Motyle dzienne, motyle nocne - Małgorzata Jurczak

Reflow text when sidebars are open.
Malwina dostała osobny pokój. Cały tylko dla siebie. Z pochyłym sufitem i małym okienkiem wychodzącym na niebo oraz splątane gałęzie starej jabłoni.
Pokój był urządzony bardzo oszczędnie - tylko łóżko, stara szafa i niewielki stół przykryty dzierganym obrusem. Podłoga z desek skrzypiała. Marta miała pokój tuż obok, bardzo podobny, tylko z szerszym łóżkiem i większym oknem, z którego widać było kawałek zarośniętego ogrodu i dach oranżerii pokryty zeszłorocznymi liśćmi i porośnięty gdzieniegdzie mchem.
Malwina chciała natychmiast wszystko zobaczyć - zwiedzić dom, zbadać ogród, ale Marta powiedziała, że trzeba to odłożyć na następny dzień, bo dziś są zaproszone na obiad u ich tymczasowych chlebodawców, państwa Chmurów. Marta miała tego lata zaprojektować ogród przy ich nowo wybudowanym domu i nadzorować jego powstanie. Dlatego tu przyjechały.
Zanim wyszły, usiadły na chwilę w kuchni gospodyni, żeby spróbować jej ciasta drożdżowego. Przedstawiła się jako Emilia i powtórzyła kilka razy, że bardzo się cieszy z ich niespodziewanego przyjazdu, bo od dawna nie miała lokatorów i trochę jej zbrzydły cisza i spokój.
- Mam tylko telewizor, ale z nim nie można porozmawiać - zauważyła smutno.
Malwina usadowiła się na krześle, na którym wcześniej siedział Adam. Widziała stąd pszczoły krążące nad kwiatami, które bujnie porastały ogród z tyłu domu. Marta też zapatrzyła się w zieloną przestrzeń za oknem.
- Ma pani cudowny ogród - powiedziała.
- Kiedyś był piękny, teraz jest zarośnięty - odparła Emilia. - Mój mąż, on to miał smykałkę do ogrodnictwa. Gdybyście, kochane, wtedy to widziały! Cudo. Ludzie z okolicy przychodzili podziwiać. Może znajdę zdjęcia, to wam pokażę. Oranżeria cała w rzadkich kwiatach, ścieżki bez śladu chwastów, a drzewa dawały takie owoce, że całą piwnicę miałam na zimę zapełnioną i jeszcze nosiłam sąsiadom, bo sami byśmy nie zjedli. Po śmierci męża ten ogród umarł razem z nim...
Westchnęła, zamilkła na chwilę, a potem kontynuowała:
- Naprawdę się starałam, żeby odżył i był jak kiedyś. Podlewałam, sadziłam, pieliłam. Syn całe dnie w nim spędzał, ale nigdy nic z tego nie wychodziło. Nie wiem dlaczego. Czasem sobie myślę, że to był po prostu ogród męża, bez niego zmizerniał, posmutniał i tak już zostanie.
"Może go opłakuje" - przyszło Malwinie do głowy, ale nie odważyła się tego powiedzieć.
- Jak syn wyjechał, to dałam spokój. Zresztą nie mam już siły jak dawniej, więc zarasta coraz bardziej.
Emilia zapatrzyła się na chwilę w okno, po czym dodała:
- I każdego dnia przypomina mi, że jego już nie ma.
Kiedy wracały do samochodu, Malwinie wydało się, że od strony ogrodu, w szumiących zaroślach, słyszy ciche zawodzenie.
Drzwi sklepu brzdęknęły i spojrzenia wszystkich obecnych skupiły się na wchodzących. Malwina poczuła się nieswojo. Przy stoliku pod oknem siedziało dwóch starszych mężczyzn w roboczych ubraniach; pili piwo. Sprzedawczyni żuła gumę i rozmawiała z kobietą w średnim wieku opartą o ladę, ale rozmowa urwała się w pół słowa, kiedy Malwina i Marta się pojawiły. W sklepie zapanowała kompletna cisza, jeśli nie liczyć brzęczenia much, i tylko z zaplecza dochodziły odgłosy przestawiania skrzynek z butelkami. Pod sufitem kręcił się powoli ogromny wiatrak.
Marta poprosiła o sok dla córki i wodę mineralną dla siebie. Płacąc, zapytała:
- Czy w okolicy ktoś wynajmuje pokoje?
Sprzedawczyni skinęła głową.
- Na długo? - zainteresowała się.
- Raczej tak. Może na całe lato - odparła Marta.
Kobieta miała chyba ochotę jeszcze o coś spytać, ale się powstrzymała. Musiała być ciekawa, po co tu przyjechały na tak długo.
Malwina zauważyła, że z zaplecza przygląda się im para ciemnych oczu. Sprzedawczyni ruchem ręki przywołała ich właściciela - szczupłego chłopaka o zmierzwionych włosach, ubranego w brudną koszulkę. Co chwilę wycierał w nią dłonie.
- On was poprowadzi - powiedziała ekspedientka do Marty. - Dobrze się składa, bo przy okazji zawiezie zakupy.
Wręczyła chłopakowi torbę, z którą natychmiast wyszedł ze sklepu.
- Nie jest zbyt rozmowny, lepiej niech go pani o nic nie pyta - rzuciła kobieta.
- W takim razie może pani mi powie, jak on ma na imię? - chciała wiedzieć Marta.
Sprzedawczyni wydawała się zaskoczona tym pytaniem.
- Adam - odparła po dłuższej chwili.
Przed sklepem chłopak zapakował torbę z zakupami na rower i ruszył, nie oglądając się za siebie.
Jazda za rowerem wymuszała odpowiednio wolne tempo, więc Malwina miała okazję przyjrzeć się miasteczku. W jego centrum ponad dachami wznosiła się ku niebu kamienna wieża kościoła. Musiała właśnie wybić dwunasta, bo donośnie odezwały się dzwony.
Wzdłuż głównej ulicy miasteczka płynęła kręta i kamienista rzeka, od strony najstarszych zabudowań odgrodzona wysokim murem pociemniałym od mchu. Ze ścian niektórych domów płatami odchodziła farba, a w oknach wisiało pranie na przytwierdzonych do parapetów suszarkach. Malwina pomyślała, że miasto musi być bardzo stare.
Droga zaczęła prowadzić w górę i Adam jechał jeszcze wolniej, ale nagle skręcił gwałtownie i zniknął im z oczu. Kiedy samochód Marty pokonał zakręt, zobaczyły rower oparty o ogrodzenie jednego z domów, ale chłopaka nigdzie nie widziały. Wysiadły.
Dom krył się w bujnym, na pół zdziczałym ogrodzie. Nieduży, o pomalowanych na biało ścianach, parterowy, ale ze strychem - w spadzistym dachu połyskiwały szyby. Jedno z okien na dole było otwarte i wybrzuszała się przez nie biała firanka. Do środka wchodziło się przez drewnianą werandę obrośniętą pędami winorośli.
Kiedy szły w stronę domu, Malwina o mało nie rozdeptała ślimaka na ścieżce. Zauważyła go w ostatnim momencie, co ocaliło mu życie.
Drzwi były uchylone, jakby zapraszały do wejścia. Marta zapukała we framugę i po krótkiej chwili w progu ukazała się szczupła, siwa staruszka o twarzy tak pomarszczonej, że Malwinie przypomniało się jabłko, które kiedyś zostawiła w szufladzie biurka na dłuższy czas. Kiedy je znalazła, skórka była wiotka i naznaczona wieloma bruzdami.
- Dzień dobry - przywitała się Marta. - Czy był tu taki chłopak... Adam?
- Jest.
Starsza pani spojrzała za siebie, a Marta i Malwina razem z nią. Siedział przy kuchennym stole, jadł ciasto i popijał mlekiem. Kiedy skupiły się na nim trzy spojrzenia, Adam zastygł bez ruchu ze wzrokiem wbitym w blat.
- Miał nas doprowadzić do domu, w którym można wynająć pokój...
- No i doprowadził! - zawołała staruszka, wyraźnie zadowolona. - Cały strych jest wasz!
Chmurowie mieszkali w wielkim, nowoczesnym domu, stojącym na szczycie niedużego wzniesienia. Dom otoczony wysokim płotem z automatycznie otwieraną bramą miał czerwony, pochyły dach i raził w oczy nieskazitelną bielą ścian. Malwinie przypominał bardziej makietę, jaką widziała kiedyś w biurze architektonicznym, które odwiedziła z Martą, niż miejsce zamieszkane przez ludzi. Przestrzeń wokół domu była całkowicie pusta, jeśli nie liczyć krótko ściętej trawy, drewnianej huśtawki i marnego żywopłotu tuż przy ogrodzeniu.
- Będę tu miała sporo do zrobienia - stwierdziła Marta, zatrzymując się na podjeździe.
W drzwiach pojawiła się rodzina Chmurów w komplecie. Zaczęło się przedstawianie. Pan Chmura miał łysy czubek głowy, elegancki garnitur i uprzejmy uśmiech. Marta mówiła wcześniej, że jest znanym na całą okolicę chirurgiem. Jego żona była okulistką; wystąpiła w szykownej kreacji i perłach. Mieli dwójkę dzieci, Agatę i Oskara. Agata, niewiele starsza od Malwiny, była ubrana w plisowaną spódnicę, białą bluzkę z długimi rękawami i lakierki. Malwina poczuła się nieswojo w zwykłej zielonej sukience, która trochę się pogniotła w walizce. Poza tym od razu pozazdrościła dziewczynce prostych jasnych włosów, starannie odgarniętych z czoła kolorową spinką, i gładkiej białej cery nieoszpeconej piegami. Młodszy brat Agaty, Oskar, jako jedyny miał w nosie dobre maniery. Przejeżdżając na rowerze za plecami przybyłych, przywitał się beztroskim okrzykiem "hej!". Pani Chmura zaśmiała się speszona i przepraszającym tonem powiedziała:
- Oskar to takie żywe dziecko. Nie może usiedzieć w jednym miejscu.
Zanim zaproszono gości do stołu, pokazano im dom. W środku również sprawiał wrażenie ogromnego, może przez puste korytarze i wielkie pokoje urządzone w oszczędnym, zimnym stylu.
Przy stole Marta wdała się w rozmowę o swojej przyszłej pracy, a Malwina kątem oka obserwowała Agatę, która siedziała wyprostowana, jadła powoli i z uprzejmym uśmiechem przysłuchiwała się rozmowie, jakby sprawa ogrodu bardzo ją interesowała. Za to Oskar wyraźnie się nudził i po zjedzeniu obiadu zapytał, czy może odejść od stołu.
Malwina pomyślała o domu Emilii, tak różnym z tymi wszystkimi zakamarkami, ziołami suszącymi się pod sufitem i skrzypiącą podłogą.
- A mąż - padło pytanie pani Chmury skierowane do Marty - nie ma nic przeciwko temu, że spędzi tu pani z córką całe lato?
- Nie mam męża - odparła Marta i dorzuciła ze śmiechem: - i sama decyduję, gdzie pracuję.
Przy stole zapanowała kłopotliwa cisza. Pan Chmura chrząknął, może chcąc dać w ten sposób żonie do zrozumienia, że trzeba szybko zmienić temat. Marta lubiła mówić wprost to, co myślała, ale innych ludzi niejednokrotnie wprawiało to w zakłopotanie. I im bardziej byli zmieszani, tym większą miała satysfakcję. Ale Malwinie zrobiło się przykro, choć nie rozumiała za bardzo dlaczego. Dotąd bezpośredniość Marty wydawała jej się fajna, ale teraz nie była pewna.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
Szosa pięła się wyżej i wyżej, w dodatku z każdym przejechanym kilometrem stawała się coraz bardziej kręta. Trzeba było bardzo uważać, żeby nie wypaść z drogi na tych wszystkich serpentynach, które samochód pokonywał, warcząc coraz głośniej.
Za to las iglasty wokół trwał w absolutnej ciszy. Chwilę wcześniej nad okolicą musiała przejść ulewa, bo asfalt był mokry i błyszczący. W dolinie świeciło słońce, za to tutaj kładł się chłodny cień - złożony z setek pojedynczych cieni drzew - poprzecinany smugami światła.
Malwina obserwowała szalony bieg słońca pomiędzy pogrążonymi w mroku obszarami.
"Czy to prawda, że jak coś nie ma cienia, to znaczy, że nie żyje?".
Miała ochotę zadać to pytanie Marcie, ale wolała nie rozpraszać jej uwagi. Droga była naprawdę niebezpieczna. A Marta - kiedy coś mówiła - miała zwyczaj gwałtownie gestykulować. Lepiej nie odrywać jej rąk od kierownicy i pozwolić jej się skupić na prowadzeniu.
Marta była mamą Malwiny. Zajmowała się projektowaniem ogrodów, nie miała męża, czasem nosiła włosy ściągnięte w dwa kucyki jak mała dziewczynka, a kiedy się bardzo zdenerwowała, przeklinała i paliła papierosy. Na przykład wtedy, gdy Malwina leżała w szpitalu po wypadku na rowerze.
Malwina nie była podobna do mamy. Nie wymachiwała rękami i częściej milczała, ale przede wszystkim chodziło o wygląd. Marta miała proste, jasne włosy i gładką cerę, za to Malwina nosiła na głowie okropnie nastroszoną gęstą czuprynę, a jej nos i policzki sezonowo pokryte były rudymi plamkami. Piegi pojawiały się na początku lata, razem z intensywnym słońcem, i znikały późną jesienią. Malwina ich nie znosiła, podobnie jak swoich kręconych włosów, ale oczywiście nie mogła nic na to poradzić. Piegi po prostu były i powoli dojrzewała do myśli, że musi się z ich obecnością pogodzić.
Brak podobieństwa do Marty z każdym rokiem uwydatniał się coraz bardziej i skłaniał Malwinę do myślenia o tacie, którego nigdy nie poznała. Czy właśnie po nim ma takie włosy? I czy sezonowe piegi dręczą go równie mocno jak ją? A może jego piegi utrzymują się przez cały rok? Kiedyś Malwina zapytała o to Martę, ale nie doczekała się rozstrzygającej odpowiedzi. Marta spędziła z nim tylko jeden dzień, trudno jej więc było powiedzieć cokolwiek o pozostałych trzystu sześćdziesięciu czterech i poczynić obserwacje pod kątem piegów.
Za to - jeszcze do niedawna Malwina była o tym przekonana - odziedziczyła po tacie imię. Nazywał się bowiem Melvin Blue. Choć może to był tylko jego pseudonim sceniczny - zarabiał na życie jako pianista, grając jazz w nocnych klubach Nowego Jorku, gdzie Marta studiowała przez jakiś czas.
Jednak ostatnio babcia stwierdziła, że może i tata nazywał się Melvin, kto go tam wie, ale historia imienia Malwiny jest zupełnie inna. Ponoć Marta przekonywała klienta przez telefon, by zgodził się zasadzić w swoim ogrodzie malwy, bo to kwiaty nie tylko piękne, lecz także silne i niezależne. Kiedy odłożyła słuchawkę, położyła dłoń na brzuchu, w którym była mała Malwina, i wypowiedziała po raz pierwszy jej imię. Malw w ogrodzie klienta nigdy nie zasadzono.
Kiedy jednak Malwina spytała Martę, czy to prawda, usłyszała, że mama nie przypomina sobie żadnej rozmowy z klientem, pamięta za to, że dzień przed narodzinami córki śniła o pięknych różowych malwach w ogrodzie i pomyślała we śnie, że z dzieckiem wszystko będzie dobrze. Kiedy się obudziła, nie miała innego wyjścia - musiała wybrać właśnie to imię.
Jak zatem było naprawdę?
Na szczycie przełęczy, dokąd w końcu szczęśliwie dotarły krętą szosą, Marta zahamowała gwałtownie, ponieważ w poprzek drogi leżało przewrócone drzewo. Wysiadły z samochodu i podeszły bliżej. Wokół pnia walały się gałęzie i Marta, obejrzawszy go, oceniła, że drzewo - a konkretnie jodła - upadło niedawno, najdalej pół godziny wcześniej. Pewnie podczas ulewy z gwałtownym wiatrem. Na szczęście jechały wtedy słoneczną doliną.
Malwina pomyślała, że może miasteczko - cel ich podróży - jest jednym z tych bajkowych miejsc, do których przyjezdnym trudno się dostać. "Pewnie żeby ruszyć dalej, trzeba będzie wykonać jakieś wymagające odwagi i pomysłowości zadania lub wypowiedzieć tajemnicze zaklęcia?" - pomyślała. Tylko że żadne zaklęcie nie przyszło jej do głowy.
- Dlaczego tędy nikt nie jeździ? - zapytała zamiast tego.
- To boczna droga - wyjaśniła Marta i dodała, że mogła wybrać inną, prostszą trasę, ale uznała, że ta będzie ładniejsza.
Malwina musiała przyznać, że faktycznie bardzo tu pięknie. Wszystko wydawało się szalenie intensywne - błękit nieba, zieleń mchu, głęboka czerń cieni. Pachniało mokrym lasem i ten zapach przypominał jej święta Bożego Narodzenia.
Marta postanowiła, że poczekają kwadrans i jeśli nikt się nie zjawi, zawrócą i pojadą drogą przez wioski, dłuższą, ale zapewne bez takich niespodzianek jak to przewrócone drzewo czy niebezpieczne serpentyny.
Kilka minut później od strony miasteczka przytoczył się ubłocony samochód z paką i zatrzymał się przed powalonym drzewem. Wysiadł z niego wysoki mężczyzna o smutnej twarzy. Rzucił w ich kierunku przelotne spojrzenie, a potem z uwagą obejrzał drzewo.
- Mamy pecha - powiedziała, śmiejąc się, Marta.
- Albo wielkie szczęście - odparł, a przez jego twarz nie przebiegł nawet cień uśmiechu.
Malwina dużo później zrozumiała, co miał na myśli, mówiąc o szczęściu; teraz jednak uznała, że ten obcy jest niemiły. On tymczasem wyciągnął telefon i krótko z kimś rozmawiał. Kiedy się rozłączył, poinformował je:
- Za chwilę usuną to drzewo.
"To jednak musi być prawda - przyszło do głowy Malwinie. - Jeśli coś nie ma cienia, to znaczy, że nie żyje. Tak jak to drzewo: zwalone wiatrem, straciło swój cień. Ale co się dzieje z cieniem drzewa, które umiera? Gdzie się podziewa jego cień?".
Nadjechał kolejny samochód. Wysiadło z niego dwóch mężczyzn. Po zdawkowym przywitaniu się z mężczyzną o smutnej twarzy wyciągnęli piły elektryczne i zabrali się do cięcia grubego pnia. Malwinie zrobiło się żal tej wielkiej, silnej rośliny, która na jej oczach przestawała istnieć. A przecież wciąż pachniała tak pięknie. Kilka chwil później hałas ustąpił, trociny opadły na asfalt i droga była przejezdna.
Wróciły do samochodu i ruszyły. To samo zrobił smutny mężczyzna. Kiedy się mijali, Malwina zauważyła na pace jego auta gipsowe skrzydło wystające spod ciemnej folii.