Mózg nastolatka. Jak przetrwać dorastanie własnych dzieci - Frances E. Jensen, Amy Ellis Nutt


Reflow text when sidebars are open.
W lipcu 2010 roku otrzymałam e-mail od sfrustrowanej matki dziewiętnastolatka, który właśnie ukończył pierwszy rok studiów. Ta kobieta wysłuchała mojego wystąpienia dla rodziców i nauczycieli w Akademii Concord (Massachusetts), podczas którego mówiłam o mózgu nastolatka. Jej e-mail pełen był różnych emocji - od smutku po zagubienie, a nawet gniew. Wywoływało je zachowanie jej syna, który w ostatnim czasie nagle stał się "dziwny".
"Mój syn łatwo wpada w gniew - napisała. - Stawia wokół siebie mur, by nie podejmować rozmowy. Wychodzi na całe noce i śpi całymi dniami. Nie robi już rzeczy, które dawniej sprawiały mu radość... Był kiedyś czarujący, inteligentny, taki do ludzi. Teraz rzadko kiedy jest w dobrym nastroju. Pomyślałam sobie, że tyle pracy włożyłam w jego wychowanie, w to, żeby posłać go do dobrego college'u, a skończyło się czymś takim". Kobieta zakończyła list prostym pytaniem: "Jak mogę mu pomóc?".
Takie właśnie listy skłoniły mnie do napisania tej książki. Dziewięć miesięcy po tamtym liście otrzymałam podobny, tym razem od matki osiemnastoletniej dziewczyny. Jej córka, która wydawała się zawsze taka zrównoważona, opuściła się w nauce. Stała się buntownicza, uciekła z domu i trafiła do szpitala z powodu depresji. "To był dla nas trudny rok - pisała jej matka. - Czasami mam wrażenie, że mi ją podmieniono. Z powodu jej zachowania i rzeczy, które mówi. Jest zupełnie inną osobą".
Wiedziałam, co czuły te kobiety. Kiedyś ja też czułam się bezradna. Ponieważ w chwili gdy mój starszy syn Andrew wchodził w okres dojrzewania, byłam świeżo po rozwodzie, dobitnie czułam, że przyszłość moich dzieci, tak jak ich teraźniejszość, zależy w dużej mierze ode mnie. Nie było miejsca na desperackie kłótnie zakończone krzykiem: "Idź z tym do ojca!". Kiedy jesteśmy samotnymi rodzicami, odpowiedzialność jest tylko nasza. Jako rodzice chcemy po prostu otworzyć naszym dzieciom parę drzwi - i tylko tyle, naprawdę. Delikatnie pokierować nimi we właściwą stronę. W okresie dziecięcym wszystko idzie mniej więcej zgodnie z planem. Nasze skarby uczą się, co jest właściwe, a co nie, kiedy trzeba kłaść się spać, a kiedy wstawać, czego nie dotykać, gdzie nie chodzić. Uczą się, że szkoła jest ważna, że trzeba być grzecznym wobec starszych, a kiedy zostają skrzywdzone - fizycznie lub psychicznie - szukają u nas pocieszenia.
Jednak co się dzieje, gdy kończą czternaście, piętnaście czy szesnaście lat? Jak to jest, że słodkie, grzeczne, szczęśliwe i dobrze sprawujące się dziecko, które znamy od ponad dziesięciu lat, staje się nagle kimś, kogo w ogóle nie poznajemy?
Jest kilka rzeczy, od których zaczynam moje wystąpienia dla rodziców. To, że czujecie się zbici z tropu, nie jest niczym niezwykłym. Wasze dzieci się zmieniają i chcą dojść ze sobą do ładu, ich mózgi i ciała przechodzą głębokie zmiany, a ich zewnętrzna beztroska, obcesowość i bezmyślność w ogóle nie są ich winą! Prawie wszystko da się tu wyjaśnić neurologicznie, psychologicznie i fizjologicznie. Jako rodzice czy wychowawcy musicie pamiętać o tym fakcie codziennie, a nawet w każdej godzinie!
Okres dojrzewania na pewno stanowi pole minowe. Należy on też do stosunkowo "nowych odkryć". Idea czasu dojrzewania jako pewnego etapu ludzkiego rozwoju jest z nami od tysiącleci, ale jej definicja jako odrębnego okresu między dzieciństwem a dorosłością pojawiła się dopiero w połowie XX wieku. W rzeczywistości słowo "nastolatek" na określenie człowieka w tym odrębnym okresie rozwoju po raz pierwszy pojawiło się w druku (w postaci mało znaczącej wzmianki) w artykule prasowym z kwietnia 1941 roku4.
Dzieci uważano za małych dorosłych przez większą część XIX wieku - głównie z przyczyn ekonomicznych. Potrzebne były do pracy przy obsiewaniu pól, dojeniu krów, rąbaniu drewna. W okresie rewolucji amerykańskiej połowa populacji zamieszkującej nowe kolonie miała mniej niż szesnaście lat. Osiemnastoletnia dziewczyna uznawana była za starą pannę i jej szanse na zamążpójście praktycznie spadały do zera. Aż do początków XX wieku dzieci powyżej dziesiątego roku życia, a często też młodsze mogły wykonywać większość prac, czy to na farmie, czy później w fabryce - nawet jeśli trzeba było je stawiać przy taśmie na skrzynkach. Do 1900 roku, w pełni rewolucji przemysłowej, w Stanach Zjednoczonych zatrudnionych było więcej niż dwa miliony dzieci.
Dwa wydarzenia z połowy XX wieku - wielki kryzys i rozwój szkół średnich - nie tylko zmieniły stosunek do dzieciństwa, lecz także pomogły wprowadzić erę nastolatka. Wraz z kryzysem, jaki nastał po załamaniu się giełdy w 1929 roku, dzieci jako pierwsze straciły pracę5. Można je było jedynie posłać do szkoły i dlatego do końca lat trzydziestych, po raz pierwszy w historii amerykańskiego szkolnictwa, większość osób między czternastym a siedemnastym rokiem życia się uczyła. Według danych opracowanych przez Narodowe Centrum Badania Opinii Publicznej w 2003 roku nawet dzisiaj Amerykanie uważają ukończenie szkoły średniej za najważniejszy znak wkroczenia w dorosłość6. (Dla porównania: na sporym obszarze Wielkiej Brytanii nastolatek jest traktowany jako osoba dorosła, nawet jeśli nie ukończył szkoły średniej; w Anglii, Szkocji i Walii zgodnie z prawem może w wieku lat szesnastu nie tylko opuścić szkołę, lecz także dom rodzinny i żyć niezależnie). W latach czterdziestych i pięćdziesiątych XX wieku amerykańskie nastolatki, z których większość nie była już odpowiedzialna za ekonomiczne przetrwanie swoich rodzin, z całą pewnością nie wydawały się osobami dorosłymi - przynajmniej dopóki nie ukończyły szkoły średniej. Młodzież zazwyczaj mieszkała w domach rodzinnych i była zależna od rodziców. A ponieważ coraz więcej młodych ludzi szło do szkoły średniej, stali się oni w końcu rodzajem odrębnej klasy społecznej. Wyglądali inaczej niż osoby dorosłe, ubierali się inaczej, mieli inne zainteresowania, a nawet słownictwo. Krótko mówiąc, stanowili nową kulturę. Jak to ujął pewien anonimowy pisarz tamtych czasów: "Młodzi ludzie stali się nastolatkami, bo nie daliśmy im nic lepszego do roboty"7.
Pewien człowiek przewidział to wszystko już ponad sto lat temu. Amerykański psycholog Granville Stanley Hall nie użył określenia "nastolatek" w swojej przełomowej książce o kulturze młodzieżowej, opublikowanej w 1904 roku, ale już z samego tytułu tego 1400-stronicowego dzieła - Adolescence: Its Psychology and Its Relations to Physiology, Anthropology, Sociology, Sex, Crime, Religion and Education (Okres młodzieńczy: jego psychologia i jej związki z fizjologią, antropologią, socjologią, seksem, zbrodnią, religią i edukacją) - wynika, że traktował on okres między dzieciństwem a dorosłością jako oddzielny etap rozwoju. Hall jako pierwszy uzyskał tytuł doktorski z psychologii na Uniwersytecie Harvarda i był pierwszym przewodniczącym Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego. Dla niego okres dorastania był szczególnym momentem w życiu, oddzielnym i wyróżniającym się etapem, jakościowo różnym zarówno od dzieciństwa, jak i od dorosłości. Dorosłość, mówił Hall, jest czasem w pełni rozwiniętego człowieka rozumu, dzieciństwo etapem dzikości, zaś okres młodzieńczy chwilą szalonego entuzjazmu. Sam określał tę chwilę jako prymitywną lub "neoatawistyczną", a nastolatki uważał za nieco tylko bardziej możliwe do opanowania niż absolutnie anarchistyczne dzieci.
Hall sugerował rodzicom i wychowawcom, że nie powinni rozpieszczać młodzieży, lecz raczej ją okiełznać, a następnie indoktrynować ideami służby publicznej, dyscypliny, altruizmu, patriotyzmu i szacunku dla władzy. Był nieco prowincjonalny w sposobie traktowania młodzieńczego okresu burzy i naporu oraz związanego z tym stresu, ale zarazem jako pierwszy zasugerował biologiczny związek między etapem młodzieńczym a dojrzewaniem seksualnym i nawet używał języka, który zapowiadał późniejsze neurologiczne rozumienie plastyczności mózgu. "Charakter i osobowość wykuwają się, ale wszystko to jest plastyczne - pisał, odnosząc się do podatności na wpływy. - Odczuwanie samego siebie i ambicja rosną, a każda cecha charakteru i zdolność jest wówczas przesadzona i nadmierna"8.
Odczuwanie samego siebie, ambicja, przesada, nadmierność - wszystkie te określenia pomogły zdefiniować nastolatka w Ameryce połowy XX wieku. Nastoletniość jako fenomen kulturowy pojawiła się w okresie powojennym - reprezentowana przez dziewczęta w skarpetkach i małe modnisie oraz Jamesa Deana w Buntowniku bez powodu i Holdena Caulfielda w Buszującym w zbożu. Jednak mimo że okres nastoletni został lepiej zdefiniowany i powszechnie uznany, linia oddzielająca dzieciństwo od dorosłości pozostała - i nadal pozostaje - ruchoma. W naszym społeczeństwie utrzymuje się stara niepewność co do tego, kiedy dana osoba powinna zostać uznana za dorosłą. W większości stanów USA trzeba mieć od piętnastu do siedemnastu lat, by móc kierować samochodem, osiemnaście, by głosować, kupować papierosy i wstąpić do wojska, dwadzieścia jeden, by móc pić alkohol, a dwadzieścia pięć, by wynająć samochód. Członek Izby Reprezentantów musi mieć minimum dwadzieścia pięć lat, a prezydent Stanów Zjednoczonych trzydzieści pięć, natomiast granica wieku minimalnego dla gubernatora stanowego jest różna - w sześciu stanach nie ma jej w ogóle, a w Oklahomie trzeba ukończyć trzydzieści jeden lat. Na ogół nie ma wiekowego obostrzenia, jeśli chodzi o składanie zeznań w większości sądów, podpisanie umowy czy wystosowanie pozwu, a także "wyzwolenie się" spod opieki rodziców lub poddanie terapii antyalkoholowej czy antynarkotykowej. Jednak trzeba mieć osiemnaście lat, by zdecydować o własnym leczeniu lub napisać testament, a przynajmniej w trzydziestu pięciu stanach obowiązuje przepis, w myśl którego dziewczyna poniżej osiemnastego roku życia, chcąca się poddać aborcji, musi w taki czy inny sposób zaangażować w to swoich rodziców. Nastolatki otrzymują od nas bardzo wiele sprzecznych sygnałów dotyczących ich praw i obowiązków wobec społeczeństwa, a przecież nie są jeszcze na etapie, na którym mogłyby zrozumieć logikę wszystkich tych zasad (jeśli w ogóle jest tam jakaś logika). To wprowadza wiele zamieszania.
Co więc rzeczywiście znaczy być nastolatkiem? Mężczyzną dzieckiem? Kobietą dzieckiem? Quasi-dorosłym? Pytanie to wychodzi poza kwestie semantyki, filozofii i nawet psychologii, gdyż jego reperkusje są poważne i niosą ze sobą praktyczne konsekwencje dla rodziców, wychowawców i lekarzy, a także dla systemu karnego, nie wspominając już o samych nastolatkach.
Hall sądził, że okres młodzieńczy zaczyna się wraz z rozpoczęciem dojrzewania płciowego - dlatego właśnie uważa się go za prekursora nauki o dojrzewaniu. Chociaż nie miał żadnych empirycznych dowodów, wiedział, że zrozumienie mentalnych, emocjonalnych i fizycznych zmian zachodzących w okresie wchodzenia w dorosłość zależy tylko od zrozumienia biologicznych mechanizmów dojrzewania płciowego.
Jednym z głównych obszarów badań dotyczących dojrzewania płciowego są hormony, ale nie mają one dobrej prasy u rodziców i wychowawców, którzy winią je za wszystko, co złego dzieje się z nastolatkami. Uważam, że określenie "buzujące hormony" przywodzi na myśl dzieci połykające podejrzane mikstury lub koktajle, które sprawiają, że przestają one zwracać uwagę na kogokolwiek i cokolwiek. Jednak gdy wskazujemy na hormony jako winowajców tego wszystkiego, obwiniamy posłańca. Pomyślcie: gdy wasz trzylatek ma napad złości, winicie za to buzujące hormony? Oczywiście, że nie. Po prostu wiemy, że trzylatki jeszcze nie potrafią opanować swoich emocji.
W jakiś sposób ta prawda odnosi się też do nastolatków. A jeśli chodzi o hormony, to należy pamiętać, że mózg nastolatka "widzi" je po raz pierwszy. Z tego powodu jeszcze nie opracował reakcji organizmu na ten napływ nowych substancji chemicznych. To trochę tak jak przy pierwszym (i oby ostatnim!) zaciągnięciu się papierosem. Gdy wdychamy dym, nasza twarz pokrywa się rumieńcem, mamy zawroty głowy i może nawet trochę nas mdli.
Naukowcy wiedzą już, że główne hormony płciowe - testosteron, estrogen i progesteron - wyzwalają fizyczne zmiany u dorastającej młodzieży, na przykład powodują mutację głosu i zarost na twarzy u chłopców oraz rozwój piersi i menstruację u dziewcząt. Te hormony są obecne w naszych ciałach od dzieciństwa, ale gdy wchodzimy w okres dojrzewania, poziom ich stężenia w organizmie znacząco rośnie. U dziewcząt ilość estrogenu i progesteronu zmienia się w zależności od dnia cyklu menstruacyjnego. Jako że oba hormony są powiązane z substancjami chemicznymi w mózgu, szczęśliwa, roześmiana czternastolatka może wpaść w ponury nastrój, gdy tylko zamknie za sobą drzwi do swojego pokoju. U chłopców testosteron znajduje szczególnie podatne receptory w ciele migdałowatym, strukturze mózgu, która ma silny związek z zachowaniami agresywnymi i strachem. Poziom testosteronu w organizmie dorastającego chłopca może wynosić nawet trzydzieści razy więcej niż w okresie przed rozpoczęciem dojrzewania płciowego.
Hormony płciowe są szczególnie aktywne w układzie limbicznym, który stanowi emocjonalny ośrodek mózgu. To częściowo wyjaśnia, dlaczego nastolatki nie tylko są chwiejne emocjonalnie, lecz także poszukują szczególnie emocjonujących wrażeń - od książki, która sprawia, że płaczą, po jazdę rollercoasterem, która wywołuje ich krzyk. Nastolatki wpadają w pułapkę - ich mózg jest podniecony, szuka bodźców, a jednocześnie nie jest jeszcze w pełni zdolny do podejmowania dojrzałych decyzji - a konsekwencje, zarówno dla nich, jak i dla ich rodzin, są często katastrofalne.
Naukowcy od dawna wiedzą, jak działają hormony, ale dopiero w ciągu ostatnich pięciu lat udało im się zrozumieć, dlaczego działają one właśnie w taki sposób. Hormony płciowe są obecne u dzieci już w momencie narodzin, więc przez ponad dekadę znajdują się w stanie uśpienia. Co je wyzwala na początku okresu dojrzewania? Kilka lat temu naukowcy odkryli, że okres dojrzewania płciowego rozpoczyna się od gry w hormonalne domino9 - jeden gen zaczyna produkować białko zwane kisspeptyną w podwzgórzu, czyli tej części mózgu, która reguluje metabolizm. Gdy to białko łączy się, a więc "całuje"10, z receptorami innego genu, przysadka mózgowa uwalnia hormony. Ten napływ testosteronu, estrogenu i progesteronu aktywuje z kolei jądra i jajniki.
Od chwili odkrycia hormonów płciowych to właśnie ich działaniem przez całą resztę XX wieku tłumaczono zachowania nastolatków. Problem z tą teorią jest taki, że nastolatki wcale nie mają wyższego poziomu hormonów niż młodzi dorośli. Po prostu inaczej na nie reagują. Na przykład w okresie dorastania rośnie wyczulenie na stres11, co częściowo może odpowiadać za zaburzenia emocjonalne (w tym także napady paniki), zazwyczaj pojawiające się w chwili, gdy dzieci zaczynają dojrzewać. Nastolatki po prostu nie mają takiej tolerancji na stres, jaka cechuje dorosłych. Są bardziej narażone na choroby i problemy fizyczne wywoływane przez stres, takie jak przeziębienia, bóle głowy i dolegliwości żołądkowe. Wśród dzisiejszych nastolatków powszechne są także obgryzanie paznokci czy zaburzenia odżywiania. Nastolatki muszą zmierzyć się z zalewem różnych bodźców pochodzących z domu, ze szkoły, od rówieśników i wreszcie z mediów oraz internetu - jest to nowa sytuacja w historii ludzkości. Dlaczego osoby dorosłe są mniej podatne na wszystkie te bodźce? W 2007 roku naukowcy z Centrum Medycznego Uniwersytetu Stanu Nowy Jork (SUNY) ogłosili, że hormon zwany allopregnanolonem (THP), który zwykle uwalniany jest pod wpływem stresu w celu złagodzenia napięcia, u osób w okresie dojrzewania daje efekt odwrotny - zamiast hamować napięcie, podnosi jego poziom. U dorosłego ten hormon działa jako środek uspokajający i skutki jego działania odczuwalne są po upływie pół godziny od wydarzenia, które wywołało stres. U dorastających myszy THP nie obniża napięcia. Można stąd wysnuć wniosek, że napięcie u nastolatków powoduje jeszcze większe napięcie. Za tym efektem stoi po prostu biologia.
Aby zrozumieć, dlaczego nastolatki są takie humorzaste, impulsywne i znudzone, dlaczego się popisują, odszczekują i na nic nie zwracają uwagi, dlaczego narkotyki i alkohol są dla nich tak niebezpieczne i dlaczego podejmują kiepskie decyzje, jeśli chodzi o picie, jazdę samochodem, seks - wpiszcie tu, co chcecie - w każdym razie aby to wszystko zrozumieć, musimy przyjrzeć się działaniu ich mózgów. Wzmożone wydzielanie hormonów płciowych jest biologiczną oznaką dojrzewania płciowego, fizjologicznej transformacji dziecka w seksualnie dojrzałego człowieka, którego nie można jednak określić jeszcze jako dorosłego.
Działaniem hormonów można wyjaśnić część tego, co dzieje się w mózgu nastolatka, ale w grę wchodzi o wiele więcej, gdyż w okresie dojrzewania kształtują się nowe połączenia między poszczególnymi obszarami mózgu i krąży tam wiele substancji chemicznych, zwłaszcza neuroprzekaźników. Dlatego właśnie jest to tak niezwykły czas. Ze względu na plastyczność i wzrost mózgu, a tym samym zwiększone zdolności dorastająca młodzież ma szansę na niesamowite osiągnięcia. Jednak plastyczność, wzrost i nadmiar są mieczem obosiecznym, ponieważ "otwarty" i podatny na ekscytację mózg jest szczególnie narażony na stres, działanie narkotyków i substancji chemicznych, a także skutki licznych zmian w środowisku. A ze względu na to, że mózg nastolatka jest często nadaktywny, wpływy te mogą wywołać o wiele poważniejsze problemy niż w przypadku osób dorosłych.
Co on sobie myślał?
Mój piękny, kasztanowowłosy syn właśnie wrócił od kumpla z włosami ufarbowanymi na kolor kruczoczarny. Spanikowałam, ale nic nie powiedziałam.
- Chcę mieć jeszcze czerwone pasemka - powiedział nonszalancko.
Byłam w szoku. Czy to aby na pewno moje dziecko?! Często zadawałam sobie to pytanie, gdy piętnastoletni Andrew chodził do drugiej klasy prywatnego liceum w Massachusetts, chociaż cały czas starałam się być dla niego wsparciem. Byłam rozwiedzioną matką dwóch nastoletnich synów, spędzającą długie godziny w pracy. Pracowałam jako klinicystka i profesor w Bostońskim Szpitalu Dziecięcym oraz w Szkole Medycznej Uniwersytetu Harvarda. I nawet jeśli czasami czułam się winna, że spędzam tyle czasu poza domem, chciałam być jak najlepszą matką dla moich dzieci. W końcu jako pracownik naukowy wydziału neurologii dziecięcej zajmowałam się badaniem rozwoju mózgu. Dziecięce mózgi - to była moja praca.
Jednak mój milusiński pierworodny nagle stał się obcy, nieprzewidywalny i za wszelką cenę starał się wyróżniać. Właśnie przeniósł się z bardzo tradycyjnego gimnazjum z obowiązkowymi mundurkami, w którym skończył także pierwszą klasę licealną1, do bardzo liberalnego liceum. W pełni korzystał z przywilejów nowego środowiska, czyli na przykład ubierał się w sposób, który moglibyśmy nazwać "alternatywnym". No dobrze, jego najlepszy kumpel miał niebieskiego irokeza. Nie muszę chyba nic dodawać.
Zaczerpnęłam powietrza i starałam się uspokoić. Wiedziałam, że gdybym teraz wrzasnęła na niego, nie wyszłoby to na dobre żadnemu z nas. Bardzo możliwe, że jeszcze bardziej by się wyalienował. Przynajmniej nie miał problemu z tym, żeby powiedzieć mi, że chce coś zrobić, zanim faktycznie to zrobił. Dostałam szansę i postanowiłam ją wykorzystać.
- Zamiast niszczyć sobie włosy tanią farbą z dyskontu, może lepiej pójdziesz ze mną do mojego fryzjera, który zrobi ci pasemka? - zapytałam. Ponieważ miałam też za to zapłacić, Andrew z radością się zgodził. Mój fryzjer, który sam był trochę punkiem, załapał, o co chodzi. Odwalił kawał świetnej roboty - tak dobrej, że ówczesna dziewczyna Andrew postanowiła identycznie ufarbować włosy. Jednak zrobiła to sama i nie muszę chyba mówić, że efekt był inny.
Kiedy wracam myślami do tamtych czasów, zdaję sobie sprawę, że to wszystko, co wcześniej niby wiedziałam o moim synu, wywróciło się do góry nogami. (Czy ta kupa na środku jego pokoju to kompost, czy pranie?). Andrew sprawiał wrażenie zakleszczonego gdzieś między okresem dziecięcym a dorosłością. Ciągle targały nim sprzeczne emocje, zachowywał się impulsywnie, ale fizycznie i intelektualnie był już bardziej mężczyzną niż chłopcem. Eksperymentował ze swoją tożsamością, a podstawowym jej elementem był wygląd. Jako matka i neurolog myślałam, że wiem wszystko co trzeba o tym, co się dzieje w głowie nastolatka. Najwyraźniej nie wiedziałam. Z pewnością nie wiedziałam także, co się dzieje poza jego głową! Wobec tego jako matka i naukowiec postanowiłam, że muszę się tego dowiedzieć. Koniecznie!
Zawodowo zajmowałam się wtedy głównie mózgami niemowląt. Prowadziłam laboratorium, w którym robiliśmy badania dotyczące przede wszystkim epilepsji i rozwoju mózgu. Interesowałam się także neurobiologią translacyjną i próbowałam opracować nowe metody leczenia zaburzeń mózgu. Nagle jednak trafił mi się nowy naukowy eksperyment i projekt: moi synowie. Will był tylko dwa lata młodszy od Andrew. Co będzie, gdy zacznie dorastać? Tak mało rozumiałam. Obserwowałam, jak Andrew prawie z dnia na dzień zmienia się w kogoś innego, choć wiedziałam, że jest ciągle tym samym wspaniałym, miłym, błyskotliwym dzieciakiem. Co się stało? By się tego dowiedzieć, postanowiłam zanurzyć się w świat badań naukowych dotyczących nastolatków - nieco obcego gatunku zamieszkującego właśnie mój dom. I wykorzystać zdobytą wiedzę, by bez szkody dla zdrowia dobrnąć do momentu, w którym moi synowie wejdą wreszcie w dorosłość.
Jeszcze przed kilkoma laty mózg nastolatka nie wydawał się naukowcom szczególnie interesujący. Większość pieniędzy inwestowanych w badania neurologiczne i neuropsychologiczne przeznaczano albo na diagnozowanie i rozwiązywanie problemów w rozwoju niemowląt i dzieci - od zaburzeń procesu uczenia się po wczesne socjoterapie, albo problemów występujących u osób starszych, głównie choroby Alzheimera. Jeszcze niedawno neurobiologia mózgu nastolatka była niedoinwestowanym obszarem nauki. Niezbyt chętnie badano ten fenomen i najwidoczniej niezbyt dobrze go rozumiano. Naukowcy uważali - jak się okazało, niesłusznie - że wzrost mózgu kończy się mniej więcej w chwili, gdy dziecko idzie do przedszkola. Dlatego przez ostatnie dwadzieścia lat rodzice kilkulatków próbowali stymulować szybszy rozwój swojego dziecka przez zasypywanie go zabawkami edukacyjnymi, takimi jak płyty o małym Einsteinie lub zestawy Odkryj małego Mozarta. A mózg nastolatka? Większość ludzi sądziła, że jest on mniej więcej takim samym urządzeniem jak mózg dorosłego, tylko z mniejszym przebiegiem.
Jednak to założenie okazało się błędne, podobnie jak inne koncepcje oraz mity dotyczące zachowania młodzieży, powtarzane od lat i trwale zakorzenione w naszym myśleniu: nastolatki są impulsywne i reagują emocjonalnie z powodu buzujących hormonów; nastolatki są buntownicze i zawsze mówią "nie", ponieważ chcą być trudne i wyróżniać się z tłumu; jeśli czasami wypiją za dużo alkoholu bez zgody rodziców, cóż, ich mózgi są odporne, więc przetrwają to bez żadnych trwałych skutków ubocznych. Według jeszcze innych przekonań okres dojrzewania to czas, kiedy "klamka zapadła": poziom inteligencji oraz talenty, jakie ktoś wykazuje w okresie nastoletnim (w stronę matematyki i nauk przyrodniczych albo zdolności językowych), będą mu towarzyszyć do końca życia.
Wszystko to bzdura. Mózg nastolatka znajduje się w bardzo specyficznym momencie rozwoju. W tej książce pokażę, co wyszło z moich badań: w tym wieku młodzi ludzie wykazują niespotykaną wrażliwość, ale zarazem są zdolni do wyjątkowych rzeczy - lecz ta zdolność zanika, gdy wchodzą w dorosłość.
Im bardziej zagłębiałam się w literaturę naukową dotyczącą nastolatków, tym lepiej rozumiałam, jakim błędem było postrzeganie mózgów młodych ludzi przez pryzmat neurobiologii dorosłych. Funkcjonowanie mózgu, jego wewnętrzne połączenia i możliwości - to wszystko okazało się inne. Miałam także świadomość, że ta nowa nauka dotycząca mózgu nastolatka nie jest dostępna dla tych rodziców, którzy nie mają wiedzy neurobiologicznej. A przecież to właśnie oni powinni o tym wiedzieć - rodzice, opiekunowie i wychowawcy, tak samo jak ja zdziwieni, sfrustrowani i wściekli z powodu swoich nastolatków.
Gdy mój młodszy syn Will skończył szesnaście lat, zdał egzamin na prawo jazdy. Rzadko dawał mi powody do zmartwienia, ale pewnego poranka było inaczej. Kilka tygodni po otrzymaniu dokumentu zaczął jeździć do szkoły naszym dodge'em intrepidem z 1994 roku - wielkim, starym, bezpiecznym samochodem. Pozornie wszystko było w porządku. Tamtego ranka Will jak zwykle wyjechał z domu o 7.30, bo lekcje zaczynały się o 7.55. Gdy wychodziłam do pracy, około 7.45, zadzwonił do mnie. "Mamo, ze mną wszystko w porządku, ale skasowałem samochód". Początkowo byłam mu wdzięczna, że przytomnie zaczął od informacji o swoim stanie, ale oczyma wyobraźni widziałam już samochód owinięty wokół drzewa. "Już jadę" - powiedziałam i wskoczyłam za kierownicę. Kiedy podjeżdżałam pod bramę szkoły, zobaczyłam migające światła samochodu policyjnego. Co on zrobił? W skrócie: postanowił skręcić w lewo w szkolną bramę, mimo że z naprzeciwka jechała cała kolumna pojazdów. To by zadziałało, gdyby w drugim samochodzie jechała matka taka jak ja, która pokręciłaby głową i wcisnęła hamulec. Jednak tamtego poranka Will trafił na dwudziestotrzyletniego budowlańca w fordzie F-150, który jechał do pracy. Nie był bardziej skłonny ustąpić pierwszeństwa, niż Will poczekać na wolny przejazd, więc doszło do wypadku. Na szczęście poduszki powietrzne zamontowane w 1994 roku w 2006 nadal działały.
Will stał w szkolnej bramie obok swojego kompletnie rozbitego samochodu, zawstydzony, gdyż w tym momencie praktycznie cała szkoła przejeżdżała obok niego w drodze na zajęcia. To była dla niego prawdziwa lekcja. Od razu to pojęłam - i byłam niezwykle wdzięczna za to, że zarówno on, jak i drugi kierowca wyszli bez szwanku z tej bitwy o pierwszeństwo przejazdu.
"Co on sobie myślał?" - zapytałam sama siebie nieco refleksyjnie. A potem pomyślałam: "Nie, znowu to samo". Tym razem szybko się uspokoiłam. Teraz wiedziałam już znacznie więcej. Wiedziałam, że mózg Willa, tak jak mózg Andrew i każdego innego nastolatka, nie osiągnął jeszcze swej ostatecznej postaci. Mój syn zdecydowanie nie był już dzieckiem, ale jego mózg nadal się rozwijał, zmieniał, nawet fizycznie rósł. Dopóki Andrew nie zmusił mnie, bym siadła i zrewidowała wszystko, co wiedziałam o młodym mózgu, nie zdawałam sobie sprawy, że rzecz nie w tym, co zachodzi w głowie młodego człowieka, ale w tym, co w niej nie zachodzi.
Mózg nastolatka to cudowny organ, zdolny do tytanicznej stymulacji i zadziwiających wyczynów w nauce. Psycholog Granville Stanley Hall, prekursor badań nad dziećmi, w 1904 roku tak pisał o bujności okresu dojrzewania:
Te lata to najlepsza dekada życia. W żadnym wieku człowiek nie jest tak czuły na wszystkie najlepsze i najmądrzejsze wysiłki dorosłych. W żadnej psychicznej glebie ziarno, czy dobre, czy złe, nie zakorzenia się tak mocno, nie pleni się i nie rodzi owoców tak szybko i z taką pewnością2.
Hall optymistycznie określił okres dojrzewania jako czas "narodzin wyobraźni"3, ale wiedział zarazem, że ten wiek przyjemności ma swoje niebezpieczne strony, do których zaliczają się: impulsywność, podejmowanie ryzyka, wahania nastroju, brak wglądu i nieumiejętność właściwego osądu wydarzeń. Nie mógł prawdopodobnie przewidzieć zapierającego dech w piersiach spektrum niebezpieczeństw, jakie czyhają na młodych ludzi w dzisiejszych czasach w mediach społecznościowych i internecie. Ileż to razy słyszałam od znajomych, kolegów, a nawet obcych ludzi podchodzących do mnie po moich wystąpieniach o tych szalonych rzeczach, które zrobiły nastoletnie dzieci albo ich koledzy i koleżanki? Córka "ukradła" ojcu motocykl i doszczętnie go rozbiła. Dzieci kładły się twarzą w dół na dowolnej powierzchni (nawet na balustradzie balkonu) i robiły sobie nawzajem zdjęcia. Albo jeszcze gorzej, "piły gałką oczną" - wlewały wódkę bezpośrednio do oka, by natychmiast się upić. Albo w obawie o wynik testu na obecność narkotyków po weekendzie piły rozcieńczony wybielacz w przekonaniu, że "wyczyści" im mocz z trawki wypalonej poprzedniego wieczoru.
Mózgi dzieci - jeśli spojrzeć na to od strony psychologii - są nadal kształtowane przez środowisko, nawet gdy te dzieci mają już po dwadzieścia kilka lat. Wiek dojrzewania to czas obiecujący, ale jest to również czas wyjątkowego ryzyka. Każdego dnia naukowcy odkrywają, że młodzieńczy mózg funkcjonuje i reaguje na świat zewnętrzny inaczej niż mózg dziecka czy dorosłego. A sposób, w jaki działa, ma wiele wspólnego z impulsywnymi, irracjonalnymi i błędnymi decyzjami, jakie nastolatki podejmują tak często.
My, dorośli, jesteśmy częściowo odpowiedzialni za problemy ze zrozumieniem nastolatków. Zbyt często wysyłamy im nieoczywiste sygnały. Zakładamy, że gdy nasze dzieci zaczynają fizycznie upodabniać się do dorosłych - dziewczętom rozwijają się piersi, a chłopcom rosną wąsy - powinny być traktowane i zachowywać się jak dorośli, z całą odpowiedzialnością, jakiej oczekujemy od ludzi dojrzałych. Nastolatki mogą wstąpić do wojska i pojechać na wojnę, żenić się bez zgody rodziców, a w niektórych miejscach nawet sprawować urząd publiczny. W ostatnich latach co najmniej siedmioro z nich zostało wybranych na burmistrzów małych miast w stanach Nowy Jork, Pensylwania, Iowa, Michigan i Oregon. Z całą pewnością prawo często traktuje nastolatki jak dorosłych, zwłaszcza gdy chodzi o brutalne przestępstwa, a ich procesy toczą się przed sądami karnymi dla dorosłych. Jednak na wiele sposobów traktujemy też nastolatki jak dzieci, a przynajmniej jak nie do końca dorosłe osoby.
Jak nadajemy sens własnym sprzecznym sygnałom? Czy one w ogóle mają sens?
Przez kilka ostatnich lat jeździłam z wystąpieniami po całym kraju. Rozmawiałam z rodzicami, młodzieżą, lekarzami, naukowcami i psychoterapeutami. Wyjaśniałam im, co niesie ze sobą nowa nauka o mózgu nastolatka. Ta książka powstała dzięki wspaniałej, wręcz niesamowitej reakcji rodziców i nauczycieli (a czasem też nastolatków), którzy przyszli mnie posłuchać. Wszyscy chcieli podzielić się ze mną swoimi historiami, zadać pytania i spróbować zrozumieć, jak pomóc własnym dzieciom - a przy okazji i sobie - przebrnąć przez ten pełen wrażeń, ale i kłopotliwy okres życia.
Sedno sprawy tkwi w tym, czego nauczyłam się od własnych synów: że dorastająca młodzież to nie jest w gruncie rzeczy obcy gatunek, tylko gatunek niezrozumiany. Tak, oni różnią się od nas, ale u podstaw tych różnic leżą istotne przyczyny psychologiczne i neurologiczne. W mojej książce tłumaczę, jak działa mózg nastolatka, który z jednej strony zapewnia mu znaczne ułatwienia, a z drugiej wykazuje niedostrzegalne i często nieuznawane słabości. Mam nadzieję, że czytelnicy wykorzystają tę książkę jako podręcznik, swoistą instrukcję obsługi lub poradnik, jak przetrwać okres opieki nad nastolatkiem i stymulowania jego mózgu. Chcę zrobić coś więcej, niż tylko pomóc dorosłym w zrozumieniu ich dzieci. Chcę przedstawić im praktyczne rady, by mogli pomóc swym nastolatkom. Nie tylko młodzi ludzie muszą przejść przez ten ekscytujący, ale zdradliwy okres życia. Rodzice, opiekunowie i wychowawcy także w tym uczestniczą. Ja zrobiłam to dwukrotnie. Jest to zarazem doświadczenie upokarzające, wspaniałe i wprowadzające zamęt. Jako rodzice zbieramy siły przed tą swoistą przejażdżką rollercoasterem, ale w większości przypadków jej tempo ostatecznie spada, wyrównuje się i pozostawia nam mnóstwo historii do opowiadania!
Prawie dziesięć lat temu, gdy stało się dla mnie oczywiste, że bycie rodzicem nastolatka nie ma nic wspólnego z opieką nad przerośniętym dzieckiem, powiedziałam sobie: "Dobrze, popracujmy nad tym wspólnie". Stawiłam czoła moim synom. Pewnego razu, gdy Andrew nadal był w drugiej klasie liceum, nadszedł ten nieunikniony moment. Okazało się, że egzaminy są tuż-tuż, a on wciąż zajmuje się bardziej sportem i imprezowaniem niż książkami i pracami domowymi. Ponieważ jestem naukowcem, wiem, że proces nauki jest kumulatywny - nowe wiadomości opierają się na tym, czego się już nauczyliśmy, więc musimy ciągle sobie przypominać, co już wiemy. Usiadłam nad kartką papieru i przejrzałam każdy rozdział podręczników Andrew, notując na jednej stronie problem do rozwiązania, a na drugiej odpowiedź. Mój syn potrzebował tylko pewnego modelu, wzorca, struktury. To był punkt zwrotny dla niego oraz dla mnie. On uświadomił sobie, że naprawdę musi zakasać rękawy. Zdał sobie także sprawę z tego, że nauka na łóżku, wśród mnóstwa walających się rzeczy, zwyczajnie się nie sprawdza. Potrzebna mu była struktura, więc usiadł przy biurku, z temperówką i kartką papieru, i zaczął uczyć się narzucać sobie dyscyplinę. Potrzebował bata. Ja znałam się na planowaniu pracy, a on wtedy jeszcze tego nie potrafił. Uporządkowane otoczenie pomogło mu w nauce i ostatecznie poszło mu naprawdę dobrze. W takich warunkach mógł godzinami siedzieć przy biurku - i robił to. Wiem, bo go sprawdzałam.
Ta historia jest także bardzo dobrym przykładem zależności między jakością procesu uczenia się a miejscem. Naukowcy wykazali, że najlepszym sposobem na zapamiętanie informacji jest powrót do miejsca, w którym je przyswajaliśmy. W przypadku Andrew to było biurko w jego pokoju. Jak wyjaśnię później, nastolatki w mig chwytają nową wiedzę - ich mózgi są nastawione na naukę - więc to, gdzie i jak się uczą, jest ważną kwestią, a zorganizować miejsce, w którym dziecko odrabia pracę domową, może każdy rodzic. A ponieważ odrabianie lekcji jest jedną z głównych rzeczy, jakie dzieci robią w domu, rodzic może się zaangażować w życie swojego nastoletniego syna lub nastoletniej córki, nawet jeśli nie jest ekspertem w przedmiotach, których naukę dziecko zaniedbuje od miesięcy. Możemy sprawdzić zadania i wypracowania albo po prostu zapewnić wygodne krzesło do siedzenia przy biurku. Jeśli nie znamy nikogo, kto dobrze zrobi czerwone pasemka we włosach, zawsze możemy wyskoczyć po farbę, gdy nasze dziecko chce zmienić wygląd. Pozwólmy mu eksperymentować z mniej szkodliwymi rzeczami, to lepsze niż doprowadzić do buntu i poważnych kłopotów. Spróbujmy nie skupiać się na wygrywaniu domowych bitew, gdy należałoby wygrać wojnę - wynikiem końcowym ma być przebrnięcie bez nieodwracalnych skutków przez konieczny etap eksperymentowania, którego instynktownie łakną nastolatki. Okres nastoletni to świetny czas na sprawdzanie, jak silne są nasze dzieci, i wyrównanie tych słabości, które wymagają naszej uwagi.
Nie chcemy przecież wyśmiewać, osądzać, patrzeć z dezaprobatą lub bagatelizować. Musimy raczej wejść w głowę naszego nastolatka. Wszystkie dzieci mają jakieś kłopoty, w których możemy im pomóc. To może być cokolwiek: zapominanie o przynoszeniu książek ze szkoły, wciskanie ważnych notatek na samo dno plecaka, błędy w pracach domowych. Niekiedy - a właściwie przez większość czasu - dzieci są niezorganizowane, nie zwracają uwagi na szczegóły. W takich warunkach oczekiwanie od nich, że same wymyślą, jak sprawnie odrobić pracę domową, może faktycznie być zbyt ambitne. Nastolatek nie zawsze przyjmie rady, ale i tak nie możecie ich dawać, jeśli nie jesteście z nim na co dzień, nie próbujecie zrozumieć, jak wasze dziecko się uczy. Ono także jest zdezorientowane swoim nieprzewidywalnym zachowaniem i nierównym funkcjonowaniem narzędzia zwanego mózgiem - tylko jeszcze nie dojrzało do tego, by wam o tym powiedzieć. Duma i wizerunek to ważne sprawy dla nastolatków, ale nie są one zdolne do wglądu w samych siebie i do samokrytyki.
O tym właśnie jest ta książka - o poznawaniu ograniczeń naszych dzieci i sposobów wspierania ich. Nie wkurzajcie się na nie, nie czujcie się zagubieni, zwyczajnie się nie poddawajcie, a ja pomogę wam zrozumieć, co sprawia, że nastolatki są tak irytujące. Sporo rzeczy w tej książce może was zaskoczyć - prawdopodobnie myśleliście, że krnąbrność nastolatków jest czymś, co one mogą, a przynajmniej powinny kontrolować, że ich brutalność, gniew czy też nonszalancki stosunek do pewnych spraw są zupełnie świadomym działaniem, a to, że odmawiają pójścia za waszą radą lub spełnienia waszych próśb, jest całkowicie zgodne z ich wolą. Powtórzę więc: to wszystko nieprawda.
Podróż, w jaką was zabiorę, może czasami wywoływać szok, ale u jej kresu - obiecuję - będzie wiedzieli, co sprawia, że nastolatki są tak drażniące, ponieważ zrozumiecie, jak pracują ich mózgi. Chcę tutaj pokazać, o ile to możliwe, prawdziwe dane z prawdziwych artykułów naukowych. W takich artykułach jest sporo informacji, które nigdy nie zostały "przetłumaczone" tak, aby mogło zrozumieć je szersze grono odbiorców. Zamierzam to nadrobić. Pamiętajcie, że pokolenie nastolatków bardzo ceni sobie informacje. Kiedy do nich mówimy, powinniśmy przedstawiać im aktualne dane. Z tą myślą dołączam do książki możliwie najwięcej wykresów z aktualnym stanem badań naukowych i wskazuję miejsca, w których stan badań odnosi się do naszej wiedzy o słabych lub mocnych punktach nastolatków. Na temat młodzieży krąży wiele mitów, które trzeba obalić. Ta książka jest próbą ich podważenia i przedstawienia nowej, dostępnej nam wiedzy naukowej.
Jeśli jednak chcecie, żeby książka rzeczywiście wam pomogła, musicie pamiętać o jednej prostej zasadzie: najpierw trzeba policzyć do dziesięciu. W czasach dorastania moich synów stało się to dla mnie rodzajem mantry. Chodzi o coś więcej niż zaczerpnięcie powietrza w obliczu trudnej sytuacji. Pozwólcie, że wyjaśnię. Podczas kursów rozwijających zdolności przywódcze, w jakich brałam udział, zawsze kładło się nacisk na motto Boya Scouta: "Bądź gotów". Nauczyłam się na nich, że przeciętny amerykański przedsiębiorca poświęca około dwóch minut na przygotowanie się do spotkania. Prawdopodobnie więcej czasu spędzamy na ustalaniu czasu i miejsca spotkania niż na zastanawianiu się, co na nim powiemy albo zrobimy. I nie chodzi mi o wielkie prezentacje, lecz o zwykłe spotkania z drugą osobą, na które zbyt często wkraczamy nonszalancko, bez wcześniejszego namysłu nad ich tematem. Gdy poznałam te statystyki, na początku byłam zszokowana, ale potem pomyślałam o własnym świecie zawodowym. Kieruję dużym uniwersyteckim wydziałem neurologii i prowadzę laboratorium, w którym pracuje wielu studentów i doktorantów. Nagle zdałam sobie sprawę z tego, że faktycznie tak to właśnie działa. Niezbyt dużo czasu poświęcamy planowaniu lub ćwiczeniu tych wszystkich spotkań z kolegami i personelem, a to właśnie bardziej osobiste i bezpośrednie interakcje często odgrywają kluczową rolę w odnoszeniu sukcesu przez daną organizację. W dodatku wrażenie, jakie sprawimy na innych podczas takich spotkań, może wpłynąć na przebieg naszej kariery. Dlatego właśnie tak ważne jest wcześniejsze planowanie. Warto poświęcić na to nieco więcej niż kilka minut i pomyśleć o tym, jak druga osoba może zareagować podczas spotkania. Przelećcie w myślach sprawy, które chcecie poruszyć, jedną za drugą, i wyobraźcie sobie całe spektrum reakcji. Teraz wyobraźcie sobie, że ta druga osoba to wasz nastoletni syn lub wasza nastoletnia córka. Jeśli przygotujecie się zarówno na reakcję negatywną, jak i pozytywną, będziecie mogli rozważyć różne opcje własnej reakcji. Jeśli wyjdziecie na osobę w gorącej wodzie kąpaną i nieuporządkowaną, stracicie wiarygodność - wobec kolegi, pracownika albo waszego nastolatka.
Rodziców i nauczycieli oraz każdego, kto ma bliską relację z nastolatkami, lektura tej książki uzbroi w fakty i w siłę. Zmiana zachowania waszego nastolatka zależy częściowo od was, więc to wy musicie wymyślić plan działania, który wpasuje się w wasze życie rodzinne i w życie waszych dzieci, a także w wasze potrzeby i dążenia. Pamiętajcie, to wy jesteście dorośli i jeśli wasze dziecko jest jeszcze niepełnoletnie, ponosicie za nie prawną odpowiedzialność. Jeśli będzie taka potrzeba, z całą pewnością sądy was do niej pociągną - i osądzą także warunki, jakie stwarzacie dziecku. Musicie objąć przywództwo, przejąć kontrolę i starać się myśleć za synów i córki, zanim ich własne mózgi będą gotowe myśleć za siebie. Najważniejsza część ludzkiego mózgu - ta, w której rozważa się podejmowanie działań, ocenia sytuacje i podejmuje decyzje - znajduje się tuż za czołem, w miejscu zwanym płatem czołowym. Ta część mózgu rozwija się jako ostatnia i dlatego właśnie musicie być dla waszego nastolatka jego płatem czołowym... do czasu, aż jego mózg wytworzy wszystkie połączenia i będzie gotowy do samodzielnego działania.
Jednak najważniejsza rada, jaką chcę wam przekazać, brzmi: zaangażujcie się. Jako matka dwóch synów - których uwielbiam - w okresie ich dojrzewania nie mogłam już fizycznie tak nimi pokierować, by robili to, czego chciałam. Zupełnie inaczej było w czasach ich dzieciństwa. Jednak później byli już za duzi, żeby ich podnieść i posadzić tam, gdzie według mnie mieli się znaleźć. Gdy dzieci wchodzą w okres dojrzewania, tracimy nad nimi fizyczną kontrolę. Najlepszym sposobem kierowania nimi jest wówczas nasza gotowość do dawania im rad i wyjaśniania różnych rzeczy, a także dawanie przykładu. Wiem na pewno, że moi chłopcy patrzyli na mnie i brali ze mnie przykład (tak jak z innych dorosłych ze swojego otoczenia) - niezależnie od tego, jak bardzo okazywali się niezorganizowani i rozproszeni oraz ile razy zapomnieli odrobić lekcje. Później wyjaśnię to bliżej, a teraz wspomnę jeszcze, że w życiu moim i moich synów wszystko poszło jak trzeba. Oto krótkie biogramy moich "byłych nastolatków": Andrew ukończył fizykę kwantową na Uniwersytecie Wesleyan w maju 2011 roku i teraz robi doktorat. Will ukończył Harvard w 2013 roku i zaczął pracę konsultanta biznesowego w Nowym Jorku. To dowód na to, że można przetrwać okres dojrzewania naszych nastolatków. I one też mogą go przetrwać. A potem jest wiele historii do opowiadania.