Most trzech czasów - Karolina Wiaczewska

Kup ebooka

36.90 zł
29.52 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

CZĘŚĆ PIERWSZA

Cecylia

Cyklista rozsmakowany w śledziach

Lot skowronka

Za zdrowie Komendanta

Jan

Cena miłości

Pochowajcie mnie w żółtej sukience

Żywy las

Cecylia i Jan

Raki, co nie lubiły tonu skrzypiec

Szumiąca jak drzewa

Makuchy

Jan i Cecylia

Wędrowny sokół

Sztacheta

Siłacz w kłębach pary

Cecylia

Sarenka

Refleksy

Pierwsze łzy

Jan

CZĘŚĆ DRUGA

Coś więcej niż marzenie

Gienierały

Jak Tacjana młynek straciła

Cecylia i Jan

Ostatni strzał

Workuta

Sybiraczka

Cecylia

RYNGRAF

Rozkaz to rozkaz

Słowiki na Monte Cassino

Jan i Cecylia

Ogień, co stłumił przyzwoitość

Lotnik

Szkocka krata

Jan

CZĘŚĆ TRZECIA

Szklany śnieg

Niestosowność uczucia

Jastrun

Cecylia

MŚCIWOŚĆ

Podźwignięci z ruin

Wieszczyca

Cecylia i Jan

Graga

Zawiłości

Inny punkt widzenia

Cecylia

Biała szamanka

Elishamowe skrzypce

Żal ścisnął za serce

Jan i Cecylia

Czas jak kręgi na wodzie

Wierne serce

Zaślepienie

Jan

Jan i Cecylia

Powieść dedykuję wszystkim ludziom, których zawieruchy historii wygnały z przynależnych im miejsc, by rzucić w obce i nieznane tereny świata. Pisząc tę książkę, myślałam o niezwyczajnych mieszkańcach dawnych kresów Rzeczpospolitej, o malowanych ułanach, zesłańcach syberyjskich, żołnierzach polskiej armii oraz Żydach dotkniętych tragicznym losem. Przede wszystkim jednak myślałam o ludziach słabych i biednych, czyli tych, którzy miłując, stracili swą ukochaną osobę, albo tych, którzy pragnąc i poszukując, nigdy nie zaznali niczyjej uwagi i ciepła serca. Ich pamięci poświęcam tę powieść.

Sztuką jest tak dziękować, aby nikogo nie pominąwszy, nie wprowadzić w zakłopotanie. Dziękować zwyczajnie trzeba umieć i w skłonności owej należy pamiętać o minimalnym rozmachu słowa - przy maksymalnej wrażliwości na szczegóły. Uczę się tego przy każdej okazji.

Tym razem mogę wreszcie bardziej oficjalnie podziękować mojej Mamie - kobiecie niezwykłej. Obok mądrości i romantycznej duszy, uzbrojonej w dzielność i wytrwałość, a także w nieskończoną cierpliwość do mnie i moich pomysłów na fabuły książkowe. Nie zwątpiła we mnie nigdy i potwierdzeniem tego pozostaną na zawsze zapisane w mej pamięci noce, które spędziła na czytaniu tego, co zdołałam przelać na papier. Gdy zamykam oczy, widzę zarys Jej sylwetki zatopionej w półmroku, pochylającej się nad jaśniejącym ekranem komputera. Dziękuję Jej z całego serca, bo nie tylko swoim sercem wytrwale jest przy mnie, mimo wszystko.

Podkreślam także kluczową rolę Wydawnictwa WasPos, które umożliwiło mi przekazanie moich przemyśleń szerszej grupie odbiorców. Dziękuję pani Agnieszce Przyłuckiej za cierpliwość, zrozumienie oraz sympatyczną atmosferę pracy. Słowa uznania pragnę skierować również pod adresem redaktorki, pani Justyny Karolak. Dziękuję jej za wnikliwą obserwację tekstu, za trafione poprawki i pełne zaangażowania komentarze.

Kolejno chciałabym podziękować moim recenzentkom, paniom Agnieszce Krizel, Kornelii Pikulik-Czyż, Paulinie Ampulskiej i Magdalenie Spirydowicz. Agnieszce Krizel, autorce bloga "Recenzje Agi", dziękuję nie jedynie za opinię na temat mojej powieści, którą zgodziła się przedstawić, ale przede wszystkim za to, że jest dowodem, iż z internetowej sieci można wyłowić autentycznego Człowieka - osobę prawdziwą w emocjach. Ta cecha ujęła mnie w Niej od pierwszej chwili i za nią szczerze ją cenię. Kornelii Pikulik-Czyż, autorce bloga "Korci mnie czytanie", dziękuję za jej wyważony sposób oceniania mojej twórczości literackiej, a także za umiejętność przekazywania wniosków z fantazją i dobrym gustem. Paulinie Ampulskiej, autorce "Pokoju pełnego książek" na Instagramie, dziękuję za niesłabnącą energię, zaangażowanie i pobudzanie mnie do działania, a także za cudowne, spontaniczne reakcje i pomysłowość. Magdalenie Spirydowicz, autorce bloga "Magdalena.Lena", dziękuję za subtelność i wrażliwość - cechy przynależne kobiecie, która nie przechodzi obojętnie zarówno obok dobrej literatury, jak i potrzeb innych ludzi.

Następnie pragnę podziękować moim książkowym postaciom. Wszystkim bez wyjątku. W każdej z nich jest bowiem jakiś pierwiastek, który szczególnie sobie upodobałam. Nie należy on do mnie, nie jest nawet owocem mojej wyobraźni, ale konsekwencją obserwacji świata i człowieka. Dziękuję zatem moim bohaterom, bo dzięki nim udało mi się w jednym miejscu zgromadzić cechy, które zdolne są definiować ludzi pod względem prawdy o ich naturze.

Na koniec pragnę jeszcze podziękować komuś, kto tylko pozornie niewiele może mieć wspólnego z pisarstwem czy literaturą. Mój pies to istota zdolna każdym machnięciem ogona wlać w moje życie radość. Mieszko jest owczarkiem staroniemieckim, który po prostu umie słuchać. A to, niczym milczenie, często wystarcza za wszystko inne.

Cecylia

Ty pójdziesz górą, ty pójdziesz górą, a ja doliną. Ty zakwitniesz różą, ty zakwitniesz różą, a ja kaliną.

Jej włosy pachniały ziołami. Lekko zbliżony do sosnowego aromat szałwii przełamywała intensywność rumianku. Niepowtarzalna ciepła słodycz o miękkim, miodowym zabarwieniu unosiła się w powietrzu wraz z ostrą nutą świeżo ściętej lawendy. Cecylia, ostrożnie i powoli, drobnymi palcami przeczesywała kolejne pukle, chcąc, by nabrały obfitszego kształtu. Następnie upięła je jednym wprawnym gestem. Wcześniej długo stała przed lustrem, przyglądając się kreślącemu się w nim odbiciu. Własne rysy twarzy wydawały jej się nazbyt smutne. Pesymistycznego obrazu dopełniały krople wody, tak podobne do łez, a ściekające wzdłuż skroni, aż po krawędź szczęki. Nagie ramiona układały się w łagodny łuk. Kobieta kilkakrotnie obracała się, chcąc obejrzeć całość sylwetki. Nie wydawszy się sobie wystarczająco atrakcyjną, przysłoniła ciało wilgotnym ręcznikiem. Letni poranek przez uchylone okno wnikał nieśmiało do zacienionych zakamarków pokoju. Niepozorne promienie słońca migotały, przenikając przez szerokie oczka plecionych firanek. Cecylia wyciągnęła z szafy kostium w kolorze zielonym, przypominającym swym nasyceniem skórkę awokado. Do zewnętrznej klapy żakietu niewielką złotą agrafką przyczepiła kilka drobnych listków mięty.

Pogoda sprzyjała spacerom. Droga wiodła pomiędzy szpalerami drzew, wśród których dominowały klony. Ich rozłożyste korony obfitowały w wielokształtne liście, zwartą strukturą przysłaniające powykręcane gałęzie. Gdzieniegdzie pojawiały się także leszczyny. Pod ich pniami z rzadka leżały niewielkich rozmiarów orzechy, odziane w falbankę ze zrośniętych podkwiatków. Właśnie wtedy zwróciła na nią uwagę. Podobna do zwinnej wiewiórki, pełnym energii krokiem zmierzała w sobie tylko znanym kierunku. Była wysoką, szczupłą kobietą w średnim wieku. Gdy otwierała usta, oczom rozmówcy ukazywały się duże przednie zęby. Cecylia dostrzegła ją z daleka. Niejako rozpoznała po rudym kolorze włosów. Przystanąwszy, z nieudawanym zachwytem chłonęła ognistą intensywność ich barwy. Tym razem odważy się pogratulować nieznajomej dokonanego wyboru. Z uśmiechem poda pod wątpliwość, iż taki kolor osiągalny jest dla każdego. Na koniec dyskusji wspomni o tym, iż wytrwale czekać będzie jesieni. Wówczas to uchwycić da się prawdziwą istotę tonacji dominującej w otoczeniu niepowtarzalnymi refleksami. Kobieta podziękuje, dumna i speszona zarazem. Od tego momentu, gdy drobny komplement zagościł w jej świadomości, poruszać będzie się już inaczej. Nabierze śmiałości, a jednocześnie uśpiona w niej finezyjność - w nieskrępowany sposób ukaże się światu. Cecylia dostrzegła tę pozornie nic niewnoszącą zmianę. Długo wiodła wzrokiem za umykającą wiewiórką, która może nieco rozmarzona, w wysublimowany sposób stawiała stopy.

Na idealnie błękitnej tafli nieba rozchodziły się promieniście smugi światła, gdy Cecylia przemierzała ostatni etap drogi. Wiódł on leniwie wzdłuż brzegu jeziora, zastygłego w niewytłumaczalnym bezruchu. Najdrobniejszy podmuch wiatru nie wzbudzał choćby drżenia, niepokoju samotnej fali, która gdyby istniała, z łatwością dotarłaby do kamienistego wału. Przez to granatowa głębia wód zdawała się tonąć w intensywniejszym niż zazwyczaj odcieniu. Cecylia pamiętała doskonale tę drogę. Pokonywała ją po wielokroć. Pokonywali ją razem. Wówczas za wszelką cenę starała się zapamiętać każdy najdrobniejszy szczegół, aby pozostał z nią już na zawsze. Przede wszystkim zapach jego wody kolońskiej. Miodową słodycz ostrożnie przełamywaną nieznanego pochodzenia goryczą, ulatującą wyjątkowo pospiesznie. Akordy zapachów układały się niczym dźwięki w niezliczoną ilość kombinacji. Zdawało się, iż charakter ich zależy od aktualnego nastroju towarzyszącego jej mężczyzny.

To w momencie pełnego wzruszeń pożegnania postanowiła, iż zrobi mu niespodziankę. Kilka dni po jego wylocie do Londynu kupiła bilet na najbliższy samolot. Spakowała niewielki bagaż i zjawiwszy się na lotnisku, cierpliwie czekała na odprawę. Sam lot przebiegał spokojnie. Maszyna bez jakichkolwiek przeszkód, równym rytmem pokonywała dystans dzielący dwoje zakochanych w sobie ludzi. Cecylia rozmarzonym wzrokiem obserwowała świat, poszczególne fragmenty kontynentu rozciągającego się wzdłuż postrzępionego wybrzeża. Gdy po opuszczeniu samolotu skomentowała rozczarowującą pogodę, niewysoki, rudowłosy steward zaproponował, aby czym prędzej wróciła z nim do Polski. W odpowiedzi mężczyzna usłyszał jedynie jej pełen serdeczności śmiech. Kilkadziesiąt minut później, stojąc na progu obcego sobie domu, Cecylia żałowała, iż nie skorzystała z przedstawionego jej wariantu. Nigdy wcześniej nie założyłaby nawet, iż takie rozwiązanie mogło w ogóle wchodzić w grę. Gdy jednak ujrzała na twarzy narzeczonego mieszaninę skrajnie przeciwstawnych emocji, wiedziała już, że zbiegając beztrosko ze schodów dosuniętych do skrzydła samolotu, popełniła błąd. Początkowo żądała od niego wyjaśnień. Czując, jak cała krew napływa jej do mózgu, pragnęła poznać prawdę, chociażby najbardziej banalną z możliwych. Nie potrafiła jednak się zdecydować, czy powinna wydrapać oczy brunetce, której imienia nie zdołała zapamiętać, mimo iż mężczyzna w bezczelny sposób śmiał przedstawić sobie obie panie, czy ograniczyć się do okaleczenia dawnego ukochanego, którego tłumaczenia traktować należało jako równie zawiłe, co bezwartościowe. Zapewne Cecylia zachowałaby się w jakiś nieprzewidywalny sposób, ostatkiem sił nadając zdarzeniom pożądany przez siebie kształt, gdyby ostry dźwięk dzwonka nie przeszył gwałtownie powietrza. Mężczyzna niechętnie otworzył drzwi. Następnie zrezygnowany wrócił do pomieszczenia i usiadłszy na krawędzi krzesła, rzucił tylko ochryple, iż poddaje się, bo bez względu na wszystko nie da rady naprawić sytuacji. Dlaczego wówczas wybiegł właśnie za nią, mimo iż nie tylko ona wpadła na pomysł, aby odwiedzić go tego pamiętnego dnia, Cecylia nie zdołała ustalić. Po prawdzie nie interesowało jej już nic, co w najdrobniejszy sposób byłoby związane z człowiekiem, na którym zawiodła się całkowicie. I jak onegdaj za wszelką cenę starała się zapamiętać każdy najdrobniejszy szczegół, aby pozostał z nią już na zawsze, tak obecnie, spacerując samotnie brzegiem jeziora, czuła wstręt i obrzydzenie do własnych wspomnień. Wiedziała, że musi pozbyć się ich czym prędzej. Skutecznie, a co ważniejsze - raz na zawsze.