Mów mi Katastrofa! - Magdalena Wala

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział pierw­szy

Upior­nie lało.

Al­dona po raz ko­lejny prze­klęła miej­sco­wego cza­ru­sia, który za­chę­cał ją do prze­jażdżki po oko­licy, po­wo­łu­jąc się na wbu­do­wany w ko­lano ba­ro­metr. Te­raz ma­rzyła, żeby wy­szedł na chwilę z domu, po­tknął się i zła­mał nogę do­kład­nie w tym miej­scu, które po­ka­zuje cu­downą po­godę. W ko­la­nie. I żeby nie zra­stało się dość długo, czyli aż do śmierci.

Spoj­rzała w niebo. Żad­nej na­dziei na po­prawę po­gody. Słońce było szczel­nie za­snute ciem­nymi chmu­rzy­skami, z któ­rych lały się strugi desz­czu. I nic nie za­po­wia­dało ry­chłej po­prawy sy­tu­acji.

Zde­spe­ro­wana ru­szyła przed sie­bie. W końcu, do cho­lery, mu­siała gdzieś dojść. Obo­jęt­nie do­kąd, byle tylko nie lało jej na głowę. I by tylko mo­gła na­pić się go­rą­cej her­baty. O pi­wie nie wspo­mi­na­jąc. A wszystko przez zde­ze­lo­wane auto z wy­po­ży­czalni pro­wa­dzo­nej przez "po­go­dynkę", które ośmie­liło się ze­psuć po­środku pust­ko­wia. Je­chała drogą, a ono za­kasz­lało kilka razy i sta­nęło. Zu­peł­nie bez po­wodu. Gdyby tak za­po­mniała za­tan­ko­wać... Ale zro­biła mu do­brze, le­jąc do baku dzie­więć­dzie­siątkę ósemkę. Nie do­ce­niło i się ze­psuło. Bez krzty od­po­wie­dzial­no­ści - my­ślała, mo­zol­nie pnąc się na nie­wiel­kie wznie­sie­nie. Przez go­dzinę cze­kała na ry­ce­rza w lśnią­cej zbroi. Z no­wo­cze­snym ru­ma­kiem w po­staci sa­mo­chodu, naj­le­piej z na­pę­dem na cztery koła. Ani jed­nego, wszy­scy na urlo­pie, da­leko od dzie­wic w opre­sji. No, pra­wie dzie­wic - do­dała uczci­wie. Chciała za­dzwo­nić do pen­sjo­natu, ale jej ko­mórka rów­nież po­sta­no­wiła pójść na urlop. Tu mo­gła wi­nić je­dy­nie sie­bie, bo gdy zo­ba­czyła czarny ekran, przy­po­mniała so­bie, że dzień wcze­śniej te­le­fon wo­łał o je­dze­nie. Zmo­bi­li­zo­wała się, spa­ko­wała do torby naj­waż­niej­sze rze­czy i ru­szyła z od­sie­czą sa­mej so­bie. W końcu była ko­bietą no­wo­cze­sną. Te­raz tę no­wo­cze­sność miała ochotę wsa­dzić so­bie głę­boko gdzieś.

Zwłasz­cza że, gdy już kom­plet­nie stra­ciła orien­ta­cję w te­re­nie, lu­nęło. I ten stan trwał nie­prze­rwa­nie od - spoj­rzała na ze­ga­rek - dwóch go­dzin. Na szczę­ście prze­zor­nie za­pa­ko­wała kurtkę prze­ciw­desz­czową.

Kurtka nie zdała eg­za­minu. Po­dob­nie jak mapa. Prze­mo­kła.

Ergo - obec­nie była zła, prze­mo­czona, spra­gniona, głodna i... brudna, do­dała do li­sty, lą­du­jąc na po­ślad­kach po­środku błot­ni­stej ka­łuży. Nowe dżinsy po­szły się... Na do­da­tek w tej chwili słu­żyły jako płozy w zjeź­dzie na łeb, na szyję w dół pa­górka. Bra­kuje jesz­cze urwi­ska - po­my­ślała. W tym sa­mym mo­men­cie po­czuła, że wy­la­tuje w po­wie­trze, po chwili koń­cząc ślizg. To tylko wy­sta­jący głaz - skon­sta­to­wała, po czym roz­cie­ra­jąc pie­kące sie­dze­nie, na wpół przy­tomna ro­zej­rzała się po oko­licy.

- Oca­lona! - wrza­snęła, bo po znik­nię­ciu sprzed oczu wszyst­kich gwiazd w ga­lak­tyce, za­uwa­żyła ma­ja­czące w do­lince po­mię­dzy wznie­sie­niami ru­iny. Zmal­tre­to­wana, po­czuła nowy przy­pływ ener­gii i dziar­skim kro­kiem ru­szyła w stronę ósmego cudu świata, mo­dląc się, aby ów nie oka­zał się mi­ra­żem.

Po ko­lej­nych kil­ku­na­stu mi­nu­tach mar­szu w desz­czu, który tym­cza­sem za­mie­nił się w grad, do­tarła do ster­czą­cej wie­życzki. A wła­ści­wie jej resz­tek, które kształ­tem przy­po­mi­nały fal­lus. Do­szła do wnio­sku, że nie jest z nią jesz­cze tak źle, skoro miewa sko­ja­rze­nia. Uszczę­śli­wiona stwier­dziła nie­obec­ność ja­kich­kol­wiek drzwi lub płotu bro­nią­cego wej­ścia, więc ra­do­śnie wto­czyła się do środka.

Czy tego dnia miała pe­cha? Ależ tak! Miała pe­cha. Miała ta­kiego pe­cha jak z tego li­tew­skiego Pci­mia do Psz­czyny, a może i da­lej. Poza mu­rami nie za­cho­wał się ja­ki­kol­wiek frag­ment stropu, nie wspo­mi­na­jąc o da­chu. Grad da­lej wa­lił w jej udrę­czoną głowę. Na do­da­tek zło­śli­wie sta­wał się co­raz in­ten­syw­niej­szy.

- Czy ktoś mi po­może?! - za­wo­łała w nie­biosa.

Nie­biosa upar­cie mil­czały, w od­po­wie­dzi zwięk­sza­jąc tylko na­tę­że­nie gradu. I na do­da­tek za­częło się ro­bić ciemno, by­naj­mniej nie z po­wodu bu­rzy, ale nad­cią­ga­ją­cego zmierz­chu.

Szlag!

I w mo­men­cie, gdy od­po­wied­nio sko­men­to­waw­szy sy­tu­ację mar­szem po­grze­bo­wym, miała po­ło­żyć się na kilku oca­la­łych ce­głach w cha­rak­te­rze zwłok, zo­ba­czyła Anioła Pań­skiego. A wła­ści­wie oca­le­nie w po­staci otworu w mu­rze. Nie za­mie­rzała dys­ku­to­wać z prze­zna­cze­niem i we­szła w tę dziurę.

Spa­dła ze scho­dów.

Okej. Nic so­bie nie zro­biła, czuła tylko rwa­nie w po­tłu­czo­nym wcze­śniej po­śladku. Ważne, że była pod da­chem i nic nie lało jej się na głowę. Piw­nica czy loch. Wsio rawno. Da­ro­wa­nej piw­nicy nie pa­trzy się w zęby. Mo­gła tu roz­ło­żyć obóz, ścią­gnąć mo­kre ubra­nia i, co naj­waż­niej­sze, prze­cze­kać deszcz. Za­opa­trze­nie w go­rący na­pój w po­staci her­batki miała w ter­mo­sie. Ka­lo­rie w for­mie ba­to­nika rów­nież. Po­wio­dła la­tarką po po­miesz­cze­niu. Małe, ale dla mo­ich po­trzeb wy­star­czy - stwier­dziła w du­chu, ścią­ga­jąc prze­mo­czoną kurtkę, a na­stęp­nie swe­ter. Gdy zo­stała w sa­mym sta­niku, gdzieś w od­dali za­grzmiało. Dzię­ko­wała Bogu, że nie znaj­do­wała się na ze­wnątrz. Do kupki mo­krych ciu­chów do­łą­czył biu­sto­nosz. W mo­men­cie gdy za­częła grze­bać w tor­bie w po­szu­ki­wa­niu cze­goś su­chego i cie­płego, ode­zwał się głos:

- A ro­biło się tak in­te­re­su­jąco...

Wrza­snęła.

Dla­czego to za­wsze mnie się przy­tra­fia?! - po­my­ślała, bły­ska­wicz­nie wy­cią­ga­jąc z torby su­chy po­lar i owi­ja­jąc się nim. Gdy już zna­la­zła piw­nicę, to prze­cież nie mo­gła być pu­sta. Mu­siała mieć lo­ka­tora.

- Zbo­czo­nego lo­ka­tora na do­da­tek - wy­mam­ro­tała pod no­sem.

- Zdro­wego je­dy­nie... - Usły­szała po­mruk.

Tylko ona miała tyle szczę­ścia, żeby na środku pust­ko­wia na­po­tkać ru­iny z ob­cym fa­ce­tem. W do­datku pod­czas po­gody jak z hor­roru.

- Te­raz jesz­cze po­wi­nien wy­cią­gnąć ja­kieś na­rzę­dzie mordu i wy­eks­pe­dio­wać mnie w przy­spie­szo­nym tem­pie na tam­ten świat - mru­czała do sie­bie.

Lekki śmie­szek.

Świe­cąc la­tarką, usi­ło­wała zlo­ka­li­zo­wać Pana Per­wersa, a gdy się jej udało, za­marła. Z kilku wzglę­dów.

Fa­cet był wy­soki. Mógł mieć po­nad metr dzie­więć­dzie­siąt wzro­stu. Pięk­nie zbu­do­wany - stwier­dziła, prze­my­ka­jąc świa­tłem po ład­nie ukształ­to­wa­nych łyd­kach, moc­nych udach, pła­skim brzu­chu i tor­sie. Dół jego osoby odziany był w ob­ci­słe, nie­po­zo­sta­wia­jące ni­czego wy­obraźni dżinsy. Nagą górę wy­cie­rał ręcz­ni­kiem, co zna­czyło, że i dla niego deszcz nie miał li­to­ści.

Ape­tyczny zbo­cze­niec - uznała i skie­ro­wała świa­tło la­tarki na twarz. Gdyby nie jego wcze­śniej­sza od­zywka, uzna­łaby, że wpadł do niej ar­cha­nioł Ga­briel. Mo­kre, dość dłu­gie blond włosy, te­raz cia­sno przy­le­ga­jące do czaszki, ko­loru oczu nie do­strze­gała, na do­da­tek zmru­żyłje pod wy­pły­wem świa­tła. Mocno za­ry­so­wany, kan­cia­sty pod­bró­dek, mę­ska twarz, ale nie ja­koś wy­bit­nie przy­stojna. Na ustach błą­kał się lekki uśmie­szek. O ziem­skim po­cho­dze­niu go­ścia zde­cy­do­wa­nie świad­czył lekko skrzy­wiony nos. Pew­nie zła­many w ja­kiejś bójce - wy­wnio­sko­wała szybko. Lub po obe­rwa­niu pię­ścią od na­ga­by­wa­nej ko­biety. Moc­niej za­ci­snęła po­lar. Fa­cet był po­dwój­nie nie­bez­pieczny. Ale przy­naj­mniej jak zgi­nie, to ostatni wi­dok bę­dzie miała es­te­tyczny. Mo­gła prze­cież tra­fić na sta­rego, trzę­są­cego się i śli­nią­cego dziada.

Wiel­ko­lud zmarsz­czył brwi.

Miała na­dzieję, że nie ru­szy do­ko­nać po­nu­rego dzieła. Nie zdą­żyła się na­pa­trzeć. Zwłasz­cza że la­tarka na raz wy­do­by­wała z mroku szcze­góły tylko jed­nej czę­ści jego ana­to­mii. Wo­ła­łaby uj­rzeć jego ca­ło­kształt raz a do­brze. A po­tem umrę szczę­śliwa - da­lej pro­wa­dziła we­wnętrzny mo­no­log.

- Za­raz tam umrze... za­wsze uwa­ża­łem, że ko­biety mają skłon­ność do prze­sady.

Głos rów­nie do­sko­nały jak cała reszta... Ale, ale! Czyżby ze stresu za­częła gło­śno my­śleć? Tego jesz­cze bra­ko­wało, gdyby usły­szał, jak go kom­ple­men­tuje...

- I nie je­stem zbo­czeń­cem - ode­zwał się - tylko ko­ne­se­rem pięk­nych pań. A po­nie­waż usta­wi­łaś się w reszt­kach świa­tła, a po­tem do­piero roz­po­czę­łaś peep-show, uzna­łem, że mę­ska pu­blicz­ność ci nie prze­szka­dza. Mo­żesz kon­ty­nu­ować.

Po­wie­sił so­bie ręcz­nik na ra­mio­nach i usiadł na ku­pie ka­mieni, sy­gna­li­zu­jąc, że ni­g­dzie się nie wy­biera.

Cu­dow­nie. Może po­winna te­raz wstać i wy­ko­nać pe­łen strip­tiz? Nie­do­cze­ka­nie! Po­pa­trzyła na niego po­dejrz­li­wie, znów kie­ru­jąc la­tarkę na jego twarz. Tylko się uśmiech­nął i za­mru­gał pod wpły­wem bla­sku.

Za­częła się go­rącz­kowo za­sta­na­wiać, w jaki spo­sób się ubrać, nie wy­pusz­cza­jąc z dłoni źró­dła świa­tła. I nie pre­zen­tu­jąc swo­ich wdzię­ków. Przy­stojny, nie­przy­stojny - jed­nak obcy fa­cet. Obcy fa­cet, który nie spusz­czał z niej oka. Miała wra­że­nie, że nie prze­szka­dza mu pół­mrok, a jego wzrok prze­nika ją na wy­lot. Wy­łą­cze­nie świa­tła nie wcho­dziło w grę.

- Od­wróć się! - za­żą­dała.

Cza­sem naj­prost­sze roz­wią­za­nia oka­zują się naj­bar­dziej sku­teczne.

Fa­cet je­dy­nie się uśmiech­nął.

- Na­tych­miast? - za­ry­zy­ko­wała raz jesz­cze, nie li­cząc na suk­ces.

Prych­nął i oparł się wy­god­niej. Z opcji dżen­tel­mena nici. Boże! Wi­dzisz to i nie grzmisz?!

W od­po­wie­dzi za­grzmiało. Czyżby była dla niej na­dzieja? Szkoda tylko, że pio­run nie może go tra­fić w tę za­kutą pałę!

A może po pro­stu nie ro­zu­mie po pol­sku? Ale nie, prze­cież twier­dził, że nie jest zbo­czeń­cem w jej oj­czy­stym ję­zyku. Może jest nie­peł­no­sprawny in­te­lek­tu­al­nie?

- Nie czuję się kom­for­towo w mo­krych dżin­sach. - Może uczu­cia opie­kuń­cze po­skut­kują?

- To je ścią­gnij - pa­dła szybka pro­po­zy­cja.

Cóż, nie było to moż­liwe bez wy­pusz­cze­nia z dłoni la­tarki, wsu­nię­cia rąk w rę­kawy i zbu­do­wa­nia wo­kół sie­bie cze­goś na kształt na­miotu. Na do­da­tek te­raz po­czuła, że bie­li­zna lepi jej się do czte­rech li­ter.

Pora ne­go­cja­cji mi­nęła. Do dzieła. Już ona mu po­każe! Zła­pała la­tarkę i poły po­laru jedną ręką, a drugą za­częła po omacku szu­kać rę­kawa. Nie spusz­cza­jąc z oka ob­cego, go­towa była w każ­dej chwili za­re­ago­wać na jego naj­drob­niej­szy ruch.

- To, co wy­ra­biam, skrę­ca­jąc tu­łów, można okre­ślić je­dy­nie jako "wy­gi­nam śmiało ciało" - mruk­nęła pod no­sem

- Ra­czej nie­śmiało.

Kop­nęła się men­tal­nie. Musi prze­stać gło­śno my­śleć.

Eu­reka!

Tra­fiła w rę­kaw, szybko prze­ło­żyła la­tarkę do oswo­bo­dzo­nej ręki, bły­ska­wicz­nie do­koń­czyła za­kła­dać po­lar i za­pięła go pod szyję.

Te­raz spodnie. Wło­żyła na sie­bie długą spód­nicę i wal­cząc z nią, za­częła przy­go­to­wy­wać się do ścią­gnię­cia mo­krych dżin­sów. Oczy­wi­ście spód­nica nie współ­pra­co­wała i zło­śli­wie zro­lo­wała się w oko­li­cach pasa.

Fa­cet tylko się przy­glą­dał, a ona za­marła z pal­cami na gu­ziku spodni.

A je­śli on tylko na to czeka? Może chce so­bie uła­twić za­da­nie? W końcu wia­domo, że ścią­ga­nie mo­krych spodni nie na­leży do ła­twych za­dań. Zwłasz­cza opię­tych mo­krych spodni. Opię­tych, mo­krych spodni z wierz­ga­ją­cej i wy­ry­wa­ją­cej się ofiary. On tylko chce so­bie uła­twić za­da­nie! Ona ścią­gnie, co trzeba, a on hu­zia na nią. Ze spód­nicą po­ra­dzi so­bie o niebo szyb­ciej. Zwłasz­cza z luźną!

Ewen­tu­alny gwał­ci­ciel wzniósł oczy do nieba. Czyżby za­czął się mo­dlić?

Ra­czej bez­pieczne, mo­kre spodnie czy su­cha spód­nica typu "bierz mnie, nie będę sta­wiać oporu"? Trudny wy­bór.

Co prawda nie wy­glą­dał jed­nak na osza­la­łego z żą­dzy i szy­ku­ją­cego się do jej znie­wo­le­nia. Utkwiła wzrok w jego pod­brzu­szu. Ol­brzy­mich wznie­sień nie było, zwłasz­cza w dość moc­nym świe­tle. Zdaw­szy so­bie po­nie­wcza­sie sprawę, który punkt jego ciała jest naj­do­kład­niej oświe­tlony, szybko skie­ro­wała la­tarkę na twarz męż­czy­zny. Krztu­sił się ze śmie­chu.

Cho­ler­nie kre­pu­jące, po­my­ślała, czer­wie­niąc się jak bu­rak.

- Za­wsze wo­la­łem ró­żo­wo­lice dziołszki - oświad­czył, wsta­jąc. - I ktoś wcze­śniej wy­po­mi­nał mi pod­glą­dac­two... - Po­krę­cił głową z ubo­le­wa­niem.

Al­dona za­marła i za­czer­wie­niła się jesz­cze bar­dziej. Przy­ga­niał ko­cioł garn­kowi...

- Mógł­byś zo­stać tam, gdzie je­steś i się od­wró­cić? Pro­szę - za­ape­lo­wała za­wsty­dzona.

Wy­cią­gnął rękę i po chwili pod­niósł zza kupy ka­mieni sporą la­tarkę. Oświe­tla­jąc po­miesz­cze­nie, ru­szył w stronę plamy atra­men­to­wych ciem­no­ści. Mu­siał znaj­do­wać się tam ko­ry­tarz wio­dący do po­miesz­cze­nia obok. Nic dziw­nego, że go nie za­uwa­żyła, je­śli to w nim czaił się drą­gal.

- Nie­stety po­wie­dzia­łaś "słowo-klucz" - wes­tchnął. - Jak skoń­czysz się prze­bie­rać, przyjdź do piw­nicy obok. Roz­palę tam ogień. Tu za chwilę bę­dzie ko­lejny po­top. So­len­nie obie­cuję nie rzu­cić się na cie­bie. Słowo! - Uśmiech­nął się, pod­no­sząc dłoń z wy­pro­sto­wa­nymi dwoma pal­cami, po czym znik­nął w ciem­no­ściach.

Al­dona ro­zej­rzała się po po­miesz­cze­niu. Fak­tycz­nie ze scho­dów ciur­kiem cie­kła woda. Gdy od­wró­ciła się od ka­mien­nych stopni, nie po­zo­stał na­wet ślad po ob­cym męż­czyź­nie. Była w piw­nicy sama. Bły­ska­wicz­nie zsu­nęła mo­kre dżinsy wraz z bie­li­zną i od­wró­ciła się w po­szu­ki­wa­niu su­chych, za późno zo­rien­to­waw­szy się, że świeci go­łym tył­kiem pro­sto w ciemny ko­ry­tarz. Wstała i chciała po­dejść do ple­caka, lecz nie­spo­dzie­wa­nie zna­la­zła się w po­zy­cji ho­ry­zon­tal­nej. W ci­szy roz­legł się huk spa­da­ją­cych ka­mieni. Pa­da­jąc, na­ru­szyła kilka. Przez chwilę le­żała i ana­li­zo­wała, jak do tego do­szło. No tak, za­po­mniała o spodniach i bie­liź­nie zro­lo­wa­nych w oko­licy ko­stek. Klnąc pod no­sem na mę­skie szo­wi­ni­styczne świ­nie, roz­tarła bo­lący ło­kieć, szarp­nęła spód­nicę, która ła­ska­wie przy­kryła jej po­śladki, osta­tecz­nie po­zbyła się pro­ble­ma­tycz­nej gar­de­roby i wpa­ko­wała ją do torby. Zaj­mie się ich wy­su­sze­niem, gdy uda się jej szczę­śli­wie wró­cić do pen­sjo­natu.

- O ile to kie­dy­kol­wiek na­stąpi - stwier­dziła, sły­sząc bęb­nie­nie desz­czu.

Gdy była za­jęta wkła­da­niem su­chej bie­li­zny, usły­szała sze­lest. Znów po­ja­wił się cho­lerny zbok!

Pod­glą­dacz zmarsz­czył brwi i wy­mow­nie spoj­rzał na jej majtki pod­cią­gnięte do po­łowy ud. Mocne świa­tło z la­tarki Per­wersa do­kład­nie oświe­tlało jej nie­ru­chomą po­stać.

Na­tych­miast od­zy­skała wolę dzia­ła­nia. Jed­nym ru­chem do­koń­czyła dzieła i opu­ściła spód­nicę.

- Po­win­naś po­dzię­ko­wać, za­miast wpa­try­wać się mor­der­czym wzro­kiem - oświad­czył. - Usły­sza­łem ru­mor i po­bie­głem ci na ra­tu­nek. Ni­czym ja­kiś Ga­la­had.

Po­dzię­ko­wać? Krew w niej za­wrzała. Po­dzię­ko­wać!?

- W końcu mu­sia­łem się zdrowo na­mę­czyć, co przy tej po­go­dzie jest nie­zbyt przy­jemne...

Jesz­cze nie­przy­jem­nie mu było. Naj­pierw nie­pro­szony po­żera ją wzro­kiem, a po­tem jesz­cze na­rzeka! O, dra­niu!

Uśmiech­nęła się za­bój­czo.

- Oczy­wi­ście, że są panu po­trzebne po­dzię­ko­wa­nia za to wszystko, co pan zro­bił przez ostat­nie pół go­dziny!

- Pięć mi­nut - spre­cy­zo­wał, pa­trząc na pod­świe­tlaną tar­czę ze­garka.

Uśmiech­nęła się raz jesz­cze i umie­ściła pięść w środku jego twa­rzy. Nos, nie­stety, oka­zał się twardy. Lecz nie dość - po­my­ślała z sa­tys­fak­cją, gdy fa­cet zła­pał się za bru­tal­nie po­trak­to­waną część ciała i spoj­rzał na nią z wy­rzu­tem.

Po raz ko­lejny Da­wid po­ko­nał Go­liata.

- Chcesz jesz­cze ja­kieś po­dzię­ko­wa­nia, ba­bu­ciu je­den?! - wrza­snęła.

Roz­dział drugi

Ka­mil spoj­rzał na śliczną Fu­rię i po­krę­cił głową. Żadne po­dzię­ko­wa­nia od tej wa­riatki nie były mu po­trzebne. Tylko le­karz dla niego. I ka­ftan bez­pie­czeń­stwa dla niej!

Była naj­wy­raź­niej jak wszyst­kie inne ko­biety. To­tal­nie nie­prze­wi­dy­walna i nie­godna za­ufa­nia.

Ale...

Przyj­rzał się jej po­now­nie, jed­nak prze­mo­czona dro­bina o twa­rzy anioła i na­sta­wie­niu na­stro­szo­nej wal­ki­rii nie zni­kała. Czyli nie była je­dy­nie snem, o czym do­bit­nie świad­czył jego rwący bó­lem nos. Wzdy­cha­jąc ciężko, po­sta­no­wił wy­tłu­ma­czyć wszyst­kie wąt­pli­wo­ści na jej ko­rzyść i pod­jął ostat­nią próbę ra­cjo­nal­nych wy­ja­śnień.

- Roz­pa­li­łem ogień, że­byś mo­gła się ogrzać. Za­uwa­ży­łem, że trzę­siesz się z zimna - stwier­dził z wy­rzu­tem, po czym wska­zał na ciemny ko­ry­tarz.

Spoj­rzała we wska­za­nym kie­runku i - fak­tycz­nie, ko­ry­tarz nie przy­po­mi­nał już wnę­trza pe­le­ryny Dra­kuli. Coś mi­go­tało w cen­trum, roz­świe­tla­jąc nie­prze­nik­nioną wcze­śniej ciem­ność.

Szał w niej wy­gasł i znów po­czuła za­że­no­wa­nie. W tych oko­licz­no­ściach jego słowa miały zu­peł­nie inny wy­dźwięk. A ona być może znów po­chop­nie wy­cią­gnęła fał­szywe wnio­ski. Je­śli fak­tycz­nie był nie­szko­dliwy, to miała na­dzieję, że nie uszko­dziła go za bar­dzo. Na wszelki wy­pa­dek nie bę­dzie po­da­wać swo­ich da­nych. Nie chciała, żeby zna­lazł ją praw­nik z po­zwem o od­szko­do­wa­nie za straty mo­ralne i fi­zyczne.

Może nie bę­dzie źle, bo nie­zna­jomy dość szybko prze­stał ma­cać uszko­dzone miej­sce, mru­gnął do niej i po­dą­żył w stronę mi­go­czą­cego ognia.

Zmie­niła ubra­nie, ale ro­biło się jej co­raz bar­dziej zimno. Obcy miał ra­cję, za­czy­nała się trząść. Wy­bór miała pro­sty. Albo tu za­mar­z­nie, kiedy skoń­czy się cie­pła her­bata, albo pój­dzie się ogrzać do po­miesz­cze­nia obok. Nie zwa­ża­jąc na to­wa­rzy­stwo.

Chciała kom­fortu! Pra­gnęła kom­fortu! Żą­dała go!

Ze­brała wszyst­kie rze­czy i ru­szyła w stronę ko­ją­cego bla­sku. Gdy we­szła w wą­ski ko­ry­tarz, jej la­tarka zga­sła. No ład­nie! Te­raz jest już cał­ko­wi­cie zdana na ła­skę ob­cego. Na szczę­ście źró­dło świa­tła i cie­pła było co­raz bli­żej. I je­dze­nia - skon­sta­to­wała, gdy do jej noz­drzy do­tarł za­pach pie­czo­nego mięsa. Wiel­ko­lud ma za­pasy praw­dzi­wego je­dze­nia!

Ze szcze­rym za­mia­rem wy­że­bra­nia dla sie­bie por­cji przy­spie­szyła kroku. I prze­ko­nała się na wła­snej skó­rze o praw­dzi­wo­ści po­wie­dze­nia: "Gdzie się czło­wiek spie­szy, tam się dia­beł cie­szy", bo po­tknęła się na pierw­szym wy­sta­ją­cym ka­mie­niu i wy­lą­do­wała na czwo­ra­kach. Plus taki, że dło­nie za­mor­ty­zo­wały upa­dek i nie zdo­łała roz­bić so­bie głowy. Mi­nus, spód­nica nie była tak wy­trzy­mała jak spodnie i ob­darła so­bie do­tkli­wie ko­lano. Pod­su­mo­wu­jąc - ze­brała po­kaźną ko­lek­cję siń­ców i in­nych bo­le­snych ob­ra­żeń. Nie była może ni­gdy miss zgrab­no­ści, ale też nie uwa­żała się za to­talną ła­magę. A dzień jesz­cze się nie skoń­czył. W na­stęp­nej sali cze­kała na nią przy­stojna nie­wia­doma.

Sły­sząc ko­lejny ru­mor, Ka­mil zma­te­ria­li­zo­wał się w ko­ry­ta­rzu, za­sła­nia­jąc sobą świa­tło. Wi­działa tylko jego gó­ru­jącą nad nią syl­wetkę. Wzdy­cha­jąc ciężko, po­mógł jej przy­jąć pio­nową po­stawę. Nie mu­siał jed­nak tak przy tym stę­kać. Był wy­star­cza­jąco ro­sły, żeby pod­nieść ją bez wy­siłku. A ona nie była gruba, tylko miała krą­gło­ści. To nie jej wina, że szczu­płe syl­wetki do­stały się w ge­ne­tycz­nej lo­te­rii jej sio­strom. A jej chi­cho­czący los przy­znał nie­całe metr sześć­dzie­siąt wzro­stu i fi­gurę klep­sy­dry.

Gdy znów sta­nęła pew­nie na no­gach, od­su­nęła jego dło­nie.

- Po­czuł­bym się pew­niej, gdy­bym mógł słu­żyć ci ra­mie­niem, panno Wy­pa­dek. Ale w tej cia­sno­cie to nie­moż­liwe, dla­tego uwa­żaj, byś nie roz­biła so­bie cze­goś cen­nego. - Roz­legł się jego głos.

- Mam na imię Al­dona, a na na­zwi­sko zde­cy­do­wa­nie nie Wy­pa­dek - po­in­for­mo­wała su­cho.

Po chwili men­tal­nie się kop­nęła. I to by­łoby na tyle, je­śli cho­dzi o za­cho­wa­nie ano­ni­mo­wo­ści. Że też ro­dzice mu­sieli jej dać tak dziw­nie na imię. W tej sy­tu­acji wo­la­łaby po­spo­litą Asię, Ka­się czy Ma­ry­się.

- Do­brze, panno Nie­wy­pa­dek. Ka­mil je­stem.

Pra­wie wi­działa, jak się z niej śmieje.

- Al­dona - oznaj­miła z na­ci­skiem. - Mo­żesz też mó­wić Aga.

- Al­dona - po­wie­dział, prze­cią­ga­jąc sy­laby. - Od­po­wied­nio do kraju i oko­licz­no­ści. Nie masz przy­pad­kiem na dru­gie imię Anna? - pod­su­mo­wał.

- I odoj­cow­skiego Gie­dy­mi­nówna? Nie - ucięła. - Mój oj­ciec nie wie­rzy w dru­gie imiona.

- I tak ład­nie - za­wy­ro­ko­wał, po czym od­wró­cił się i ru­szył do ogni­ska.

Zła­pała za pa­sek jego spodni. Ni­czego tym ra­zem nie za­mie­rzała zo­sta­wić przy­pad­kowi, a on świet­nie nada się jako amor­ty­za­cja. Szkoda, że pod­czas roz­pa­la­nia ogni­ska nie zdą­żył ubrać ko­szuli. By­łaby mniej skrę­po­wana, ła­piąc za nią. Spodnie... mo­gły być ode­brane wie­lo­znacz­nie. No, ale raz ko­zie śmierć.

Wi­docz­nie ode­brał jej gest jako do­wód skraj­nej roz­pa­czy, a nie de­spe­racką próbę uwie­dze­nia, bo do­sto­so­wał swoje tempo do jej ostroż­nego stą­pa­nia. I może dzięki temu do­tarła do wy­soko skle­pio­nej piw­nicy wolna od ko­lej­nych ob­ra­żeń.

Jej umysł hi­sto­ryka na­tych­miast za­re­je­stro­wał, że po­miesz­cze­nie, w któ­rym się zna­la­zła, miało ce­glane ściany z krzy­żo­wym skle­pie­niem opar­tym na fi­la­rach. W in­nych oko­licz­no­ściach by­łaby za­chwy­cona, ale te­raz in­te­re­so­wało ją tylko ogni­sko pło­nące w po­bliżu wyj­ścia.

Wy­cią­gnęła ręce nad ogniem i wes­tchnęła, czu­jąc miłe cie­pło. Do­piero te­raz do niej do­tarło, jak bar­dzo była prze­mar­z­nięta.

Ka­mil za­brał się za wkła­da­nie ko­szuli, która wy­glą­dała na cie­płą fla­nelę. Na nią wcią­gnął po­lar.

- Ha­łasy z ze­wnątrz tro­chę mi prze­szka­dzały pod­czas wie­czor­nej to­a­lety - wy­tłu­ma­czył.

Fak­tycz­nie za­uwa­żyła po dru­giej stro­nie ogni­ska ka­ri­matę, małą ku­chenkę spi­ry­tu­sową, me­ta­lowy ku­bek i ma­szynkę do go­le­nia. Da­lej stał dość duży ple­cak.

Skoń­czyła oglą­dać jego do­by­tek i skon­cen­tro­wała się na po­bie­ra­niu cie­pła z trzesz­czą­cych pło­mieni. Ka­mil, wi­dząc jej nie­zgrabne ru­chy i nie­chęć ode­rwa­nia się od ognia, pod­szedł do ple­caka, chwilę w nim po­grze­bał i wy­cią­gnął mały ru­lon, który na­stęp­nie roz­wi­nął w śpi­wór.

- Wska­kuj - za­pro­sił, rzu­ca­jąc go na matę.

Nie trzeba jej było po­wta­rzać dwa razy. Prak­tycz­nie bie­giem do­pa­dła śpi­wora i raz-dwa się w nim za­ko­pała. Szybko też po­czuła miłe cie­pło. A wraz z po­czu­ciem kom­fortu włą­czyły się jej funk­cje wyż­sze mó­zgu. Na przy­kład ta­kie jak my­śle­nie.

- W tor­bie mam ter­mos z her­batą. Po­czę­stuj się - za­pro­po­no­wała, po ci­chu li­cząc na udział w pie­ką­cym się nad ogni­skiem kur­czaku.

Ka­mil na­tych­miast wstał, pod­szedł do jej torby i za­czął w niej grze­bać. Oczy­wi­ście mu­siał mieć pro­blemy z lo­ka­li­za­cją dość du­żego, me­ta­lo­wego przed­miotu, bo pierw­szą rze­czą, którą wy­cią­gnął, nie był by­naj­mniej ter­mos z cie­płą za­war­to­ścią, a jej ko­ron­kowe tangi. Te czy­ste, na szczę­ście.

Chrząk­nęła.

Na­tych­miast scho­wał majtki i wy­cią­gnął ter­mos.

- Ładne były - uspra­wie­dli­wił się, wi­dząc jej pe­łen wy­rzutu wzrok.

Po­czuła się tro­chę udo­bru­chana, że nie sko­men­to­wał ich roz­miaru.

Na­lał im po kubku her­baty i usiadł na ma­cie obok Al­dony.

- Mam prze­no­śną ku­chenkę, ale za­grza­nie wody tro­chę by trwało - wy­ja­śnił, po czym zaj­rzał do swo­jego ple­caka. Chwilę w nim po­mysz­ko­wał i wy­cią­gnął małą ap­teczkę. - Le­piej zde­zyn­fe­ko­wać. Nie wia­domo, ja­kie pa­skudz­two może się do­stać do rany.

Al­dona nie­chęt­nie wy­grze­bała się z cie­płego śpi­wora. Miał ra­cję. Nie chciała ry­zy­ko­wać za­pa­le­nia nie­wiel­kiej ranki lub - co gor­sza - tężca. Usu­nęła resztki brudu wa­ci­kami ze swo­jej ko­sme­tyczki, którą po­dał jej męż­czy­zna. Prze­myła ska­le­cze­nia wodą mi­ne­ralną, a na­stęp­nie od­ka­ziła Ri­va­no­lem.

- Wi­dzę, że je­steś świet­nie przy­go­to­wany do wa­run­ków po­lo­wych. Nie je­steś chyba bez­domny?

Par­sk­nął śmie­chem w od­po­wie­dzi na jej py­ta­nie.

- Nie... Je­stem ta­kim sa­mym tu­ry­stą jak ty.

- Skąd ta kon­klu­zja? - za­in­te­re­so­wała się.

- A stąd, że oboje mó­wimy po pol­sku, choć prze­by­wamy w ja­kichś li­tew­skich ru­inach. Mo­żesz być albo rdzenną miesz­kanką, ale mó­wisz bez ak­centu, albo stu­dentką z wy­miany, albo tu­rystką. Wy­bra­łem naj­bar­dziej lo­giczną wer­sję, mylę się?

Po­krę­ciła głową. Wcze­śniej wy­da­wało jej się oczy­wi­ste, że uży­wali tego sa­mego ję­zyka. Ale rze­czy­wi­ście w tych oko­licz­no­ściach było to nie­zwy­kłe.

- Niby tak, ale nie wy­ja­śnia to stop­nia two­jego przy­go­to­wa­nia do prze­trwa­nia na tym za­du­piu.

- Nie ta­kim znowu za­du­piu. Znaj­du­jemy się nie­da­leko Ju­żyn­tów.

- Ze­psuł mi się sa­mo­chód, gdy je­cha­łam do Ra­ki­szek. Moja ko­mórka jest mar­twa, więc na­wet nie mia­łam jak za­dzwo­nić po po­moc. Szłam, żeby zna­leźć pierw­szą wieś, gdzie funk­cjo­nują ja­kie­kol­wiek zdo­by­cze cy­wi­li­za­cji.

- Za­trzy­ma­łaś się u Ol­gerda w Ra­kisz­kach?

Odło­żyła ap­teczkę i przyj­rzała mu się ba­daw­czo. Po­pi­jał her­batę z kubka z błogą miną. Skąd wie­dział? Me­dium czy co?

Jej za­okrą­glone ze zdzi­wie­nia oczy ode­brał jako po­twier­dze­nie swo­jej kon­cep­cji.

- Też pa­dłem ofiarą jego pro­gnozy po­gody. Za­pew­niał, że bę­dzie ide­alna na pie­szą wę­drówkę. Naj­bar­dziej tak lu­bię po­dró­żo­wać: pie­szo z ple­ca­kiem lub au­to­sto­pem, by szyb­ciej do­trzeć do in­te­re­su­ją­cych miejsc. Co do Ol­gerda, to wspo­mi­nał mi, gdy wy­cho­dzi­łem, że za­trzy­mała się u niego atrak­cyjna Po­lka. Wnio­skuję, że to ty.

Po­czuła się mile po­łech­tana. Roz­luź­niła się. Poza tym, je­śli za­trzy­mał się w pen­sjo­na­cie, to bę­dzie wie­działa prze­ciwko komu skie­ro­wać de­mony ze­msty, gdyby zro­bił jej krzywdę. No, chyba że krzywda bę­dzie osta­teczna. W ta­kim wy­padku moż­li­wość po­zna­nia jego da­nych oso­bo­wych jej nie ura­tuje. Nikt nie mógł wie­dzieć, gdzie spę­dziła noc i przede wszyst­kim z kim. Acz­kol­wiek nie przy­pusz­czała, że sta­nie jej się coś złego. W końcu fa­cet, który od­daje ob­cej ko­bie­cie swój śpi­wór, nie może mieć wo­bec niej mor­der­czych za­mia­rów. Zwłasz­cza że ów dro­go­cenny sprzęt tu­ry­styczny mógłby nie prze­żyć sa­mego pro­cesu mor­do­wa­nia bro­nią­cej się dziko ofiary.

Ka­mil , nie­świa­domy kie­runku, w któ­rym wę­dro­wały jej my­śli, po­dał jej po­wer­bank, a Al­dona z okrzy­kiem ulgi pod­łą­czyła go do swo­jego te­le­fonu. Gdy za­świe­cił się ekran, ode­tchnęła z ulgą. Zna­la­zła się krok bli­żej cy­wi­li­za­cji. Męż­czy­zna przez chwilę ob­ser­wo­wał jej za­chwy­coną twarz, na­stęp­nie przyj­rzał się uważ­nie kur­cza­kowi, ścią­gnął go z ognia i po­por­cjo­wał.

Ka­mil zde­cy­do­wa­nie nie przy­po­mina so­cjo­paty ani ma­nia­kal­nego mor­dercy - po­my­ślała, wci­na­jąc go­rące mięso, które zo­stało za­ser­wo­wane na pa­pie­ro­wym ta­le­rzu. Kur­czak lekko pa­rzył w palce, ale w smaku zbli­żał się do am­bro­zji. Niebo w gę­bie - my­ślała, ob­li­zu­jąc palce z tłusz­czu. Tuż obok obcy męż­czy­zna roz­pra­wiał się ze swoją por­cją. Ne­ga­tywne pierw­sze wra­że­nie mo­gła zwa­lić na bez­na­dziej­ność pew­nych cech po­ja­wia­ją­cych się u wszyst­kich sam­ców. W tym tej za­chę­ca­ją­cej do ko­rzy­sta­nia z każ­dej nada­rza­ją­cej się oka­zji, by po­oglą­dać tro­chę go­li­zny.

- Skąd wie­dzia­łeś, że bę­dzie po­trzebny za­pas drewna?

Wzru­szył ra­mio­nami.

- Doj­rza­łem te ru­iny, gdy za­częło się chmu­rzyć. Zde­cy­do­wa­łem się nie tra­cić czasu na szu­ka­nie noc­legu u do­brych lu­dzi w Ju­żyn­tach, ale za­no­co­wać tu­taj. Lu­bię ta­kie śre­dnio­wieczne kli­maty. Zna­la­złem tę piw­nicę, zgro­ma­dzi­łem drewno. Część jest mo­kra, bo zbie­rana już w cza­sie ulewy. Za­zwy­czaj lu­bię no­co­wać pod go­łym nie­bem, ale nie pod­czas obe­rwa­nia chmury. Dziś też tak pla­no­wa­łem, za­chę­cony pro­gnozą po­gody, i mu­szę po­wie­dzieć, że je­stem za­do­wo­lony ze wszyst­kich oko­licz­no­ści. - Mru­gnął do niej szel­mow­sko.

Fa­ceci!

W tym mo­men­cie ją olśniło. Usia­dła, za­nie­po­ko­jona.

- Prze­cież my nie je­ste­śmy pod go­łym nie­bem, a w piw­nicy. Mo­żemy za­truć się tym dy­mem, zwłasz­cza gdy do­ło­żysz mo­kre drewno. Na­tych­miast zgaś ten ogień!

Ka­mil, w od­po­wie­dzi na jej roz­kaz, za­czął ry­czeć ze śmie­chu.

- I te­raz o tym po­my­śla­łaś? Kiedy sie­dzimy już tu po­nad go­dzinę, grze­jąc się przy ogni­sku?

- Nie­po­trzeb­nie wy­si­lasz się na sar­kazm.

- Nie wy­si­lam się, tylko wy­ty­kam błędy w ro­zu­mo­wa­niu. Po­ja­wi­łem się tu­taj, jak jesz­cze było ja­sno. Nad nami jest wą­ski otwór okienny, w za­sa­dzie jest ich kilka, więc po­miesz­cze­nie ma do­brą wen­ty­la­cję. Nie ma moż­li­wo­ści, by­śmy się udu­sili z po­wodu nad­miaru dymu.

Och. Fak­tycz­nie. Do tej pory już po­winna kasz­leć z po­wodu po­draż­nie­nia dy­mem, a nic ta­kiego się nie stało.

Za­do­wo­lona, roz­grzana i na­je­dzona po­czuła sen­ność. Chyba nic ta­kiego się nie sta­nie, je­śli się tro­chę zdrzem­nie. Może w tym cza­sie prze­sta­nie pa­dać... Poza tym na pewno po­czuje, je­śli Ka­mil za­cznie coś kom­bi­no­wać.

Nie po­czuła.

Obu­dziła się w środku nocy. Ze­sztyw­niała, kiedy do­tarło do niej, że ma za sobą czy­jeś go­rące ciało. Za­mie­rzała za­cząć wrzesz­czeć, gdy na­gle przy­po­mniała so­bie wszyst­kie oko­licz­no­ści. Wiel­ko­lud po­chra­pu­jący w jej szyję to pew­nie Ka­mil. Oboje le­żeli na ka­ri­ma­cie przy­kryci jego śpi­wo­rem, ona z głową na jego ra­mie­niu. Męż­czy­zna obej­mo­wał ją do­kład­nie w pa­sie. W tych nie­sprzy­ja­ją­cych wa­run­kach było jej za­ska­ku­jąco wy­god­nie, zaś Ka­mil był lep­szy niż fa­relka. Uspo­ko­jona, za­mknęła oczy i po chwili znów za­snęła.

Ka­mil obu­dził się przed świ­tem. Długo przy­pa­try­wał się oświe­tlo­nej przez pro­mie­nie wsta­ją­cego słońca twa­rzy Al­dony. Uśmiech­nął się i wy­cią­gnął z ple­caka czy­stą kartkę.

Al­donę zbu­dził dźwięk mę­skich gło­sów. Je­den z nich był jej znany, ale nie na­le­żał do to­wa­rzy­sza nie­doli z ze­szłej nocy. Otwo­rzyła oczy w chwili, gdy pan Po­go­dynka wszedł do jej tym­cza­so­wej sy­pialni i wi­dząc ją, za­ła­mał ręce. Ro­zej­rzała się do­okoła. Ka­mila i jego ple­caka nie było. Mu­siał już ru­szyć w swoją wę­drówkę. Szkoda, że nie zdą­żyli się po­że­gnać.

Roz­po­częła kon­wer­sa­cję na migi i ła­ma­nym an­giel­skim z Ol­ger­dem. Ka­mil za­dzwo­nił w nocy, in­for­mu­jąc o jej pro­ble­mach z sa­mo­cho­dem i jej miej­scu po­bytu. Po zna­le­zie­niu po­rzu­co­nego auta i po tym, jak nie wró­ciła wie­czo­rem, Ol­gerd chciał za­wia­do­mić o za­gi­nię­ciu tu­rystki po­li­cję, woj­sko i służby spe­cjalne, ale po­sta­no­wił za­cze­kać do rana. Bo prze­cież jest do­ro­sła i nie by­łaby za­do­wo­lona, gdyby ktoś prze­rwał jej ja­kieś nocne roz­rywki.

Zła jak osa o po­są­dze­nie jej o upra­wia­nie tu­ry­styki sek­su­al­nej, po­sta­no­wiła wró­cić do pen­sjo­natu, umyć się, zjeść śnia­da­nie i za­sta­no­wić się nad po­wro­tem do domu. Na ra­zie dość miała Li­twy i gdyby nie spo­tka­nie z Ka­mi­lem, week­end ma­jowy w oko­licy Ra­ki­szek uzna­łaby za nie­zbyt udany. Może po dro­dze za­ha­czy o Kiej­dany, bo Wilno oglą­dała wcze­śniej.

Po­pro­siła męż­czy­znę o chwilę pry­wat­no­ści, żeby mo­gła się ogar­nąć. Ka­mil zo­sta­wił jej matę i śpi­wór. Zo­stawi je u Ol­gerda i po­prosi, żeby ów skon­tak­to­wał się z wła­ści­cie­lem.

Gdy strze­py­wała śpi­wór, by go zwi­nąć i wło­żyć do po­krowca, za­uwa­żyła zgiętą kartkę. Za­cie­ka­wiona pod­nio­sła ją i roz­ło­żyła.

Wcią­gnęła gło­śno po­wie­trze. Na kartce uwiecz­niona zo­stała śpiąca dziew­czyna. Rzęsy le­żały na po­licz­kach, two­rząc de­li­katne cie­nie, a je­den z ciem­nych lo­ków zwi­jał się na jej za­ru­mie­nio­nym po­liczku. Usta były wy­gięte w pół­u­śmie­chu, jakby śniła coś wspa­nia­łego. De­li­katna, śliczna dziew­czyna. Ona, a jed­no­cze­śnie jakby nie ona. Czy wła­śnie tak wi­dział ją Ka­mil?

Por­tret za­ty­tu­ło­wany był: "Za­ufa­nie".

Roz­dział trzeci

Gdy wy­sia­dła z busa w swej ro­dzin­nej wsi, za­sta­na­wiała się, co też za­sta­nie w domu. Tę­sk­niła za ro­dzeń­stwem i ro­dzi­cami, ale jej domu nie można było na­zwać oazą spo­koju. Gdy tylko zbli­żyła się do płotu, już sły­szała do­bie­ga­jący ze środka ha­łas. Była cie­kawa, ja­każ nowa ka­ta­strofa się wy­da­rzyła.

Nie tra­ciła czasu na za­wia­do­mie­nie dzwon­kiem o swoim przy­by­ciu i od razu wy­cią­gnęła klu­cze. Gdy roz­legł się pierw­szy zgrzyt w zamku, w oknie przy scho­dach zma­te­ria­li­zo­wał się pies. W py­sku trzy­mał but ojca oraz czapkę z dasz­kiem brata. Obec­nie w sta­nie to­tal­nego omam­la­nia. Bę­dzie się nada­wała je­dy­nie do pra­nia. A tyle razy po­wta­rzała Da­nie­lowi, żeby nie zo­sta­wiał swo­ich cen­nych rze­czy tam, gdzie mógłby je do­rwać Muf­fin. W tym sa­mym mo­men­cie ogon wło­cha­cza za­sy­gna­li­zo­wał, że jest te­raz naj­szczę­śliw­szym psem na świe­cie, bo pani wró­ciła tam, gdzie jej miej­sce. Do swo­jego uko­cha­nego psa. I do ca­łej reszty stada Muf­fina. Do­kład­nie w tej ko­lej­no­ści.

- Muf­fin, siad - roz­ka­zała, wi­dząc, że pies roz­pę­dza się, by przy­wi­tać się z nią w naj­bar­dziej od­po­wiedni we­dług niego spo­sób. Z ła­pami na jej bar­kach i ję­zo­rem na twa­rzy. Przy oka­zji mo­głaby obe­rwać bu­tem ojca. Z mi­ło­ści, oczy­wi­ście.

Pies le­dwo wy­ha­mo­wał, po czym przy­jął po­zy­cję sie­dzącą, nie wy­pusz­cza­jąc z py­ska zdo­by­tych łu­pów, a ogo­nem zmia­ta­jąc ja­kiś nie­wi­doczny dla go­łego oka kurz. Pa­trzył na nią z cał­ko­wi­tym od­da­niem.

- Do­bry pies - po­chwa­liła. - A te­raz od­daj. Zo­staw!

Muf­fin za­sta­na­wiał się przez chwilę, wie­dząc, że je­śli pu­ści zdo­bycz, zo­sta­nie mu ona ode­brana. A prze­cież świet­nie nada­wała się do prze­żu­cia.

- Zo­staw - po­wtó­rzyła.

Wle­pił w nią ba­daw­czy wzrok, za­sta­na­wia­jąc się, czy pani aby na pewno mówi po­waż­nie. Al­dona spoj­rzała su­rowo na psa. W końcu po­chy­lił łeb i wy­pu­ścił z py­ska za­gra­bione przed­mioty.

- Do­bry pies. - Po­kle­pała go, po czym za­częła ścią­gać kurtkę.

Muf­fin ob­szedł ją dwa razy i cały czas ma­chał ogo­nem, zo­sta­wia­jąc przy oka­zji ja­sną sierść na jej ubra­niach, po czym za­brał się za po­że­ra­nie chru­pek z mi­ski. Co prawda nowe za­bawki zo­stały mu za­brane i scho­wane w sza­fie, ale w py­sku z tej ra­do­snej oka­zji mu­siało się coś zna­leźć. Osta­tecz­nie mo­gły to być chrupki.

Al­dona tym­cza­sem zmie­niła buty na kap­cie, strze­pała ku­dły swo­jego wło­cha­cza i po­dą­żyła tam, skąd do­cho­dził ja­zgot, czyli do po­koju dzien­nego.

We­szła i na­tych­miast miała ochotę uciec - ro­dzinka w kom­ple­cie, tylko brata bra­ko­wało. Te­sto­ste­ron w zde­cy­do­wa­nie dam­skim to­wa­rzy­stwie re­pre­zen­to­wał je­dy­nie oj­ciec. Mu­siało się wy­da­rzyć coś po­waż­niej­szego niż zwy­czajne ubytki w ro­dzin­nej por­ce­la­nie, skoro bab­cia - se­niorka rodu, zaj­mu­jąca naj­waż­niej­sze miej­sce na fo­telu - zwo­łała to zgro­ma­dze­nie. Cio­tek i ku­zy­nek nie dało się za­uwa­żyć, za­tem chyba nikt nie umarł. Po­li­czyła szybko sie­dzące na ka­na­pie sio­stry - ich liczba też się zga­dzała. Każda w in­nym ty­pie urody: ele­gancka i po­są­gowa Olga, wiotka i wy­soka Pau­lina oraz chłop­czyca Ewa. Fakt, że aku­rat w tym mo­men­cie Pau­lina wy­glą­dała nie­cie­ka­wie cała za­pła­kana. W ta­kich chwi­lach Al­dona nie ża­ło­wała, że wy­brała stu­dia we Wro­cła­wiu, gdzie mo­gła uczyć się w spo­koju i z dala od ko­cha­ją­cej, ale eks­pre­syj­nej ro­dzinki. Drzwi za nią otwo­rzyły się i do po­koju wbiegł Muf­fin. Po­ło­żył się koło stołu w na­dziei na ja­kieś smaczne ką­ski, które ewen­tu­al­nie mo­głyby spaść.

- Chyba nikt nie umarł ani śmier­tel­nie nie za­cho­ro­wał? - za­ga­iła, wi­dząc wle­piony w sie­bie wzrok zgro­ma­dza­nych. - I też się cie­szę, że was wi­dzę.

- Wręcz prze­ciw­nie - ode­zwała się mama po tym, jak cmok­nęła na po­wi­ta­nie swoją ostat­nią la­to­rośl. - Ro­dzina nam się po­więk­szy!

- Mamo, znowu? - jęk­nęła.

Uwa­żała, że gdy oj­ciec po czte­rech cór­kach do­cze­kał się na­resz­cie syna, na wszelki wy­pa­dek za­koń­czył mi­sję za­lud­nia­nia Ziemi. Chyba w oba­wie, że będą po­ja­wiać się ko­lejne ko­biety. No, ale nie by­łaby tym fak­tem zdzi­wiona, bo mama bar­dziej wy­glą­dała na ich star­szą sio­strę niż ro­dzi­cielkę.

- Co zna­czy "znowu"?! - ob­ru­szyła się matka. - Ale tym ra­zem nie o mnie mowa, ale o two­jej sio­strze.

Mu­siało cho­dzić o naj­star­szą z nich, Olgę. Jako je­dyna ze wszyst­kich sióstr miała fa­ceta na stałe. A wła­ści­wie już na­rze­czo­nego. Dziwne je­dy­nie, że po­sta­rała się o dziecko, za­nim Kry­stian za­ło­żył jej ob­rączkę. Była pod tym wzglę­dem tak świę­tosz­ko­wata, że Al­dona mo­gła się za­ło­żyć, że Olga czeka na skon­su­mo­wa­nie swo­jego związku na noc po­ślubną. I żal jej było przy­szłego szwa­gra, po­nie­waż ten naj­praw­do­po­dob­niej cho­dził z przy­ro­dze­niem za­wią­za­nym na su­pe­łek.

- Gra­tu­la­cje, sio­stra! - Po­de­szła do Olgi i ją uści­skała. - To kiedy na­stąpi ra­do­sne wy­da­rze­nie? I czy zdą­żysz ze ślu­bem?

Od strony babci do­szedł ko­lejny jęk.

- Po­daj­cie mi kro­pelki! - za­żą­dała se­niorka. - Ty też się spo­dzie­wasz?

Nikt się nie ru­szył. Bab­cia żą­dała le­kar­stwa na serce w każ­dej sy­tu­acji, w któ­rej chciała za­sy­gna­li­zo­wać, jak bar­dzo jest nie­za­do­wo­lona z po­stę­po­wa­nia swo­jej ro­dziny. Oj­ciec wy­raź­nie zbladł i wle­pił wzrok w brzuch Olgi.

- No co ty! - Olga ode­pchnęła Al­donę. - Prze­cież jesz­cze nie wy­szłam za mąż!

Nie Olga? Czyli na­sza ma­ło­lata - do­szła do ko­lej­nego wnio­sku Al­dona i spoj­rzała na Ewkę. Ta od­po­wie­działa jej zło­śli­wym uśmiesz­kiem.

- Pu­dło, sio­stra.

W ta­kim ra­zie po­zo­sta­wało nie­moż­liwe. Ro­dzinny ge­niusz, przy­szła perła na­uki, obec­nie za­ry­czana Pau­lina. Już bar­dziej mo­głaby po­ka­zać pal­cem na sie­bie. To osta­tecz­nie ona była na tyle nie­do­po­wie­dziana, że no­co­wała z ob­cym fa­ce­tem w ru­inach. Za gra­nicą. Wle­piła pe­łen nie­do­wie­rza­nia wzrok w szlo­cha­jącą sio­strę i usia­dła ciężko na wol­nym fo­telu.

- To pewne? Bo w dzi­siej­szych cza­sach nie do­cho­dzi do wi­zyt ar­cha­nio­łów i nie­po­ka­la­nych po­częć. A to prze­cież Pau­lina, na li­tość bo­ską! Przed samą ma­turą! Fa­ceci, z któ­rymi ona ma stycz­ność, funk­cjo­nują pod po­sta­cią na­zwisk na okład­kach jej pod­ręcz­ni­ków.

- Wi­docz­nie nie tylko. - Za­chi­cho­tała Ewka i dmuch­nęła w zbyt długą grzywkę, która jak zwy­kle opa­dała jej na oczy.

- A Mar­cel? - za­su­ge­ro­wała Olga.

Od strony po­cią­ga­ją­cej no­sem sio­stry do­bie­gło po­gar­dliwe prych­nię­cie, a Al­dona z Ewką wy­mie­niły spoj­rze­nia pełne po­li­to­wa­nia. Mar­cel! Tycz­ko­waty ko­lega z rów­no­le­głej klasy wiecz­nie prze­sia­du­jący u ich mi­ło­sier­nej sio­stry na ko­re­pe­ty­cjach z ma­te­ma­tyki i wbi­ja­jący w nią wzrok od­da­nego szcze­niaka. Gdyby miały go za­szu­flad­ko­wać, zde­cy­do­wa­nie nie pod­cho­dził pod ka­te­go­rię "męż­czy­zna". We­dług Al­dony Pau­lina, prze­by­wa­jąc z nim, ćwi­czyła się w speł­nia­niu do­brych uczyn­ków.

Oj­ciec chrząk­nął.

- To nie jest po­wód do ra­do­ści! - ochrza­niła ją na­tych­miast matka.

- Z nie­pra­wego łoża! - la­men­to­wała bab­cia. - Jak ja się lu­dziom na oczy po­każę? I te plotki... Moje kro­pelki...

- Jako pod­pora lo­kal­nej spo­łecz­no­ści plot­kar i prze­wod­ni­cząca koła go­spo­dyń wiej­skich na pewno so­bie bab­cia świet­nie po­ra­dzi - kon­ty­nu­owała Ewka. - Wy­star­czy, że bab­cia spoj­rzy na nie wzro­kiem ba­zy­liszka. O! Do­kład­nie tak, jak te­raz na mnie. Au! - Za­koń­czyła, gdy po­czuła ło­kieć Olgi wbity w bok.

- Al­dona, przy­nieś kro­ple babci - po­le­ciła mama.

Muf­fin pod­niósł łeb, uważ­nie ob­ser­wu­jąc, czy przy­pad­kiem dys­ku­sja nie prze­nio­sła się do kuchni. Nie­stety nie, do­szedł do wnio­sku i za­padł w ko­lejną drzemkę.

Al­dona po­szła do po­koju babci, w któ­rym na środku sto­lika tkwił bicz Boży w po­staci jej le­kar­stwa. Nie­moż­liwy do prze­ocze­nia. W za­sa­dzie był to je­dyny dro­biazg sto­jący gdzieś na wi­doku. Bab­cia, w od­róż­nie­niu od in­nych sta­ru­szek, nie miała pre­dy­lek­cji do cho­mi­ko­wa­nia roz­ma­itych dro­bia­zgów i bi­be­lo­tów, i za­gra­ca­nia nimi swo­jej prze­strzeni ży­cio­wej. Je­dyny wy­ją­tek w tym su­ro­wym wnę­trzu sta­no­wił sta­ro­świecki por­tret jej ileś tam razy pra­babki z przy­chów­kiem, który jed­nak w dzi­waczny spo­sób pa­so­wał do wy­stroju po­koju. Nie­stety, za każ­dym ra­zem, kiedy na niego spo­glą­dała, miała wra­że­nie, że spor­tre­to­wana ko­bieta ją ob­ser­wuje i świet­nie się przy tym bawi, sa­dząc po uśmieszku błą­ka­ją­cym się na jej ustach. Wstrzą­snął nią dreszcz.

Te­raz na do­da­tek do­ro­biła się wła­snego por­tretu, choć w cza­sie jego ma­lo­wa­nia po­zo­sta­wała nie­świa­doma tego faktu.

Wró­ciła do sa­lo­niku, wrę­czyła babci kro­ple, a na­stęp­nie po­de­szła do Pau­liny i przy­tu­liła pła­czącą sio­strę.

- Nie becz. Co prawda szkoda, że nie przy­zna­łaś się, że masz ko­goś na po­waż­nie. Pod­szko­li­ła­bym cię w an­ty­kon­cep­cji.

- Nie je­stem pe­wien, czy chcę tego słu­chać - mruk­nął z tyłu oj­ciec.

- Ale jak się mleko roz­lało, to trudno - kon­ty­nu­owała Al­dona. - Po­wiedz mi tylko, ko­chana, skoro wy­klu­czy­ły­śmy Mar­cela, kim jest przy­szły ta­tuś?

Pau­lina za­drżała, czu­jąc na so­bie wzrok wszyst­kich zgro­ma­dzo­nych. Włą­cza­jąc znów czuj­nego psa.

- No wła­śnie, Pau­linko. Po­wiedz ma­mie, kim jest ten drań, który zro­bił ci dziecko, żeby ta­tuś mógł go wy­ka­stro­wać. Ma od­po­wied­nie na­rzę­dzia i wprawę.

To prawda, oj­ciec jako we­te­ry­narz ka­stra­cją zaj­mo­wał się za­wo­dowo. To, że nie prze­pro­wa­dzał jej do tej pory na lu­dziach, było dla mamy nie­istot­nym szcze­gó­łem. Za­wsze mu­siał być ten pierw­szy raz. Acz­kol­wiek pa­trząc na jego minę, można było do­strzec, że prze­ja­wiał symp­tomy szcze­rego sprze­ciwu wo­bec su­ge­stii ka­stra­cji ja­kie­go­kol­wiek ludz­kiego samca. Wia­domo, so­li­dar­ność plem­ni­ków i tak da­lej. I fakt, że do­cze­kał się je­dy­nego syna po czte­rech wcze­śniej­szych "pró­bach", które go te­raz ota­czały.

- Ale do­piero po ślu­bie - za­wy­ro­ko­wała bab­cia.

Stała obec­ność te­ścio­wej była ko­lej­nym przy­czyn­kiem do nie­szczę­ścia ojca. Po śmierci męża bab­cia stwier­dziła, że czuje się sa­motna, więc prze­pro­wa­dziła się do je­dy­nej córki, ar­gu­men­tu­jąc, że osoby chore na serce i za­gro­żone wy­le­wem nie po­winny miesz­kać same. Oso­bi­ście Al­dona była prze­ko­nana, że bab­cia jest nie­znisz­czalna i to one szyb­ciej zejdą na wy­lew, ale se­niorka rodu nie dała się prze­ko­nać. W ra­mach ła­pówki prze­ka­zała swój dom ojcu na kli­nikę, po czym po­więk­szyła do­mowy ba­bi­niec do sze­ściu sztuk.

Wtedy pan domu do­szedł do wnio­sku, że jego ro­dzi­nie po­trzebny jest pies, który odro­binę zrów­no­waży do­mi­na­cję es­tro­ge­nów w do­mo­stwie. Oczy­wi­ście nie ja­kaś suczka, ale pies - sa­miec. I tak w domu Al­dony po­ja­wił się ostatni czło­nek jej du­żej ro­dziny - Muf­fin. A te­raz ta ro­dzina znowu miała się po­więk­szyć. Al­dona mo­gła się za­ło­żyć, że pierw­sza bę­dzie wnuczka. I jej oj­ciec, są­dząc po jego mi­nie, chyba też.

- No to ga­daj, który z two­ich ko­le­gów jest kan­dy­da­tem na so­pra­ni­stę? - py­tała Ewka.

Pau­lina spoj­rzała z roz­pa­czą na zgro­ma­dzo­nych.

- Nnn...

Pełna na­pię­cia ci­sza.

- No wy­krztuś to z sie­bie, dziew­czyno! - wark­nęła bab­cia, po czym stuk­nęła la­ską. Szkoda, że nie miała drew­nia­nego młotka. Przy­po­mi­na­łaby sę­dziego wy­da­ją­cego wy­rok, co było bar­dziej ade­kwatne do sy­tu­acji.

- Nie wiem - wy­bą­kała Pau­lina, po czym znów za­częła szlo­chać.

Wszyst­kim za­parło dech.

- Może w ta­kim ra­zie wcale nie jest w ciąży? - wy­ra­ziła wąt­pli­wość Al­dona.

- Na pewno jest - uświa­do­miła ją Olga. - Od paru ty­go­dni kiep­sko się czuła, ale nie chciała opusz­czać szkoły. Osta­tecz­nie, gdy mama ją dziś przy­ci­snęła, Pau­lina po­dała więk­szość symp­to­mów wy­stę­pu­ją­cych u cię­żar­nych, nie wspo­mi­na­jąc o tym, że po­więk­szyły jej się piersi, co jest wi­docz­nie bez mi­kro­skopu - do­dała z nie­jaką urazą naj­star­sza sio­stra, która jako je­dyna z nich cie­szyła się blond lo­kami, które za­zwy­czaj spla­tała w war­kocz, jak i, nie­stety, mi­seczką A.

Fak­tycz­nie, naj­szczu­plej­sza z sióstr, pra­wie wiotka Pau­lina, za­okrą­gliła się tu i ów­dzie. Al­dona wcze­śniej my­ślała, że to efekt po­że­ra­nych przez sio­strę ton sło­dy­czy.

- Za­pi­sa­ły­śmy ją do zna­jo­mej gi­ne­ko­lożki w Psz­czy­nie - kon­ty­nu­owała Olga. - Wy­cho­dzi na to, że na­sza sio­strzyczka nie­źle za­ba­lo­wała na swo­jej stud­niówce.

- Ale aż tak, żeby za­po­mnieć, z kim się prze­spała? - dzi­wiła się Al­dona.

Bab­cia chrząk­nęła na znak ura­że­nia jej de­li­kat­nych uczuć.

- Tro­chę męt­nie się na ten te­mat wy­po­wia­dała. No, ko­chana, to ja­kich mam kan­dy­da­tów na szwa­gra? Bo na stud­niówkę, w ra­mach sio­strza­nej mi­ło­ści, po­ży­czy­łam ci Kry­stiana! - zde­ner­wo­wała się Olga.

Al­dona, wi­dząc na­gły błysk w oczach babci, po­my­ślała po­nuro, że je­śli prze­słu­cha­nie po­dąży da­lej w tym kie­runku, to Kry­stian fak­tycz­nie zo­sta­nie jej szwa­grem. Tylko szyb­ciej, niż my­ślał, i oże­niony nie z tą sio­strą, którą pier­wot­nie wy­brał.

Olga wi­docz­nie do­szła do ta­kiego sa­mego wnio­sku, bo na­tych­miast się ode­zwała, ni­we­cząc w za­rodku plany se­niorki rodu.

- Tylko przy­po­mi­nam, że sama po dwóch go­dzi­nach od­bie­ra­łam na­rze­czo­nego, który czymś się za­truł. Sio­strę zna­la­złam w do­brym sta­nie i jesz­cze cał­ko­wi­cie trzeźwą. Jej to­wa­rzy­stwo obie­cało, że do­je­dzie z Psz­czyny cała i zdrowa. Zdrowa wpraw­dzie do­je­chała, ale czy cała?

- Może ja już so­bie pójdę. - Pan domu usi­ło­wał się wy­co­fać.

- Co z cie­bie za oj­ciec? Po­wi­nie­neś udzie­lić nam wspar­cia! - przy­sto­po­wała go bab­cia. - No więc, Pau­linko? Co się wła­ści­wie stało?

- Ci­cha woda brzegi rwie - ode­zwała się Ewka.

Mama su­rowo zmarsz­czyła brwi, sły­sząc ko­lejny wtręt naj­młod­szej córki.

- My­ślę, że obec­ność Ewuni nie jest tu­taj nie­zbędna. Otrzy­mała już wła­ściwą lek­cję po­glą­dową - za­in­ter­we­nio­wała, po czym ode­słała swą po­cie­chę na górę, by w spo­koju prze­my­ślała rów­nież wła­sne za­cho­wa­nie. I wy­cią­gnęła wnio­ski z nie­szczę­ścia sio­stry.

Po chwili też do­szła do wnio­sku, że mę­ska obec­ność w po­staci ojca może krę­po­wać córkę i nie będą w sta­nie przy nim wy­cią­gnąć z niej od­po­wied­nio szcze­gó­ło­wych ze­znań. Wzro­kiem po­ka­zała mę­żowi drzwi, a ten, nie­wiele my­śląc, opu­ścił z ulgą bab­skie zgro­ma­dze­nie. Muf­fin wy­czuł at­mos­ferę grozy wi­szącą w po­wie­trzu i do­szedł do wnio­sku, że nie ma szans na wy­że­bra­nie cze­go­kol­wiek do je­dze­nia, po czym ulot­nił się wraz ze swoim pa­nem.

- A te­raz, skoro zo­sta­ły­śmy we wła­snym gro­nie... - Mama uśmiech­nęła się do Pau­liny w taki spo­sób, że Al­dona na­tych­miast po­czuła zimny dreszcz. Ona sama, wi­dząc wzrok matki, by­łaby w sta­nie przy­znać się do wszyst­kiego!

Hi­sto­ria oka­zała się ba­nal­nie pro­sta. Pau­lina pa­dła ofiarą nad­miaru al­ko­holu i kom­ple­men­tów. Dziew­czyna, któ­rej od za­wsze po­wta­rzano, jaka jest mą­dra, tę­sk­niła, żeby ktoś na­resz­cie do­ce­nił jej urodę. Ktoś, czyli męż­czy­zna. Co prawda na trzeźwo ab­so­lut­nie nie uwa­żała swo­ich ko­le­gów z klasy za ta­kich, ale pod wpły­wem pro­cen­tów na­wet ro­pu­cha może wy­dać się księ­ciem. Rze­czy­wi­ście pod­czas stud­niówki zna­lazł się je­den, który ude­rzył we wła­ściwą strunę. Nie­przy­zwy­cza­jo­nej do al­ko­holu Pau­li­nie pu­ściły ha­mulce i oto obu­dziła się ran­kiem w cen­trum Psz­czyny, w Ho­telu u Mi­cha­lika. Sama.

Elo­kwentny absz­ty­fi­kant, za­pewne wy­stra­szyw­szy się kon­se­kwen­cji, zdą­żył zmyć się wcze­śniej. Gdy upo­ko­rzona Pau­lina ze­szła na dół, oka­zało się, że do­ko­nano płat­no­ści z góry, tak więc dziew­czyna na szczę­ście nie mu­siała do­kła­dać do tego in­te­resu. I tak bę­dzie ska­zana na dłu­go­ter­mi­nową in­we­sty­cję w kon­se­kwen­cję swo­jego chwi­lo­wego otu­ma­nie­nia.

- Do­brze, że przy­naj­mniej za­brał ją do ho­telu, a nie do mę­skiej to­a­lety. - Al­dona pró­bo­wała zna­leźć ja­kieś po­zy­tywne aspekty sy­tu­acji.

Sa­dząc po obu­rzo­nych spoj­rze­niach, które po­słały jej obecne w po­koju ko­biety, nie od­nio­sła suk­cesu.

- Te­raz po­zo­stała do wy­ja­śnie­nia kwe­stia iden­ty­fi­ka­cji przy­szłego eu­nu­cha.

- Kiedy ja na­prawdę nie wiem! - za­rze­kała się Pau­lina. - Nie pa­mię­tam... - wy­szlo­chała. - Na­wet nie zda­je­cie so­bie sprawy, jak ciężko było wró­cić do szkoły i pa­trzeć im w oczy, ma­jąc kom­pletną dziurę w pa­mięci.

Star­sze sio­stry spoj­rzały na młod­szą ze współ­czu­ciem.

- Nie mo­głaś za­py­tać w re­cep­cji? - fuk­nęła bab­cia.

- I przy­znać, że nie mam po­ję­cia, z kim się prze­spa­łam? Wsty­dzi­łam się! - za­wo­dziła da­lej Pau­lina.

- Trzeba było wsty­dzić się parę go­dzin wcze­śniej. - Bab­cia była nie­ubła­gana. - Te­raz po­zo­stało nam tylko jedno.

- Chyba nie po­spieszny ślub Pau­liny z ja­kimś nie­wy­da­rzo­nym kan­dy­da­tem?

Wszyst­kie jak je­den mąż ob­ró­ciły głowy w stronę po­se­sji Zio­bu­rów. Zio­bu­rowa wzię­łaby każdą z nich z po­ca­ło­wa­niem ręki jako wy­ma­rzoną żonę dla któ­re­goś ze swo­ich bez­na­dziej­nych sy­nów. Na­wet Pau­linę w ciąży, która te­raz wy­glą­dała nie tylko na za­ła­maną, ale rów­nież na mocno prze­ra­żoną. Tym ra­zem za­nie­po­ko­iła się mama. Na szczę­ście z dwojga złego wo­lała so­bie ra­dzić z nie­ślub­nym wnu­kiem niż zię­ciem do dupy. W celu za­pew­nie­nia szczę­ścia swo­jemu dziecku była go­towa prze­ciw­sta­wić się groź­nej matce.

- Nie. - Bab­cia z roz­cza­ro­wa­niem po­krę­ciła głową. Po­zo­stałe pa­nie przy­pa­try­wały się ne­storce rodu w na­dziei, że nie wy­my­śli cze­goś kło­po­tli­wego i, co gor­sza, nie­le­gal­nego. - Mu­simy ru­szyć Piotrka.

Pau­lina z wy­ra­zem wdzięcz­no­ści na twa­rzy osu­nęła się na krze­sło, po­zo­stałe zgro­ma­dzone ode­tchnęły z ulgą. Pio­trek był ich da­le­kim krew­nym, czyli sy­nem ku­zynki dru­giego męża sio­stry babci. I, co bar­dzo wy­godne, po­li­cjan­tem w Psz­czy­nie.

Poza tym ro­dzina musi trzy­mać się ra­zem.

- Jak się ustali, kto zacz, to zde­cy­du­jemy.

- Ale co wła­ści­wie? - wy­szep­tała po­bla­dła Pau­lina.

- Czy bę­dzie we­sele czy może ra­czej po­grzeb - rzu­ciła bab­cia, po czym za­brała sto­jące na sto­liku kro­ple i opu­ściła onie­miałe zgro­ma­dze­nie, gło­śno stu­ka­jąc swoją la­ską.