Mowa chleba - Elżbieta Łapczyńska

Kup ebooka

39.99 zł
35.99 zł (23,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
 
 
Rozdział I
PIERŚ I KREW
 
 

Cosmina kręci się od tygodni. Stopy na milimetr od podłogi. Oczy się zapadają, wywracają pod sufit i dalej, do środka czaszki. Pęd zakrzywia ciało. Trzewia odlepiają się od jednej strony brzucha, pchają na drugą, a krew zbiera się w końcówkach palców. Cosmina cała się skręca, obwija wokół własnych nóg.

Słońce wspina się i schodzi, światło przedziera się przez kraty w oknach. Niekiedy promienie padają wprost na nią, wtedy jej łysa głowa bije blaskiem i nie da się na nią patrzeć. Gdy zmierzcha, twarz w obrotach zdaje się ciemną plamą. Cosmina kręci się od wielu tygodni - odkąd zjawiła się w sali z oknami, odkąd promienie światła próbują dogonić jej czoło.

Kręci się, choć w sali jest ciasno, ciaśniej niż w poprzedniej. Cosmina czasem uderza rękami o drabinki łóżek. Kiedyś dostało się Livii. Wierzchem dłoni oberwała w tył głowy, wrzasnęła i rzuciła się na Cosminę, a ta odleciała na łóżko, nie przerywając obrotów. Innym razem wpadło jej pod nogi młode, zwinnie skoczyła nad kruchym ciałem jak w tańcu. Sieroty nieraz próbowały złapać ją za kostki, ale już wiedzą, że prędzej zarażą się od niej kręceniem, niż miałaby stanąć.

Cosmina nie widzi wiele, widzi w poziome paski. Gdy ktoś się zbliża, poznaje po zapachu. Tego dnia wyczuwa zapach Gety, co udaje, że nie żyje. To Cosmina nadlatuje i haczy o szyję paznokciami. Krew napływa pod zdartą skórę, ale Geta nic nie czuje. Udaje, że nie widzi Cosminy, że kręci się nie Cosmina, lecz samo powietrze. Krrrrik dix dix, piszczy któreś młode za Getę.

Do Cosminy dociera, że to Iosef intonuje piski, rozsiewa je wokół siebie. Tupta długimi rękami po podłodze i chowa się w linoleum pod jednym z łóżek, z daleka od obrotów. Lepiej z oddali wodzić za Cosminą, w cieniu łóżka uderzać głową do rytmu. Od tygodni taktuje jej kroki, odkąd się tu znaleźli, przeniesieni z podziemi.

Kiedy i Iosef zapomina się w swojej robocie, a wszystkie młode tężeją w gęstym powietrzu, otwierają się drzwi do sali. Wysoka kobieta wciska kogoś przez szparę, baw się, mówi, dodaje imię, ale trudno je posłyszeć, zawierusza się gdzieś przy progu. Skoro w sali pojawia się przybysz, Cosmina robi stop.

Za przybyszem zatrzaskują się drzwi. Młode w zdziwieniu, że obroty ustały. Nie wiedzą, na co patrzeć: na przybysza czy na Cosminę, bo w końcu można ujrzeć jej nierozmazaną twarz. Wdechy Cosminy świszczą, drażnią uszy, jakby ktoś dmuchał prosto w ich otwory. Iosef rozdziera się wysokim priiiiiiix-uxux, siostry S spod ściany wtórują. Przybysz nie rozumie, więc siada przy ich łóżku. Geta udaje, że go nie widzi. Za to Cosmina patrzy łapczywie, choć ze skręconą szyją. Operuje głową jak gołąb. Ogląda przybysza, choć obraz wyrywa się z ram, bo oczy ciągle w obrocie, nie zauważyły, że ciało stanęło.

Przybysz ma skórę bez parchów. Stopami dotyka ziemi. Nic nie mówi, ale to jeszcze o niczym nie przesądza. Widać, że słowa ma na końcu języka, obraca nimi od policzka do policzka, gotów ich użyć. Nosi na sobie ubranie, a ubranie to przylega do rąk i nóg. Nogi i ręce proste, giętkie, garną się do używania. Przybysz wie, co robić z kończynami, jak obsługiwać dłonie. Cosmina od razu dostrzega w jego palcach sznur z supłami. Lina i palce plączą się, mają podobną grubość i giętkość. Przybysz wiąże supły, opiera je na udzie. Spodnie ma brudne, zdarte na kolanach. Krzyżuje nogi i naciąga sznur od kolana do kolana, supły drżą jak na strunie. Cosmina obserwuje dłonie przybysza, zdumiona, że przedmioty mogą służyć komukolwiek innemu niż jej.

Rośnie w niej druga Cosmina, większa od tej na zewnątrz. Rozdymając się, kruszy części twarzy. Wargi zaczynają się od siebie odklejać, z lewa do prawa. Jedno oko błyska, drugie się rozwiera. Przybysz zdaje się nie widzieć, że łysa głowa Cosminy zawisła nad nim jak sęp. Przybysz chyba nie wie wielu rzeczy. Cosmina stoi przed nim w promieniach. Wyrywa mu sznur, pakuje do ust i połyka.

Siostry S rzucają w przybysza puszką, kablem, kością ptaka. Wszystkie młode łapią za śmieci. Szamoczą się z materią. Młode wpadają w ruch, jakby przejęły go po Cosminie, bo ta zatrzymała się raz a porządnie. Krzepnie. Przypatruje się przybyszowi baczniej, bo obraz przestaje skakać, powraca w ramy. Sznurek wędruje gdzieś po wnętrzu Cosminy, o czym przybysz nie może przestać myśleć, nawet gdy w brew uderza go łyżka. Ale co on wie o wędrówce przedmiotów.

- Mamo! - wyje i obraca się ku drzwiom, szukając pomocy.

Sylaby zawisają w mętnym powietrzu. Na to zawołanie młode wpadają w popłoch. Odlatują na swoje posłania, w najdalsze kąty, pod same kraty. Nawet Geta przypomina sobie, że jest całkiem żywa. Tylko Iosef nie może się pozbierać z ziemi, bezradny jak krab drapie linoleum. Zastygają i prześcigają się w milczeniu. Cosmina jeszcze mocniej sztywnieje. Przybysz także, bo nie spodziewał się, że jedno zawołanie zmieni tak wiele. Rozdziera się więc jeszcze bardziej, powtarza słowo raz po raz, jakby sprawdzał, czy i tym razem zadziała jak czar. Jego głos ma barwę jęczącej maszyny, metalu trącego o metal. Rozbiega się po gołych ścianach.

- Oddawaj! Wyrzygaj go.

Cosmina nieruchoma, znaczy odmawia.

- Wycisnę go z ciebie. - Przybysz podrywa się, dłonie szykuje do działania. Młode rozdziawiają usta. Kikik hipt, kikik hipt, kikik hipt, wrzeszczą. Iosef nakrywa się długimi rękami. Cosmina przygląda się twarzy tak innej od tych, które widziała. Albo od tej, której nie widziała od tygodni.

Przybysz jest inny, ale i podobny. Zdecydowanie mniej owłosiony. Może starszy, może wyższy, może części ciała ma w większej harmonii. Może tak właśnie powinien wyglądać człowiek. Czy zrywa się do ataku, czy jej przywali, czy tu zostanie na zawsze, czy zniknie, a jeśli zniknie, to ile jeszcze będzie musiała się kręcić, by o tym zapomnieć.

Te wszystkie wątpliwości przepływają przez głowę Cosminy jak przez gęsty krochmal, choć nie minęła nawet sekunda, odkąd przybysz wstał z niewiadomym zamiarem i wyciągniętymi rękami, i jedyne, co jest pewne, to, że trzeba się bronić.

Ale przybysz gubi się w ataku, zwija w siebie. Jakby chcenie opuściło go równie nagle, co nań spadło. Stoi przed łysą dziewczyną, choć śmiesznie małą, to starszą od niego, sądząc po stożkach pod odzieniem. W podkoszulku po dorosłym ukrywa szpotawe ciało. Twarz trójkątna i podła. Przez jej wnętrze przepływa supłany sznur. Pochłonęła go ustami w kształcie kreski machniętej ołówkiem. Do czego jeszcze jest zdolna? Coś mu mówi, by się cofnąć, zawrócić.

O tym zwrocie Cosmina nic nie wie. Nikt jej nie nauczył, że oko, czoło, podbródek mogą służyć do mówienia, że można z nich czytać czyjeś zamiary. Pozostałe też tego nie wiedzą.

Dakderrigigigi duk duk, piszczy Sergiu i gryzie przybysza w nogę. Ten chwyta butelkę, ciska nią w najbliższe młode, reszta się rozwrzaskuje. A przybysz łapie za klamkę w drzwiach, szarpie, szarpie, woła skupiony na akcji, woła, a wołanie przyciąga kogoś z korytarza. Ktoś z zewnątrz biegnie, otwiera, wypuszcza rozsierdzone ciało. Już nigdy więcej go tu nie zobaczą.

 
 

W Crăie?ti wstawało właśnie słońce, choć nikt tego nie zauważył. Wczesne lato zaskakiwało porankiem. Większość mieszkanek wsi była zajęta karmieniem, niektóre dwiema piersiami naraz. Dawały jeść w kolejności od najmłodszego, od najsłabszego. Czasami nie tylko swoim, ale i sąsiedzkim. Usta ssały niecierpliwie.

O tej porze starsze kobiety doiły trzodę. Prosięta czekały, najpierw musiał nakarmić się człowiek. Tu pijało się świńskie mleko. Każda maciora miała rodzić po wielokroć częściej niż gdziekolwiek indziej, po siedem, osiem razy na życie, po trzynaścioro lub więcej. Mleka brakowało i tak. Kiedy wszystkie ręce były zajęte karmieniem, ptaki pośpieszały, wrzeszcząc w locie.

Lenu?a wkładała buty na siedząco, nie mogła się schylić, bo dwójka synów jeszcze ssała. Najstarszy czekał na swoją kolej. Czwarty nie, odmawiał, cisnął się w ciemny kąt.

- Chodź tu, niczego innego nie będzie - strzeliła jak z bicza, a ten odskoczył i wyleciał przez drzwi. Tap, tap, tap po ganku i wchłonęła go trawa. Pobiegł, Lenu?a nie musiała patrzeć przez okno, żeby wiedzieć. Najpierw w dół na drogę, potem wdrapie się na wzgórze. Gdy uciekł po raz pierwszy, pobiegła za nim. Wpadła do chlewni, aż drzwi obiły się o deski. Wzrokiem, butem przeciskała się przez świnie. Gdzieś jest?, wołała. Syn leżał w dole. Ułożył się między prosiętami przy świńskich sutkach. Zatapiał się w różową skórę, niemal przedzierał się głową przez fałdy do wnętrza ciała, wraz z innymi prosiętami unosił się w płynnym, gęstym jak karmel brzuchu, te same soki krążyły między jego i prosiąt żołądkami.

W pokoju pomalowanym żółtą farbą już dniało. Na domy i trawy opadały kolory, jasne i soczyste. Lenu?a, spóźniona o wiele za dużo, zawiązała byle jak chustę na głowie, wepchnęła pod nią tlenioną grzywkę i wyruszyła rowerem do pracy. Inne matki widocznie potrafiły w porę chować sutki pod robocze ubrania. Z petem w ustach odpalonym już na rowerze Lenu?a odjeżdżała tam, skąd dobiegało darcie dziobów. Ptactwo z wariackim wrzaskiem odprowadzało do zakładu nowy transport.

 

Przed niebieskim budynkiem rozgardiasz, szybkie ruchy, niepewne gesty. Płacze na różnych wdechach, ale podobnie piliły w ucho. Kobiety jak Lenu?a - z Crăie?ti i okolicznych wsi, w białych fartuchach - kursowały od ciężarówki do drzwi. Niedawny świt przepędzały pośpiechem. Zeskakiwały z paki to z zawiniątkiem, które wyprężało ręce w górę, to z rozwiniątkiem, które używało własnych nóg. Ptaki ucichły, obserwowały zamieszanie z gałęzi brzóz. Zakład dla Sierot Crăie?ti przyjmował nowo oddane.

Część kobiet znikała w głównym korytarzu, część schodziła po schodach do podziemi. Lenu?a postawiła rower przy niebieskiej ścianie, podbiegła do ciężarówki. Dostała w ręce niemowlę od innej. Ciepłe i wiotkie.

- Minus jeden - wydudnił pan Buni, trącając Lenu?ę pudłem z papierami. Nie patrzył na nią. Ona nie patrzyła na niego. Na dziecko też nie.

Miało mnóstwo długich, kręconych, włosów, gęste brwi, przymknięte oczy i głowę w geście odmowy. Zupełnie jak jej syn, który uciekał do świń. Patrzył, jakby dorósł. Lenu?a zeszła po schodach.

Od podłogi ciemnego korytarza odbijały się pomarańczowe plamy, to światło uciekało uchylonymi drzwiami. Gdyby przyłożyć pustą konserwę do ucha i brzdękać o nią palcem, byłoby słychać podobny pogłos jak ten, który drżał między ścianami. Mieszały się dźwięki szybkich kroków i biały szum prądu. Do tego łkanie - rozprężone, na piątym biegu, na tonach wyższych niż popiskiwania znane tu wszystkim. Lenu?a minęła się z Claudią, która właśnie wystrzeliła z sali. Cała jej obfitość falowała w pośpiechu. Z rozbiegu cisnęła w Lenu?ę złym spojrzeniem, w ciemności korytarza rozpływało się na tysiące znaczeń, a w nie Lenu?a nie miała ochoty się wgłębiać. Doszła do właściwych drzwi, dziecko odłożyła na miejsce. Wyszła po następne, mijając koleżanki, i nie miała dla nich innego niż Claudia spojrzenia - złego, bo z rozdrażnionych oczu, które muszą pracować to w ciemnym, to w jasnym, to znowu w ciemnym.

W salach na minus jeden biło pomarańczowym światłem. Nie gaszono go, bo włączniki sknocone. Naciskało się i bzzzz! Spięcie, wybuch żarówki. Zakład nie dostawał nowych. Lepiej niech już będą włączone i niech się wytracają powoli - zarządził pan Buni. Przecież personel nie będzie pracować z latarkami w rękach. Płaci się mu za dwie ręce. A latarek nie ma i tak.

 

Nad głowami młodych wielkie lampy. Blask z odsłoniętych żarówek wdzierał się w oczy. Nowe oddawały się walce. Odmawiały patrzenia w żarówki, kręciły głową. Krzywiły twarze w płaczu. Ściskały powieki, marszczyły je, żeby się nakryć skórą jak kocem. Wkrótce miała nadejść chwila, gdy fałdy opadną, oko oswobodzi się z niewygody, a sztuczne światło wedrze kopniakiem i już tam zostanie. Minie kilka dni i nowe pokornie przyjmą palącą jasność.

Tak przecież działo się z każdym. Po drugiej stronie sali, w oddali od nowych, leżały te, które w świetle żarówek tkwiły od zawsze. Jasność wlewała się wiadrami w wiecznie rozwarte ślepia. Oczy miały zgasłe, na żar wolframu się nie wzdrygały, nie zwężały źrenic, bo źrenice już dawno przeżarte światłem. Wpływało w dno oka, ściekało nosem, aż gil sklejał skórę i zastygał nad wargą.

Więc leżały. Prąd burczał. Lampy świeciły.

 

Nikt nie wie, kiedy, po ilu godzinach, dniach albo przez jakie okno w czasie przeszło ostatnie nowe, by znaleźć się w sali na stałe pozbawionej płaczu. Również i to młode, które wniosła Lenu?a, tak podobne do jej syna, z nadmiarem niechęci na twarzy. Poddało się światłu. Powoli rozchyliło powieki. Mokra warga opadła na dolną delikatnie. Napięcie, co ściskało oczy z nosem w garści, spłynęło na barki, na brzuch, potem w głąb materaca, pod plecy koleżanek, przeciekło pod łóżko i tam już zostało. Wyzbył się oporu. Oczy przyoblekła mleczna zasłona. Nie zalewały się łzami. Oddech zwolnił, członki opadły. Na salę powróciła cisza.

 
 

Łagodne światło wchodzi wysokimi oknami. Cosmina w promieniach nie jest aż taka łysa, jak się wydaje. Twarz i czaszkę pokrywa jasny meszek, który układa się w wiry i fraktale. W świetle włoski migoczą na złoto. Powietrze mieni się kurzem, drobinkami. Słońce rozświetla tęczówki Cosminy na miodowo, w końcu ją dogoniło.

Cosmina szarpie zębami kawałki kabla, ładuje je do ust szybciej, niż zdoła zgryźć i połknąć, ale nie może uspokoić szczęki. W gorączce straciła poczucie sytości, ta nie nadchodzi, choć guma i miedź zatykają gardło. Młode przybywają do Cosminy, przynosząc, co mają. To, co udało im się ukraść, wydłubać, rozbroić albo lepiej - to, co samo z siebie odpadało, walało się pod łóżkiem czy na korytarzu, co nie należy do nikogo, co istnieje tu, ale obok, w jakiejś innej strefie: zapodzianej, poza posiadaniem. Wokół Cosminy rośnie osobliwe gniazdo.

Przez uchylone okno wlatuje zaganiacz, hippolais icterina, przysiada na klamce i zrzuca śmiećki. Przybył na znak, że przeszłość wzbiera, że nadszedł czas opowieści. Sygnał czytelny dla wszystkich. Vandana i Estera, mianowane na obserwatorki, popadają w bujanie, by dać znać reszcie. Zaganiacz stroszy podgardle i rozdziawia dziób. Do pokoju wdziera się wariacka pieśń, ale Cosmina nie chce jej słyszeć, pracą żuchwy zagłusza melodię. Nikt więc nie podejmuje dźwięków. Geta próbuje ukryć, że zmierza do Cosminy, udaje ścianę, która przemieszcza się po linii prostej, ale w końcu przysiada obok. Iosef zlizuje okruszki kabla z kolan Cosminy, łypiąc na nią. Sandor umie chodzić tylko tyłem, zbliża się krokiem na opak. Nawet Radu, ten, który nigdy nie opuścił łóżka i patrzy tylko na swoje dłonie, skręca ku Cosminie głowę razem z rękami i wyczekuje. Ale żadne nie potrafi jej zmusić, by zaczęła opowiadać. Nie ma przy niej tego, który jest źródłem opowieści.

Po raz ostatni robiły to, zanim przeniesiono je do tej sali, sali o podłużnych oknach, gęściej zaludnionej niż podziemia. Potem Cosmina wpadła w obroty. Przybysz niósł zmianę, młode to wiedziały, bo ktoś wreszcie zatrzymał Cosminę. Może więc ta Cosmina, która przestała się kręcić, zechce zabrać je znów ze sobą w świat, który czuć skórą, który przez śmieci opowiada historie. Cosmina żuje kabel, przełyka. Zaganiacz nuci. Tak zaczynała się każda ich podróż i jedyne, co się nie zgadza, to to, że nie ma z nimi Florina. Cosmino, nic nas to nie obchodzi, świergocą, my chcemy coś poczuć. Ale ćwierki cichną, bo niewiele dają.

Cisza na dobre ogarnęła salę. Livia zaczyna się śmiać. Nie umie, więc jedynie wydobywa dźwięki, rozwierając usta w dół i w górę. Jeden z chłopaków drąży dziurę w ranie. Drapie, drapie rozpalony. Umazał krwią całą nogę, a Iosef przypełza, żeby ją zlizać. Nie może przestać, choć ten pierwszy bije go i bije. Wszystkie młode popadają w rozmaite wybuchy, bo to właśnie zostawił po sobie przybysz: samozapalające ładunki, które raz po raz przerywają ciszę.

W Cosminie zasiał wątpliwości. Falują. Raz nachodzą na czoło, zakładają ciemną czapę, raz się cofają, zostawiając przyjemną pewność. Florin nie wróci. A właśnie, że wróci. I znów: nie, nie wróci. A może tak. Wątpliwości falują jak gęste włosy Florina, te szalone loki nikomu niepotrzebne.

Cosmina znów zaczyna się kręcić. Im częściej zmienia zdanie, tym bardziej się rozpędza. Żołądek wypchany kawałkami kabla utknął przylepiony nie do tej części brzucha, co powinien. Gdyby Cosmina się nie kręciła, przedzieliłaby się na pół i już nigdy nie scaliła. Nie zostało jej nic innego niż ruch, który nie prowadzi do niczego. Pomaga jedynie odganiać myśl zmierzającą do jej głowy jak ciężka, mokra gąbka: myśl, że Florin zniknął definitywnie i że nigdy nie wróci.

Młode się zasępiają. Ich wybuchy zaczynają wygasać, gdy okazuje się, że nic nie przynoszą - ani zapomnienia o przybyszu, ani zapomnienia o opowieści, której Cosmina im odmawia. Ryją jedynie kolejne rany w nogach i bruzdy gdzieś tam, między zwojami.

Siostry S - Simza i jej kompanki - śledzą Cosminę, taktują obroty uderzeniami o barierkę. Ruch Cosminy ożywia je same. Zdaje im się, że traci kształt. Ruch zmienia ją w wir. Gdyby potrafiły unieruchomić jej twarz, dostrzegłyby, że czy się kręci, czy nie kręci, i tak się rozlewa, jakby ktoś zamieszał w niej patykiem.

 

[...]

Redakcja: Paweł Sajewicz

Korekta: Marta Śliwińska

Projekt graficzny okładki: Krzysztof Rychter

Ilustracja na okładce: Julia Soboleva (Ho'oponopono, 2022)

Opracowanie graficzne, skład: Elżbieta Wastkowska, ProDesGraf

Redaktor prowadząca: Katarzyna Kubicka

 

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

 

? copyright by Agora SA, 2024

? copyright by Elżbieta Łapczyńska, 2024

 

Książka powstała dzięki Nagrodzie im. Adama Włodka przyznanej przez Fundację Wisławy Szymborskiej, ze środków pochodzących ze Stypendium Twórczego Miasta Krakowa, przy wsparciu Międzynarodowego Funduszu Wyszehradzkiego w ramach Wyszehradzkich Rezydencji Literackich oraz przy wsparciu Wrocławskiego Domu Literatury w ramach pobytu rezydencyjnego we współpracy z Klasztorem w Broumovie.

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2024

 

ISBN: 978-83-268-4539-0

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej