Moskwa 1612 - Tomasz Bohun

Kup ebooka

32.00 zł
26.55 zł (25,10 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

WSTĘP

Pomnik kupca Kuźmy Minina i księ­cia Dymi­tra Pożar­skiego, który stoi w Moskwie na placu Czer­wo­nym, został wysta­wiony w 1818 r. na fali patrio­tycz­nego unie­sie­nia po zwy­cię­skich kam­pa­niach z Napo­le­onem. Był to hołd dla dwóch boha­te­rów ich histo­rii, uho­no­ro­wa­nie ludzi, któ­rzy w epoce wiel­kiej smuty uchro­nili Rosję przed kata­strofą. Minin i Pożar­ski w 1611 r. zor­ga­ni­zo­wali dru­gie pospo­lite rusze­nie, które było czymś wię­cej niż siłą zbrojną; idea, która im przy­świe­cała - wypar­cie "Lachów i Litwy" z Moskwy i wybra­nie nowego cara przez repre­zen­ta­tywny dla pań­stwa Sobór Ziem­ski - zjed­no­czyła dużą część spo­łe­czeń­stwa moskiew­skiego, w tym wiele skłó­co­nych dotąd śro­do­wisk poli­tycz­nych. W 1612 r., w wyniku kilku ope­ra­cji woj­sko­wych, zmu­sili do kapi­tu­la­cji sta­cjo­nu­jący od bli­sko dwóch lat w Moskwie pol­sko-litew­ski gar­ni­zon. Do dzi­siaj sta­no­wią jeden z ele­men­tów patrio­tycz­nego mitu Rosjan, dodajmy - mitu o odcie­niu anty­pol­skim.

Inter­wen­cja Rze­czy­po­spo­li­tej w wielką smutę była wyda­rze­niem, w któ­rym roz­grywka szła już nie tylko o zagar­nię­cie czę­ści tery­to­rium wroga, ale o pod­po­rząd­ko­wa­nie sobie pań­stwa moskiew­skiego. Do początku XVII w. wojny mię­dzy Rze­czą­po­spo­litą a pań­stwem moskiew­skim toczyły się na pogra­ni­czu. Rury­ko­wi­cze moskiew­scy "zbie­rali zie­mie ruskie", ostatni Jagiel­lo­no­wie zaś, a po nich Ste­fan Batory, utrud­niali im to, jak mogli. W 1514 r. Moskwi­cini zawo­jo­wali Smo­leńsk, a kil­ka­dzie­siąt lat póź­niej wycią­gnęli ręce po Inf­lanty. Sku­tecz­nie prze­ciw­sta­wił się im Batory w kilku kam­pa­niach, z któ­rych naj­dal­sza dotarła aż pod mury Pskowa, zagony zaś w oko­lice Sta­ricy, gdzie wów­czas rezy­do­wał Iwan Groźny. Ale wciąż były to lokalne kon­flikty. Wojna pol­sko-moskiew­ska epoki smuty wynio­sła kon­flikt mię­dzy oby­dwoma pań­stwami na inny poziom: za oku­pa­cją ziem, które od najaz­dów mon­gol­skich nie zaznały obcego pano­wa­nia, poszedł pro­gram poli­tyczny - osa­dze­nia pol­skiego Wazy na tro­nie moskiew­skim. Mniej­sza o to, jakie były szanse jego powo­dze­nia, ważne było, że część elit moskiew­skich w zamian za utrzy­ma­nie swo­ich wpły­wów skłonna była uznać kró­le­wi­cza Wła­dy­sława Wazę za cara Moskwy. Nic z tego nie wyszło, a w wyniku zbroj­nych dzia­łań wojsk pol­sko-litew­skich zostały znisz­czone ogromne poła­cie pań­stwa moskiew­skiego. W tym sen­sie inge­ren­cję Rze­czy­po­spo­li­tej w smutę moskiew­ską można porów­nać ze szwedz­kim poto­pem: w obu przy­pad­kach za dzia­ła­niami zbroj­nymi szedł plan zmiany władcy - w Rze­czy­po­spo­li­tej Jana Kazi­mie­rza miał zmie­nić Karol Gustaw, wy pań­stwie moskiew­skim Wasyla Szuj­skiego kró­le­wicz Wła­dy­sław - a oba pań­stwa wynisz­czyły wojny.

Jeden z waż­niej­szych epi­zo­dów w okre­sie inge­ren­cji Rze­czy­po­spo­li­tej w pań­stwie moskiew­skim sta­no­wią dzieje pol­sko-litew­skiego gar­ni­zonu Moskwy. Było to ogromne przed­się­wzię­cie, nie­spo­ty­kane dotąd w dzie­jach woj­sko­wo­ści. Na prze­ło­mie paź­dzier­nika i listo­pada 1610 r. woj­ska het­mana wiel­kiego koron­nego Sta­ni­sława Żół­kiew­skiego wkro­czyły do sto­licy pań­stwa moskiew­skiego jako sojusz­nicy, któ­rzy mieli utrzy­mać spo­kój w kraju do czasu obję­cia tronu car­skiego przez Wła­dy­sława Wazę. Powo­dze­nie tej ope­ra­cji zale­żało przede wszyst­kim od roz­wią­za­nia pro­ble­mów natury logi­stycz­nej, któ­rych cel spro­wa­dzał się do zapew­nie­nia sta­łego zaopa­trze­nia i wspar­cia oddzia­łom roz­lo­ko­wa­nym w mie­ście.

Do marca 1611 r. takie dzia­ła­nia podej­mo­wały zwłasz­cza pułki gar­ni­zo­nowe, co nie było trudne, ponie­waż jesz­cze pano­wał spo­kój. Jed­nak w końcu mie­siąca sytu­acja ule­gła dia­me­tral­nej zmia­nie. 29 marca dowódca gar­ni­zonu, refe­ren­darz litew­ski Alek­san­der Gosiew­ski, aby uprze­dzić wystą­pie­nie lud­no­ści spo­wo­do­wane nad­cią­ga­niem pierw­szego pospo­li­tego rusze­nia Pro­kopa Lapu­nowa i Iwana Zarudz­kiego, spro­wo­ko­wał walki w Moskwie, które dopro­wa­dziły do pacy­fi­ka­cji i spa­le­nia dużej czę­ści mia­sta. Od tej pory szcze­gól­nego zna­cze­nia nabrała pomoc z zewnątrz.

Począt­kowo klu­czową rolę w dostar­cza­niu zaopa­trze­nia i uzu­peł­nień do Moskwy odgry­wał pułk sta­ro­sty uświac­kiego Jana Pio­tra Sapiehy. Po jego śmierci, we wrze­śniu 1611 r., zada­nie to prze­jął het­man wielki litew­ski Jan Karol Chod­kie­wicz.

Ciężka zima na prze­ło­mie 1611 i 1612 r., chłodna wio­sna i dżdży­ste lato 1612 r. spo­wo­do­wały słabe zbiory i pogłę­biły kło­poty apro­wi­za­cyjne. Trud­no­ści nasi­liły się, gdy nie­opła­cone oddziały gar­ni­zonu zawią­zały kon­fe­de­ra­cję i opu­ściły Moskwę.

Na prze­ło­mie sierp­nia i wrze­śnia nowe oddziały, które weszły w skład gar­ni­zonu, zna­la­zły się w nie­zwy­kle trud­nym poło­że­niu: głód, cho­roby, a przede wszyst­kim zagro­że­nia ze strony dru­giego pospo­li­tego rusze­nia Minina i Pożar­skiego, ocze­ki­wano więc szyb­kiej odsie­czy het­mana Chod­kie­wi­cza. Tym razem jed­nak, ina­czej niż poprzed­nio, mar­gi­nes dopusz­czal­nego błędu dla dowódcy oddzia­łów nio­są­cych pomoc gar­ni­zo­nowi w Moskwie skur­czył się dra­ma­tycz­nie. Chod­kie­wicz sta­nął wobec wroga jak ni­gdy dotąd sil­nego i zde­ter­mi­no­wa­nego - co wię­cej - opar­tego o mury Moskwy. Co prawda het­man litew­ski dys­po­no­wał bit­nymi i zapra­wio­nymi w bojach oddzia­łami pie­choty oraz husa­rią, jed­nak jego celem nie było roz­bi­cie prze­ciw­nika, lecz przedar­cie się z pro­wian­tem i posił­kami na Kreml. Wszystko wska­zy­wało na to, że nie obej­dzie się bez walk ulicz­nych. Przy­znać trzeba, że to dość nie­miła per­spek­tywa dla armii roz­strzy­ga­ją­cej bitwy szarżą cięż­ko­zbroj­nej jazdy. Powtó­rze­nie wik­to­rii kłu­szyń­skiej wyda­wało się mało praw­do­po­dobne. Jed­nak Chod­kie­wicz pod­jął ręka­wicę i wyka­zał się kunsz­tem dowód­czym.

Bitwa oddzia­łów het­mana z blo­ku­ją­cymi gar­ni­zon moskiew­ski Moskwi­ci­nami 1-3 wrze­śnia 1612 r. odzna­czała się nie­zwy­kłą zacię­to­ścią, obie strony wyka­zały godną podziwu deter­mi­na­cję. Wyda­rze­niom tym nie spo­sób także odmó­wić dra­ma­tur­gii: w kul­mi­na­cyj­nym momen­cie walk oddziały Chod­kie­wi­cza wraz z zapro­wian­to­wa­niem dla gar­ni­zonu dzie­liło od Kremla jedy­nie 1800 metrów - wyda­wało się, że nic nie jest w sta­nie pokrzy­żo­wać pla­nów litew­skiemu dowódcy. Stało się jed­nak ina­czej. Chod­kie­wicz poniósł klę­skę. Z powodu strat ponie­sio­nych przez obie strony bitwę tę zali­czyć trzeba do naj­krwaw­szych starć w histo­rii sta­ro­pol­skiej woj­sko­wo­ści (w dwu­dnio­wych wal­kach Chod­kie­wicz stra­cił około 1500 zabi­tych). Także róż­no­rod­ność roz­wią­zań tak­tycz­nych, które zasto­so­wali dowódcy obu stron każe uznać tę bitwę za wyda­rze­nie godne uwagi.

Pol­ską inter­wen­cję w pań­stwie moskiew­skim wyzna­czają dwie bitwy: zwy­cię­stwo Żół­kiew­skiego pod Kłu­szy­nem, które otwo­rzyło drogę do Moskwy i stwo­rzyło per­spek­tywę osa­dze­nia na tro­nie moskiew­skim pol­skiego Wazy, i klę­ska Chod­kie­wi­cza pod murami Moskwy, która zni­we­czyła ten plan.

Samozwaniec i inni

SAMO­ZWA­NIEC I INNI

Mia­ro­daj­nym źró­dłem, uka­zu­ją­cym zamie­sza­nie w pań­stwie moskiew­skim za cza­sów Dymi­tra Samo­zwańca II, są pamięt­niki Józefa Budziłły. Był to jeden z najem­ni­ków, któ­rzy licz­nie pocią­gnęli z Rze­czy­po­spo­li­tej na służbę impo­stora. Sam tytuł pamięt­ni­ków jest już bar­dzo wymowny: Wojna moskiew­ska wznie­cona i pro­wa­dzona z oka­zji fał­szy­wych Dymi­trów od 1603 do 1612 roku. Bra­kuje w nich jed­nak wyja­śnie­nia przy­czyny obja­wie­nia się owych fał­szy­wych Dymi­trów. Cof­nijmy się więc do wyda­rze­nia, które było począt­kiem całej tej histo­rii.

Iwan Groźny, odcho­dząc z tego świata, pozo­sta­wił po sobie dwóch synów - dwu­dzie­sto­sied­mio­let­niego Fio­dora i dwu­let­niego Dymi­tra. Z racji star­szeń­stwa jego następcą został ocię­żały umy­słowo Fio­dor, brat zaś wraz z matką i naj­bliż­szymi został zesłany do Ugli­cza. Powód był pro­za­iczny - oto­cze­nie nie­ra­dzą­cego sobie z rzą­dze­niem cara oba­wiało się, że zausz­nicy Dymi­tra mogą pod­jąć próbę zde­tro­ni­zo­wa­nia Fio­dora, aby obwo­łać carem jego brata. Mimo wszystko życie Dymi­tra w Ugli­czu upły­wało sie­lan­kowo, aż do feral­nego 15 maja 1591 r. Około połu­dnia, pod­czas zabawy noży­kiem, młody Dymitr dostał ataku apo­plek­sji, w cza­sie któ­rego nie­for­tun­nie zra­nił się w szyję. Cię­cie oka­zało się tra­giczne w skut­kach, uszko­dziło bowiem tęt­nicę, w wyniku czego Dymitr wykrwa­wił się i zmarł. Mimo jed­no­znacz­nego orze­cze­nia nad­zwy­czaj­nej komi­sji śled­czej - na któ­rej czele stał Wasyl Szuj­ski, w przy­szło­ści car - że śmierć Dymi­tra była wyni­kiem nie­szczę­śli­wego wypadku, od samego początku zaczęły krą­żyć pogło­ski, jakoby za wszyst­kim stał Borys Godu­now - wów­czas naj­bar­dziej wpły­wowy czło­wiek w oto­cze­niu cara Fio­dora. Wtedy jesz­cze udało mu się dość łatwo spa­cy­fi­ko­wać nie­przy­chylne wobec sie­bie nastroje. Jed­nak kil­ka­na­ście lat póź­niej - kiedy po wyga­śnię­ciu dyna­stii Rury­ko­wi­czów, Godu­now został carem - sprawa oko­licz­no­ści śmierci Dymi­tra powró­ciła jak zły sen.

W sierp­niu 1604 r. w gra­nice pań­stwa moskiew­skiego wkro­czył pierw­szy z serii uzur­pa­to­rów - Gri­go­rij Otrie­piew - który wszem i wobec ogła­szał, że jest oca­lo­nym przed laty w Ugli­czu Dymi­trem Iwa­no­wi­czem. Po roku był już carem. Jed­nak Otrie­piew krótko cie­szył się wła­dzą. W maju 1606 r. w Moskwie miały miej­sce dra­ma­tyczne wyda­rze­nia: pod­czas zaślu­bin cara z Maryną Mnisz­chówną - córką Jerzego Mnisz­cha, jed­nego z magna­tów, który dopo­mógł mu zdo­być tron - doszło do zamie­szek, w cza­sie któ­rych roz­wście­czony tłum zgła­dził oszu­sta. Pod cio­sami tłusz­czy padło także kil­ku­set wesel­ni­ków z Rze­czy­po­spo­li­tej. Wkrótce carem został Wasyl Szuj­ski naj­bar­dziej wpły­wowy bojar, który był ani­ma­to­rem tych zda­rzeń.

Ale i on nie cie­szył się zbyt długo spo­ko­jem. Już jesie­nią tego roku chłop­sko-kozacka armia Iwana Bołot­ni­kowa oble­gła Moskwę. Co prawda w 1607 r. Szuj­skiemu udało się zmu­sić powstań­ców do odwrotu, a nawet oble­gał ich w Kału­dze, ale mniej wię­cej w tym samym cza­sie na Sie­wiersz­czyź­nie poja­wił się kolejny samo­zwa­niec. Histo­ria jego cudow­nych oca­leń była jesz­cze bogat­sza niż poprzed­niego samo­zwańca, opo­wia­dał mię­dzy innymi jak udało mu się unik­nąć śmierci dwa lata wcze­śniej w Moskwie. Nowy samo­zwa­niec pod wie­loma wzglę­dami róż­nił się od poprzed­nika. Naj­waż­niej­sze było to, że pod jego sztan­dary licz­nie ścią­gnęli najem­nicy z Rze­czy­po­spo­li­tej. Po pacy­fi­ka­cji roko­szu Zebrzy­dow­skiego kraj pełen był oddzia­łów woj­sko­wych, które dla pro­fi­tów gotowe były zaprze­dać się nawet dia­błu. Mię­dzy wrze­śniem 1607 a wrze­śniem 1608 r. pod sztan­dary samo­zwańca ścią­gnęły pułki m.in. Budziłły, Samu­ela Tysz­kie­wi­cza, księ­cia Romana Różyń­skiego, Alek­san­dra Zbo­row­skiego i Jana Pio­tra Sapiehy. Dzięki ich pomocy, w czerwcu 1608 r. dotarł on w oko­lice Moskwy i zało­żył obóz w pod­mo­skiew­skim Tuszy­nie. Szuj­ski, jak ni­gdy przed­tem, został przy­party do muru.

Pań­stwo moskiew­skie znaj­do­wało się wów­czas w opła­ka­nym sta­nie. Wiele kata­kli­zmów spa­dło na ten kraj. Wszystko zaczęło się w 1601 r. Desz­czowe lato spo­wo­do­wało słaby uro­dzaj. To, co udało się zebrać z pól, było liche i nie­wy­star­cza­jące do zaspo­ko­je­nia potrzeb lud­no­ści i zasia­nia ozi­min. Sytu­ację pogor­szyły jesz­cze silne mrozy, które wystą­piły dużo wcze­śniej niż zazwy­czaj, oraz bar­dzo mroźna zima 1601/1602 r. Krótko mówiąc, w 1603 r. w pań­stwie moskiew­skim pano­wał strasz­liwy głód, a ceny żyw­no­ści wzro­sły hor­ren­dal­nie. Kon­rad Bus­sow, cudzo­zie­miec, który wów­czas prze­by­wał w pań­stwie moskiew­skim, tak opi­sał sytu­ację: "(...) klnę się na Boga, naj­praw­dziw­sza prawda, co widzia­łem na wła­sne oczy, jak ludzie leżeli na uli­cach i, na podo­bień­stwo bydła, poże­rali latem trawę, a zimą siano. Nie­któ­rzy byli już mar­twi, a z ich ust wysta­wało siano i nawóz, a inni poże­rali ludzki kał i siano. Nie­po­li­czalne, ile dzieci zostało zabi­tych, zarżnię­tych i ugo­to­wa­nych, rodzi­ców przez dzieci, gości przez rol­ni­ków i odwrot­nie (...). Ludz­kie mięso, drob­niutko pokro­jone i upie­czone w pie­ro­gach, to jest pasz­te­tach, sprze­da­wało się na rynku (...) i poże­rało (...) tak że wędro­wiec w tym cza­sie zmu­szony był baczyć na to, u kogo zatrzy­mał się na noc­leg"1. Liczby przy­ta­czane przez ówcze­snych pora­żają: ofia­rami głodu w Moskwie stało się ponoć 120 000 ludzi, a w całym pań­stwie moskiew­skim - jedna trze­cia lud­no­ści!

W tych oko­licz­no­ściach na nie­wiele zda­wały się doraźne wysiłki admi­ni­stra­cji car­skiej. Co prawda Borys Godu­now od początku swo­ich rzą­dów roz­po­czął zakro­joną na sze­roką skalę poli­tykę eko­no­micz­nego i woj­sko­wego wzmac­nia­nia pań­stwa, jed­nak straty wśród lud­no­ści spo­wo­do­wane gło­dem ogra­ni­czyły mu pole manewru. Zamie­rzał przy­wró­cić rów­no­wagę mię­dzy bogat­szym i bied­niej­szym dwo­riań­stwem oraz lud­no­ścią chłop­ską. Oprycz­nina cza­sów Iwana Groź­nego wstrzą­snęła struk­tu­rami spo­łecz­nymi pań­stwa, a głód za Godu­nowa pogłę­bił ten chaos.

W ostat­nim trzy­dzie­sto­le­ciu XVI w. wzrost liczby dwo­rian dopro­wa­dził do ich pau­pe­ry­za­cji przez roz­drob­nie­nie przy­dzia­łów ziemi. Taki sam pro­ces nastą­pił wśród dzieci bojar­skich (czyli dwo­rian w car­skiej służ­bie), któ­rych admi­ni­stra­cja nie była w sta­nie wypo­sa­żyć w atry­buty ich pozy­cji: zie­mię i pen­sję. Wobec tego wielu z tych zubo­ża­łych zaczęło wstę­po­wać na służbę u zamoż­niej­szych dwo­rian. Aby zabez­pie­czyć ich prawa, w cza­sach Iwana Groź­nego została sfor­ma­li­zo­wana pozy­cja tzw. kabal­nych ludzi, to jest dwo­rian słu­żą­cych według umowy jako świta moż­no­wład­ców lub na ich dwo­rach. Zagwa­ran­to­wane zostały im prawa zabez­pie­cza­jące przed samo­wolą suwe­re­nów. Jed­nak w końcu XVI w. admi­ni­stra­cja car­ska anu­lo­wała pod­sta­wowy zapis, który chro­nił ich przed sta­niem się nie­wol­ni­kami. Odtąd nie było moż­li­wo­ści wykupu, jedy­nie śmierć suwe­rena zwal­niała ich ze służby. Fak­tycz­nie stali się oni nie­wol­ni­kami (chło­pami i kabal­nymi chło­pami), a o ich losie decy­do­wał teraz wła­ści­ciel. Z mili­tar­nego punktu widze­nia miało to nie­ba­ga­telne zna­cze­nie.

W cza­sie głodu sto­sun­ków pomię­dzy bied­nymi i boga­tymi dwo­ria­nami nie regu­lo­wały żadne prawa: sil­niejsi, nie oglą­da­jąc się na admi­ni­stra­cyjne zarzą­dze­nia, łamali prawa słab­szych - nie tylko dwo­rian, ale i chło­pów.

Spu­sto­sze­nia, które poczy­nił głód, zmu­siły Borysa Godu­nowa do zła­go­dze­nia poli­tyki wobec chło­pów. Na kil­ka­na­ście mie­sięcy - mię­dzy 1601 a 1602 r. - został przy­wró­cony tzw. juriew dien, czyli jeden tydzień w roku, w któ­rym chłopi mogli zmie­nić wła­ści­ciela, jeśli dotych­cza­sowy nie był w sta­nie utrzy­mać ich wraz z rodzi­nami. Mogli wtedy prze­nieść się do dóbr innego dwo­ria­nina lub klasz­tor­nych. W 1603 r. nie­za­do­wo­lone dwo­riań­stwo wymu­siło na Godu­no­wie anu­lo­wa­nie tego roz­po­rzą­dze­nia.

Mimo to chłopi, naj­czę­ściej powo­do­wani gło­dem, wciąż opusz­czali swoje dotych­cza­sowe domo­stwa i umy­kali tam, gdzie mogli stać się cał­ko­wi­cie wolni. Moż­li­wo­ści zaś mieli wiele. For­mo­wali się na przy­kład w zbrojne watahy, które gra­so­wały w mia­stach i na trak­tach. Nawet w Moskwie nie można było czuć się bez­piecz­nym. Chłopi ścią­gali do sto­licy w nadziei, że tutaj uda się im prze­trwać kry­zys. W mie­ście dopusz­czali się gra­bieży, wznie­cali pożary. Powsta­nie Chłopka, któ­rego oddziały w latach 1602-1603 dotkli­wie spu­sto­szyły oko­lice Moskwy, było apo­geum wystą­pień chłop­skich.

Nie­długo potem chłopi przy­stą­pili do rewolty Bołot­ni­kowa. Dla wielu z nich ogólny zamęt był oka­zją do ucieczki nad Don i zasi­le­nia sta­nic kozac­kich.

Mimo spu­sto­szeń, jakich doko­nał głód, pań­stwo moskiew­skie zacho­wało ele­men­tarną zdol­ność w sfe­rze admi­ni­stra­cji i woj­sko­wo­ści. Dowo­dem na to jest roz­bi­cie wojsk pierw­szego samo­zwańca w klu­czo­wym star­ciu w 1604 r. pod Dobry­ni­czami, do czego przy­czy­niła się zna­ko­mita postawa strzel­ców armii car­skiej. Rangi temu zwy­cię­stwu przy­da­wał fakt, że po stro­nie Dymi­tra wal­czyły najemne cho­rą­gwie husar­skie z Rze­czy­po­spo­li­tej (1500-2000 ludzi). I gdyby nie opie­sza­łość dowódcy car­skich wojsk, księ­cia Fio­dora Mści­sław­skiego, zapewne marsz samo­zwańca zakoń­czyłby się już na Sie­wiersz­czyź­nie. Dodajmy tylko, że woj­ska Mści­sław­skiego na początku kam­pa­nii liczyły ponad 13 000 dwo­rian i dzieci bojar­skich oraz 15 000-20 000 bojo­wych pomoc­ni­ków (cho­ło­pów i kabal­nych cho­ło­pów).

Inny przy­kład prze­ma­wia­jący za mili­tarną żywot­no­ścią pań­stwa moskiew­skiego to kam­pa­nia księ­cia Micha­iła Sko­pina-Szuj­skiego, który w latach 1609-1610 razem ze Szwe­dami dał się mocno we znaki pol­sko-litew­skim puł­kom najem­ni­ków, wal­czą­cym po stro­nie dru­giego samo­zwańca.

Mimo tych nie­wąt­pli­wych suk­ce­sów przod­ko­wie mieli lek­ce­wa­żący sto­su­nek do poten­cjału woj­sko­wego pań­stwa moskiew­skiego w pierw­szej deka­dzie XVII w. Sta­ni­sław Nie­mo­jew­ski, jeden z Pola­ków, któ­rzy podą­żyli do Moskwy na ślub Maryny z Dymi­trem Samo­zwań­cem, w cza­sie pobytu w Smo­leń­sku w pamięt­niku zapi­sał: "Do zamku żad­nego z naszych nie pusz­czano, a iż nam podle zam­ko­wego muru było jechać, bramy poza­my­kali, któ­rych jeno dwie do tak wiel­kiej obory. Strzel­ców do 600 przed zam­kiem stało, pod­pie­ra­jąc się zardze­wia­łemi rusz­ni­cami"2. Dodajmy tylko, że nie­ba­wem ta "obora" przez dwa­dzie­ścia mie­sięcy będzie opie­rała się armii Zyg­munta III.

"Nato­miast po dotar­ciu pod Moskwę stało hosu­dar­skich arce­rzów [hala­bard­ni­ków - T.B.] 100, dra­ban­tów 200 z ala­barty. Arce­rze ci, cho­ciaż nie w bar­wie byli, ale mieli prze­cię każdy jaki taki ubiór jedwabny na sobie, w płasz­czach wszy­scy, z ala­barty, u nich topo­rzy­ska okrę­cone dru­tem srebr­nem. Dra­banci zaś bez płasz­czów, ala­barty już inak­sze i bez drutu, w suk­ni­skach lada­ja­kich, w czar­nych, w skó­rza­nych, roz­ma­itych, jedni z szpa­dami, w bóciech kowa­nych albo bacz­ma­gach, dru­dzy z sza­bli­skami kozac­kiemi, w trze­wi­kach albo w skórz­niach [kama­szach - T.B.] in summa znać było rze­mieśl­niki, alias kana­lie. Podle tych ala­bart­ni­ków stało strzel­ców 600 z rusz­ni­cami, w żupa­nach tylko, każdy w inak­szej sukni, z pętli­cami po pas. Może się rzec, że woź­nic na gro­ma­dzie trudno się ma wię­cej ujrzeć, na któ­rych oni bar­dziej byli, niż na pie­chotę poszli. To ich samo tylko zdo­biło, że każdy w bia­łej cza­peczce"3.

Mniej wię­cej w tym cza­sie, kiedy oddziały dru­giego samo­zwańca zakła­dały obóz w pod­mo­skiew­skim Tuszy­nie, król pol­ski Zyg­munt III zin­ten­sy­fi­ko­wał przy­go­to­wa­nia do zbroj­nej inter­wen­cji w pań­stwie moskiew­skim. Z zamia­rem tym nosił się już wcze­śniej, przy­naj­mniej od czasu "krwa­wych godów moskiew­skich", które, jak pamię­tamy, poło­żyły kres życiu i wła­dzy Dymi­tra. Mając jed­nak na gło­wie rokosz Miko­łaja Zebrzy­dow­skiego, zmu­szony był chwi­lowo zarzu­cić myśl o woj­nie i pod­jąć grę dyplo­ma­tyczną. Na prze­ło­mie 1606/1607 r. do Kra­kowa przy­było posel­stwo moskiew­skie. Na jego czele stał ks. Gri­go­rij Woł­koń­ski i diak Andriej Iwa­now, któ­rzy w cza­sie nie­ofi­cjal­nych roz­mów z sena­to­rami dali do zro­zu­mie­nia, że wielu boja­rów chęt­nie usu­nę­łoby Wasyla Szuj­skiego z tronu. Dostoj­nicy kró­lew­scy odpo­wie­dzieli, że można byłoby go zastą­pić kró­lem Zyg­muntem lub jego synem, kró­le­wi­czem Wła­dy­sła­wem. Jest mało praw­do­po­dobne, aby była to ze strony moskiew­skiej pro­wo­ka­cja. Raczej auten­tyczny wyraz opo­zy­cyj­nych nastro­jów panu­ją­cych w Moskwie wobec słabo umo­co­wa­nego Szuj­skiego. I nie było ważne to, że Moskwi­cini oskar­żali Zyg­munta i Rzecz­po­spo­litą ni mniej, ni wię­cej, tylko o sia­nie zamętu w pań­stwie moskiew­skim. Liczyło się jedno - Szuj­ski nie był gwa­ran­tem sta­bil­no­ści.

Te same akcenty zabrzmiały na jesieni 1607 r., kiedy z rewi­zytą do Moskwy przy­byli pol­scy posło­wie. Wtedy to, prócz zawar­cia pra­wie czte­ro­let­niego rozejmu, boja­rzy rów­nież dali do zro­zu­mie­nia, że kró­le­wicz Wła­dy­sław, jako następca Szuj­skiego, byłby przez nich mile widziany. Zyg­munt III zaczął więc nama­wiać szlachtę do zaak­cep­to­wa­nia pomy­słu wojny z pań­stwem moskiew­skim. Do tego celu posłu­żyła mu instruk­cja na sej­miki par­ty­ku­larne, która wyszła z kan­ce­la­rii kró­lew­skiej w listo­pa­dzie 1608 r. Zyg­munt, chcąc unik­nąć kło­po­tów z sej­mi­kami, tak jak to miało miej­sce przed sej­mem 1607 r., użył odpo­wied­nio zma­ni­pu­lo­wa­nych argu­men­tów: uwagę szlachty zwró­cił na fakt, że posta­no­wie­nia rozejmu zawar­tego z carem Szuj­skim w więk­szo­ści nie zostały zre­ali­zo­wane. Car co prawda uwol­nił Alek­san­dra Kor­wina Gosiew­skiego i Miko­łaja Ole­śnic­kiego (posłów, któ­rzy z Dymi­trem mieli wypra­co­wać warunki soju­szu), Mnisz­cha wraz z córką i nieco wesel­ni­ków z ich oto­cze­nia, ale więk­szość więź­niów zatrzy­mał w nie­woli. Choć według króla Zyg­munta jedy­nym roz­wią­za­niem była zbrojna inter­wen­cja, zobo­wią­zał się, że bez zgody sejmu nie podej­mie żad­nej decy­zji w spra­wach moskiew­skich.

Wyniki kam­pa­nii przed­sej­mo­wej oka­zały się dla króla bar­dzo obie­cu­jące: choć więk­szość Litwy i część Mazow­sza z rezerwą potrak­to­wała jego suge­stie, to sej­miki: pro­szo­wiecki, san­do­mier­ski i sie­radzki, a więc naj­waż­niej­sze, opo­wie­działy się po jego stro­nie. Wobec tego władca prze­my­śli­wał nawet o roz­po­czę­ciu wojny już u schyłku 1608 r., jed­nak za radą kilku sena­to­rów odstą­pił od tej kon­cep­cji i posta­no­wił pocze­kać do sejmu.

Jego obrady roz­po­częły się w stycz­niu 1609 r. w War­sza­wie. Inte­re­su­jące, że - mimo korzyst­nych wyni­ków kam­pa­nii sej­mi­ko­wej - Zyg­munt nie zde­cy­do­wał się oma­wiać sprawy wojny z Moskwą na forum sejmu. Naj­wy­raź­niej znowu posłu­chał rady kilku sena­to­rów, któ­rzy twier­dzili, że naj­ko­rzyst­niej będzie poru­szyć ten temat w cza­sie taj­nej narady senatu. Szcze­gól­nie zna­mienna była wypo­wiedź pry­masa Woj­cie­cha Bara­now­skiego: "O woj­nie moskiew­skiej nie zda nic się Naj­ja­śniej­szy Miło­ściwy Królu, aby­śmy tak in facto mówić mieli, a to dla­tego, żeby nie­przy­ja­ciel nie wie­dział, na jaki cel mamy ude­rzyć"4.

Do spo­tka­nia z sena­to­rami doszło na początku lutego 1609 r. Więk­szość z nich poparła lub co naj­mniej nie sprze­ci­wiła się wypra­wie. Sejm nato­miast uchwa­lił kon­sty­tu­cję, która bez­po­śred­nio doty­czyła przy­szłej ope­ra­cji woj­sko­wej, oraz "Arty­kuły wojenne het­mań­skie...", co ozna­czało zgodę sej­mu­ją­cej braci szla­chec­kiej na to przed­się­wzię­cie.

Wkrótce po zakoń­cze­niu obrad sejmu król odbył roz­mowę z het­ma­nem Żół­kiew­skim. Zadzi­wia­jące, ale jesz­cze wtedy król wahał się, czy roz­po­czy­nać wyprawę. Zako­mu­ni­ko­wał het­ma­nowi, że decy­zję podej­mie w Kra­ko­wie. Jed­nak w końcu lutego 1609 r. wyda­rzyło się coś bar­dzo zło­wiesz­czego, co przy­spie­szyło bieg wyda­rzeń. Oto 28 tegoż mie­siąca w Wyborgu pań­stwo moskiew­skie zawarło sojusz ze Szwe­cją. Posta­no­wie­nia trak­tatu były skie­ro­wane prze­ciw Rze­czy­po­spo­li­tej. Już dosta­tecz­nym powo­dem do nie­po­koju było to, że Karol IX zobo­wią­zał się wysłać na pomoc Wasy­lowi Szuj­skiemu 2000 jazdy i 3000 pie­choty oraz oddział najem­ni­ków. Jed­nak decy­zję przy­spie­szyły pozo­stałe warunki soju­szu: Szuj­ski zre­zy­gno­wał na rzecz Szwe­cji z praw do Inf­lant, zobo­wią­zał się dostar­czyć władcy szwedz­kiemu rów­no­rzędny liczeb­nie i na tych samych warun­kach kon­tyn­gent woj­skowy w wypadku kon­fliktu Szwe­cji z Rze­czą­po­spo­litą, Szwe­dzi dostali zgodę (zapewne w cza­sie dzia­łań na tere­nie pań­stwa moskiew­skiego) na bra­nie do nie­woli lub zabi­ja­nie Pola­ków i Litwi­nów.

Szuj­ski drogo za te warunki zapła­cił: musiał oddać Szwe­cji Kare­lię.

Na wieść o soju­szu moskiew­sko-szwedz­kim Zyg­munt III, tym razem już nie­odwo­łal­nie, puścił w ruch machinę wojenną Rze­czy­po­spo­li­tej. Aktyw­ność dyplo­ma­tyczną i wywia­dow­czą wzmo­gli sta­ro­sto­wie pogra­niczni. Alek­san­der Gosiew­ski (sta­ro­sta wie­li­ski) i Andrzej Sapieha (sta­ro­sta orszań­ski) pod­jęli próbę oso­bi­stego spo­tka­nia z woje­wodą smo­leń­skim Micha­iłem Sze­inem. Rze­ko­mym powo­dem była potrzeba uzgod­nie­nia warun­ków prze­jazdu gońca kró­lew­skiego Sta­ni­sława Rad­niew­skiego, który - jak ofi­cjal­nie utrzy­my­wano - miał nakło­nić oddziały pol­sko-litew­skich najem­ni­ków do porzu­ce­nia samo­zwańca. Dla litew­skich pogra­niczników był to rzecz jasna pre­tekst, chcieli bowiem prze­ko­nać woje­wodę smo­leń­skiego, aby pod­dał się Zyg­muntowi III. Jak można było się spo­dzie­wać, Szein oka­zał się wytraw­nym gra­czem i nie wpadł w pułapkę, którą pró­bo­wali na niego zasta­wić litew­scy urzęd­nicy. Gosiew­ski, prócz dzia­łań dyplo­ma­tycz­nych, wio­sną 1609 r. przed­się­wziął akcje zbrojne, które pogłę­biły zamie­sza­nie na pogra­ni­czu litew­sko-moskiew­skim. Jego brat, Szy­mon Gosiew­ski, zajął sporne tery­to­ria przy­le­ga­jące do sta­ro­stwa wie­li­skiego. Sta­ro­sta wie­li­ski nakła­niał też do pod­da­nia się kilku woje­wo­dów moskiew­skich.

Powróćmy jed­nak do Smo­leń­ska. Tutaj - jak dono­sił Gosiew­ski Lwu Sapie­sze na początku wrze­śnia 1609 r.: "chło­pów z wło­ści gwał­tem dla osa­dze­nia zamku pędzą, bo bojar i strzel­ców wysłano do Sko­pina-Szuj­skiego (...)"5. Jak widać, Michaił Szein dosko­nale wie­dział o przy­go­to­wa­niach Rze­czy­po­spo­li­tej do wojny i przy­go­to­wy­wał się do odpar­cia ude­rze­nia. Zna­mienna była też infor­ma­cja, która dotarła do króla na trzy tygo­dnie przed prze­kro­cze­niem gra­nicy moskiew­skiej. Jeden z kup­ców zeznał, że co prawda "(...) na Smo­leń­sku ludzi do boju nie­wiele, oprócz boja­rów 300, a strzel­ców 200, miru do 2000 [ale] żyw­no­ści na dwie lecie, pro­chu dość, dział sto kil­ka­dzie­siąt sztuk, bro­nić się wolą mają (...)"6. Służby kontr­wy­wia­dow­cze Wiel­kiego Księ­stwa Litew­skiego zano­to­wały także wzmo­żoną dzia­łal­ność szpie­gow­ską orga­ni­zo­waną przez pogra­nicz­nych woje­wo­dów moskiew­skich. W związku z tym jeden z urzęd­ni­ków kró­lew­skich w końcu sierp­nia 1609 r. odno­to­wał: "O woj­sku KJM i o wszyst­kim pra­wie dobrze wie­dzą, gdyż śpie­gów pełno tak z naszych, jako i z Moskwy po pań­stwie KJMci"7.

Warto zwró­cić uwagę, że król Zyg­munt i Żół­kiew­ski mieli odmienne kon­cep­cje kam­pa­nii wojen­nej: władca chciał naj­pierw opa­no­wać Smo­leńsk, a następ­nie ruszyć na Moskwę, Żół­kiew­ski zaś opo­wia­dał się za zaję­ciem Moskwy i dopiero wtedy prze­pro­wa­dze­niem sto­sow­nych dzia­łań dyplo­ma­tycz­nych i woj­sko­wych. Rzecz jasna każ­demu przy­świe­cał inny cel, przy­naj­mniej w krót­kiej per­spek­ty­wie. Zyg­munt chciał naj­pierw odzy­skać dla Rze­czy­po­spo­li­tej utra­cone nie­gdyś zie­mie przy­gra­niczne, a dopiero potem zre­ali­zo­wać plan osa­dze­nia sie­bie lub swo­jego syna na tro­nie moskiew­skim. Żół­kiew­ski zaś od początku mie­rzył naj­wy­żej: dla niego celem była czapka Mono­ma­cha dla pol­skiego Wazy.

Jed­nak naj­waż­niej­szym pro­ble­mem było zapew­nie­nie wystar­cza­ją­cych środ­ków finan­so­wych. Na dopiero co zakoń­czo­nym sej­mie kró­lowi udało się uzy­skać od szlachty zgodę na... jeden pobór - i to też uchwa­lony przez część woje­wództw. Dla­tego też władca pod­jął jesz­cze jedną próbę uzy­ska­nia pie­nię­dzy od szlachty. Pomysł był pro­sty: król chciał, aby na sej­mi­kach posej­mo­wych uchwa­lono poda­tek w tych woje­wództwach, które nie wyra­ziły zgody na sej­mie, prócz tego raz jesz­cze namó­wić do szczo­dro­ści tych, co uchwa­lili już jeden pobór. Posej­mowe zjazdy szlachty odbyły się w kwiet­niu, jed­nak król nie osią­gnął pra­wie nic, z tego co chciał. Ostat­nią szansą miały być sej­miki depu­tac­kie, które zwo­łano na wrze­sień 1609 r. Na dodat­kowy pobór zgo­dziły się sej­miki: różań­ski, łom­żyń­ski, gene­ralny mazo­wiecki i wisz­neń­ski. Wyjąt­kowo hojna oka­zała się szlachta średzka, dotąd opo­zy­cyj­nie nasta­wiona wzglę­dem pla­nów kró­lew­skich, która nie dość, że uchwa­liła dodat­kowy pobór, to jesz­cze czo­powe i dodat­kowe cła. Nie­stety, dodat­kowym podat­kom zde­cy­do­wa­nie sprze­ci­wiły się sej­miki: pro­szo­wicki, san­do­mier­ski i oświę­cim­ski. Mal­bor­ski co prawda wyra­ził zgodę na jeden pobór, ale po uprzed­niej kon­sul­ta­cji z innymi woje­wództwami. Finanse Zyg­munta III na wojnę nieco pod­ra­to­wało 180 000 zło­tych ze szka­tuły elek­tora, wypła­cone w zamian za nadaną mu kura­telę w Księ­stwie Pru­skim.

Mimo mar­nej kon­dy­cji finan­so­wej Zyg­munt III, nie spo­dzie­wa­jąc się cudu, czyli szczo­dro­ści pacy­fi­stycz­nie nasta­wio­nej szlachty, przy­stą­pił do dzieła. 28 maja 1609 r. w Kra­ko­wie wydał "Uni­wer­sał strony odjazdu króla". Władca okre­ślił w nim pro­ce­dury zarzą­dza­nia pań­stwem w cza­sie jego nie­obec­no­ści oraz przed­sta­wił motywy, które zmu­siły go do pod­ję­cia wyprawy na wschód. Ta część "Uni­wer­sału" nie­wąt­pli­wie sta­no­wiła kon­ty­nu­ację pro­pa­gandy, którą dwór kró­lew­ski roz­wi­nął w mie­sią­cach poprze­dza­ją­cych wyprawę, a także pole­mikę z jej prze­ciw­ni­kami.

Po przy­by­ciu do Lublina Zyg­munt III spo­tkał się z het­ma­nem Żół­kiew­skim, który - ostrze­ga­jąc króla przed całym przed­się­wzię­ciem - stwier­dził, że "się daleko weszło w czas roku, droga daleka, żoł­nierz nie­go­towy, pie­nię­dzy nie brał, nie może się żadną miarą aż pod kopy ruszyć, nim gra­nicy moskiew­skiej doj­dzie, jesień, zimna, które tam prędko nad­ści­gną, facul­ta­tem rei gerende odejmą" 8. Żół­kiew­ski miał nie­wąt­pli­wie rację, ale odwieść władcę od wyprawy było już nie­po­dobna. Inna sprawa, że nie tylko Rzecz­po­spo­lita, ale nie­mal cała Europa wie­działa, że władca przed­mu­rza chrze­ści­jań­stwa zamie­rza podą­żyć z kru­cjatą do pań­stwa moskiew­skiego. W tym kon­tek­ście odwo­ła­nie wyprawy odczy­tano by jako dezer­cję wobec Naj­wyż­szego.

Zyg­munt III, naj­pew­niej za namową het­mana, aby zde­men­to­wać oskar­że­nia, że ata­kuje prze­ciw­nika wyłącz­nie w swoim inte­re­sie, sfor­mu­ło­wał w Lubli­nie ode­zwę do szlachty i sena­to­rów zgro­ma­dzo­nych w Try­bu­nale Koron­nym. "Nic ani wła­snego w tym, ani swego zgoła nie upa­truję nie tylko, abym zysko­wać miał, ale dobro ojczy­ste, poży­tek Rze­czy­po­spo­li­tej, roz­sze­rze­nie gra­nic, sławę narodu pol­skiego" - po raz kolejny pod­kre­ślił król9.

21 wrze­śnia armia kró­lew­ska prze­kro­czyła gra­nicę moskiew­ską. Woj­ska ścią­gały pod Smo­leńsk w turach. W tym miej­scu warto przy­to­czyć jedną z tych histo­rii, która oddaje kli­mat tam­tych dni. Oto kilku cho­rą­gwiom kwar­cia­nym przy­szło prze­dzie­rać się przez lasy i chasz­cze w stre­fie nad­gra­nicz­nej, a paskudną drogę utrud­niał dodat­kowo jeden z urzęd­ni­ków biskupa wileń­skiego Bene­dykta Wojny, który, aby uchro­nić dobra swo­jego pryn­cy­pała przed ewen­tu­al­nym splą­dro­wa­niem, "mosty poza­mia­tał i drogi zaro­bieł". Możemy sobie wyobra­zić, ile prze­kleństw i zło­rze­czeń padło pod­ów­czas z ust kwar­cia­nych: nie dość, że żoł­nie­rzom utrud­niono dotar­cie na miej­sce kon­cen­tra­cji, to jesz­cze nie mieli oka­zji pogra­so­wać po oko­licz­nych dobrach10.

Na początku paź­dzier­nika, pod murami Smo­leń­ska armia kró­lew­ska liczyła około 12 tys. żoł­nie­rzy, z tego około 1/3 sta­no­wiła pie­chota.

Zyg­munt III liczył na to, że gdy pojawi się pod murami Smo­leń­ska Michaił Szein, wraz z całym gar­ni­zo­nem podda się mu, cho­ciaż dotych­cza­sowe postę­po­wa­nie woje­wody smo­leń­skiego zda­wało się prze­czyć tym kal­ku­la­cjom. Władca Rze­czy­po­spo­li­tej sta­rał się jed­nak zjed­nać sobie prze­ciw­nika: zanim armia kró­lew­ska prze­kro­czyła gra­nicę moskiew­ską litew­scy urzęd­nicy bom­bar­do­wali Sze­ina pismami, w któ­rych nakła­niali go do nie­sta­wia­nia oporu woj­skom kró­lew­skim. Na prze­ło­mie sierp­nia i wrze­śnia sta­ro­sta orszań­ski Andrzej Sapieha prze­ko­ny­wał go, że Zyg­munt III przy­bywa, aby uchro­nić Smo­leńsz­czy­znę przed oddzia­łami samo­zwańca. Przy oka­zji, jako gest dobrej woli, zapro­po­no­wał Sze­inowi uka­ra­nie uczest­ni­ków najaz­dów na Smo­leńsz­czy­znę, do któ­rych doszło w ostat­nich mie­sią­cach. Pod warun­kiem wszak, że woje­woda smo­leń­ski dostar­czy sta­ro­ście kata­log strat i rosz­czeń. Jed­nak odpo­wiedź Sze­ina była jed­no­znaczna: nie dość, że odrzu­cił wszel­kie pro­po­zy­cje kapi­tu­la­cji, to pora­dził, aby król - nie prze­le­wa­jąc krwi chrze­ści­jań­skiej - wyco­fał się na Litwę. Wobec nie­prze­jed­na­nej postawy woje­wody smo­leń­skiego król, 19 wrze­śnia, w spe­cjal­nym uni­wer­sale do miesz­kań­ców Smo­leń­ska i powiatu smo­leń­skiego, wezwał, aby powi­tali go "chle­bem i solą". "Idziemy ku wam - pisał król - nie dla­tego, aby­śmy wojo­wać albo krew waszę prze­le­wać mieli, ale dla­tego, iżby z pomocą Bożą i modli­twami Prze­naj­święt­szej Bogu­ro­dzicy naszej i wszyst­kich świę­tych wybra­nych Bożych was od wszyst­kich nie­przy­ja­ciół waszych obro­nić i z nie­woli od ostat­niego zagu­bie­nia wyba­wić. Krew chrze­ści­jań­ską jako naj­prę­dzej ująć, wiarę pra­wo­sławną, ruską nie­na­ru­sze­nie zadzier­żeć"11.

Uni­wer­sał kró­lew­ski nie spo­tkał się ze zro­zu­mie­niem miesz­kań­ców Smo­leń­ska. Nadzieje na poko­jowe zaję­cie mia­sta roz­wiał incy­dent z 28 wrze­śnia: pod Smo­leń­skiem jeden z zago­nów natknął się na wiszące na drze­wie zwłoki jakie­goś nie­szczę­śnika. Przy­pięta do piersi kartka nie pozo­sta­wiała wąt­pli­wo­ści: "(...) to wor Michał Bory­so­wicz wisi, dla woro­wa­nia swego, które miał ze Lwem Sapiehą, oznay­mu­jąc mu, co się w zamku działo [Smo­leń­sku - T.B.]"12. Tym, któ­rzy go odna­leźli, zapewne zro­biło się nie­swojo, powiało minio­nymi cza­sami: to oprycz­nicy Iwana Groź­nego przy­pi­nali do piersi wie­sza­nych nie­szczę­śni­ków podobne do tej sen­ten­cje.

Oblę­że­nie Smo­leń­ska zasko­czyło pol­sko-litew­skie rycer­stwo, bijące się już drugi rok za "samo­zwań­czą" sprawę. Jak można się było spo­dzie­wać, ope­ra­cję zaczepną Zyg­munta III powi­tało ono z nie­za­do­wo­le­niem. Rot­mistrz Miko­łaj Mar­chocki dosko­nale zapa­mię­tał wrze­nie, które miało miej­sce w obo­zie Jana Pio­tra Sapiehy: "Z tej oka­zji wrzawa powstała w woj­sku, mówiąc: a co nam po tym, mamy na kogo robić; nie wiemy, jakim duchem król na nasze prace krwawe nastą­pił"13. Pomruki nie­za­do­wo­le­nia roz­le­gły się także w Tuszy­nie. Aby całą sprawę wyja­śnić, wypra­wiono pod Smo­leńsk posel­stwo, któ­rego pod­stawą stała się świeżo zawią­zana w Tuszy­nie kon­fe­de­ra­cja pod hasłem "Dimi­tra nie odstę­po­wać, ni z kim, imo niego, nie trak­to­wać". Posło­wie mieli prze­ko­nać króla, aby zanie­chał swo­jej wojny i wyco­fał się z pań­stwa moskiew­skiego. Ponie­waż ani na jotę nie odstą­pili od otrzy­ma­nych instruk­cji, toteż reak­cja władcy była dosyć chłodna, choć prag­ma­tyczna: co prawda król był zawie­dziony upo­rczy­wym i nie liczą­cym się z maje­sta­tem kró­lew­skim sta­no­wi­skiem posłów, jed­nak zgo­dził się na dal­sze per­trak­ta­cje w Tuszy­nie. Przy oka­zji ostrzegł ich, że pre­zen­to­wana przez woj­sko tuszyń­skie pycha to kar­dy­nalny błąd, szcze­gól­nie w sytu­acji, kiedy Wasyl Szuj­ski nie został jesz­cze rzu­cony na kolana. Aby przy­go­to­wać grunt pod dal­sze per­trak­ta­cje, po ojcow­sku zwró­cił się do żoł­nie­rzy: "Nie­chaj uważy [woj­sko tuszyń­skie - T.B.] posel­stwo ojcow­skie do sie­bie posłane, a wróci się do powin­no­ści wier­nego pod­dań­stwa i szcze­rego Polaka, który nie cudzo­ziem­skim zapa­łem, ale zwy­czaj­nym roz­sąd­kiem pol­skim i wro­dzoną cnotą ich, z ojczy­zną i panem postę­po­wać winien"14. Pro­po­zy­cje króla - jak można było się spo­dzie­wać - podzie­liły obóz tuszyń­ski. Co prawda, het­man łże-Dymi­tra, książę Roman Różyń­ski, oraz puł­kow­nik Alek­san­der Zbo­row­ski twardo sta­nęli przy samo­zwańcu, jed­no­cze­śnie opo­wia­da­jąc się za nie­przyj­mo­wa­niem kró­lew­skich posłów, a za nimi murem sta­nęła duża część pod­le­głych im oddzia­łów. Jed­nak nie mniej liczni opo­wie­dzieli się za przy­ję­ciem wysłan­ni­ków Zyg­munta III. Pobudki, któ­rymi się kie­ro­wali, były pro­za­iczne: wieść nio­sła, że król dys­po­nu­jąc astro­no­micz­nymi fun­du­szami, nie tylko przyj­mie na służbę oddziały, które porzucą sprawę samo­zwańca, ale wypłaci im żołd, z któ­rym zale­gał rze­komy car. Szalę na korzyść zwo­len­ni­ków kom­pro­misu prze­wa­żyło sta­no­wi­sko Jana Pio­tra Sapiehy, który nie koń­cząc wpraw­dzie oblę­że­nia klasz­toru Tro­icko-Sier­gie­jew­skiego, dał do zro­zu­mie­nia, że jeśli posło­wie kró­lew­scy nie zostaną wysłu­chani, on ze swo­imi oddzia­łami przej­dzie na stronę króla.

Dzięki temu nie­ba­wem do Tuszyna przy­byli wysłan­nicy kró­lew­scy i, trzeba przy­znać, zna­leźli się w nie­zręcz­nej sytu­acji: pod nosem samo­zwańca, któ­rego prze­cież kan­ce­la­ria kró­lew­ska trak­to­wała jako uzur­pa­tora, mieli dopro­wa­dzić do poro­zu­mie­nia pomię­dzy obo­zem kró­lew­skim a słu­żą­cymi mu pol­sko-litew­skimi oddzia­łami. Z tego względu żaden z dostoj­nych człon­ków posel­stwa nie zamie­rzał wda­wać się w jakie­kol­wiek z nim kon­szachty. Zresztą już ich sam wjazd do Tuszyna był oso­bli­wym wido­wi­skiem: co prawda, przed­sta­wi­cieli króla powi­tali i wpro­wa­dzili do obozu Różyń­ski i Zbo­row­ski oraz przed­sta­wi­ciele samo­zwańca, jed­nak posło­wie demon­stra­cyj­nie prze­je­chali przed jego "dwor­kiem", nie zwra­ca­jąc nawet głów w tę stronę. Afront był tym więk­szy, że z nie­ukry­waną nie­cier­pli­wo­ścią z okien przy­glą­dała się im "car­ska" para.

Nakła­nia­jąc żoł­nie­rzy do poro­zu­mie­nia z obo­zem kró­lew­skim, posło­wie przed­sta­wili przy­czyny, z powodu któ­rych Zyg­munt III roz­po­czął dzia­ła­nia wojenne: pamiętną rzeź Pola­ków w Moskwie, pogwał­ce­nie przez Szuj­skiego immu­ni­tetu pol­skich dyplo­ma­tów oraz zawar­cie przez niego soju­szu ze Szwe­cją. Zapew­niali także, że król dąży wyłącz­nie do osią­gnię­cia korzy­ści dla Rze­czy­po­spo­li­tej. Choć celem stra­te­gicz­nym posel­stwa było prze­cią­gnię­cie żoł­nie­rzy na stronę króla, jed­nak przed­sta­wi­ciele Zyg­munta III zasu­ge­ro­wali, aby część wojsk pozo­stała przy samo­zwańcu. Defi­ni­tywne wyeli­mi­no­wa­nie go byłoby bowiem nie na rękę pol­skiemu władcy, który zamie­rzał wcią­gnąć samo­zwańca do walki z Szuj­skim. Roko­wa­nia z pol­sko-litew­skimi oddzia­łami oka­zały się dla posłów kró­lew­skich trud­nym orze­chem do zgry­zie­nia. Wygó­ro­wane żąda­nia finan­sowe, które doty­czyły nie tylko wypła­ce­nia zale­głego żołdu, ale przede wszyst­kim swego rodzaju gra­ty­fi­ka­cji za odstą­pie­nie od samo­zwańca, się­ga­ją­cej 20 mln zło­tych pol­skich, dopro­wa­dziły do impasu w nego­cja­cjach. I mimo że znaczna część żoł­nie­rzy opo­wia­dała się prze­ciw takim nie­re­al­nym warun­kom swo­ich kom­pa­nów, to wyda­wało się, że poro­zu­mie­nie trudno będzie osią­gnąć. Jed­nak nie­ocze­ki­wa­nie - z powodu zatargu księ­cia Różyń­skiego z samo­zwań­cem - wyda­rze­nia przy­spie­szyły swój bieg. Pre­tek­stem stał się książę Adam Wiśnio­wiecki, kie­dyś mar­sza­łek samo­zwańca, który wygnany z Tuszyna po zabi­ciu przez Różyń­skiego pierw­szego het­mana samo­zwańca Miko­łaja Mie­cho­wic­kiego, teraz pod osłoną posel­stwa kró­lew­skiego zamie­rzał powró­cić do gry. Wiśnio­wiecki ryzy­ko­wał głową, ale liczył, że w chwili kiedy wszy­scy będą zajęci nego­cja­cjami, nie będzie rzu­cał się w oczy. W nocy z 17 na 18 grud­nia samo­zwa­niec, mając za kom­pana wła­śnie księ­cia Adama, urzą­dził ucztę suto zakra­pianą alko­ho­lem. Gdy towa­rzy­stwo było pod­ocho­cone, car jął obda­ro­wy­wać Wiśnio­wieckiego: wspa­niała odzież, okra­szona sobo­lami i per­łami, piękny rumak, repre­zen­ta­cyjna zbroja i sza­bla miały świad­czyć o tym, że samo­zwa­niec darzy swo­jego eks-mar­szałka nie­by­wa­łymi wzglę­dami. Wieść o tym zaj­ściu doszła uszu bie­sia­du­ją­cego z posłami i nie­źle już wsta­wio­nego, Różyń­skiego, zapewne za pośred­nic­twem roz­ża­lo­nych żoł­nie­rzy, któ­rzy przy­bie­gł­szy do kwa­tery księ­cia ze łzami w oczach krzy­czeli: "płotce albo raczej łga­rzowi ma [samo­zwa­niec - T.B.] co dać, a nam nic". Tego już Różyń­ski nie zdzier­żył i popę­dził do samo­zwańca. Tam zru­gał Wiśnio­wiec­kiego tymi sło­wami: "Co tu czy­nisz, łga­rzu?! Bie­rzesz za swe plotki nasze zasługi!", a następ­nie, zamach­nąw­szy się na Wiśnio­wiec­kiego kulą, którą się pod­pie­rał (to efekt daw­nej kon­tu­zji), o mało się nie prze­wró­cił. Gdy Wiśnio­wiecki umknął, het­man zaczął besz­tać samo­zwańca: "Ej ty, moskiew­ski sukin­synu. Po co ci wie­dzieć, jaką sprawę mają do mnie posło­wie! Czort cię wie, ktoś ty taki. My, Polacy, już długo prze­le­wamy krew za cie­bie, a jesz­cze ani razu nie dosta­li­śmy wyna­gro­dze­nia za to (...)"15. Awan­tura prze­ra­ziła samo­zwańca do tego stop­nia, że posta­no­wił uciec z Tuszyna. Pierw­szą próbę pod­jął 20 grud­nia, jed­nak Różyń­ski dopę­dził go i zawró­cił. Od tej pory trzy­mano go w aresz­cie domo­wym.

W końcu, 6 stycz­nia 1610 r., wraz z wier­nymi sobie koza­kami udało mu się zbiec do Kaługi. Jego ucieczka spo­wo­do­wała, że żoł­nie­rze masowo zaczęli prze­cho­dzić na stronę króla.

Król wysłał posłów do Moskwy, ich taj­nym zada­niem było wyba­da­nie, czy bojar­stwo moskiew­skie poprze kan­dy­da­turę Zyg­munta lub Wła­dy­sława na tron moskiew­ski. Ofi­cjal­nym celem posel­stwa miało być nawią­za­nie kon­taktu z carem Szuj­skim. Posło­wie wysłali więc do Moskwy gońca z listami do Szuj­skiego, boja­rów, patriar­chy moskiew­skiego Her­mo­ge­nesa i ludu, w któ­rych pod­kre­ślili, że król przy­był do pań­stwa moskiew­skiego, aby je uspo­koić i prze­rwać prze­lew krwi. Zapro­po­no­wali także Szuj­skiemu per­trak­ta­cje poko­jowe. Jak można było się spo­dzie­wać, przed­sta­wi­ciel car­ski przy­jął tylko trzy pisma, prócz adre­so­wa­nego do Szuj­skiego. Powód był oczy­wi­sty: posło­wie kró­lew­scy - jak wie­lo­krot­nie przed­tem, z roz­my­słem - pomi­nęli w nim zwroty, jakimi powinni posłu­żyć się, zwra­ca­jąc się do cara. Mimo iż wysłan­nik car­ski listy zatrzy­mał dla sie­bie, ich treść stała się ogól­nie znana. Pospól­stwo, gdy dowie­działo się o zatrzy­ma­niu pism od posłów kró­lew­skich, a przede wszyst­kim o dekla­ro­wa­nej w nich dobrej woli, oka­zało nie­za­do­wo­le­nie. Szuj­ski, za pośred­nic­twem swo­ich "burzy­cieli", roz­po­wszech­niał w Moskwie wie­ści, że król pol­ski zamie­rza znisz­czyć Cer­kiew pra­wo­sławną i sze­rzyć kato­li­cyzm w pań­stwie moskiew­skim. Prze­ciwko pro­pa­gan­dzie Szuj­skiego posło­wie kró­lew­scy pod­jęli zde­cy­do­wane dzia­ła­nia: Moskwi­cini z Tuszyna poin­for­mo­wali boja­rów moskiew­skich, że król pol­ski nie uznaje prawa Szuj­skiego do car­skiego tytułu, ale nie uznaje go także wobec samo­zwańca. Tym samym przy­po­mnieli im, że alter­na­tywą może być osa­dze­nie na tro­nie car­skim kró­le­wi­cza Wła­dy­sława. Agenci, wysłani przez dyplo­ma­tów kró­lew­skich do Moskwy, zapew­niali o przy­chyl­nym nasta­wie­niu Zyg­munta III do wiary pra­wo­sław­nej.

Na krótko przed ucieczką samo­zwańca z Tuszyna posło­wie kró­lew­scy pod­jęli także tajne próby poli­tycz­nego poro­zu­mie­nia się z boja­rami w Tuszy­nie. Tam­tej­szą elitę poli­tyczną two­rzyli: metro­po­lita rostow­ski Fila­ret, książę Gri­go­rij Sza­chow­ski, Lew Plesz­cze­jew, książę Jurij Tru­becki, ksią­żęta Tro­je­ku­ro­wie, książę Daniel Dołgo­ruki, Michaił Sał­ty­kow i jego syn Iwan, książę Jurij Chwo­ro­sty­nin, kniaź Wasy­lij Masal­ski, dia­ko­wie: Iwan Gra­mo­tin, Fio­dor Andro­now-Soło­wiecki, oraz ata­man Iwan Zarudzki. Silną pozy­cję w obo­zie tuszyń­skim miał także książę Uraz-Mah­met, który stał na czele, uzna­ją­cej wła­dzę car­ską, ordy kasi­mow­skiej. Pola­kom cho­dziło o odcią­gnię­cie ich od samo­zwańca i prze­ko­na­nie do kan­dy­da­tury króla lub kró­le­wi­cza na tron moskiew­ski. Po ucieczce samo­zwańca do Kaługi roko­wa­nia zin­ten­sy­fi­ko­wano. Dopro­wa­dziły one do tego, że za kan­dy­da­turą Zyg­munta III opo­wie­dział się jedy­nie Uraz-Mah­met. Zde­cy­do­wana więk­szość dostoj­ni­ków, na czele z metro­po­litą Fila­retem, zaak­cep­to­wała kan­dy­da­turę kró­le­wi­cza Wła­dy­sława. Trzeba przy­znać, że w tych warun­kach była to opcja naj­bar­dziej realna. Mimo pojed­naw­czych zapew­nień Zyg­munta III Uraz-Mah­met, boja­rzy oba­wiali się jego ultra­ka­to­li­cy­zmu, podej­rze­wa­jąc go, że naje­chał pań­stwo moskiew­skie po to, aby sze­rzyć kato­li­cyzm. Opo­wia­da­jąc się za kró­le­wi­czem Wła­dy­sła­wem, zastrze­gli, że decy­zję o wybra­niu go carem mogą pod­jąć tylko stany zgro­ma­dzone na Sobo­rze Ziem­skim. Była to jed­nak tylko pro­po­zy­cja, sta­no­wi­sko czę­ści elity tuszyń­skiej, które nale­żało jesz­cze prze­dys­ku­to­wać. W tym celu 13 stycz­nia pod Smo­leńsk wyru­szyło posel­stwo, na któ­rego czele sta­nęli Michaił i Iwan Sał­ty­kowowie, Wasyl Masal­ski, Iwan Gra­mo­tin, Fio­dor Miesz­czer­ski, Jurij Chwo­ro­sty­nin, Lew Plesz­cze­jew i Fio­dor Andro­now. Całe przed­się­wzię­cie przed­sta­wiało się obie­cu­jąco: boja­rzy zawarli bowiem z woj­skiem tuszyń­skim kon­fe­de­ra­cję, w któ­rej odcięli się od samo­zwańca oraz Wasyla Szuj­skiego.

Zarówno roko­wa­nia, jak i pobyt pod Smo­leń­skiem licz­nego orszaku boja­rów miały bogatą oprawę. Król i jego dostoj­nicy doło­żyli wszel­kich sta­rań, aby zjed­nać sobie moskiew­skich ary­sto­kra­tów. Tak więc czas pomię­dzy nara­dami i per­trak­ta­cjami upły­wał na nie­ustan­nych ban­kie­tach, toa­stom i świad­czo­nym sobie grzecz­no­ściom nie było końca. Dla króla sta­no­wiło to znaczne obcią­że­nie finan­sowe. Lapi­dar­nie i barw­nie ujął to Krzysz­tof Dzier­żek, sekre­tarz kró­lew­ski: "Moskwa ta, która z posłu­szeń­stwem z obozu tam­tego do KJM przy­je­chali, wałę­sają się po obo­zie. A kosz­tują KJM strawą i upo­minki przez 30 000, tak iż i teraz do tego przy­szło, że na nie mię­dzy pany i panięty col­lecty zbie­rano stra­wu­jąc ich"16.

W ciągu dwóch tygo­dni udało się wypra­co­wać plat­formę pod dal­sze dzia­ła­nia dyplo­ma­tyczne. Stał się nią układ zawarty 14 lutego 1610 r., w myśl któ­rego kró­le­wicz Wła­dy­sław miał zostać carem moskiew­skim w momen­cie cał­ko­wi­tego uspo­ko­je­nia pań­stwa moskiew­skiego. Nie zostało spre­cy­zo­wane, jak długo mia­łoby to potrwać, jed­nak do tego czasu rządy w pań­stwie moskiew­skim miał w jego zastęp­stwie spra­wo­wać ojciec - Zyg­munt III. Król przy­stał na to, aby Wła­dy­sław został koro­no­wany na cara przez patriar­chę moskiew­skiego. Usta­lono także, że pra­wo­sła­wie zachowa domi­nu­jącą pozy­cję; w poli­tyce wewnętrz­nej i zagra­nicz­nej nowy car będzie się kon­sul­to­wał z boja­rami, a pra­wo­daw­stwo moskiew­skie, szcze­gól­nie prawo karne, zosta­nie zbli­żone do pol­skiego. Stro­nie tuszyń­skiej cho­dziło szcze­gól­nie o zaadap­to­wa­nie na grunt moskiew­ski prawa Nemi­nem cap­ti­va­bi­mus, czyli prze­kła­da­jąc na realia moskiew­skie, że od tej pory żaden bojar czy dwo­ria­nin nie będzie prze­śla­do­wany przed wyda­niem przez sąd wyroku. Dopiero na pod­sta­wie wyroku sądo­wego car będzie miał prawo uwię­zić pod­sąd­nego lub skon­fi­sko­wać jego mają­tek. Innym posta­no­wie­niem, pod­ję­tym w tym duchu, było umoż­li­wie­nie pod­da­nym cara wysy­ła­nia swo­ich synów na stu­dia do kra­jów chrze­ści­jań­skich, bez obawy, że za karę ich majęt­no­ści zostaną zare­kwi­ro­wane lub pójdą z dymem, jak to wie­lo­krot­nie miało miej­sce. Oba pań­stwa miały zawrzeć sojusz mili­tarny i gospo­dar­czy. Kupcy z obu kra­jów mieli otrzy­mać prawo wol­nego han­dlu. Król zgo­dził się też na utrzy­ma­nie swo­istego sta­tus quo pań­stwa moskiew­skiego w sfe­rze gospo­dar­czej: podatki miały pozo­stać na tym samym pozio­mie, a dobrami i urzę­dami mieli być obdzie­lani tylko pod­dani cara. W celu reali­za­cji układu woj­ska kró­lew­skie miały ude­rzyć na Moskwę. Nie roz­strzy­gnięto jedy­nie, kiedy i w jaki spo­sób mia­łyby zostać pod­jęte dzia­ła­nia zbrojne. Jak zoba­czymy, o tej kwe­stii zde­cy­duje roz­wój wyda­rzeń.

Układ był kom­pro­mi­sem, jedy­nym na który wów­czas było stać obie strony. Co prawda, strona moskiew­ska, zwłasz­cza jej kon­ser­wa­tyw­nie nasta­wiona część, uznała kwe­stię przej­ścia Wła­dy­sława na pra­wo­sła­wie za zaak­cep­to­wany i nie­odwo­łalny punkt układu, dla Zyg­munta III jed­nak ustęp­stwo w tej kwe­stii było doraź­nym gestem poli­tycz­nym. Nie spo­sób przy­pu­ścić, że miła jego sercu byłaby kon­wer­sja syna na schi­zma­tycką kon­fe­sję. Tym­cza­so­wość układu rzu­cała się w oczy: posta­no­wie­nia miały zatwier­dzić sejm i senat Rze­czy­po­spo­li­tej, a tym samym dla króla do momentu raty­fi­ka­cji układ nie był wią­żący.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. K. Bus­sow, Moskow­skaja chro­nika, 1584-1613, Moskwa-Lenin­grad 1961, s. 97. [wróć]

2. S. Nie­mo­jew­ski, Pamięt­nik (1606-1608), Lwów 1899, s. 9. [wróć]

3. Tamże, s. 16. [wróć]

4. W. Polak, O Kreml i Smo­leńsz­czy­znę. Poli­tyka Rze­czy­po­spo­li­tej wobec Moskwy w latach 1607-1612, "Rocz­niki Towa­rzy­stwa Nauko­wego w Toru­niu", R. 87, z. 1, Toruń 1995, s. 101. [wróć]

5. Tamże. [wróć]

6. Dia­riusz drogi Króla JMCI Zyg­munta III od szczę­śli­wego wyjazdu z Wilna pod Smo­leńsk w roku 1609 a die 18 Augu­sta i for­tun­nego powo­dze­nia przez lata dwie do wzię­cia zamku Smo­leńska w roku 1611, opr. J. Byliń­ski, Wro­cław 1999, s. 60. [wróć]

7. Tamże, s. 59. [wróć]

8. S. Żół­kiew­ski, Począ­tek i pro­gres wojny moskiew­skiej, opr. J. Maci­szew­ski, War­szawa 1966, s. 112. [wróć]

9. W. Polak, O Kreml i Smo­leńsz­czy­znę..., s. 99. [wróć]

10. Dia­riusz drogi Króla JMCI Zyg­munta III..., s. 61. [wróć]

11. W. Polak, O Kreml i Smo­leńsz­czy­znę..., s. 104. [wróć]

12. Pochod Jego Koro­lew­skago Wie­li­cze­stwa w Moskwu (Ros­siju) 1609 goda, [w:] Rus­skaja Isto­ri­cze­skaja Biblio­teka, t. I, Sankt Pie­ter­burg 1872, s. 441-442; Dia­riusz drogi JMCI Zyg­munta III..., s. 69. [wróć]

13. M. Mar­chocki, Histo­ria moskiew­skiej wojny praw­dziwa przez mię Miko­łaja Ści­bora z Mar­cho­cic Mar­choc­kiego pisana, [w:] Moskwa w rękach Pola­ków. Pamięt­niki dowód­cow i ofi­ce­rów gar­ni­zonu pol­skiego w Moskwie w latach 1610-1612, opr. M. Kubala, T. Ścię­żor, bmw, 1995, s. 55. [wróć]

14. W. Polak, O Kreml i Smo­leńsz­czy­znę..., s. 108. [wróć]

15. K. Bus­sow, op. cit., s. 161; A. Hir­sch­berg, Maryna Mnisz­chówna, Lwów 1927, s. 161. [wróć]

16. W. Polak, O Kreml i Smo­leńsz­czy­znę..., s. 131. [wróć]