Mózg umysł świadomość - Praca zbiorowa

Reflow text when sidebars are open.
Urodzony w 1932 roku Christy Brown z Irlandii cierpiał na porażenie mózgowe i był niemal kompletnie sparaliżowany. Lekarze uznali go za upośledzonego umysłowo, twierdzili, że nie można mu w żaden sposób pomóc. Jednak chłopiec nauczył się pisać i malować, posługując się jedyną częścią ciała, nad którą miał kontrolę - lewą stopą. Wydał kilka dobrze sprzedających się książek, w tym autobiografię, na podstawie której powstał znany film Moja lewa stopa, nagrodzony dwoma Oscarami w 1990 roku.
Dziś Brown mógłby komunikować się z otoczeniem, nawet gdyby nie był w stanie poruszyć jednym palcem - dzięki interfejsowi mózgowemu, czyli urządzeniu łączącemu układ nerwowy człowieka z komputerem. Za kilka lat takim osobom będzie można wszczepić cybernetyczną protezę, zastępującą uszkodzone części mózgu. Bo choć niektórzy uczeni twierdzą, że nigdy nie uda nam się rozpracować naszego najważniejszego narządu, nauka i technologia coraz śmielej wkraczają do szarych komórek. Ostatecznie nasz mózg jest przecież tylko komputerem - znacznie bardziej skomplikowanym i uniwersalnym niż dzisiejsze maszyny, ale też coraz lepiej się z nimi komunikującym.
W starożytności powszechnie sądzono, że siedzibą umysłu jest serce, ale już na przełomie VI i V wieku p.n.e. Alkmeon z Krotonu twierdził, że procesy myślowe toczą się w mózgu. Minęły setki lat, zanim udało się to potwierdzić eksperymentalnie, a i wówczas zakładano, że mózg działa jako niepodzielna całość. Dopiero na początku XIX wieku niemiecki lekarz Franz Joseph Gall ogłosił, że poszczególne fragmenty tego narządu odpowiadają za różne aspekty naszego myślenia, a nawet osobowość. Tę rewolucyjną jak na owe czasy teorię wyśmiano - m.in. dlatego, że Gall na jej podstawie stworzył pseudonaukę zwaną frenologią, która usiłowała oceniać potencjał umysłowy człowieka na podstawie kształtu jego czaszki. Uczony - jak dziś wiemy, słusznie - zakładał, że osoby o szczególnych uzdolnieniach mogą mieć bardziej rozbudowane niektóre obszary kory mózgowej. Wyciągnął z tego jednak fałszywy wniosek, jakoby obszary te modelowały znajdującą się nad nimi kość, co w czasie badania głowy można było wyczuć jako wyraźną wypukłość.
Sto lat po śmierci Galla naukowcy zaczęli poznawać specyfikę działania naszego mózgu. Na początku XX wieku udało im się wszczepić elektrody do żywych neuronów i zarejestrować płynący w nich prąd. W 1924 roku Hans Berger wykonał w Niemczech pierwsze badanie elektroencefalograficzne (EEG), czyli rejestrowanie na skórze głowy impulsów elektrycznych, świadczących o aktywności mózgu.
Dziś neurobiolodzy znają setki obszarów mózgu odpowiedzialnych za różne funkcje organizmu: od sterowania ruchami palców przez zdolności muzyczne po umiejętność hamowania emocji i skłonność do ulegania nałogom. Próbują tymi funkcjami manipulować za pomocą leków, psychoterapii i - coraz częściej - elektroniki.
Połączenie układu nerwowego z elektroniką - do złudzenia przypominające wizje z filmów Matrix czy Saturn 3 - nazywane jest interfejsem mózgowym. Pozwala ono na kontrolowanie komputera za pomocą myśli - zaledwie dwa-trzy razy wolniej niż za pomocą tradycyjnej myszki.
Dzięki takiemu interfejsowi sprawność odzyskał 26-letni Matthew Nagle z USA, który został pchnięty nożem w szyję, co doprowadziło do całkowitego paraliżu rąk i nóg. Po zabiegu neurochirurgicznym znów mógł korzystać z poczty elektronicznej, grać w gry komputerowe i samodzielnie zmieniać kanały w telewizorze - dzięki gniazdku zamontowanemu na czubku głowy, łączącemu jego mózg z komputerem. Podobne zabiegi wykonano już u kilkudziesięciu innych osób. "Testujemy podłączenie neuronów bezpośrednio do komputerowego syntezatora mowy, co pozwala niepełnosprawnym odzyskać zdolność mówienia. Jeden z pacjentów potrafi już odpowiadać "tak" i "nie" na zadane pytania - mówi dr Phil Kennedy z firmy Neural Signals.
Najbardziej precyzyjną metodą badania pracy mózgu jest wszczepianie elektrod bezpośrednio do komórek nerwowych w korze mózgowej. Jest to jednak zabieg ryzykowny - u części pacjentów dochodzi do infekcji, a u niemal wszystkich po pewnym czasie wokół implantów powstają "blizny" blokujące przepływ impulsów elektrycznych i potrzebna jest kolejna operacja. Część badaczy umieszcza więc elektrody bezpośrednio na powierzchni kory - ta mniej inwazyjna technika nazywana jest elektrokortykografią.
Informację z mózgu można też odczytywać nieinwazyjnie - za pomocą elektroencefalografii. Aparaty EEG najnowszej generacji są bardzo czułe, a dzięki połączeniu z komputerem wyłapują bardzo szczegółowe informacje. Prof. Jonathan Wolpaw ze State University of New York twierdzi, że jego system EEG pozwala sparaliżowanym osobom na obsługiwanie komputera czy telewizora - wystarczy niewielki trening i czepek z elektrodami pokrytymi żelem. Z kolei na Colorado State University uczeni badają aktywność fal mózgowych u zdrowych ludzi wykonujących różne zadania umysłowe: piszących, liczących i wyobrażających sobie coś. Na tej podstawie można już "czytać w myślach" - obserwując zapis EEG ustalać, o czym rozmyśla dana osoba. Metoda na razie jest skuteczna w siedmiu przypadkach na dziesięć.
Interfejsy mózgowe będą wykorzystywane także do bardziej praktycznych zadań - na przykład sterowania protezami kończyn. Na University of Pittsburgh naukowcy połączyli mózg makaka z ramieniem robota. Zwierzę szybko nauczyło się obsługi sztucznej "łapy", poruszając nią niezależnie od dwóch naturalnych. I choć system sterowania palcami wymaga jeszcze wielu poprawek, małpa potrafiła sięgnąć protezą po pokarm i włożyć go sobie do pyszczka.
Gdyby wierzyć Biblii, pierwszym oszustem wśród ludzi był Kain, który nie chciał się przyznać do zabicia Abla. Jednak korzenie kłamstwa sięgają znacznie głębiej. Robert Wright z University of Pennsylvania pisze w książce Moralne zwierzę, że dobór naturalny ma w głębokiej pogardzie uczciwość. Oszukiwać potrafią rośliny, upodabniające się do gatunków trujących lub mające kwiaty przypominające wyglądem owady, które mają je zapylać. Manipulacja w świecie zwierząt jest normą: kameleony zmieniają kolor skóry, patyczaki wyglądają jak kawałki drewna, a niektóre motyle do złudzenia przypominają osy czy wręcz grzechotniki. Trudno jednak o bardziej zakłamane istoty niż ludzie, którzy sztukę komunikacji - a więc i manipulacji - wznieśli na wyżyny niedostępne innym stworzeniom. Doczekaliśmy się nawet nowego określenia naszego gatunku - Homo machiavellicus, co sugeruje, że inteligencja powstała głównie po to, byśmy mogli skuteczniej okłamywać innych.
Zoolodzy twierdzą, że świadome oszustwo to niemal wyłącznie domena ssaków naczelnych. Do skutecznego, zaplanowanego kłamstwa potrzebny jest duży i sprawny mózg. A im większy, tym bardziej kłamliwy - przekonują badacze z brytyjskiego St Andrews University. Z ich badań wynika, że naczelne obdarzone niewielką ilością kory mózgowej, takie jak lemury czy małpiatki galago, są kiepskimi oszustami. Natomiast duże małpy człekokształtne potrafią kłamać nie tylko czynem, ale i słowem. Gdy gorylica Koko (badana od 1972 roku w kalifornijskiej Gorilla Foundation), która potrafiła posługiwać się językiem migowym, została przyłapana na zjadaniu kredki, pokazała znak "wargi" i udawała, że maluje się szminką. Innym razem w czasie zabawy ugryzła trenera i natychmiast pokazała "nie zęby". Dopiero po reprymendzie przyznała się do kłamstwa: "Koko znowu niedobra".
Z pozoru prawdomówność jest dla nas naturalna. Gdy kłamiemy, nasz mózg pracuje znacznie intensywniej, a nasze reakcje są spowolnione. Nic dziwnego - musimy nie tylko ukryć prawdę, ale również wymyślić na jej miejsce kłamstwo i "sprzedać" je w przekonujący sposób. Ten wysiłek musi być jednak opłacalny, skoro podejmujemy go praktycznie co chwila. Tak przynajmniej wynika z eksperymentów przeprowadzonych na University of Massachusetts, które wykazały, że w ciągu 10-minutowej rozmowy aż 60 proc. badanych skłamało przynajmniej raz.
"Ludzie nie zdają sobie sprawy z większości tych kłamstw. Gdy pokazaliśmy im nagrania tych rozmów wykonane ukrytą kamerą, byli zaskoczeni, że tak często próbowali wprowadzić rozmówcę w błąd" - mówi prowadzący badania prof. Robert Feldman. Nasz mózg działa tak, jakby stosował autocenzurę wobec własnych oszustw - i zapewne dlatego tak łatwo nam one przychodzą.
Konsekwencje zupełnej prawdomówności mogą być dramatyczne. Wiele osób cierpiących na tzw. zespół Aspergera - łagodną odmianę autyzmu - zachowuje się jak bohater komedii Kłamca, kłamca grany przez Jima Carreya: po prostu nie potrafi skłamać, choćby w najbłahszej sprawie. Wskutek tego mają duże problemy ze znalezieniem pracy, awansem czy nawet zwykłym funkcjonowaniem w gronie najbliższych i rodziny. Nie potrafią opanować grzecznościowych formuł, zasad schlebiania przełożonym czy negocjacji.
Faktem bowiem jest, że większość naszych kłamstw ma właśnie funkcje społeczne: pozwala nam funkcjonować w grupie, budować swą pozycję i nawiązywać alianse, pozyskiwać przychylność partnera. "To społeczeństwo zmusza nas do okłamywania innych. W dzieciństwie dowiadujemy się, że kłamstwo jest złe, ale w miarę dorastania szybko orientujemy się, że prawda często nie popłaca" - mówi prof. Leonard Saxe z Brandeis University. Nieprzypadkowo dzieci opanowują sztukę oszukiwania innych dopiero w okolicach 3-4 roku życia, kiedy uczą się funkcjonowania w grupie. Na dodatek niektóre kłamstwa są nam wpajane jako element dobrego wychowania - np. że zawsze wypada podziękować babci za prezent, nawet jeśli jest on kolejną koszmarną parą wełnianych skarpet. Zdolni łgarze doskonale radzą sobie również w trudnym okresie dojrzewania - naukowcy z University of Manchester ustalili, że uczniowie cieszący się największą popularnością w szkole są często także znakomitymi kłamcami.
Powszechność manipulacji i drobnych oszustw w naszym życiu sprawia, że na wiele z nich jesteśmy w stanie przymknąć oko. Nic dziwnego, że z mechanizmów tych bezwzględnie korzystają agencje reklamowe, specjaliści od public relations czy kreowania wizerunków polityków. Nasze mózgi codziennie są bombardowane potężną dawką informacji, która w założeniu ma wprowadzić nas w błąd: przekonać, że produkt A jest lepszy od produktu B, a partia C zapewni nam powszechny dobrobyt (w odróżnieniu od partii D). Większości tych haseł nie jesteśmy w stanie zweryfikować i nawet nie próbujemy, bo coraz częściej popierane są argumentami, które instynktownie akceptujemy - np. opinią naukowca lub obrazkiem uśmiechniętego dziecka.
Jednak wbrew przechwałkom twórców reklam większość codziennych prób manipulowania naszymi mózgami ma niewiele wspólnego z osiągnięciami nauki. "W branży reklamowej pracuje się bardzo szybko i z reguły wykorzystuje sprawdzone wcześniej rozwiązania. Gdy kampania okaże się skuteczna, można potem dorobić do niej teorię i badania, które będą dowodziły, że wszystko zostało zaplanowane" - mówi Mariusz Biedrzycki, autor książki Genetyka kultury, zajmujący się memetyką. Ta dziedzina nauki zakłada, że kulturą, religią czy reklamą rządzą takie same prawa ewolucji jak genami. Pakiety informacji kulturowej, czyli memy, mnożąc się, podlegają mutacjom i selekcji naturalnej, wskutek czego jedne poglądy zyskują popularność w społeczeństwie, a inne idą w zapomnienie. Teoretycznie memetyka mogłaby posłużyć do tworzenia manipulacji doskonałych, którym nikt nie będzie umiał się oprzeć, ale w praktyce - na szczęście - okazuje się, że ludzie są zbyt różnorodni, by na każdego mogła zadziałać ta sama reklama.