Mózg chce więcej. Dopamina. Naturalny dopalacz - Daniel Z. Lieberman, Michael E. Long

-
Proszę czekać

Daniel Lie­ber­man i Michael Long doko­nali cze­goś zadzi­wia­ją­cego. Z bio­gra­fii neu­ro­prze­kaź­nika uczy­nili zaj­mu­jącą lek­turę. Pojąć potęgę i grozę dopa­miny to lepiej zro­zu­mieć czło­wie­czeń­stwo.

DANIEL H. PINK autor Drive. Kom­plet­nie nowe spoj­rze­nie na moty­wa­cję

Poznaj­cie czą­steczkę, która odci­ska się na każ­dym aspek­cie ludz­kiej natury - od pożą­da­nia i nar­ko­ma­nii po poli­tykę i postęp. Epicka opo­wieść Lie­ber­mana i Longa o dopa­mi­nie tak wciąga, że po pro­stu nie spo­sób się od niej ode­rwać.

DAVID EAGLE­MAN neu­ro­log z Uni­wer­sy­tetu Stan­forda i autor z listy best­sel­le­rów "New York Timesa"

Aktor­stwo upra­wiam od czter­dzie­stu lat i pyta­nie "Dla­czego jestem wła­śnie taki?" sta­no­wiło dla mnie zagadkę, tajem­nicę, cza­sem nawet krzyk wnie­bo­głosy. Lie­ber­man i Long stwo­rzyli atlas dro­gowy dla wszyst­kich sza­mo­czą­cych się pomię­dzy nie­na­sy­coną tęsk­notą a tym, co jest tu i teraz.

THO­MAS F. WIL­SON aktor i stand-upper

Dla­czego bar­dziej pra­gniemy nie­do­stęp­nego, niż cie­szymy się tym, co mamy - i czemu tra­cimy głowę z miło­ści? Odpo­wie­dzi na tak drę­czące kwe­stie bio­lo­gii czło­wieka udziela Mózg chce wię­cej. Dla zain­te­re­so­wa­nych kon­dy­cją ludzką lek­tura obo­wiąz­kowa.

GREGG EASTER­BROOK autor It's Bet­ter Than It Looks

Książka Mózg chce wię­cej wcią­gnęła mnie podwój­nie, jako gościa żyją­cego z two­rze­nia muzyki i jako kogoś czer­pią­cego frajdę z czy­ta­nia ksią­żek popu­lar­no­nau­ko­wych. Lie­ber­man i Long ubrali nad­spo­dzie­wa­nie wszech­obecne efekty dzia­ła­nia dopa­miny w lotne meta­fory i odtłusz­czone zda­nia. Do tego naukowe powią­za­nie kre­atyw­no­ści z obłę­dem, w któ­rym dopa­mina jawi się jako uta­jony wino­wajca - tra­fia w punkt. Czy­ta­jąc kolejne roz­działy, czu­łem się tak, jak­bym gładko prze­krę­cał klu­cze w zamknię­tych drzwiach, otwie­ra­ją­cych się na nowe, choć jakże zna­jome pokoje.

ROB­BIE FULKS woka­li­sta i muzyk nomi­no­wany do nagrody Grammy

Jim Wat­son, który odszy­fro­wał kod gene­tyczny, zasły­nął stwier­dze­niem: "Ist­nieją tylko czą­steczki, reszta to socjo­lo­gia", dorzu­ca­jąc oliwy do ognia uty­ski­wa­niom C.P. Snowa, że nauki ści­słe i huma­ni­styka to dwie fun­da­men­tal­nie różne "kul­tury", któ­rym ni­gdy nie będzie dane się spo­tkać. Ci auto­rzy dowo­dzą pro­wo­ka­cyj­nie, lecz i prze­ko­nu­jąco, że czą­steczką umoż­li­wia­jącą nam prze­kro­cze­nie tej prze­pa­ści jest dopa­mina. Cho­ciaż swą opo­wieść snują dla prze­cięt­nego odbiorcy, jest ona usiana olśnie­wa­jąco świe­żymi spo­strze­że­niami, które prze­mó­wią rów­nież do spe­cja­li­stów.

V.S. RAMA­CHAN­DRAN neu­ro­log, wykła­dowca Uni­wer­sy­tetu Kali­for­nij­skiego w San Diego oraz Insty­tutu Salka, autor Neu­ro­nauki o pod­sta­wach czło­wie­czeń­stwa

Podzię­ko­wa­nia

Podzię­ko­wa­nia

Najbar­dziej wdzięczni jeste­śmy dr. Fre­dowi H. Pre­vi­cowi za jego książkę The Dopa­mi­ner­gic Mind in Human Evo­lu­tion and History. Zapo­znała nas ona z fun­da­men­tal­nym roz­róż­nie­niem mię­dzy ukie­run­ko­wa­niem dopa­miny na przy­szłość a zogni­sko­wa­niem całej grupy innych neu­ro­prze­kaź­ni­ków na teraź­niej­szo­ści. Adre­so­wana jest głów­nie do ludzi nauki, ale jeśli i innych inte­re­suje pogłę­bione wej­rze­nie w neu­ro­bio­lo­gię, gorąco ją pole­camy.

Dzię­ku­jemy naszym agent­kom, Andrei Som­berg i Wendy Levin­son z Harvey Klin­ger Agency, które natych­miast zro­zu­miały, co robimy, i udzie­liły nam tak ocze­ki­wa­nego popar­cia. Podzię­ko­wa­nia należą się też naszemu wydawcy, Glen­nowi Yef­fe­thowi z Ben Bella, któ­rego entu­zjazm i doświad­cze­nie były dla nas kolej­nym źró­dłem spo­koju. Dzię­ku­jemy rów­nież całemu zespo­łowi wydaw­nic­twa Ben Bella, a zwłasz­cza Leah Wil­son, Adrienne Lang, Jen­ni­fer Can­zo­neri, Alek­sie Ste­ven­son, Sarah Avin­ger, Heather But­ter­field i wszyst­kim tym, któ­rych nie pozna­li­śmy, choć zaj­mo­wali się naszą książką. Dodat­kowo spe­cjalne podzię­ko­wa­nia kie­ru­jemy do redak­tora wyda­nia, nad­zwy­czaj­nego Jamesa M. Fra­le­igha. On potra­fiłby ulep­szyć nawet i to zda­nie, choćby i przez sen.

Dan pra­gnie podzię­ko­wać dr. Fre­de­ric­kowi Goodwi­nowi za wszyst­kie lata men­to­ringu. Dr Godwin jest jed­nym z naj­wy­bit­niej­szych na świe­cie znaw­ców pro­ble­ma­tyki cho­roby dwu­bie­gu­no­wej. To on zwró­cił moją uwagę na zwią­zek pomię­dzy imi­gra­cją i genami dwu­bie­gu­no­wo­ści, a także zasu­ge­ro­wał, żebym zaj­rzał do kla­sycz­nego dzieła Tocqu­eville'a, O demo­kra­cji w Ame­ryce, aby lepiej pojąć naturę XIX-wiecz­nych Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Dzię­kuję współ­pra­cow­ni­kom ze Szkoły Medycz­nej Uni­wer­sy­tetu Waszyng­tona za umoż­li­wie­nie mi prak­tyki psy­chia­trycz­nej w tęt­nią­cym życiem śro­do­wi­sku aka­de­mic­kim i przy­wi­lej lecze­nia ludzi na co dzień bory­ka­ją­cych się z zabu­rze­niami psy­chicz­nymi. Goto­wość moich pacjen­tów do dzie­le­nia się ze mną swoim cier­pie­niem, trium­fami, nadzie­jami i lękami sta­nowi dla mnie nie­usta­jące źró­dło inspi­ra­cji, za które jestem im wdzięczny. Dzię­kuję też stu­den­tom medy­cyny i sta­ży­stom za zada­wa­nie skan­da­licz­nie trud­nych pytań, zmu­sza­ją­cych mnie do nie­ustan­nego kory­go­wa­nia mojego poję­cia o pracy mózgu.

Mike pra­gnie podzię­ko­wać pierw­szym czy­tel­ni­kom, Gre­gowi Nor­th­cut­towi oraz Ellen i Jimowi Hub­bar­dom, za zapew­nie­nie, że przed­sta­wi­li­śmy naukę fra­pu­jąco. Dzię­kuję Joh­nowi L. Mil­le­rowi za przy­kład pro­fe­sjo­na­li­zmu, a Pete­rowi Nashowi za oso­bi­stą inspi­ra­cję. Podzię­ko­wa­nia należą się także moim stu­den­tom z Uni­wer­sy­tetu Geo­r­ge­town, dzięki któ­rym pamię­tam, że pisa­nie polega przede wszyst­kim na myśle­niu. Nie wie­dział­bym, jak cokol­wiek opo­wie­dzieć, gdyby nie zmarły Blake Sny­der, a bez Vince'a Gil­li­gana nie umiał­bym nadać temu płyn­no­ści - dzię­kuję Wam, Pano­wie. Podzię­ko­wa­nia otrzy­muje też mój brat Todd za żarty dnia. Tak trzy­maj. Aha... Dzięki, mamo.

Dan pra­gnie podzię­ko­wać swo­jej żonie, Masami, za jej wspar­cie, opty­mizm i słowa otu­chy. Kiedy wyboje na dro­dze do dokoń­cze­nia książki spra­wiły, że w sie­bie zwąt­pi­łem, wystar­czyło się do niej zwró­cić, a już te wąt­pli­wo­ści nikły. Dzię­kuję moim synom, Samowi i Zachowi, za radość wno­szoną w moje życie i zmu­sza­nie mnie do oso­bi­stego roz­woju.

Michael podzię­ko­wać pra­gnie swo­jej żonie, Julii, za ostat­nie parę lat dodat­ko­wej pobłaż­li­wo­ści. Zawsze pozwa­la­łaś mi się żalić, a potem cało­wa­łaś w czoło i mówi­łaś, że prze­cież dam radę. Dzię­kuję też moim dzie­cia­kom, Samowi, Made­line i Brynne, za uda­wa­nie zain­te­re­so­wa­nych, nawet gdy wcale nie byli­ście. Kocham Was wszyst­kich.

Auto­rzy pra­gną też wspól­nie wyra­zić wdzięcz­ność restau­ra­cji TGI Fri­days w pobliżu Bia­łego Domu, gdzie tak czę­sto doga­dza­li­śmy sobie zarówno dopa­miną kon­troli, jak i dopa­miną pra­gnie­nia. Kon­kre­ty­zo­wa­nie pla­nów i pusz­cza­nie wodzy wyobraźni, które tam usku­tecz­nia­li­śmy, osta­tecz­nie zło­żyło się na ten skra­wek rze­czy­wi­sto­ści, który znaj­duje się teraz w Waszych rękach.

I wresz­cie, ta książka zro­dziła się ze sta­rań dwóch przy­ja­ciół tak dalece nie­za­in­te­re­so­wa­nych nor­mal­nym spę­dza­niem wol­nego czasu na węd­ko­wa­niu czy bejs­bolu, że pozo­sta­wało nam tylko częst­sze uma­wia­nie się na obiady lub jej napi­sa­nie. Przy­ja­ciółmi pozo­sta­jemy, choć parę razy było już z tym kru­cho.

Daniel Z. Lie­ber­man i Michael E. Long luty 2018

Wpro­wa­dze­nie

Na początku Bóg stwo­rzył niebo i zie­mię.

Wpro­wa­dze­nie

GÓRA I DÓŁ

Spójrz w dół. Co widzisz? Swoje dło­nie, biurko, pod­łogę, może kubek kawy, lap­top albo gazetę. Co mają ze sobą wspól­nego? Tego wszyst­kiego możesz dotknąć. To, co widzisz, spusz­cza­jąc wzrok, to rze­czy pozo­sta­jące w twoim zasięgu, takie, któ­rych możesz użyć natych­miast i posłu­gi­wać się nimi bez żad­nego sta­ra­nia, pla­no­wa­nia czy namy­słu. Czy to w wyniku two­jej pracy, czy dzięki życz­li­wo­ści innych ludzi, czy też po pro­stu szczę­śli­wym tra­fem więk­szość z tego, co widzisz, patrząc w dół, należy do cie­bie. Te rze­czy są w twoim posia­da­niu.

A popatrz w górę. Co teraz widzisz? Sufit, może obrazy na ścia­nie albo widok za oknem: drzewa, domy, budynki, chmury na nie­bie - to, co znaj­duje się w oddali. Co je łączy? Dosię­gnię­cie ich musiał­byś zapla­no­wać, obmy­ślić, skal­ku­lo­wać. Nawet jeśli tylko odro­binę, i tak wymaga to sko­or­dy­no­wa­nych sta­rań. W odróż­nie­niu od rze­czy widzia­nych w dole domena tego, co w górze, uka­zuje nam rze­czy, do któ­rych zdo­by­cia potrzeba roz­my­słu i wysiłku.

Roz­róż­nie­nie to wydaje się pro­ste i takie jest. A jed­nak dla mózgu sta­nowi bramę do dwóch skraj­nie róż­nych spo­so­bów myśle­nia - dwóch krań­cowo odmien­nych metod postę­po­wa­nia ze świa­tem. W naszym mózgu świa­tem dołu rzą­dzi grupka związ­ków che­micz­nych - tzw. neu­ro­prze­kaź­ni­ków - dzięki któ­rym dozna­jemy zaspo­ko­je­nia i cie­szymy się tym, co mamy tu i teraz. A kiedy prze­no­simy uwagę na świat góry, mózg polega na innej sub­stan­cji che­micz­nej - na poje­dyn­czej czą­steczce - umoż­li­wia­ją­cej nie tylko wyj­ście poza obszar tego, co mamy pod ręką, ale i skła­nia­ją­cej do pogoni za świa­tem poza naszym bez­po­śred­nim zasię­giem, zawład­nię­cia nim i wzię­cia w posia­da­nie. Popy­cha nas ona do szu­ka­nia rze­czy odle­głych, zarówno ist­nie­ją­cych fizycz­nie, jak i tych nie­wi­dzial­nych, choćby wie­dzy, miło­ści i wła­dzy. Czy cho­dzi tu o się­gnię­cie na drugą stronę stołu po sol­niczkę, lot na Księ­życ, czy o modły do bóstwa poza cza­sem i prze­strze­nią, ta wła­śnie sub­stan­cja wydaje nam roz­kazy ade­kwatne do każ­dej odle­gło­ści, czy to fizycz­nej, czy inte­lek­tu­al­nej.

Czą­steczki che­miczne, koja­rzone z tym, co jest na dole - nazwijmy je związ­kami "tu i teraz" (TiT) - umoż­li­wiają nam doświad­cza­nie cze­goś, co mamy przed sobą. Pozwa­lają sycić się tym i cie­szyć albo, gdy trzeba, natych­miast sta­wać do walki czy też ucie­kać. Sub­stan­cja skie­ro­wana wzwyż jest inna. Wzbu­dza pra­gnie­nie cze­goś, czego jesz­cze nie mamy, goni do wyszu­ki­wa­nia nowych spraw. Za posłu­szeń­stwo nagra­dza, a opór karze cier­pie­niem. To ona jest źró­dłem kre­atyw­no­ści, a jeśli posu­niemy się za daleko - obłędu. Jest klu­czem do uza­leż­nie­nia i drogą wyj­ścia z niego. Ta bio­lo­giczna dro­binka pcha ambit­nego biz­nes­mena do poświę­ce­nia wszyst­kiego w pogoni za suk­ce­sem, powo­duje, że cenieni akto­rzy, przed­się­biorcy i twórcy nie porzu­cają pracy mimo doj­ścia do for­tuny i sławy, a mał­żon­ko­wie nara­żają szczę­śliwe życie rodzinne dla dresz­czu pozna­nia kogoś nowego. To źró­dło nie­od­par­tego świerz­bie­nia, zmu­sza­ją­cego uczo­nych do szu­ka­nia odpo­wie­dzi, a filo­zo­fów do tro­pie­nia porządku, przy­czyny i sensu.

Oto dla­czego kie­ru­jemy wzrok ku niebu, szu­ka­jąc odku­pie­nia i Boga; oto dla­czego nie­biosa są w górze, a zie­mia w dole. Ta dro­bina jest pali­wem naszych marzeń, ale i źró­dłem roz­pa­czy, jeśli się nam nie powie­dzie. To z jej powodu gdzieś dążymy i odno­simy suk­cesy, przez nią doko­nu­jemy odkryć i polep­szamy swoje życie.

Przez nią też nie potra­fimy się niczym zbyt długo cie­szyć.

Ta poje­dyn­cza czą­steczka sta­nowi opty­malne urzą­dze­nie wie­lo­funk­cyjne w naszym mózgu, popy­cha­jące nas tysią­cami pro­ce­sów neu­ro­che­micz­nych do wykra­cza­nia poza przy­jem­ność samego ist­nie­nia ku eks­plo­ra­cji wszech­świata moż­li­wo­ści pod­su­wa­nych nam przez wyobraź­nię. Tę sub­stan­cję che­miczną mają w swo­ich mózgach wszyst­kie ssaki, gady, ptaki i ryby, ale żadne inne stwo­rze­nie nie posiada jej tyle co czło­wiek. Jest ona bło­go­sła­wień­stwem i prze­kleń­stwem, sta­nowi moty­wa­cję i nagrodę. Węgiel, wodór, tlen, do tego poje­dyn­czy atom azotu - choć budowę ma pro­stą, zakres dzia­ła­nia zło­żony. Nazywa się dopa­mina i kryje w sobie nie mniej niż całą opo­wieść o zacho­wa­niu czło­wieka. Jeśli chcesz poczuć ją w sobie, pod­dać się jej, nie ma pro­blemu.

Pod­nieś wzrok.

Od auto­rów

Upchnę­li­śmy w tej książce masę naj­cie­kaw­szych eks­pe­ry­men­tów nauko­wych, jakie udało nam się wyszu­kać. Mimo to pewne jej czę­ści, zwłasz­cza w koń­co­wych roz­dzia­łach, odwo­łują się do hipo­tez. Co wię­cej, gdzie­nie­gdzie pozwa­lamy sobie na uprosz­cze­nia, żeby uła­twić zro­zu­mie­nie prze­ka­zy­wa­nych tre­ści. Mózg jest tak bar­dzo zło­żony, że nawet naj­ge­nial­niejsi neu­ro­bio­lo­dzy, budu­jąc jego model, muszą sto­so­wać uprosz­cze­nia, żeby dało się go pojąć. Poza tym w nauce panuje bała­gan. Cza­sem jedne bada­nia prze­czą innym, a wska­za­nie wła­ści­wych wyni­ków wymaga czasu. Pre­zen­ta­cja cało­ści danych nauko­wych szybko znu­ży­łaby czy­tel­nika, dla­tego ogra­ni­czy­li­śmy się do badań, które wywarły istotny wpływ na opi­sy­waną dzie­dzinę, a co do ich wyni­ków naukowcy są zgodni, o ile taki kon­sen­sus jest moż­liwy.

Nauka nie tylko jest zaba­ła­ga­niona, ale może być wręcz dzi­waczna. Dąże­nie do zro­zu­mie­nia ludz­kich zacho­wań przy­biera cza­sem dziwne formy. W niczym nie przy­po­mina bada­nia związ­ków che­micz­nych umiesz­czo­nych w pro­bów­kach czy nawet infek­cji u żywych ludzi. Bada­cze mózgu muszą znaj­do­wać spo­soby na wywo­ły­wa­nie w warun­kach labo­ra­to­ryj­nych okre­ślo­nych zacho­wań - nie­kiedy doty­ka­jąc sfer wraż­li­wych, pod­le­ga­ją­cych takim emo­cjom i namięt­no­ściom jak strach, chci­wość lub pożą­da­nie sek­su­alne. W miarę moż­no­ści tak dobra­li­śmy donie­sie­nia naukowe, by uwy­pu­klić tę dzi­wacz­ność.

Pro­wa­dze­nie badań nad ludźmi jest naje­żone pro­ble­mami. Nie jest podobne do opieki medycz­nej, kiedy lekarz współ­pra­cuje z pacjen­tem nad wyle­cze­niem go z cho­roby. W takiej sytu­acji wybiera się tera­pię uznaną za naj­sku­tecz­niej­szą, a jedy­nym celem jest to, aby pacjent wydo­brzał.

W bada­niach nauko­wych cho­dzi nato­miast o uzy­ska­nie odpo­wie­dzi na zada­wane pyta­nia. Mimo że naukowcy nie szczę­dzą wysiłku, by w jak naj­mniej­szym stop­niu nara­żać uczest­ni­ków badań na zagro­że­nia, pierw­szo­pla­nowe są potrzeby nauki. Bywa, że dostęp do eks­pe­ry­men­tal­nych tera­pii oka­zuje się zba­wienny, zwy­kle jed­nak uczest­nicy badań nara­żeni są na ryzyko, któ­rego nie doświad­cza­liby w ramach zwy­kłej opieki medycz­nej.

Bio­rąc dobro­wol­nie udział w bada­niach, poświę­cają część swo­jego bez­pie­czeń­stwa dla dobra innych - cho­rych, któ­rzy będą się cie­szyć lep­szym życiem, jeśli bada­nia zakoń­czą się suk­ce­sem. Są jak stra­żacy wbie­ga­jący do pło­ną­cego budynku, by rato­wać uwię­zio­nych w nim loka­to­rów, świa­do­mie nara­ża­jąc się na nie­bez­pie­czeń­stwo dla dobra innych.

Klu­czowe jest oczy­wi­ście to, by uczest­nik badań dokład­nie wie­dział, na co się decy­duje. Umoż­li­wia to tak zwana świa­doma zgoda, wystę­pu­jąca zwy­kle w postaci obszer­nego doku­mentu, zawie­ra­ją­cego wyja­śnie­nie celu badań i wyli­cza­ją­cego moż­liwe zagro­że­nia. To dobry sys­tem, ale nie dosko­nały. Uczest­nicy badań nie zawsze czy­tają tekst z nale­żytą uwagą, zwłasz­cza jeśli jest bar­dzo długi. Cza­sem bada­cze pomi­jają pewne szcze­góły, gdyż pod­stęp jest zasad­ni­czym ele­men­tem badań. Gene­ral­nie jed­nak naukowcy sta­rają się zadbać, by uczest­nicy stali się ich świa­do­mymi part­ne­rami w roz­świe­tla­niu tajem­nic ludz­kich zacho­wań.

Roz­dział 1. MIŁOŚĆ

Miłość to potrzeba, łak­nie­nie, motor poszu­ki­wa­nia naj­więk­szej życio­wej nagrody.

- Helen Fisher, antro­po­log bio­lo­giczny

Roz­dział 1

MIŁOŚĆ

Zna­la­złeś osobę, na którą od zawsze cze­ka­łeś, czemu więc mie­siąc mio­dowy nie trwa wiecz­nie?

- w któ­rym dowia­du­jemy się o czą­stecz­kach che­micz­nych odpo­wie­dzial­nych za pra­gnie­nie seksu i zako­chi­wa­nie się - a także czemu, prę­dzej czy póź­niej, wszystko się zmie­nia

Shawn starł parę z łazien­ko­wego lustra, prze­cze­sał pal­cami czarne włosy, uśmiech­nął się.

- Zrobi wra­że­nie - stwier­dził.

Odwi­nął ręcz­nik i zachwy­cił się swoim pła­skim brzu­chem. Szajba na punk­cie siłki dała mu dwie trze­cie sze­ścio­paka. To nasu­nęło myśl o obse­sji bar­dziej palą­cej: od lutego z nikim nie był. To oględne stwier­dze­nie ozna­czało, że od sied­miu mie­sięcy i trzech dni nie upra­wiał seksu - i nie­po­ko­iła go pre­cy­zja tych wyli­czeń. Dzi­siaj zła passa się skoń­czy - pomy­ślał.

W barze sza­co­wał moż­li­wo­ści. Było tu dziś wiele atrak­cyj­nych kobiet - nie żeby liczył się tylko wygląd. Pew­nie że bra­ko­wało mu seksu, ale odczu­wał też nie­obec­ność w swoim życiu kogoś, do kogo mógłby napi­sać ese­mes bez powodu i kto sta­no­wiłby mile widzianą cząstkę każ­dego dnia. Uwa­żał się za roman­tyka, mimo że dziś wie­czór cho­dziło raczej o łóżko.

Co rusz natra­fiał na spoj­rze­nie mło­dej kobiety sto­ją­cej z traj­ko­czącą kole­żanką przy wyso­kim sto­liku. Włosy miała ciemne, a oczy piwne, ale uwagę na nią zwró­cił dla­tego, że nie była ubrana jak na sobotę wie­czór. Zamiast szpi­lek miała buty na pła­skim obca­sie, a od impre­zo­wych ciu­chów wolała levisy. Przed­sta­wił się i dalej już roz­mowa poszła gładko. Miała na imię Saman­tha, a zaczęła od tego, że lepiej niż oba­la­nie piw wycho­dzi jej tre­ning car­dio. Z tego wzięła się kom­pe­tentna dys­ku­sja o miej­sco­wych siłow­niach, apli­ka­cjach fit­nes­so­wych i względ­nej prze­wa­dze ćwi­czeń poran­nych nad popo­łu­dnio­wymi. Przez resztę wie­czoru nie odstę­po­wał jej nawet na krok, a jej szybko zaczęło się to podo­bać.

Ku cze­muś, co zapo­wia­dało się jako zwią­zek na dłuż­szą metę, pchało ich wiele czyn­ni­ków: wspólne zain­te­re­so­wa­nia, obo­pólny brak skrę­po­wa­nia, do tego drinki i odro­bina despe­ra­cji. Praw­dziwy klucz do ich uczuć był jed­nak inny. Oto ten główny czyn­nik: oboje pozo­sta­wali pod wpły­wem sub­stan­cji zmie­nia­ją­cej świa­do­mość. Podob­nie jak wszy­scy inni w tym barze.

A jak się oka­zuje, i ty.

Cóż jest potęż­niej­sze od przy­jem­no­ści?

Dopa­minę odkryła w mózgu, w 1957 roku, Kath­leen Mon­tagu, badaczka pra­cu­jąca w labo­ra­to­rium pla­cówki psy­chia­trycz­nej Run­well Hospi­tal nie­opo­dal Lon­dynu. Począt­kowo postrze­gano dopa­minę jedy­nie jako etap wytwa­rza­nia w orga­ni­zmie nora­dre­na­liny (nore­pi­ne­fryny), czyli adre­na­liny znaj­du­ją­cej się w mózgu. Naukowcy jed­nak zaczęli odno­to­wy­wać coś dziw­nego. Cho­ciaż dopa­minę wytwa­rzało 0,0005 pro­cent komó­rek mózgo­wych - jedna na dwa miliony - wyda­wały się one wywie­rać nie­pro­por­cjo­nal­nie wielki wpływ na zacho­wa­nie. Uczest­nicy badań odczu­wali przy­jem­ność, gdy uru­cha­miali dopa­minę, i gotowi byli dużo zro­bić, by uak­tyw­niać te nie­liczne komórki. Oka­zy­wało się, że w sprzy­ja­ją­cych oko­licz­no­ściach wprost nie spo­sób było się oprzeć dąże­niu do uak­tyw­nia­nia nio­są­cej bło­go­stan dopa­miny. Część naukow­ców okrzyk­nęła ją czą­steczką przy­jem­no­ści, a szlak, który two­rzą w mózgu wytwa­rza­jące ją komórki, nazwali szla­kiem nagrody.

Repu­ta­cję dopa­miny jako czą­steczki przy­jem­no­ści utwier­dziły eks­pe­ry­menty z udzia­łem nar­ko­ma­nów. Bada­cze wstrzy­ki­wali im mie­szankę koka­iny z radio­ak­tyw­nym cukrem, pozwa­la­jącą na okre­śle­nie, w jakich rejo­nach mózgu spa­lane jest naj­wię­cej kalo­rii. Gdy podana dożyl­nie koka­ina zaczy­nała dzia­łać, uczest­ni­ków eks­pe­ry­mentu pro­szono o ocenę dozna­wa­nego haju. Odkryto, że jego poziom szedł w parze z aktyw­no­ścią dopa­mi­no­wego szlaku nagrody. W miarę jak orga­nizm oczysz­czał mózg z koka­iny, aktyw­ność dopa­mi­nowa malała, a haj słabł. Dodat­kowe bada­nia przy­nio­sły podobne rezul­taty. Rola dopa­miny jako czą­steczki przy­jem­no­ści potwier­dziła się.

Kiedy jed­nak inni naukowcy spró­bo­wali powtó­rzyć te rezul­taty, zaczęły dziać się rze­czy zupeł­nie nie­prze­wi­dziane. Uznali oni, że to mało praw­do­po­dobne, by szlaki dopa­mi­nowe wyewo­lu­owały po to, by słu­żyć nar­ko­ty­ko­wemu hajowi. Nar­ko­tyki przy­pusz­czal­nie wywo­łują sztuczną formę sty­mu­la­cji dopa­mi­nowej. Za praw­do­po­dob­niej­sze uznano, że pro­ce­sami ewo­lu­cyj­nymi kon­tro­lu­ją­cymi wytwa­rza­nie dopa­miny kie­ro­wała potrzeba bio­lo­gicz­nego prze­trwa­nia i aktyw­no­ści repro­duk­cyj­nej. Bada­cze zastą­pili więc koka­inę pokar­mem, ocze­ku­jąc ana­lo­gicz­nego efektu. Uzy­skane rezul­taty wszyst­kich zasko­czyły. Był to począ­tek końca dopa­miny jako czą­steczki przy­jem­no­ści.

Dopa­mina, jak się prze­ko­nali, wcale nie zaj­muje się tylko przy­jem­no­ścią. Wzbu­dza uczu­cie znacz­nie potęż­niej­sze. Zro­zu­mie­nie jej oka­zuje się klu­czem do wyja­śnie­nia, a nawet prze­wi­dy­wa­nia zacho­wań w zadzi­wia­jąco wielu obsza­rach aktyw­no­ści ludz­kiej: two­rze­nia dzieł sztuki, lite­ra­tury i muzyki; pogoni za suk­ce­sem; odkry­wa­nia nowych świa­tów i nie­zna­nych praw natury; roz­my­śla­nia o Bogu - i zako­chi­wa­nia się.

Shawn wie­dział, że się zako­chał. Nie­pew­ność gdzieś pry­sła. Z każ­dym dniem czuł się coraz bli­żej świe­tla­nej przy­szło­ści. Im wię­cej czasu spę­dzał z Saman­thą, tym więk­sze wzbu­dzała w nim pod­eks­cy­to­wa­nie, a poczu­cie rado­snego ocze­ki­wa­nia towa­rzy­szyło mu już stale. Każda myśl o niej suge­ro­wała nie­zli­czone moż­li­wo­ści. Co do seksu, to jego popęd wzrósł jak ni­gdy. Ale tylko w odnie­sie­niu do niej. Inne kobiety prze­stały ist­nieć. Mało tego, kiedy usi­ło­wał podzie­lić się z nią całym tym swoim uszczę­śli­wie­niem, prze­rwała mu, mówiąc, że odczuwa dokład­nie to samo.

Shawn chciał mieć pew­ność, że zawsze będą razem, toteż któ­re­goś dnia się jej oświad­czył. A ona powie­działa: tak.

Kilka mie­sięcy po ich mio­do­wym mie­siącu ukła­dało się już ina­czej. Począt­kowo wza­jem­nie sza­leli na swoim punk­cie, ale z cza­sem doj­mu­jąca tęsk­nota za sobą jakby mniej ich ogar­niała. Wiara, że razem mogą prze­no­sić góry, zwą­tlała, już tak nie zaprzą­tała myśli, prze­sta­wała być głów­nym punk­tem odnie­sie­nia. Eufo­ria przy­ga­sła. Nie to, że czuli się nie­szczę­śliwi, ale prze­można satys­fak­cja z ich wcze­śniej­szych chwil razem roz­wie­wała się. Poczu­cie bez­gra­nicz­nych moż­li­wo­ści zaczy­nało się wyda­wać mrzonką. Już nie myśleli nie­ustan­nie jedno o dru­gim. Uwagę Shawna zaczy­nały przy­cią­gać inne kobiety, choć nie pla­no­wał skoku w bok. Saman­tha też cza­sem pozwa­lała sobie na flirty, choćby na wymianę uśmie­chów ze stu­den­tem paku­ją­cym zakupy w mar­ke­cie.

Byli ze sobą szczę­śliwi, ale blask ich nowego życia jakby ustę­po­wał wra­że­niu, że wraca to stare, z cza­sów, gdy żyli osobno. Magia, czym­kol­wiek była, gasła.

Zupeł­nie jak w moim poprzed­nim związku - pomy­ślała Saman­tha.

Już to prze­ra­bia­łem - powie­dział sobie Shawn.

Małpy, szczury i czemu miłość gaśnie

Pod pew­nymi wzglę­dami bada­nia na szczu­rach pro­wa­dzi się łatwiej niż na ludziach. Naukowcy mogą pozwo­lić sobie na znacz­nie wię­cej, nie oba­wia­jąc się, że do drzwi zastuka komi­sja etyki. W celu spraw­dze­nia hipo­tezy, że nie tylko nar­ko­tyki, ale i poży­wie­nie wyzwala dopa­minę, wsz­cze­pili elek­trody bez­po­śred­nio w mózgi szczu­rów, by mie­rzyć aktyw­ność poszcze­gól­nych neu­ro­nów dopa­mi­no­wych. Następ­nie skon­stru­owali klatki z podaj­ni­kami por­cji pokarmu. Rezul­taty oka­zały się zgodne z ocze­ki­wa­niami. Gdy tylko podano pierw­szą por­cję, układy dopa­mi­nowe szczu­rów oży­wiły się. Suk­ces! Nagrody natu­ralne sty­mu­lo­wały uwal­nia­nie dopa­miny nie gorzej niż koka­ina i inne nar­ko­tyki.

Bada­cze ci zro­bili jed­nak jesz­cze coś, czego nie uwzględ­nili pierwsi eks­pe­ry­men­ta­to­rzy. Dzień po dniu kon­ty­nu­owali moni­to­ro­wa­nie reak­cji szczu­rzych mózgów na poda­wa­nie pokarmu. Efekty wszyst­kich zasko­czyły. Szczury na­dal pochła­niały żyw­ność z ogrom­nym entu­zja­zmem. Wyraź­nie się nią roz­ko­szo­wały. Mimo to aktyw­ność dopa­mi­nowa spa­dała. Dla­czego bom­bar­do­wa­nie dopa­miną ustaje, choć sty­mu­la­cja trwa na­dal? Odpo­wiedź na to pyta­nie przy­szła z cał­kiem nie­ocze­ki­wa­nego źró­dła: od małpy z żarówką.

Do naj­bar­dziej wpły­wo­wych pio­nie­rów eks­pe­ry­men­to­wa­nia z dopa­miną należy Wol­fram Schultz. Wykła­da­jąc neu­ro­fi­zjo­lo­gię na Uni­wer­sy­te­cie we Fry­burgu, zain­te­re­so­wał się rolą dopa­miny w ucze­niu się. W mózgi maka­ków wsz­cze­pił minia­tu­rowe elek­trody wprost w sku­pi­ska komó­rek dopa­mi­no­wych. Potem umie­ścił małpy w urzą­dze­niach mają­cych dwie lampki i dwa pojem­niki. Lampki co jakiś czas włą­czano. Zapa­le­nie się jed­nej ozna­czało, że w pra­wym pojem­niku zna­la­zło się coś do jedze­nia. Świa­tło dru­giej żarówki sygna­li­zo­wało, że karma jest po lewej.

Opa­no­wa­nie tej zasady zajęło mał­pom tro­chę czasu. Począt­kowo otwie­rały pojem­niki na chy­bił tra­fił, ze sku­tecz­no­ścią mniej wię­cej pół na pół. Ile­kroć znaj­do­wały por­cję poży­wie­nia, komórki dopa­mi­nowe w ich mózgach odpa­lały, jak w przy­padku szczu­rów. Z cza­sem zwie­rzęta pojęły sens sygna­łów i odtąd za każ­dym razem wybie­rały wła­ściwy pojem­nik - zawie­ra­jący pokarm - a moment uwal­nia­nia dopa­miny zaczął się prze­su­wać od chwili odkry­cia poży­wie­nia do zapa­le­nia żarówki. Dla­czego?

Świa­tło zawsze włą­czało się nie­spo­dzie­wa­nie. A odkąd małpy odkryły, że zapa­le­nie lampki ozna­cza dostawę karmy, "nie­spo­dziankę" dla nich sta­no­wiło już tylko poja­wie­nie się świa­tła, nie zaś poży­wie­nia. Tak zro­dziła się nowa hipo­teza: aktyw­ność dopa­mi­nowa nie wiąże się z przy­jem­no­ścią. Jest reak­cją na nie­spo­dzie­wane - na samą moż­li­wość i anty­cy­pa­cję.

Ludzie doznają przy­pły­wów dopa­miny na sku­tek podob­nych, obie­cu­ją­cych nie­spo­dzia­nek: nadej­ścia uro­czego liściku od uko­cha­nej osoby (Co w nim znajdę?), wia­do­mo­ści mailo­wej od nie­wi­dzia­nego od lat kolegi (Co nowego u niego?) albo - jeśli liczymy na nawią­za­nie romansu - napo­tka­nia fascy­nu­ją­cej poten­cjal­nej dru­giej połowy przy lep­kim kon­tu­arze w naszej ulu­bio­nej knajpce (Coś z tego będzie?). Kiedy zaś to wszystko prze­cho­dzi w rutynę, traci urok nowo­ści, a dopa­mi­nowy impet wygasa - i nawet wdzięcz­niej­szy liścik, dłuż­szy mail niż zwy­kle czy lep­szy sto­lik już tego nie przy­wrócą.

Tak oto che­mia odpo­wiada w pro­sty spo­sób na odwieczne pyta­nie, dla­czego miłość słab­nie. Nasze mózgi są zapro­gra­mo­wane na łak­nie­nie tego, co nie­spo­dzie­wane, i tak wła­śnie postrze­gają przy­szłość, nio­sącą mro­wie eks­cy­tu­ją­cych moż­li­wo­ści. A kiedy któ­raś z tych rze­czy, nawet miłość, nam pospo­li­cieje, wtedy eks­cy­ta­cja gaśnie, naszą uwagę zaś przy­ciąga coś nowego.

Pod­nie­ce­nie zwią­zane z nowo­ścią zostało naukowo nazwane błę­dem prze­wi­dy­wa­nia nagrody i okre­śle­nie to dobrze oddaje jego cha­rak­ter. Nie­ustan­nie czy­nimy pro­gnozy co do przy­szło­ści, począw­szy od pory wyj­ścia z pracy po stan naszego konta. Kiedy rze­czy­wi­ste zda­rze­nia oka­zują się lep­sze od ocze­ki­wań, jest to zasad­ni­czo błąd w naszej pro­gno­zie: może udało się nam wcze­śniej urwać z pracy lub odkry­li­śmy w ban­ko­ma­cie, że saldo jest o stówkę wyż­sze, niż ocze­ki­wa­li­śmy. To wła­śnie ten rado­sny błąd w ocze­ki­wa­niach uru­cha­mia przy­pływ dopa­miny. Nie dodat­kowy czas ani zastrzyk gotówki. Po pro­stu dreszcz wywo­łany nie­spo­dzie­waną dobrą nowiną.

Wła­ści­wie do roz­bu­ja­nia dopa­miny wystar­czy sama moż­li­wość zaist­nie­nia błędu prze­wi­dy­wa­nia nagrody. Wyobraź sobie, że idziesz do pracy zna­jomą ulicą, którą prze­mie­rzy­łeś już wiele razy. Ni stąd, ni zowąd rzuca ci się w oczy nowo otwarta cukier­nia, jesz­cze ci nie­znana. Natych­miast masz ochotę do niej wstą­pić i zoba­czyć, co ofe­ruje. W tym momen­cie dowo­dze­nie prze­jęła wła­śnie dopa­mina, która wytwa­rza uczu­cie inne od zwy­kłego roz­ko­szo­wa­nia się sma­kiem, doty­kiem czy wyglą­dem. Przy­jem­ność pły­nie z anty­cy­pa­cji - z szansy, że tra­fimy na coś nie­zna­nego, a lep­szego. Myśl o tej cukierni cię eks­cy­tuje, cho­ciaż jesz­cze nie skosz­to­wa­łeś poda­wa­nych w niej wyro­bów, nie spró­bo­wa­łeś kawy i nawet nie wiesz, jak tam jest w środku.

Wcho­dzisz i zama­wiasz dużą czarną oraz cro­is­santa. Bie­rzesz łyk kawy. Bogac­two aro­ma­tów igra z twoim języ­kiem. W życiu tak dobrej nie piłeś. Przy­cho­dzi kolej na kęs cro­is­santa. Jest maślany, kru­chy, dokład­nie taki, jakiego jadłeś przed laty w pary­skiej kafejce. Jak się teraz czu­jesz? Moż­liwe, że przez ten nowy spo­sób roz­po­czę­cia dnia twoje życie nabrało barw. Posta­na­wiasz, że odtąd będziesz zacho­dził tu co rano na naj­lep­szą kawę i naj­bar­dziej kru­chego cro­is­santa w mie­ście. Opo­wiesz o tym zna­jo­mym, zapewne bar­dziej szcze­gó­łowo, niżby chcie­liby usły­szeć. Kupisz sobie kubek z nazwą tej cukierni. Będziesz się cie­szyć na roz­po­czę­cie każ­dego kolej­nego dnia, bo prze­cież ta cukie­renka to taki szał, że wię­cej nie trzeba. Tak wła­śnie działa dopa­mina.

Zupeł­nie jak­byś się zako­chał w tej cukierni.

Cza­sem jed­nak, gdy mamy już to, czego chcemy, nie oka­zuje się to tak uro­cze. Dopa­mi­ner­giczna eks­cy­ta­cja (czyli dreszcz emo­cji zwią­zany z ocze­ki­wa­niami) nie trwa wiecz­nie, bo świe­tlana przy­szłość prze­cho­dzi prze­cież w teraź­niej­szość. Emo­cjo­nu­jąca świa­do­mość obco­wa­nia z czymś nie­zna­nym ustę­puje nud­nej, swoj­skiej codzien­no­ści, a to ozna­cza, że dzia­ła­nie dopa­miny dobie­gło końca i zaczyna się zjazd. Przy­smaki oka­zały się tak dobre, że przez kilka tygo­dni nie odpusz­cza­łeś sobie śnia­da­nek w cukierni, nie­stety po tym cza­sie "naj­lep­sza kawa i cro­is­santy w mie­ście" stały się już tylko zwy­kłym, pro­za­icz­nym śnia­da­niem. Ale to nie kawa i cro­is­sant się zmie­niły; jedy­nie twoje ocze­ki­wa­nia.

Tak samo przy­ga­sło obo­pólne zauro­cze­nie Saman­thy i Shawna, kiedy ich zwią­zek wszedł na dobrze im znane tory. Gdy coś prze­ista­cza się w codzien­ność, nie ma już mowy o błę­dzie prze­wi­dy­wa­nia nagrody i budzą­cych eks­cy­ta­cję przy­pły­wach dopa­miny. Saman­tha i Shawn z zasko­cze­niem odkryli się wza­jem­nie w morzu ano­ni­mo­wych twa­rzy w jakimś barze, a potem obse­syj­nie pra­gnęli sie­bie nawza­jem, ale wresz­cie nie­koń­czący się w wyobraźni zachwyt prze­mie­nił się w kon­kretne doświad­cza­nie rze­czy­wi­sto­ści. Zada­nie - i zdol­ność - dopa­miny, by ide­ali­zo­wać nie­znane, dobie­gły końca, więc jej dopływ ustał.

Namięt­ność roz­bu­dzają marze­nia o świe­cie poten­cjal­nym, a gasi ją kon­fron­ta­cja z rze­czy­wi­sto­ścią. Kiedy wabiące cię do budu­aru bóstwo miło­ści zmie­nia się w roze­spa­nego mał­żonka, wydmu­chu­ją­cego nos w uży­waną chu­s­teczkę higie­niczną, miłość - przy­czyna pozo­sta­wa­nia razem - musi przejść z fazy dopa­mi­ner­gicz­nych marzeń do... cał­kiem innej. Pyta­nie, do jakiej?

Jeden mózg, dwa światy

John Douglas Pet­ti­grew, eme­ry­to­wany pro­fe­sor fizjo­lo­gii z austra­lij­skiego Uni­wer­sy­tetu Queen­sland, mieszka w mie­ście o wdzięcz­nej nazwie Wagga Wagga. Ma za sobą wspa­niałą karierę na polu neu­ro­nauk, a zasły­nął zak­tu­ali­zo­wa­niem teo­rii o lata­ją­cych naczel­nych, pla­su­ją­cej nie­to­pe­rze na pozy­cji naszych dale­kich kuzy­nów. Pra­cu­jąc nad tą kon­cep­cją, Pet­ti­grew jako pierw­szy wyja­śnił, jak mózg two­rzy trój­wy­mia­rową mapę świata. Pozor­nie odbiega to od wywo­dów o namięt­nych związ­kach, okaże się jed­nak kon­cep­cją klu­czową dla wyja­śnie­nia kwe­stii doty­czą­cych dopa­miny i miło­ści.

Pet­ti­grew odkrył, że mózg zawia­duje ota­cza­ją­cym nas świa­tem przez dzie­le­nie go na odrębne strefy - peri­per­so­nalną i eks­tra­per­so­nalną - w skró­cie: bliż­szą i dal­szą. Prze­strzeń peri­per­so­nalna obej­muje wszystko to, co jest w naszym zasięgu, rze­czy, które mamy pod kon­trolą przy uży­ciu rąk. To sfera tego, co rze­czywiste, w tej chwili. Prze­strzeń eks­tra­per­so­nalna obej­muje całą resztę - wszystko, czego dotknąć się nie da, bo pozo­staje poza naszym zasię­giem, nie­za­leż­nie od tego, czy cho­dzi o metr, czy o trzy miliony kilo­me­trów. To jest sfera moż­li­wego.

Z przy­ję­cia tych defi­ni­cji wynika pewna kon­se­kwen­cja, oczy­wi­sta, a zara­zem uży­teczna: skoro prze­nie­sie­nie się z jed­nego miej­sca do dru­giego wymaga czasu, wszel­kie inte­rak­cje z prze­strze­nią eks­tra­per­so­nalną mogą nastą­pić jedy­nie w przy­szło­ści. Ina­czej mówiąc, odle­głość jest powią­zana z cza­sem. Jeśli na przy­kład masz ochotę na brzo­skwi­nię, a naj­bliż­sza leży sobie w koszu w skle­pie na rogu, nie masz szans na wgry­zie­nie się w nią teraz, zaraz. Będziesz mógł się roz­ko­szo­wać nią dopiero w przy­szło­ści, po tym jak się po nią wybie­rzesz. Uzy­ska­nie cze­goś, co znaj­duje się poza twoim zasię­giem, może też wyma­gać pew­nej dozy pla­no­wa­nia. Może cho­dzić o coś tak pro­stego jak wsta­nie z krze­sła i zapa­le­nie świa­tła, pój­ście do sklepu po brzo­skwi­nię albo opra­co­wa­nie stra­te­gii, jak wystrze­lić rakietę, którą dosta­niemy się na Księ­życ. To wła­śnie cha­rak­te­ry­zuje obiekty dostępne w prze­strzeni eks­tra­per­so­nal­nej: dotar­cie do nich wymaga wysiłku, czasu i w wielu przy­pad­kach pla­no­wa­nia. Z dru­giej strony, wszyst­kiego w prze­strzeni peri­per­so­nal­nej możemy doświad­czyć tu i teraz. Tych doznań doświad­czamy natych­miast. Doty­kamy, sma­ku­jemy, chwy­tamy i ści­skamy; odczu­wamy radość, smu­tek, złość i roz­kosz.

To dopro­wa­dza nas do wiele wyja­śnia­ją­cego faktu neu­ro­che­micz­nego: mózg ina­czej pra­cuje w prze­strzeni peri­per­so­nal­nej, ina­czej w eks­tra­per­so­nal­nej. Gdyby więc przy­szło ci pro­jek­to­wać ludzki umysł, powi­nie­neś stwo­rzyć mózg, który doko­nuje takiego roz­róż­nie­nia, pod­po­rząd­ko­wu­jąc jed­nemu sys­te­mowi to, co jest w naszym posia­da­niu, dru­giemu wszystko, co nie jest. Na uży­tek ludzi pier­wot­nych znaną frazę "Albo coś się ma, albo się cze­goś nie ma" można prze­ło­żyć na "Albo coś się ma, albo jest się mar­twym".

Z punktu widze­nia ewo­lu­cji poży­wie­nie, któ­rego się nie ma, jest dia­me­tral­nie różne od poży­wie­nia, które się ma. To samo odnosi się do wody, schro­nie­nia, narzę­dzi. Róż­nica jest tu tak fun­da­men­talna, że w celu obsłu­gi­wa­nia prze­strzeni peri­per­so­nal­nej i eks­tra­per­so­nal­nej wyewo­lu­owały w mózgu odrębne szlaki i związki che­miczne. Kie­ru­jąc wzrok w dół, patrzymy na prze­strzeń peri­per­so­nalną, a mózg jest ste­ro­wany przez kłę­bo­wi­sko związ­ków para­ją­cych się doświad­cza­niem tu i teraz. Gdy zaś mózg zaj­muje się prze­strzenią eks­tra­per­so­nalną, pewien poje­dyn­czy zwią­zek che­miczny spra­wuje więk­szą kon­trolę niż pozo­stałe; jest to zwią­zana z anty­cy­po­wa­niem i poten­cjal­nymi moż­li­wo­ściami dopa­mina. W grę wcho­dzą rze­czy odle­głe, jesz­cze dla nas nie­do­stępne, takie, któ­rych nie możemy wyko­rzy­sty­wać ani zja­dać, a jedy­nie pra­gnąć. Dopa­mina wyko­nuje ści­śle okre­ślone zada­nie: mak­sy­ma­li­zuje zasoby, które będą nam dostępne w przy­szło­ści, umoż­li­wia pogoń za lep­szym.

Wszystko w życiu pod­lega temu podzia­łowi: w jeden spo­sób pod­cho­dzimy do tego, czego chcemy, w inny do tego, co mamy. Chęć posia­da­nia domu - doświad­cza­nie pra­gnie­nia moty­wu­ją­cego nas do koniecz­nego wysiłku, by zna­leźć i zaku­pić nie­ru­cho­mość - anga­żuje inne obwody w mózgu niż cie­sze­nie się tym, że jest już nasz. Kiedy spo­dzie­wana pod­wyżka pen­sji wyzwala nakie­ro­waną na przy­szłość dopa­minę, dalece różni się to od bie­żą­cego doświad­cza­nia więk­szej wypłaty odbie­ra­nej po raz drugi albo trzeci. Podob­nie zna­le­zie­nie miło­ści wymaga dys­po­no­wa­nia innymi umie­jęt­no­ściami niż dba­łość o jej trwa­nie. Miłość musi prze­mie­nić się z doświad­cze­nia eks­tra­per­so­nal­nego w peri­per­so­nalne - z dąże­nia w posia­da­nie; z cze­goś, co anty­cy­pu­jemy, w coś, co mamy pie­lę­gno­wać. W grę wcho­dzą więc bar­dzo odmienne umie­jęt­no­ści, toteż natura miło­ści z cza­sem musi ulec zmia­nie - i dla­tego w przy­padku tak wielu ludzi to uczu­cie gaśnie z koń­cem dopa­mi­no­wego dresz­czu, zwa­nego aurą roman­ty­zmu.

Mnó­stwo osób jed­nak radzi sobie z tym przej­ściem. Jak tego doko­nują - jak udaje im się prze­chy­trzyć powab dopa­miny?

Zauro­cze­nie

Zauro­cze­nie to piękna ilu­zja - pier­wot­nie słowo "urok" ozna­czało magiczne zaklę­cie - obie­cu­jąca przej­ście od zwy­czaj­nego życia do urze­czy­wist­nie­nia ide­ału. Bie­rze się ze szcze­gól­nego połą­cze­nia tajem­nicy i wdzięku. Nad­miar infor­ma­cji spra­wia, że czar pry­ska.

- Vir­gi­nia Postrel

Zauro­cze­nie nastę­puje wtedy, gdy widzimy coś, co pobu­dza dopa­mi­ner­giczną wyobraź­nię, tłu­miąc zdol­ność do ade­kwat­nego postrze­ga­nia ota­cza­ją­cej nas rze­czy­wi­sto­ści.

Dobrym przy­kła­dem jest podróż lot­ni­cza. Spójrz w górę. Widzisz na nie­bie samo­lot? Jakie myśli i uczu­cia w tobie budzi? Wielu ludziom marzy­łoby się zna­le­zie­nie na jego pokła­dzie, lot do egzo­tycz­nych i odle­głych krain - bez­tro­ska ucieczka, roz­po­czy­na­jąca się od buja­nia pośród obło­ków. Gdy­byś jed­nak leciał tym samo­lotem, twoje z natury kon­kretne i prak­tyczne zmy­sły dałyby znać, że ten nie­biań­ski raj przy­po­mina raczej auto­bus komu­ni­ka­cji miej­skiej w godzi­nach szczytu: jest tłoczno, męcząco i nie­miło - prze­ci­wień­stwo wszel­kiego wykwintu.

Ana­lo­gicz­nie cóż mogłoby być uro­kliw­szego niż Hol­ly­wood? Sza­łowe gwiazdy i gwiaz­do­rzy flir­tują na szy­kow­nych rau­tach, przy­sta­jąc na skraju base­nów. I znów rze­czy­wi­stość skrze­czy, wymaga spły­wa­nia potem w żarze reflek­to­rów po czter­na­ście godzin dzien­nie. Aktorki wyko­rzy­stuje się sek­su­al­nie, a na akto­rach wymu­sza się fasze­ro­wa­nie ste­ro­idami i hor­mo­nem wzro­stu, żeby­śmy mogli oglą­dać na ekra­nie bajecz­nie zbu­do­wane ciała. Gwy­neth Pal­trow, Megan Fox, Char­lize The­ron i Mari­lyn Mon­roe - wszyst­kie opi­sy­wały swoje doświad­cze­nia z "castin­giem przez łóżko" (zgod­nie zapew­nia­jąc, z wyjąt­kiem Mari­lyn, o odrzu­ce­niu takiej pro­po­zy­cji w zamian za upra­gnioną rolę). Nick Nolte, Char­lie Sheen, Mic­key Rourke i Arnold Schwa­rze­neg­ger przy­znali się do sto­so­wa­nia ste­ro­idów, mogą­cych nie tylko uszko­dzić wątrobę, ale i powo­do­wać huś­tawki nastro­jów, wybu­chy agre­sji oraz psy­chozę. To tan­de­ciar­ska branża.

Gór nikt nie nazwałby tan­det­nymi. Wzno­szą się maje­sta­tycz­nie w oddali. Ich zarysy łagod­nieją w dzie­lą­cych nas od nich wie­lo­ki­lo­me­tro­wych masach powie­trza jak panny młode na zdję­ciach ze zmięk­cza­ją­cym fil­trem. Ludzie o wyż­szym pozio­mie dopa­miny pra­gną wspiąć się na te wyżyny, spe­ne­tro­wać je, zdo­być. Nie zdo­łają, bo te wyżyny nie ist­nieją. Góra, ow­szem, jest. Ale wyobra­żo­nego dozna­nia bycia na niej nie spo­sób urze­czy­wist­nić. Prawda jest taka, że w więk­szo­ści przy­pad­ków nie można nawet stwier­dzić, czy wspię­li­śmy się już na szczyt. Zwy­kle czło­wieka ota­czają zewsząd drzewa i nic poza nimi nie widać. Cza­sem zda­rza się malow­ni­czy widok i roz­ta­czają się wtedy wokół nas kilo­me­try dolin. A im dłu­żej na nie patrzymy, tym bar­dziej wła­śnie to, co odle­głe i w dole, oka­zuje się bar­dziej obie­cu­jące i pięk­niej­sze niż szczyt, na któ­rym sto­imy. Zauro­cze­nie budzi pożą­da­nie nie do zaspo­ko­je­nia, bo przed­miot pra­gnień ist­nieje tylko w wyobraźni.

Czy cho­dzi o samo­lot na nie­bie, hol­ly­wo­odzką gwiazdę czy odle­gły szczyt, uro­kliwe są jedy­nie rze­czy nie­osią­galne, te nierze­czywiste. Urok jest okła­ma­niem.

Pew­nego dnia pod­czas prze­rwy na lunch Saman­tha wpa­dła na Demarca, swo­jego ostat­niego przed Shaw­nem chło­paka z praw­dzi­wego zda­rze­nia. Od lat się nie widzieli, nie było nawet Face­bo­oka. Demarco oka­zał się jak zawsze dow­cipny i bły­sko­tliwy, do tego w świet­nej for­mie. Nie­wiele było trzeba, żeby oczy jej zabły­sły. Poja­wiło się coś, czego od dawna nie czuła, przy­pływ pod­nie­ce­nia i poczu­cie otwie­ra­ją­cych się moż­li­wo­ści przy męż­czyź­nie nada­ją­cym na tej samej fali, a jed­no­cze­śnie peł­nym nie­spo­dzia­nek cze­ka­ją­cych na odkry­cie. On też był oży­wiony i chęt­nie dzie­lił się wie­ściami o sobie. Zaczął od tego, jak emo­cjo­nuje się swo­imi zarę­czy­nami. Jego narze­czona była "tą wyma­rzoną". Miał nadzieję, że Saman­tha ją pozna, bo na nikim dotąd nie zale­żało mu jak na tej nowej kobie­cie.

Po jego wyj­ściu Saman­tha uznała, że warto byłoby się napić. Prze­nio­sła się na sto­łek przy barze i zamó­wiła koszy­czek tor­til­lo­wych chip­sów oraz piwo, po czym spę­dziła pół godziny na obdra­py­wa­niu ety­kiety. Prze­cież kocha Shawna, naprawdę - czy nie naprawdę? Od pra­wie roku nie­zbyt się im ukła­dało. Chciała dozna­wać takich uczuć jak w obec­no­ści Demarca. Z Shaw­nem też kie­dyś tak było, ale daw­niej.

Ciemna strona

Dopa­mina ma swoją mroczną stronę. Gdy wrzu­cisz szczu­rowi do klatki por­cję karmy, zwie­rzę doświad­czy nagłego przy­pływu dopa­miny. Któż by pomy­ślał, że na tym świe­cie jedze­nie spada z nieba? Jeśli jed­nak będziesz dorzu­cać kolejne kęsy co pięć minut, dopa­mina usta­nie. Szczur już wie, kiedy spo­dzie­wać się posiłku, nie ma więc zasko­cze­nia, a zatem i błędu w szczu­rzym prze­wi­dy­wa­niu nagrody. Ale gdyby przejść na nie­re­gu­larne poda­wa­nie pokarmu, by zawsze sta­no­wił zasko­cze­nie? A w miej­sce szczu­rów i por­cji poży­wie­nia pod­sta­wić ludzi i pie­nią­dze?

Wyobraź sobie zatło­czone wnę­trze kasyna z oble­ga­nym sto­łem do blac­kjacka, poke­rem na wyso­kie stawki i wiru­ją­cym kołem ruletki. To kwin­te­sen­cja bla­sku Las Vegas, ale wła­ści­ciele kasyn wie­dzą, że naj­więk­sze zyski nie pocho­dzą z gier o naj­wyż­szych zakła­dach. Biorą się z auto­ma­tów z niskimi staw­kami, uwiel­bia­nych przez tury­stów, eme­ry­tów i wier­nych gra­czy, któ­rzy wpa­dają spę­dzić codzien­nie kilka godzin przy migo­tli­wych lamp­kach, brzęku dzwon­ków i szczęku zęba­tek. Dzi­siej­szy stan­dard kasyn zakłada prze­zna­cza­nie aż 80 pro­cent powierzchni pod auto­maty, i nie bez powodu: takie maszyny przy­no­szą kasynu lwią część docho­dów.

Jeden z naj­więk­szych na świe­cie pro­du­cen­tów auto­ma­tów do gier sta­nowi wła­sność firmy Scien­ti­fic Games (dosł. gry naukowe). Nauka bowiem odgrywa w pro­jek­to­wa­niu tych fascy­nu­ją­cych urzą­dzeń dużą rolę. Cho­ciaż rodo­wód auto­ma­tów do gry sięga XIX wieku, współ­cze­sne udo­sko­na­le­nia ich funk­cjo­no­wa­nia odwo­łują się do pio­nier­skich prac beha­wio­ry­sty B.F. Skin­nera, który w latach sześć­dzie­sią­tych XX stu­le­cia opi­sał zasady mani­pu­la­cji beha­wio­ral­nej.

W jed­nym ze swo­ich eks­pe­ry­men­tów umie­ścił gołę­bia w klatce. Odkrył, że przez warun­ko­wa­nie może przy­uczyć go do naci­ska­nia dźwi­gni w celu uzy­ska­nia por­cji karmy. Nie­które eks­pe­ry­menty wyma­gały jed­nego naci­śnię­cia, inne dzie­się­ciu, ale w ramach danego bada­nia liczba ta pozo­sta­wała nie­zmienna. Rezul­taty nie nale­żały do szcze­gól­nie inte­re­su­ją­cych. Nie­za­leż­nie od wyma­ga­nej liczby naci­śnięć gołę­bie dzio­bały dźwi­gnię jak urzęd­nicy ruty­nowo pie­czę­tu­jący nie­koń­czące się sterty doku­men­tów.

Skin­ner spró­bo­wał więc cze­goś innego. Roz­po­czął eks­pe­ry­ment, w któ­rym liczba naci­śnięć nie­zbęd­nych do uzy­ska­nia karmy zmie­niała się losowo. Gołąb już nie wie­dział, kiedy się spo­dzie­wać posiłku. Nagrody przy­cho­dziły nie­ocze­ki­wa­nie. To pod­eks­cy­to­wało ptaki. Zaczęły dzio­bać szyb­ciej. Coś skła­niało je do zwięk­sze­nia wysiłku. Uru­cho­miona została dopa­mina, czą­steczka nie­spo­dzianki, a dzia­ła­nie auto­ma­tów do gier docze­kało się nauko­wych pod­wa­lin.

Kiedy Saman­tha ujrzała swo­jego byłego, gwał­tow­nie odżyły wszyst­kie emo­cje - pod­nie­ce­nie, per­spek­tywa nowych moż­li­wo­ści, zogni­sko­wa­nie uwagi na nim, motylki w brzu­chu. Nie poszu­ki­wała romansu, ale i nie musiała. Poja­wie­nie się Demarca i na pół świa­dome marze­nie o kolej­nej szan­sie na namiętną eks­cy­ta­cję były nie­spo­dzia­nym pre­zen­tem w jej życiu emo­cjo­nal­nym i to ta nie­spo­dzianka stała u źró­dła jej eks­cy­ta­cji. O tym jed­nak Saman­tha oczy­wi­ście nie miała poję­cia.

Oboje uma­wiają się na kolej­nego drinka, który też jest miły. Następ­nego dnia decy­dują się na wspólny lunch, a nie­długo potem ich spo­tka­nia zmie­niają się w nie­winne "randki". Emo­cje buzują. Oboje, roz­ma­wia­jąc, doty­kają się. Żegna­jąc, obej­mują. Kiedy są razem, czas mknie im nie­po­strze­że­nie, jak w trak­cie ich daw­nych spo­tkań, zupeł­nie tak - uświa­da­mia sobie - jak kie­dyś z Shaw­nem. "Moż­liwe - mówi sobie - że to Demarco jest tym wła­ści­wym dla mnie". Jed­nak w świe­tle roli dopa­miny jest jasne, że ta rela­cja nie nie­sie niczego nowego. Jest jedy­nie kolejną powtórką dopa­mi­no­wej eks­cy­ta­cji.

Stan nowo­ści uak­tyw­nia­jący dopa­minę nie trwa wiecz­nie. Jeśli mowa o miło­ści, namiętny romans nie­uchron­nie kie­dyś się koń­czy i sta­jemy przed wybo­rem. Możemy przejść do miło­ści, którą pod­syca codzienne doce­nia­nie dru­giej osoby tu i teraz, albo zakoń­czyć zwią­zek i szu­kać następ­nej prze­jażdżki kolejką gór­ską. Posta­wie­nie na taki dopa­mi­ner­giczny odlot nie wymaga wiel­kiego wysiłku, ale i szybko się koń­czy, jak przy­jem­ność z jedze­nia bato­nika. Trwała miłość prze­nosi nacisk z ocze­ki­wań na doświad­cza­nie, z fan­ta­zji o nie­skoń­czo­nych moż­li­wo­ściach na zanu­rze­nie się w rze­czy­wi­sto­ści ze wszyst­kimi jej nie­do­sko­na­ło­ściami. Doko­na­nie tego przej­ścia jest trudne, a kiedy świat pod­suwa nam łatwy spo­sób na wywi­nię­cie się od trud­nego zada­nia, korci nas, by z niego sko­rzy­stać. Dla­tego tak wiele związ­ków dobiega końca, gdy wygasa dopa­mi­nowa eks­plo­zja wcze­snego romansu.

Pierw­sze etapy miło­ści to jak prze­jażdżka na karu­zeli usta­wio­nej przy wej­ściu na most. Możesz na niej rado­śnie wiro­wać, jak długo zapra­gniesz, ale na koniec zawsze znaj­dziesz się w punk­cie wyj­ścia. Ile­kroć muzyka ścich­nie, a twoje stopy dotkną ziemi, będziesz zmu­szony doko­nać wyboru: jesz­cze jedna rundka czy przej­ście przez most do trwal­szej miło­ści.

Mick Jag­ger, Geo­rge Costanza i "zaspo­ko­je­nie"

W 1965 roku, kiedy Mick Jag­ger zaśpie­wał I can't get no satis­fac­tion!, nie mie­li­śmy poję­cia, że prze­po­wia­dał przy­szłość. Jak w 2013 roku wyja­wił swo­jemu bio­gra­fowi, spał z czte­rema tysią­cami kobiet - co dzie­sięć dni doro­słego życia był z inną.

Pod­kreślmy, że Mick nie dopeł­nił swo­jego wyzna­nia sło­wami: "...i po czte­rech tysią­cach wresz­cie czuję się zaspo­ko­jony. Mam dość!". Praw­do­po­dob­nie będzie bawił się dalej, póki sił mu star­czy. Ilu kocha­nek trzeba, by się "zaspo­koić"? Jeżeli ktoś miał ich cztery tysiące, śmiało możemy stwier­dzić, że jego życiem, przy­naj­mniej pod wzglę­dem seksu, kie­ruje dopa­mina. A naczelną zasadą dopa­miny jest dopo­mi­na­nie się o wię­cej. Sir Mick, choćby gonił za zaspo­ko­je­niem przez kolejne pół­wie­cze, i tak go nie dogoni. Jego poję­cie o zaspo­ko­je­niu nie ma nic wspól­nego z zaspo­ko­je­niem. To tylko pogoń, napę­dzana dopa­miną, czą­steczką kul­ty­wu­jącą nie­usta­jący nie­do­syt. Ile­kroć Mick się z kimś prze­śpi, natych­miast sta­wia sobie za cel zna­le­zie­nie następ­nej kochanki.

Nie jest pod tym wzglę­dem odosob­niony. Nie jest nawet nie­ty­powy. Mick Jag­ger to po pro­stu pewna sie­bie wer­sja Geo­rge'a Costanzy z tele­wi­zyj­nego sit­comu. Geo­rge zako­chi­wał się nie­mal w każ­dym odcinku Kro­nik Sein­felda. Zdo­by­wał się na absur­dalne wyczyny, żeby się z kimś umó­wić, i był zdolny nie­mal do wszyst­kiego, jeśli mogło dopro­wa­dzić to do seksu. W każ­dej nowej kobie­cie widział poten­cjalną towa­rzyszkę życia, ide­alną przed­sta­wi­cielkę płci żeń­skiej, która będzie z nim żyć długo i szczę­śli­wie. Fani Kro­nik Sein­felda wie­dzą, jak się to koń­czyło. Geo­rge sza­lał za taką kobietą, dopóki nie odwza­jem­niła jego uczuć. Gdy już nie musiał o nią zabie­gać, wszystko, czego pra­gnął, zni­kało. Geo­rge Louis Costanza tak się uza­leż­nił od dopa­mi­no­wych emo­cji pogoni za roman­sem, że przez cały sezon serialu pona­wiał sta­ra­nia, by wywi­kłać się z zarę­czyn z jedyną kobietą, która kochała go pomimo wszel­kich odsta­wia­nych przez niego nume­rów. Kiedy narze­czona śmier­tel­nie zatruła się tok­sycz­nym kle­jem z kopert z zapro­sze­niami ślub­nymi, Geo­rge nie był zdru­zgo­tany. Odczuł ulgę, nawet się ucie­szył. Wprost rwał się do kolej­nych łowów.

- Jak tam z Shaw­nem? - spy­tała mama Saman­thy.

- Hm... - Saman­tha obry­so­wy­wała pal­cem skraj fili­żanki. - Nie jest tak, jak się spo­dzie­wa­łam.

- Znowu?

- O co ci cho­dzi? - fuk­nęła Saman­tha.

- Ja tylko mówię, że Shawn wydaje się świet­nie...

- Mamo, daruj sobie te peany na jego temat.

- Znowu to samo. Przy­po­mi­nasz sobie Law­rence'a? Demarca? - Saman­tha zagry­zła wargę. - Czemu nie potra­fisz się cie­szyć tym, co masz?

Che­miczne klu­cze do dłu­go­trwa­łej miło­ści

Z punktu widze­nia dopa­miny posia­da­nie nie jest inte­re­su­jące. Liczy się tylko zdo­by­wa­nie. Jeśli miesz­kasz pod mostem, dopa­mina sprawi, że zapra­gniesz namiotu. Jeżeli masz już namiot, zażąda od cie­bie domu. Gdy­byś zamiesz­kał w naj­droż­szej rezy­den­cji na Ziemi, wzbu­dzi­łaby pra­gnie­nie zamku na Księ­życu. Dopa­mina nie zna miary dobrego i nie wie, co to linia mety. Obwody dopa­mi­nowe w mózgu pobu­dza tylko moż­li­wość uzy­ska­nia cze­goś lśnią­cego nowo­ścią, bez względu na to, jak ide­al­nie wszystko się nam już teraz układa. Naczelną zasadą dopa­miny jest dopo­mi­na­nie się o wię­cej.

Dopa­mina to jeden z zapal­ni­ków miło­ści, źró­dło iskry roz­pa­la­ją­cej wszystko to, co nastę­puje potem. Żeby miłość wyszła poza to sta­dium, jej natura musi ulec zmia­nie, gdyż zmie­nia się che­miczna sym­fo­nia u jej pod­łoża. Dopa­mina nie jest czą­steczką przy­jem­no­ści. To czą­steczka anty­cy­pa­cji. Żeby­śmy mogli cie­szyć się tym, co mamy, a nie czymś, co jest zale­d­wie moż­liwe, mózg musi się prze­sta­wić ze zorien­to­wa­nej na przy­szłość dopa­miny na sub­stan­cje che­miczne kon­cen­tru­jące się na teraź­niej­szo­ści, czyli na zestaw neu­ro­prze­kaź­ni­ków nazwa­nych przez nas czą­steczkami "tu i teraz" (TiT). Mało kto o nich nie sły­szał. Do tej grupy zali­czamy sero­to­ninę, oksy­to­cynę, endor­finy (wytwa­rzane w mózgu odpo­wied­niki mor­finy) i związki zwane endo­kan­na­bi­no­idami (mózgowa wer­sja mari­hu­any). Pozwa­lają nam one roz­ko­szo­wać się już nie ocze­ki­wa­niem, jak dopa­mina, a bie­żą­cymi odczu­ciami i emo­cjami. Jeden z endo­kan­na­bi­no­idów wywo­dzi nawet swoją nazwę, anan­da­mid, od san­skryc­kiego słowa, ozna­cza­ją­cego roz­kosz, bło­gość i zachwyt.

Według antro­po­log Helen Fisher wcze­sna czy też "namiętna" (pas­sio­nate) miłość trwa tylko rok, naj­wy­żej pół­tora. Potem para, o ile pra­gnie utrzy­mać swój zwią­zek, musi wykształ­cić inny rodzaj uczu­cia, okre­ślony jako miłość "współ­od­czu­wa­jąca" (com­pas­sio­nate). Pośred­ni­czą w tym neu­ro­prze­kaź­niki TiT, gdyż rzecz doty­czy doświad­cza­nia tego, co jest tu i teraz - rado­ści z tego, że jest się z uko­chaną osobą.

Miłość współ­od­czu­wa­jąca to zja­wi­sko obecne nie tylko wśród ludzi. Obser­wu­jemy je też u zwie­rząt wią­żą­cych się na całe życie. Ich zacho­wa­nie wyróż­nia wspólna obrona tery­to­rium i budowa gniazd. Zwie­rzęta two­rzące parę wza­jem­nie się żywią, dbają o sie­bie i dzielą się opieką nad mło­dymi. Prze­waż­nie trzy­mają się bli­sko jedno dru­giego, a roz­dzie­lone wyka­zują oznaki lęku. Tak samo jest u istot ludz­kich. Ludzie anga­żują się w podobne dzia­ła­nia i doznają podob­nych uczuć, zwłasz­cza satys­fak­cji z powodu tego, że ktoś drugi tak dalece splótł swoje życie z ich wła­snym.

Kiedy w tym dru­gim sta­dium miło­ści górę biorą neu­ro­prze­kaź­niki TiT, rola dopa­miny ulega stłu­mie­niu. Musi tak być, gdyż dopa­mina maluje nam w wyobraźni wizje świe­tla­nej przy­szło­ści, nie­zbędne do prze­pro­wa­dze­nia nas przez etap cięż­kiej pracy na rzecz jej urze­czy­wist­nie­nia. Nie­za­do­wo­le­nie z aktu­al­nego stanu rze­czy to czyn­nik ważny dla wpro­wa­dza­nia zmiany, a o nią prze­cież cho­dzi w nowym związku. Współ­od­czu­wa­jącą miłość spod znaku TiT cha­rak­te­ry­zuje nato­miast głę­bo­kie i trwałe usa­tys­fak­cjo­no­wa­nie bie­żącą rze­czywistością i awer­sja do zmie­nia­nia cze­go­kol­wiek, szcze­gól­nie w rela­cji z tą drugą osobą. Cho­ciaż szlaki dopa­mi­nowe i TiT są w sta­nie współ­pra­co­wać, w więk­szo­ści przy­pad­ków są sobie prze­ciwne. Kiedy aktywne są obwody TiT, otwie­ramy się na doświad­cza­nie ota­cza­ją­cego nas świata, a wpływ dopa­miny ulega stłu­mie­niu; gdy to ona docho­dzi do głosu, prze­no­simy się ku poten­cjal­nej przy­szło­ści, a cichną prze­kaź­niki TiT.

Kon­cep­cję tę potwier­dzają bada­nia labo­ra­to­ryjne. Naukowcy, któ­rzy przyj­rzeli się komór­kom krwi pobra­nym od osób w fazie miło­ści namięt­nej, stwier­dzili niż­szy poziom recep­to­rów sero­to­niny niż u ludzi "zdro­wych", wyka­zu­jąc male­jący wpływ czą­ste­czek TiT.

Nie jest łatwo roz­stać się z dopa­mi­ner­gicz­nym dresz­czem na myśl o nowym part­ne­rze i namiętną tęsk­notą, ale taka umie­jęt­ność jest oznaką doj­rza­ło­ści i kro­kiem ku dłu­go­trwa­łemu szczę­ściu. Wyobraźmy sobie czło­wieka pla­nu­ją­cego urlop w Rzy­mie. Tygo­dniami roz­pi­suje każdy kolejny dzień, chcąc mieć pew­ność, że zwie­dzi wszyst­kie muzea i atrak­cje tury­styczne, o któ­rych tyle się nasłu­chał. Ale kiedy już stoi pośród naj­pięk­niej­szych dzieł sztuki, jakie wyszły spod ludz­kiej ręki, myśli o tym, jak dotrzeć do restau­ra­cji, w któ­rej ma zare­zer­wo­wany sto­lik. Nie żeby nie cie­szyło go oglą­da­nie arcy­dzieł Michała Anioła. Po pro­stu jego oso­bo­wość ma prze­wa­ża­jący cha­rak­ter dopa­mi­ner­giczny: bar­dziej niż robie­nie cze­goś pociąga go prze­wi­dy­wa­nie tego i pla­no­wa­nie.

Zako­chani doznają tego samego roz­dź­więku pomię­dzy ocze­ki­wa­niem a doświad­cza­niem. Wcze­śniej­sza faza, namiętna miłość, jest dopa­mi­ner­giczna - dodaje skrzy­deł, ide­ali­zuje, zacie­ka­wia, spo­gląda w przy­szłość. Ta póź­niej­sza, part­ner­ska, opiera się na prze­kaź­ni­kach TiT - daje poczu­cie speł­nie­nia oraz spo­kój i jest doświad­czana za pośred­nic­twem fizycz­nych zmy­słów i emo­cji.

Roman­tyczna rela­cja zbu­do­wana na dopa­mi­nie to eks­cy­tu­jąca, cho­ciaż krót­ko­trwała prze­jażdżka kolejką gór­ską, arse­nał che­miczny mózgu dostar­cza jed­nak narzę­dzi umoż­li­wia­ją­cych zej­ście z niej na ścieżkę ku miło­ści współ­od­czu­wa­ją­cej. O ile dopa­minę uznaje się za czą­steczkę obse­syj­nej tęsk­noty, o tyle z dłu­go­trwa­łymi związ­kami koja­rzy się oksy­to­cynę i wazo­pre­synę. Oksy­to­cyna jest aktyw­niej­sza u kobiet, wazo­pre­syna u męż­czyzn.

Neu­ro­prze­kaź­niki te prze­ba­dano w warun­kach labo­ra­to­ryj­nych u róż­nych gatun­ków zwie­rząt. Tak na przy­kład kiedy bada­cze wstrzyk­nęli oksy­to­cynę do mózgów samic nor­ni­ków pre­rio­wych, wcho­dziły one w dłu­go­trwałe związki, gdy tylko tra­fił im się jakiś samiec. Ana­lo­gicz­nie samce nor­ni­ków, gene­tycz­nie zapro­gra­mo­wane do pro­mi­sku­ity­zmu, po otrzy­ma­niu genu potę­gu­ją­cego wytwa­rza­nie wazo­pre­syny sku­piały się już tylko na jed­nej samicy, choć miały dostęp do więk­szego grona chęt­nych. Wazo­pre­syna zadzia­łała jak "hor­mon przy­kładnego mał­żonka". Wpływ dopa­miny jest prze­ciwny. Ludzie, któ­rym geny zapew­niają wysoki poziom dopa­miny, mają naj­więk­szą liczbę part­ne­rów sek­su­al­nych i naj­niż­szy wiek ini­cja­cji sek­su­al­nej.

Kiedy zachłanna miłość dopa­mi­ner­giczna prze­cho­dzi w opartą na TiT miłość współ­od­czu­wa­jącą, więk­szość par rza­dziej upra­wia seks. To zro­zu­miałe, skoro oksy­to­cyna i wazo­pre­syna tłu­mią wydzie­la­nie testo­ste­ronu. Z kolei testo­ste­ron może ogra­ni­czyć wydzie­la­nie oksy­to­cyny i wazo­pre­syny, co pozwala zro­zu­mieć, czemu męż­czyźni o natu­ral­nie wyso­kim pozio­mie testo­ste­ronu we krwi rza­dziej wcho­dzą w związki mał­żeń­skie. Ana­lo­gicz­nie sin­gle mają wię­cej testo­ste­ronu niż żonaci. Kiedy zaś w mał­żeń­stwie poja­wiają się pro­blemy, poziom wazo­pre­syny u męż­czy­zny spada, a testo­ste­ronu idzie w górę.

Czy ludzie potrze­bują dłu­go­trwa­łych związ­ków? Wiele danych wska­zuje na to, że tak. Pomimo powierz­chow­nej atrak­cyj­no­ści posia­da­nia mnó­stwa part­ne­rów więk­szość z nas dąży w końcu do ustat­ko­wa­nia się. Z danych zgro­ma­dzo­nych przez Orga­ni­za­cję Naro­dów Zjed­no­czo­nych wynika, że ponad 90 pro­cent kobiet i męż­czyzn przed ukoń­cze­niem czter­dzie­stu dzie­wię­ciu lat zawiera zwią­zek mał­żeń­ski. Cho­ciaż jeste­śmy w sta­nie obejść się bez miło­ści współ­od­czu­wa­ją­cej, więk­szość z nas poświęca spory kawał życia na jej zna­le­zie­nie i utrzy­ma­nie. Umoż­li­wiają to neu­ro­prze­kaź­niki TiT. Pozwa­lają one na czer­pa­nie satys­fak­cji z tego, co dają nam nasze zmy­sły - z tego, co mamy przed oczami i czego możemy doświad­czać, nie pod­le­ga­jąc drę­czą­cemu poczu­ciu, że potrzeba nam cze­goś wię­cej.

Testo­ste­ron: czą­steczka TiT pociągu sek­su­al­nego

Tego wie­czoru, gdy Saman­tha poznała Shawna, była w trzy­na­stym dniu cyklu mie­siącz­ko­wego. Dla­czego to ma zna­cze­nie?

Testo­ste­ron wyzwala pożą­da­nie sek­su­alne zarówno u męż­czyzn, jak i u kobiet. U tych pierw­szych wydziela się w dużej ilo­ści; to on odpo­wiada też za takie oznaki męsko­ści jak zarost na twa­rzy, więk­sza masa mię­śniowa i niż­szy głos. Kobiece jaj­niki wytwa­rzają go w znacz­nie mniej­szym stop­niu. Prze­cięt­nie naj­wyż­szy poziom testo­ste­ronu wystę­puje u nich w trzy­na­stej i czter­na­stej dobie cyklu mie­sięcz­nego. To wtedy jajeczko uwal­nia się z jaj­nika i kobieta jest naj­bar­dziej podatna na zaj­ście w ciążę. Wystę­pują też nie­re­gu­larne waha­nia poziomu testo­ste­ronu z dnia na dzień, a nawet w ramach jed­nej doby. U czę­ści kobiet zwięk­sza się on rano, u innych w póź­niej­szych godzi­nach. Naj­więk­sze waha­nia notuje się jed­nak mię­dzy poszcze­gól­nymi oso­bami: u czę­ści kobiet z natury wydziela się go wię­cej niż u innych.

Testo­ste­ron można nawet poda­wać jako lek. Kiedy naukowcy z Proc­ter & Gam­ble (pro­du­centa wody koloń­skiej Old Spice i pie­lu­szek Pam­pers) podali na skórę kobiet żel z testo­ste­ro­nem, upra­wiały one wię­cej seksu. Nie­stety, u nie­któ­rych na twa­rzach poja­wił się zarost, ich głos się obni­żył oraz poja­wiło się łysie­nie typu męskiego, toteż "via­gra dla kobiet" w żelu nie została dopusz­czona do obrotu przez Agen­cję Żyw­no­ści i Leków w USA.

Helen Fisher, antro­po­log z Uni­wer­sy­tetu Rut­gersa i główny kon­sul­tant naukowy inter­ne­to­wego ser­wisu rand­ko­wego Match.com, zauważa, że popęd sek­su­alny wywo­ły­wany przez testo­ste­ron nie różni się od innych potrzeb natu­ral­nych, jak choćby zaspo­ko­je­nia głodu. Gdy ktoś jest głodny, potrzebę tę zaspo­koi każdy pokarm. Podob­nie ktoś doświad­cza­jący pożą­da­nia sek­su­al­nego wyni­ka­ją­cego z pod­wyż­szo­nego poziomu testo­ste­ronu odczuwa pociąg do samego seksu, nie­ko­niecz­nie do kon­kret­nej osoby. W wielu przy­pad­kach, zwłasz­cza gdy doty­czy to ludzi mło­dych, może to być nie­mal kto­kol­wiek. Z dru­giej strony, nie jest to pra­gnie­nie nie do opa­no­wa­nia. Od głodu sek­su­al­nego się nie umiera. Testo­ste­ron nie popy­cha ludzi do popeł­nia­nia samo­bójstw lub zbrodni - w odróż­nie­niu od dopa­mi­ner­gicz­nego owład­nię­cia miło­ścią.

Shawn starł parę z łazien­ko­wego lustra, prze­cze­sał pal­cami swoje czarne włosy, uśmiech­nął się.

- Zrobi wra­że­nie - stwier­dził.

- Cze­kaj. Nie ruszaj się - powie­działa Saman­tha. Odgar­nęła mu z czoła kosmyk. - Teraz to z cie­bie przy­stoj­niak.

- A więc...

- Do łóżka, chłop­czyku - prze­rwała Saman­tha i klep­nęła go w poli­czek.

Dopa­mina zaciąga cię do łóżka... a potem stwa­rza pro­blemy

Kolejne sta­dia upra­wia­nia seksu, od gorącz­ko­wego ocze­ki­wa­nia po fizyczną roz­kosz zbli­że­nia, są odzwier­cie­dle­niem faz miło­ści: seks to miłość w przy­spie­szo­nym tem­pie. Zaczyna się od pożą­da­nia, zja­wi­ska dopa­mi­ner­gicz­nego, nakrę­ca­nego przez testo­ste­ron. Prze­cho­dzi ono w pod­nie­ce­nie, czyli kolejne nakie­ro­wane na przy­szłość doświad­cze­nie dopa­mi­ner­giczne. Gdy docho­dzi do kon­taktu fizycz­nego, kon­trolę nad mózgiem przej­mują czą­steczki TiT, dostar­cza­jące przy­jem­no­ści z doznań zmy­sło­wych, głów­nie przez wyzwa­la­nie endor­fin. Kul­mi­na­cja sto­sunku, orgazm, jest doświad­cze­niem nie­mal wyłącz­nie typu "tu i teraz", w któ­rym endor­finy i inne neu­ro­prze­kaź­niki TiT zma­wiają się, by odciąć dopływ dopa­miny.

Przej­ście to uchwy­cono okiem kamery pod­czas eks­pe­ry­mentu w Holan­dii, w któ­rym kobiety i męż­czyzn umiesz­czano w ska­ne­rach mózgu, a potem dopro­wa­dzano do orga­zmu. Skany wyka­zały, że szczy­to­wa­nie wią­zało się ze zmniej­sze­niem aktyw­no­ści w korze przed­czo­ło­wej, dopa­mi­ner­gicz­nej czę­ści mózgu, odpo­wia­da­ją­cej za świa­dome powstrzy­my­wa­nie zacho­wań. Dzięki roz­luź­nie­niu tej kon­troli moż­liwe stało się uak­tyw­nie­nie szla­ków TiT, sta­no­wiące konieczny waru­nek szczy­to­wa­nia. Płeć osoby nie miała zna­cze­nia. Poza nie­licz­nymi wyjąt­kami reak­cje mózgu na orgazm były iden­tyczne: wyłą­cze­nie dopa­miny, włą­cze­nie TiT.

Tak to powinno wyglą­dać. Tyle tylko że podob­nie jak nie­któ­rym ludziom trudno jest przejść od miło­ści namięt­nej do współ­od­czu­wa­ją­cej, tak oso­bom kie­ro­wa­nym przez dopa­minę ciężko jest dopu­ścić do prze­wagi TiT pod­czas seksu. Dla sil­nie kie­ro­wa­nych dopa­miną kobiet i męż­czyzn dużym wyzwa­niem może się oka­zać wyłą­cze­nie myśli, a doświad­cza­nie samych intym­nych doznań - mniej myśle­nia, wię­cej odczu­wa­nia.

O ile neu­ro­prze­kaź­niki TiT pozwa­lają nam doświad­czać rze­czy­wi­sto­ści - a ta w trak­cie seksu jest inten­sywna - o tyle dopa­mina wynosi nas ponad nią. Zawsze jest w sta­nie wycza­ro­wać coś lep­szego. Aby dodat­kowo pod­bić urok tej alter­na­tyw­nej rze­czy­wi­sto­ści, daje nam nad nią wła­dzę. To, że wyobra­żone światy mogą być nie­speł­nialne, nie ma tu zna­cze­nia. Dopa­mina zawsze potrafi posy­łać nas w pogoń za fan­ta­zjami.

Seks, zwłasz­cza upra­wiany w ramach trwa­ją­cego związku, nie­ustan­nie wpada w sidła dopa­mi­no­wych fan­ta­zji. Son­daż prze­pro­wa­dzony na pró­bie 141 kobiet wyka­zał, że 65 pro­cent pod­czas sto­sunku fan­ta­zjo­wało o odby­wa­niu go z kimś innym lub nawet o zaj­mo­wa­niu się czymś cał­kiem odmien­nym. Inne bada­nia pod­wyż­szyły ten odse­tek do 92 pro­cent. Męż­czyźni w trak­cie seksu oddają się fan­ta­zjom nie mniej niż kobiety, a u obu płci im wię­cej seksu się upra­wia, tym bar­dziej nasila się skłon­ność do takiego fan­ta­zjo­wa­nia.

Para­dok­sal­nie obwody mózgowe dostar­cza­jące nam ener­gii i moty­wa­cji potrzeb­nych do zna­le­zie­nia się w łóżku z pożą­da­nym part­ne­rem utrud­niają nam póź­niej czer­pa­nie z tego rado­ści. Czę­ściowo może się to wią­zać z inten­syw­no­ścią dozna­nia. Pierw­sze zbli­że­nie prze­żywa się moc­niej niż setne - a zwłasz­cza setne z tą samą osobą. Ale i tak jego kul­mi­na­cja, orgazm, nie­mal zawsze obja­wia się wystar­cza­jąco inten­syw­nie, by nawet naj­da­lej błą­dzą­cego marzy­ciela spro­wa­dzić do bez­po­śred­niego świata TiT.

Dla­czego mama liczy, że zacze­kasz do ślubu

Cho­ciaż zmiany kul­tu­rowe nie­jed­no­krot­nie wymu­szają uzna­wa­nie takiego podej­ścia za sta­ro­świec­kie, na­dal wiele matek (i zatro­ska­nych ojców) zachęca córki, by "ucho­wały się do czasu mał­żeń­stwa". Nie­rzadko sta­nowi to ele­ment obszer­niej­szego kanonu nauk moral­nych lub reli­gij­nych, ale czy są jakieś zalety takiego cze­ka­nia oparte na che­mii mózgu?

Testo­ste­ron i dopa­minę łączy szcze­gólna rela­cja. W fazie miło­ści namięt­nej testo­ste­ron jako jedyny ze związ­ków TiT nie ulega stłu­mie­niu na rzecz dopa­miny. Co wię­cej, oba współ­pra­cują, two­rząc pętlę zwrotną - swo­iste per­pe­tuum mobile, wzmac­nia­jące roman­tyczne uczu­cia. Namiętna miłość zwy­kle wzmaga pra­gnie­nie seksu. Testo­ste­ron dodat­kowo je pod­bija. A wzmo­żone pożą­da­nie potę­guje namiętną miłość. Odma­wia­nie sobie zatem zaspo­ko­je­nia sek­su­al­nego pod­syca namięt­ność - oczy­wi­ście nie­ko­niecz­nie w nie­skoń­czo­ność i nie bez zna­czą­cego poświę­ce­nia, ale efekt jest rze­czy­wi­sty. Tak oto znaj­du­jemy che­miczne wyja­śnie­nie, które dawno temu mogło przy­naj­mniej po czę­ści sta­no­wić pod­stawę obser­wo­wa­nego dziś zacho­wa­nia. Cze­ka­nie prze­dłuża naj­bar­dziej eks­cy­tu­jące sta­dium miło­ści. Słodko-gorz­kie uczu­cia odda­le­nia i odma­wia­nia sobie to celowy rezul­tat reak­cji che­micznej.

Namięt­ność odło­żona w cza­sie zostaje prze­dłu­żona. Jeżeli mama chce wydać córkę za mąż, takie wzmoc­nie­nie namięt­no­ści tylko temu pomoże. Kiedy marze­nie się urze­czy­wist­nia, dopływ dopa­miny z reguły się koń­czy, a to ona jest moto­rem roman­tycz­nej miło­ści. Co więc bar­dziej pod­nie­sie poziom dopa­miny: zgoda na seks już teraz czy odło­że­nie go na póź­niej? Mama zna odpo­wiedź, nawet jeśli dopiero teraz dowia­du­jemy się dla­czego.

Shawn przy­brał tro­chę na wadze, ale Saman­cie jesz­cze bar­dziej się podoba. Jego zda­niem ona też wygląda lepiej niż kie­dy­kol­wiek przed­tem. Oczy­wi­ście zachwyca się nią, gdy jest pięk­nie ubrana, ale wyja­wił kole­gom, że naj­sek­sow­niej­sza jest wtedy, gdy budzi się rano potar­gana i bez maki­jażu, w jego sta­rej koszulce z cza­sów stu­denc­kich. Ostat­nio roz­ma­wiają szep­tem, żeby skraść dla sie­bie dodat­kowe kilka minut pod­czas snu ich malu­cha, ponie­waż jedy­nie ran­kiem mie­wają te rzad­kie chwile, by wza­jem­nie nacie­szyć się swoją obec­no­ścią.

Saman­tha nauczyła się poma­gać Shaw­nowi w prze­zwy­cię­ża­niu wąt­pli­wo­ści, które hamują go w pracy, a on pomógł jej w wygo­spo­da­ro­wa­niu czasu potrzeb­nego na dokoń­cze­nie stu­diów. Ale też coraz bar­dziej po pro­stu roz­sma­ko­wują się w swoim towa­rzy­stwie. Cza­sem w ogóle nic nie mówią i choć kie­dyś czu­liby się z tym dziw­nie, obec­nie im to pasuje. Saman­tha zapa­mię­tała pewną noc, gdy Shawn wycią­gnął rękę, pogła­dził ją po bio­drze, a potem cof­nął dłoń. Usły­szała, że się obró­cił na bok, pomru­ku­jąc jak zawsze przed snem.

- Coś się stało? - spy­tała.

- Nic - odpo­wie­dział Shawn. - Po pro­stu upew­niam się, że jesteś.

W rezul­ta­cie eks­pe­ry­men­tów ze środ­kami nar­ko­tycz­nymi dopa­mina doro­biła się przy­domku "czą­steczka przy­jem­no­ści". Nar­ko­tyki pobu­dzały obwody dopa­mi­nowe i uczest­nicy badań dozna­wali eufo­rii. Wszystko wyda­wało się jasne, dopóki bada­nia z wyko­rzy­sta­niem natu­ral­nych nagród - na przy­kład poży­wie­nia - nie wyka­zały, że dopa­mina wyzwala się jedy­nie w przy­padku nagród nie­spo­dzie­wa­nych. Nie była to reak­cja na nagrodę, lecz na błąd w jej prze­wi­dy­wa­niu: nagroda fak­tyczna minus nagroda spo­dzie­wana. Oto dla­czego stan świe­żego zako­cha­nia nie trwa wiecz­nie. Zako­chu­jąc się, patrzymy w przy­szłość, która staje się ide­alna dzięki obec­no­ści uko­cha­nej osoby. W przy­szłość zbu­do­waną na wyobra­że­niach roz­go­rącz­ko­wa­nego umy­słu, które roz­padną się w zde­rze­niu z rze­czy­wi­sto­ścią za rok lub pół­tora. Co wtedy? W wielu przy­pad­kach koniec. Roman­tyczna aura roz­wiewa się, za to od nowa zaczyna się pogoń za dopa­mi­ner­gicz­nym dresz­czem. Można jed­nak też tę namiętną miłość prze­isto­czyć w coś trwal­szego. Może ona przejść w miłość współ­od­czu­wa­jącą, zapewne nie­bu­dzącą już takich emo­cji jak te dopa­mi­nowe, ale zdolną do dawa­nia szczę­ścia - i to dłu­go­trwa­łego, opar­tego na neu­ro­prze­kaź­ni­kach TiT, takich jak oksy­to­cyna, wazo­pre­syna i endor­finy.

To tak jak z miej­scami, które od dawna dobrze znamy i lubimy - z restau­ra­cjami, skle­pami czy całymi mia­stami. Nasz sen­ty­ment do nich bie­rze się z roz­ko­szo­wa­nia się dobrze znaną atmos­ferą: rze­czy­wi­stą, fizyczną naturą tych miejsc. Tego, co zna­jome, nie doce­niamy za to, jakie mogłoby być, lecz za to, jakie jest. Tylko to daje sta­bilną pod­stawę dłu­go­trwa­łemu, satys­fak­cjo­nu­ją­cemu związ­kowi. Dopa­mina, neu­ro­prze­kaź­nik, któ­rego zada­niem jest mak­sy­ma­li­za­cja przy­szłych nagród, kie­ruje nas na drogę ku miło­ści. Pod­syca nasze pra­gnie­nia, roz­pala wyobraź­nię i wciąga nas w rela­cję z kimś pło­mienną obiet­nicą. Ale jeśli cho­dzi o miłość, dobrze jest od dopa­miny zaczy­nać, a nie na niej koń­czyć. Nie da się jej zaspo­koić. Dopa­mina umie się tylko dopo­mi­nać o wię­cej.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki