Mosiężny rak znika - Marta Wiktoria Trojanowska

Kup ebooka

29.90 zł
24.82 zł (25,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział pierw­szy,

czyli że­liwne kra­snale mają coś do ukry­cia

- Mu­sia­łeś tam dłu­bać? - Ka­sia usły­szała ci­chy, tro­chę chra­pliwy, lekko me­ta­liczny gło­sik. Cze­kała na mamę już od dłuż­szego czasu. Nie chciała wcho­dzić z nią do ze­gar­mi­strza, wo­lała po­cze­kać na ze­wnątrz, mimo że pa­no­wał po­po­łu­dniowy lip­cowy upał. Ze­gar­mistrz. Kto dzi­siaj na­pra­wia ze­garki? Po­psują się, to ku­puje się nowe. Albo nie ku­puje w ogóle, bo wszystko, włącz­nie z go­dziną, jest w te­le­fo­nie. Ale mama była do swo­jego ze­garka bar­dzo przy­wią­zana, bo do­stała go jesz­cze od babci. Na ko­mu­nię... Ale nie był to dzie­cinny ze­ga­rek, tylko taki do­ro­sły, który mo­gła no­sić całe ży­cie. A że jej ko­mu­nia była już ja­kiś czas temu - pa­miątka psuła się co­raz czę­ściej.

- Mą­drala się zna­lazł, ty nie dłu­ba­łeś?! A kto mnie na­mó­wił? Obaj dłu­ba­li­śmy! I te­raz masz babo pla­cek! A jak ktoś od­kryje? - Dziew­czynka po­now­nie usły­szała chra­pliwy gło­sik, choć wy­da­wał się nieco inny niż za pierw­szym ra­zem.

- A do­wie się, do­wie... Kiedy ostat­nio ktoś cię gil­go­tał po wą­sach?

- A ten dzie­ciak, co to go wczo­raj mama cią­gnęła za rękę, ale wy­rwał się i do mnie pod­biegł? I co ty na to? - Gło­sik sta­wał się co­raz bar­dziej za­dziorny i gło­śny.

- Po wą­sach, ty głupi ty, po wą­sach. Po­stu­kał cię w głowę, żeby spraw­dzić, czy tam coś masz! - za­śmiał się drugi gło­sik. A po­tem do­dał coś jesz­cze, ale wła­śnie ktoś nie­uważ­nie prze­bie­gał przez jezd­nię i od­głos ha­mo­wa­nia sa­mo­chodu za­głu­szył słowa.

Chwi­lowa prze­rwa w kłótni nie zmie­niła jed­nak faktu, że Ka­sia stała jak wryta. Chra­pliwe gło­siki wy­do­by­wały się bo­wiem z... że­liw­nych kra­snali, które ktoś dawno temu umie­ścił w prze­jeź­dzie ka­mie­nicy. Są­sied­niej do tej, w któ­rej znaj­do­wał się - także długo zresztą, ale nie aż tak długo jak kra­snale - ze­gar­mistrz, do któ­rego we­szła mama dziew­czynki. Ow­szem, Kasi nu­dziło się, bo wi­zyta mamy prze­dłu­żała się. Ow­szem, zro­biła kilka kro­ków przed sie­bie, a po­tem jesz­cze kilka i jesz­cze kilka. I tak, chciała zo­ba­czyć że­liwne kra­snale, na które za­wsze zwra­cała uwagę, gdy były z mamą w mie­ście. Ale nie chciała i nie pla­no­wała ich... usły­szeć!

"To prze­cież zwy­kłe od­boje - po­my­ślała. - Od­boje!". Mama wy­tłu­ma­czyła kie­dyś dziew­czynce, że te prze­dziwne po­staci to od­boje bramne. Umiesz­czano je przy wjeź­dzie na po­dwórko po to, by chro­niły ściany od wjeż­dża­ją­cych wo­zów. Ich koła od­bi­jały się od kra­snali, nie za­ry­so­wu­jąc ścian. Po­wie­działa także, że ta­kich kra­snali jest wię­cej, na przy­kład w Ło­dzi. Oj, tam na­sze ra­dom­skie mia­łyby to­wa­rzy­stwo! Na swo­jej ulicy były jed­nak sa­motne. Kie­dyś, prze­cho­dząc inną ra­dom­ską ulicą, choć na­dal w cen­trum mia­sta, Ka­sia i mama za­uwa­żyły ko­lejną kra­sna­lową parkę, ale o więk­szej po­pu­la­cji tych stwo­rzeń w Ra­do­miu nie sły­szały ani one, ani inni miesz­kańcy mia­sta. Tamte że­liwne stwo­rze­nia nie oka­zały się zresztą skore do roz­mowy, nie szu­kały też ni­gdy kon­taktu ze swoim ga­tun­kiem. Cho­ciaż nie, był jesz­cze je­den kra­snal! Z po­li­chro­mii w ka­mie­nicy przy ulicy Mo­niuszki! Ten miesz­ka­jący na su­fi­cie. Ka­sia ni­gdy go nie wi­działa, ale po­dobno dawno temu ktoś na­ma­lo­wał go, chcąc ozdo­bić klatkę scho­dową. I tak już zo­stało. Ale on po­cho­dził z zu­peł­nie in­nego kra­sna­lego świata, w do­datku mu­siało mu być nie­ustan­nie zimno, bo sie­dział bie­da­czek pod na­ma­lo­wa­nym drze­wem i wy­cią­gał ręce do ognia. Rów­nież na­ma­lo­wa­nego.

Ale de­tale...

Od­boje przy­bie­rały różne kształty. Naj­czę­ściej spo­ty­kamy ko­puły albo słupki. Kra­snale rów­nież były po­pu­lar­nym mo­ty­wem, znaj­dziemy ich dużo w Ło­dzi i w War­sza­wie. Te łódz­kie miały cza­sem także daty wy­kute na swo­ich kar­tu­szach. To po­zwala dzi­siaj zo­rien­to­wać się, jak stara jest ka­mie­nica, któ­rej wjazdu pil­nują.

Ale de­tale...

Po­li­chro­mie były ma­lun­kami zdo­bią­cymi ściany i su­fity. Za­cho­wały się na klat­kach scho­do­wych kil­ku­na­stu ra­dom­skich ka­mie­nic. Przed­sta­wiały przy­rodę, lu­dzi, zwie­rzęta, a także fan­ta­styczne po­staci, jak zmar­z­nięty kra­snal przy ogni­sku.

"To mi się tylko wy­daje! Mam dzie­sięć lat! Dzie­sięć lat! I nie wie­rzę w ga­da­jące kra­snale" - my­ślała da­lej Ka­sia, ma­jąc na­dzieję, że mama za chwilę wyj­dzie od ze­gar­mi­strza i uwolni ją od - przy­zna­cie - nie­zręcz­nej sy­tu­acji. Może po­winna z po­wro­tem usta­wić się pod drzwiami za­kładu i cier­pli­wie cze­kać. Już ro­biła krok w tył z ta­kim wła­śnie za­mia­rem, ale za­trzy­mała się, bo dys­ku­sja mię­dzy kra­sna­lami na­dal trwała w naj­lep­sze. Z tym że ten cień­szy i cich­szy gło­sik sta­wał się co­raz gło­śniej­szy i bar­dziej wzbu­rzony:

- A kto mnie na­mó­wił na ucieczkę, co? Jak sto lat pil­no­wa­li­śmy wjazdu, to było do­brze, a ko­le­dze się wy­cie­czek za­chciało! Do oko­licz­nych skle­pów!

- Mo­głeś nie ru­szać! Jak tyś to zro­bił?

- No co zro­bi­łem, co zro­bi­łem... Bły­snęło, huk­nęło i masz babo pla­cek. A wła­ści­wie masz ko­lego... por­tal.

- Ty też masz, ko­lego, to samo, a obaj mamy na­uczkę, że po za­mknię­ciu za­kładu do ze­gar­mi­strza się nie wcho­dzi i w ze­gar­kach się nie mie­sza! Ko­lejne sto lat pil­nu­jemy wjazdu i ni­g­dzie się nie ru­szamy! - Pi­skliwy gło­sik był co­raz bar­dziej roz­e­mo­cjo­no­wany.

- Taaa... tylko że wrota bramne, jak ko­lega za­uwa­żył, są już od lat za­mknięte, więc czego mamy niby pil­no­wać...

- Jaki por­tal? - za­py­tała na­gle Ka­sia, sama nie wie­rząc w to, co przed chwilą zro­biła. Wszak skie­ro­wała swoje py­ta­nie do dwójki roz­pra­wia­ją­cych ze sobą w biały dzień że­liw­nych kra­snali, a to, przy­zna­cie, nie zda­rza się co­dzien­nie.

Na­stą­piła ci­sza, która trwała przez dłuż­szą chwilę. Kra­snale znie­ru­cho­miały, choć trudno po­wie­dzieć, żeby do tej pory były szcze­gól­nie ru­chliwe. Ale za­raz po­tem oba wy­krzyk­nęły jed­no­cze­śnie:

- Do prze­szło­ści!

- Do przy­szło­ści!

- No bo było tak... - ode­zwał się kra­snal z le­wej strony bramy, zu­peł­nie nie przej­mu­jąc się, że roz­ma­wia z dziec­kiem, jakby co­dzien­nie uci­nał so­bie po­ga­wędki z dzie­cia­kami z ulicy i była to naj­na­tu­ral­niej­sza rzecz pod słoń­cem. - Po­szli­śmy do ze­gar­mi­strza. Za­kład był nie­czynny, za­czę­li­śmy mie­szać w ze­gar­kach, wy­sy­pały się kółka, coś huk­nęło, coś bły­snęło, i już.

- I co już? - do­py­ty­wała znie­cier­pli­wiona Ka­sia.

- I już. Na­gmy­ra­li­śmy coś z cza­sem! Jak to u ze­gar­mi­strza!

- Ale co na­gmy­ra­li­ście?! - Ka­sia na­prawdę tra­ciła cier­pli­wość.

- Ano to - ode­zwał się kra­snal z pra­wej strony wjazdu, chyba zresztą nieco bar­dziej roz­gar­nięty od swo­jego ko­legi - że te­raz na­sze kar­tu­sze są bramą do prze­szło­ści.

- Przy­szło­ści - stwier­dził kra­snal po le­wej.

- Twój do przy­szło­ści, mój do prze­szło­ści. I cała fi­lo­zo­fia!

- Ja­kie kar... Kar... co?

- Kar­tu­sze. To, co trzy­mamy w rę­kach! Wy­star­czy po­trzeć, tylko tak dłu­żej, żeby tra­fić do prze­szło­ści...

Ale de­tale...

Herby, ma­lo­wi­dła, pierw­sze li­tery na­zwi­ska wła­ści­cieli umiesz­czano czę­sto w ozdob­nej tar­czy zwa­nej kar­tu­szem. Miała ona różne kształty, ale za­wsze sta­no­wiła piękne oto­cze­nie waż­nych ele­men­tów. Cie­ka­wostką jest, że czę­sto tar­cze te, choć pu­ste, umiesz­czano jako ozdobę w róż­nych miej­scach, np. na ścia­nach ka­mie­nic.

- Przy­szło­ści! - do­pre­cy­zo­wał kra­snal po le­wej.

- Do­syć już ga­da­nia! I tak za dużo po­wie­dzie­li­śmy! Niech pa­nie­neczka ucieka! - zmi­ty­go­wał się prawy kra­snal.

- Wła­śnie, dla­czego po­wie­dzie­li­śmy? - za­py­tał są­siad. - Prze­cież my nie roz­ma­wiamy z ludźmi! Ani z kra­sna­lami! Je­ste­śmy je­dyni na świe­cie!

- Nie roz­ma­wiamy, bo nas nie słu­chają! Wła­ści­wie to nie sły­szą, bo są za­jęci swo­imi spra­wami. Bie­gną tylko i bie­gną ulicą wte i we­wte. Za­kupy, siatki, psy, wózki, dzieci... A jak ktoś przy­staje, to i tak nie zwróci uwagi... Nie wiem, ja­kim cu­dem pa­nienka usły­szała. - Kra­snal, który po­cząt­kowo mó­wił do ko­legi, zwró­cił się na­gle do dziew­czynki.

- Nie je­ste­ście je­dyni! W Ra­do­miu jest jesz­cze jedna parka! Pil­nuje in­nego prze­jazdu! Na­prawdę! - wy­pro­wa­dziła ich z błędu dziew­czynka.

- Nie może być! A my my­śle­li­śmy... No prze­cież na­wet ci, co opro­wa­dzają po na­szym mie­ście, po­ka­zują nas czę­sto pal­cem, choć to bar­dzo nie­ład­nie po­ka­zy­wać pal­cem, i mó­wią, że je­ste­śmy wy­jąt­kowi...

- Ja im wie­rzę. Wy­jąt­kowi, ale nie je­dyni - do­dał fi­lo­zo­ficz­nie kra­snal po pra­wej. I obaj za­częli za­wzię­cie dys­ku­to­wać mię­dzy sobą. Ale Ka­sia, wzo­rem za­bie­ga­nych ra­do­mian, przez mo­ment rów­nież prze­stała sły­szeć swo­ich że­liw­nych roz­mów­ców. To zna­czy sły­szała ich cały czas, ale prze­stała słu­chać, bo przez jej główkę prze­biegł sza­lony po­mysł. Taki sza­lony, jaki może mieć tylko dzie­się­cio­let­nie dziecko.

- Ja chcę!

- Co chcesz? - za­py­tały jed­no­cze­śnie oba zdzi­wione kra­snale.

- Prze­nieść się w cza­sie!

- Nie­moż­liwe! - wy­krzyk­nęły, znowu jed­no­cze­śnie, kra­snale.

- To nie­bez­pieczne!

- Pa­nienka jest roz­sądna!

- Nie wiemy, w który mo­ment za­nie­sie pa­nienkę!

- To może cho­ciaż... cho­ciaż pięć­dzie­siąt lat! Wtedy nie było jesz­cze na świe­cie mo­jej mamy!

- Pa­nienko, od­suń się od nas, my nie chcemy, nie bie­rzemy od­po­wie­dzial­no­ści! - krzy­czały spa­ni­ko­wane kra­snale. Gdyby mo­gły, wsta­łyby i ucie­kły na że­liw­nych nóż­kach. Ale nie mo­gły. Za to Ka­sia mo­gła pod­sko­czyć do pra­wego kra­snala i szybko po­trzeć jego kar­tusz.

- Do któ­rego roku się cofnę?! - krzyk­nęła jesz­cze.

- Nie wie­eeeeeeeeem - od­po­wie­dział jej prze­ra­żony głos że­liw­nej po­staci.

A po­tem huk­nęło i bły­snęło, tak jak u ze­gar­mi­strza...

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki