Wojna
Kiedy wybuchła II wojna światowa, miał pan cztery lata. Pamięta pan cokolwiek?
Jakieś pojedyncze obrazy, między innymi ojca w mundurze stojącego w drzwiach mieszkania i żegnającego się z mamą. Jednak, co może dziwne, nie przypominam sobie jego pożegnania ze mną i bratem Jankiem, który miał wtedy zaledwie rok.
Co się działo z ojcem?
Brał udział w kampanii wrześniowej, ale znalazł się w tej grupie, która wyjechała przez Zaleszczyki do Rumunii. Co ciekawe, Niemcy przeprowadzili bardzo intensywną kampanię, by przekonać uciekinierów do powrotu do Polski. Chodziło im oczywiście o wysłanie ich na roboty do Niemiec. Tata brał czynny udział w akcji uświadamiania żołnierzy o istocie niemieckiej oferty. Potem z Rumunii przedostał się na Węgry, a stamtąd do Francji, gdzie chcieli go włączyć do sztabu polskich wojsk, ale on wolał pozostać zwykłym żołnierzem. Walczył w kampanii francuskiej, awansował na sierżanta, dostał kolejny Krzyż Walecznych i francuski Croix de Guerre. Z kolei po klęsce Francji w 1940 roku przedostał się do Szwajcarii, gdzie włączył się w budowę sieci szkolnictwa polskiego dla internowanych w tym kraju żołnierzy.
Jak wspominał doświadczenia II wojny światowej i co myślał o klęsce wrześniowej?
Trochę rozmawialiśmy na ten temat, ale raczej nie miał ochoty na dłuższe i głębsze zwierzenia. Mówił coś takiego: "Jedyną rzeczą, którą potrafiłem zrobić dla Polski w tej sytuacji, to wykorzystać wiedzę, jak prowadzi się drużynę do boju. Cała akademicka nauka nie miała sensu". Opowiadał też, że na początku wojny, przejeżdżając przez Kraków, zobaczył swojego przyjaciela, profesora UJ, który był dobrym historykiem, ale także strasznym safandułą. Otóż spotkał go paradującego w pięknym mundurze z dystynkcjami majora. "Kaziu, a co ty tu robisz?" - zapytał ojciec. A tamten na to: "Jestem dowódcą wojskowym dworca Kraków Główny". "W tym momencie wiedziałem już, że wojna jest przegrana" - wspominał ojciec.
I jeszcze jedna kwestia. W polskiej armii nienawiść zwykłych żołnierzy do oficerów była tak ogromna, że na obczyźnie ci drudzy nie mieli prawa wejść do baraków szeregowców. Ojciec, jako podoficer, dostał ten przywilej. Pewnie również dlatego, że traktowano go jak "swojego chłopa".
To ciekawe, przecież przed wojną był dystyngowanym profesorem.
I ludowcem, należał do Związku Młodzieży Wiejskiej "Wici". Uwielbiał chodzić po wsi i zagadywać chłopów. Mówił mi później wielokrotnie: "Jurek, pamiętaj, to jest niezwykle ważne, żebyś słuchał ludzi, bo każdy z nich ma jakąś ciekawą historię do opowiedzenia".
Pański ojciec szybko znalazł się za granicą, a wy zostaliście w Krakowie. Co się działo po wkroczeniu Niemców?
To kolejny obraz, który zapamiętałem: Niemcy wjeżdżają do Krakowa. I chyba nic poza tym z pierwszego okresu okupacji. Wiem natomiast, że musieliśmy stosunkowo szybko - bo już w listopadzie - opuścić mieszkanie. Mama dostała na to czterdzieści osiem godzin, na szczęście można było zabrać wszystkie rzeczy. Znaleźliśmy lokum u generałowej Zielińskiej przy ulicy Garncarskiej.
Dlaczego akurat tam?
Moja matka była córką generała Franciszka Latinika. To dość znana postać, w czasie I wojny światowej pułkownik austriacki i dowódca pułku krakowskiego. W 1915 roku przełamał - razem z generałem Tadeuszem Rozwadowskim, który położył bardzo celny ogień na pozycjach rosyjskich - front pod Gorlicami. Ta klęska Rosjan była jednym z istotnych czynników rozprężenia w ich armii i w jakimś stopniu przyczyniła się do wybuchu rewolucji w Rosji. Więc właściwie mój dziadek zrobił coś, co się potem na nas odbiło w postaci bolszewizmu, z którym zresztą walczył. Podczas bitwy warszawskiej 1920 roku pełnił obowiązki gubernatora wojskowego Warszawy i dowodził I Armią Frontu Północnego. W 1925 roku przeszedł na emeryturę, co pewnie uratowało go rok później przed marszem na Warszawę na czele przemyskich oddziałów wojska, by pacyfikować zamach majowy Piłsudskiego. Dziadek nie lubił Marszałka. Był zagorzałym zwolennikiem Narodowej Demokracji, więc nie wiadomo, jak by się to wszystko skończyło. Znalazłem kiedyś jakąś starą legitymację mamy i okazało się, że należała do Straży Narodowej. To była taka niby lepsza młodzieżówka narodowców niż faszyzujący Obóz Narodowo-Radykalny.
Miał pan pluralistyczną rodzinę.
Tak, ojciec witosowiec, ciotka i stryj piłsudczycy, dziadek endek. Liczne podziały polityczne szły przez środek rodziny. I to mnie trochę nauczyło relatywizmu.
Jak pan odbierał to nowe lokum u generałowej Zielińskiej i w ogóle okupację?
Pewnie żyło się nam tam gorzej, ale ja tego nie czułem. Co do okupacji, to pamiętam, że bardzo lubiłem czarny niemiecki chleb. Mama została tłumaczką w monopolu spirytusowym. Część jej pensji była wypłacana w deputatach, czyli w wódce, którą zawsze dawało się sprzedać lub na coś potrzebnego wymienić. Nie przypominam sobie, żebym chodził spać głodny. Wnuk generałowej Zielińskiej, trzy lata ode mnie starszy Andrzej Mirocki, okazał się człowiekiem, który mnie właściwie ukształtował. We trzech, bo jeszcze z moim młodszym bratem, założyliśmy klub zbieraczy owadów. Ku rozpaczy pani generałowej w ogródku budowaliśmy bunkry. A Andrzej nauczył mnie, że liczba pi to jest 3,14. Nie wiedziałem wprawdzie, o co chodzi, ale już jako kilkulatek znałem liczbę pi i byłem z tego dumny.
Już po wojnie Andrzej wciągnął mnie w żeglarstwo, kupiliśmy nawet na spółkę kajak i razem pływaliśmy. Ponieważ moi rodzice byli bardziej restrykcyjni obyczajowo, gziliśmy się z koleżankami w jego mieszkaniu. Z Andrzejem, który później został lekarzem, ogromnie przyjaźnimy się do dziś. Wiemy, że możemy zawsze na siebie liczyć. Obydwaj zostaliśmy przy naszych pierwszych żonach, co jest rzadką historią. Od czasu do czasu wyjeżdżamy wspólnie do Rzymu. To miasto znam świetnie, bo od 1978 roku trafił mi się tylko jeden taki rok, że nie pojechałem do Wiecznego Miasta. Na ogół wybieram się tam dwa, trzy razy do roku, a niekiedy zdarzało mi się tam spędzać nawet po dwa miesiące. Znam Rzym równie dobrze jak Kraków.
Coś ciągnie pana mocno do tych Włoch.
Wiadomo, etruska krew. (śmiech) A wracając do okupacji, Niemcy bardzo szybko zaczęli szukać mojego ojca. Na drugi dzień po zajęciu Krakowa przyszło do nas gestapo. Matka powiedziała, że tata został powołany do armii i ślad po nim zaginął. Co ciekawe, jakiś czas temu znalazłem książkę meldunkową z tego domu, datowaną na 1 września 1939 roku. Nie ma w niej ojca. Podrobiono ją, by go ochronić. Uratowało go jednak przede wszystkim to, że nie próbował się wymigać od służby wojskowej, bo gdyby został w Krakowie, pewnie szybko by zginął. Jak pan widzi, postępowanie zgodnie z nakazami honoru czasami wychodzi na dobre. Wiem, że to brzmi jak wątek umoralniającej powieści, ale coś takiego się naprawdę zdarzyło.
Dlaczego Niemcy tak się uwzięli na pańskiego ojca, że chcieli go aresztować, a może nawet zlikwidować?
Napisał przed wojną przynajmniej dwie książki, które im się wyjątkowo nie podobały. Chodziło o Lenno pruskie i Polskie wpływy polityczne w Prusiech Książęcych. Właśnie dzięki tym publikacjom wskoczył na czarną listę osób do szybkiej likwidacji.
Wiedzieliście, że przeżył kampanię wrześniową i jest za granicą?
Tak, zdawałem sobie sprawę, że ojciec jest gdzieś tam daleko. Pisał do nas kartki ze Szwajcarii pod pseudonimem Fraulein Kupfer.
Powiedział pan, że nie odczuwał, by żyło wam się źle. Pewnie dzięki temu, że przed koszmarem wojny starała się chronić was matka. Ale coś z groźnej atmosfery okupacyjnej musiało docierać nawet do świadomości kilkulatka.
I docierało. Z powodu wojny śmierć stała się czymś stosunkowo normalnym, nawet dla dzieci. Na przykład mama miała długą drogę do pracy, więc jak ją żegnaliśmy rano, to mówiliśmy: "Szybko, szybko, bo jak się mama spóźni, to ją wezmą do Libana". To był obóz przejściowy w Płaszowie przed Oświęcimiem. Wiedzieliśmy więc, że jak mama się spóźni, to pójdzie do Libana i więcej jej nie zobaczymy, bo ją Niemcy zastrzelą. Było to wpisane w naszą świadomość.
A jak mama - bez męża, z dwójką małych dzieci - sobie radziła?
Miała wszystkie cechy córki generała, między innymi była świetnie zorganizowana. Pamiętam, że byliśmy kiedyś - w pewną ładną niedzielę 1944 roku - na spacerze. I w którymś momencie mama nagle do nas mówi: "A teraz pobawimy się w Indian. Chodźcie za mną, będziemy uciekać przez ogródki i chować się przed białymi". I przechodziliśmy przez jakieś płoty. Mama była bardzo wysportowana, dobrze jeździła konno. Co się później okazało: zorientowała się, że dzieje się coś niedobrego. To był dzień, kiedy Niemcy przeprowadzali pacyfikację Woli Justowskiej. Zakończyła się ona masową egzekucją. Mama zachowała zimną krew i świetnie nas oszukała, bo kompletnie nie zdawaliśmy sobie sprawy z zagrożenia. Wręcz przeciwnie - znakomicie się bawiliśmy.
Coś jeszcze utkwiło panu w pamięci?
Zadałem kiedyś pytanie: "Mamo, dlaczego podporucznik jest zdrajcą?". Bo na murze zauważyłem napis "PPR zdrajcy". Chodziło oczywiście o komunistyczną i prosowiecką Polską Partię Robotniczą. Pamiętam też, że bardzo chciałem znaleźć się w Warszawie, żeby być powstańcem. To mi okropnie imponowało. Zawsze też jechaliśmy na wakacje do Kasiny Wielkiej. W którymś momencie przekraczało się granicę Rzeszy i Generalnej Guberni. Któregoś razu do chaty, w której wynajmowaliśmy izbę, przyszli partyzanci, chyba z Armii Krajowej, i poczęstowali alkoholem. Spróbowałem go wtedy pierwszy raz w życiu i straszliwie mi zasmakował, bo to był bimber z miodem. Może stąd moje dzisiejsze zainteresowanie narkotykami.
Wielkim szokiem była wiadomość o śmierci generała Władysława Sikorskiego w katastrofie gibraltarskiej. Pamiętam to pewnie dlatego, że byliśmy wychowywani przez mamę w duchu bardzo patriotycznym. W każdą niedzielę w domu odbywało się misterium - stawaliśmy z bratem przed krzyżykiem, który był rodzajem relikwiarza. Modliliśmy się, potem śpiewaliśmy Boże, coś Polskę i coś tam jeszcze.
W czasie okupacji rolę naszego opiekuna w pewnym stopniu pełnił mój stryj Tadeusz, profesor Uniwersytetu Poznańskiego i zootechnik, który cały okres wojny spędził w Krakowie, działając na rzecz Polskiego Czerwonego Krzyża. Jak na poznaniaka przystało, był dość pedantyczny. Składając wizyty w naszym domu, zawsze dbał o porządek. Najboleśniej to odczułem, gdy pewnego razu po powrocie z wakacji zauważyłem, że wyrzucił całą moją wspaniałą kolekcję ptasich gniazd. Jako dziecko bardzo nie lubiłem stryja, przedrzeźniałem go i przezywałem. Dopiero po wojnie, za namową ojca, zrobiłem jakieś kroki w celu ocieplenia naszych relacji. I szybko staliśmy się serdecznymi przyjaciółmi. Stryj, wówczas jeszcze stary kawaler, zapraszał mnie do Poznania i pokazywał gospodarstwa doświadczalne. Pamiętam, że ofiarował mi książkę Chemia zdobyła świat, która bardzo mnie zainteresowała i popchnęła później w kierunku studiów chemicznych.
Uczęszczał pan na tajne nauczanie?
Tak. Chodziłem na tajne komplety i wiedziałem, że muszę siedzieć cicho, bo jak nie, to przyjdą Niemcy i zastrzelą nauczycielkę, panią Iwiczową, a może i nas. I nikomu nie wolno mówić, gdzie się uczymy. Bardzo mnie w tym czasie interesowały rzeczy przyrodnicze, pewnie dzięki mamie. Uwielbialiśmy z bratem, jak w niedzielę czytała nam - z niemieckiej gazety zresztą, czyli "Krakauer Zeitung" - drukowaną serię "Abenteuer auf dem Roten Meer" [Przygody na Morzu Czerwonym]. Byłem dzieckiem, którego nie interesowały bajki, ale wyłącznie książki popularnonaukowe. No i Lato leśnych ludzi, bo było to przygodowo-przyrodnicze. Czytałem też "Kronikę naukową" w zachowanych sprzed wojny numerach czasopisma "Iskry".
Mama na wakacjach miała dzięki temu święty spokój, bo ja całymi dniami zbierałem owady. Wieczorem zaś układałem moje łupy. W którymś momencie zauważyła jednak, że chyba nie jest za dobrze, gdyż za bardzo pochłaniają mnie tego typu pasje. I zaprowadziła mnie do pani doktor psycholog dziecięcej, która podeszła do mnie w fatalny sposób. Zapytała mianowicie: "A co ty, Jurku, teraz czytasz?". "Różne książki" - odpowiedziałem. "A jakie?" "A najbardziej mi się podobają te o wulkanach i ich wybuchach". "A co tam ciekawego jest w tych książkach?" Więc ja na to: "Proszę pani, to jest bardzo ciekawe, bo w tej chwili wulkanów czynnych w Europie znajduje się niewiele, właściwie poza Etną i Wezuwiuszem, no i jeszcze Stromboli - on wybucha co pewien czas - to nic nie ma. Ale proszę pani, Owernia! Tam wygasłe wulkany są fantastyczne. Zresztą, czy pani wie, że pozostałości wulkanów są wszędzie? Jak idziemy ulicą Szewską, to porfir jest na chodnikach, a bazalt na jezdni, a to przecież wszystko skały pochodzenia wulkanicznego. Proszę pani, te europejskie wulkany to jednak nic. Mauna Loa i Kilauea to dopiero coś! Mauna Loa ma lawę stosunkowo gęstą, ale Kilauea to wielkie jezioro płynnej lawy". Chyba nawet podałem jej gęstość.
Pamiętam, że wyszedłem stamtąd dumny z siebie, że wszystko wiem o wulkanach. Tymczasem pani doktor zaleciła mamie całkowity szlaban na książki popularnonaukowe. Mogę sobie czytać Anię z Zielonego Wzgórza i tego typu rzeczy... Czułem wściekłość i oburzenie. A ponieważ byłem wówczas wierzący, to modliłem się, żeby tę panią doktor kara boża spotkała. I proszę sobie wyobrazić, jak wielka jest siła modlitwy dziecka. Nie minęły trzy tygodnie, a na czerwonych plakatach rozwieszanych przez Niemców pojawiło się wśród rozstrzelanych zakładników nazwisko męża pani psycholog. Pan Bóg wysłuchał prośby i pomścił krzywdę małego.
Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.