W Café du Monde powietrze ma słodki smak.
Kawiarnia znajduje się na Jackson Square, gigantycznym placu pełnym ludzi, turystów, ale także ulicznych artystów. Na przewróconym wiadrze stoi kobieta pomalowana od stóp do głów na srebrno, w stroju baletnicy. Nie porusza się, dopóki ktoś nie włoży jej w dłoń monety. W cieniu gra na saksofonie jakiś gość, a z przeciwnej strony placu dobiegają dźwięki trąbki. Obie melodie brzmią tak, jakby muzycy ze sobą rozmawiali.
Zajmujemy stolik pod markizą w zielono-białe paski. Mama i tato zamawiają kawę, a ja mrożoną herbatę w wielkim, plastikowym kubku, na którym skrapla się wilgoć. Napój jest kojąco zimny, lecz jednocześnie tak słodki, że prawie bolą mnie zęby.
Tuzin wiatraków leniwie mieli powietrze nad naszymi głowami, wcale go nie chłodząc, ale mimo upału tato jest w swoim żywiole. Rozgląda się po gwarnym placu.
- Nowy Orlean to cudowne miejsce - zagaja. - Założony przez Francuzów, oddany Hiszpanom, wykorzystywany przez piratów i przemytników... - Razem z Jacobem ożywiamy się, tymczasem tato ciągnie: - Sprzedany Stanom Zjednoczonym, napiętnowany niewolnictwem, pochłonięty przez pożary, spustoszony przez powódź, a mimo wszystko odbudowany... i tak to właśnie wygląda. Wiedzieliście, że znajdują się tu czterdzieści dwa cmentarze oraz najdłuższy most w całych Stanach? Most nad jeziorem Pontchartrain, taki długi, że z jednego końca nie widać drugiego...
Mama klepie go po ramieniu.
- Zostaw sobie coś na jutro, na zdjęcia do programu, kochanie - mówi kpiąco, jednak on już się rozpędził.
- Historia tego miasta nie składa się tylko z elementów paranormalnych - oznajmia. - Na przykład jest ono również kolebką jazzu.
- A także voodoo i wampirów - dodaje mama.
- I prawdziwych ludzi też - upiera się tato. - Takich jak Antonio de Sedella, zwany P?re Antoine, albo Jean Lafitte...
- ...a także Kat z Nowego Orleanu - wtrąca radośnie mama.
Jacob rzuca mi znaczące spojrzenie.
- Mam nadzieję, że to nazwa jakiegoś zespołu heavymetalowego, a nie...
- ...który rąbał swoje ofiary siekierą - uzupełnia mama.
Jacob wzdycha.
- No tak, oczywiście, rąbał...
- Terroryzował miasto w tysiąc dziewięćset osiemnastym roku - przypomina sobie tato.
- Nikt nie czuł się bezpieczny - rzuca mama. Wpadają w swój zwykły rytm Duchodzeniowców z programu, mimo że w pobliżu nie ma kamerzystów, tylko Jacob i ja, chłonący ich słowa. - Kat był seryjnym mordercą, ale uwielbiał jazz, więc wysłał do policji list, w którym napisał, że nie zabije nikogo w domu, w którym będzie grał zespół jazzowy. Przez całe tygodnie muzyka wypełniała ulice miasta, głośniejsza niż zwykle i wszechobecna. Wylewała się z domów w dzień i w nocy, prawdziwa jazzowa kakofonia.
- I co, złapali go? - pytam.
Mama mruga gwałtownie i unosi wysoko brwi, tak jakby historia pochłonęła ją do tego stopnia, że nie pomyślała o zakończeniu.
- Nie - odpowiada za nią tato. - Nigdy go nie złapano.
Rozglądam się, niemal oczekując, że duch Kata wciąż wędruje tymi ulicami z toporem na ramieniu i przechyloną głową, słuchając saksofonu i trąbki, szukając jazzu.
Mama uśmiecha się promiennie.
- Cześć! Jesteś naszym przewodnikiem, prawda?
Odwracam się na krześle i widzę młodego czarnego człowieka w śnieżnobiałej koszuli z rękawami podwiniętymi do łokci. Na nosie ma okulary w stalowych oprawkach, za którymi kryją się jasnobrązowe oczy w zielone i złote cętki.
- Profesorze Dumont - wita go tato, wstając z krzesła.
- Proszę, mówcie mi Lucas - odpowiada tamten przyjemnym, spokojnym głosem. Ściska dłoń taty, mamy, a potem moją, toteż od razu czuję do niego sympatię. - Witajcie w Nowym Orleanie.
Opada na plastikowe krzesło naprzeciwko nas i zamawia kawę oraz coś, co brzmi jak "beignety".
- Zatrzymaliście się w hotelu Kardec? - pyta po odejściu kelnera.
- Tak - potwierdza mama.
- Ten hotel nazwano po kimś konkretnym, prawda? - pytam, przypominając sobie stojące w lobby popiersie ze wzrokiem wbitym w horyzont i zmarszczonym czołem. - Kim on był?
Lucas i tato w tej samej chwili nabierają powietrza, żeby mi odpowiedzieć, lecz tato kiwa głową do Lucasa, ustępując mu pierwszeństwa. Profesor uśmiecha się i prostuje na krześle.
- Allan Kardec był ojcem spirytyzmu - wyjaśnia. Nigdy nie słyszałam o spirytyzmie, a Lucas najwyraźniej to zauważa, ponieważ mówi dalej: - Spirytyści wierzą w istnienie sfery duchowej, zamieszkiwanej przez pewne... istoty. - Wymieniamy z Jacobem znaczące spojrzenia. Zastanawiam się, czy Kardec mógł wiedzieć o istnieniu Zasłony. Może sam był międzyświatowcem? - Rozumiesz, Kardec uważał, że dusze, lub, jeśli wolisz, duchy czy widma, znajdują się w tamtym miejscu, innej rzeczywistości, lecz można się z nimi porozumieć, kiedy wezwie je medium.
- Podczas seansu spirytystycznego?
- Właśnie tak - potwierdza.
Nagle ozdoby w hotelu mają sens. Pluszowe kotary, wyciągnięte dłonie, malowidło na suficie lobby: stół i krzesła, puste i oczekujące.
- W waszym hotelu mają pokój specjalnie przystosowany do takich seansów - dodaje Lucas. - Jestem przekonany, że z radością zorganizują dla was pokaz.
W tym momencie mama i ja mówimy radośnie:
- Tak! - natomiast Jacob stwierdza:
- Nie! - ale ponieważ tylko ja go słyszę, ten głos się nie liczy.
Kelner podaje półmisek ze stosem smażonych ciastek pokrytych cukrem pudrem. Nie oprószonych, lecz całkowicie pogrzebanych pod białymi górami, wyglądają jak przysypane śniegiem.
- Co to jest?
- Beignety. Pączki kreolskie - wyjaśnia Lucas.
Unoszę jednego, czując gorąco świeżo smażonego ciasta, i biorę kęs.
Pączek rozpływa mi się pomalutku w ustach. Gorące ciasto z cukrem jest bardziej kruche niż donaty i dwa razy słodsze. Próbuję wygłosić jego pochwałę, ale mam pełne usta, więc kończy się to wydmuchnięciem chmurki cukru pudru. Niebo w gębie!
Jacob ponuro patrzy na pączka, a ja opycham się resztą ciastka. Krzyżuje ramiona na piersi i mamrocze coś, co brzmi jak:
- To nie fair...
Lucas również bierze pączka i udaje mu się go zjeść bez obsypywania się cukrem. Jestem przekonana, że to jakaś supermoc! Nawet tato, znany pedant, musi strzepnąć kilka słodkich pyłków z rękawa.
Mama tymczasem wygląda, jakby właśnie skończyła maszerować przez burzę śnieżną. Cukier oblepia jej nos i brodę, ma go nawet na czole. Robię jej zdjęcie, a ona do mnie mruga.
Całą koszulę mam w białych smugach, a dłonie lepkie, ale było warto!
- No to, profesorze Dumont - odzywa się mama, wycierając ręce. - Czy wierzysz w duchy?
Nasz przewodnik składa dłonie w piramidkę.
- Trudno mieszkać w takim miejscu i nie wierzyć w coś... Ja jednak wolę skupiać się na historii.
Niebywale dyplomatyczna odpowiedź.
- To i tak lepiej niż mój mąż - stwierdza mama. - On kompletnie nie wierzy w takie rzeczy.
Lucas unosi brew.
- Naprawdę, profesorze Blake? Mimo że odwiedziłeś już tyle miejsc?
Tato wzrusza ramionami.
- Ja też, jak powiedziałeś, wolę koncentrować się na historii. Wiem, że przynajmniej ta część jest prawdziwa.
- Ach, ale historię piszą zwycięzcy - zastrzega Lucas. - Skąd mamy wiedzieć, co się naprawdę wydarzyło, jeżeli nas tam nie było? Jesteśmy zdani na domysły...
W tym momencie rozpoczynają ożywioną dyskusję o "szkiełku i oku historyka" (tato) i przeszłości jako "żywym dokumencie" (Lucas), a ja od razu przestaję ich słuchać.
Na stole leży harmonogram zdjęć w segregatorze, którego okładkę pokrywają smugi cukru. Przyciągam go i przelatuję przez Szkocję i Francję do odcinka trzeciego, zaznaczonego pojedynczą czerwoną zakładką.
DUCHODZENIOWCY
Odcinek trzeci
Lokalizacja: Nowy Orlean, Luizjana, Stany Zjednoczone.
"Kraina zagubionych dusz"
- Brzmi obiecująco - stwierdza Jacob, czytając mi przez ramię, gdy przeglądam listę planów zdjęciowych:
Hotel Place d'Armes
Restauracja Muriel
Cmentarz Saint Louis nr 1, nr 2 i nr 3
Cmentarz Lafayette nr 1
Cmentarz Metairie
Cmentarz św. Rocha nr 1
Stary klasztor urszulanek
Posiadłość LaLaurie
Wszystkie nazwy brzmią dość niewinnie, ale teraz już wiem, że na pierwszy rzut oka każde miejsce potrafi wyglądać zwodniczo.
Kiedy pączkowa uczta dobiega końca, a szklanki są puste, wszyscy wstajemy. Lucas otrzepuje dłonie, mimo że nie ma na nich ani drobinki cukru.
- Widzimy się wieczorem? - pyta tato.
- W rzeczy samej - zgadza się nasz przewodnik. - Podejrzewam, że po zmroku odkryjecie całkiem inne miasto.
~ ~ ~
Tego wieczoru Lucas czeka na nas w hotelowym lobby wraz z ekipą filmową: facetem i dziewczyną. Wyglądają na niedopasowaną parę, tak jakby łączyły ich tylko zwisające z dłoni kamery. Przedstawiają się jako Jenna i Adan. Jenna to niska, pulchna, biała dziewczyna. Końcówki czarnych włosów ma pofarbowane na jaskrawoniebiesko, a na szyi zawiesiła z dziesięć srebrnych łańcuchów. Adan jest prawdziwym olbrzymem, nosi czarną koszulkę, a każdy cal jego oliwkowej skóry pokrywają tatuaże.
Przyłapuje mnie na gapieniu się i napina mięśnie, tak że wyraźnie widzę chrześcijański krzyż na bicepsie, oko Horusa na przedramieniu i pentagram w pobliżu łokcia. Niektórych symboli nie rozpoznaję: splątanych w węzeł trójkątów w pętli ani wyraźnego czarnego znaku, który wygląda jak krucza stopa.
- To algiz - wyjaśnia. - Taka runa. - A potem opowiada, że to nie noga kruka, tylko łosia. Przyglądam się pozostałym symbolom. Widziałam już ludzi, którzy mieli wytatuowany jeden lub dwa z nich, ale Adan ma ich co najmniej siedem.
- Po co ci one wszystkie?
- Dla ochrony - odpowiada. Przechodzi mnie dreszcz i bezwiednie sięgam dłonią do zwierciadełka na szyi.
- Przed czym?
Wzrusza ramionami.
- Przed wszystkim.
Jenna przysuwa się ku nam i klepie go po ramieniu.
- Adan lubi zabezpieczyć się na każdą okazję - oznajmia, a potem ścisza głos do teatralnego szeptu: - Nie cierpi zwłaszcza potworów czających się pod łóżkiem.
- Gadaj sobie, gadaj - mówi Adan. - Pewnego dnia zobaczysz ducha i będziesz miała za swoje.
Dziewczyna dramatycznie wzdycha.
- Chciałabym! - mówi i wydyma wargi. - Nikt mnie nigdy nie nawiedzał. - Jej wzrok pada na mój naszyjnik. - Odlotowy wisiorek.
- Dzięki - odpowiadam, kręcąc nim w palcach. Jacob krzywi się, kiedy lusterko odwraca się w jego stronę, a ja przykrywam je dłonią, zanim mój przyjaciel zobaczy w nim swoje odbicie. Pewnego razu w Szkocji tak się zdarzyło. Wciąż pamiętam, jak wtedy w nim wyglądał: poszarzały, ociekający rzeczną wodą i niewątpliwie martwy.
Jacob odchrząkuje, a ja uśmiecham się wymuszenie.
- Gotowi? - pyta Lucas spokojnie, tak jakby dopuszczał możliwość, że któreś z nas zaprzeczy.
Wychodzimy z hotelu Kardec, a Zasłona unosi się przede mną na powitanie. Bez palących promieni słońca i upału wyczuwam duchy znacznie lepiej: pukają w moją czaszkę i pływają na brzegu pola widzenia.
Muzyka wylewa się z barów i wypływa zza rogów ulic, ale ja słyszę również dźwięki pod nią. Upiorne jazzowe nuty dryfują ku mnie w letnich powiewach.
Mama ściska moje ramię.
- Słuchasz? - pyta, wodząc wokoło rozbieganym wzrokiem. - Miasto się budzi.
Jestem prawie pewna, że nie słyszymy tego samego, a mimo to mama ma rację.
Podobnie jak miał rację Lucas.
Nowy Orlean po zmroku jest rzeczywiście całkiem innym miastem.
Upał zmienił się już w ospałe ciepło, mimo to Dzielnica Francuska nie ma zamiaru układać się do snu. Aleje tętnią życiem, po chodnikach przewalają się tłumy pijących i śpiewających.
Śmiech niesie się po ulicy, a przez otwarte drzwi słychać wiwaty i jazz: poszczególne instrumenty walczą o pierwszeństwo, a pod tym wszystkim czai się Zasłona. Czuję, jakby światy żywych i umarłych zderzały się wokół mnie.
Mijamy grupę zwiedzającą Nowy Orlean tropem wampirów. Wszyscy niosą schłodzone szklanki, których jaskrawoczerwona zawartość plami im wargi, a z ust wystają plastikowe białe kły. Promieniuje od nich radosna energia, jakże odmienna od tego, co ich zainspirowało.
Tak mnie to wszystko rozprasza, że niemal wpadam na Adana, który zatrzymał się na chodniku z kamerą przy oku. Zaczęli już filmować.
Mama i tato stoją przed budynkiem z czerwonej cegły, najwyraźniej hotelem. Ma balkon z balustradą z kutego żelaza i biały szyld, głoszący "Place d'Armes". Po prawej stronie znajduje się brama, szeroka w sam raz dla konnego powozu, zamknięta żelazną kratą.
Nic specjalnego, nic nadzwyczajnego. Kiedy jednak patrzę przez tę bramę na przestrzeń spowitą w cień, włosy na karku stają mi dęba, a Zasłona naciska na moje plecy niczym dłoń.
Wiem, że jeśli nie będę uważać, przepchnie mnie na drugą stronę.
- Tu, w Nowym Orleanie - zaczyna tato do kamery - niemal wszystko, co widzicie, zostało zbudowane na ruinach czegoś innego. Dzielnica Francuska spłonęła dwukrotnie, po raz pierwszy w tysiąc siedemset osiemdziesiątym ósmym, a potem kolejny raz, zaledwie sześć lat później. Od tamtej pory wybuchały jeszcze niezliczone pożary, pochłaniające mieszkania, budynki lub nawet całe kwartały.
- Być może właśnie dlatego to miasto jest tak nawiedzone - zastanawia się na głos mama. - A w każdym razie może to być jeden z powodów. Wszędzie, gdzie stąpniemy, gdzie się zatrzymamy, stał kiedyś czyjś dom.
- Weźmy na przykład ten hotel - mówi tato, wskazując budynek za nimi. - Place d'Armes.
Mama kładzie dłoń na żelaznej kracie.
- Na długo zanim powstał hotel, mieściła się tu szkoła. Kiedy dzielnicę ogarnął pożar, w środku pozostało uwięzionych wiele dzieci. - Patrzy prosto w obiektyw. - Nie zdołały uciec.
Mimo że jest ciepło, przechodzi mnie dreszcz.
Pod ręką mamy krata uchyla się z piskiem. Rodzice odwracają się i wchodzą z oświetlonej latarniami ulicy w ciemność.
- My sobie tu zaczekamy - woła Jacob, ale ja już podążam przez bramę.
Mój przyjaciel wzdycha i wlecze się za mną.
W chwili kiedy mijam kratę, wita mnie Zasłona. Drażni mnie zapach dymu, słyszę falę chichotów i szuranie dziecięcych stóp.
- Schowaj się - szepcze jakiś głosik.
- Ale nie tam! - syczy inny.
Wyciągam dłoń, żeby oprzeć się o najbliższą ścianę. Zasłona sięga ku mojej ręce, owija się wokół nadgarstka, a do mnie dociera z ciemności kolejny śmiech i wysokie głosy dzieci.
A potem znikąd pojawia się inny głos, nie taki jak poprzednie, słabe i odległe. Nie, ten jest bliżej. Niski, głęboki, z pewnością nie dziecięcy, w ogóle trudno go nazwać głosem, jest raczej jak ochrypły podmuch, zgrzyt otwieranych drzwi.
- Idziemy po ciebie...
Sapię, uwalniam dłoń z uścisku Zasłony, odpycham się od ściany i wpadam plecami na Lucasa.
Patrzy na mnie pytająco, tak jakby chciał się upewnić, że wszystko ze mną w porządku. Kiwam uspokajająco głową, chociaż serce wali mi w piersi. Ten głos zagrzechotał w moim umyśle niczym kamienna lawina, ostra i niebezpieczna, i pozostawił po sobie... zimno.
"Słyszałeś to?" - pytam w myślach Jacoba, który stoi ze skrzyżowanymi ramionami.
- Te straszne dzieciaki?
Zaprzeczam ruchem głowy. "Ten inny głos".
Marszczy czoło i kręci głową. Nagle czuję, że nie mogę się doczekać, by znaleźć się jak najdalej od Place d'Armes i tego, co czai się za murem. Po raz pierwszy nie mam ochoty przekroczyć Zasłony i dowiedzieć się czegoś więcej.
- Te dzieci wciąż tu są - kontynuuje mama, a jej głos odbija się w bramie echem. - Goście słyszą czasem tupot małych stóp w korytarzach, a niektórzy z nich rano orientują się, że ich rzeczy zostały poprzestawiane. Monety i ubrania są ułożone jak pionki w grze.
- Jak wkrótce przekonamy się w następnej lokacji, nie wszystkie duchy w tym mieście są tak figlarne - uzupełnia tato.
Wycofujemy się przez bramę, a Lucas zamyka za nami głośno skrzypiącą kratę. Powinnam poczuć ulgę, ale nic podobnego się nie dzieje.
Rodzice idą ulicą, a ja zezuję jeszcze w mrok bramy.
Unoszę aparat, zerkam przez wizjer i ustawiam ostrość, w jedną, potem w drugą stronę, dopóki niemal, niemal, niemal widzę kogoś stojącego za kratą. Małe palce ściskają pręty... ale za nimi czai się inny kształt, czarny jak niebo o północy, ciemniejszy niż sama ciemność. Rzuca się naprzód nagłym szarpnięciem, a ja upuszczam aparat.
Łapię go, zanim spadnie na ziemię, a kiedy znów unoszę go do oka, kadr jest pusty.
Cień zniknął.
Ciąg dalszy w pełnej wersji