Motory - Emil Zegadłowicz

Kup ebooka

29.49 zł
24.18 zł (13,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Tom pierwszy

O wy źródła Poezji! O nauczyciele!O wszystkich innych wieszczów ozdoby i znicze!Wesprzyjcie słabość moją, i niech sobie liczęZa zasługę, żem Prawdy szukał w waszym dziele. JEAN MORÉAS("Eryfila")

Ogłuszający szum wodospadu przerzucał się z pośród wyrw skalnych, rwał i walił opętanie przez oślizgłe kondygnacje głazów, olbrzymim łukiem spadał w kamienne dno przepaści i rozpryskiwał się w pianę i mgłę. Sam szum, sama melodia gwałtu i żywiołu.

Krajobraz jak w tle Monny Lizy, zimny i fantastyczny, zmontowany według praw krystalizacji zlodowaciałego światła księżycowego: promieniowanie umarłych. Pustka i przerażenie zastępywały powietrze. Brak tchu i ustawiczny zawrót głowy i copochwila przeraźliwe spadanie w ciemną otchłań. Za każdym razem zasuwała się na cały obraz, który przecież był jedyną wątłą i nadpróchniałą platformą, na której z trudem utrzymywała się świadomość - gęstą stęchlizną nasycona, czarna zasłona; to był zapach grobu; i to była nicość. Trwała wieki. W jednym z takich wybłyśnięć - ponad urwiskiem szczytu górskiego, poza umierającym ponowkiem - zamajaczyła jak w prostopadłej tafli lodu na międzyplanetarnym mrozie - olbrzymia, w nieskończoność umykająca sirinks: niewieście, sfinksowe twarze - dziewięć rozmglonych piszczał - - zamajaczyła, zadrżała, skruszyła się - w migocie szczerb gwiezdnych zagasła... Lodowaty wiatr nawiewał z jądra wiecznej nocy bezmiar chmur i oparów; wszystko, co jeszcze było najwątlejszym bodaj istnieniem, pogrążało się i zatapiało w mlecznej, rozwodnionej, sinej ciszy; stąd, nie z dna, bo go nie było, z głębi więc, ledwo przy najwyższym natężeniu słuchu można dosłyszeć cośkolwiek. Mętna pamięć liczb - liczenie - huk! Obroty tysięcy tęczowych kół - rozprysk - huk! Olbrzymia szklana wieża nasycona rudym światłem - chwieje się - nachyla - okręca wokół swojej osi jak człowiek ugodzony kulą w serce - pada - roztrzaskuje w szczerby i żwir - chwila martwej ciszy - a potem - jak trzeci sygnał - huk! Teraz znów daleki szum (on jednak jest najistotniejszą realnością) zaświadczył o istnieniu. Szum wzmagał się, rósł, potężniał - aż ogłuszający łoskot spadających mas wodnych wyrywa resztki istnienia z przepaści i rzuca jak rybę głębinową na brzeg posępnego krajobrazu. Na widnokręgu zarysowuje się coraz wyraźniej pasmo Kaukazu; owe niebotyczne góry, które nie są niczym innym, jak tylko męką ludzką, kamiennym wycierpieniem za tę iskrę zbawczego ognia skradzioną bogom, aby ludziom było jaśniej i cieplej. Tknięte światłem mgły, opary i wybryzgi rozbitych na miazgę drobin wodnych - zadrgały nagle: przeciągły, przejmujący tren. Szum był jeszcze wciąż bardzo blizki, a te dźwięki szklane i wątłe - dalekie. Na strome skały Kaukazu padły pierwsze promienie słońca. Kontury szczytów przypominały rozpiętą postać ludzką. Ponad nimi wiatr gnał na północ samotną, czarną chmurę; kształt jej przypominał orła. Teraz dopiero nacichać począł szum, a równocześnie wzmagała się i wyraźniała melodia, pod której czarem przemieniała się przestrzeń, a czas stawał się posłuszny i przyjazny jak stary, wierny pies. Zanim zaczęły się wydziwiać te nieprawdopodobności, które kiedyś przed wiekami (a choćby przed dziesiątkami lat, a choćby przed rokiem, przed miesiącem, tygodniem, a choćby przed kilku godzinami - czyż to nie wszystko jedno - ? - ) były tym, co zwykło się zwać rzeczywistością - nastręczyło się zwyczajne i nieponętne wcale, zwłaszcza, że zaraz z jakimś przypomnieniem gazeciarskim połączone niechlujnie, stwierdzenie, że to wcale piękna rzecz ta Grecja! - no, nie dzisiaj; powiedzmy raczej: nie - chociaż przecież i ten król i ten plebiscyt wzorowo terrorystyczny - zawsze to coś jest; skrzyżowanie interesów angielskich i włoskich, i kto będzie nad tym dardanelskim Wschodem panował - itd. - Venizelos umarł, monarchia sprawiła mu pogrzeb z szykanami co się zowie! - laweta, sztandary, strzały armatnie - wszystko w porządku! - Tsaldaris i Kondylis płakali jak dwa rutynowane bobry; tak pisały dzienniki monarchistyczne, a im można wierzyć. - Lecz czy to wszystko właściwie Grecja? - chyba nie; - raczej to:- ostatni nikły promień na marmurze kona, zatrzymał grot swój drżący na świątyni dłużej i zda się kuć na fryzie dystychy Byrona - Na Zeusa! - to było piękne - Kefalonia! Missolunghi! - i owo przepłynięcie w stylu klasycznym wodnej trasy Hero - Leander; poeta, kuternoga - a jednak! - Byron: niedonoszony Faun z jedną capią nogą! A w głąb? -: obrona Sokratesa: - Sokrates fesin adikein tous te neous diaftheironta kai theus, hous he polis nomidzei, ou nomidzonta, hetera de daimonia kaina - gorszyciel kochany! mistrz akuszerii myślowej! - i: pochwalona bądź Ksantypo! - gdyby nie twe, ciągle przez męża prowokowane, kostyczne usposobienie - siedziałby stary pod sandałem i nie zechciałoby mu się wałęsać bezrobotnie po rynku i spędzać noce na bardzo podejrzanych ucztach. - Dodajmy do tego, że był Sokrates zawiedzionym w swych ambicjach artystą - a będziemy na tropie: jak powstaje krytyk; - oczywiście, bez wrodzonego seksapilu mowy by nie było o zawrotnej karierze tego brzydala - bo to i Plato i zazdrosny o swego mistrza, donżuański Alcybiades - i wogóle! - Też miał pomysł, ten Alcybiades, z tym odłupywaniem dziarskich znamion męskości posągom świętego Priapa! - nic dziwnego, że już po upływie nocy wszystkie kobiety Aten z przedmieściami, wsiami i przysiółkami miał przeciwko sobie; a wiadomo, bez kobiet nic się zrobić nie da, można wbrew - lecz bez? ani mowy! - Szkaradny czyn Alcybiadesa był symboliczną zapowiedzią końca dawnej Grecji; słusznie też rzucono nań przekleństwo - jedynie zakochana w nim kapłanka Theano wzbraniała się, nie chciała wypowiedzieć słów klątwy; lecz to votum separatum nic nie pomogło; los sam pomścił się pomieszaniem rozumu; Alcybiades obrał karierę wojskową - czyli wykreślił się z grona ludzi myślących; cóż mu zresztą, wykolejeńcowi i niedoukowi, pozostawało? - wojny, zdrady; nic więcej, a przecież mogło coś z niego być, człowiek zdolny, przystojny! - heroizm myśli greckiej liczył na niego; niestety na próżno! A chłopskie dzieje wójtów i sołtysów miceńskich? - trochę krwiożercza banda, ale z patosem! Wielką pieśnią dopełniali swój zaściankowy żywot - i w tym wytrzymaniu oddechu epickiego okazali znakomity zmysł historyczny; przetrwali; pies by o nich nie wiedział! - a tak to nawet o psie sprytnego analfabety Odysa, Argusie, wiemy coś niecoś. Dzięki Sofoklesowi i Freudowi międzynarodową zadymę zrobił Edyp - człowiek istotnie nieszczęśliwy - był wprawdzie mistrzem Grecji w dziale rozrywek umysłowych - lecz ożenił się z leciwą niewiastą, która nie poprzestała na tym, że mogła być jego matką, ale istotnie była matką; to przesada i nieprzyjemność. Ostatecznie prawie wszyscy mamy pociąg do miejsca urodzenia (to już nie patriotyzm, to najautentyczniejszy matriotyzm), lecz czynimy to pośrednio, niejako per procura, ale tak robić jak Edyp to nieładnie; za ostro; do tego z pobudek monarchistycznych! - Złośliwy (jak wszyscy poeci) Sofokles kazał mu z tą żoną-matką (pióro się wzdryga!) spłodzić czworo dzieci - potrzebne to było dramaturgowi do wywołania tragicznych wzruszeń wśród osiłków, atletów i sportsmenów - to nagromadzenie okropności: kazirodztwo, samobójstwo, wyłupienie oczów - zgroza i kicz! - dawniejsze źródła, łagodniejsze i łaskawsze, mówią, że Edyp ochłonąwszy po śmierci (naturalnej) Jokasty z Kreonów primo voto Laiusowej, secundo voto Edypowej - poślubił był p. Eurygancę i z nią miał te inkryminowane dzieci - nie z matką! Coś tu jest nie w porządku; cofnijmy się szybko jeszcze w głąb dziejów; w jakieś przyjemniejsze czasy i okolice. Arkadia! No tak - teraz jest znacznie przyjemniej i dorodniej. - Arkadia - siedziba boga Pana i dziewięciu Muz, które z chłodnego Helikonu i śnieżnego Parnasu przyszły tu potańczyć i pośpiewać pośród łąk pachnących tymiankiem i macierzanką, pośród dąbrów i brzezin, przejrzyć się w chłodnych zwierciadłach źródeł obramionych bluszczem i paprocią, posłuchać (a rozchylają przy tym wargi i odsłaniają zęby) szumiących wiecznym mijaniem strumyków, lśniących modrością południa i srebrem pełni - ciemnieją Muzom źrenice - palce kładą na usta - nacicha wraz z nimi kraina zielono-złoto-niebieska - kraina poezji i tragizmu. A ten Pan ma rogi na głowie, a to są promienie słońca; rumianą ma twarz - to blask nieba; odziewa się pstrą skórą kozią, a to znaczy gwiazdy na nocnym firmamencie; ręce i nogi ma kosmate, a to obraz ziemi pokrytej mchami, ziołami i lasami; - oto on: mądrość i żywioł; falliczny, jądrzasty Pan! - Z pięknej córki rzeki Ladonu, nimfy Syrinx, zamienionej w trzcinę, uczynił narzędzie muzyczne o siedmiu otworach: piszczałkę sirinks - i na niej - na tej nimfie pięknej - gra: wtedy niebo i ziemia słuchają, a dziewięć Muz zestraja z rytmem pieśni tętno krwi: tańczą dzieje człowieka na ziemi od powstania po ostatni kres; - a zwłaszcza jedna z trzcin tej piszczałki dźwięczy tak przejmująco, że gorący grad dreszczu wstrząsa ciałami Muz - zataczają się w tańcu, omdlewają z żądzy i z wyciągniętymi dłońmi podsuwają się rozdygotane pod kosmaty brzuch Pana. W olbrzymiej, wklęsłej tarczy lustra utworzonego z wielu warstw nagrzanego powietrza - widzi arkadyjską krainę, a wraz jakby siebie i swe myśli zgęszczone w ponętne kształty dziewięciu nagich Muz - on Pan: Cyprjan Fałn. Dziwacznie i niezgrabnie brzmią na tle pasterskiej melodii sirinksowej te dźwięki: Cyprjan Fałn; jeszcze Fałn - nazwisko - prawdopodobnie spółnocnione: Faun - lecz imię! - i gdyby nie pierwsza jego część "Cypr" - wyspa winodajna - całość byłaby wcale nieznośna i wprost ordynarna - tak samo jak i ta nędzna, nieprzewiewna przestrzeń, w której przebywa w tej chwili: długi, nieskładny pokój (co tu ukrywać!) separatka szpitalna, licho i niemrawo oświetlona, przepuszczonym przez szklane drzwi kuchenne, światłem lampki nocnej. - Cyprjan Fałn leży na białym, blaszanym łóżku; śpi; obok chrapią i jęczą na swych barłogach dwaj chorzy; koledzy; współlokatorzy. Obmierzłe to wszystko! - jedynym ratunkiem jest sen pełen odmiennego realizmu: Arkadia właśnie! - i te Muzy! Skąd się, do diaska, taki sen bierze? - to nie jest bez ale - myśli w śnie Cyprjan; wie, że śni, i ta świadomość raduje go - panuje niejako nad widziadłami i nad trwałością snu; - anamneza? asocjacja? kompleks życzeniowy? - symbolika wreszcie? - metaforyczne skojarzenie? - Najwyraźniejsza sprawa to ta z grą na trzcinowych piszczałkach, na sirinks, a właściwie na nimfie Syrinx; to przecież jasne, sny są wogóle proste w konstrukcji - konstrukcja snów jest prosta - to tylko my jesteśmy zawili i zbyt chytrzy na jawie; to wszystko. Tak mówi ktoś siedzący w skórzanym fotelu; grubymi, lubieżnymi palcami bawi się dewizką; przed nim stolik z syfonem wody sodowej i keksami; a doktór... chodzi po pokoju tam i spowrotem - przystanął przed półką z książkami - wskazuje nosem na zielony grzbiet z szarym szyldzikiem i mówi, że malarstwo wariatów to pierwszorzędny materiał, że prymordialność sztuki wogóle, naprawdę, o, proszę - i pokazuje; lecz karty książki są zupełnie białe, ani tekstu, ani ilustracji, nic; tylko doktór dostrzega coś na nich. Na drugim fotelu siedzi Cyprjan i żali się, że znów ma kwasotę, a tu znikąd sody i to w domu doktora; powinna przecież być; "tę wodę alkaliczną niech pan pije" - mówi doktór; więc Cyprjan pochyla się - pije - ale już ze źródła wytryskającego spod olbrzymiego bukowego pnia, pień jak połoz, albo raczej jak noga słonia, taki kolor i chropowatość fałdzista - na pniu na wysokości podniesionej ręki napis erotyczny krótki, prosty, wymowny napis: "tu j...łem" i data; całość napisu jak radosny krzyk: że tu, że to!! - "mam jeszcze inne fotografie tego typu (jakiego typu?), ale przy żonie jakoś opacznie pokazywać" - to znów mówi profesor kultury klasycznej, fanatyk Grecji, strasznie miły, filigranowy, ruchliwy, a żona jego o twarzy zmiennej, żywych oczach, dowcipnym składzie warg, pięknie zbudowana - siedzi na tapczanie, uśmiecha się i tasuje całą talię fotografii - co pochwila spada jedna z kart na podłogę - wtedy widać akt kobiecy w fantastycznej pozie - "a ta fotografia, to Itaka, ta Itaka, wie pan - nigdzie takich grubych oliwek niema jak na wyspach, drzewa po prostu, kolosy" - rzeczywiście olbrzymie drzewa; - a pod spodem, pod tą Itaką - bo to obramione i na ścianie - wiszą rękopisy Mickiewicza, listy miłosne czy coś w tym rodzaju - może sama Xawera? - Teraz przystanął profesor kultury klasycznej przed biurkiem - ale to już w innym pokoju - za którym siedzi młoda dziewczyna i pisze coś zawzięcie w pamiętniku i ssie przy tym łodyżkę niezapominajki - i mówi do niej konspiracyjnie: "co ten pan Cyprjan z tą Andaluzyjką, też sobie wybrał!" Zaraz się przypomina, tak, przypominają się dwie wersje hiszpańskiego sztychu kolorowego Noirdemange'a, korpulentna (i to się później nie zgadzało) piękność przed lustrem - i tu zaraz zachodzi obraz za obraz: Velasquesa piękna Wenus przed lustrem - a tamta na palcu wskazującym hołubi dwa ptaszki - a ptaszki jak to żwawe ptaszki -; wyobrażenie tych ilustracji zasypuje jak świeże tytle inkaustowe złoty piasek świegotu wróblego; matowa klisza pełna gadatliwego ćwierkania. - Czujna kontrola podsuwa myśl: "więc to stąd ta nazwa, ta assocjacja z Andaluzyjką", oraz strzęp dyskusji: - co do historii sztuki, nasunęło mi się to podczas sceny superrewizji lekarskiej z Cyprjanem, to uważam ją, historię sztuki, naprawdę za ciężką chorobę, coś w rodzaju cholery; nigdy się nie zakaziłem przeczytaniem historii sztuki; chroniło mnie od tego zaśnięcie już przy "wstępie" - - a ja tyle rozmów przeprowadziłem z obrazami; tyle wywiadów! - - A potem weszło mnóstwo ludzi - młodych i starych - krzyczą i kłócą się - a treść tego wszystkiego, że będzie przewrót, że musi być, że wypadki marcowe zdecydowały, że tajny rząd frontu ludowego już się montuje, że powstanie w sierpniu, w połowie sierpnia beer - Cyprjan Fałn coraz bardziej i coraz bystrzej wpatruje się w niezmącone - jeno chmury dalekie pełzają niemo dnem - zwierciadło źródła - widzi swe odbicie - leży nago na chłodnym, miękkim mchu - widzi twarz, szyję i część ramion - i ten źródlany człowiek widzi swe odbicie w warstwie zielonego powietrza - radzi są z siebie bardzo, możnaby powiedzieć: zakochani - zdala przesącza się po przez liście leszczyn i tawuł daleka muzyka: sirinks! - Gwałtownie podnosi się krągła tafla źródła - rozszerza się - już zamknięta obręczą widnokręgu - tworzy się z niej owa znana wklęsła tarcza lustra - w stosunku do jej wielkości jest Cyprjan mały -: mrówka - otaczają go Muzy - dziewięć - teraz przypomina sobie jak na lekcji greki - najdokładniej - maturalnie - mówi: - ty jesteś Klio - uwieńczona laurem córka Jowisza i Mnemozyny - - ty jesteś Euterpe - umiejąca się podobać - grająca na flecie - - ty jesteś Talia - zwana kwitnącą - uwieńczonaś bluszczem i maskę w ręku trzymasz - - ty jesteś Melpomena - śpiewająca - z berłem i wieńcem z asfodeli - posępna jesteś - oddajesz się podczas gradowych burz - - ty jesteś Terpsychora - lubiąca taniec - zwiewna jak powietrze na świtaniu - oczy twe są pełne wesela - mierzi mnie twój pociąg do Marsa - i piór w twych włosach nie lubię - - ty jesteś Erato - w różach i mirtach - gruchasz jak synogarlica - - ty jesteś Polihymnia - wielohymnowa - sznurami pereł ciężka jest twa wyniosła szyja - lilie wodne otaczają twe czoło - - ty jesteś Urania - uwieńczonaś gwiazdami - grają wokół ciebie jak rozżarzone pszczoły - promieniujesz błękitem - - ty jesteś Kaliope - w złotym diademie - matka Orfeusza rozdartego przez kobiety. Tak to mówi Cyprjan - sucho wylicza - tyle, że tymi określeniami nieco soczyścieje ta arkadyjska odprawa; - z dziewięciogrona - za każdym wywołaniem odrywa się jedno grono - występuje i przybiera mimowoli pozę znaną z waz greckich - choć w rzeczywistości tych waz jeszcze nie było, istniały w nierzeczywistości, więc w każdym razie istniały. - W pochopnie ironicznym rezultacie nasennia się mizerackie przeświadczenie, że jest - on Cyprjan - on Fałn - dyrektorem czy impresariem zgoła współczesnych girlsów, zespołu: Cyprjan-girls - zresztą może to i dobrze, że są takie z krwi i ciała i mają to wszystko co kobieta mieć powinna od stóp do głów -: Muzy, które można posiadać - tym przeświadczeniem realnieje wszystko jawnie i przesuwa się jak platforma na gumowych kołach miękko i cicho ku granicy tak zwanej rzeczywistości - z platformy tej, posuwającej się łagodnie, bez wstrząsów, napowietrznie prawie - widać litewski krajobraz kładący się pod skanzję słów: "kobieto puchu marny, ty wietrzna istoto"... kto to mówi? - czyżby ten święty rycerz zabijający smoka... stoi tu na ostatnim zakręcie... platforma mija go płynnie i gładko - a teraz, teraz to już wiadomo, że ten doktór wykropkowany to jest Bychowski (Gustaw) a ten profesor to Kowalski (Jerzy!!) - i Bychowski pokazuje te obrazy malowane przez wariatów (któryż z nich malował Muzy? - powiedz, panie doktorze!!), a Kowalski, profesor kultury klasycznej, jest promotorem wizji buków z erotycznymi napisami i tych (a więc to on?) Muza-girls - no, to przynajmniej wiadomo! - Lecz natychmiast po tym stwierdzeniu już znów nic nie wiadomo - cały pierwszy plan odpomnianego snu pokrywa się bujną zielenią - po liściach i gałązkach, nie uginając ich wcale, bez ciała i bez kości, z wyobrażenia na prędce sklecony - stąpa hinduski fakir - blady, z czarną brodą po pas - wywraca oczami tak, że tylko białka bielą się nieprzyjemnie - gra na flecie - długie, samożywe palce przebierają zwinnie i prędko - skąd tu ten fakir? - no oczywiście pomyłka - to chrabąszcz uśpiony pod szerokim liściem klonu - chrabąszcz wyjątkowo czarny - na każdej łusce skrzydła lśni jak błękitnawy ognik siódemka - prawdą w tym wszystkim jest tylko ta melodia - nie flet, nie flet wcale - to głos sirinks przesiewa się przez leszczyny i trzciny - głos przenikliwy i urzekający - dźwięki opadają na łąkę zasianą stokrotkami, firletką i sosenkami modrych dąbrówek - po chwili podlatują z niej jako wielobarwne motyle - aż się roi w powietrzu od tej kolorowej, trzepotliwej melodii - to Cyprjan gra i wie, że na nimfie gra - czuje jej ciało na wargach - przejmuje go nagła żądza, gwałtowne pożądanie, obłędna chuć - odrzuca instrument muzyczny - plusnęła woda i zaśmiała się głośno i piskliwie - a Cyprjan jest już koźlim stworem - capie, kosmate nogi, kopyta, kręte rogi nad czołem i capia broda - i oczy skośne z pionową szparą źrenicy -: Pan? Priap? - . A to już przecież okolica Muz - Muzy spojrzały na niego, dostrzegły jego podniecenie jawne, przeraziły się jak węża, który urzeka i trwoży - rozpierzchły się z krzykiem i piskiem - chwyciły się dłońmi ostatnich smug Panowej muzyki, unoszącej się jak błękitnawy dym na powietrzu - i zwinnie jak po licznych drutach telegraficznych wyspinały się wysoko - na linkę ostatnią - stamtąd - przycupnąwszy, z rozmachem ramion kilkakrotnym - skoczyły w czarne niebo i rozbłysnęły konstelacją Liry - lecz nie wszystkie - Fałn zadziera głowę - liczy - raz i drugi - jedna, dwie, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem - osiem tych gwiazd - więc jeszcze raz liczy i zawsze mu osiem wypadnie - gdzie, więc ta dziewiąta? - gdzie dziewiąta? - W ciemnej, posępnej pustce stoi Cyprjan - a już w ludzkiej, zwyczajnej, codziennej stoi postaci i ubrany powszednio: pumpy z samodziału, wiatrówka, bretonka ze śmiesznym ogonkiem w pośrodku - przestrzeń ciemna, jądro nocy - tylko huczący wicher przelewa się po gęstym, samotnym powietrzu; - nagle od wschodu wystrzela jaskrawy snop światła - jak reflektor - ognistym jęzorem liże widnokrąg - drży węsząco - układa się półkolem na szerokość bitej drogi - światło tężeje, staje się szklane i fosforyczne; - spoza drogi, na jej szlak, z głębi nocy nadciąga orszak rozśpiewany - olbrzymi orszak ludzkich i zwierzęcych postaci - słychać okrzyki: "Dionizos! - Eu - oj - Dionizos!!" - Przed nim i za nim - bo to on tam pośrodku na rydwanie ciągnionym przez giętkie pantery i lwice - to on! - piękny, faraoniczny, szeroki w ramionach, wąski w biodrach, nagi - przed nim i za nim nieprzejrzany pochód sylenów, satyrów, falloforów i menad - uwieńczeni fiołkami i bluszczem - idą, tańczą i śpiewają - skandują rytmicznie, marszowo: - "e - wo - e - ra - dość - wolność - ra - dość - wol - ność" - - Światło jest tak silne, że Cyprjan widzi - stąd, zdaleka przecież, a tak wyraźnie widzi - roześmiane, mokre wargi, żarzący błysk oczu, powiew rozpuszczonych włosów. - Orszak obszedł tym sierpem drogi - minął półkole - zbliża się do Cyprjana w szumie i gwarze - - a im bliżej tym bardziej zmienia się kształt pochodu - niema satyrów ni menad - tyrsy rozpłynęły się w powietrzu - - to olbrzymi zwarty pochód związków robotniczych - już widać, i znów tak wyraźnie! - zmęczone twarze, w których żarzy się upojenie - widać spracowane ręce zwinięte w pięści i podniesione wysoko - - olbrzymi, triumfalny marsz - idą - a na przedzie kroczy postać niewieścia - naga po pas - w ostrym świetle płoną dziewicze piersi - - od pasa spódnica czerwona - i czerwony niesie sztandar - wysoko go niesie - w tej jaskrawej pożodze czerwony jak krew - ten sztandar! - - marszowym idą rytmem; melodia wylatuje spod nóg - zakwita w wichrze pobudka:- allons enfants de la patrie -

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.