Rozdział 1
Trudne złego początki
Obudziłam się jak zawsze przed piątą rano. Niezależnie od pory roku mój organizm już tak się zaprogramował i nie potrafiłam spać dłużej. W domu było gorąco, otworzyłam więc okna i drzwi, żeby choć trochę ochłodzić wszystkie pomieszczenia. Chociaż "ochłodzić" to było pojęcie względne w naszym nowym świecie, gdyż w czerwcu temperatura nie spadała poniżej trzydziestu stopni nawet w nocy.
Zaparzyłam sobie kubek kawy - zbożowej, bo prawdziwej nie widziałam już od lat - i usiadłam na ławce przed domem. Robiłam tak co rano - jeśli tylko pogoda pozwalała - żeby ułożyć plan na dzień. Nie drukowali już kalendarzy, ale za przykładem mamy prowadziłam swój kalendarz w grubym zeszycie, codziennie zapisując kolejną datę dzień po dniu, miesiąc po miesiącu. Rok po roku.
Uf. Był czwarty czerwca, czyli moje urodziny. Skończyłam dwadzieścia siedem lat. Nie wiedziałam, czy powinnam się czuć młodo, czy staro, nie obchodziłam urodzin od śmierci rodziców, czyli od dziesięciu lat. Dziś też nie będzie to wyjątkowy dzień.
Nazywam się Karina Wilga, przyjaciele mówili mi Kara i, jak już wspomniałam, miałam dwadzieścia siedem lat. Sto siedemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, długie do pasa, rude włosy - nie piękne miedziane loki, tylko tak rude, że marchewki mi zazdrościły - które zawsze zaplatałam w warkocz, oraz zielone oczy.
Był rok dwa tysiące pięćdziesiąty drugi, a zmiany klimatyczne widać było już gołym okiem. Dosłownie można było je odczuć na własnej skórze. Nie stało się to oczywiście z dnia na dzień, postępowało jednak dużo szybciej, niż przewidywali naukowcy. Każdego roku zimy były coraz dłuższe i ostrzejsze, a latem wysokie temperatury wysuszały ziemię. Obecnie mieliśmy właściwie tylko dwie pory roku, czyli zimę i lato. Zima zaczynała się we wrześniu i trwała do końca kwietnia, czasami do połowy maja, następnie temperatury gwałtownie się podnosiły i już po tygodniu lub dwóch mieliśmy upały. Koniec lata był podobny, temperatura nagle zaczynała spadać i za tydzień mieliśmy śnieżyce, które trwały prawie miesiąc bez przerwy. Później następowały już tylko długie miesiące trzydziestostopniowych mrozów. Początki były przerażające. Wszystko bardzo dobrze pamiętałam, chociaż byłam jeszcze mała. Może dlatego, że moi rodzice niczego przede mną nie ukrywali. Rozmawiali przy mnie otwarcie o tym, co się działo na świecie, i uczyli mnie wszystkiego, co pomagało przetrwać te gwałtowne zmiany.
Miałam pięć lat i chodziłam właśnie do zerówki, kiedy rządy wszystkich krajów świata uznały, że ziemia jest przeludniona i trudno wyżywić dwanaście miliardów ludzi, więc wprowadzili kontrolę urodzeń.
Wtedy tego nie rozumiałam. Bardzo płakałam, kiedy rodzice mi tłumaczyli, że nie będę starszą siostrą - marzyłam o tym, odkąd Beata z mojej klasy pochwaliła się, że ma małego braciszka - ale tata wyjaśnił, że to byłoby okrutne, bo jedzenia ledwo wystarczało dla nas. Mama uważała, że kontrolę urodzeń powinni byli wprowadzić co najmniej dziesięć lat wcześniej, może wtedy nie doszłoby do tej katastrofy tak szybko.
Ograniczenie przyrostu ludzkości nie mogło już niczego zmienić, było za późno na cokolwiek poza walką o przeżycie. Rodzice opowiadali o tym, jak ludzie protestowali przeciw wycince lasów, zanieczyszczeniom środowiska, spalaniu paliw kopalnych. Były to jednak tylko krople w wielkim oceanie chciwych, bogatych ludzi, którzy chcieli być jeszcze bogatsi.
Moja szkolna kariera skończyła się na drugiej klasie podstawówki - nie byłam jednak imbecylem, mama uczyła mnie w domu - kiedy niedożywione dzieci zaczęły chorować na grypę. Zaczęło się na jesieni i do wiosny mieliśmy pięć epidemii różnych mutacji grypy i covidu. Wielu ludzi umarło tamtej zimy. Przeważnie dzieci i starcy.
Mieszkaliśmy wtedy w niewielkiej miejscowości pod Lublinem, w domu z trzema pokojami i ogrodem, w którym mama uprawiała warzywa i owoce. Za ogrodem było pole, na którym tata uprawiał pszenicę i ziemniaki. Mama pracowała w szkolnej bibliotece aż do zamknięcia szkoły, później dorabiała, piekąc ludziom chleb i robiąc sery. Tata miał etat w pobliskiej przetwórni, dzięki czemu mieliśmy w domu zapas mrożonych owoców i warzyw.
Moi rodzice byli najwspanialszymi ludźmi na świecie. Bardzo się kochali i nigdy nie okłamywali, a jeśli w jakiejś kwestii mieli inne zdanie, dyskutowali o tym otwarcie. Mama była niska, miała sto sześćdziesiąt cztery centymetry wzrostu, miała rude włosy i zielone oczy. Tatko natomiast był wysoki i miał sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu, był szczupły ale silny, miał blond włosy i niebieskie oczy. Właśnie z takiego połączenia wyszłam ja - wysoki i silny rudzielec.
Kiedy tamtego roku przyszło lato i epidemie się skończyły, ludzie odetchnęli z ulgą. Lato jednak przyniosło tylko suszę i wyniszczające burze z gradem, co spowodowało duże niedobory żywności. Zima zbliżała się wielkimi krokami, w sklepach brakowało jedzenia, z pól nie bardzo było co zbierać, a ludzie z rządu powtarzali tylko "pomożemy najbiedniejszym" i " przetrwamy to". Zima okazała się wyjątkowo mroźna i nie wszyscy przetrwali. Ludzie umierali z głodu i zimna.
Dwa kolejne lata były walką o przeżycie, z których pamiętam głównie to, że rodzice wiele dyskutowali o przyszłości. Tatko był człowiekiem praktycznym i już po pierwszej wielkiej suszy zaopatrzył się w poradniki dla survivalowców, myśliwych i wszelkie książki typu "zrób to sam". Cała nasza trójka czytała te tomy, aż nauczyliśmy się, jak sprawić jelenia, rozpalić ognisko w deszczu, nie zamarznąć na trzydziestostopniowym mrozie i która broń jest najlepsza na polowanie. Mama za to odznaczała się wyjątkową pomysłowością i potrafiła ugotować fantastyczny obiad z byle czego; może trochę wyolbrzymiałam, ale zupę z mrożonych czereśni z lanymi kluskami uwielbiałam. Mimo że nie mieliśmy za dużo pieniędzy, tata kupił dwie strzelby myśliwskie, amunicję i łuk bloczkowy, co pomogło nam i naszym sąsiadom przetrwać te dwa lata.
Wiosną dwa tysiące trzydziestego czwartego roku rodzice zastanawiali się, skąd wziąć nasiona na tegoroczny siew, kiedy odwiedził nas urzędnik z gminy. Sprzątaliśmy właśnie po śniadaniu, gdy usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Tatko poszedł otworzyć i po chwili wrócił do kuchni z niskim, łysym człowieczkiem w kaloszach i grubym palcie.
- Dzień dobry państwu. Nazywam się Piotr Kołacz i jestem w urzędzie gminy kimś w rodzaju rzecznika w kontakcie z mieszkańcami. - Pogrzebał w czarnej teczce i wyjął z niej jakieś papiery. - Państwo Adrian i Alina Wilga?
- Adrian Wilga. - Tato wyciągnął rękę do pana urzędnika. - A to moja żona Alina i córka Karina.
- Miło mi państwa poznać. Czy możemy gdzieś usiąść i porozmawiać chwilę?
- Zapraszamy do stołu. Napije się pan herbaty?
- Dziękuję bardzo, ale nie chcę państwu zabierać czasu, a i mnie czeka jeszcze spacer do kilku domów.
Usiedliśmy wszyscy przy stole.
- Nie muszę państwu tłumaczyć, jakie mamy czasy i jak trudno teraz zdobyć jakąkolwiek żywność.
- Przepraszam - przerwała urzędnikowi mama - ale czy chodzi o to, że nie dostaniemy z gminy żadnych nasion w tym roku?
- Och, nie. Nasiona są do odebrania w magazynie gminy. Każdy chętny może się zgłosić. Problemem nie jest, co siać, tylko gdzie siać - westchnął pan Kołacz.
- Nie rozumiem. - Mama zaczęła się denerwować.
- Może wyjaśnię po kolei. Jak państwo wiedzą, nasz region położony jest na wyżynie, przez co ziemia jest tu wyschnięta i nieurodzajna. Są jednak miejsca w Polsce, które mają ziemię urodzajną, niedotkniętą przez suszę w takim stopniu jak tutaj. Szukamy rodzin chętnych do przeprowadzki w tamte regiony, aby uprawiać zboże i warzywa, które gmina od nich odkupi, by wykarmić ludzi z miast. - Podał tacie kilka kartek. - Będą mogli państwo wybrać sobie z tej listy, w której wsi chcą zamieszkać. My pomożemy w przeprowadzce, lecz tylko w formie darmowego paliwa. Ten dom oczywiście pozostanie państwa własnością, niczego nie zabieramy. Dom i ziemia w nowym miejscu byłyby u państwa w dzierżawie na czas nieokreślony. Czy mają państwo pytania?
- Tak. Dwa. - Tatko zamyślił się przez chwilę i westchnął. - Czy dom, w którym mielibyśmy mieszkać, został komuś odebrany?
- Nie, w żadnym razie. Domy należały do ludzi, którzy zmarli w ostatnich latach i nie mieli spadkobierców.
- Ile mamy czasu na zastanowienie się?
- Mamy początek kwietnia, więc nie za wiele. Rozumie pan chyba? Chcielibyśmy, żeby przed zasiewami rodziny były już na miejscu.
- Czy za dwa dni możemy dać odpowiedź?
- Oczywiście. - Pan Kołacz uśmiechnął się i wyciągnął rękę do taty. - Proszę też przyjechać po nasiona. Wpiszę państwa na listę.
- Dziękuję bardzo. - Tata uścisnął podaną dłoń. - Na pewno się zgłoszę.
Urzędnik pożegnał się i wyszedł.
Rodzice długo dyskutowali na temat przeprowadzki, wymieniali za i przeciw, przeglądali listę wsi, odnajdując je na mapie. Nawet mnie pytali o zdanie, jakby dziewięciolatka miała pojęcie, co będzie najlepsze dla rodziny. Tata uznał, że jeśli jestem dość duża, żeby uczyć się polować, to jestem dość dorosła do podejmowania decyzji, od których zależy nasza przyszłość. Zrezygnowaliśmy z pracy na dziś, ugotowałyśmy tylko z mamą gulasz z królika na obiad, a tata odwiedził sąsiadów, żeby zapytać, co o tym sądzą. Po obiedzie decyzja o przeprowadzce była już podjęta, pozostało nam tylko wybrać dokąd.
Resztę dnia spędziliśmy przy komputerze, przeglądając wszystko, co było w Internecie o wsiach z listy. Wieczorem mieliśmy już własną listę miejsc położonych niezbyt blisko dużych miast i w okolicy lasów, gdyż dzięki polowaniom nie musieliśmy walczyć o te resztki mięsa, które czasami można było dostać w sklepie. Następnego dnia byliśmy już zdecydowani, więc tatko pojechał do gminy po nasiona i papiery potrzebne do zajęcia domu w nowym miejscu, a my z mamą wzięłyśmy się do pakowania. Ubrania, sprzęty kuchenne, bez których mama nie mogła się obejść, broń oczywiście i całe pudło książek. Trochę marudziłam, kiedy tata powiedział, żeby spakować wszystkie nasze poradniki.
- Tatku, przecież wszystko to już znamy na pamięć. Choćbym nie wiem, ile razy je czytała, niczego nowego tam nie znajdę.
- Dziecinko, a jeśli tam, gdzie zamieszkamy będą ludzie, którzy zechcą się nauczyć tego, co ty umiesz? Chyba łatwiej będzie pożyczyć im książkę, niż recytować tekst godzinami, no nie? - Tata uśmiechnął się i mrugnął do mnie - A poza tym na starość dużo się zapomina, więc może będę musiał uczyć się od nowa.
- Tatku, ty nigdy nie będziesz stary!
Wszyscy roześmialiśmy się i wróciliśmy do pakowania. Wieczorem pożegnaliśmy się z sąsiadami - oni też zdecydowali się przeprowadzić, ale nie tam gdzie my - a rano wyruszyliśmy w drogę; zajechaliśmy jeszcze tylko do magazynu gminy po obiecane darmowe paliwo do samochodu. I tak oto trafiliśmy do naszego nowego domu, wsi o nazwie Domostawa, położonej w województwie podkarpackim, po południowej stronie Lasów Janowskich. Wybraliśmy nieduży dom z dwoma pokojami i wielką kuchnią - tata uznał, że mniejszy dom łatwiej ogrzać w zimie - dużym podwórkiem i murowaną stodołą. Wiele rodzin już się wprowadzało w okolicy, niektóre miały jeszcze dojechać, ale było też kilku stałych mieszkańców.
Pierwszy rok był mniej więcej taki, jak nam obiecano. Dostaliśmy siedem hektarów ziemi, więc tata posiał po dwa hektary pszenicy, kukurydzy i ziemniaków. Na pozostałej ziemi posadził drzewka owocowe. Duży ogród kwiatowy mama przerobiła na warzywnik, a w stodole urządziła kurnik i zagrodę dla kóz. Połowa stodoły była wypełniona sianem i słomą, więc mieliśmy spory zapas dla zwierząt. Tutejsza gmina dała nam dwadzieścia kur, dwa koguty, cztery kozy i koziołka. Za darmo. Mówili, że to inwestycja na przyszłość. Rodzice jednak doszli do wniosku, że zwierzęta zostały po zmarłych tutejszych gospodarzach, a urzędasy nie wiedzieli, co z nimi począć, więc je rozdawali. Przysłali nam nawet nauczycielkę, która urządziła w swoim domu szkołę; we wsi była szkoła, ale dla osiemnaściorga dzieciaków nie opłacało się jej otwierać.
Tak więc kiedy rodzice pracowali na polu i przy zwierzętach, ja musiałam chodzić do szkoły. Pani Karolina podzieliła nas na dwie grupy. Maluchy - od piątego do dziesiątego roku życia - i starszaki - od jedenastego do szesnastego. Rano miały lekcje starszaki, a my przychodziliśmy po obiedzie. Po pierwszym tygodniu nie wytrzymałam. Oświadczyłam mamie, że więcej tam nie idę i pokazałam jej zeszyt, żeby zobaczyła, czego muszę się uczyć. Mama tylko westchnęła i powiedziała, że się tym zajmie. Nie wiedziałam, co zrobiła, ale od następnego tygodnia pani Karolina uczyła głównie pięcio- i sześciolatki; oraz te dzieci, które nie uczyły się w domu jak ja. Reszta miała tak zwaną szkołę życia. Obowiązkowo chodziliśmy do większych gospodarstw pomagać w pieleniu chwastów albo przy obrządku zwierząt. Raz w tygodniu tata prowadził zajęcia strzeleckie, mama i dwie inne sąsiadki dawały lekcje gotowania, a pewne starsze małżeństwo uczyło nas wszystkiego o jadalnych roślinach i grzybach w pobliskich lasach. Mieliśmy we wsi też zapalonego wędkarza, który zabierał chętnych nad rzekę na naukę łowienia ryb. Niestety w pełni lata rzeka niemal zupełnie wyschła i ryby się skończyły.
Lato było bardziej upalne od poprzedniego, upał dał się wszystkim we znaki, a jednak zbiory udały się niemal tak dobrze jak tata miał nadzieję. Gmina odkupiła trzy czwarte zebranej pszenicy i kukurydzy oraz połowę ziemniaków, więc mogliśmy pojechać do miasta na większe zakupy. Najpierw zrobiliśmy zapas niezbędnych w zimie lekarstw i witamin, a także amunicji do broni myśliwskiej i strzał do łuku. Dostałam też własny łuk i strzały pod warunkiem, że sama będę o niego dbała. Potem odwiedziliśmy sklep odzieżowy, by kupić ubrania na zimę - głównie dla mnie, bo podobno ze wszystkiego strasznie wyrosłam - i spożywczy, by zaopatrzyć się w towary, których sami nie mogliśmy wyprodukować. Zostało jeszcze trochę pieniędzy, więc tata kupił kilka kanistrów paliwa na czarną godzinę. Zapas drewna na opał zrobiliśmy przez lato, tak jak i całą spiżarnię przetworów, więc można było powiedzieć, że byliśmy gotowi na przyjście zimy.
Zima okazała się mroźniejsza i dłuższa niż poprzednia. W październiku śnieg padał niemal bez przerwy, potem chwycił mróz poniżej dziesięciu stopni i trzymał do połowy marca, aż nagle temperatura podniosła się gwałtownie i całe te zwały śniegu zaczęły topnieć. Ziemia była nawodniona, w rzece znowu było mnóstwo ryb, drzewa owocowe zaczęły gwałtownie kwitnąć, a jednak plony w kolejnym roku były o połowę mniejsze. Kolejna zima była mroźniejsza, a lato krótsze i gorętsze od poprzedniego. Coraz więcej ludzi umierało z zimna lub głodu, niektórzy wyjeżdżali w inne rejony kraju z nadzieją, że tam będzie lepiej. Ale my wiedzieliśmy, że lepiej nie będzie. Będzie tylko gorzej z każdym rokiem i trzeba było nauczyć się żyć w tym nowym świecie i przetrwać.
W dwa tysiące trzydziestym siódmym roku nikt nie przyjechał po zbiory. Telefony nie działały już od dawna, zresztą tak jak Internet, i tylko sporadycznie jakąś lokalną stację radiową można było złapać.
We wsi pozostało już tylko pięć zamieszkanych domów, w tym nasz i naszego najbliższego sąsiada, pana Szymona. Tata postanowił pojechać do gminy, żeby sprawdzić, co powoduje opóźnienia w odbiorze ziarna i ziemniaków. Ja i pan Szymon pojechaliśmy z nim. Ja, bo mama uznała, że przydam się tacie, a pan Szymon chciał kupić sobie nowe buty na zimę.
Kiedy dojechaliśmy do miasta, zauważyliśmy, że coś jest nie tak. Na ulicach nie było ludzi. Jarocin nie był co prawda wielkim miastem, ale tutaj nie było kompletnie nikogo. Pojechaliśmy do urzędu gminy, lecz i tam nikogo nie było. Drzwi były otwarte, więc weszliśmy. Po przeszukaniu kilku biurek mieliśmy już jakieś pojęcie, co się dzieje na świecie. W papierach były informacje o tym, że już trzy lata temu liczba ludności w Polsce zmniejszyła się o ponad połowę, a obecnie było nas już tylko niecałe dziesięć milionów i każdego roku umierało coraz więcej ludzi. W innych częściach świata było jeszcze gorzej. Południowa półkula nie nadawała się już do zamieszkania ze względu na wysokie temperatury i wyniszczające susze. Azja zaliczyła najwyższą śmiertelność ze względu na gęstość zaludnienia. Z dokumentów wynikało, że ludzka populacja zmniejszyła się do około dwóch miliardów na całym świecie. Data na dokumencie była jednak z wiosny tego roku, więc nie mieliśmy najświeższych informacji. Tato rzucił papiery na biurko i machnął ręką.
- To i tak nam w niczym nie pomoże. Lepiej rozejrzyjmy się po mieście. Zima może się zacząć lada dzień, a my potrzebujemy wielu rzeczy.
- Tylko czy sklepy nie będą pozamykane, skoro nie ma ludzi? - Pan Szymon wyraźnie się zmartwił tą sytuacją. - Przecież nie możemy się tak po prostu włamywać i brać tego, czego chcemy.
- Najpierw zbadamy sytuację, a potem zdecydujemy, co dalej robić.
Szczęście nam dopisało i nie musieliśmy chodzić po mieście. Przed wejściem do budynku czekał na nas starszy mężczyzna.
- Zobaczyłem was z okna i przyszedłem powiedzieć, co i jak, bo wyglądacie na zagubionych. - Wyciągnął rękę do pana Szymona. - Nazywam się Stanisław Zdunek.
Pan Szymon przedstawił nas wszystkich, podaliśmy sobie ręce i wskazał mojego tatę jako przywódcę naszego małego stada.
- Opowie nam pan, co tu się stało? - zapytał tatko.
- Opowiem oczywiście, ale najpierw pójdziemy do mojego domu. Żona robi gorącą herbatę, rano upiekła świeże bułki, siądziemy i porozmawiamy w cieple. Na dworze już czuje się nadchodzący śnieg. Zapraszam.
Pani Zosia Zdunek okazała się przemiłą kobietą, która cały czas się uśmiechała, mimo że w oczach miała smutek. Chyba była tak samo niepewna przyszłości jak my.
Poczęstowała nas herbatą oraz bułeczkami z konfiturą malinową domowej roboty. Usiedliśmy wygodnie przy kominku i pan Stanisław zaczął opowiadać.
- Moja Zosia pracowała jako sekretarka w urzędzie gminy, więc wiemy, kiedy to się zaczęło. Już w zeszłym roku w mieście było niewielu mieszkańców. Ludzie głodowali i umierali z zimna, prąd nam wyłączali, czasami nawet na długie tygodnie. Ostatnia zima była najgorsza, ponieważ nie dostaliśmy przydziałowych ziemniaków i zboża. Wciskali ludziom kłamstwa, że plony, które zbieracie wy i ludzie z innych wsi, padły w czasie suszy. My wiedzieliśmy, że tak nie było, ale mimo to musieliśmy kupować wszystko w sklepie, w którym też niewiele już było. Na wiosnę Zosia dowiedziała się, że wszystko, co im sprzedaliście, wywieźli do stolicy, dla ludzi z rządu. Wszyscy urzędnicy wyjechali razem z rodzinami. Mieszkańcy, którzy jeszcze tu byli, zaczęli uciekać na zachód. Ktoś puścił plotkę, że tam zimy są łagodniejsze, chociaż to nie ma najmniejszego sensu. Właściciele tutejszych sklepów zabrali część towarów, resztę zostawili, więc jeśli czegoś potrzebujecie, to nie krępujcie się i bierzcie śmiało.
Słuchając, zastanawiałam się, jak ludzie mogą być tak okrutni dla innych. Moi starsi towarzysze chyba myśleli bardziej trzeźwo, bo tata tylko westchnął i pokręcił głową, a pan Szymon prychnął i stwierdził, że to nic nowego.
- A czemu wy tu zostaliście? - zapytał tata.
- No cóż, właściwie nie planowaliśmy tu zostać. Pomyśleliśmy, że przyłączymy się do jednej z pobliskich wiosek. Odwiedziliśmy kilka na południu, ale wszystkie były opuszczone. Do waszej też mieliśmy pojechać, lecz nie robiliśmy sobie zbyt wielkich nadziei.
- Serdecznie zapraszamy do nas. Naprawdę będzie nam miło, jeśli przeniesiecie się do naszej osady. Niewielu już nas tam zostało, tylko pięć domów jest zamieszkanych i bardzo chętnie powitamy nowych mieszkańców.
- Chcę, żebyście wiedzieli, że nie będziemy darmozjadami - wtrąciła się nieśmiało pani Zosia. - Zabierzemy całe nasze zapasy przetworów. Do tego moją maszynę do szycia i materiały ze sklepu dziewiarskiego, więc będę mogła szyć ciepłe kołdry dla wszystkich.
- A ja chciałbym zabrać kilka sprzętów ze sklepu, w którym pracowałem - dodał z uśmiechem pan Stanisław. - Jest to sklep rzemieślniczy i są tam takie rzeczy jak maselnice, młynki do mielenia ziarna na mąkę i kołowrotki do przędzenia wełny. Mam przeczucie, że to wszystko może się nam teraz przydać.
- Fantastycznie! - ucieszył się tata. - Chciałbym zobaczyć, co jeszcze jest w tym sklepie. No i my też potrzebujemy wielu rzeczy, więc powinniśmy się wybrać na zakupy. Tylko że do tego będziemy potrzebować większego samochodu albo dwóch.
- Przy magazynie gminy stoi kilka busów dostawczych z kluczykami w środku - uspokoiła go pani Zosia. - A i kilka kanistrów paliwa jeszcze powinno tam być. Tylko że za kilka godzin zrobi się ciemno. Może poczekać do jutra z tą przeprowadzką? No i musimy się przecież spakować.
- Oczywiście, tak będzie najlepiej - odparł tata. - Przyjadę jutro z Krzyśkiem i Adamem, przecież kierowcy też będą potrzebni. Przyjedziemy rano zaraz po śniadaniu i pomożemy w pakowaniu.
- Ja mogę pomóc - zaproponowałam. - Mogłabym zostać i pomóc w pakowaniu. Proszę, tatku!
- A nie miałyście z Elizą w planach jakiejś pracy?
- Wczoraj uszczelniłyśmy wszystkie kurniki, a dynie mogą poleżeć na polu jeszcze kilka dni. Proszę, tatku, chciałabym pomóc. - Wyszczerzyłam zęby w wielkim uśmiechu, aż wszyscy zaczęli się śmiać.
- No dobrze. Jeśli państwo Zdunek się zgodzą, możesz zostać do pomocy.
- Oczywiście, że może zostać. Pomoc jest zawsze mile widziana. Może przejdziemy się też do sklepu z materiałami po zapasy.
Pani Zosia się ucieszyła. W jej oczach nie było już smutku, tylko wyraźne ożywienie.
- W takim razie my już ruszamy. Zajedziemy jeszcze do obuwniczego po buty i sprawdzimy, czy te busy są na chodzie. - Tata uścisnął mnie mocno i pocałował w czoło. - Weź swój łuk z samochodu i pamiętaj, żeby zabierać go ze sobą, kiedy wychodzisz na ulicę. Wilki mogą się kręcić po pustym mieście.
Przeprowadzka udała się nadspodziewanie dobrze. Tata przywiózł ze sobą sąsiadów - oprócz Adama i Krzyśka przyjechał jeszcze pan Tomek, tata Elizy - więc załadowaliśmy trzy busy, samochód państwa Zdunków i nasz.
Sprzęty ze sklepu rzemieślniczego, chemia i kosmetyki, lekarstwa, buty i ubrania w różnych rozmiarach. Miło nas zaskoczył magazyn przy supermarkecie, gdyż było w nim mnóstwo konserw, ryżu, makaronów i zup w proszku. A przede wszystkim całe palety wody butelkowanej. Po krótkiej naradzie dorośli zdecydowali, że zrobią kilka kursów w najbliższych dniach i przewiozą wszystkie produkty z magazynu do naszej wsi. Ja ze swojej strony zaproponowałam, że razem z Elizą wysprzątamy jeden z domów i zrobimy z niego spiżarnię. W innym zrobiliśmy składzik odzieżowy, gdzie trzymaliśmy zapas ubrań i butów na każdą porę roku. Wpadłyśmy na ten pomysł z panią Zosią, po odwiedzeniu kilku sklepów z ubraniami.
Sklep z bronią też nas nie zawiódł. Znaleźliśmy tam nie tylko strzelby i łuki, ale również pistolety. Było też kilka karabinków, mnóstwo amunicji i rozmaite akcesoria do broni. Teraz łuk i strzelba były w każdym zamieszkanym domu, a reszta zamknięta w wielkiej szafie w naszym domu.
Zdunkowie zajęli dom tuż obok rodziny Elizy, a spiżarnię urządziliśmy w jednym z większych, gdyż zapasy okazały się na tyle duże, że zajęły aż cztery pokoje. Byliśmy zachwyceni własnym młynarzem panem Stanisławem, a konfitury i pikowane kołdry pani Zosi pokochali wszyscy. Ta zima jednak przyniosła też wiele smutku.
W lutym zaczęło brakować drewna, więc tata, pan Tomek, Krzysiek i Adam pojechali do lasu. Krzyśkowi drzewo przygniotło nogi. Złamania były zbyt poważne. Zmarł po kilku dniach. Adam i jego żona postanowili wyjechać na wschód, do jego rodziców. To jednak wydarzenia zbliżającego się lata niemal mnie złamały, a na pewno zmieniły sposób, w jaki patrzyłam na ludzi.
Pierwsze promienie słońca zaświeciły mi prosto w oczy, dzięki czemu otrząsnęłam się ze wspomnień. Nie chciałam teraz o tym myśleć. Czas było wziąć się do roboty. Dopiłam zimną już kawę, wypuściłam kury, żeby dziobały sobie trawę, nakarmiłam i wydoiłam kozy. Moby przyczłapał do mnie z miską w zębach, jakby uznał, że mogę zapomnieć nakarmić i jego, więc nasypałam mu suchej karmy.
Moby był owczarkiem podhalańskim, którego uratowałam od śmierci sześć lat temu. Imię dostał po wielorybie z książki Hermana Melville Moby Dick, gdyż jak ten wieloryb był wielki, biały i trudny do okiełznania. Teraz był moim najlepszym przyjacielem i wielkim obrońcą.
Wyprowadziłam ze stodoły wózek z długą rączką - tatko zrobił go dla mnie, kiedy jeszcze miałam za mało siły na dźwiganie baniek z mlekiem, ale nadal go używam - załadowałam na niego bańki z mlekiem dla Maliny i worki na mąkę od Stanisława. Odkąd dorosłam, starsi mieszkańcy nakazali mi, żebym mówiła im po imieniu. Tylko do pana Szymona zwracam się, jakbym nadal była małą dziewczynką.
Zapięłam pas z bronią na biodrach, na plecy zarzuciłam łuk, a czapkę z daszkiem na głowę. Pozamykałam wszystkie okna i zaciągnęłam zasłony, żeby upał nie wdzierał się do domu, zamknęłam drzwi na klucz i mogłam ruszać w drogę.
Moby truchtał obok mnie.
Pan Szymon jak zawsze rano robił obchód wśród swoich uli. Staruszek miał już dobrze ponad siedemdziesiąt lat, całkiem białe włosy i był wysoki. Zauważyłam jednak, że wiek trochę pochylał go ku ziemi. Kiedy mnie zobaczył, pomachał ręką, żebym się zatrzymała.
- Dzień dobry, panie Szymonie!
- Cześć, Karo! Idziesz może do pań Okońskich? - zapytał pan Szymon.
- Tak, mam mleko dla Maliny. I mąkę od Stana muszę przywieźć, bo dziś dzień pieczenia chleba.
- Poczekaj sekundkę. - Podniósł duży koszyk i postawił na wózku. - To dla Mirelli, wosk i pokrzywy ścięte z samego rana, jak prosiła.
- Czym różnią się pokrzywy ścięte rano od ściętych o innej porze dnia? - zapytałam zdezorientowana. - Zresztą nieważne. Chyba nie chcę wiedzieć, co za eliksir z tego upichci.
- Tak, ja też. - Pan Szymon zachichotał. - Ale muszę przyznać, że te jej ziołowe nalewki przepędzą każdą grypę. Przekaż Mirelli, że przyjdę później po lekarstwo na ból pleców. - Puścił do mnie oko i wrócił do swoich uli.
- Jasne, nie ma sprawy - odparłam i ruszyłam w dalszą drogę, z wiernym psem u boku.
Siostry siedziały na ławce przed domem, piły poranną herbatę i żywo o czymś rozmawiały.
Malina i Mirella miały po pięćdziesiąt osiem lat i były bliźniaczkami. Obie miały młodzieńcze usposobienie, często się uśmiechały i próbowały mnie wyswatać z każdym wolnym mężczyzną, który pojawił się w naszej osadzie. Malina miała krótko ścięte siwe włosy, ubierała się skromnie, w męskie koszule w kratę i ogrodniczki. Zajmowała się przerabianiem mleka od moich kóz i krów Jacka na pyszne sery, jogurty i masło. Mirella natomiast była jak kolorowy kwiat. Długie włosy często farbowała jakimiś ziołami na różne kolory i ubierała się w różnobarwne sukienki. Dzięki jej pracy mieliśmy zapasy leków ziołowych na każdą zimę oraz pyszne suszone grzyby.
- Cześć, dziewczyny! - zawołałam - Dary przywiozłam.
- Witaj, słoneczko! - krzyknęły obie naraz. - Co dla nas masz?
- Świeże mleko dla Maliny oraz wosk i pokrzywy dla Mirelli. - Widząc podniesioną lewą brew Mirelli, dodałam: - Ścięte dziś o świcie przez pana Szymona.
- Cudownie - powiedziała z uśmiechem Mirella. - Ugotuję dziś pyszny chłodnik z pokrzyw na kolację dla wszystkich.
- Chłodnik? - zapytałam. - Myślałam, że zrobisz z nich jakiś syrop na kaszel albo maść na bolące kolano. Czy to nie dlatego miały być ścięte o świcie?
Mirella spojrzała na mnie srogo i pogroziła palcem.
- Czy ty mnie masz za jakąś czarownicę? Lekarstwa, które robię z ziół, to czysta nauka. A co do pokrzyw to chyba nie chciałabyś jeść zupy ze zwiędłych liści? - odparła z uśmiechem, który mnie rozbroił.
- Rozumiem, przepraszam. - Podniosłam dłonie w obronnym geście, jednocześnie starając się ukryć rozbawienie. - Upiekę kilka dodatkowych chlebów i ugotuję jajka na twardo. Przyniosę wszystko po południu.
- Fantastycznie - wtrąciła rozradowana Malina. - Jacek w nocy wędził kiełbasy, a ja zrobię kozie serki z miętą. Urządzimy sobie dziś wieczorem ucztę. Skoro i tak trzeba zrobić zebranie, to można przy tym dobrze zjeść.
- Czy stało się coś, co wymaga głosowania? - zapytałam trochę spięta. - Wczoraj wieczorem było spokojnie, kiedy robiłam obchód.
- Och, nie, słonko. Nic się nie stało. - Mirella zdawkowo machnęła ręką. - Chodzi o tych dwoje, co dziś w nocy przyjechali. Przecież zawsze wspólnie decydujemy, czy przyjąć nowych do naszego grona.
- Ktoś nowy jest tutaj? Kiedy przyjechał? - Starałam się stłumić zdenerwowanie, ale chyba mi to nie wychodziło, bo obie siostry zauważyły, co się ze mną dzieje.
- Wiemy tylko, że koło północy przyjechał samochód z dwojgiem młodych ludzi, podobno rodzeństwo. Mikołaj ich przywitał i pozwolił zanocować w jednym z domów bliżej głównej drogi. Nie wiemy nawet, czy będą chcieli tu zostać. Może chcieli tylko odpocząć w czasie podróży. - Malina próbowała mnie uspokoić.
Obie siostry dobrze wiedziały, dlaczego nie lubiłam obcych i jak trudno przychodziło mi zaufanie nowym ludziom. Były świadkami wydarzeń, które zmieniły mnie na zawsze.
- No tak. Chyba zatem zajdę do Mikołaja i dowiem się, co i jak. - Zauważyłam, że bliźniaczki posmutniały, więc z uśmiechem dodałam: - A pomysł ze wspólną kolacją jest wspaniały. Przekażę wiadomość dalej. Może pan Szymon ma jeszcze trochę tej pysznej nalewki miodowej.
- Byłoby wspaniale - ucieszyła się Mirella. - A jajkami to ty się nie zajmuj, my same ugotujemy. Tylko przyślij nam tu Nikolę z dwoma tuzinami, jak nie będzie ci już potrzebna.
- No to do wieczora, dziewczęta.
- Do wieczora, kochaniutka!
Zebrały z wózka swoje produkty i pobiegły do domu, a ja ruszyłam do Stanisława po mąkę. Musiałam też koniecznie wypytać Mikołaja o tych obcych, inaczej nie będę mogła skupić się na pracy.
Stan i Zosia wiedzieli już o kolacji i obiecali przyjść. O przyjezdnych nie wiedzieli nic, za to Marcel, który mieszkał obok kowala i pomagał Stanowi w młynie, opowiedział co nieco.
- Przyjechali koło północy. Wyszedłem na dwór, bo obudził mnie samochód. Widziałem kolesia mniej więcej w moim wieku, a w aucie siedziała młoda dziewczyna. Raczej nastolatka. Nie widziałem wyraźnie, bo było za ciemno. Mikołaj wskazał im dom, w którym mogą przenocować, i powiedział, że pogadają po południu.
- Siostry mówiły, że to rodzeństwo - mruknęłam i westchnęłam, po czym dodałam już głośniej z uśmiechem. - Może nie ma się czym martwić. No nic, pójdę już. Muszę wstąpić jeszcze do kowala z zamówieniem na groty do strzał. Do zobaczenia wieczorem.
- Poczekaj, dziecko - sapnął Stanisław, wrzucając worki z mąką na mój wózek. - Marcel też tam idzie, po części do młynka, to ci pociągnie ten wózek trochę. - Puścił do mnie oko i wrócił do pracy, a my ruszyliśmy do kowala.
Marcel i jego mama Barbara dołączyli do nas cztery lata temu. Wcześniej mieszkali w jakiejś wsi w Bieszczadach, po śmierci ojca Marcel uznał jednak, że łatwiej im będzie żyć z dala od gór. Spakował więc graty swoje i mamy, załadował wszystko do samochodu - nie było to łatwe, gdyż Basia była niepełnosprawna i jeździła na wózku - i ruszyli na północ. Mijali kilka osad po drodze, ale żadna im się nie spodobała. Aż trafili do nas. Basia miała pięćdziesiąt pięć lat, była przemiła i uwielbiała rozmawiać o książkach. Zajmowała się robieniem na drutach, więc we wsi mieliśmy swetry, szaliki i czapki zrobione przez nią. Marcel miał dwadzieścia sześć lat, sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu i wielkie mięśnie, jakby od urodzenia podnosił ciężary. Nie był zbyt gadatliwy i nie lubił siedzieć bezczynnie, dlatego oprócz pomagania w młynie uczył się pszczelarstwa u pana Szymona i pomagał w gospodarstwach przy zwierzętach.
Niektórzy w osadzie mieli nadzieję zrobić z nas parę, my jednak od pierwszej chwili wiedzieliśmy, że będziemy raczej jak brat i siostra.
Niedawno Marcel zwierzył mi się, że ma zamiar poprosić Nikolę o rękę, jak tylko dziewczyna skończy osiemnaście lat. Oczywiście cała wieś wiedziała, że mają się ku sobie, ale wszyscy udawali, że niczego nie widzą. Kiedyś może tak duża różnica wieku byłaby nie do pomyślenia, teraz jednak nie miało to znaczenia.
- Martwisz się tym obcym? - przerwał ciszę Marcel. - Wiesz, że jak będzie do ciebie podskakiwał, to mu tyłek skopię, nie?
- Wiem, wiem - westchnęłam. - Raczej martwię się o Nikolę, jej musisz pilnować. Ja sobie poradzę. No i jest jeszcze Moby - dodałam z uśmiechem. - Mój obrońca.
Spojrzeliśmy na psa, który warczał właśnie na kretowisko i oboje wybuchnęliśmy śmiechem.
Z daleka było słychać stukanie młotka o kowadło, co znaczyło, że nasz kowal jest w swojej kuźni. Mikołaj Arczewski przybył do naszej osady wraz ze swoją czteroletnią wówczas córką, trzynaście lat temu. Jego żona zmarła trzy miesiące po porodzie na zapalenie płuc. Mieszkali wtedy w Rzeszowie, w centrum miasta, dzięki czemu łatwiej mu było zająć się niemowlakiem, gdyż w sklepach można było jeszcze dostać mleko i inne produkty potrzebne małym dzieciom. Kiedy jednak sklepy zaczęły świecić pustkami, postanowił poszukać lepszego miejsca dla siebie i córki.
Z moim tatą polubili się od razu, gdyż byli do siebie bardzo podobni, obaj podchodzili do świata bardzo praktycznie. Mikołaj zdecydował, że nauczy się kowalstwa, wyruszyli więc na poszukiwanie odpowiednich książek i z pomocą Stanisława zbudowali kuźnię. Z jednej ze swoich wypraw przywieźli CB-radia, które zainstalowali w każdym zamieszkanym domu, oraz krótkofalówki, potrzebne podczas wypadów po zapasy. Tak samo było z panelami słonecznymi, dzięki którym do tej pory mieliśmy prąd w domach, czego nie można było powiedzieć o innych osadach. Wiele innych udogodnień zyskaliśmy dzięki temu duetowi. Ja w tym czasie zajmowałam się małą Niko, i to chyba dzięki niej udało mi się zapomnieć, jak bardzo brakowało mi Elizy. Teraz Mikołaj miał czterdzieści pięć lat i był dla mnie trochę jak starszy brat.
Nikola wybiegła z domu, zanim podeszliśmy do furtki. Ona chyba nigdy nie chodziła normalnie, jakby ciągle gdzieś się spieszyła. Miała w sobie tyle energii, że czasami wystarczyło na nią popatrzeć, żeby się zmęczyć. Była prawie tak wysoka jak ja, tylko drobniejszej postury i miała czarne, proste, długie włosy z równo przyciętą grzywką. A jej oczy były tak bardzo brązowe, że prawie czarne. Nic dziwnego, że Marcel się zakochał.
- Hej, Kara, zaraz będę gotowa, tylko powieszę pranie! - krzyknęła, po czym już spokojnie i z uśmiechem dodała: - Cześć, Marcel.
- Cześć, Nikola - odpowiedział Marcel z głupawym uśmiechem. - Ja do twojego taty, po części.
- Tato! - wrzasnęła na całe gardło Nikola. - Marcel do ciebie!.
Mikołaj wyszedł z kuźni z kartonowym pudełkiem w rękach, zobaczył ich rozanielone spojrzenia i zgasił je natychmiast.
- Niko, uprałaś już moje kalesony? - zapytał i mrugnął do mnie porozumiewawczo.
- Tato! Jak możesz? - odparła zgorszona zachowaniem ojca, po czym zwróciła się do mnie. - Zaraz przyjdę, tylko powieszę jego gacie - prychnęła jeszcze i uciekła do domu.
- Pożartować nie można? - zapytał rozbawiony Mikołaj. - Co tam, Marcel? Po części przyszedłeś?
- Tak, pan Stanisław mnie przysłał - mruknął Marcel czerwony jak burak.
- Trzymaj. - Wręczył mu pudełko i dodał: - Słyszałem, że siostry planują dziś kolację dla wszystkich. Przekaż mamie, że przyjdę po nią. Bo ty, mam nadzieję, idziesz z Niko?
- Oczywiście, proszę pana - odparł Marcel uszczęśliwiony.
- Kiedy wreszcie zaczniesz mi mówić po imieniu, młody? - westchnął kowal.
- Po ślubie z pańską córką, chyba - wykrztusił Marcel, po czym pomachał nam i ruszył w drogę powrotną do młyna.
- Uwielbiam tego chłopaka, ale jest uparty jak osioł - zwrócił się do mnie Mikołaj. - Co tam Karo? Przyszłaś wypytać o tych dwoje obcych?
- Właściwie i tak chciałam do ciebie zajść, bo skończyły mi się groty do strzał, ale faktycznie chcę się dowiedzieć, co to za ludzie. Czemu nie powiadomiłeś mnie przez radio, że ktoś przyjechał? - zapytałam lekko obrażona.
- Pomyślałem, że nie ma sensu cię budzić. Dobrze cię znam, nie zasnęłabyś już do rana, rozmyślając i denerwując się - tłumaczył się Mikołaj. - Przyjechali po północy, chłopak padał ze zmęczenia, pokazałem im, w którym domu mogą przenocować, i z groźną miną wytłumaczyłem, co się może stać osobie, która będzie się włóczyła po osadzie w nocy. Chyba naprawdę byli wykończeni, bo do tej pory żadne nie wyszło z domu.
- No dobrze już, dobrze - uspokoiłam go. - Masz rację. Może niepotrzebnie panikuję.
- Och, nie. Karo, ja się z tobą całkowicie zgadzam - odparł szybko. - Przecież nie bez powodu co pół godziny zachodzę pod tamten dom i sprawdzam, czy coś nie kombinują. Nie było mnie tu czternaście lat temu, ale twój ojciec opowiedział mi o tamtych wydarzeniach. Musisz jednak przyznać, że nie wszyscy, którzy tu trafili, okazali się łajdakami.
- Tak, wiem o tym - przyznałam mu rację. - I prawdopodobnie ta dwójka też będzie w porządku, ale uspokoję się chyba dopiero, kiedy ich poznam.
- Może zrobimy tak: idźcie z Niko piec chleb, czy co tam macie zaplanowane, a ja będę tu monitorował sytuację. Zaniosę im trochę jedzenia, jak już wstaną, i powiadomię o wieczornym spotkaniu. Gdyby cokolwiek mnie zaniepokoiło, dam ci znać przez radio - zaproponował Mikołaj.
- Okej, niech tak będzie - zgodziłam się. - Nie wiesz przypadkiem, u kogo siostry planują wydać tę kolację?
- Z tego, co wiem, to w swoim ogrodzie, bo tam drzewa dają najwięcej cienia po południu. Rafał z Kamilem mają się zająć stołami i ławkami.
- A ja się zgłosiłam do nakrywania tych stołów i kelnerowania - dodała z uśmiechem Nikola, która właśnie podeszła do nas. - Jestem gotowa do pracy. Idziemy? - zapytała mnie.
- Jasne - odparłam i pożegnałam się z Mikołajem. - No to do wieczora.
- Bawcie się dobrze, dziewczyny. - Pomachał nam i wrócił do kuźni.
Obie pociągnęłyśmy wózek, dzięki czemu dwadzieścia kilogramów mąki nie wydawało się ciężkie. Szłyśmy przez kilka minut w ciszy, po czym nie wytrzymałam i zapytałam Nikolę.
- Co wiesz o tych obcych?
- No już myślałam, że nie zapytasz! - rzuciła podniecona. - Tata nie pozwolił mi wyjść z domu, kiedy przyjechali, ale i tak podglądałam. Facet jest superprzystojny, mniej więcej w twoim wieku, ma jasne włosy i jest bardzo uprzejmy. Przeprosił za późną porę, podziękował za gościnę, no i jak się zajął siostrą. Widziałam, jak wniósł ją na rękach do domu. Mówił, że jest bardzo zmęczona, nawet nie wysiadła z samochodu, kiedy on rozmawiał z tatą. Czy to nie cudowne, że będziemy mieli nowych sąsiadów?
- Jeszcze nie wiadomo, czy tu zostaną - przystopowałam ją. - Może wcale nie będą chcieli tu mieszkać. A to, że koleś jest przystojny i miły dla siostry, nie znaczy, że jest dobrym człowiekiem.
- Przecież wiem - odparła z uśmiechem. - Dlatego trzeba wieczorem zrobić bardzo szczegółowy wywiad. Mam nadzieję, że zostaną. Fajnie byłoby mieć takiego przystojniaka w sąsiedztwie.
- Hej! A co Marcelem? - spytałam oburzona. - Marcel też jest przystojny. Myślałam, że jesteś w nim zakochana?
- Oczywiście, że jestem. Mój Marcel jest bezdyskusyjnie najprzystojniejszy na świecie i wyjdę za niego. Ale dla ciebie też musimy znaleźć męża, na którego da się patrzeć.
- Dziękuję bardzo - zaoponowałam. - Mnie małżeństwo nie interesuje. Za dużo z tym zachodu. Mam ważniejsze rzeczy na głowie.
- Niby jakie? - zapytała. - Bieganie po lesie za jeleniami? Czy brodzenie w błocie ze świniami?
- Nikola! - warknęłam.
- Wiem, przepraszam - powiedziała ze smutkiem. - Wszystko, co robisz, jest bardzo ważne, ale chciałabym, żebyś i ty miała kogoś, z kim byłabyś szczęśliwa.
- Jestem szczęśliwa. Mam bardzo dużą rodzinę. - Uśmiechnęłam się i dodałam: - A teraz musimy dla tej rodziny upiec dużo chleba. Obiecałam bliźniaczkom kilka dodatkowych bochenków na dzisiejszy wieczór, więc bierzmy się do roboty.
Doszłyśmy właśnie do mojego domu, podeszłam więc prosto do studni i wyciągnęłam wiadro świeżej, zimnej wody. Moby po zaspokojeniu pragnienia położył się spać w cieniu na ganku, a my zabrałyśmy się do pracy.
Zaczyn na chleb nastawiłam wczoraj wieczorem, więc miałyśmy teraz gotowy. Po zagnieceniu ciasta podzieliłyśmy je na porcje, uformowałyśmy bochenki i zostawiłyśmy, aby wyrosły. Zazwyczaj piekłyśmy dwadzieścia trzy bochenki, po jednym na każdego mieszkańca, wliczając małe dzieci. Tym razem zrobiłyśmy trzydzieści sztuk.
Wysłałam Nikolę do kurnika, żeby zebrała jajka, a ja zabrałam się do rozpalania w piecu chlebowym. Kiedy się tu wprowadziliśmy, w domu już był taki piec. W lecie jednak nie dało się wytrzymać tego gorąca w kuchni, więc tata wybudował dodatkowy piec na dworze, połączony z paleniskiem do gotowania i wędzarnią. Był rewelacyjny, bo w lecie nie lubiłam gotować w domu.
Właśnie wkładałyśmy chleby do pieca, kiedy przyszedł pan Szymon.
- Cześć, dziewczęta, jak idzie praca?
- Właściwie już skończyłyśmy - odparłam. - Akurat miałam prosić Nikolę, żeby wracając do domu, zaniosła jajka, które obiecałam Mirelli.
- To cudownie, bo i ja się do niej wybieram, po lekarstwo - ucieszył się pan Szymon. - Później idę do Basi, będziemy czytać książki. Zostanę tam już do kolacji, więc dopilnuj, proszę, żeby Dima też tam dotarł. Co prawda obiecał, że przyjdzie, ale przy tych psach zapomina, co się dzieje dookoła.
- Oczywiście, nie ma sprawy. - Podałam Nikoli wytłaczanki z jajkami. - Zanieś to, proszę, Mirelli i pędź już do domu szykować się na wieczór. Chleby i resztę jajek przywiozę później. Dima mi pomoże.
- Okej, no to do wieczora. Ubierz się ładnie.
Puściła do mnie oko, wzięła pana Szymona pod rękę i ruszyli w drogę.
Południe już minęło, chleby niedługo będą gotowe, poszłam więc przegonić kozy do zagrody pod wiatą, żeby miały trochę cienia i zielonej trawy. Kurom sypnęłam nieco mielonej kukurydzy do dziobania i policzyłam jajka. Jajka, mleko i chleby zawoziłam do domu, w którym dawno temu zrobiliśmy spiżarnię. Ze spiżarni każdy brał sobie to, czego akurat potrzebował. Wstawiliśmy tam kilka chłodziarek zabranych z supermarketu. Podłączone do paneli słonecznych działały prawie bez przerwy, z wyjątkiem tych kilku tygodni, kiedy mieliśmy śnieżyce, ale wtedy włączaliśmy generator. Mięso, mleko, sery i wszystko, co uzyskiwaliśmy z naszych gospodarstw, przechowywaliśmy w tych lodówkach. Do spiżarni zwoziliśmy także warzywa uprawiane w tunelach Wiktorii i owoce z mojego sadu. W naszej osadzie dzielimy się wszystkim. Pola z kukurydzą, pszenicą i ziemniakami uprawialiśmy wspólnie. Nie było tu osoby, która nic nie robiła, nawet dzieci pomagały w tym, do czego już dorosły.
Spojrzałam na zegarek i stwierdziłam, że czas wyjąć pieczywo i zjeść jakiś obiad. Poukładałam chleby na stole do stygnięcia, wyjęłam z lodówki wędzone żeberko dla psa i po kawałku kiełbasy oraz sera dla siebie. Usiadłam w cieniu, pod orzechem i żułam powoli jedzenie. Mimo że nie byłam głodna, wiedziałam, że muszę coś zjeść. Moby pogryzał swoje żeberko, a ja zanurzyłam się we wspomnieniach.