?
Rozdział 1
Estera
WIATR dął tak mocno, że żelazne pręty skrzypiały pod jego naporem. Obserwowała ich delikatne drżenie oraz wiszące nad nimi ciężkie, deszczowe chmury. Wydawały się nierzeczywiste, jakby miały zniknąć, gdyby tylko wyciągnęła ku nim rękę.
Zadrżała z zimna i skuliła się w sobie, przyciskając ręce do brzucha. Rozejrzała się po półokrągłym balkonie otoczonym żelaznymi poręczami, które przeobrażały się w misterne bluszcze i proste pręty. Na środku stało pianino skryte pod szklaną kopułą, pomiędzy różami.
Jej więzienie.
Pierwsze krople deszczu kazały jej się schować pod szklaną bańką. Tam otulił ją zapach kwiatów, które kochała, i delikatna woń mahoniowego pianina. Usiadła na miękkim pufie o złotych, lwich łapkach i przejechała delikatnie palcami po porcelanowych klawiszach.
Spędzała godziny, całe dnie, śpiewając do muzyki, którą sama komponowała. Z braku lepszego zajęcia odkryła, że ma do tego talent, choć wątpiła, iż potrafi tak pięknie układać słowa, jak jej kompozytor, współwłaściciel opery, w której jeszcze nie tak dawno dawała występy jako "gwieździsta diwa".
Jej palce zawisły nad błyszczącymi klawiszami, ale nie poruszyły się więcej. Estera wpatrywała się w lśniące, wypolerowane drewno, z którego zrobiono instrument. Widziała w nim zarys swojego odbicia. Swoje pszeniczne włosy i duże, zielone oczy.
Była sama. Samiuteńka pośród wiatrów, deszczów i kondygnacji wysokich wież.
Dlaczego tylko ją oddzielono od pozostałych? Co się z nimi stało? Dokąd ich zaprowadzono? Czy byli bezpieczni?
Codziennie zadręczała się tymi pytaniami, przy każdej okazji zadawała je elfom, które ją odwiedzały. Na żadne z nich nie uzyskała odpowiedzi.
Nie rozumiała już nic z tego, co wydarzyło się pod Czystą Drogą ani później, kiedy przetransportowano ich jak więźniów do królewskiego pałacu. Czuła się zagubiona, niepewna, co przyniesie jutro.
Usłyszała, że drzwi prowadzące na balkon się otwierają, ale nie odwróciła się, by spojrzeć na przybysza. Przez szklaną, obmywaną strugami deszczu bańkę i tak nie mogłaby wiele zobaczyć. Wiedziała też, że elfy zignorują jej próby nawiązania rozmowy. Powiedzą to, co mają do przekazania, a potem zostawią ją samą, jeszcze mocniej sfrustrowaną i zmartwioną.
- Milady Rosethorn? - Za jej plecami rozbrzmiał znajomy głos, na którego brzmienie aż podskoczyła na pufie.
Powoli odwróciła się do dziewczyny o długich, lekko falowanych, blond włosach i niebieskozielonych oczach. Nadia stała wyprostowana, spoglądając na nią wyczekująco, ale też z dozą wahania.
- Dobrze cię widzieć, Nadio - przemówiła spokojnie Estera. - A może powinnam powiedzieć "Wasza Wysokość, księżniczko Nadmasthio"?
Elfka prędko pokręciła głową. Wydawała się zawstydzona, usłyszawszy tytuł, który ukrywała latami przed wszystkimi. Estera przypuszczała, iż to dlatego, że niewiele ta godność znaczyła. Nadia, choć bezsprzecznie wywodziła się z królewskiego rodu, była zaledwie siostrzenicą króla. Jako dziesiąta w kolejce do tronu nie przejawiała żadnego zainteresowania koroną.
A przynajmniej tak twierdziła, gdy po raz pierwszy odwiedziła przewodniczącą gildii i zaczęła gorączkowo tłumaczyć się ze swojego postępowania oraz licznych tajemnic. Estera jej wysłuchała, przyjęła wyjaśnienia, lecz nie mogła wyzbyć się poczucia zdrady. Znała Nadię od lat, bawiła się z nią jako mała dziewczynka. Ufała jej, naiwnie sądząc, że wie o niej wszystko, a okazało się, iż elfka skrywała zbyt wiele, żeby na to zasłużyć.
- Przepraszam, że tak długo cię nie odwiedzałam, milady - podjęła Nadia. - Domyślam się, że musisz czuć się nieswojo w tym miejscu i okolicznościach, jednak zapewniam cię, że nic tu ci nie grozi.
- Już to słyszałam - odparła obojętnie. - Ale nikt nie jest łaskawy mi powiedzieć, co się stało z moim mężem i resztą towarzyszy.
- Są bezpieczni, milady. Nie wiem, gdzie są przetrzymywani, ale na pewno nie stała im się krzywda.
- Skąd ta pewność?
- Król nigdy nie skrzywdziłby nikogo bez powodu, nawet jeśli wydał rozkaz pojmania. On nie jest złym mężczyzną, ale wciąż rozmyśla nad całą sprawą i nie jest przekonany, co o tym sądzić.
- Dlatego zamknął mnie jak jakieś egzotyczne zwierzę w tym miejscu? - Uniosła brew.
Nadia się zmieszała, ale potrząsnęła szybko głową. Widać było, że miała dobre intencje i chciała załagodzić sytuację, ale Estera nie zamierzała łatwo odpuścić. To głównie namowy elfki przyczyniły się do tego, że i ona pragnęła udać się do Grandwalii. Liczyła, że znajdzie tu azyl, a tymczasem potraktowano ją jak przestępcę.
- Milady, wiem, że nie masz teraz powodu, by mi ufać, ale zapewniam, że wkrótce opuścisz to miejsce. Wszystko się ułoży, trzeba tylko poczekać.
- Landongczycy niszczą mój kraj. Są gotowi zaatakować i to królestwo, jeśli najdzie ich ochota. - Odwróciła się, wbijając wzrok w pianino. - Czekaniem damy im czas na potrzebne po temu przygotowania. Twój król powinien zdawać sobie z tego sprawę.
Nadia zamilkła, a Estera uświadomiła sobie, że zabrzmiała zupełnie jak Ivan. Spędzone z nim tygodnie, które pozwoliły jej go słuchać i obserwować, sprawiły, iż zaraziła się od niego stanowczością. Uśmiechnęła się słabo.
- Przepraszam, jeśli zabrzmiałam zbyt szorstko, ale ja sama także nie wiem, co powinnam o tym wszystkim myśleć - powiedziała, nie spoglądając na elfkę. - Chcę ci zaufać, ale nie potrafię.
Usłyszała jej ciche kroki, a potem ujrzała bladą, delikatną dłoń księżniczki na swoim przedramieniu. Nie podniosła wzroku, choć Nadia przyglądała jej się natarczywie.
- Milady, nigdy bym was nie zdradziła, a Grandwalia nie sprzymierzy się z Landongiem. N i g d y. Oni zabili mojego brata. Polowali także na mnie. To niewybaczalne.
Przewodnicząca skinęła głową, choć na usta cisnęło jej się kilka uwag. Ileż lat ciągnęła się wojna, ilu obywateli Krystalii zginęło z rąk Landongczyków, a żaden przywódca sąsiednich mocarstw nawet nie skinął palcem, żeby to zmienić. Król Grandwalii nie był od nich lepszy, ale tego nie mogła powiedzieć na głos.
- Słyszałam, jak śpiewałaś, milady - zagadnęła Nadia, zmieniając lekkim tonem temat. - Twój głos zachwyca wszystkich w pałacu.
- W takim razie pasuję do tej klatki.
- Proszę, nie mów tak. Tu jesteś bezpieczna, milady. Żaden Landongczyk nie mógłby cię tu dopaść.
Estera skinęła głową, mimo iż nie poczuła się pocieszona. Jeśli Landongczycy nie mogli jej tu dopaść, to oznaczało, że Krystalianie nie mogli jej ocalić.
- Bardzo się zmieniłaś, wiesz? - dodała po chwili milczenia Nadia. - Zawsze wydawałaś mi się delikatna jak pączek róży, ale teraz...
- Tak? - zaciekawiła się przewodnicząca.
- Masz kolce. - Nadia spojrzała jej w oczy z trudnym do zinterpretowania wyrazem twarzy. Wstała powoli, a później dygnęła z szacunkiem. - Obiecuję ci, milady, że niedługo wszystko zrozumiesz. Król spotka się z tobą i omówi wiele kwestii.
- Trzymam cię za słowo.
Elfka uśmiechnęła się lekko, po czym odwróciła się i wyszła spod szklanej kopuły w ulewę. Estera powiodła za nią wzrokiem, ale sylwetka rozmyła się przez spływającą po szkle wodę. Westchnęła cicho, koncentrując się znów na pianinie.
Pragnęła ponowne zaufać Nadii ale nie potrafiła. Jeśli czegoś nauczyła się w ciągu ubiegłych tygodni, to tego, iż nie powinna wierzyć nikomu na słowo. Dopóki czyny nie udowodnią intencji, musiała zachowywać ostrożność.
W ciągu siedmiu dni, które spędziła na tym balkonie, uwięziona pośród misternych prętów oraz krzewów róż, miała mnóstwo czasu na rozpamiętywanie i zastanowienie się, co dalej. Atak Landongczyków na trakcie prowadzącym do starej warowni Unakit był iskrą, która dała początek wielu złym wydarzeniom. Mimo pozornego spokoju, który dawała wieża elfiego pałacu, Estera doskonale pamiętała pełne niepewności dnie i noce, które ona oraz jej towarzysze spędzili na stałym ukrywaniu się lub uciekaniu przed wrogami.
To wszystko wydarzyło się dlatego, iż ktoś ją zdradził. Ktoś, kto poznał sekret jej rodziny i z jakichś powodów postanowił sprzymierzyć się z Landongczykami.
W ciągu minionych dób dziewczyna miała kilka typów. Wiedzę o Kluczu Obfitości, który przyczynił się do prób porwania Estery, nie mógł zdobyć byle kto. Ta osoba musiała być blisko z poprzednim przewodniczącym gildii, jej ojcem.
Początkowo uznała, że pośród kupców kryli się szpiedzy, którzy musieli podsłuchiwać rozmowy, śledzić jej rodzinę. Byłoby to jednak toporne zadanie, szczególnie w czasie, gdy Eryka ciemiężyła choroba i zaniechał on przebywania w gildii. Dlatego bardziej prawdopodobne wydawało jej się to, iż ten człowiek już wcześniej zdobył informacje na temat klucza.
Idąc tym tropem, Estera wytypowała pięć osób. Część z nich podejrzewała z bólem o współpracę z wrogim królestwem. Wszakże byli nie tylko bliscy ojcu, ale także jej sercu.
Westchnęła ciężko i odwróciła się do półokrągłego wyjścia ze szklanej bańki. Zapatrzyła się w szumiące krople deszczu, żałując, że nie mogła o tym porozmawiać z Ivanem. Brakowało jej go. Nie potrafiła przestać się zastanawiać, gdzie go przetrzymywano. Nie wierzyła Nadii, gdy ta zapewniała, że jest bezpieczny.
Wstała i podeszła do wyjścia. Wystawiła rękę, pozwalając zimnym kroplom deszczu uderzyć o swoją skórę. Woda przeciekała jej przez palce, opływała niemalże niewidoczne blizny na przedramieniu. To trochę ją uspokoiło.
Zamknęła oczy i zaczęła cicho śpiewać. Z uczuciem tak głębokiej tęsknoty, jakby nic innego jej nie pozostało.
?
Rozdział 2
Ivan
WIEŻA więzienna była imponująca nawet od wewnątrz. Grube na cztery metry mury nie pozwalały choćby pomyśleć o próbie wydostania się na wolność, a piętrzące nad głową kondygnacje nie dawały nadziei na wspinaczkę. Wejście do wieży znajdowało się na wysokości pierwszego piętra pałacu. Elfy dostawały się do środka tylko po ganku bojowym połączonym z rampą wąskiego mostu zwodzonego, przypominającego schody. Uwięzieni w środku żołnierze i nowicjuszki opuszczali wnętrze budowli dwa razy na dobę, wyłącznie w celu odwiedzenia latryny. Elfy spuszczały im wtedy drabinkę, podobnie jak jedzenie i wodę.
Cela wydawała się niezwykle ciasna, gdy przesiadywało w niej trzynaście osób. Helena i Pamela tkwiły skulone pod ścianą. Melania i Victoria spały. Żołnierze siedzieli z posępnymi minami. Pod ich oczyma widniały ciemne półksiężyce, przez co wyglądali na chorych ze złości i upokorzenia. Aż strach było spróbować podjąć rozmowę.
Elfy nie podały wyjaśnień co do swojego zachowania. Wiedziały, że Landongczycy robili obławę na Krystalianów od dłuższego czasu, i obserwowały ich poczynania, czekając aż jedni albo drudzy zbliżą się do Czystej Drogi. Przygotowały się do pojmania każdego, kto spróbuje dostać się do ich królestwa. I tak wszyscy znaleźli się w lochach pałacu, będących w stolicy Grandwalii.
Wszyscy prócz Estery i Nadii, które rozdzielono od reszty grupy, kiedy tylko dotarli na miejsce. Ivan nie wiedział, co spotkało jego żonę. Nie otrzymał wyjaśnień, nawet zapewnienia, że jest bezpieczna. Przez to nie mógł zmrużyć oka, często chodził tam i z powrotem, mając ochotę rozbić sobie głowę o mur.
Po prostu świetnie dogadał się z elfami. Sojusz jak tralala!
Wartownicy z tej okazji co dzień wyprawiali "ucztę", podając więźniom w drewnianych miskach niezbyt apetyczny, podejrzanie pachnący posiłek. Tego dnia także.
- To jest w ogóle jadalne? - Zachary szturchnął widelcem zawartość jednego naczynia. - Wygląda, jakby krowa przeżuła gówno, a potem wypluła na talerz.
- Nie zachęcasz - skomentował Dorian.
- Miałeś ochotę spróbować? - Spojrzał na niego.
- Coś musimy zjeść. Nie możemy sobie pozwolić na opadnięcie z sił - odpowiedział tamten, robiąc sugestywną minę. - Albo zjemy to, albo padniemy z głodu.
- Jesteś pewien? Dla mnie to c o ś wygląda jak trucizna w najbardziej obrzydliwej postaci.
- Najwyraźniej elfy są gorszymi kucharzami od Nataniela - wtrącił Antoni.
- Słucham? - oburzył się wymieniony żołnierz.
Pozostali nie potrafili powstrzymać rozbawienia, ale ponury nastrój wrócił bardzo szybko. Znów oparli się zmarnowani o ściany.
- Też macie wrażenie, że pył sypie się z sufitu? - zapytał beznamiętnie Julian, wpatrując się w strop.
Wszyscy unieśli głowy, żeby popatrzeć w ciemność ponad nimi. Magiczne kule światła przywołane przez magów nie sięgały aż tak wysoko, więc trudno było dostrzec choćby właz, którym spuszczano drabinkę.
- Wydaje ci się - mruknął znudzony Dorian.
- Nie... ja też to czuję - oznajmił z powagą Robert. - Ale to nie mury pałacu drżą, tylko ziemia. Trochę to dziwne.
- Raczej niepokojące - rzucił Nataniel, błądząc spojrzeniem wokół. - Siedzimy tu od tygodnia i nic takiego nie miało wcześniej miejsca.
- Może elfy wesoło pląsają w całym mieście, świętując dalszą bierność w wojnie? - podsunął ponuro Lucas.
Nagle rozbrzmiał zgrzyt otwieranego zamka, a później ze skrzypnięciem uchyliła się klapa w suficie. Rozległ się szum i stukot, gdy drabinka ze sznura i drewna rozwinęła się aż do dna wieży. Żołnierze obserwowali przez chwilę, jak kołysze się pod wpływem czyichś ruchów, a potem wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
Od zeszłego wieczoru elfy pojawiły się tu tylko po to, by po kolei zaprowadzić więźniów do wychodka, a później zostawiły tę podejrzaną papkę do zjedzenia. Nikt nie wiedział, która godzina, ale wydawało się zbyt wcześnie na rutynowe odwiedziny.
Wreszcie w kręgu światła pojawiła się smukła postać, odziana w prosty uniform strażnika. Jasne, niemalże białe włosy mężczyzny były lekko potargane i opadały mu łagodnie na czoło. Stalowoniebieskie oczy elfa zatrzymały się na każdym z więźniów po kolei.
- Trzynaście osób... - mruknął pod nosem. - Ale było was więcej w drodze, mam rację?
Żołnierze poruszyli się nerwowo, nie spuszczając czujnego wzroku z przybysza. Ivan widział wrogość na ich twarzach, co sprawiło, że jego własne emocje ostygły. Nie przybył tu, żeby wzniecić konflikt zbrojny z Grandwalią. Pragnął sojuszu.
- Dlaczego tu przyszedłeś? - zapytał, zanim atmosfera zrobiła się naprawdę napięta. - I kim jesteś?
- Nazywam się Jalkarth Cierpliwy. Jestem jednym z zaufanych sług króla - odparł elf, skłaniając się dworsko, a potem spojrzał magowi w oczy. W jego głosie było słychać śpiewny akcent, ale doskonale radził sobie z krystaliańskim.
To, że zdradził swój przydomek i posługiwał się mową cesarstwa, a nie swoją ojczystą, musiało być oznaką dobrych zamiarów. Magowie z Zakonu Motyla umieli mówić po grandwaldzku, podobnie jak płynnie posługiwali się landongskim i ularkhagckim. Znajomość języków była jednym z filarów szkolenia rycerskiego, gdyż pomagała opanować sztukę magii. Jalkarth na pewno o tym wiedział, zważywszy, jak wielką część populacji elfów stanowią magowie.
Ivan zmrużył powieki, zastanawiając się, jak powinien postąpić. Nie był pewien, czego oczekują elfy, ale zanim podjął decyzję, sługa króla znów przemówił:
- Przybyłem tu, by wyjaśnić nieufność, którą was obdarzyliśmy, i zapewnić o braku nienawiści z naszej strony.
- Wypuścisz nas z wieży? - zapytał drwiącym tonem Robert.
- Niestety tego nie mogę uczynić. Jego Miłość nie jest jeszcze pewien waszych intencji, dlatego dla dobra obu stron zaleca, abyście pozostali tutaj. Zapewniam jednak, iż za dwa dni zostaniecie wypuszczeni.
Żołnierze i nowicjuszki wymienili spojrzenia. Wszyscy mieli sceptyczne nastawienie, ale zdecydowanie byli spokojniejsi. Mieli przed sobą jasną przyszłość. Albo zostaną wysłuchani, albo deportowani do cesarstwa. Ivan szczególnie obawiał się tej drugiej możliwości, gdyż nie miał pojęcia, jak wytłumaczyłby się generałowi Forestleyowi z doprowadzenia do konfliktu zbrojnego z elfami. O ile zdołałby przeżyć wystarczająco długo, żeby odbyć tę rozmowę.
- Zatem, skoro macie wobec nas pokojowe zamiary, powiesz nam, dokąd zabrano Esterę Rosethorn? - zapytał mag, powstając z podłogi.
- Jest bezpieczna, ale także została odizolowana od mieszkańców pałacu - odparł Jalkarth, a kiedy dostrzegł irytację na twarzy rycerza, dodał: - Jego Miłość kazał ulokować ją na szczycie centralnej wieży. Niczego jej tam nie brakuje.
Ivan nie był pewien, czy na te wieści mu ulżyło. W życiu słyszał już tyle historii, że zamykanie kobiety na szczycie wieży nie kojarzyło mu się zbyt dobrze.
- A Nadia? - dopytał.
- Księżniczka Nadmasthia także jest bezpieczna - zapewnił elf.
- Księżniczka? - powtórzyło kilku żołnierzy, mag nie był pewien, którzy konkretnie, gdyż sam był zaskoczony.
- Jej Wysokość jest siostrzenicą króla, co czyni ją także dziesiątą w kolejce do tronu. Nasz miłościwy władca głęboko ubolewa nad śmiercią jej starszego brata, księcia Nadastira - wyjaśnił z cichym przygnębieniem dworzanin. - Podobnie jak wielu, w tym ja. Był moim bliskim przyjacielem.
- Wiecie, co się stało na kupieckim trakcie - zauważył Ivan. Okoliczności robiły się coraz ciekawsze. Zaczynał odzyskiwać nadzieję na przymierze z elfami.
- Księżniczka opowiedziała nam wszystko, wierzymy jej słowom. Musimy mieć jednak pewność wobec waszych intencji. Minęły lata, odkąd współdziałaliśmy z ciernistymi ludźmi.
Ivan zacisnął szczękę. Jakże nienawidził tego określenia... Zmusił się do zachowania spokoju i powiedział:
- Możecie nam zaufać. Nigdy celowo nie ściągnęlibyśmy wojny na wasz kraj. Nasze narody od wieków łączy przyjaźń.
Jalkarth przyjrzał mu się uważnie, po czym potaknął z ledwo dostrzegalnym uśmiechem. Cofnął się o krok.
- Dziękuję za to zapewnienie i proszę, byście wykazali się jeszcze odrobiną cierpliwości.
- Trudno o to, gdy dostajemy tak okropne wyżywienie - bąknął Lucas.
Elf uśmiechnął się przepraszająco.
- Musicie nam wybaczyć. To... danie - wskazał ruchem głowy na jedną z misek - jest dziełem nowego kucharza. Nie sądziliśmy, że okaże się tak niekompetentny do tego stanowiska. Dziś wszyscy w pałacu obeszli się bez obiadu.
- W takim razie w imieniu każdego języka i żołądka świata, błagam, zakażcie mu wstępu do kuchni - powiedział Zachary.
Kolejny uśmiech, ale tym razem mniej formalny. Ivan nie wiedział, w jakim stopniu można było zaufać Jalkarthowi, ale żywił nadzieję, że sprawy rzeczywiście miały pomyślnie się ułożyć. Od tygodnia siedział w tej przeklętej wieży, zjadany wszelkimi rozterkami. Stracił poczucie stabilności, które zapewniała mu wiedza o sytuacji na froncie i w jego otoczeniu.
Ale nie pozostawało mu nic innego, jak zawierzyć elfom. Nie były wrogami, nigdy nie miały powodów, żeby znienawidzić Krystalianów. Danie im odrobiny zaufania może okazać się pionkiem, którego cesarstwo potrzebuje, żeby zwyciężyć w niekończącej się rozgrywce o przetrwanie.
?
Indhold
Tytuł Metryka Rozdział 1: Estera Rozdział 2: Ivan Rozdział 3: Estera Rozdział 4: Ivan Rozdział 5: Estera Guide
Okładka Tytuł Początek tekstu123456789101112131415161718192021222324252627282930313233343536373839404142434445464748495051525354555657585960