DZIEŃ DOBRY
Jednym z elementów dobrego wychowania jest grzeczne przywitanie się.
Można się elegancko ukłonić - tak postępujemy głównie w stosunku do osób
starszych. A jeśli to nam kłaniają się inni, wtedy należy odwzajemnić
taki gest. W trakcie meczu piłkarskiego nie ma zbyt wiele czasu na
przestrzeganie dobrych manier i zasad savoir-vivre'u. Czasem jednak
nawet podczas gry udaje się niektórym zawodnikom rzucić krótkie, wesołe
dzień dobry. Zastanawiasz się pewnie kiedy. Przyjrzyjmy się takiej
sytuacji: jesteś w polu karnym, obrońca pilnuje Cię koszulka w koszulkę
- nie odstępuje na krok. Tymczasem Twój partner z drużyny powoli
przygotowuje się do dośrodkowania. Za chwilę piłka szybuje w powietrzu,
a Ty starasz się zgubić opiekuna: zwód w prawo, balans ciałem i ucieczka
w lewo. Wreszcie jesteś sam. Futbolówka leci na idealnej wysokości,
można nawet bez wyskoku uderzyć ją z główki. Do bramki 6, góra 7 metrów.
Wymarzona okazja! Odchylasz nieco głowę, żeby zaraz krótkim, dynamicznym
ruchem karku oddać strzał, który do złudzenia przypomina skinienie,
szybki ukłon. Z boku wygląda to tak, jakbyś komuś rzucił pospieszne
dzień dobry. Cała tajemnica. Nie bądź jednak rozczarowany, jeśli po
takim powitaniu żaden z rywali się nie odkłoni.
Wstęp do pierwszego wydania Mowy trawy z 2011 roku wcale się nie
zdezaktualizował. Właściwie u mnie wszystko po staremu. Miłość do
futbolu trwa w najlepsze, jestem tylko trochę starszy, ale z komentowania każdego meczu, z nowej piłki albo nowej koszulki
piłkarskiej dalej cieszę się jak dzieciak. Przed Wami drugie wydanie
Mowy trawy z wieloma nowymi hasłami i z leciuteńko tylko poprawionym
wprowadzeniem.
W piłkarskiej szatni spędziłem większą część życia. Gdy miałem dziewięć
lat, ojciec przyniósł do domu wycinek z "Expressu Wieczornego"
zatytułowany: Następcy Deyny pilnie poszukiwani. Notka dotyczyła
naboru chłopców z roczników 1977 i 1978 do sekcji piłki nożnej Legii
Warszawa. Drugim Deyną nie zostałem, ale rywalizacja, treningi i życie w grupie w znacznym stopniu ukształtowały mój charakter i sposób patrzenia
na świat. A medal za zdobycie mistrzostwa Polski z Legią w 2006 roku
potwierdza, że warto było kopać piłkę od dziecka. Grałem zawsze i wszędzie, jeśli tylko nadarzała się taka okazja. Czasem lepiej, czasem
gorzej. Na podwórku i w rozgrywkach szkolnych byłem gwiazdą, w klubie
jednak zawsze znajdowało się wielu lepszych. Ale to mnie nigdy nie
zniechęcało. Bieganie, strzelanie na bramkę i wylewanie potu na zawsze
pozostały moją największą pasją. A zwyciężanie okazało się dobrym
nawykiem także po zakończeniu kariery zawodniczej.
Nadal jestem przy piłce. Komentuję w Canal+ najlepsze mecze polskiej i angielskiej ligi, przez wiele sezonów w programie 1na1 przedstawiałem
ludzi związanych z futbolem: zawodników, trenerów, lekarzy, dyrektorów
sportowych, sędziów, rzeczników prasowych, dziennikarzy, a także
aktorów, muzyków i pasjonatów. Łatwo nam się było dogadać, bo kto
spędził choć chwilę w piłkarskiej szatni, ten wie, że to specyficzne
miejsce. Jedyne w swoim rodzaju. Nie tworzą go ściany i szafki, ale
ludzie. Słowa, których używają, są często bardzo nietypowe,
niezrozumiałe dla kogoś z zewnątrz. Postaram się krótko przybliżyć Ci
ich znaczenie i wyjaśnić, kiedy się ich używa. Za przykłady posłuży
kilka autentycznych anegdot. Zapraszam Cię na drugą wycieczkę po
piłkarskiej szatni.
Mowa trawa 2:0 dla niektórych będzie powrotem do dzieciństwa - czasu
zdartych kolan i podwórkowych zwycięstw. Innym umożliwi zobaczenie
futbolowej szatni od wewnątrz, poznanie jej bohaterów i niepisanych
zasad, które tam panują, a także stworzy okazję do zapoznania się z podstawami piłkarskiej polszczyzny.
A więc za radą klasyka, Andrzeja Twarowskiego, komentatora Premier
League w Canal+ Sport: "Siadamy głęboko w fotelach, zapinamy pasy i startujemy!".
ADRES
Nasze miejsce zamieszkania, zameldowania, pobytu lub wyjazdu kryje się
pod jakimś adresem. Określa go najczęściej ulica z numerem domu i mieszkania oraz kod pocztowy, miasto i kraj. Jeśli opis miejsca jest
prawidłowy i szczegółowy, nasza przesyłka bez najmniejszych problemów
dotrze pod wskazany adres. Adresy stron internetowych, wpisane
poprawnie, przekierują nas na wyszukiwane domeny. Adres poczty
elektronicznej pozwoli nam skontaktować się mailowo z drugą osobą.
Wystarczą jednak jeden mały błąd, zła literka albo cyferka, pomylony kod
albo rozszerzenie adresu strony www czy maila, by nasza przesyłka
wróciła do nadawcy.
Nie inaczej jest na placu gry. Piłkarski adres to nic innego jak
zawodnik, do którego chcemy posłać piłkę. To może być wykop bramkarza,
daleki przerzut, dośrodkowanie z akcji lub stałego fragmentu gry, a także piękne, wymuskane, krótkie prostopadłe podanie. Gdy zagrywamy
niecelnie, wystarczy chłodny krzyk trenera: "Adres!" i od razu wiadomo,
że nastąpiła jakaś pomyłka w adresowaniu przesyłki. Są więc nadawca,
czyli podający, przesyłka - piłka, wreszcie odbiorca - cel naszej akcji.
Jeśli na liście wpiszemy zły adres, znajdziemy zwroty w naszej skrzynce.
W szatni będą to najczęściej wytknięcie błędów przez trenera lub... szybka
zmiana. Wpadniemy wtedy do piłkarskiego spamu.
AFERA / AWANTURA / CHAOS
Wszędzie wokoło nas afera goni aferę. Są różnego kalibru: od domowych,
poprzez krajowe, np. hazardowa, mięsna, słoiczkowa czy też różnego
rodzaju korupcyjne, grubymi nićmi szyte, aż po skandale na skalę
międzynarodową. Afera to szwindel, wydarzenie, które wychodząc na jaw,
staje się głośną sprawą i wywołuje oburzenie. Inaczej - awantura.
Zarówno określenie afera, jak i awantura używane są też na boisku. I wcale nie będę się tu rozpisywał o korupcji w polskiej piłce, lecz o pewnym charakterystycznym sposobie gry w uczciwy sposób. Gdy zespół
przegrywa, a na odrobienie strat pozostało tylko kilka minut,
najczęściej podejmuje ataki najprostszymi metodami. Wszyscy zawodnicy
wbiegają w pole karne, a wtedy jedyny gracz pola, który pozostał z tyłu,
albo bramkarz z własnej połowy posyła długie, górne podanie pod bramkę
przeciwnika. To właśnie przykład zagrania na aferę, na awanturę. Po
takiej wrzutce nikt już nie dba o piękne rozegranie akcji, chodzi tylko
o to, żeby wykorzystać zamieszanie i wepchnąć piłkę do siatki. Atakujący
liczą na błąd rywala, fart, rykoszet, faul, rękę, rzut karny. Po prostu
gra na chaos. Taką, zarejestrowaną kamerami Canal+, komendę
przekazywał swoim piłkarzom Piotr Świerczewski, gdy był trenerem ŁKS
Łódź. W boiskowej aferze może uczestniczyć nawet komplet 22 piłkarzy -
często przecież oglądamy w końcówce meczu bramkarza, który biegnie na
złamanie karku przez całe boisko na ostatni rzut rożny czy wrzut z autu,
by pomóc swojej drużynie wyrównać.
"Wrzucaj piłkę na aferę", "Graj na awanturę", "Gramy na chaos!" -
taki krótki komunikat wystarczy, żeby piłkarze dokładnie wiedzieli, co
mają robić: sztuczny tłok, zamieszanie, zamęt, niepokój, chaos, aferę,
awanturę.
AGRAFKA
Agrafka służy do łączenia dwóch kawałków materiału. Ale co może łączyć
agrafkę z piłką nożną? Z pozoru nic - związek ni przypiął, ni przyłatał.
A jednak. Agrafka oznacza drobną dolegliwość, która nie stanowi
żadnego zagrożenia. Nic, co mogłoby wykluczyć piłkarza z gry. Lekarze
mówią, że to taki uraz, który wystarczy spiąć agrafką i można grać
dalej. Są jednak zawodnicy, którzy w najdrobniejszym bólu widzą od razu
poważną kontuzję. Hipochondryków w szatniach nie brakuje. W Legii spory
ubaw mieliśmy z piłkarza (nazwiska nie zdradzę), który zawsze bardzo
dbał o formę. Nawet kiedy był zdrów jak ryba, często gościł w gabinetach
masażystów i u doktora Stanisława Machowskiego. Po pewnym czasie lekarz
stracił cierpliwość i większość skarg zawodnika przestał traktować
serio. Z meczu, w którym piłkarz przez dłuższy czas trzymał się za
mięsień uda i zgłaszał kontuzję trenerowi Mirosławowi Jabłońskiemu,
żartowano później w szatni bardzo często. Szkoleniowiec podszedł do
linii bocznej boiska i zapytał: "Stało się coś?", a zdyszany piłkarz
odparł: "Jeszcze, ufff, jeszcze nie, ale może się stać". Na ławce
śmiech, a zawodnikowi za chwilę ból minął, jak ręką odjął.
Agrafka dokucza szczególnie mocno, gdy się przegrywa albo gdy wynik
wisi na włosku. W takim przypadku piłkarza, który nie radzi sobie z presją, zaczynają przytłaczać obawy o dobry końcowy rezultat i własną
pozytywną ocenę. Potrafi zgłosić wtedy kontuzję i to taką, której na
pierwszy rzut oka nie widać. Nagle zwalnia, łapie się za nogę i twierdzi, że boli go mięsień. Tego typu uraz może się przytrafić bez
kontaktu z rywalem. To kontuzja bardzo trudna do zdiagnozowania podczas
meczu. Zawodnika trzeba zmienić. Zazwyczaj za chwilę ból przechodzi, a badania ultrasonograficzne nie wykazują żadnych uszkodzeń. Agrafka to
czasem niezłe alibi. To problem, którego trzeba szukać raczej w głowie
niż w mięśniach.
ANGIELKA
Nigdy nie udało mi się ustalić, czemu takie zagranie zostało nazwane
angielką. Jest to strzał lub podanie z powietrza zewnętrzną częścią
stopy, z nogą ugiętą w kolanie i zwróconą na zewnątrz. Piłka musi
nadlatywać z boku na wysokości bioder, żeby móc je wykonać prawidłowo.
Angielki były kiedyś bardzo popularne podczas gry w warszawiaka, czy
inaczej w jedno podanie (w różnych regionach Polski ta kilkuosobowa gra
na jedną bramkę z systemem punktowania i kar ma inną nazwę - patrz
bramka wiedeńska). Angielka była wyceniana zawsze dość
wysoko, gdzieś w połowie wartości strzału z woleja i przewrotki. Na
podwórku u Przemka Rudzkiego, mojego kompana z komentatorskiej dziupli,
angielką nazywano gola po odbiciu się piłki od słupka albo podkręconą
piłkę, strzał zewnętrzną częścią stopy, czyli fałszem. W zawodowym
futbolu to raczej zagranie przypadkowe, sytuacyjne albo pod publiczkę.
Pasuje jak ulał do Zlatana Ibrahimovicia, który uwielbia takie
piłkarskie fajerwerki. Ale przyznacie sami, że nazwa pierwsza klasa!
AS KIER / CZERWIEŃ / CZERWO
W niemal każdej grze as kier to mocna karta. Warto mieć go w ręku albo
trzymać ukrytego w rękawie na czarną godzinę. We wróżbach zwiastuje
wielkie szczęście w domu, dobre towarzystwo, pomyślne wydarzenia. Na
boisku wręcz odwrotnie: to najgorsze rozwiązanie, przekleństwo i zmora
piłkarzy. Stanowi narzędzie, za pomocą którego wymierzana jest
sprawiedliwość. Asa kier należy za wszelką cenę unikać. Tą kartą gra
tylko jeden człowiek podczas meczu - sędzia. To po prostu czerwona
kartka. Przepisy gry w piłkę nożną dokładnie określają, za jakie
wykroczenia należy się czerwień. Czasami do wykluczenia zawodnika
dochodzi w następstwie pokazania dwóch żółtych kartek. To suma
wcześniejszych przewinień. As kier wyjęty z rękawa od razu, bez
wcześniejszego ostrzeżenia, stanowi natomiast reakcję na poważne
naruszenie zasad: uderzenie rywala bez piłki, brutalny wślizg czy inne
wybitnie niesportowe, rażące zachowanie.
Przeklinanie na boisku jest w pewnej mierze dozwolone. Podczas
transmisji w powtórkach najważniejszych akcji widać, że najczęstszą
reakcją piłkarzy na meczowe wydarzenia są wulgaryzmy. Padają zarówno
przy nieudanym strzale, jak i po zdobytej bramce czy też są wyrazem
niezadowolenia z decyzji sędziego. Ci muszą trzymać nerwy na wodzy, choć
czasami aż puchną im uszy od rzucanych wokoło bluzgów. Gdyby jednak za
każde niecenzuralne słowo sędzia sięgał po kiera, mecz kończyłby się
po kilku minutach. Przypomnę tylko, że zespół może kontynuować spotkanie
w przynajmniej siedmioosobowym składzie.
Dopóki przekleństwa nie są wypowiadane pod adresem arbitra, ten nie
wyciąga kartki, wystarcza reprymenda. W przeciwnym wypadku as kier
załatwia sprawę od ręki. Zdarza się jednak, że piłkarz obrazi sędziego,
obrzuci go mięsem, a mimo to nie zostanie wyrzucony z boiska. To
szczególny przypadek. Jeśli nikt poza nimi dwoma nie słyszał ordynarnych
słów, arbiter może przeprowadzić z zawodnikiem krótką wychowawczą
rozmowę. Sędziowie określają taką pogawędkę jako straszono (zrobić
straszono oznacza udzielić reprymendy słownej, zamiast napomnieć
kartką). Jest to jednak dość ryzykowna forma budowania autorytetu.
Wszystko bowiem zależy od reakcji piłkarza. Jeśli skruszeje i przeprosi,
sprawa zostanie między sędzią a nim. Jeśli pójdzie za ciosem, arbiter
asem kier z rękawa wskaże mu drogę do szatni, a całe zajście - słowo w słowo, przekleństwo w przekleństwo - opisze w sprawozdaniu z meczu.
"Dostałem kiera", "Pokazał mi asa", "Wlepił mi czerwień" - tak
mówią zawodnicy, gdy w trakcie meczu zobaczyli czerwoną kartkę. As
czerwo bierze raz, a ty wylatujesz z boiska.
AUTOBUS
Autobus jest niezbędny, żeby zespół mógł dojeżdżać na mecze wyjazdowe.
Swego czasu Roman Abramowicz, właściciel Chelsea Londyn, zainwestował
niemałą fortunę, kilkaset tysięcy funtów, w autokar piłkarskich marzeń.
W środku wszystko zostało urządzone tak, żeby podróż przebiegała jak
najbardziej komfortowo: ograniczona liczba miejsc pozwalała na
wygospodarowanie dużych przestrzeni pomiędzy rozkładanymi niczym sofy
fotelami, stało kilka leżanek do masażu, na pokładzie hulało wi-fi, były
tam telewizory plazmowe z dostępem do telewizji satelitarnej,
odtwarzacze DVD, toaleta, a nawet kuchnia, żeby piłkarze zamiast hot
doga na stacji benzynowej mogli po meczu zjeść wartościowy posiłek.
Oczywiście pojazd pomalowano w barwy klubowe The Blues. Autobus i Chelsea to połączenie, które wyjaśni nam również, co jeszcze w futbolu -
poza środkiem lokomocji - może oznaczać to słowo.
Chelsea osiągnęła największe sukcesy za pierwszej kadencji José Mourinho
(2004-2008). Kontrowersyjny The Special One (sam nadał sobie taki
przydomek) zawsze miał przygotowaną ripostę na zaczepki dziennikarzy,
innych menedżerów i piłkarzy. Któregoś razu po derbach Londynu z Tottenhamem skrytykował zachowawczy sposób gry Kogutów (nawet wtedy nie
przeczuwał, że zostanie w przyszłości ich menedżerem). Portugalczyk
porównał obronne ustawienie rywali do autobusu zaparkowanego pod bramką.
Uznał to za przejaw tchórzostwa i okradanie kibiców, którzy zapłacili za
spektakl, a nie za nudne jak flaki z olejem przedstawienie, w którym
jedna drużyna bije głową w mur, a właściwie w karoserię autobusu.
Standardowy autokar ma około 11 metrów długości i 3 metry wysokości,
więc nawet kiepsko zaparkowany mógłby zasłonić całą bramkę.
W Anglii Chelsea była niemal nieosiągalna dla rywali, jednak w Europie
sukcesy nie przychodziły już tak łatwo. W rozgrywkach Ligi Mistrzów
zdarzało się, że Mourinho nie przejmował się stylem, w jakim jego
piłkarze osiągali korzystny wynik. Krytykowano go właśnie za blokowanie
autobusem dostępu do bramki The Blues. Oczywiście wtedy boskiemu José
taki styl gry nie przeszkadzał i mimo upływu lat dużo się pod tym
względem nie zmieniło. Walka o sukcesy, nierzadko kosztem efektownej
gry, przyniosła jednak José Mourinho i prowadzonym przez niego klubom
mnóstwo trofeów w gablotach. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.
Jak siedzisz za kierownicą autobusu i wieziesz pasażerów na pokładzie,
wtedy z inną perspektywą i odpowiedzialnością patrzysz na świat.
Szerokości!