?

- Już czas - powiedział, gładząc ją po policzku. - Wybacz, ale nie da rady inaczej. Oboje jesteśmy ich ofiarami.

Zrozumiała przekaz, chociaż nie słowa. Przytaknęła stanowczo, przygryzając wargi, by jej nie drgały.

Xajb'a Kej rozwarł szczęki i wsunął sobie do paszczy głowę Jenny, czuł na języku jej przyśpieszony oddech i puls szalejący jej w gardle. I tak nie było źle, bo mogła wrzeszczeć i szarpać się jak ten biedny królik. Jemu też serce wariowało - z niepokoju, głębokiego żalu, wstydu... jak i tej przeklętej ekscytacji. Czy tego chciał, czy nie, zbudził się w nim uśpiony, pierwotny drapieżnik. Nie musiał już się bronić i sam siebie okłamywać, że jest inaczej - podobało mu się pożeranie inteligentnej istoty żywcem. Przypominało to trochę przyjemne uczucie, jakby w walce jeden na jednego powalił godnego przeciwnika albo przywłaszczył sobie siłą tereny należące do nieprzyjaciela. Czuł dokładnie to samo, co w dzieciństwie w przypadku owadów i zwierzątek.

Xajb'a Kej dalej robił podobnie, jak pokazał mu Etznab z królikiem. Przycisnął ramiona Jenny do jej tułowia i zaczął wsuwać ją bez pośpiechu przy pomocy łap do swojej gardzieli. Jun Kame żwawo komentowali, dawali wskazówki, śmiali się i klaskali, jakby oglądali dobry, krwawy pojedynek na arenie. Onkalot starał się zapomnieć o ich istnieniu. Skonstatował ze zdumieniem, że dzieje się dokładnie tak, jak oznajmił mu Kejnay - jego czaszka i żuchwa odsunęły się od siebie niby u pełnokrwistego Jun Kame. Tak jak u węża. Kobieta miała gładkie ciało, bez niewygodnych wytworów naskórka jak rogi czy nastroszone pióra, a dodatkowe nawilżenie śliną jeszcze bardziej sprzyjało przemieszczaniu się go w głąb jego trzewi.

Głowa łatwo weszła do rozszerzonego przełyku, a za nią zaczęła wsuwać się reszta nagiego ciała Jenny. Xajb'a Kej wyraźnie czuł jej nerwowe tiki i zrywy nie silniejsze od drgań, bo ściśnięta mięśniami nie miała większego pola manewru. Za wszelką cenę starał się nie myśleć, co kobieta może teraz czuć, w ciemności, wilgoci i klaustrofobicznej ciasnocie, słuchając zapowiadających zagładę dźwięków jego wnętrzności. Wymyślił sobie, że to właśnie dlatego drapieżniki miały długie kły i mocne szczęki - aby przedwcześnie zabić ofiarę i oszczędzić jej przeżywania najstraszliwszego w jej życiu koszmaru. Ku zmorze ofiar niektórzy łowcy wybili się niestety z tego schematu.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.