Mów do mnie - Michalina Kowolik

-
Proszę czekać

2.

MI­KO­ŁAJ

- Ktoś dzwo­ni. - Sa­bi­na, nie otwie­ra­jąc oczu, sztur­cha Mi­ko­ła­ja w ra­mię. - No od­bierz!

Mężczy­zna jed­ną ręką prze­cie­ra za­spa­ną twarz, a dru­gą si­ęga po le­żący na szaf­ce noc­nej te­le­fon ko­mór­ko­wy. Kto mógł te­le­fo­no­wać do nie­go w środ­ku nocy?

- Halo... - mówi, na­wet nie spraw­dza­jąc nu­me­ru.

- Cze­ść, Mi­ko­łaj. Już się ba­łam, że nie od­bie­rzesz.

Zna ten głos.

Szyb­ko zrzu­ca z sie­bie ko­łdrę i sia­da na łó­żku. Nie, to nie­mo­żli­we - po­wta­rza w my­ślach. - A może jed­nak?

- Je­steś tam?

- Tak, je­stem... - wy­krztu­sza w ko­ńcu z sie­bie.

Wsta­je i wy­cho­dzi z sy­pial­ni, za­my­ka­jąc drzwi. Nie chce roz­bu­dzić Sa­bi­ny ani tym bar­dziej tłu­ma­czyć jej, z kim roz­ma­wia i kie­dy sko­ńczy.

- Prze­pra­szam, że cię obu­dzi­łam, ale mu­szę z tobą po­roz­ma­wiać.

- Nic nie szko­dzi.

Wkra­cza do ma­łej, po­ma­lo­wa­nej na po­ma­ra­ńczo­wo kuch­ni. Z pa­ra­pe­tu bie­rze pa­pie­ro­sy, po­piel­nicz­kę i za­pal­nicz­kę, po czym sia­da przy do­bu­do­wa­nym do ścia­ny sto­li­ku dla dwóch osób.

Emi­lia. Mila. Mil­ka.

Od­pa­la marl­bo­ro i głębo­ko się nim za­ci­ąga. Ma na so­bie je­dy­nie sza­re bok­ser­ki, ale nie czu­je zim­na. Po­mi­mo kil­ku­stop­nio­we­go mro­zu pa­nu­jące­go na dwo­rze w miesz­ka­niu jest cie­pło i przy­tul­nie.

- Je­steś za­sko­czo­ny, że dzwo­nię, praw­da?

- Skła­ma­łbym, gdy­bym po­wie­dział, że nie. Jest śro­dek nocy... Nie wiem do­kład­nie, któ­ra go­dzi­na...

- Jest po pierw­szej.

- Po pierw­szej - po­wta­rza Mi­ko­łaj, ob­ra­ca­jąc w pal­cach srebr­ną za­pal­nicz­kę zip­po.

Gasi peta w po­piel­nicz­ce i od razu si­ęga po na­stęp­ne­go pa­pie­ro­sa. Drży, ale nie z chło­du, tyl­ko z emo­cji, któ­re po­wo­li za­czy­na od­czu­wać w ca­łym cie­le.

- Mila, czy coś się dzie­je? - pyta.

- Tak... - Sły­szy, jak ko­bie­ta bie­rze głębo­ki wdech. - Ka­ri­na wy­ci­ągnęła mnie na za­ba­wę kar­na­wa­ło­wą. Nie chcia­łam iść, ale wiesz, jaka ona jest. Cho­dzi za tobą tak dłu­go, aż się zgo­dzisz i zro­bisz to, co ma w pla­nach. Tak więc wło­ży­łam su­kien­kę, zro­bi­łam so­bie fry­zu­rę, ma­ki­jaż i po­szłam... Ze­spół grał na­praw­dę do­brze, na­wet wo­ka­list­ka bez­błęd­nie wy­ko­na­ła nu­mer Anny Jan­tar, co wpra­wi­ło mnie w osłu­pie­nie. Pó­źniej at­mos­fe­ra tro­chę się zmie­ni­ła. Olek chciał ze mną po­roz­ma­wiać. Wie­dzia­łam, że wcze­śniej czy pó­źniej do tego doj­dzie, ale nie by­łam jesz­cze na to go­to­wa. Wzi­ęłam więc szyb­ko to­reb­kę i wy­kręci­łam się od tego, mó­wi­ąc, że mu­szę iść do to­a­le­ty.

Na­gle Emi­lia milk­nie, w słu­chaw­ce Mi­ko­łaj sły­szy je­dy­nie jej ci­chy od­dech.

- Kim jest Olek? - pyta po mi­nu­cie.

- To mój przy­ja­ciel, któ­re­mu na mnie za­le­ży, a któ­re­go ja... ra­nię swo­ją obo­jęt­no­ścią.

- On cię ko­cha.

- Tak, ale ja... ja go nie ko­cham, Mi­ko­łaj, nie ko­cham.

- Dla­cze­go więc po pro­stu mu tego nie po­wiesz?

- Bo nie po­tra­fię ko­muś zła­mać ser­ca. To naj­gor­sza zbrod­nia ze wszyst­kich, ja­kie mo­żna po­pe­łnić.

- W ta­kim ra­zie je­stem ostat­nią oso­bą na świe­cie, z któ­rą po­win­naś roz­ma­wiać i od któ­rej po­win­naś ocze­ki­wać ja­kich­kol­wiek rad.

- Nic nie ro­zu­miesz.

- Mila, ja wie­lu rze­czy nie ro­zu­miem. Na przy­kład tego, dla­cze­go do mnie dzwo­nisz te­raz, o pierw­szej w nocy, po tylu la­tach mil­cze­nia?

- Jak po­wiem ci, że tęsk­ni­łam, to uwie­rzysz?

- Ach, Mila...

- Od­po­wiedz.

Mi­ko­łaj wsta­je od sto­łu i pod­cho­dzi do okna. Od­sła­nia ręką fi­ra­nę i spo­gląda na za­śnie­żo­ną uli­cę. Gdzieś tam jest Emi­lia, któ­ra kie­dyś była ca­łym jego świa­tem i któ­ra te­raz mówi mu, że za nim tęsk­ni. Czy jej wie­rzy? To py­ta­nie nie wy­ma­ga głęb­sze­go za­sta­no­wie­nia. Oczy­wi­ście, że jej wie­rzy. Emi­lia jest je­dy­ną oso­bą na świe­cie, któ­ra ni­g­dy go nie okła­ma­ła.

- Wie­rzę ci - mówi zgod­nie z praw­dą.

- A ty? - pyta.

- A ja co?

- Tęsk­nisz za mną?

- Mila, to nie jest ta­kie pro­ste.

Jak ma jej po­wie­dzieć, że w sy­pial­ni śpi Sa­bi­na - jego na­rze­czo­na, któ­rą za osiem dni ma po­ślu­bić.

- To jest pro­ste, tyl­ko że ty to so­bie utrud­niasz.

- Nie uwa­żasz, że prze­szło­ść po­win­no się zo­sta­wiać za sobą?

- Mi­ko­łaj, je­śli ko­goś masz, to nie mu­sisz tego przede mną ukry­wać.

- Wiem.

- Więc jak, masz ko­goś?

- Mam.

- To do­brze, to do­brze... Ale po­zwo­lisz, że zmie­nię te­mat... - Głębo­ko wzdy­cha. - Po­słu­chaj, kie­dyś po­wie­dzia­łeś mi, że za­wsze mogę na cie­bie li­czyć, że po­mo­żesz mi, gdy będę po­trze­bo­wać two­jej po­mo­cy... Pa­mi­ętasz?

- Oczy­wi­ście, że pa­mi­ętam. Na­dal mo­żesz na mnie li­czyć.

- Mam małą pro­śbę.

- Słu­cham?

- Mów do mnie.

- Co?

- Mów do mnie - po­wta­rza. - Cały czas do mnie mów. Pro­szę, to moja je­dy­na pro­śba.

- Ale o co cho­dzi? Mi... - Ury­wa, wi­dząc, jak uli­cą je­dzie straż po­żar­na na sy­gna­le. Za nią ko­lej­na i ko­lej­na. I po­go­to­wie. I po­li­cja.

- Mi­ko­łaj, mów do mnie! - krzy­czy Emi­lia, a pó­źniej kil­ka razy ci­cho kasz­le. - O nic wi­ęcej cię nie pro­szę.

Mi­ko­łaj od­su­wa się od okna. Coś w gło­sie Emi­lii prze­ra­ża go, ale nie wie jesz­cze co. Jest jed­nak pe­wien, że ta roz­mo­wa zmie­nia wszyst­ko, wy­wra­ca całe jego do­tych­cza­so­we ży­cie do góry no­ga­mi.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki

17 stycz­nia 2010

1.

EMI­LIA

Mo­dlę się o to, aby ode­brał. To moja je­dy­na szan­sa, może i na­wet ostat­nia na po­wie­dze­nie mu, że ko­cham. I cho­ciaż do­brze wiem, że naj­praw­do­po­dob­niej jest już za pó­źno na to, aby na­sza wspól­na hi­sto­ria za­ko­ńczy­ła się hap­py en­dem, to jed­nak mu­szę spró­bo­wać. Przez całe ży­cie by­łam ostro­żna. Za­wsze ro­bi­łam to, co na­le­ża­ło. Nie wy­chy­la­łam się, nie ry­zy­ko­wa­łam, nie wal­czy­łam... My­śla­łam, że dzi­ęki temu będę szczęśli­wa, ale tak na­praw­dę przez swo­ją za­cho­waw­czo­ść stra­ci­łam to, co oka­za­ło się dla mnie naj­cen­niej­sze - Mi­ko­ła­ja. Moją je­dy­ną praw­dzi­wą mi­ło­ść. Moje nie­bo. Mój raj.

To nie two­ja wina! - krzy­czy głos w mo­jej gło­wie. Chcę go za­głu­szyć, pro­szę, aby się za­mknął, ale on sta­je się co­raz do­no­śniej­szy, aż w ko­ńcu wy­pe­łnia wszyst­ko. Do­słow­nie. Czu­ję go na­wet w pal­cach u rąk. Ten głos ma ra­cję. Nie po­no­szę winy za to, co się sta­ło, Mi­ko­łaj też nie. Ko­cha­li­śmy się, tak na­praw­dę, ale to nie wy­star­czy­ło, aby uchro­nić się przed tym, co nas spo­tka­ło.

Wy­bie­ram nu­mer Mi­ko­ła­ja i po raz pierw­szy w swo­im dwu­dzie­sto­dzie­wi­ęcio­let­nim ży­ciu czu­ję, że ro­bię to, co chcę zro­bić, to, cze­go pra­gnę naj­bar­dziej - ze wszyst­kich mo­ich pra­gnień - oraz to, za czym tęsk­nię ka­żde­go dnia i ka­żdej nocy.

Mi­ko­łaj.

Czy mnie pa­mi­ęta?

Czy tęsk­ni?

Czy cho­ciaż cza­sem wspo­mi­na, jak kła­dłam gło­wę na jego ra­mie­niu? Jak ra­zem pi­li­śmy kawę w nie­dziel­ne po­ran­ki? Jak spra­wiał, że czu­łam się przy nim naj­bar­dziej wy­jąt­ko­wą oso­bą na świe­cie?

A może nie je­stem na­wet wspo­mnie­niem? Może mnie już nie ma, nie ist­nie­ję, może za se­kun­dę roz­pły­nę się w po­wie­trzu i nic już nie będzie mia­ło zna­cze­nia?

Może.

Może.

Może.

Na ra­zie jed­nak wci­ąż ist­nie­ję i czu­ję w no­gach na­ra­sta­jący ból. Gdzieś w od­da­li sły­szę ja­kieś skrzyp­ni­ęcie - trzask - tak jak­by coś spa­da­ło. I po chwi­li to coś ude­rza z tak wiel­ką siłą, że to­wa­rzy­szący temu dźwi­ęk wprost za­ty­ka mi uszy. Do­dat­ko­wo za­czy­nam kasz­leć z po­wo­du pyłu, któ­ry wcho­dzi mi do gar­dła i nosa.

- Pro­szę cię, Mi­ko­ła­ju, od­bierz, za­nim będzie za pó­źno - szep­czę sama do sie­bie.

Co z tego, że jest pierw­sza w nocy, a ja na­wet nie wiem, gdzie się znaj­du­ję.

Nie, chwi­la, wiem.

Sta­ram się wy­tężyć umy­sł, aby do­strzec wszyst­kie szcze­gó­ły, na­wet te naj­drob­niej­sze. Wo­kół mnie pa­nu­je ca­łko­wi­ta ciem­no­ść, ale mimo to je­stem pew­na, że mam na so­bie zie­lo­ną su­kien­kę na ra­mi­ącz­kach ko­ńczącą się przed ko­la­na­mi oraz czar­ne szpil­ki, a na wło­sach fran­cu­za po­łączo­ne­go z ko­kiem. Moja naj­lep­sza przy­ja­ció­łka wy­ci­ągnęła mnie na za­ba­wę kar­na­wa­ło­wą. Tłu­ma­czy­ła, że mu­szę się za­ba­wić, na chwi­lę za­po­mnieć o wszyst­kich obo­wi­ąz­kach, któ­re na mnie ci­ążą, i dać szan­sę Ol­ko­wi, od roku sta­ra­jące­mu się o moje względy.

Na sa­mym po­cząt­ku nie chcia­łam iść, ale Ka­ri­na na­le­ży do osób, któ­re za­wsze sta­wia­ją na swo­im. W moim przy­pad­ku też nie mo­gło być ina­czej. Zgo­dzi­łam się, cho­ciaż za­strze­głam, aby broń Boże nie pró­bo­wa­ła mnie swa­tać. Mia­łam po dziur­ki w no­sie jej kan­dy­da­tów na męża dla mnie. Po pierw­sze dla­te­go, że od za­wsze gu­sto­wa­ły­śmy w in­nym ty­pie fa­ce­tów (ona woli umi­ęśnio­nych bru­ne­tów, ja wy­so­kich blon­dy­nów), a po dru­gie, nie lu­bię, gdy ktoś na­rzu­ca mi ko­goś, mó­wi­ąc: "masz i bierz". To od razu mnie od­stra­sza.

Olek na­le­ży do mi­łych, sym­pa­tycz­nych i wiecz­nie uśmiech­ni­ętych mężczyzn. Ma brązo­we oczy oraz wło­sy w ko­lo­rze mio­du ści­ęte przy sa­mej skó­rze. Jest wy­so­ki, szczu­pły, a w gar­ni­tu­rze przy­po­mi­na aman­ta z fil­mów z naj­wy­ższej pó­łki. Teo­re­tycz­nie mo­gła­bym się za­ko­chać w kimś ta­kim jak on gdy­by nie fakt, że moje ser­ce zo­sta­ło już za­jęte przez wy­so­kie­go ciem­ne­go blon­dy­na o oczach tak nie­bie­skich jak nie­bo w naj­bar­dziej po­god­nie dni lata.

Ten je­den ja­kże mały szcze­gół wszyst­ko zmie­nia. Spra­wia, że nie je­stem w sta­nie stwo­rzyć zdro­we­go zwi­ąz­ku z kimś, komu na mnie na­praw­dę za­le­ży. A chcę... Pró­bu­ję... Jed­nak za ka­żdym ra­zem, gdy już ko­goś po­zna­ję, uświa­da­miam so­bie, że szu­kam w tym czło­wie­ku cech Mi­ko­ła­ja. Chcę, aby mó­wił tak jak on, cho­dził jak on, nu­cił pod no­sem jak on, pach­niał jak on. W skró­cie chcę, aby stał się nim - moim ko­cha­nym Mi­ko­ła­jem.

To jest cho­re!

Gdy w ko­ńcu to so­bie uświa­da­miam, do­cie­ra do mnie fakt, że je­śli nie za­wal­czę o swo­ją mi­ło­ść, to do ko­ńca ży­cia będę sama.

Czy wal­czę?

Ha! Moje we­wnętrz­ne ja ka­żde­go dnia po­wta­rza, że je­śli on na­praw­dę by mnie ko­chał, to sam zro­bi­łby pierw­szy krok. Na­pi­sał. Za­dzwo­nił. Przy­je­chał.

Cze­kam.

Nie wiem na co, ale przez cały czas cze­kam. I pew­nie gdy­by nie to, co się sta­ło, cze­ka­ła­bym da­lej.

Mój pra­wy po­li­czek za­czy­na bo­leć od ci­ągłe­go le­że­nia na jed­nej stro­nie, ale nic nie mogę na to za­ra­dzić, po­nie­waż coś przy­gnia­ta dol­ną część mo­je­go cia­ła - od po­ślad­ków w dół. Nie do­cie­ra do mnie żad­ne świa­tło, nie po­tra­fię ni­g­dzie do­strzec na­wet de­li­kat­nej smu­gi - je­dy­nym jego źró­dłem jest w tej chwi­li ekran mo­je­go te­le­fo­nu.

Za­nim po raz ko­lej­ny wy­bio­rę nu­mer Mi­ko­ła­ja, pod­no­szę rękę, w któ­rej trzy­mam ko­mór­kę, i pró­bu­ję co­kol­wiek do­strzec. Ota­cza­ją mnie ka­wa­łki ka­fel­ków, ja­kieś dru­ty, ce­gły i jesz­cze wie­le in­nych rze­czy, któ­rych nie po­tra­fię roz­po­znać.

To się sta­ło tak na­gle...

Wzi­ęłam swo­ją małą czar­ną to­reb­kę i wy­szłam z sali głów­nej, gdzie wła­śnie or­kie­stra za­pra­sza­ła wszyst­kich na par­kiet. Zmie­rza­łam w stro­nę to­a­let, ale czy tam do­ta­rłam? Pa­mi­ętam je­dy­nie huk i krzy­ki prze­ra­żo­nych lu­dzi. Na­wet nie wiem, czy ja rów­nież krzy­cza­łam. Mo­żli­we, że na chwi­lę stra­ci­łam przy­tom­no­ść, a gdy do­szłam do sie­bie, było już po wszyst­kim. Le­ża­łam gdzieś głębo­ko pod kupą gru­zu i moc­no ści­ska­łam w dło­ni to­reb­kę. Chcia­łam się po­ru­szyć, ale zo­sta­łam przy­gnie­cio­na czy­mś, co z pew­no­ścią było ka­wa­łkiem ścia­ny, więc zo­sta­łam zmu­szo­na do po­zo­sta­nia w miej­scu. Nie wiem, ile mi­nęło cza­su, za­nim do mnie do­ta­rło, że moje ży­cie naj­praw­do­po­dob­niej do­bie­ga ko­ńca. Mi­nu­ta, dwie, a może go­dzi­na? Trud­no we wszyst­kim się od­na­le­źć, gdy wo­kół pa­nu­je ciem­no­ść, a jesz­cze trud­niej, gdy czło­wiek uświa­da­mia so­bie, że może umrzeć, nie po­wie­dziaw­szy "ko­cham" naj­wa­żniej­szej oso­bie w swo­im ży­ciu.

I to wła­śnie wte­dy uzmy­sło­wi­łam so­bie, że moje pal­ce coś ści­ska­ją i że tym czy­mś jest to­reb­ka, w któ­rej mam te­le­fon.

To cud!

Za­raz po tym, jak go wy­ci­ągnęłam i uj­rza­łam trzy kre­ski za­si­ęgu, za­dzwo­ni­łam pod nu­mer alar­mo­wy i po­in­for­mo­wa­łam o za­wa­le­niu się bu­dyn­ku re­stau­ra­cji Pa­na­ma. Z ja­kich przy­czyn? Ilu ran­nych? Ja­kie szko­dy? Py­ta­nia, któ­re usły­sza­łam, wy­wo­ła­ły u mnie na­pad hi­ste­rycz­ne­go śmie­chu. Nie wie­dzia­łam, co się sta­ło, bo skąd mo­głam wie­dzieć? By­łam tyl­ko mło­dą ko­bie­tą, któ­ra zna­la­zła się w nie­wła­ści­wym miej­scu o nie­wła­ści­wej po­rze. Wcze­śniej krzy­cza­łam "Czy ktoś mnie sły­szy?", ale nikt nie od­po­wia­dał. Może za­wa­lo­ny dach i ścia­ny od­dzie­li­ły mnie od resz­ty? Tak, z całą pew­no­ścią inni też żyli. Ka­ri­na, Igor i Olek. Mu­sie­li żyć.

Drżący­mi pal­ca­mi wy­stu­ka­łam dzie­wi­ęć cyfr, któ­re zna­łam na pa­mi­ęć, na­ci­snęłam zie­lo­ną słu­chaw­kę i przy­ło­ży­łam ko­mór­kę do ucha.

Je­śli mia­ły to być ostat­nie mi­nu­ty mo­je­go ży­cia, to chcia­łam je w pe­łni wy­ko­rzy­stać, aby od­cho­dząc z tego świa­ta, nie ża­ło­wać ni­cze­go.

Mi­ko­łaj mu­siał ode­brać.

Głębo­ko wie­rzy­łam w to, że je­śli Bóg spra­wił, iż mia­łam przy so­bie te­le­fon, to miał w tym ja­kiś cel i po­zwo­li na to, że ten ostat­ni raz usły­szę głos mężczy­zny mo­je­go ży­cia.