Samozwaniec i inni
SAMOZWANIEC I INNI
Miarodajnym źródłem, ukazującym zamieszanie w państwie moskiewskim za
czasów Dymitra Samozwańca II, są pamiętniki Józefa Budziłły. Był to
jeden z najemników, którzy licznie pociągnęli z Rzeczypospolitej na
służbę impostora. Sam tytuł pamiętników jest już bardzo wymowny: Wojna
moskiewska wzniecona i prowadzona z okazji fałszywych Dymitrów od 1603
do 1612 roku. Brakuje w nich jednak wyjaśnienia przyczyny objawienia
się owych fałszywych Dymitrów. Cofnijmy się więc do wydarzenia, które
było początkiem całej tej historii.
Iwan Groźny, odchodząc z tego świata, pozostawił po sobie dwóch synów -
dwudziestosiedmioletniego Fiodora i dwuletniego Dymitra. Z racji
starszeństwa jego następcą został ociężały umysłowo Fiodor, brat zaś
wraz z matką i najbliższymi został zesłany do Uglicza. Powód był
prozaiczny - otoczenie nieradzącego sobie z rządzeniem cara obawiało
się, że zausznicy Dymitra mogą podjąć próbę zdetronizowania Fiodora, aby
obwołać carem jego brata. Mimo wszystko życie Dymitra w Ugliczu upływało
sielankowo, aż do feralnego 15 maja 1591 r. Około południa, podczas
zabawy nożykiem, młody Dymitr dostał ataku apopleksji, w czasie którego
niefortunnie zranił się w szyję. Cięcie okazało się tragiczne w skutkach, uszkodziło bowiem tętnicę, w wyniku czego Dymitr wykrwawił się
i zmarł. Mimo jednoznacznego orzeczenia nadzwyczajnej komisji śledczej -
na której czele stał Wasyl Szujski, w przyszłości car - że śmierć
Dymitra była wynikiem nieszczęśliwego wypadku, od samego początku
zaczęły krążyć pogłoski, jakoby za wszystkim stał Borys Godunow -
wówczas najbardziej wpływowy człowiek w otoczeniu cara Fiodora. Wtedy
jeszcze udało mu się dość łatwo spacyfikować nieprzychylne wobec siebie
nastroje. Jednak kilkanaście lat później - kiedy po wygaśnięciu dynastii
Rurykowiczów, Godunow został carem - sprawa okoliczności śmierci Dymitra
powróciła jak zły sen.
W sierpniu 1604 r. w granice państwa moskiewskiego wkroczył pierwszy z serii uzurpatorów - Grigorij Otriepiew - który wszem i wobec ogłaszał,
że jest ocalonym przed laty w Ugliczu Dymitrem Iwanowiczem. Po roku był
już carem. Jednak Otriepiew krótko cieszył się władzą. W maju 1606 r. w Moskwie miały miejsce dramatyczne wydarzenia: podczas zaślubin cara z Maryną Mniszchówną - córką Jerzego Mniszcha, jednego z magnatów, który
dopomógł mu zdobyć tron - doszło do zamieszek, w czasie których
rozwścieczony tłum zgładził oszusta. Pod ciosami tłuszczy padło także
kilkuset weselników z Rzeczypospolitej. Wkrótce carem został Wasyl
Szujski najbardziej wpływowy bojar, który był animatorem tych zdarzeń.
Ale i on nie cieszył się zbyt długo spokojem. Już jesienią tego roku
chłopsko-kozacka armia Iwana Bołotnikowa obległa Moskwę. Co prawda w 1607 r. Szujskiemu udało się zmusić powstańców do odwrotu, a nawet
oblegał ich w Kałudze, ale mniej więcej w tym samym czasie na
Siewierszczyźnie pojawił się kolejny samozwaniec. Historia jego
cudownych ocaleń była jeszcze bogatsza niż poprzedniego samozwańca,
opowiadał między innymi jak udało mu się uniknąć śmierci dwa lata
wcześniej w Moskwie. Nowy samozwaniec pod wieloma względami różnił się
od poprzednika. Najważniejsze było to, że pod jego sztandary licznie
ściągnęli najemnicy z Rzeczypospolitej. Po pacyfikacji rokoszu
Zebrzydowskiego kraj pełen był oddziałów wojskowych, które dla profitów
gotowe były zaprzedać się nawet diabłu. Między wrześniem 1607 a wrześniem 1608 r. pod sztandary samozwańca ściągnęły pułki m.in.
Budziłły, Samuela Tyszkiewicza, księcia Romana Różyńskiego, Aleksandra
Zborowskiego i Jana Piotra Sapiehy. Dzięki ich pomocy, w czerwcu 1608 r.
dotarł on w okolice Moskwy i założył obóz w podmoskiewskim Tuszynie.
Szujski, jak nigdy przedtem, został przyparty do muru.
Państwo moskiewskie znajdowało się wówczas w opłakanym stanie. Wiele
kataklizmów spadło na ten kraj. Wszystko zaczęło się w 1601 r. Deszczowe
lato spowodowało słaby urodzaj. To, co udało się zebrać z pól, było
liche i niewystarczające do zaspokojenia potrzeb ludności i zasiania
ozimin. Sytuację pogorszyły jeszcze silne mrozy, które wystąpiły dużo
wcześniej niż zazwyczaj, oraz bardzo mroźna zima 1601/1602 r. Krótko
mówiąc, w 1603 r. w państwie moskiewskim panował straszliwy głód, a ceny
żywności wzrosły horrendalnie. Konrad Bussow, cudzoziemiec, który
wówczas przebywał w państwie moskiewskim, tak opisał sytuację: "(...)
klnę się na Boga, najprawdziwsza prawda, co widziałem na własne oczy,
jak ludzie leżeli na ulicach i, na podobieństwo bydła, pożerali latem
trawę, a zimą siano. Niektórzy byli już martwi, a z ich ust wystawało
siano i nawóz, a inni pożerali ludzki kał i siano. Niepoliczalne, ile
dzieci zostało zabitych, zarżniętych i ugotowanych, rodziców przez
dzieci, gości przez rolników i odwrotnie (...). Ludzkie mięso,
drobniutko pokrojone i upieczone w pierogach, to jest pasztetach,
sprzedawało się na rynku (...) i pożerało (...) tak że wędrowiec w tym
czasie zmuszony był baczyć na to, u kogo zatrzymał się na
nocleg"1. Liczby przytaczane przez ówczesnych porażają: ofiarami
głodu w Moskwie stało się ponoć 120 000 ludzi, a w całym państwie
moskiewskim - jedna trzecia ludności!
W tych okolicznościach na niewiele zdawały się doraźne wysiłki
administracji carskiej. Co prawda Borys Godunow od początku swoich
rządów rozpoczął zakrojoną na szeroką skalę politykę ekonomicznego i wojskowego wzmacniania państwa, jednak straty wśród ludności spowodowane
głodem ograniczyły mu pole manewru. Zamierzał przywrócić równowagę
między bogatszym i biedniejszym dworiaństwem oraz ludnością chłopską.
Oprycznina czasów Iwana Groźnego wstrząsnęła strukturami społecznymi
państwa, a głód za Godunowa pogłębił ten chaos.
W ostatnim trzydziestoleciu XVI w. wzrost liczby dworian doprowadził do
ich pauperyzacji przez rozdrobnienie przydziałów ziemi. Taki sam proces
nastąpił wśród dzieci bojarskich (czyli dworian w carskiej służbie),
których administracja nie była w stanie wyposażyć w atrybuty ich
pozycji: ziemię i pensję. Wobec tego wielu z tych zubożałych zaczęło
wstępować na służbę u zamożniejszych dworian. Aby zabezpieczyć ich
prawa, w czasach Iwana Groźnego została sformalizowana pozycja tzw.
kabalnych ludzi, to jest dworian służących według umowy jako świta
możnowładców lub na ich dworach. Zagwarantowane zostały im prawa
zabezpieczające przed samowolą suwerenów. Jednak w końcu XVI w.
administracja carska anulowała podstawowy zapis, który chronił ich przed
staniem się niewolnikami. Odtąd nie było możliwości wykupu, jedynie
śmierć suwerena zwalniała ich ze służby. Faktycznie stali się oni
niewolnikami (chłopami i kabalnymi chłopami), a o ich losie decydował
teraz właściciel. Z militarnego punktu widzenia miało to niebagatelne
znaczenie.
W czasie głodu stosunków pomiędzy biednymi i bogatymi dworianami nie
regulowały żadne prawa: silniejsi, nie oglądając się na administracyjne
zarządzenia, łamali prawa słabszych - nie tylko dworian, ale i chłopów.
Spustoszenia, które poczynił głód, zmusiły Borysa Godunowa do
złagodzenia polityki wobec chłopów. Na kilkanaście miesięcy - między
1601 a 1602 r. - został przywrócony tzw. juriew dien, czyli jeden
tydzień w roku, w którym chłopi mogli zmienić właściciela, jeśli
dotychczasowy nie był w stanie utrzymać ich wraz z rodzinami. Mogli
wtedy przenieść się do dóbr innego dworianina lub klasztornych. W 1603
r. niezadowolone dworiaństwo wymusiło na Godunowie anulowanie tego
rozporządzenia.
Mimo to chłopi, najczęściej powodowani głodem, wciąż opuszczali swoje
dotychczasowe domostwa i umykali tam, gdzie mogli stać się całkowicie
wolni. Możliwości zaś mieli wiele. Formowali się na przykład w zbrojne
watahy, które grasowały w miastach i na traktach. Nawet w Moskwie nie
można było czuć się bezpiecznym. Chłopi ściągali do stolicy w nadziei,
że tutaj uda się im przetrwać kryzys. W mieście dopuszczali się
grabieży, wzniecali pożary. Powstanie Chłopka, którego oddziały w latach
1602-1603 dotkliwie spustoszyły okolice Moskwy, było apogeum wystąpień
chłopskich.
Niedługo potem chłopi przystąpili do rewolty Bołotnikowa. Dla wielu z nich ogólny zamęt był okazją do ucieczki nad Don i zasilenia stanic
kozackich.
Mimo spustoszeń, jakich dokonał głód, państwo moskiewskie zachowało
elementarną zdolność w sferze administracji i wojskowości. Dowodem na to
jest rozbicie wojsk pierwszego samozwańca w kluczowym starciu w 1604 r.
pod Dobryniczami, do czego przyczyniła się znakomita postawa strzelców
armii carskiej. Rangi temu zwycięstwu przydawał fakt, że po stronie
Dymitra walczyły najemne chorągwie husarskie z Rzeczypospolitej
(1500-2000 ludzi). I gdyby nie opieszałość dowódcy carskich wojsk,
księcia Fiodora Mścisławskiego, zapewne marsz samozwańca zakończyłby się
już na Siewierszczyźnie. Dodajmy tylko, że wojska Mścisławskiego na
początku kampanii liczyły ponad 13 000 dworian i dzieci bojarskich
oraz 15 000-20 000 bojowych pomocników (chołopów i kabalnych chołopów).
Inny przykład przemawiający za militarną żywotnością państwa
moskiewskiego to kampania księcia Michaiła Skopina-Szujskiego, który w latach 1609-1610 razem ze Szwedami dał się mocno we znaki
polsko-litewskim pułkom najemników, walczącym po stronie drugiego
samozwańca.
Mimo tych niewątpliwych sukcesów przodkowie mieli lekceważący stosunek
do potencjału wojskowego państwa moskiewskiego w pierwszej dekadzie XVII
w. Stanisław Niemojewski, jeden z Polaków, którzy podążyli do Moskwy na
ślub Maryny z Dymitrem Samozwańcem, w czasie pobytu w Smoleńsku w pamiętniku zapisał: "Do zamku żadnego z naszych nie puszczano, a iż nam
podle zamkowego muru było jechać, bramy pozamykali, których jeno dwie do
tak wielkiej obory. Strzelców do 600 przed zamkiem stało, podpierając
się zardzewiałemi rusznicami"2. Dodajmy tylko, że niebawem
ta "obora" przez dwadzieścia miesięcy będzie opierała się armii Zygmunta
III.
"Natomiast po dotarciu pod Moskwę stało hosudarskich arcerzów
[halabardników - T.B.] 100, drabantów 200 z alabarty. Arcerze ci,
chociaż nie w barwie byli, ale mieli przecię każdy jaki taki ubiór
jedwabny na sobie, w płaszczach wszyscy, z alabarty, u nich toporzyska
okręcone drutem srebrnem. Drabanci zaś bez płaszczów, alabarty już
inaksze i bez drutu, w sukniskach ladajakich, w czarnych, w skórzanych,
rozmaitych, jedni z szpadami, w bóciech kowanych albo baczmagach, drudzy
z szabliskami kozackiemi, w trzewikach albo w skórzniach [kamaszach -
T.B.] in summa znać było rzemieślniki, alias kanalie. Podle tych
alabartników stało strzelców 600 z rusznicami, w żupanach tylko, każdy w inakszej sukni, z pętlicami po pas. Może się rzec, że woźnic na
gromadzie trudno się ma więcej ujrzeć, na których oni bardziej byli, niż
na piechotę poszli. To ich samo tylko zdobiło, że każdy w białej
czapeczce"3.
Mniej więcej w tym czasie, kiedy oddziały drugiego samozwańca zakładały
obóz w podmoskiewskim Tuszynie, król polski Zygmunt III zintensyfikował
przygotowania do zbrojnej interwencji w państwie moskiewskim. Z zamiarem
tym nosił się już wcześniej, przynajmniej od czasu "krwawych godów
moskiewskich", które, jak pamiętamy, położyły kres życiu i władzy
Dymitra. Mając jednak na głowie rokosz Mikołaja Zebrzydowskiego,
zmuszony był chwilowo zarzucić myśl o wojnie i podjąć grę dyplomatyczną.
Na przełomie 1606/1607 r. do Krakowa przybyło poselstwo moskiewskie. Na
jego czele stał ks. Grigorij Wołkoński i diak Andriej Iwanow, którzy w czasie nieoficjalnych rozmów z senatorami dali do zrozumienia, że wielu
bojarów chętnie usunęłoby Wasyla Szujskiego z tronu. Dostojnicy
królewscy odpowiedzieli, że można byłoby go zastąpić królem Zygmuntem
lub jego synem, królewiczem Władysławem. Jest mało prawdopodobne, aby
była to ze strony moskiewskiej prowokacja. Raczej autentyczny wyraz
opozycyjnych nastrojów panujących w Moskwie wobec słabo umocowanego
Szujskiego. I nie było ważne to, że Moskwicini oskarżali Zygmunta i Rzeczpospolitą ni mniej, ni więcej, tylko o sianie zamętu w państwie
moskiewskim. Liczyło się jedno - Szujski nie był gwarantem stabilności.
Te same akcenty zabrzmiały na jesieni 1607 r., kiedy z rewizytą do
Moskwy przybyli polscy posłowie. Wtedy to, prócz zawarcia prawie
czteroletniego rozejmu, bojarzy również dali do zrozumienia, że
królewicz Władysław, jako następca Szujskiego, byłby przez nich mile widziany.
Zygmunt III zaczął więc namawiać szlachtę do zaakceptowania pomysłu wojny z państwem
moskiewskim. Do tego celu posłużyła mu instrukcja na sejmiki
partykularne, która wyszła z kancelarii królewskiej w listopadzie 1608
r. Zygmunt, chcąc uniknąć kłopotów z sejmikami, tak jak to miało miejsce
przed sejmem 1607 r., użył odpowiednio zmanipulowanych argumentów: uwagę
szlachty zwrócił na fakt, że postanowienia rozejmu zawartego z carem
Szujskim w większości nie zostały zrealizowane. Car co prawda uwolnił
Aleksandra Korwina Gosiewskiego i Mikołaja Oleśnickiego (posłów, którzy
z Dymitrem mieli wypracować warunki sojuszu), Mniszcha wraz z córką i nieco weselników z ich otoczenia, ale większość więźniów zatrzymał w niewoli. Choć według króla Zygmunta jedynym rozwiązaniem była zbrojna
interwencja, zobowiązał się, że bez zgody sejmu nie podejmie żadnej
decyzji w sprawach moskiewskich.
Wyniki kampanii przedsejmowej okazały się dla króla bardzo obiecujące:
choć większość Litwy i część Mazowsza z rezerwą potraktowała jego
sugestie, to sejmiki: proszowiecki, sandomierski i sieradzki, a więc
najważniejsze, opowiedziały się po jego stronie. Wobec tego władca
przemyśliwał nawet o rozpoczęciu wojny już u schyłku 1608 r., jednak za
radą kilku senatorów odstąpił od tej koncepcji i postanowił poczekać do
sejmu.
Jego obrady rozpoczęły się w styczniu 1609 r. w Warszawie. Interesujące,
że - mimo korzystnych wyników kampanii sejmikowej - Zygmunt nie
zdecydował się omawiać sprawy wojny z Moskwą na forum sejmu.
Najwyraźniej znowu posłuchał rady kilku senatorów, którzy twierdzili, że
najkorzystniej będzie poruszyć ten temat w czasie tajnej narady senatu.
Szczególnie znamienna była wypowiedź prymasa Wojciecha Baranowskiego: "O wojnie moskiewskiej nie zda nic się Najjaśniejszy Miłościwy Królu,
abyśmy tak in facto mówić mieli, a to dlatego, żeby nieprzyjaciel nie
wiedział, na jaki cel mamy uderzyć"4.
Do spotkania z senatorami doszło na początku lutego 1609 r. Większość z nich poparła lub co najmniej nie sprzeciwiła się wyprawie. Sejm
natomiast uchwalił konstytucję, która bezpośrednio dotyczyła przyszłej
operacji wojskowej, oraz "Artykuły wojenne hetmańskie...", co oznaczało
zgodę sejmującej braci szlacheckiej na to przedsięwzięcie.
Wkrótce po zakończeniu obrad sejmu król odbył rozmowę z hetmanem
Żółkiewskim. Zadziwiające, ale jeszcze wtedy król wahał się, czy
rozpoczynać wyprawę. Zakomunikował hetmanowi, że decyzję podejmie w Krakowie. Jednak w końcu lutego 1609 r. wydarzyło się coś bardzo
złowieszczego, co przyspieszyło bieg wydarzeń. Oto
28 tegoż miesiąca w Wyborgu państwo moskiewskie zawarło sojusz ze
Szwecją. Postanowienia traktatu były skierowane przeciw
Rzeczypospolitej. Już dostatecznym powodem do niepokoju było to, że
Karol IX zobowiązał się wysłać na pomoc Wasylowi Szujskiemu 2000 jazdy i 3000 piechoty oraz oddział najemników. Jednak decyzję przyspieszyły
pozostałe warunki sojuszu: Szujski zrezygnował na rzecz Szwecji z praw
do Inflant, zobowiązał się dostarczyć władcy szwedzkiemu równorzędny
liczebnie i na tych samych warunkach kontyngent wojskowy w wypadku
konfliktu Szwecji z Rzecząpospolitą, Szwedzi dostali zgodę (zapewne w czasie działań na terenie państwa moskiewskiego) na branie do niewoli
lub zabijanie Polaków i Litwinów.
Szujski drogo za te warunki zapłacił: musiał oddać Szwecji Karelię.
Na wieść o sojuszu moskiewsko-szwedzkim Zygmunt III, tym razem już
nieodwołalnie, puścił w ruch machinę wojenną Rzeczypospolitej. Aktywność
dyplomatyczną i wywiadowczą wzmogli starostowie pograniczni. Aleksander
Gosiewski (starosta wieliski) i Andrzej Sapieha (starosta orszański)
podjęli próbę osobistego spotkania z wojewodą smoleńskim Michaiłem
Szeinem. Rzekomym powodem była potrzeba uzgodnienia warunków przejazdu
gońca królewskiego Stanisława Radniewskiego, który - jak oficjalnie
utrzymywano - miał nakłonić oddziały polsko-litewskich najemników do
porzucenia samozwańca. Dla litewskich pograniczników był to rzecz jasna
pretekst, chcieli bowiem przekonać wojewodę smoleńskiego, aby poddał się
Zygmuntowi III. Jak można było się spodziewać, Szein okazał się
wytrawnym graczem i nie wpadł w pułapkę, którą próbowali na niego
zastawić litewscy urzędnicy. Gosiewski, prócz działań dyplomatycznych,
wiosną 1609 r. przedsięwziął akcje zbrojne, które pogłębiły zamieszanie
na pograniczu litewsko-moskiewskim. Jego brat, Szymon Gosiewski, zajął
sporne terytoria przylegające do starostwa wieliskiego. Starosta
wieliski nakłaniał też do poddania się kilku wojewodów moskiewskich.
Powróćmy jednak do Smoleńska. Tutaj - jak donosił Gosiewski Lwu Sapiesze
na początku września 1609 r.: "chłopów z włości gwałtem dla osadzenia
zamku pędzą, bo bojar i strzelców wysłano do Skopina-Szujskiego
(...)"5. Jak widać, Michaił Szein doskonale wiedział o przygotowaniach Rzeczypospolitej do wojny i przygotowywał się do
odparcia uderzenia. Znamienna była też informacja, która dotarła do
króla na trzy tygodnie przed przekroczeniem granicy moskiewskiej. Jeden
z kupców zeznał, że co prawda "(...) na Smoleńsku ludzi do boju
niewiele, oprócz bojarów 300, a strzelców 200, miru do 2000 [ale]
żywności na dwie lecie, prochu dość, dział sto kilkadziesiąt sztuk,
bronić się wolą mają (...)"6. Służby kontrwywiadowcze Wielkiego
Księstwa Litewskiego zanotowały także wzmożoną działalność szpiegowską
organizowaną przez pogranicznych wojewodów moskiewskich. W związku z tym
jeden z urzędników królewskich w końcu sierpnia 1609 r. odnotował: "O wojsku KJM i o wszystkim prawie dobrze wiedzą, gdyż śpiegów pełno tak z naszych, jako i z Moskwy po państwie KJMci"7.
Warto zwrócić uwagę, że król Zygmunt i Żółkiewski mieli odmienne
koncepcje kampanii wojennej: władca chciał najpierw opanować Smoleńsk, a następnie ruszyć na Moskwę, Żółkiewski zaś opowiadał się za zajęciem
Moskwy i dopiero wtedy przeprowadzeniem stosownych działań
dyplomatycznych i wojskowych. Rzecz jasna każdemu przyświecał inny cel,
przynajmniej w krótkiej perspektywie. Zygmunt chciał najpierw odzyskać
dla Rzeczypospolitej utracone niegdyś ziemie przygraniczne, a dopiero
potem zrealizować plan osadzenia siebie lub swojego syna na tronie
moskiewskim. Żółkiewski zaś od początku mierzył najwyżej: dla niego
celem była czapka Monomacha dla polskiego Wazy.
Jednak najważniejszym problemem było zapewnienie wystarczających środków
finansowych. Na dopiero co zakończonym sejmie królowi udało się uzyskać
od szlachty zgodę na... jeden pobór - i to też uchwalony przez część
województw. Dlatego też władca podjął jeszcze jedną próbę uzyskania
pieniędzy od szlachty. Pomysł był prosty: król chciał, aby na sejmikach
posejmowych uchwalono podatek w tych województwach, które nie wyraziły
zgody na sejmie, prócz tego raz jeszcze namówić do szczodrości tych, co
uchwalili już jeden pobór. Posejmowe zjazdy szlachty odbyły się w kwietniu, jednak król nie osiągnął prawie nic, z tego co chciał.
Ostatnią szansą miały być sejmiki deputackie, które zwołano na wrzesień
1609 r. Na dodatkowy pobór zgodziły się sejmiki: różański, łomżyński,
generalny mazowiecki i wiszneński. Wyjątkowo hojna okazała się szlachta
średzka, dotąd opozycyjnie nastawiona względem planów królewskich, która
nie dość, że uchwaliła dodatkowy pobór, to jeszcze czopowe i dodatkowe
cła. Niestety, dodatkowym podatkom zdecydowanie sprzeciwiły się sejmiki:
proszowicki, sandomierski i oświęcimski. Malborski co prawda wyraził
zgodę na jeden pobór, ale po uprzedniej konsultacji z innymi
województwami. Finanse Zygmunta III na wojnę nieco podratowało 180 000
złotych ze szkatuły elektora, wypłacone w zamian za nadaną mu kuratelę w Księstwie Pruskim.
Mimo marnej kondycji finansowej Zygmunt III, nie spodziewając się cudu,
czyli szczodrości pacyfistycznie nastawionej szlachty, przystąpił do
dzieła. 28 maja 1609 r.
w Krakowie wydał "Uniwersał strony odjazdu króla". Władca określił w nim
procedury zarządzania państwem w czasie jego nieobecności oraz
przedstawił motywy, które zmusiły go do podjęcia wyprawy na wschód. Ta
część "Uniwersału" niewątpliwie stanowiła kontynuację propagandy, którą
dwór królewski rozwinął w miesiącach poprzedzających wyprawę, a także
polemikę z jej przeciwnikami.
Po przybyciu do Lublina Zygmunt III spotkał się z hetmanem Żółkiewskim,
który - ostrzegając króla przed całym przedsięwzięciem - stwierdził, że
"się daleko weszło w czas roku, droga daleka, żołnierz niegotowy,
pieniędzy nie brał, nie może się żadną miarą aż pod kopy ruszyć, nim
granicy moskiewskiej dojdzie, jesień, zimna, które tam prędko nadścigną,
facultatem rei gerende odejmą" 8. Żółkiewski miał niewątpliwie
rację, ale odwieść władcę od wyprawy było już niepodobna. Inna sprawa,
że nie tylko Rzeczpospolita, ale niemal cała Europa wiedziała, że władca
przedmurza chrześcijaństwa zamierza podążyć z krucjatą do państwa
moskiewskiego. W tym kontekście odwołanie wyprawy odczytano by jako
dezercję wobec Najwyższego.
Zygmunt III, najpewniej za namową hetmana, aby zdementować oskarżenia,
że atakuje przeciwnika wyłącznie w swoim interesie, sformułował w Lublinie odezwę do szlachty i senatorów zgromadzonych w Trybunale
Koronnym. "Nic ani własnego w tym, ani swego zgoła nie upatruję nie
tylko, abym zyskować miał, ale dobro ojczyste, pożytek Rzeczypospolitej,
rozszerzenie granic, sławę narodu polskiego" - po raz kolejny podkreślił
król9.
21 września armia królewska przekroczyła granicę moskiewską. Wojska
ściągały pod Smoleńsk w turach. W tym miejscu warto przytoczyć jedną z tych historii, która oddaje klimat tamtych dni. Oto kilku chorągwiom
kwarcianym przyszło przedzierać się przez lasy i chaszcze w strefie
nadgranicznej, a paskudną drogę utrudniał dodatkowo jeden z urzędników
biskupa wileńskiego Benedykta Wojny, który, aby uchronić dobra swojego
pryncypała przed ewentualnym splądrowaniem, "mosty pozamiatał i drogi
zarobieł". Możemy sobie wyobrazić, ile przekleństw i złorzeczeń padło
podówczas z ust kwarcianych: nie dość, że żołnierzom utrudniono dotarcie
na miejsce koncentracji, to jeszcze nie mieli okazji pograsować po
okolicznych dobrach10.
Na początku października, pod murami Smoleńska armia królewska liczyła
około 12 tys. żołnierzy, z tego około 1/3 stanowiła piechota.
Zygmunt III liczył na to, że gdy pojawi się pod murami Smoleńska Michaił
Szein, wraz z całym garnizonem podda
się mu, chociaż dotychczasowe postępowanie wojewody smoleńskiego zdawało
się przeczyć tym kalkulacjom. Władca Rzeczypospolitej starał się jednak
zjednać sobie przeciwnika: zanim armia królewska przekroczyła granicę
moskiewską litewscy urzędnicy bombardowali Szeina pismami, w których
nakłaniali go do niestawiania oporu wojskom królewskim. Na przełomie
sierpnia i września starosta orszański Andrzej Sapieha przekonywał go,
że Zygmunt III przybywa, aby uchronić Smoleńszczyznę przed oddziałami
samozwańca. Przy okazji, jako gest dobrej woli, zaproponował Szeinowi
ukaranie uczestników najazdów na Smoleńszczyznę, do których doszło w ostatnich miesiącach. Pod warunkiem wszak, że wojewoda smoleński
dostarczy staroście katalog strat i roszczeń. Jednak odpowiedź Szeina
była jednoznaczna: nie dość, że odrzucił wszelkie propozycje
kapitulacji, to poradził, aby król - nie przelewając krwi
chrześcijańskiej - wycofał się na Litwę. Wobec nieprzejednanej postawy
wojewody smoleńskiego król, 19 września, w specjalnym uniwersale do
mieszkańców Smoleńska i powiatu smoleńskiego, wezwał, aby powitali go
"chlebem i solą". "Idziemy ku wam - pisał król - nie dlatego, abyśmy
wojować albo krew waszę przelewać mieli, ale dlatego, iżby z pomocą Bożą
i modlitwami Przenajświętszej Bogurodzicy naszej i wszystkich świętych
wybranych Bożych was od wszystkich nieprzyjaciół waszych obronić i z niewoli od ostatniego zagubienia wybawić. Krew chrześcijańską jako
najprędzej ująć, wiarę prawosławną, ruską nienaruszenie
zadzierżeć"11.
Uniwersał królewski nie spotkał się ze zrozumieniem mieszkańców
Smoleńska. Nadzieje na pokojowe zajęcie miasta rozwiał incydent z 28
września: pod Smoleńskiem jeden z zagonów natknął się na wiszące na
drzewie zwłoki jakiegoś nieszczęśnika. Przypięta do piersi kartka nie
pozostawiała wątpliwości: "(...) to wor Michał Borysowicz wisi, dla
worowania swego, które miał ze Lwem Sapiehą, oznaymując mu, co się w zamku działo [Smoleńsku - T.B.]"12. Tym, którzy go odnaleźli,
zapewne zrobiło się nieswojo, powiało minionymi czasami: to oprycznicy
Iwana Groźnego przypinali do piersi wieszanych nieszczęśników podobne do
tej sentencje.
Oblężenie Smoleńska zaskoczyło polsko-litewskie rycerstwo, bijące się
już drugi rok za "samozwańczą" sprawę. Jak można się było spodziewać,
operację zaczepną Zygmunta III powitało ono z niezadowoleniem. Rotmistrz
Mikołaj Marchocki doskonale zapamiętał wrzenie, które miało miejsce w obozie Jana Piotra Sapiehy: "Z tej okazji wrzawa powstała w wojsku,
mówiąc: a co nam po tym, mamy na kogo robić; nie wiemy, jakim duchem
król na nasze prace krwawe nastąpił"13. Pomruki niezadowolenia
rozległy się także w Tuszynie. Aby całą sprawę wyjaśnić, wyprawiono pod
Smoleńsk poselstwo, którego podstawą stała się świeżo zawiązana w Tuszynie konfederacja pod hasłem "Dimitra nie odstępować, ni z kim, imo
niego, nie traktować". Posłowie mieli przekonać króla, aby zaniechał
swojej wojny i wycofał się z państwa moskiewskiego. Ponieważ ani na jotę
nie odstąpili od otrzymanych instrukcji, toteż reakcja władcy była dosyć
chłodna, choć pragmatyczna: co prawda król był zawiedziony uporczywym i nie liczącym się z majestatem królewskim stanowiskiem posłów, jednak
zgodził się na dalsze pertraktacje w Tuszynie. Przy okazji ostrzegł ich,
że prezentowana przez wojsko tuszyńskie pycha to kardynalny błąd,
szczególnie w sytuacji, kiedy Wasyl Szujski nie został jeszcze rzucony
na kolana. Aby przygotować grunt pod dalsze pertraktacje, po ojcowsku
zwrócił się do żołnierzy: "Niechaj uważy [wojsko tuszyńskie - T.B.]
poselstwo ojcowskie do siebie posłane, a wróci się do powinności
wiernego poddaństwa i szczerego Polaka, który nie cudzoziemskim zapałem,
ale zwyczajnym rozsądkiem polskim i wrodzoną cnotą ich, z ojczyzną i panem postępować winien"14. Propozycje króla - jak można było się
spodziewać - podzieliły obóz tuszyński. Co prawda, hetman łże-Dymitra,
książę Roman Różyński, oraz pułkownik Aleksander Zborowski twardo
stanęli przy samozwańcu, jednocześnie opowiadając się za
nieprzyjmowaniem królewskich posłów, a za nimi murem stanęła duża część
podległych im oddziałów. Jednak nie mniej liczni opowiedzieli się za
przyjęciem wysłanników Zygmunta III. Pobudki, którymi się kierowali,
były prozaiczne: wieść niosła, że król dysponując astronomicznymi
funduszami, nie tylko przyjmie na służbę oddziały, które porzucą sprawę
samozwańca, ale wypłaci im żołd, z którym zalegał rzekomy car. Szalę na
korzyść zwolenników kompromisu przeważyło stanowisko Jana Piotra
Sapiehy, który nie kończąc wprawdzie oblężenia klasztoru
Troicko-Siergiejewskiego, dał do zrozumienia, że jeśli posłowie
królewscy nie zostaną wysłuchani, on ze swoimi oddziałami przejdzie na
stronę króla.
Dzięki temu niebawem do Tuszyna przybyli wysłannicy królewscy i, trzeba
przyznać, znaleźli się w niezręcznej sytuacji: pod nosem samozwańca,
którego przecież kancelaria królewska traktowała jako uzurpatora, mieli
doprowadzić do porozumienia pomiędzy obozem królewskim a służącymi mu
polsko-litewskimi oddziałami. Z tego względu żaden z dostojnych członków
poselstwa nie zamierzał wdawać się w jakiekolwiek z nim konszachty.
Zresztą już ich sam wjazd do Tuszyna był osobliwym widowiskiem: co
prawda, przedstawicieli króla powitali i wprowadzili do obozu Różyński i Zborowski oraz przedstawiciele samozwańca, jednak posłowie
demonstracyjnie przejechali przed jego "dworkiem", nie zwracając nawet
głów w tę stronę. Afront był tym większy, że z nieukrywaną
niecierpliwością z okien przyglądała się im "carska" para.
Nakłaniając żołnierzy do porozumienia z obozem królewskim, posłowie
przedstawili przyczyny, z powodu
których Zygmunt III rozpoczął działania wojenne: pamiętną rzeź Polaków w Moskwie, pogwałcenie przez Szujskiego immunitetu polskich dyplomatów
oraz zawarcie przez niego sojuszu ze Szwecją. Zapewniali także, że król
dąży wyłącznie do osiągnięcia korzyści dla Rzeczypospolitej. Choć celem
strategicznym poselstwa było przeciągnięcie żołnierzy na stronę króla,
jednak przedstawiciele Zygmunta III zasugerowali, aby część wojsk
pozostała przy samozwańcu. Definitywne wyeliminowanie go byłoby bowiem
nie na rękę polskiemu władcy, który zamierzał wciągnąć samozwańca do
walki z Szujskim. Rokowania z polsko-litewskimi oddziałami okazały się
dla posłów królewskich trudnym orzechem do zgryzienia. Wygórowane
żądania finansowe, które dotyczyły nie tylko wypłacenia zaległego żołdu,
ale przede wszystkim swego rodzaju gratyfikacji za odstąpienie od
samozwańca, sięgającej 20 mln złotych polskich, doprowadziły do impasu w negocjacjach. I mimo że znaczna część żołnierzy opowiadała się przeciw
takim nierealnym warunkom swoich kompanów, to wydawało się, że
porozumienie trudno będzie osiągnąć. Jednak nieoczekiwanie - z powodu
zatargu księcia Różyńskiego z samozwańcem - wydarzenia przyspieszyły
swój bieg. Pretekstem stał się książę Adam Wiśniowiecki, kiedyś
marszałek samozwańca, który wygnany z Tuszyna po zabiciu przez
Różyńskiego pierwszego hetmana samozwańca Mikołaja Miechowickiego, teraz
pod osłoną poselstwa królewskiego zamierzał powrócić do gry.
Wiśniowiecki ryzykował głową, ale liczył, że w chwili kiedy wszyscy będą
zajęci negocjacjami, nie będzie rzucał się w oczy. W nocy z 17 na
18 grudnia samozwaniec, mając za kompana właśnie księcia Adama, urządził
ucztę suto zakrapianą alkoholem. Gdy towarzystwo było podochocone, car
jął obdarowywać Wiśniowieckiego: wspaniała odzież, okraszona sobolami i perłami, piękny rumak, reprezentacyjna zbroja i szabla miały świadczyć o tym, że samozwaniec darzy swojego eks-marszałka niebywałymi względami.
Wieść o tym zajściu doszła uszu biesiadującego z posłami i nieźle już
wstawionego, Różyńskiego, zapewne za pośrednictwem rozżalonych
żołnierzy, którzy przybiegłszy do kwatery księcia ze łzami w oczach
krzyczeli: "płotce albo raczej łgarzowi ma [samozwaniec - T.B.] co
dać, a nam nic". Tego już Różyński nie zdzierżył i popędził do
samozwańca. Tam zrugał Wiśniowieckiego tymi słowami: "Co tu czynisz,
łgarzu?! Bierzesz za swe plotki nasze zasługi!", a następnie,
zamachnąwszy się na Wiśniowieckiego kulą, którą się podpierał (to efekt
dawnej kontuzji), o mało się nie przewrócił. Gdy Wiśniowiecki umknął,
hetman zaczął besztać samozwańca: "Ej ty, moskiewski sukinsynu. Po co ci
wiedzieć, jaką sprawę mają do mnie posłowie! Czort cię wie, ktoś ty
taki. My, Polacy, już długo przelewamy krew za ciebie, a jeszcze ani
razu nie dostaliśmy wynagrodzenia za to (...)"15. Awantura
przeraziła samozwańca do tego stopnia, że postanowił uciec z Tuszyna.
Pierwszą próbę podjął 20 grudnia, jednak Różyński dopędził go i zawrócił. Od tej pory trzymano go w areszcie domowym.
W końcu, 6 stycznia 1610 r., wraz z wiernymi sobie kozakami udało mu się
zbiec do Kaługi. Jego ucieczka spowodowała, że żołnierze masowo zaczęli
przechodzić na stronę króla.
Król wysłał posłów do Moskwy, ich tajnym zadaniem było wybadanie, czy
bojarstwo moskiewskie poprze kandydaturę Zygmunta lub Władysława na tron
moskiewski. Oficjalnym celem poselstwa miało być nawiązanie kontaktu z carem Szujskim. Posłowie wysłali więc do Moskwy gońca z listami do
Szujskiego, bojarów, patriarchy moskiewskiego Hermogenesa i ludu, w których podkreślili, że król przybył do państwa moskiewskiego, aby je
uspokoić i przerwać przelew krwi. Zaproponowali także Szujskiemu
pertraktacje pokojowe. Jak można było się spodziewać, przedstawiciel
carski przyjął tylko trzy pisma, prócz adresowanego do Szujskiego. Powód
był oczywisty: posłowie królewscy - jak wielokrotnie przedtem, z rozmysłem - pominęli w nim zwroty, jakimi powinni posłużyć się,
zwracając się do cara. Mimo iż wysłannik carski listy zatrzymał dla
siebie, ich treść stała się ogólnie znana. Pospólstwo, gdy dowiedziało
się o zatrzymaniu pism od posłów królewskich, a przede wszystkim o deklarowanej w nich dobrej woli, okazało niezadowolenie. Szujski, za
pośrednictwem swoich "burzycieli", rozpowszechniał w Moskwie wieści, że
król polski zamierza zniszczyć Cerkiew prawosławną i szerzyć katolicyzm
w państwie moskiewskim. Przeciwko propagandzie Szujskiego posłowie
królewscy podjęli zdecydowane działania: Moskwicini z Tuszyna
poinformowali bojarów moskiewskich, że król polski nie uznaje prawa
Szujskiego do carskiego tytułu, ale nie uznaje go także wobec
samozwańca. Tym samym przypomnieli im, że alternatywą może być osadzenie
na tronie carskim królewicza Władysława. Agenci, wysłani przez
dyplomatów królewskich do Moskwy, zapewniali o przychylnym nastawieniu
Zygmunta III do wiary prawosławnej.
Na krótko przed ucieczką samozwańca z Tuszyna posłowie królewscy podjęli
także tajne próby politycznego porozumienia się z bojarami w Tuszynie.
Tamtejszą elitę polityczną tworzyli: metropolita rostowski Filaret,
książę Grigorij Szachowski, Lew Pleszczejew, książę Jurij Trubecki,
książęta Trojekurowie, książę Daniel Dołgoruki, Michaił Sałtykow i jego
syn Iwan, książę Jurij Chworostynin, kniaź Wasylij Masalski, diakowie:
Iwan Gramotin, Fiodor Andronow-Sołowiecki, oraz ataman Iwan Zarudzki.
Silną pozycję w obozie tuszyńskim miał także książę Uraz-Mahmet, który
stał na czele, uznającej władzę carską, ordy kasimowskiej. Polakom
chodziło o odciągnięcie ich od samozwańca i przekonanie do kandydatury
króla lub królewicza na tron moskiewski. Po ucieczce samozwańca do
Kaługi rokowania zintensyfikowano. Doprowadziły one do tego, że za
kandydaturą Zygmunta III opowiedział się jedynie Uraz-Mahmet.
Zdecydowana większość dostojników, na czele z metropolitą Filaretem,
zaakceptowała kandydaturę królewicza Władysława. Trzeba przyznać, że w tych warunkach była to opcja najbardziej realna. Mimo pojednawczych
zapewnień Zygmunta III Uraz-Mahmet, bojarzy obawiali się jego
ultrakatolicyzmu, podejrzewając go, że najechał państwo moskiewskie po
to, aby szerzyć katolicyzm. Opowiadając się za królewiczem Władysławem,
zastrzegli, że decyzję o wybraniu go carem mogą podjąć tylko stany
zgromadzone na Soborze Ziemskim. Była to jednak tylko propozycja,
stanowisko części elity tuszyńskiej, które należało jeszcze
przedyskutować. W tym celu 13 stycznia pod Smoleńsk wyruszyło poselstwo,
na którego czele stanęli Michaił i Iwan Sałtykowowie, Wasyl Masalski,
Iwan Gramotin, Fiodor Mieszczerski, Jurij Chworostynin, Lew Pleszczejew
i Fiodor Andronow. Całe przedsięwzięcie przedstawiało się obiecująco:
bojarzy zawarli bowiem z wojskiem tuszyńskim konfederację, w której
odcięli się od samozwańca oraz Wasyla Szujskiego.
Zarówno rokowania, jak i pobyt pod Smoleńskiem licznego orszaku bojarów
miały bogatą oprawę. Król i jego dostojnicy dołożyli wszelkich starań,
aby zjednać sobie moskiewskich arystokratów. Tak więc czas pomiędzy
naradami i pertraktacjami upływał na nieustannych bankietach, toastom i świadczonym sobie grzecznościom nie było końca. Dla króla stanowiło to
znaczne obciążenie finansowe. Lapidarnie i barwnie ujął to Krzysztof
Dzierżek, sekretarz królewski: "Moskwa ta, która z posłuszeństwem z obozu tamtego do KJM przyjechali, wałęsają się po obozie. A kosztują KJM
strawą i upominki przez 30 000, tak iż i teraz do tego przyszło, że na
nie między pany i panięty collecty zbierano strawując ich"16.
W ciągu dwóch tygodni udało się wypracować platformę pod dalsze
działania dyplomatyczne. Stał się nią układ zawarty 14 lutego 1610 r., w myśl którego królewicz Władysław miał zostać carem moskiewskim w momencie całkowitego uspokojenia państwa moskiewskiego. Nie zostało
sprecyzowane, jak długo miałoby to potrwać, jednak do tego czasu rządy w państwie moskiewskim miał w jego zastępstwie sprawować ojciec - Zygmunt
III. Król przystał na to, aby Władysław został koronowany na cara przez
patriarchę moskiewskiego. Ustalono także, że prawosławie zachowa
dominującą pozycję; w polityce wewnętrznej i zagranicznej nowy car
będzie się konsultował z bojarami, a prawodawstwo moskiewskie,
szczególnie prawo karne, zostanie zbliżone do polskiego. Stronie
tuszyńskiej chodziło szczególnie o zaadaptowanie na grunt moskiewski
prawa Neminem captivabimus, czyli przekładając na realia moskiewskie,
że od tej pory żaden bojar czy dworianin nie będzie prześladowany przed
wydaniem przez sąd wyroku. Dopiero na podstawie wyroku sądowego car
będzie miał prawo uwięzić podsądnego lub skonfiskować jego majątek.
Innym postanowieniem, podjętym w tym duchu, było umożliwienie poddanym
cara wysyłania swoich synów na studia do krajów chrześcijańskich, bez
obawy, że za karę ich majętności zostaną zarekwirowane lub pójdą z dymem, jak to wielokrotnie miało miejsce. Oba państwa miały zawrzeć
sojusz militarny i gospodarczy. Kupcy z obu krajów mieli otrzymać prawo
wolnego handlu. Król zgodził się też na utrzymanie swoistego status quo
państwa moskiewskiego w sferze gospodarczej: podatki miały pozostać na
tym samym poziomie, a dobrami i urzędami mieli być obdzielani tylko
poddani cara. W celu realizacji układu wojska królewskie miały uderzyć
na Moskwę. Nie rozstrzygnięto jedynie, kiedy i w jaki sposób miałyby
zostać podjęte działania zbrojne. Jak zobaczymy, o tej kwestii zdecyduje
rozwój wydarzeń.
Układ był kompromisem, jedynym na który wówczas było stać obie strony.
Co prawda, strona moskiewska, zwłaszcza jej konserwatywnie nastawiona
część, uznała kwestię przejścia Władysława na prawosławie za
zaakceptowany i nieodwołalny punkt układu, dla Zygmunta III jednak
ustępstwo w tej kwestii było doraźnym gestem politycznym. Nie sposób
przypuścić, że miła jego sercu byłaby konwersja syna na schizmatycką
konfesję. Tymczasowość układu rzucała się w oczy: postanowienia miały
zatwierdzić sejm i senat Rzeczypospolitej, a tym samym dla króla do
momentu ratyfikacji układ nie był wiążący.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki