TRZY
- I jak, przyniosłaś z auta to, co chciałaś? - pyta tato, kiedy wchodzę do pokoju.
Nie muszę nawet kłamać, bo macha mi przed nosem kluczykami od samochodu, które zostawiłam w apartamencie. To nieistotne: sądząc po tym, jak nisko jest słońce za oknem, i po tym, że każdy zakamarek zastawiony jest pudłami, nie było mnie zdecydowanie zbyt długo. W myślach klnę Pasaż i Archiwum. Próbowałam kiedyś kontrolować czas za pomocą zegarka, ale to bez sensu. Każdy czasomierz zatrzymuje się, kiedy tylko opuszczam Zewnętrze.
Teraz muszę wybrać: prawda czy kłamstwo.
Najważniejsza sztuczka, jeżeli chodzi o kłamstwo: jak najczęściej mówić prawdę. Jeżeli człowiek zacznie kłamać w każdej sprawie, dużej i małej, szybko przestanie kontrolować swoje łgarstwa i wpadnie. Kiedy raz wzbudzi czyjeś podejrzenia, trudniej mu będzie sprzedać kolejną blagę.
Jeżeli chodzi o opowiadanie nieprawdy, to nie mam czystej kartoteki u rodziców, począwszy od wymykania się tu i ówdzie, a skończywszy na niewyjaśnionych siniakach (niektóre Historie nie chcą trafić do Zwrotu), więc muszę postępować ostrożnie. Ponieważ tato pozostawił mi możliwość wyznania prawdy, korzystam z niej. Czasem rodzice doceniają szczerość i zaufanie dziecka. Czują się wtedy wyróżnieni.
- Cała ta przeprowadzka... - zaczynam, opierając się bezwładnie o drzwi. - To poważna zmiana. Potrzebowałam trochę przestrzeni.
- Jest jej tutaj mnóstwo.
- Wiem. To wielki budynek.
- Zwiedziłaś wszystkie piętra?
- Nie, dotarłam tylko do czwartego. - Kłamstwo przychodzi mi bez wysiłku, wypowiadam je z łatwością, którą doceniłby Staruszek.
Słyszę, jak kilka pokojów dalej mama rozpakowuje nas przy akompaniamencie muzyki z radia. Mama nienawidzi ciszy, toteż stara się wypełnić każdą przestrzeń dźwiękiem i krzątaniną.
- Widziałaś cokolwiek wartego uwagi? - pyta tato.
- Kurz. - Wzruszam ramionami. - Może ducha, albo dwa.
Rzuca mi porozumiewawczy uśmieszek i odsuwa się, żebym mogła przejść.
Serce mi się ściska na widok rozrzuconych pudeł, zajmujących każdy wolny centymetr pokoju. Na połowie z nich napisano po prostu "Rzeczy". Tam gdzie mama czuła się zobligowana, dopisała krótką listę zawartości, ale biorąc pod uwagę, że jej pismo jest niemalże nieczytelne, nie dowiemy się, co jest w którym kartonie, dopóki go nie otworzymy. Prawie jak na Gwiazdkę, tyle że już to wszystko posiadamy.
W chwili, kiedy tato wręcza mi nożyczki, dzwoni telefon. Nie wiedziałam, że mamy tu telefon! Rzucamy się oboje szukać go pośród pakunków, kiedy mama woła:
- Kontuar w kuchni, przy lodówce! - I rzeczywiście, stoi tam aparat.
- Halo? - rzucam bez tchu.
- Rozczarowujesz mnie - mówi dziewczęcy głos.
- Co?! - Wszystko tutaj dzieje się zbyt szybko i jest zbyt dziwne. Nie potrafię zidentyfikować rozmówczyni.
- Jesteś w nowym mieszkaniu od paru godzin i już o mnie zapomniałaś.
Lyndsey. Rozluźniam się.
- Skąd w ogóle masz ten numer? - pytam. - Ja sama go jeszcze nie znam.
- To czary. A gdybyś miała komórkę...
- Mam komórkę.
- Kiedy ją ostatnio ładowałaś? - Próbuję sobie przypomnieć i wtedy słyszę: - Mackenzie Bishop, jeżeli musisz się nad tym zastanowić, to znaczy, że minęło zbyt dużo czasu.
Chciałabym jej się odciąć, ale nie potrafię. Nigdy nie potrzebowałam ładować komórki. Lyndsey jest, a raczej była, moją sąsiadką przez dziesięć lat. Była, a może nadal jest, moją najlepszą przyjaciółką.
- Tak, tak - zbywam ją, brodząc między kartonami i przechodząc krótkim korytarzem. Lyndsey mówi mi, żebym poczekała, i zaczyna rozmawiać z kimś innym, zakrywając słuchawkę dłonią, tak że słyszę tylko samogłoski.
Na końcu korytarzyka są drzwi z karteczką samoprzylepną, na której ktoś narysował literę nieco przypominającą "M", z czego wnioskuję, że to mój pokój. Otwieram drzwi nogą i wchodzę. Stoją tu kolejne pudła, łóżko w częściach i materac.
Lyndsey śmieje się z tego, co powiedział tajemniczy rozmówca, i nawet z odległości niemal stu kilometrów przez telefon i jej dłoń słyszę światło w jej głosie. Lyndsey Newman składa się ze światła. Widać je w jej blond lokach, na lekko opalonej skórze i w piegach na policzkach. Wyczuwam je, kiedy stoję obok niej. Lynds odznacza się bezwarunkową lojalnością i rodzajem radości, którego istnienia się nie podejrzewa, dopóki się z nią nie porozmawia. Poza tym nigdy nie zadaje złych pytań, takich, na które nie potrafiłabym odpowiedzieć. Nigdy nie każe mi kłamać.
- Jesteś tam? - pyta.
- Tak, jestem - mruczę, odpychając z drogi pudło tak, żeby dotrzeć do łóżka. Rama opiera się o ścianę, a materac i sprężynowy stelaż leżą na podłodze.
- Czy twoja mama już się znudziła?
- Niestety jeszcze nie - mówię, padając na goły materac.
Ben był w niej do szaleństwa zakochany, a przynajmniej tak bliski tego stanu, jak może być chłopiec. Ona też go uwielbiała. Jest jedynaczką tego rodzaju, co to marzy o rodzeństwie, więc zgodziłam się dzielić z nią bratem. Kiedy Ben zmarł, Lyndsey stała się jeszcze bardziej energiczna. Promieniowała niemal wyzywającym optymizmem. Gdy rodzice uprzedzili mnie o przeprowadzce, pomyślałam tylko: "A co z Lynds? Jak zniesie utratę nas obojga?". Tamtego dnia, kiedy powiedziałam jej, że się przeprowadzamy, zobaczyłam, jak jej pogoda ducha w końcu się chwieje. Coś w niej pękło i przez chwilę patrzyła na mnie z rozpaczą, ale zaraz potem wróciła do normy. Na jej twarzy pojawił się uśmiech dziewięć na dziesięć, szerszy, niż potrafiłby przywołać ktokolwiek inny w naszym domu.
- Powinnaś przekonać ją do otwarcia lodziarni w jakimś odjazdowym nadmorskim miasteczku... - Zakładam pierścionek na koniec palca, a potem przesuwam nim po kostkach, kiedy Lynds dodaje: - O, albo w Rosji! Wyjedźcie, zobaczcie przynajmniej trochę świata.
Lyndsey ma trochę racji. Rodzice może i uciekają, ale sądzę, że boją się uciec tak daleko, żeby nie mogli się obejrzeć i zobaczyć, co za sobą zostawili. Znajdujemy się teraz zaledwie o godzinę drogi od naszego starego domu. Tylko godzinę od naszego poprzedniego życia.
- Zgoda - mówię. - To kiedy masz zamiar przyjechać, żeby potarzać się w splendorze, któremu na imię Coronado?
- Czy jest cudowny? Powiedz mi, że jest cudowny.
- Jest... stary.
- Może w takim razie nawiedzony? - To zależy w gruncie rzeczy od definicji słowa "nawiedzony". "Duch" to określenie używane przez ludzi, którzy nie wiedzą nic o Historiach. - Odpowiedź na to pytanie zabiera ci strasznie dużo czasu, Mac.
- Nie mogę jeszcze potwierdzić obecności duchów, ale daj mi trochę czasu.
Słyszę w tle jej matkę:
- Daj jej już spokój. Mackenzie może sobie pozwolić na leniuchowanie, ale ty nie.
Auć. "Leniuchowanie". Jakby to było: móc trochę poleniuchować? Nie żebym potrafiła znaleźć argumenty na obronę przed tym zarzutem. Pracownicy Archiwum mogliby mieć mi za złe, gdybym ujawniła jego istnienie tylko po to, żeby dowieść swojej pracowitości.
- Ach, przepraszam - mówi Lyndsey. - Muszę lecieć na trening.
- Który? - pytam kpiąco.
- Piłki nożnej.
- Oczywiście.
- Pogadamy niedługo, dobrze?
- Tak, jasne.
Telefon milknie.
Siadam i przyglądam się pudłom stłoczonym wokół łóżka. Na każdym wypisano literę "M". Widziałam w apartamencie pudła z "M", z "A" (mama ma na imię Allison) i z "P" (tato ma na imię Peter), ale żadnego "B". Czuję nagłe mdłości.
- Mamo! - wołam, wstając z łóżka. Idę korytarzem.
Tato ukrywa się w rogu salonu z nożem do tektury w jednej dłoni i książką w drugiej. Najwyraźniej bardziej interesuje go książka.
- Coś nie tak, Mac? - pyta ojciec, nie podnosząc wzroku. Ale tato tego nie zrobił, wiem, że to nie on. Może również uciekł, ale nie on jest przywódcą tego stada.
- Mamo! - wołam znów. Znajduję ją w sypialni, rozpakowującą pudła, podczas gdy nastawione głośno radio emituje jakąś publicystykę.
- O co chodzi, kochanie? - Rzuca wieszaki na łóżko.
Kiedy się odzywam, mówię tak cicho, jakbym nie miała ochoty zadawać tego pytania. Jakbym nie chciała wiedzieć.
- Gdzie są pudła Bena?
Następuje bardzo, bardzo długa przerwa.
- Mackenzie... - zaczyna mama powoli. - Tutaj chodzi o nowy początek...
- Gdzie one są?
- Kilka zostało w magazynie, a reszta...
- Nie zrobiłaś tego?
- Colleen powiedziała, że czasami zmiana wymaga drastycznych...
- Masz zamiar zwalić odpowiedzialność za wywalenie rzeczy Bena na swoją terapeutkę? Poważnie? - Musiałam to powiedzieć głośniej, ponieważ za mną w drzwiach pojawia się tato. Mama nagle znajduje się na skraju płaczu, a on podchodzi do niej i w jednej chwili to ja jestem czarnym charakterem tej rodziny, ponieważ chcę coś zachować. Coś, co potrafię odczytać. - Powiedz mi, że zatrzymałaś chociaż część - cedzę.
Mama kiwa głową, ukrywając twarz w ramionach taty.
- Pudełko. Tylko kilka rzeczy. Są w twoim pokoju.
Już jestem w korytarzu, a po następnej sekundzie zatrzaskuję za sobą drzwi i odkładam na boki kolejne pudła, aż znajduję to ostatnie, upchnięte w kącie. Z małą literą "B" narysowaną na boku. Jest tylko trochę większe niż pudełko od butów.
Przecinam przezroczystą taśmę klejącą kluczem Staruszka i przewracam karton do góry nogami, wysypuję na materac wszystko, co zostało po Benie. Oczy mnie pieką. Nie chodzi o to, że mama nie zostawiła wszystkiego, lecz o to, że zachowała niewłaściwe rzeczy. Pozostawiamy wspomnienia na tym, co uwielbiamy, o co się troszczymy, czego używamy i co zużywamy.
Gdyby zatrzymała jego ulubioną koszulę, tę z wielkim "X" nad sercem, albo którąkolwiek z niebieskich kredek, wystarczyłby nawet ogryzek, albo odznakę za bieg na półtora kilometra, zdobytą w szkole, tę, którą trzymał w kieszeni, ponieważ był z niej zbyt dumny, żeby zostawić ją w domu, ale jednocześnie nie dość dumny, żeby naszyć ją na plecaku... Rzeczy rozsypane na moim materacu tak naprawdę nie należą do niego. Zdjęcia, które dla niego oprawiła, świadectwa, czapka, którą założył tylko raz, mała nagroda za dobrze napisane dyktando, pluszowy niedźwiadek, którego nie lubił, i kubek, wykonany przez niego na zajęciach plastycznych w wieku pięciu czy sześciu lat.
Zdejmuję pierścień i sięgam po pierwszą rzecz.
Może coś z niej wyczytam.
Musi być w niej coś.
Coś...
Cokolwiek.
- To nie sztuczka do pokazywania na imprezie, Kenzie - odzywasz się ostro. Upuszczam szklaną kulę, która toczy się po stole. Uczysz mnie, jak odczytywać przedmioty, a ja musiałam zażartować, próbując dodać całej scenie trochę dramatyzmu. - Strażnicy potrafią odczytywać rzeczy tylko z jednego powodu - mówisz surowo. - Ponieważ czyni to z nas lepszych myśliwych. Pomaga nam śledzić Historie.
- I tak jest pusta - mamroczę w odpowiedzi.
- Oczywiście. - Podnosisz kulę i obracasz ją w palcach. - To przycisk do papieru. Powinnaś to wiedzieć od pierwszej chwili, kiedy go dotknęłaś. - Wyczuwałam to od początku. Kula głucho milczała, nie wibrowała mi pod palcami. Oddajesz mi pierścień, a ja go zakładam. - Nie każda rzecz zachowuje wspomnienia - wyjaśniasz. - I nie każde wspomnienie jest warte zachowania. Płaskie powierzchnie, ściany, podłogi, stoły, tego typu rzeczy, są jak płótna: wspaniale oddają obrazy. Im mniejszy obiekt, tym trudniej mu zachować wrażenie. Ale... - dodajesz, podnosząc przycisk do papieru tak, że widzę świat zniekształcony przez szkło - jeśli jednak zawiera wspomnienie, powinnaś to rozpoznać od pierwszego muśnięcia. Czasem będziesz miała tylko tyle czasu. Gdyby Historia przedostała się do Zewnętrza...
- Jak miałaby tego dokonać?
- Zabić Strażnika? Ukraść klucz? Albo jedno i drugie. - Kaszlesz rozdzierająco. - To niełatwe. - Znów kaszlesz. Chciałabym ci pomóc, ale kiedyś przyniosłam ci szklankę wody, a ty warknąłeś, że cholerna woda niczego nie naprawi, chyba że chcę cię w niej utopić. Dlatego teraz udajemy, że nie ma żadnego kaszlu zakłócającego twoje wykłady. - Ale jeśli Historia się wymknie - ciągniesz, doszedłszy do siebie - musisz ją wyśledzić, i to szybko. Odczytywanie powierzchni powinno wejść ci w krew. Ten dar to nie zabawa, Kenzie, nie magiczna sztuczka. Odczytujemy przeszłość z jednego i tylko jednego powodu. By skuteczniej polować.
Wiem, czemu służy mój dar, ale to nie powstrzymuje mnie przed dokładnym zbadaniem każdego oprawionego zdjęcia, każdego skrawka papieru, każdego sentymentalnego rupiecia, wybranego przez mamę w nadziei, że usłyszę chociaż szept lub zobaczę choć cień wspomnienia Bena. Nie ma to najmniejszego znaczenia, ponieważ te rzeczy są dla mnie bezużyteczne. Kiedy docieram do głupiego kubka z zajęć plastycznych, jestem już zrozpaczona. Podnoszę go i moje serce zaczyna bić mocniej, gdy czuję pod palcami subtelną wibrację, niczym obietnicę. Gdy jednak zamykam oczy i sięgam poza nią - nie ma tam nic, tylko niewyraźne wzory i światło, zatarte i kompletnie nieczytelne.
Mam ochotę cisnąć kubkiem o ścianę, najmocniej, jak potrafię, i dodać na niej kolejną rysę. Już się do tego przymierzam, kiedy dostrzegam kawałek czarnego plastiku. Zdaję sobie sprawę, że coś przegapiłam, odkładam kubek na łóżko i wyciągam spomiędzy nagrody i misia parę wysłużonych okularów.
Serce staje mi na ułamek sekundy. W ciemnych, grubych oprawkach brakuje soczewek. To jedyna rzecz w tym zestawie, która naprawdę do niego należała. Ben zwykł je zakładać, kiedy chciał, żeby traktowano go poważnie. Kazał nam wtedy mówić do siebie per "Profesorze Bishop", mimo że w rzeczywistości ten tytuł należał się tacie, który nigdy nie nosił okularów. Próbuję sobie wyobrazić Bena w tych brylach, przypomnieć sobie dokładny kolor jego oczu za oprawkami i uśmiech, tuż zanim je założył.
Nie potrafię.
Czuję ukłucie w piersi, zaciskając palce na śmiesznych czarnych oprawkach... i wtedy, właśnie w chwili, kiedy już mam je odłożyć, wyczuwam to wrażenie, słabe i odległe, a jednocześnie obecne w mojej dłoni. Ciche brzęczenie, niczym milknący dzwon, leciutkie jak piórko, ale prawdziwe. Zamykam oczy, oddycham głęboko i sięgam ku nici wspomnienia. Jest za cienka i wymyka mi się, ale w końcu ją chwytam. Ciemność przesuwa mi się przed oczami i zmienia w szarość, a z płaskiej szarości wyłaniają się kształty, z których układa się obraz.
Wspomnienie jest zbyt słabe, by uformować wyraźną scenę, widzę tylko coś w rodzaju poszarpanego obrazu o zamazanych szczegółach. Nie ma to jednak znaczenia, ponieważ Ben tam jest, a w każdym razie jakiś kształt przypominający Bena. Stoi przed innym kształtem, podobnym do taty, z "okularami" na nosie, i próbuje się nie uśmiechać, bo sądzi, że tylko ze zmarszczonym czołem ludzie biorą go na poważnie. Po chwili jednak niewyraźna linia jego ust drga i rozciąga się w szerokim uśmiechu, a potem wspomnienie się kończy, rozpuszcza z powrotem w szarość, która ciemnieje w czerń.
Puls łomocze mi w uszach, kiedy ściskam okulary. Nie muszę przewijać wspomnienia do początku, ponieważ w tych plastikowych oprawkach jest zapętlony tylko jeden smutny zestaw obrazów. Faktycznie, po chwili ciemność ustępuje miejsca szarości i reminiscencja pojawia się znowu. Pozwalam, by nienaturalna scenka przeleciała pięciokrotnie, za każdym razem mając nadzieję, że obraz się wyostrzy, że pojawi się wyraźne wspomnienie, nie kilka zamazanych chwil, aż w końcu zmuszam się, żeby odpuścić, zamrugać, a wtedy obrazy znikają i znów siedzę w pokoju pełnym pudeł, trzymając delikatnie oprawki nieżyjącego brata.
Ręce mi się trzęsą. Nie potrafię odróżnić, czy to z gniewu, smutku, czy strachu - strachu, że tracę Bena po kawałku. Nie tylko jego twarz, która zaczęła znikać z pamięci, ale i wszystkie ślady, które pozostawił w świecie.
Kładę oprawki przy łóżku i ładuję resztę rzeczy brata z powrotem do pudełka. Już mam założyć pierścień, kiedy powstrzymuje mnie pewna myśl. "Ślady". Nasz poprzedni dom był nowy, kiedy się do niego wprowadzaliśmy. Każda rysa, każde wgniecenie zostało pozostawione przez kogoś z naszej rodziny i za każdym takim śladem kryła się historia.
Teraz gdy rozglądam się po pokoju, pełnym nie tylko pudeł, ale jego własnych śladów, chcę poznać ich historię... a raczej część mojego umysłu chciałaby je poznać - bo inna część mnie uważa, że to najgorszy pomysł na świecie, ale nie słucham jej. Może i czasem lepiej jest nie wiedzieć, ale tylko wtedy, kiedy da się opanować ciekawość. "Ciekawość prowadzi prostą drogą do współczucia" - to ostrzeżenie Staruszka brzmi mi w uszach. Wiem, wiem, ale nie ma tu Historii, którym mogłabym współczuć. Właśnie dlatego pracownikom Archiwum by się to nie podobało. Nie aprobują żadnej formy odczytywania śladów dla przyjemności.
Tylko że to mój własny talent, a kiedy go używam, nie zapala się żadne alarmowe światełko. Poza tym i tak już złamałam dziś wieczorem tę zasadę, badając rzeczy Bena, więc mogę równie dobrze popełnić wykroczenie jeszcze kilka razy. Robię trochę miejsca na podłodze, która wydaje niski, basowy pomruk, gdy przyciskam palce do desek. Tu, w Zewnętrzu, to podłogi najlepiej przechowują ślady.
Sięgam do wspomnień i dłonie zaczynają mrowić. Drętwota powoli wspina się powyżej nadgarstków, a po chwili granica pomiędzy podłogą i skórą zaczyna zanikać. Po wewnętrznej stronie moich powiek nabiera kształtu pokój, ten sam, a jednak inny. Stoję w nim, podobnie jak kilka chwil temu, kiedy spoglądałam na pudło Bena. Kolory wydają się wypłowiałe, tak jakby wspomnienia zaczynały zanikać, a cały obraz jest słaby jak rysunek na piasku, świeży, ale już znikający.
Chwytam się tego wspomnienia i już zaczynam cofać się w czasie.
Zupełnie jakbym przewijała do tyłu film.
Czas upływa szybciej i oto pokój wypełnia się cieniami, a potem rozjaśnia, wypełnia i rozjaśnia, coraz szybciej, tak że ciemność i światło zaczynają się nakładać. W polu widzenia przemykają fachowcy od przeprowadzki. Pudła znikają i pozostaje pusta przestrzeń. W ciągu kilku chwil w pokoju zapada ciemność. Nie ma żadnych śladów, ale to jeszcze nie koniec, tylko pustka. Wyczuwam za nią starsze wspomnienia. Przewijam szybciej, szukając kolejnych ludzi, kolejnych opowieści. Nic, nic, nic, aż w końcu znów pojawiają się obrazy.
Duże powierzchnie zachowują każdy ślad, ale są ich dwa rodzaje: wypalone przez emocje i przez powtarzalne czynności. Pierwsze są wyraźne, jasne, określone. Ten pokój jest jednak pełny śladów drugiego rodzaju, nużących, długookresowych ludzkich przyzwyczajeń wdrukowanych w podłogę, lat skompresowanych do jednej chwili, wyglądających bardziej jak zdjęcie niż film. Widzę przede wszystkim spłowiałe fotografie: biurko z ciemnego drewna i półki pełne książek, a także starszą parę, mężczyznę kursującego pomiędzy nimi jak wahadło i kobietę siedzącą na kanapie. Kiedy się kłócą, pokój staje się wyraźny, lecz gdy kobieta wychodzi i zatrzaskuje za sobą drzwi, wszystko znów ciemnieje, a potem zapada mrok.
Ciężki, długotrwały mrok.
Mimo to wyczuwam za nim coś jeszcze.
Coś jasnego, żywego, obiecującego.
Odrętwienie wędruje w górę ramion aż do żeber, kiedy mocno przyciskam dłonie do desek podłogi, sięgając przez połacie czerni, aż czuję pod powiekami tępy ból i ciemność w końcu ustępuje miejsca światłu, kształtom i wspomnieniom. Naciskałam zbyt mocno, przewijałam za daleko. Sceny przeskakują zbyt szybko, zlewając się w jedno, wymykają mi się spod kontroli. Muszę teraz spowolnić upływ czasu, złapać mocno wspomnienia, aż zatrzymają się z nagłym szarpnięciem.
A kiedy przestają migotać, klęczę w moim pokoju, który nie jest mój, a zarazem jest. Już mam kontynuować przewijanie, gdy coś mnie powstrzymuje. Na podłodze, może o metr od moich dłoni, spoczywają rozpryśnięte krople czegoś czarnego, a obok niej rozbite, rozsypane szkło. Podnoszę wzrok.
Na pierwszy rzut oka pokój wydaje się piękny: staroświeckie, delikatne, białe meble z motywami kwiatowymi, ale kapa na łóżku jest przekrzywiona, a zawartość półek kredensu - książki i błyskotki - w większości leży porozrzucana wokół niego.
Szukam daty, tak jak mnie nauczył Staruszek: "okruszków", śladów, zakładek, w razie gdybym kiedykolwiek musiała powrócić do tego wspomnienia. Znajduję na stole mały kalendarz, z którego da się odczytać "marzec", ale roku - już nie. Szukam innych znaczników czasu. Błękitna suknia, jasna, bo spłowiała, jak całe wspomnienie, odłożona na krzesełko w rogu pokoju. Czarna książka na bocznym stoliku.
Czuję ucisk w dołku, przewijając pamięć tego miejsca do momentu, gdy do pokoju wpada młody człowiek. Na jego koszuli i rękach aż do łokci ma rozmazaną tę samą śliską, czarną substancję, która widoczna jest na podłodze. Kapie mu z palców i mimo że świat we wspomnieniu jest wyblakły, wiem, że to krew.
To widać po jego spojrzeniu, kiedy patrzy na swoje ręce, jakby chciał się jej pozbyć.
Młodzieniec chwieje się i pada na kolana tuż obok mnie. Mimo że nie może mnie dotknąć, mimo że mnie tu w ogóle nie ma, odsuwam się odruchowo, pamiętam wszakże, by trzymać dłonie na podłodze. Młody człowiek obejmuje się zakrwawionymi ramionami. Nie może być ode mnie dużo starszy - ma pewnie niecałe dwadzieścia lat, ciemne włosy zaczesane do tyłu, ale pojedyncze kosmyki wpadają mu do oczu. Kołysze się do przodu i do tyłu. Jego wargi się poruszają, ale głos rzadko pozostaje we wspomnieniach, toteż słyszę tylko "szszuuszuszuszsz", jak szum radiowych zakłóceń.
- Mackenzie! - woła moja mama. Zasłona pamięci zniekształca jej głos, który dociera do mnie niewyraźny i zdeformowany.
Mężczyzna przestaje się kołysać i wstaje. Opuszcza dłonie wzdłuż boków, a mnie przewraca się w żołądku. Jest pokryty krwią, lecz nie swoją: na jego ramionach ani piersi nie ma żadnych ran. Na dłoni ma rozcięcie, ale nie krwawi tak obficie, by tłumaczyło to jego stan.
Czyja to krew? I czyj to pokój?! Leży tam przecież suknia, no i wątpię, żeby meble, ozdobione kwiatkami, należały do niego, ale...
- Mackenzie! - woła znowu matka, a zaraz potem słychać naciskaną klamkę. Przeklinam w myślach, otwieram oczy i odrywam dłonie od podłogi. Wspomnienie znika, znowu jestem w pokoju pełnym pudeł, ale teraz boli mnie głowa. Wstaję właśnie, gdy mama wparowuje do pokoju. Zanim zdążę wyciągnąć srebrną obrączkę z kieszeni i wsadzić ją na palec, bierze mnie w objęcia.
Wciągam gwałtownie powietrze i nagle słyszę nie tylko szum, ale "zimno przepastne wydrążone zimno zbyt radośnie bądź radosna wrzeszczę w poduszkę aż nie mogę oddychać bądź radosna pudła w najmniejszej sypialni z przekreślonym B ale wciąż widocznym nie potrafiłam go ocalić powinnam tam być powinnam", zanim jestem w stanie wypchnąć jej poplątany strumień świadomości z głowy. Próbuję postawić między nami ścianę, drżący umysłowy odpowiednik bariery pierścienia, lecz jest krucha jak szkło. Kiedy wypycham matkę z umysłu, głowa boli mnie mocniej, jednak blokuję przynajmniej jej przeładowane myśli.
Czuję mdłości, kiedy wyrywam się z jej objęć i dyskretnie zakładam pierścień z powrotem na palec. W końcu szum znika.
- Mackenzie, przepraszam - mówi. Mija dłuższa chwila, zanim zorientuję się w teraźniejszości, zdam sobie sprawę, że nie przeprasza za ten uścisk, bo przecież w ogóle nie wie, dlaczego nie lubię, jak mnie dotykają. Zanim przypomnę sobie, że tamten chłopak, cały zakrwawiony, nie przebywał tutaj teraz, tylko lata temu, w przeszłości, a ja jestem bezpieczna i ciągle jeszcze wściekła na mamę za to, że wyrzuciła rzeczy Bena. Chcę się dalej wściekać, ale gniew słabnie.
- Już w porządku - odpowiadam. - Rozumiem cię - dodaję, mimo że wcale nie jest w porządku, nie rozumiem mamy, a ona powinna to dostrzec. Nie potrafi jednak. Wzdycha cicho i wyciąga dłoń, żeby założyć mi niesforny kosmyk włosów za ucho. Pozwalam jej na to i staram się nie sztywnieć pod jej dotykiem.
- Kolacja gotowa - oznajmia, tak jakby wszystko przebiegało normalnie. Tak jakbyśmy przebywali w domu, a nie w kartonowej fortecy w starym hotelowym pokoju w środku miasta, próbując ukryć się przed wspomnieniami o moim bracie. - Nakryjesz do stołu?
Zanim zapytam, czy w ogóle wie, gdzie stoi stół, prowadzi mnie do salonu. Razem z tatą jakimś cudem zrobili trochę miejsca pomiędzy pudłami, poskładali nasz stół z jadalni, a na środku ustawili pięć kartonów chińszczyzny w kształt przypominający bukiet.
Stół jest w tym pokoju jedynym kompletnym meblem, więc wyglądamy, jakbyśmy jedli kolację na wyspie z pakunków. Mamy talerze wydobyte z pudła oznaczonego zaskakująco trafnym napisem: "Kuchnia - delikatnie!". Mama zachwyca się Coronado, a tato tylko kiwa głową i wtrąca zachęcające monosylaby. Za każdym razem, kiedy zamknę oczy, widzę rozmazany kształt przypominający Bena, więc decyduję się gapić na jedzenie, wyzywając warzywa na pojedynek, kto pierwszy mrugnie.
Po kolacji odstawiam pudełko z rzeczami Bena na tył szafy, razem z dwoma innymi, oznaczonymi "Staruszek". Te spakowałam sama i nawet zaproponowałam, że znajdę dla nich miejsce. Martwiłam się, że mama w końcu pozbędzie się jego rzeczy, jeżeli tego nie zrobię. Nie sądziłam, że wyrzuci rzeczy Bena. Zostawiam sobie tylko śmiesznego niebieskiego misia, którego sadzam przy łóżku, i zakładam mu na nos czarne oprawki Bena.
Próbuję się rozpakować, ale mój wzrok wciąż zbacza ku centrum pokoju, ku miejscu, gdzie padł na kolana chłopak w zakrwawionej koszuli. Kiedy odsunę pudła, niemal dostrzegam na drewnie kilka ciemnych plam. Po chwili widzę je za każdym razem, gdy zerknę na podłogę. Kto wie, może te plamy pozostały po kroplach jego krwi? Przypominam sobie, że raczej nie była to jego krew, tylko kogoś innego. Chciałabym znów odczytać wspomnienia... a przynajmniej chciałaby tego część mnie. Inna część nie jest tak chętna, przynajmniej nie pierwszej nocy w tym pokoju. Tymczasem mama ciągle znajduje pretekst, żeby plątać mi się po sypialni, w połowie przypadków nawet nie puka, a jeżeli miałabym odczytać tamto wspomnienie, wolałabym, żeby mi przy tym nie przeszkadzała. Poczekam do rana.
Wykopuję z pudeł pościel i ścielę łóżko, krzywiąc się na myśl o spędzeniu nocy w pomieszczeniu, gdzie wydarzyło się to wszystko, cokolwiek to było, mimo że upłynęło wiele, wiele lat. Mówię sobie, że to głupio bać się czegoś takiego, ale jednak nie potrafię zasnąć.
W mojej głowie pływają obrazy: rozmazany kształt Bena i zakrwawiona podłoga, a po chwili się splatają: teraz Ben klęczy pośród rozbitego szkła, spoglądając na swoje zakrwawione ręce. Siadam gwałtownie na łóżku. Patrzę przez okno, spodziewając się zobaczyć własne podwórko, a tuż za nim ceglaną ścianę domu Lyndsey, ale zamiast tego widzę miasto, i w tej samej chwili żałuję, że nie jestem w domu. Chciałabym wychylić się przez okno i zobaczyć przyjaciółkę leżącą na dachu swojego domu i patrzącą w gwiazdy. Wyluzowywała się tylko późną nocą: widziałam, że czuje się jak buntowniczka, gdy udawało jej się ukraść chociaż kilka minut ze swojego napiętego grafiku. Czasem przekradałam się do domu po wizycie w Pasażu, kilka ulic dalej, za sklepem mięsnym; wspinałam się wtedy koło niej, a ona nigdy mnie nie pytała, gdzie byłam. Gapiła się tylko na gwiazdy i zaczynała mówić w pół zdania, tak jakbym była z nią przez cały czas. Jakby wszystko to było całkiem normalne.
Normalne.
Wyznanie: czasami marzę o tym, żeby być normalna. Marzę o dziewczynie, która wygląda jak ja i mówi jak ja, ale nie jest mną. Wiem, że nie jest, ponieważ uśmiecha się otwarcie i łatwo wybucha śmiechem, tak jak Lynds. Nie musi nosić srebrnego pierścienia ani zardzewiałego klucza. Nie czyta wspomnień ani nie poluje na zmarłych uciekinierów. Marzę, że robi same nieciekawe rzeczy: grzebie w szkolnej szafce na zatłoczonym korytarzu. Opala się nad basenem w otoczeniu innych dziewczyn, które pływają i rozmawiają z nią, a ona przegląda głupie kolorowe gazety. Siedzi pogrążona w stosie poduszek i ogląda film, a przyjaciółka rzuca jej popcorn prosto do buzi i chybia prawie za każdym razem.
Wyprawia imprezę.
Idzie na tańce.
Całuje chłopaka.
I jest tak... szczęśliwa.
"M". Tak ją nazywam, tę normalną, nieistniejącą mnie.
To nie tak, żebym nigdy tego nie robiła, nie całowała się, nie tańczyła ani też nie spotykała się z przyjaciółkami. Owszem, zdarzało mi się. Ale to była maska, sztucznie wykreowana postać, kłamstwo. Jestem w tym naprawdę dobra, znaczy w łgarstwach, jednak nie potrafię skłamać sama przed sobą. Mogę udawać, że jestem M, mogę nosić ją jak maskę, lecz nie umiem nią rzeczywiście być. Nigdy nią nie będę.
M nie widziałaby w swojej sypialni zakrwawionych po łokcie chłopaków.
M nie spędziłaby czasu, szukając wśród zabawek nieżyjącego brata takiej, która pozwoliłaby jej zerknąć w jego życie.
Prawdę mówiąc, doskonale wiem, dlaczego w pudełku nie było ulubionej koszulki Bena ani naszywki, ani większości jego kredek. Tego dnia, kiedy umarł, miał tę koszulkę na sobie, naszywkę w kieszeni, a kredki w torbie, tak jak zwykle. Tak, to był normalny dzień, aż do chwili kiedy dwie przecznice od szkoły Bena pewien kierowca przejechał na czerwonym świetle w tej samej chwili, kiedy mój brat ruszył z krawężnika po pasach.
A potem tamten kierowca uciekł.
Co robi człowiek, kiedy wie, że ktoś jest za coś odpowiedzialny, ale nigdy nie uda się go odnaleźć? Jak w takich okolicznościach zamyka się sprawę, tak jak zrobili policjanci? Jak można dalej normalnie żyć?
Najwyraźniej nie można, natomiast można się wyprowadzić.
Chciałabym go zobaczyć. Nie kształt przypominający Bena, ale prawdziwego człowieka. Tylko na chwilę, na mgnienie oka. Im bardziej za nim tęsknię, tym bardziej jego wizerunek wydaje się niknąć w mojej pamięci. Czuję, że jest coraz dalej, i niezależnie od tego, jak długo będę się trzymać pustych symboli (albo niemal pustych), nie zawrócę go z tej drogi. Wiem jednak, co mogłoby zadziałać.
Wstaję z łóżka i szybko przebieram się z piżamy w czarne spodnie i longsleeve, czyli mój zwykły strój. Kartka z Archiwum leży na stoliku nocnym, rozłożona i pusta. Wkładam ją do kieszeni. Nie obchodzi mnie, że nie ma na niej żadnych nazwisk. Nie idę do Pasażu, chcę tylko przez niego przejść.
Do Archiwum.