Rodzice powiedzieli mi, że Ameryka to takie niesamowite miejsce, w którym będziemy mogli mieszkać w domu i mieć psa, robić to, na co przyjdzie nam ochota, oraz jeść tak dużo hamburgerów, że aż nam poczerwienieją twarze. Jak dotąd jedyne, co udało nam się zrealizować, to ta część z hamburgerami, ale wciąż miałam nadzieję. Poza tym tutejsze hamburgery są całkiem dobre.
Najlepszego burgera pochłonęłam w centrum lotów kosmicznych Houston zeszłego lata. Nie planowaliśmy nic tam kupować - wszyscy wiedzą, że jedzenie w muzeum jest jakieś pięćdziesiąt tysięcy razy droższe niż gdziekolwiek indziej. Ale wystarczył zapach skwierczącego bekonu, gdy przechodziliśmy obok kafeterii, żeby kolana się pode mną ugięły. Rodzice musieli usłyszeć burczenie w moim brzuchu, bo zaraz potem mama zaczęła grzebać w torebce w poszukiwaniu drobnych.
Wystarczyło nam pieniędzy tylko na jednego hamburgera, więc musieliśmy się nim podzielić. Ale, o rety, co to był za burger! Ogromny, z prawdziwym bekonem i majonezem, i ogórkami!
Mama lubi mi dokuczać, że pożarłam wtedy całość na raz, zostawiając im zaledwie jakieś okruszki. Chciałabym myśleć, że zostawiłam im jednak trochę więcej.
Inną wspaniałą rzeczą w centrum lotów kosmicznych była darmowa klimatyzacja. Tego lata mieszkaliśmy w samochodzie. To może i brzmi jak niezła zabawa, ale nią nie było, bo mieliśmy popsutą klimatyzację. Po hamburgerze tata ulokował się przed klimatyzatorem i został tam do zamknięcia. Jakby chciał zmienić swoje palce w lody na patyku.
My z mamą chodziłyśmy od wystawy do wystawy. Z trudem za nią nadążałam. W Chinach była inżynierką, więc uwielbia matematykę i rakiety. Zachwycała się tym modułem i kolejnym, i następnym też. Żałowałam, że nie ma z nami mojego kuzyna Shena. On również uwielbia rakiety.
Gdy doszłyśmy do budki fotograficznej, twarz mamy się rozpromieniła. W budce można było sobie zrobić zdjęcie, na którym wyglądało się jak prawdziwy astronauta w kosmosie. Weszłam jako pierwsza. Włożyłam głowę w wycięcie w tekturze i uśmiechnęłam się, gdy facet powiedział "seeer". Kiedy przyszła kolej na mamę, pomyślałam, że zabawnie będzie wskoczyć do jej zdjęcia. W efekcie na fotografii znalazła się ona w kombinezonie astronauty, unosząca się nad ziemią, a ja stałam obok niej w klapkach i robiłam palcami królicze uszy.
Twarz mamy wykrzywiła się, gdy to zobaczyła. Błagała faceta, żeby pozwolił jej zrobić jeszcze jedną fotkę, ale on rzucił tylko: "Nie da rady. Jedno zdjęcie na osobę". Przez chwilę myślałam, że mama się rozpłacze.
Nadal mamy tę fotografię. Za każdym razem, gdy na nią patrzę, żałuję, że nie mogę cofnąć się w czasie. Gdybym mogła, nie zepsułabym jej zdjęcia. I dałabym jej więcej mojego burgera. Nie całego, ale na pewno jeszcze kilka kęsów.
* * *
Pod koniec tego lata mój tata dostał pracę jako pomocnik w kuchni chińskiej restauracji w Kalifornii. Oznaczało to, że już nie musieliśmy gnieździć się w samochodzie - mogliśmy przeprowadzić się do niewielkiego mieszkania z jedną sypialnią. A tata codziennie przychodził z pracy ze smażonym ryżem. Czasami też, niestety, z wielkimi bąblami na całych ramionach. Mówił, że to tylko alergia. Ale ja tak nie myślałam. Uważałam, że to dlatego, że przez cały dzień smażył jedzenie w skwierczącym woku.
Mama też zaczęła pracować w restauracji, jako kelnerka. Wszyscy ją lubili, więc dostawała wysokie napiwki. Udało jej się nawet przekonać szefa, żeby pozwolił mi przychodzić razem z nią po szkole, bo nie miała mnie z kim zostawić.
Szef mamy był pomarszczonym Chińczykiem o białych włosach. Śmierdział czosnkiem i nienawidził marnotrawienia czegokolwiek - ani oleju, ani papieru toaletowego, a już z pewnością nie darmowych zasobów ludzkich.
- Myślisz, że dasz radę z kelnerowaniem, mała? - zapytał mnie.
- Tak, proszę pana - powiedziałam. Podekscytowanie pulsowało mi w uszach. Moja pierwsza praca! Byłam zdeterminowana, żeby go nie zawieść.
Był tylko jeden problem - miałam wtedy zaledwie dziewięć lat i potrzebowałam obu rąk, żeby utrzymać stabilnie jeden talerz. Inne kelnerki potrafiły zanieść pięć dań naraz. Niektóre nawet nie potrzebowały do tego dłoni - balansowały talerzami na ramieniu.
Gdy nadszedł wieczorny ruch, też załadowałam tacę pięcioma daniami. Wielki błąd. Kiedy moje drobne plecy ugięły się pod ciężarem, wszystkie talerze runęły na ziemię. Gorąca zupa opryskała klientów, a smażone krewetki fruwały po całej restauracji.
Z miejsca zostałam zwolniona, mama też. Nie pomogły błagania czy obietnice, że będziemy zmywać przez kolejne miliony lat. Przez całą drogę do domu walczyłam, żeby się nie rozpłakać.
Myślałam o trójce moich kuzynów w domu. Żadne z nich nigdy wcześniej nie zostało zwolnione. Tak jak i ja, wszyscy byli jedynakami. W Chinach każde dziecko jest jedynakiem, odkąd rząd postanowił, że rodzina może mieć tylko jedno dziecko. Więc jako że żadne z nas nie miało ani braci, ani sióstr, byliśmy dla siebie jak rodzeństwo. Opuszczenie ich było najtrudniejszą częścią wyjazdu z Chin.
Nie chciałam, żeby mama widziała, jak płaczę w samochodzie, ale w nocy i tak mnie usłyszała. Przyszła do mojego pokoju i przysiadła na łóżku.
- Hej, wszystko jest w porządku - powiedziała po chińsku, przytulając mnie mocno. - To nie twoja wina.
Otarła mi łzy z policzka. Przez cienkie ściany słyszałam kłócących się mężów i żony i płaczące dzieci w sąsiednich mieszkaniach. Każde było tak zatłoczone jak nasze.
- Mamo, czemu tu przyjechaliśmy? - zapytałam. - Czemu przyjechaliśmy do Ameryki?
Odwróciła wzrok i nic nie mówiła przez dłuższy czas. Nad nami przeleciał samolot, a oprawione zdjęcia wiszące na ścianach zadrżały.
Spojrzała mi w oczy.
- Bo tu jest większa wolność i większe możliwości - powiedziała w końcu. Nie miało to żadnego sensu, bo wcale nie były one większe w Ameryce. Tutaj większe są tylko ceny!
- Ale mamo...
- Pewnego dnia zrozumiesz - powiedziała, całując mnie w czubek głowy. - A teraz idź spać.
Zasypiałam, myśląc o moich kuzynach. Tęskniłam za nimi i miałam nadzieję, że i oni za mną tęsknią.
* * *
Po tym, jak mama została zwolniona z restauracji, zaczęła bardzo poważnie szukać pracy. Jak to mówiła - musiała znowu wskoczyć na konia. Był rok 1993, a ona kupowała każdą chińską gazetę, jaką tylko znalazła. Oglądała rubryki z ofertami pracy przez lupę, niczym naukowiec. I wtedy właśnie natknęła się na niezwykłą propozycję.
Niejaki Michael Yao zamieścił ogłoszenie, że zatrudni doświadczonego menadżera motelu. Był właścicielem niewielkiego motelu w Anaheim w Kalifornii i szukał kogoś, kto by poprowadził to miejsce. Praca gwarantowała darmowe zakwaterowanie! Mama podskoczyła i chwyciła za telefon - nasz czynsz pochłaniał większość pensji taty. (A podobno tu wolność i możliwości miały być większe!).
Ku jej zaskoczeniu pan Yao był równie entuzjastycznie nastawiony. Wydawało się, że nie przeszkadza mu brak doświadczenia rodziców, za to naprawdę podobało mu się, że są parą.
- Dwoje w cenie jednego! - zażartował po mandaryńsku z mocnym tajwańskim akcentem, gdy pojawiliśmy się u niego w domu następnego dnia.
Rodzice uśmiechali się nerwowo, a ja starałam się siedzieć tak nieruchomo, jak to tylko możliwe, żeby niczego nie zepsuć, tak jak zepsułam mamie pracę w restauracji. Siedzieliśmy w salonie domu pana Yao, czy raczej rezydencji. Zmuszałam się do patrzenia na podłogę, by nie gapić się na czubek głowy pana Yao, tak błyszczący w świetle, jakby był posmarowany białkiem jajka.
Otworzyły się drzwi i do środka wszedł chłopiec na oko w moim wieku. Miał na sobie T-shirt z napisem "Mam wszystko w", a pod nim obrazkiem miski zupy, przekreśloną literą "z" i dodaną "d". Uniosłam brwi.
- Jason, przywitaj się - powiedział pan Yao do chłopca.
- Dzień dobry - wymamrotał Jason.
Moi rodzice uśmiechnęli się do niego.
- W której klasie jesteś? - zapytali go po chińsku.
- Idę do piątej - odpowiedział po angielsku.
- Ach, tak jak Mia - stwierdziła mama. Uśmiechnęła się do pana Yao. - Angielski pańskiego syna jest bardzo dobry.
Odwróciła się do mnie.
- Słyszałaś, Mia? Bez akcentu.
Policzki mi płonęły. Mój język jakby stał się bezwładną jaszczurką.
- Oczywiście, że dobrze mówi po angielsku. Urodził się tutaj - powiedział pan Yao. - To jego pierwszy język. Ojczysty.
Ojczysty. Wymówiłam bezgłośnie to słowo. Zastanawiałam się, czy gdybym naprawdę ciężko pracowała, też byłabym w stanie pewnego dnia mówić angielskim jak rodowici Amerykanie. Czy może to było zupełnie poza moim zasięgiem? Spojrzałam na mamę, która potrząsnęła głową. Jason zniknął w swoim pokoju, a pan Yao zapytał rodziców, czy mają jakieś pytania.
- Dla pewności, możemy mieszkać w motelu za darmo? - odezwała się mama.
- Tak - odparł pan Yao.
- A... co z... - Mama z trudem wypowiadała słowa. Potrząsnęła głową zawstydzona. - Czy dostaniemy wynagrodzenie?
- Och, jasne, wynagrodzenie - powiedział pan Yao, jakby mu to w ogóle nie przyszło do głowy. - Co powiecie na pięć dolarów od gościa?
Zerknęłam na mamę. Widziałam, że liczy w głowie, bo zawsze wtedy miała taki rozmarzony wyraz twarzy.
- Trzydzieści pokoi, pięć dolarów za pokój, to sto pięćdziesiąt dolarów za noc - powiedziała mama z szeroko otwartymi oczami. Popatrzyła na tatę. - To dużo pieniędzy!
To rzeczywiście była ogromna suma. Moglibyśmy kupować hamburgery codziennie, po jednym dla każdego z nas - nawet nie musielibyśmy się nimi dzielić!
- Kiedy możecie zacząć? - zapytał pan Yao.
- Jutro - powiedzieli mama z tatą równocześnie.
Pan Yao się zaśmiał.
Gdy rodzice wstali, by uścisnąć mu dłoń, wymamrotał:
- Muszę was ostrzec. To nie jest najładniejszy motel na świecie.
Rodzice pokiwali głowami. Widziałam, że nie robi to im żadnej różnicy, jak ten motel wygląda. Mógł przypominać wnętrze toalety autokaru, jeśli o nas chodziło; sto pięćdziesiąt dolarów dniówki i darmowe mieszkanie - wchodziliśmy w to.