O wy źródła Poezji! O nauczyciele!O wszystkich innych wieszczów ozdoby i znicze!Wesprzyjcie słabość moją, i niech sobie liczęZa zasługę, żem Prawdy szukał w waszym dziele.
JEAN MORÉAS("Eryfila")
Ogłuszający szum wodospadu przerzucał się z pośród wyrw
skalnych, rwał i walił opętanie przez oślizgłe kondygnacje głazów,
olbrzymim łukiem spadał w kamienne dno przepaści i rozpryskiwał się
w pianę i mgłę. Sam szum, sama melodia gwałtu i żywiołu.
Krajobraz jak w tle Monny Lizy, zimny i fantastyczny,
zmontowany według praw krystalizacji zlodowaciałego światła
księżycowego: promieniowanie umarłych.
Pustka i przerażenie zastępywały powietrze.
Brak tchu i ustawiczny zawrót głowy i copochwila przeraźliwe
spadanie w ciemną otchłań. Za każdym razem zasuwała się na cały
obraz, który przecież był jedyną wątłą i nadpróchniałą platformą,
na której z trudem utrzymywała się świadomość - gęstą stęchlizną
nasycona, czarna zasłona; to był zapach grobu; i to była nicość.
Trwała wieki.
W jednym z takich wybłyśnięć - ponad urwiskiem szczytu
górskiego, poza umierającym ponowkiem - zamajaczyła jak w
prostopadłej tafli lodu na międzyplanetarnym mrozie - olbrzymia, w
nieskończoność umykająca sirinks: niewieście, sfinksowe twarze -
dziewięć rozmglonych piszczał - - zamajaczyła, zadrżała, skruszyła
się - w migocie szczerb gwiezdnych zagasła...
Lodowaty wiatr nawiewał z jądra wiecznej nocy bezmiar chmur
i oparów; wszystko, co jeszcze było najwątlejszym bodaj istnieniem,
pogrążało się i zatapiało w mlecznej, rozwodnionej, sinej ciszy;
stąd, nie z dna, bo go nie było, z głębi więc, ledwo przy
najwyższym natężeniu słuchu można dosłyszeć cośkolwiek.
Mętna pamięć liczb - liczenie - huk!
Obroty tysięcy tęczowych kół - rozprysk - huk!
Olbrzymia szklana wieża nasycona rudym światłem - chwieje
się - nachyla - okręca wokół swojej osi jak człowiek ugodzony kulą
w serce - pada - roztrzaskuje w szczerby i żwir - chwila martwej
ciszy - a potem - jak trzeci sygnał - huk!
Teraz znów daleki szum (on jednak jest najistotniejszą
realnością) zaświadczył o istnieniu.
Szum wzmagał się, rósł, potężniał - aż ogłuszający łoskot
spadających mas wodnych wyrywa resztki istnienia z przepaści i
rzuca jak rybę głębinową na brzeg posępnego krajobrazu.
Na widnokręgu zarysowuje się coraz wyraźniej pasmo Kaukazu;
owe niebotyczne góry, które nie są niczym innym, jak tylko męką
ludzką, kamiennym wycierpieniem za tę iskrę zbawczego ognia
skradzioną bogom, aby ludziom było jaśniej i cieplej.
Tknięte światłem mgły, opary i wybryzgi rozbitych na miazgę
drobin wodnych - zadrgały nagle: przeciągły, przejmujący tren.
Szum był jeszcze wciąż bardzo blizki, a te dźwięki szklane i
wątłe - dalekie.
Na strome skały Kaukazu padły pierwsze promienie słońca.
Kontury szczytów przypominały rozpiętą postać ludzką. Ponad nimi
wiatr gnał na północ samotną, czarną chmurę; kształt jej
przypominał orła.
Teraz dopiero nacichać począł szum, a równocześnie wzmagała
się i wyraźniała melodia, pod której czarem przemieniała się
przestrzeń, a czas stawał się posłuszny i przyjazny jak stary,
wierny pies.
Zanim zaczęły się wydziwiać te nieprawdopodobności, które
kiedyś przed wiekami (a choćby przed dziesiątkami lat, a choćby
przed rokiem, przed miesiącem, tygodniem, a choćby przed kilku
godzinami - czyż to nie wszystko jedno - ? - ) były tym, co zwykło
się zwać rzeczywistością - nastręczyło się zwyczajne i nieponętne
wcale, zwłaszcza, że zaraz z jakimś przypomnieniem gazeciarskim
połączone niechlujnie, stwierdzenie, że to wcale piękna rzecz ta
Grecja! - no, nie dzisiaj; powiedzmy raczej: nie - chociaż przecież
i ten król i ten plebiscyt wzorowo terrorystyczny - zawsze to coś
jest; skrzyżowanie interesów angielskich i włoskich, i kto będzie
nad tym dardanelskim Wschodem panował - itd. - Venizelos umarł,
monarchia sprawiła mu pogrzeb z szykanami co się zowie! - laweta,
sztandary, strzały armatnie - wszystko w porządku! - Tsaldaris i
Kondylis płakali jak dwa rutynowane bobry; tak pisały dzienniki
monarchistyczne, a im można wierzyć. - Lecz czy to wszystko
właściwie Grecja? - chyba nie; - raczej to:- ostatni nikły promień na marmurze kona, zatrzymał grot swój
drżący na świątyni dłużej i zda się kuć na fryzie dystychy Byrona
-
Na Zeusa! - to było piękne - Kefalonia! Missolunghi! - i owo
przepłynięcie w stylu klasycznym wodnej trasy Hero - Leander;
poeta, kuternoga - a jednak! - Byron: niedonoszony Faun z jedną
capią nogą!
A w głąb? -: obrona Sokratesa:
- Sokrates fesin adikein tous te neous diaftheironta kai
theus, hous he polis nomidzei, ou nomidzonta, hetera de daimonia
kaina -
gorszyciel kochany! mistrz akuszerii myślowej! - i:
pochwalona bądź Ksantypo! - gdyby nie twe, ciągle przez męża
prowokowane, kostyczne usposobienie - siedziałby stary pod sandałem
i nie zechciałoby mu się wałęsać bezrobotnie po rynku i spędzać
noce na bardzo podejrzanych ucztach. - Dodajmy do tego, że był
Sokrates zawiedzionym w swych ambicjach artystą - a będziemy na
tropie: jak powstaje krytyk; - oczywiście, bez wrodzonego seksapilu
mowy by nie było o zawrotnej karierze tego brzydala - bo to i Plato
i zazdrosny o swego mistrza, donżuański Alcybiades - i wogóle! -
Też miał pomysł, ten Alcybiades, z tym odłupywaniem dziarskich
znamion męskości posągom świętego Priapa! - nic dziwnego, że już po
upływie nocy wszystkie kobiety Aten z przedmieściami, wsiami i
przysiółkami miał przeciwko sobie; a wiadomo, bez kobiet nic się
zrobić nie da, można wbrew - lecz bez? ani mowy! - Szkaradny czyn
Alcybiadesa był symboliczną zapowiedzią końca dawnej Grecji;
słusznie też rzucono nań przekleństwo - jedynie zakochana w nim
kapłanka Theano wzbraniała się, nie chciała wypowiedzieć słów
klątwy; lecz to votum separatum nic nie pomogło; los sam pomścił
się pomieszaniem rozumu; Alcybiades obrał karierę wojskową - czyli
wykreślił się z grona ludzi myślących; cóż mu zresztą,
wykolejeńcowi i niedoukowi, pozostawało? - wojny, zdrady; nic
więcej, a przecież mogło coś z niego być, człowiek zdolny,
przystojny! - heroizm myśli greckiej liczył na niego; niestety na
próżno!
A chłopskie dzieje wójtów i sołtysów miceńskich? - trochę
krwiożercza banda, ale z patosem! Wielką pieśnią dopełniali swój
zaściankowy żywot - i w tym wytrzymaniu oddechu epickiego okazali
znakomity zmysł historyczny; przetrwali; pies by o nich nie
wiedział! - a tak to nawet o psie sprytnego analfabety Odysa,
Argusie, wiemy coś niecoś.
Dzięki Sofoklesowi i Freudowi międzynarodową zadymę zrobił
Edyp - człowiek istotnie nieszczęśliwy - był wprawdzie mistrzem
Grecji w dziale rozrywek umysłowych - lecz ożenił się z leciwą
niewiastą, która nie poprzestała na tym, że mogła być jego matką,
ale istotnie była matką; to przesada i nieprzyjemność. Ostatecznie
prawie wszyscy mamy pociąg do miejsca urodzenia (to już nie
patriotyzm, to najautentyczniejszy matriotyzm), lecz czynimy to
pośrednio, niejako per procura, ale tak robić jak Edyp to
nieładnie; za ostro; do tego z pobudek monarchistycznych! -
Złośliwy (jak wszyscy poeci) Sofokles kazał mu z tą żoną-matką
(pióro się wzdryga!) spłodzić czworo dzieci - potrzebne to było
dramaturgowi do wywołania tragicznych wzruszeń wśród osiłków,
atletów i sportsmenów - to nagromadzenie okropności: kazirodztwo,
samobójstwo, wyłupienie oczów - zgroza i kicz! - dawniejsze źródła,
łagodniejsze i łaskawsze, mówią, że Edyp ochłonąwszy po śmierci
(naturalnej) Jokasty z Kreonów primo voto Laiusowej, secundo voto
Edypowej - poślubił był p. Eurygancę i z nią miał te inkryminowane
dzieci - nie z matką!
Coś tu jest nie w porządku; cofnijmy się szybko jeszcze w
głąb dziejów; w jakieś przyjemniejsze czasy i okolice.
Arkadia!
No tak - teraz jest znacznie przyjemniej i dorodniej. -
Arkadia - siedziba boga Pana i dziewięciu Muz, które z chłodnego
Helikonu i śnieżnego Parnasu przyszły tu potańczyć i pośpiewać
pośród łąk pachnących tymiankiem i macierzanką, pośród dąbrów i
brzezin, przejrzyć się w chłodnych zwierciadłach źródeł obramionych
bluszczem i paprocią, posłuchać (a rozchylają przy tym wargi i
odsłaniają zęby) szumiących wiecznym mijaniem strumyków, lśniących
modrością południa i srebrem pełni - ciemnieją Muzom źrenice -
palce kładą na usta - nacicha wraz z nimi kraina
zielono-złoto-niebieska - kraina poezji i tragizmu.
A ten Pan ma rogi na głowie, a to są promienie słońca;
rumianą ma twarz - to blask nieba; odziewa się pstrą skórą kozią, a
to znaczy gwiazdy na nocnym firmamencie; ręce i nogi ma kosmate, a
to obraz ziemi pokrytej mchami, ziołami i lasami; - oto on: mądrość
i żywioł; falliczny, jądrzasty Pan! - Z pięknej córki rzeki Ladonu,
nimfy Syrinx, zamienionej w trzcinę, uczynił narzędzie muzyczne o
siedmiu otworach: piszczałkę sirinks - i na niej - na tej nimfie
pięknej - gra: wtedy niebo i ziemia słuchają, a dziewięć Muz
zestraja z rytmem pieśni tętno krwi: tańczą dzieje człowieka na
ziemi od powstania po ostatni kres; - a zwłaszcza jedna z trzcin
tej piszczałki dźwięczy tak przejmująco, że gorący grad dreszczu
wstrząsa ciałami Muz - zataczają się w tańcu, omdlewają z żądzy i z
wyciągniętymi dłońmi podsuwają się rozdygotane pod kosmaty brzuch
Pana.
W olbrzymiej, wklęsłej tarczy lustra utworzonego z wielu
warstw nagrzanego powietrza - widzi arkadyjską krainę, a wraz jakby
siebie i swe myśli zgęszczone w ponętne kształty dziewięciu nagich
Muz - on Pan: Cyprjan Fałn.
Dziwacznie i niezgrabnie brzmią na tle pasterskiej melodii
sirinksowej te dźwięki: Cyprjan Fałn; jeszcze Fałn - nazwisko -
prawdopodobnie spółnocnione: Faun - lecz imię! - i gdyby nie
pierwsza jego część "Cypr" - wyspa winodajna - całość byłaby wcale
nieznośna i wprost ordynarna - tak samo jak i ta nędzna,
nieprzewiewna przestrzeń, w której przebywa w tej chwili: długi,
nieskładny pokój (co tu ukrywać!) separatka szpitalna, licho i
niemrawo oświetlona, przepuszczonym przez szklane drzwi kuchenne,
światłem lampki nocnej. - Cyprjan Fałn leży na białym, blaszanym
łóżku; śpi; obok chrapią i jęczą na swych barłogach dwaj chorzy;
koledzy; współlokatorzy. Obmierzłe to wszystko! - jedynym ratunkiem
jest sen pełen odmiennego realizmu: Arkadia właśnie! - i te Muzy!
Skąd się, do diaska, taki sen bierze? - to nie jest bez ale
- myśli w śnie Cyprjan; wie, że śni, i ta świadomość raduje go -
panuje niejako nad widziadłami i nad trwałością snu; - anamneza?
asocjacja? kompleks życzeniowy? - symbolika wreszcie? -
metaforyczne skojarzenie? - Najwyraźniejsza sprawa to ta z grą na
trzcinowych piszczałkach, na sirinks, a właściwie na nimfie Syrinx;
to przecież jasne, sny są wogóle proste w konstrukcji - konstrukcja
snów jest prosta - to tylko my jesteśmy zawili i zbyt chytrzy na
jawie; to wszystko. Tak mówi ktoś siedzący w skórzanym fotelu;
grubymi, lubieżnymi palcami bawi się dewizką; przed nim stolik z
syfonem wody sodowej i keksami; a doktór... chodzi po pokoju tam i
spowrotem - przystanął przed półką z książkami - wskazuje nosem na
zielony grzbiet z szarym szyldzikiem i mówi, że malarstwo wariatów
to pierwszorzędny materiał, że prymordialność sztuki wogóle,
naprawdę, o, proszę - i pokazuje; lecz karty książki są zupełnie
białe, ani tekstu, ani ilustracji, nic; tylko doktór dostrzega coś
na nich. Na drugim fotelu siedzi Cyprjan i żali się, że znów ma
kwasotę, a tu znikąd sody i to w domu doktora; powinna przecież
być; "tę wodę alkaliczną niech pan pije" - mówi doktór; więc
Cyprjan pochyla się - pije - ale już ze źródła wytryskającego spod
olbrzymiego bukowego pnia, pień jak połoz, albo raczej jak noga
słonia, taki kolor i chropowatość fałdzista - na pniu na wysokości
podniesionej ręki napis erotyczny krótki, prosty, wymowny napis:
"tu j...łem" i data; całość napisu jak radosny krzyk: że tu, że
to!! - "mam jeszcze inne fotografie tego typu (jakiego typu?), ale
przy żonie jakoś opacznie pokazywać" - to znów mówi profesor
kultury klasycznej, fanatyk Grecji, strasznie miły, filigranowy,
ruchliwy, a żona jego o twarzy zmiennej, żywych oczach, dowcipnym
składzie warg, pięknie zbudowana - siedzi na tapczanie, uśmiecha
się i tasuje całą talię fotografii - co pochwila spada jedna z kart
na podłogę - wtedy widać akt kobiecy w fantastycznej pozie - "a ta
fotografia, to Itaka, ta Itaka, wie pan - nigdzie takich grubych
oliwek niema jak na wyspach, drzewa po prostu, kolosy" -
rzeczywiście olbrzymie drzewa; - a pod spodem, pod tą Itaką - bo to
obramione i na ścianie - wiszą rękopisy Mickiewicza, listy miłosne
czy coś w tym rodzaju - może sama Xawera? - Teraz przystanął
profesor kultury klasycznej przed biurkiem - ale to już w innym
pokoju - za którym siedzi młoda dziewczyna i pisze coś zawzięcie w
pamiętniku i ssie przy tym łodyżkę niezapominajki - i mówi do niej
konspiracyjnie: "co ten pan Cyprjan z tą Andaluzyjką, też sobie
wybrał!" Zaraz się przypomina, tak, przypominają się dwie wersje
hiszpańskiego sztychu kolorowego Noirdemange'a, korpulentna (i to
się później nie zgadzało) piękność przed lustrem - i tu zaraz
zachodzi obraz za obraz: Velasquesa piękna Wenus przed lustrem - a
tamta na palcu wskazującym hołubi dwa ptaszki - a ptaszki jak to
żwawe ptaszki -; wyobrażenie tych ilustracji zasypuje jak świeże
tytle inkaustowe złoty piasek świegotu wróblego; matowa klisza
pełna gadatliwego ćwierkania. - Czujna kontrola podsuwa myśl: "więc
to stąd ta nazwa, ta assocjacja z Andaluzyjką", oraz strzęp
dyskusji: - co do historii sztuki, nasunęło mi się to podczas sceny
superrewizji lekarskiej z Cyprjanem, to uważam ją, historię sztuki,
naprawdę za ciężką chorobę, coś w rodzaju cholery; nigdy się nie
zakaziłem przeczytaniem historii sztuki; chroniło mnie od tego
zaśnięcie już przy "wstępie" -
- a ja tyle rozmów przeprowadziłem z obrazami; tyle
wywiadów! - - A potem weszło mnóstwo ludzi - młodych i starych -
krzyczą i kłócą się - a treść tego wszystkiego, że będzie przewrót,
że musi być, że wypadki marcowe zdecydowały, że tajny rząd frontu
ludowego już się montuje, że powstanie w sierpniu, w połowie
sierpnia beer - Cyprjan Fałn coraz bardziej i coraz bystrzej
wpatruje się w niezmącone - jeno chmury dalekie pełzają niemo dnem
- zwierciadło źródła - widzi swe odbicie - leży nago na chłodnym,
miękkim mchu - widzi twarz, szyję i część ramion - i ten źródlany
człowiek widzi swe odbicie w warstwie zielonego powietrza - radzi
są z siebie bardzo, możnaby powiedzieć: zakochani - zdala przesącza
się po przez liście leszczyn i tawuł daleka muzyka: sirinks! -
Gwałtownie podnosi się krągła tafla źródła - rozszerza się - już
zamknięta obręczą widnokręgu - tworzy się z niej owa znana wklęsła
tarcza lustra - w stosunku do jej wielkości jest Cyprjan mały -:
mrówka - otaczają go Muzy - dziewięć - teraz przypomina sobie jak
na lekcji greki - najdokładniej - maturalnie - mówi:
- ty jesteś Klio - uwieńczona laurem córka Jowisza i
Mnemozyny -
- ty jesteś Euterpe - umiejąca się podobać - grająca na
flecie -
- ty jesteś Talia - zwana kwitnącą - uwieńczonaś bluszczem i
maskę w ręku trzymasz -
- ty jesteś Melpomena - śpiewająca - z berłem i wieńcem z
asfodeli - posępna jesteś - oddajesz się podczas gradowych burz -
- ty jesteś Terpsychora - lubiąca taniec - zwiewna jak
powietrze na świtaniu - oczy twe są pełne wesela - mierzi mnie twój
pociąg do Marsa - i piór w twych włosach nie lubię -
- ty jesteś Erato - w różach i mirtach - gruchasz jak
synogarlica -
- ty jesteś Polihymnia - wielohymnowa - sznurami pereł
ciężka jest twa wyniosła szyja - lilie wodne otaczają twe czoło -
- ty jesteś Urania - uwieńczonaś gwiazdami - grają wokół
ciebie jak rozżarzone pszczoły - promieniujesz błękitem -
- ty jesteś Kaliope - w złotym diademie - matka Orfeusza
rozdartego przez kobiety.
Tak to mówi Cyprjan - sucho wylicza - tyle, że tymi
określeniami nieco soczyścieje ta arkadyjska odprawa; - z
dziewięciogrona - za każdym wywołaniem odrywa się jedno grono -
występuje i przybiera mimowoli pozę znaną z waz greckich - choć w
rzeczywistości tych waz jeszcze nie było, istniały w
nierzeczywistości, więc w każdym razie istniały. - W pochopnie
ironicznym rezultacie nasennia się mizerackie przeświadczenie, że
jest - on Cyprjan - on Fałn - dyrektorem czy impresariem zgoła
współczesnych girlsów, zespołu: Cyprjan-girls - zresztą może to i
dobrze, że są takie z krwi i ciała i mają to wszystko co kobieta
mieć powinna od stóp do głów -: Muzy, które można posiadać - tym
przeświadczeniem realnieje wszystko jawnie i przesuwa się jak
platforma na gumowych kołach miękko i cicho ku granicy tak zwanej
rzeczywistości - z platformy tej, posuwającej się łagodnie, bez
wstrząsów, napowietrznie prawie - widać litewski krajobraz kładący
się pod skanzję słów: "kobieto puchu marny, ty wietrzna istoto"...
kto to mówi? - czyżby ten święty rycerz zabijający smoka... stoi tu
na ostatnim zakręcie... platforma mija go płynnie i gładko - a
teraz, teraz to już wiadomo, że ten doktór wykropkowany to jest
Bychowski (Gustaw) a ten profesor to Kowalski (Jerzy!!) - i
Bychowski pokazuje te obrazy malowane przez wariatów (któryż z nich
malował Muzy? - powiedz, panie doktorze!!), a Kowalski, profesor
kultury klasycznej, jest promotorem wizji buków z erotycznymi
napisami i tych (a więc to on?) Muza-girls - no, to przynajmniej
wiadomo! - Lecz natychmiast po tym stwierdzeniu już znów nic nie
wiadomo - cały pierwszy plan odpomnianego snu pokrywa się bujną
zielenią - po liściach i gałązkach, nie uginając ich wcale, bez
ciała i bez kości, z wyobrażenia na prędce sklecony - stąpa
hinduski fakir - blady, z czarną brodą po pas - wywraca oczami tak,
że tylko białka bielą się nieprzyjemnie - gra na flecie - długie,
samożywe palce przebierają zwinnie i prędko - skąd tu ten fakir? -
no oczywiście pomyłka - to chrabąszcz uśpiony pod szerokim liściem
klonu - chrabąszcz wyjątkowo czarny - na każdej łusce skrzydła lśni
jak błękitnawy ognik siódemka - prawdą w tym wszystkim jest tylko
ta melodia - nie flet, nie flet wcale - to głos sirinks przesiewa
się przez leszczyny i trzciny - głos przenikliwy i urzekający -
dźwięki opadają na łąkę zasianą stokrotkami, firletką i sosenkami
modrych dąbrówek - po chwili podlatują z niej jako wielobarwne
motyle - aż się roi w powietrzu od tej kolorowej, trzepotliwej
melodii - to Cyprjan gra i wie, że na nimfie gra - czuje jej ciało
na wargach - przejmuje go nagła żądza, gwałtowne pożądanie, obłędna
chuć - odrzuca instrument muzyczny - plusnęła woda i zaśmiała się
głośno i piskliwie - a Cyprjan jest już koźlim stworem - capie,
kosmate nogi, kopyta, kręte rogi nad czołem i capia broda - i oczy
skośne z pionową szparą źrenicy -: Pan? Priap? - .
A to już przecież okolica Muz - Muzy spojrzały na niego,
dostrzegły jego podniecenie jawne, przeraziły się jak węża, który
urzeka i trwoży - rozpierzchły się z krzykiem i piskiem - chwyciły
się dłońmi ostatnich smug Panowej muzyki, unoszącej się jak
błękitnawy dym na powietrzu - i zwinnie jak po licznych drutach
telegraficznych wyspinały się wysoko - na linkę ostatnią - stamtąd
- przycupnąwszy, z rozmachem ramion kilkakrotnym - skoczyły w
czarne niebo i rozbłysnęły konstelacją Liry - lecz nie wszystkie -
Fałn zadziera głowę - liczy - raz i drugi - jedna, dwie, trzy,
cztery, pięć, sześć, siedem, osiem - osiem tych gwiazd - więc
jeszcze raz liczy i zawsze mu osiem wypadnie - gdzie, więc ta
dziewiąta? - gdzie dziewiąta? -
W ciemnej, posępnej pustce stoi Cyprjan - a już w ludzkiej,
zwyczajnej, codziennej stoi postaci i ubrany powszednio: pumpy z
samodziału, wiatrówka, bretonka ze śmiesznym ogonkiem w pośrodku -
przestrzeń ciemna, jądro nocy - tylko huczący wicher przelewa się
po gęstym, samotnym powietrzu; - nagle od wschodu wystrzela
jaskrawy snop światła - jak reflektor - ognistym jęzorem liże
widnokrąg - drży węsząco - układa się półkolem na szerokość bitej
drogi - światło tężeje, staje się szklane i fosforyczne; - spoza
drogi, na jej szlak, z głębi nocy nadciąga orszak rozśpiewany -
olbrzymi orszak ludzkich i zwierzęcych postaci - słychać okrzyki:
"Dionizos! - Eu - oj - Dionizos!!" - Przed nim i za nim - bo to on
tam pośrodku na rydwanie ciągnionym przez giętkie pantery i lwice -
to on! - piękny, faraoniczny, szeroki w ramionach, wąski w
biodrach, nagi - przed nim i za nim nieprzejrzany pochód sylenów,
satyrów, falloforów i menad - uwieńczeni fiołkami i bluszczem -
idą, tańczą i śpiewają - skandują rytmicznie, marszowo: - "e - wo -
e - ra - dość - wolność - ra - dość - wol - ność" - - Światło jest
tak silne, że Cyprjan widzi - stąd, zdaleka przecież, a tak
wyraźnie widzi - roześmiane, mokre wargi, żarzący błysk oczu,
powiew rozpuszczonych włosów. - Orszak obszedł tym sierpem drogi -
minął półkole - zbliża się do Cyprjana w szumie i gwarze - - a im
bliżej tym bardziej zmienia się kształt pochodu - niema satyrów ni
menad - tyrsy rozpłynęły się w powietrzu - - to olbrzymi zwarty
pochód związków robotniczych - już widać, i znów tak wyraźnie! -
zmęczone twarze, w których żarzy się upojenie - widać spracowane
ręce zwinięte w pięści i podniesione wysoko - - olbrzymi,
triumfalny marsz - idą - a na przedzie kroczy postać niewieścia -
naga po pas - w ostrym świetle płoną dziewicze piersi - - od pasa
spódnica czerwona - i czerwony niesie sztandar - wysoko go niesie -
w tej jaskrawej pożodze czerwony jak krew - ten sztandar! - -
marszowym idą rytmem; melodia wylatuje spod nóg - zakwita w wichrze
pobudka:- allons enfants de la patrie -
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.