1
Laelia
Wyspa Caye Caulker, Belize
Wtorek, 10 stycznia 2023 roku
Kiedy okłamałam go po raz pierwszy, język załaskotał mnie, jak przy jedzeniu musującego cukierka. Nawet się nie zorientował, nie wyłapał tego. To nie było planowane, samo mi się wymsknęło i nawet nie wiem, z jakiego powodu.
Może ze wstydu. Ze wstydu czy może czegoś silniejszego? Może to był jakiś odruch obronny - albo zapobiegawczy - ponieważ kobiety mają szósty zmysł. Narząd Jacobsona. Czytałam kiedyś w jednym numerze "New Scientist" taty, że kobiety są predysponowane do słuchania swojej intuicji, że potrafią wyczuć strach, jakby ktoś miał go za chwilę zaserwować.
***
Przedzierające się przez chmury słońce ogrzewało morze. Turkusowy lek. Wdychałam to wszystko głęboko w siebie. Skutery szumiały w oddali, zaburzając gładki błękit wody za nimi.
Aid leżał obok mnie, całkowicie odprężony. Wokół jego klatki piersiowej, szyi, ramion wiły się tatuaże - upamiętnione krwią, bólem i atramentem nieopowiedziane historie. Najnowszy - róże w miękkiej czerni i szarościach - zagościł na jego bicepsie tuż pod sercem z inicjałami L.F. Aid opierał się na łokciach, a stopą wystukiwał rytm muzyki dźwięczącej w jego uszach, której ja nie słyszałam. Był rozkojarzony, odkąd dotarliśmy na wyspę. Kiedy przy śniadaniu zapytałam, czy denerwuje się spotkaniem z tatą, upierał się, że nie, a moje pytanie go zirytowało. Prawie nie zjadł naleśników i zostawił większość kawy. Chciałam mu wtedy powiedzieć o restauracji, ale od razu zmieniłam zdanie i stwierdziłam, że lepiej będzie zaczekać, aż wszyscy nieco bardziej się zrelaksujemy.
Niskie dźwięki reggae dobiegające z baru na plaży zagłuszały szum w moich uszach, ale w nietypowych rytmach wciąż słyszałam brzęczenie urządzeń elektrycznych - one nigdy nie znikały na dobre. Audiolog kazał mi je ignorować - szalone odgłosy w mojej głowie - ale kiedy chce się wyłapać ciszę, nie sposób nie słyszeć niczego.
Dzieci wbiegające do morza i wybiegające z fal znaczyły piasek w pobliżu molo. Słodko-słona bryza mieszała się z ich chichotem - z moimi aparatami słuchowymi ledwie mogłam je dosłyszeć.
Bezszelestny wiaterek drażnił liście palm nad nami, ich szare cienie tańczyły na piasku - bardziej ziarnistym, niż go zapamiętałam. Rozciągającą się na łagodnym brzegu plażę - chyba węższą niż kiedyś - wypełniały ławki piknikowe, składane krzesełka i hamaki. Usiedliśmy na ręcznikach.
Aid wyjął słuchawki z uszu.
- Jak się czujesz? - zapytał i zaczął smarować twarz kremem z filtrem. - Mam na myśli powrót tutaj.
- W porządku - odparłam. - Jest nieźle... Nie mogę się doczekać, aż zobaczę południe.
Pelikan skrzeknął na widok ryby sunącej w wodzie wzdłuż pomostu.
- Ella wydaje się odprężona.
Dzieci z łatwością przyzwyczaiły się do tego miejsca i zostawiły za sobą osad Londynu.
Westchnęłam.
- Ona potrzebuje przerwy.
- Wszystkim nam tego trzeba, ale dziwnie się czuję, b<...> tu ponownie.
Skrzeczenie pelikana zagłuszyło część słów Aida. Jego akcent z Nowej Anglii wydawał się silniejszy niż zwykle.
Dylan pędził w naszą stronę plażą, rozkopując piasek.
- Aid, wejdziesz znów z nami do <...>orza?
- Jasne, mały - krzyknął Aid. - Zapa<...> tylko, a potem do was dołączę. - Odwrócił się do mnie. - Kiedy <...> spotkać się z twoim tatą?
Podkręciłam aparaty słuchowe.
- Muszę porozmawiać z Chloe. Ona wszystko zaplanowała.
- Co ty powiesz. - Aid wyciągnął swój woreczek z tytoniem z mojej torby plażowej.
- Szczerze mówiąc, ona zorganizowała to wszystko.
- Pomyślałem, że może najpierw zechce spotkać się ze mną, przed wszystkimi innymi.
- Chce to zrobić właśnie tak, bo uważa, że tak będzie zabawniej... Jesteś pewien, że się nie denerwujesz?
- Nie siedźmy tam zbyt długo. Jak już odbębnimy imprezę, jedźmy do Placencii, jak planowaliśmy. Plaże i tak są tam lepsze.
Aid nie chciał ponownie przyjeżdżać na Caye Caulker. Pytał, czy nie moglibyśmy odwiedzić taty w dżungli, czego i ja pragnęłam. Ale moja siostra miała swój plan, a ja wiedziałam, że lepiej w nim nie mieszać. Poza tym spodobał mi się pomysł powrotu na wyspę, a Aid po prostu nie był taki nostalgiczny.
- Masz ochotę na kawę? - spytałam.
Wcierał resztkę kremu z filtrem w swoje wytatuowane ramiona.
- Chętnie. Dzięki.
Spojrzałam na dzieci.
- Na coś jeszcze?
Złapał mnie za kark i przyciągnął do siebie.
- Całusa.
Oddychaliśmy sobą nawzajem w cieniu przechodzących nad nami chmur. Pachniał kokosem i drewnem, aż musiałam się oderwać od tej obezwładniającej woni.
- Kocham cię, Wylde - zawołał za mną, kiedy ruszyłam przez piasek. - Szaleńczo.
Odwróciłam się, by się do niego uśmiechnąć, a jego niebieskie oczy wpatrywały się we mnie.
Młoda para i ich maluch dotarli do budki przede mną. Kobieta była piękna. Wyglądała na Skandynawkę, ale zaczęli ze sobą rozmawiać w jakimś innym języku - może po niemiecku lub holendersku. Sprzeczając się z dziewczynką o to, co chce zamówić, wskazywali na przemian na nią i na wyblakłą tabliczkę z listą lodów. Przez chmury przebijało tak jasne słońce, że musiałam zmrużyć oczy, by dostrzec napisy wykonane kredą na ścianie budki: MROŻONA KAWA, PIWO, SMOOTHIES.
Mała zaczęła jęczeć, tupiąc stopą w klapku.
- Roomijs, roomijs - podśpiewywała. Lody, lody.
Czułam, jak moje ciało się aklimatyzuje, wchodzi w tryb dwutygodniowych wakacji. Jak dobrze w końcu wyjechać i znów wskoczyć w bikini. Tak długo nie mieliśmy pieniędzy na wyjazd za granicę, dlatego teraz wydawało się to jeszcze cenniejsze. Starałam się nie myśleć o tym, co się stało z Aktarem i restauracją, kiedy wszystko zostawiliśmy. W zasadzie mieliśmy całość opłaconą, więc mogłam się tym cieszyć - martwić się będę po powrocie do domu. Potem, rzecz jasna, pomyślałam o Aktarze, o restauracji i okolicznościach, w jakich się rozstaliśmy. Szlag. Musiałam do niego zadzwonić i ponownie go przeprosić. I musiałam powiedzieć Aidowi.
Leżał na plaży i wgniatał niedopałek papierosa w piasek. Nawet z tej odległości było widać, że prezentuje się nieźle. Czasami traciłam go z oczu, ale nie było co do tego wątpliwości - ludzie się za nim oglądali, a jemu się to podobało. Byłam z nim już trzy lata, a wystarczyło, że na niego spojrzałam, i dosłownie traciłam głowę.
Szary kształt na horyzoncie pojawił się jakby znikąd. Dzieci ochlapywały się nawzajem wodą, ale nie stały zbyt głęboko. Ella, nawet mając czternaście lat, nadal lubiła bawić się ze swoim młodszym bratem. Wyobraziłam sobie dzień, w którym nie będę już w stanie ich słyszeć, moich własnych dzieci - najokrutniejsza próżnia, jakiej można doświadczyć. Musiałam to wszystko zapamiętać.
- Nee! - krzyknęła blondynka przede mną, pogardliwie spoglądając kątem oka na swojego męża i pochylając się do dziewczynki, która tupała już drugą stópką.
Ella weszła głębiej do wody, była bliżej pomostu, dokąd płynęła motorówka. Wyglądała na o wiele wyższą niż ostatnio, kiedy widziałam ją w kostiumie kąpielowym, i miała niewiarygodnie długie kończyny. Zaledwie kilka lat temu zachowywała się jak straszna przylepa, całkowicie zależna ode mnie, a teraz rozkwitała w szalonym tempie - stawała się tajemnicza i dojrzewała. Łódź niesiona falami pojawiła się blisko końca doku.
Kobieta w czerwonym bikini wstała od pobliskiego stołu, odpychając swoje krzesło do tyłu. Wzięła ostatni łyk kawy i rzuciła gazetę, której strony zaszeleściły we wzmagającej się bryzie. Mój wzrok przykuły słowo Amandala oraz nagłówek:
Strzelanina na Logwood Street. Nie żyje człowiek. Policja rusza w pościg za Zabanehem.
- Roomijs! - wrzeszczał stojący przede mną dzieciak, aż dźwięk ten wwiercał mi się w uszy.
Poziom wody się zwiększał, spływając kaskadami po piasku. Ella, zanurzona po klatkę piersiową, unosiła się i opadała, broniąc się przed gwałtownymi falami. Przeszukałam wzrokiem linię brzegową, ponad którą zbierały się gęste szare chmury. Gdzie jest Dylan?
Przeszedł mnie dreszcz. Przebiegłam spojrzeniem tam i z powrotem po rozmywającym mi się w oczach obrazie. Wciąż mogłam dostrzec Ellę znikającą w falach, ale nigdzie nie widziałam Dylana.
Zaczęłam iść szybko, nabierając tempa, i po chwili już biegłam w stronę morza. Dzieciak za mną wciąż piszczał: "Lody, lody". Piasek pod moimi stopami był ciężki i zbrylony. Wyraźnie widziałam Ellę zmagającą się z falami wywoływanymi przez łodzie, ale nadal nie dostrzegałam Dylana.
Aid pędził w stronę morza.
- Ella! - krzyknęłam, rzucając portfel niczym pocisk. - Gdzie jest Dylan?
Nie słyszała mnie. Kiedy tak biegłam, piasek uderzał mnie w łydki. Rozwiązałam sarong i rzuciłam się do wody, nie przestając badać jej powierzchni.
Ella, z włosami przyklejonymi do twarzy, spojrzała na mnie tępo, a potem dookoła - nie wiedziała, nie miała pojęcia, że on znalazł się pod wodą. Aid płynął daleko z przodu. Wołałam Dylana, walcząc z falami, które z każdą chwilą wydawały się potężniejsze. Łódź oddaliła się od doku, a jej silnik warczał jak niewidzialny potwór. Na skutek tego zaatakowały mnie nowe fale. Dudniło mi w uszach i dokuczał mi okropny szum.
Szarpiąc się z Ellą, udało mi się złapać ją za ramię i popchnąć w stronę brzegu. Popłynęłam z powrotem. Fala nade mną nabierała wysokości, pęczniała i zaczynała się łamać. Zanurkowałam, a ogromna masa wody przewaliła się nade mną.
Kiedy się wynurzyłam, w końcu go zauważyłam: Dylan unosił się na wodzie w pobliżu pomostu. Jego ciało podskakiwało na fali. Jego ciało wyglądało na zwiotczałe.
- Tam! - Wskazałam, krzycząc do Aida, który znalazł się bliżej niego. Patrzył na mnie nieruchomym wzrokiem, jakby zobaczył ducha. - Aid! - krzyknęłam.
Ale on tylko unosił się na wodzie i przebierał w niej nogami. Utknął w martwym punkcie. Na jego twarzy pojawiło się przerażenie, którego nigdy wcześniej u niego nie widziałam.
Podpłynęłam bliżej, walcząc z falami, które szarpały mną, jakbym była wodorostem. Pociągnęłam Dylana, przewróciłam go na drugą stronę, objęłam jego brodę, jak chyba powinno się robić, ale silne fale rzucały nami niczym szczątkami wraku.
Udało mi się wziąć go w ramiona i przytulić mocno, jak robiłam to przez wiele nocy. Krztusił się wodą, był blady, ale oddychał. Aid znów znalazł się obok mnie i teraz płynął z nami, prowadząc nas wszystkich do brzegu. Jeszcze jeden ruch i już znaleźliśmy się na płyciźnie. Wróciliśmy w bezpieczne miejsce. Upadłam na piasek, wciąż trzymając Dylana.
Aid wydobył go z moich ramion i położył.
- No dalej, młody.
Dylan wypluwał słoną wodę, gwałtownie próbując łapać oddech.
- Nic mu nie jest - uspokajał mnie Aid. - Wszystko w porządku.
Aid uklęknął obok mnie, przesłaniając słońce. Jego tatuaże rozmazywały mi się przed oczami. Docierało do mnie stłumione dudnienie w rytmie reggae, ta sama piosenka. Ta sama piosenka.
Przytuliłam Dylana.
- Nic ci nie jest?
Uśmiechnął się lekko i skinął głową.
- Nieźle nas przestraszyłeś.
Z różnych stron nadchodzili ludzie, którzy teraz przypominali jaskrawe konfetti rozsypane na plaży. Ręce nieznajomych głaskały mnie po plecach, na co się wzdrygałam. Obce głosy mówiły: "Ta łódź nie powinna być tak blisko brzegu, nie przy takiej prędkości". Głośność się zmieniała, pojawiający się falami szum uszny zagłuszał wszystko. Tuman nieznośnego dźwięku.
Moje aparaty słuchowe były zalane wodą. Wyciągnęłam je z uszu, zastanawiając się, czy nadal działają, ale nie byłam w stanie tego stwierdzić. Otaczało mnie zbyt wielu ludzi. Zbyt duży hałas. Mięśnie bolały mnie z wyczerpania. Za dużo. Za dużo.
Za dużo.
Odsunęłam się od nich, od tego małego zbiegowiska, i ruszyłam plażą w kierunku naszych ręczników. W uszach mi trzeszczało, kiedy sprawdzałam moje aparaty słuchowe - jakimś cudem nadal działały. Holenderska para przeszła przede mną, trzymając się za ręce i spoglądając w stronę morza. Kilka kroków za nimi szła mała blondynka, niosąc lody truskawkowe.
2
Byłam przygotowana na Chloe. Po lunchu Aid wpadł na Toma przy bankomacie - jedynym na wyspie - i powiedział mu o Dylu. Dlatego wiedziałam, że ona wie.
- Lil, co się stało?
Żadnego powitania. Przytuliła mnie mocno do swoich okrytych poncho piersi, gdy zebraliśmy się obok ich basenu, a potem wypuściła ze swoich objęć równie dramatycznie. Podkręciłam aparaty słuchowe.
Normalnie nigdy się nie ściskałyśmy - tak naprawdę tylko przy narodzinach, weselach, zgonach.
I widzieliśmy ich dopiero co wczoraj, kiedy wózkami golfowymi - pełnymi dzieci i walizek - podjechali pod hotel. Aid wymusił na mnie obietnicę, że nie zatrzymamy się w tym samym miejscu co oni. Marzyliśmy, że będziemy się wylegiwać, a poranki spędzać na leniuchowaniu. Nasze lokum było tańsze, rustykalne. W każdym razie komu potrzebny jest basen, kiedy od Morza Karaibskiego dzieli dosłownie kilka kroków?
- Jak się masz, Dylan? Dobrze się czujesz?
Chloe potargała włosy chłopca, gdy na podłogę wyłożoną kafelkami rzucił swoje płetwy i okulary do pływania.
Strząsnął jej dłoń ze swojej głowy i wzruszył ramionami.
- Dziękuję, dobrze.
Plątanina myśli - wspomnienie twarzy Dyla zanurzonej w wodzie. Mrugnęłam, żeby przepędzić ten obraz.
- Nic mu nie jest - odparłam. - Naprawdę.
Usiadłam naprzeciwko Toma, licząc na to, że sobie z nim pogadam i zmienię temat rozmowy.
- Nie jest ci w tym za ciepło? - spytała Ellę Chloe, wskazując na długie rękawy jej koszulki sportowej.
- Nie - odpowiedziała Ella.
Spojrzałam na Chloe, otwierając szerzej oczy, i ukradkiem potrząsnęłam głową.
Dylan i Ella dołączyli do swoich kuzynów. Cała szóstka popędziła, żeby oglądać rozgwiazdę, którą Edmund znalazł na plaży. Została tylko Mathilda, siedząca w wysokim krzesełku, cała umazana burą papką ze słodkiego ziemniaka.
- Jak twój pensjonat, Laelia? - spytał Tom.
Co za ulga. On też nie miał ochoty wałkować wydarzeń dzisiejszego poranka.
- Świetny. - Uśmiechnęłam się na myśl o naleśnikach śniadaniowych Mikela z ich bananowymi oczami i buźkami z miodu. - Oczywiście nic nie może równać się z tym lokum.
- Pewnie wychodziłaś z siebie - ciągnęła Chloe. - Nie mogę w to uwierzyć. Ani na chwilę nie można spuszczać ich z oczu, prawda? - Podała mi kartę drinków. - Koktajle wyglądają dobrze. Co pijesz, Tom? - spytała, ale nie czekała na jego odpowiedź. - Musisz je stale obserwować. Kiedy byliśmy w Sanibel, bliźniaczki miały cztery lata. Flora zniknęła pod wodą i prawie się już nie wynurzyła, a to było w basenie. Nie sądzę, żeby można było zostawiać ich samych w morzu.
Spojrzałam na Aida, ale udawał, że wczytuje się w menu.
Kolejny przebłysk: Dylan w wodzie, jego twarz bez życia. Szkliste brązowe oczy przechodzące w płynną zieleń. Przełknęłam ślinę, żeby odpędzić od siebie to wspomnienie.
- To mogło się przydarzyć każdemu - powiedział Tom, przywołując faceta z baru, który go zauważył, ale nie przerwał ustawiania szklanek. - Co wszyscy pijecie? Piwo?
Mathilda zaczęła płakać i wić się w krzesełku. Chloe grzebała w torbie, jednej z kilku rzuconych koło jej wypedikiurowanych stóp w klapkach.
- Czego się napijesz, kochanie? - spytał Tom. - Tu chyba nie ma obsługi.
- Daiquiri. Ekstrakwaśne. - Wyciągnęła pluszowego królika i rzuciła go na tacę krzesełka Mathildy.
- Pójdę z tobą - powiedział Aid, po czym wziął portfel i ruszył za Tomem.
Wolna teraz od towarzystwa męża, Chloe postanowiła wykorzystać swoją szansę i odezwała się półszeptem, na wypadek gdyby faceci nie byli poza zasięgiem.
- Nie patrzyłaś na nich uważnie? - Jej uszminkowane usta przeciągały każde słowo, a jej oczy aż rozszerzały się z ekscytacji. - Tom powiedział, że piłaś kawę, kiedy to się stało.
- Oczywiście, że ich obserwowaliśmy. Morze bardzo szybko się wzburzyło. Motorówka pojawiła się znikąd. Nie powinna podpływać tak blisko. - Wygrzebałam w końcu z torby okulary przeciwsłoneczne i je założyłam. - Pamiętasz? Kiedy byliśmy tu wcześniej, tego starszego gościa porwał prąd strugowy koło Splitu i nurkująca kobieta go uratowała.
- Tym bardziej powinno się pływać z nimi, Lil. Może to wygląda jak raj, ale nadal musisz zachować rozsądek. Dylan ma tylko osiem lat i nie pływa zbyt dobrze.
- Jaki jest plan na dziś wieczór? - Westchnęłam. - Spotkamy się z tatą od razu w restauracji?
Kolejny niewyraźny błysk. Twarz. Oczy jak szmaragdy.
- Mounia ma go tam przywieźć przed osiemnastą. Powiedziałam jej, że będziemy na nich czekać razem z całą resztą. Mailowałam z właścicielem, Ervinen albo Erinem, jakoś tak ma na imię, a on potwierdził, że załatwią świeczki. Przygotują biały tort owocowy czy coś w tym stylu. Podobno mają tu taką tradycję. - Krzyki Mathildy przeradzały się w irytujące zawodzenie.
- Czy nie powinniśmy najpierw sami spotkać się z tatą? - spytałam. - Przed imprezą w restauracji? To może być trochę przytłaczające...
Chloe zrzedła mina.
- Lil, to właśnie cała ty. Nic nie robisz, a teraz próbujesz zmienić to, co zrobili inni. Wszystko jest zorganizowane. No i spędzimy tu dwa tygodnie. Będziemy mieli mnóstwo czasu, żeby spotykać się z tatą.
Owszem, oni mieli tu spędzić dwa tygodnie, ale nas było stać tylko na dziesięć dni. Powiedziałam im, że będę musiała wrócić do pracy - nie przyznałam się, że nie mamy pieniędzy ani że ja nie mam już pracy. Wnętrzności aż mi się skręciły.
- Pomyślałam, że wróci na południe, jak tylko będzie po wszystkim. - Zaczęłam się rozglądać zaciekawiona za drinkami. - Nie zostajecie tu, na wyspie? - Potrzebowałam alkoholu. Byłam wyczerpana. Po tym całym jet lagu i adrenalinie poranka odczuwałam poważny spadek formy.
- Tak. A wy nie? Moim zdaniem zabieranie dzieci do dżungli to nie najlepszy pomysł. Tam czyhają różne niebezpieczeństwa.
Bardzo chciałam zobaczyć miejsce, w którym mieszka tata. Nigdy nie odwiedziliśmy jego domu w dżungli, a miałam ochotę się przekonać, czy jest tak piękny, jak zawsze sobie wyobrażałam.
Chloe zaczęła machać króliczkiem przed twarzą Mathildy, co tylko pogorszyło sytuację.
- Jest rozdrażniona. Nie spała w samolocie i ostatniej nocy też prawie wcale. - Kilka pomarszczonych kobiet z sąsiedniego stolika rzuciło Chloe ostre spojrzenia.
- Może pójdziesz ją położyć? - zasugerowałam.
Krzyki Mathildy znów zmieniły się w szlochy, kiedy dziewczynka próbowała łapać oddech.
Kolejny przebłysk pamięci lub halucynacja. Zielone oczy, które mignęły mi w wodzie. Wykręciłam się na krześle.
- Ja bym nie zabierała dzieci do domu taty - ciągnęła Chloe. - Tam są węże, skorpiony, pieprzone tarantule i Bóg wie co jeszcze. Edmunda pewnie pożarłby jaguar i wtedy byłoby po wakacjach. Nie zaryzykuję. - Zaśmiała się, podnosząc Mathildę z wysokiego krzesełka. - Nie będę schodzić z leżaka, jak już się raz na nim umoszczę. Spędzimy z tatą kilka dni tutaj, zanim odjedzie. - Zaczęła się kołysać w tę i z powrotem, tuląc głowę Mathildy w nadziei, że to uspokoi małą.
Nawet nie przypomniałam Chloe, że wokół nas, na Caye Caulker są krokodyle i rekiny.
Tom i Aid stali przy barze, pogrążeni w wymuszonej rozmowie, a obok nich znajdowały się nasze drinki. Niezbyt do siebie pasowali. Tom w swojej hawajskiej koszuli, której nowość aż biła po oczach, z dopasowanymi chinosami z paskiem, które sprawiały, że czułam się spięta już na sam ich widok, i Aid odziany jedynie w bermudy i tatuaże - dwaj mężczyźni niemający ze sobą kompletnie nic wspólnego, poza piwem i kobietami o nazwisku Wylde. Biedne dranie.
- Zabiorę ją na drzemkę - oświadczyła w końcu Chloe, wpatrując się w opalone kobiety przy sąsiednim stoliku. Powiedziała to na tyle głośno, by ją usłyszały, i tak zjadliwie, żeby się zamknęły i skupiły na sączeniu swoich margarit. Przez wolne ramię zaczęła sobie przerzucać torby z pieluchami, torebki i chusty. - Zobaczymy się za chwilę. Skorzystaj z basenu. Możesz mieć oko na dzieci? Tom jest tutaj, więc wszystko powinno być okej.
Ruszyła w kierunku swojego pokoju, ale na odchodne rzuciła jeszcze jedną kąśliwą uwagę:
- Sądzę, że nie powinnaś pozwalać Dylanowi wchodzić już dzisiaj do wody.