WSTĘP Sam w jaskini lwa
12 listopada 2011 roku potężny wybuch zniszczył tajną bazę rakietową pod
Teheranem. Śmierć poniosło siedemnastu członków Korpusu Strażników
Rewolucji, a z kilkudziesięciu pocisków został stos osmalonego złomu.
Wśród zabitych znalazł się generał Hassan Tehrani Moghaddam, "ojciec"
pocisków dalekiego zasięgu Shahab i szef irańskiego programu
rakietowego. Jednak to nie Moghaddam był celem zamachu, tylko silnik
rakietowy na paliwo stałe, zdolny przenieść ładunek nuklearny na
odległość 10 tysięcy kilometrów, z podziemnych wyrzutni w Iranie do
Stanów Zjednoczonych.
Irańscy przywódcy planowali za pomocą tych pocisków rzucić na kolana
największe amerykańskie miasta i sprawić, że Iran stanie się dominującą
potęgą światową. Listopadowy wybuch opóźnił realizację tego programu o kilka miesięcy.
Chociaż celem nowych pocisków dalekiego zasięgu była Ameryka, bomby,
które zniszczyły irańską bazę, prawdopodobnie zostały podłożone przez
izraelskie tajne służby, Mosad. Od chwili założenia, ponad sześćdziesiąt
lat temu, Mosad nieustraszenie i potajemnie walczy z zagrożeniami dla
Izraela i Zachodu. I bardziej niż kiedykolwiek wcześniej działalność
izraelskiego wywiadu wpływa na amerykańskie bezpieczeństwo za granicą i w kraju.
Według zagranicznych źródeł właśnie teraz Mosad mierzy się z otwartą,
jasno sprecyzowaną obietnicą irańskiego przywództwa, że zetrze Izrael z mapy świata. Mosad, tocząc z Iranem tajną wojnę przez sabotowanie
instalacji jądrowych, mordowanie naukowców, dostarczanie do fabryk
wadliwych urządzeń i niepełnowartościowych surowców poprzez fikcyjne
przedsiębiorstwa, organizowanie dezercji wysokich rangą oficerów i głównych specjalistów od badań nuklearnych, wpuszczanie wirusów do
irańskich systemów komputerowych, walczy z groźbą uzbrojonego w broń
jądrową Iranu i tym, co niesie ona dla Stanów Zjednoczonych i reszty
świata. Chociaż Mosad opóźnił o kilka lat zbudowanie bomby jądrowej
przez Irańczyków, szczyt jego tajnej wojny nastąpił przed sięgnięciem po
ostateczny środek - uderzenie wojskowe.
Od lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku w walce z terroryzmem Mosad
schwytał i wyeliminował wielu najważniejszych terrorystów w bazach w Bejrucie, Damaszku, Bagdadzie i Tunisie oraz placówkach w Paryżu,
Rzymie, Atenach i na Cyprze. Według zachodnich środków masowego przekazu
12 lutego 2008 roku w Damaszku agenci Mosadu schwytali w pułapkę i zabili Imada Mughnijję, dowódcę Hezbollahu. Mughnijja był zaprzysięgłym
wrogiem Izraela, ale znajdował się też na pierwszym miejscu listy
przestępców najbardziej poszukiwanych przez FBI. Zaplanował i przeprowadził rzeź 241 amerykańskich marines w Bejrucie. Zostawił za
sobą krwawy szlak usiany zwłokami setek Amerykanów, Izraelczyków,
Francuzów i Argentyńczyków. Obecnie na Bliskim Wschodzie trwa polowanie
na przywódców Islamskiego Dżihadu i Al-Kaidy.
Mimo to, kiedy Mosad ostrzegał Zachód, że arabska wiosna może się
przerodzić w arabską zimę, nikt nie słuchał. Przez cały 2011 rok Zachód
celebrował świt nowej ery demokracji, wolności i praw człowieka na
Bliskim Wschodzie. Licząc na zdobycie poparcia Egipcjan, Zachód naciskał
na prezydenta Mubaraka, swojego największego sojusznika w świecie
arabskim, by ustąpił. Jednak pierwsze tłumy, które wtargnęły na plac
Tahrir w Kairze, spaliły flagę amerykańską, a następnie zaatakowały
ambasadę Izraela, żądając zerwania traktatu pokojowego z tym państwem, i pojmały amerykańskich pracowników organizacji pozarządowych. W drodze
wolnych wyborów do władzy w Egipcie doszli Bractwo Muzułmańskie, a dziś
Egipt balansuje na krawędzi anarchii i katastrofy gospodarczej.
Fundamentalistyczny islamski reżim zakorzenia się w Tunezji, a Libia
zapewne pójdzie w jej ślady. W Jemenie wrze. W Syrii prezydent al-Asad
morduje własnych obywateli. Umiarkowane państwa, takie jak Maroko,
Jordania, Arabia Saudyjska oraz Zjednoczone Emiraty Arabskie, czują się
zdradzone przez zachodnich sojuszników. Nadzieje na przestrzeganie praw
człowieka, praw kobiet i zasad demokratycznych, które doprowadziły do
tych wzniosłych rewolucji, zostały rozwiane przez fanatyczne partie
religijne, lepiej zorganizowane i mocniej związane z ludem.
Ta arabska zima zmieniła Bliski Wschód w bombę zegarową zagrażającą
Izraelowi i jego sojusznikom z Zachodu. W miarę upływu czasu zadania
Mosadu stają się bardziej ryzykowne, ale tym ważniejsze dla Zachodu.
Mosad jawi się jako najlepsza obrona przeciwko irańskiemu zagrożeniu
jądrowemu, przeciwko terroryzmowi, przeciwko wszystkiemu, co może
rozwinąć się z chaosu na Bliskim Wschodzie. Co ważniejsze, Mosad jest
ostatnią zaporą przed otwartą wojną.
Bezimienni bojownicy Mosadu są siłą napędową organizacji, mężczyźni i kobiety, którzy ryzykują życie, żyją z dala od swoich rodzin pod
przybranymi nazwiskami, przeprowadzają śmiałe operacje we wrogich
krajach, gdzie najmniejszy błąd może doprowadzić do ich aresztowania,
tortur lub śmierci. Podczas zimnej wojny najgorszym losem tajnego agenta
schwytanego na Zachodzie lub w bloku komunistycznym była wymiana na
innego agenta na mrozie i we mgle na moście w Berlinie. Rosyjski czy
amerykański, brytyjski czy enerdowski agent zawsze wiedział, że nie jest
sam, że znajdzie się ktoś, kto go uratuje. Ale w przypadku samotnych
bojowników Mosadu nie ma mowy o wymianach na mostach we mgle. Za swoją
odwagę płacą życiem.
Ta książka opowiada o największych misjach i najodważniejszych
bohaterach Mosadu, ale też o błędach i porażkach, które zachwiały
wizerunkiem organizacji i wstrząsnęły jej posadami. Misje te wpłynęły na
los Izraela i pod pewnymi względami reszty świata. Ale mimo to agenci
Mosadu podzielają głęboką i idealistyczną miłość do swojego kraju,
całkowite poświęcenie na rzecz jego istnienia i przetrwania. Są gotowi
podjąć największe ryzyko i nie cofną się przed żadnym
niebezpieczeństwem. W imię Izraela.
1. Król Cieni
U schyłku lata 1971 roku na śródziemnomorskim wybrzeżu rozpętała się
gwałtowna burza i wysokie fale zalały brzegi Gazy. Miejscowi arabscy
rybacy roztropnie zostali na lądzie. Nie był to odpowiedni dzień na
stawienie czoła zdradliwemu morzu. Obserwowali ze zdumieniem, jak z kłębowiska fal wyłania się rozklekotana łódź i ląduje na mokrym piasku.
Na brzeg wyskoczyło kilku Palestyńczyków w zmiętych i przemoczonych
ubraniach i kefijach. Na nieogolonych twarzach malowało się zmęczenie
długą morską podróżą, ale nie mieli czasu na odpoczynek, uciekali, by
ocalić życie. Na gniewnych wodach pojawił się gnający z maksymalną
prędkością izraelski torpedowiec. Wiózł żołnierzy w pełnym rynsztunku
bojowym. Gdy podpłynął do brzegu, żołnierze wyskoczyli na płyciznę i otworzyli ogień do uciekających Palestyńczyków. Bawiący się na plaży
chłopcy z Gazy podbiegli do uciekinierów i poprowadzili ich do
pobliskiego sadu. Izraelscy żołnierze stracili trop, ale dalej
przeszukiwali plażę.
Późnym wieczorem do sadu prześlizgnął się młody Palestyńczyk z kałasznikowem. Znalazł uciekinierów ścieśnionych w odległym zakątku.
- Kim jesteście, bracia? - spytał.
- Członkami Ludowego Frontu Wyzwolenia Palestyny - padła odpowiedź. - Z obozu dla uchodźców w Tyrze.
- Marhaba, witajcie - powiedział młodzieniec.
- Znacie Abu Seifa, naszego dowódcę? Wysłał nas na spotkanie z dowódcami Ludowego Frontu w Beit Lahii [twierdza terrorystów w południowej części Strefy Gazy]. Mamy pieniądze i broń. Chcemy
skoordynować nasze działania.
- Pomogę wam - odparł młody Palestyńczyk.
Następnego dnia rano kilku uzbrojonych terrorystów odprowadziło
przybyszów do odosobnionego domu w obozie dla uchodźców w Dżabaliji.
Wprowadzili ich do dużego pokoju i zaprosili do stołu. Niedługo potem
weszli dowódcy Ludowego Frontu. Wymienili ciepłe powitania z libańskimi
braćmi i usiedli naprzeciwko nich.
- Możemy zaczynać? - spytał krępy, łysy młody człowiek w czerwonej
kefiji, najwyraźniej przywódca grupy libańskiej. - Wszyscy już są?
- Wszyscy.
Libańczyk uniósł dłoń i spojrzał na zegarek. Był to najwyraźniej sygnał.
Nagle "libańscy wysłannicy" wyciągnęli krótką broń i otworzyli ogień.
Nie minęła minuta, a wszyscy terroryści z Beit Lahii byli martwi.
"Libańczycy" uciekli krętymi alejkami obozu w Dżabaliji i zatłoczonymi
ulicami Gazy i wkrótce dostali się na terytorium Izraela. Tego dnia
wieczorem mężczyzna w czerwonej kefiji, kapitan Meir Dagan, dowódca
tajnego oddziału komandosów Sił Obronnych Izraela (Cahal), zameldował
generałowi Arielowi (Arikowi) Szaronowi, że operacja "Kameleon"
zakończyła się pełnym sukcesem. Wszyscy przywódcy Ludowego Frontu z Beit
Lahii, niebezpiecznej grupy terrorystycznej, zginęli.
Dagan miał tylko dwadzieścia sześć lat, ale był już legendarnym
bojownikiem. Sam zaplanował całą operację: podszycie się pod libańskich
terrorystów, rejs starym statkiem z Aszdodu, portu w Izraelu, ukrywanie
się przez całą noc, spotkanie z przywódcami terrorystów i trasę ucieczki
po akcji. Zorganizował nawet pozorowany pościg przez izraelski
torpedowiec. Dagan był przykładnym żołnierzem, śmiałym i pomysłowym,
lekceważacym zasady. Icchak Rabin powiedział kiedyś: "Meir wykazywał się
niezwykłą umiejętnością planowania operacji antyterrorystycznych, które
przebiegały jak w filmach sensacyjnych".
Przyszły dyrektor Mosadu, Dani Jatom, zapamiętał Dagana jako krępego
młodego człowieka z grzywą brązowych włosów, który ubiegał się o wstąpienie do najbardziej prestiżowej jednostki izraelskich komandosów,
Sajeret Matkal, i zdumiewał wszystkich niezwykłą wprawą we władaniu
nożem. Swoim ogromnym komandoskim nożem potrafił śmiertelnie ugodzić
wybrany cel. Chociaż okazał się wyśmienitym strzelcem, nie przeszedł
testów do Sajeret Matkal i początkowo zadowolił się srebrnymi
skrzydełkami spadochroniarza.
Na początku lat siedemdziesiątych został wysłany do Strefy Gazy,
opanowanej przez Izrael w 1967 roku podczas wojny sześciodniowej, która
od tamtej pory pozostawała siedliskiem terrorystów. Palestyńscy
terroryści dzień w dzień mordowali Izraelczyków w Strefie Gazy i w Izraelu przy użyciu bomb, materiałów wybuchowych i broni palnej. Cahal
straciły kontrolę nad obozami dla uchodźców. 2 stycznia 1971 roku, kiedy
dwoje uroczych dzieci Arroyów, pięcioletnia Avigail i ośmioletni Mark,
zostało rozerwanych przez granat wrzucony do samochodu, generał Ariel
(Arik) Szaron postanowił położyć kres rzezi. Zwerbował paru starych
kolegów z czasów wojowniczej młodości oraz kilku utalentowanych młodych
żołnierzy. Wśród nich był Dagan, niski, przysadzisty oficer o okrągłej
twarzy, który utykał - pamiątka po tym, jak nadepnął na minę podczas
wojny sześciodniowej. Podczas leczenia w szpitalu Soroka w Beer Szewie
zakochał się w pielęgniarce Binie. Gdy wyzdrowiał, wzięli ślub.
Jednostka Szarona oficjalnie nie istniała. Miała za zadanie zniszczyć
organizacje terrorystyczne w Strefie Gazy za pomocą ryzykownych i niekonwencjonalnych metod. Dagan zwykle chodził po okupowanej Gazie z laską, dobermanem, kilkoma pistoletami, rewolwerami i karabinem
maszynowym. Niektórzy twierdzili, że widzieli go przebranego za Araba,
jadącego powoli na osiołku zdradliwymi uliczkami miasta. Kalectwo nie
osłabiło jego determinacji do udziału w najbardziej niebezpiecznych
operacjach. Poglądy miał proste. To są wrogowie, źli Arabowie, którzy
chcą nas zabić, więc my musimy zabić ich pierwsi.
W ramach jednostki Dagan utworzył Rimon, pierwszą tajną izraelską
jednostkę komandosów, którzy działali w arabskim przebraniu we wrogich
ośrodkach. Aby poruszać się swobodniej w arabskim tłumie i osiągać cele
bez wykrycia, musieli korzystać z przebrań. Szybko zyskali rozgłos jako
"grupa uderzeniowa Arika". Krążyły pogłoski, że często z zimną krwią
mordowali schwytanych terrorystów. Podobno czasem prowadzili terrorystę
w ciemną uliczkę i mówili mu: "Masz dwie minuty na ucieczkę". Kiedy
ruszał przed siebie, rozstrzeliwali go. Niekiedy podrzucali sztylet lub
karabin, a kiedy terrorysta schylał się po niego, ginął na miejscu.
Dziennikarze pisali, że codziennie rano Dagan wychodził na dwór i w jednej ręce trzymał penisa przy siusianiu, a w drugiej broń, z której
strzelał do pustej puszki po coli. Dagan dementował te doniesienia.
"Niektóre mity przylgnęły do nas wszystkich - stwierdził - ale część
tego, co się pisze, to po prostu fałsz".
Mały oddział izraelskich komandosów prowadził zażartą, okrutną wojnę,
dzień w dzień ryzykując życie. Prawie co noc ludzie Dagana przebierali
się za kobiety albo rybaków i wychodzili polować na znanych terrorystów.
W połowie stycznia 1971 roku, udając arabskich terrorystów na północy
Strefy Gazy, zwabili członków Al-Fatah w zasadzkę. Wybuchła strzelanina,
terroryści zginęli. 29 stycznia 1971 roku, tym razem w mundurach, Dagan
i jego ludzie jechali dwoma dżipami przez przedmieścia obozu w Dżabaliji. Drogę przecięła im taksówka i Dagan rozpoznał wśród jej
pasażerów słynnego terrorystę Abu Nimera. Rozkazał zatrzymać dżipy i jego żołnierze otoczyli taksówkę. Dagan podszedł do niej, a z auta w tej
samej chwili wyskoczył Abu Nimer z granatem w dłoni. Patrząc na Dagana,
wyciągnął zawleczkę. "Granat!" - krzyknął Dagan, ale sam nie rzucił się
do ucieczki, tylko skoczył na mężczyznę, przygwoździł go do ziemi i wyrwał mu granat. Za tę akcję dostał Medal za Odwagę. Mówiono, że po
odrzuceniu granatu Dagan zabił Abu Nimera gołymi rękami.
Wiele lat później w jednym z nielicznych wywiadów Dagan powiedział
izraelskiemu dziennikarzowi Ronowi Leshemowi: "Rimon to nie był oddział
uderzeniowy. (...). To nie był Dziki Zachód, gdzie każdy łapał za broń pod
byle pretekstem. Nigdy nie krzywdziliśmy kobiet i dzieci. (...)
Atakowaliśmy zatwardziałych morderców. Na jednych napadaliśmy, innych
powstrzymywaliśmy. Aby chronić cywilów, państwo musi czasem sięgnąć po
metody sprzeczne z zasadami demokracji. To prawda, że w jednostkach
podobnych do naszej nie da się wyznaczyć granic postępowania. I właśnie
dlatego musimy mieć pewność, że nasi ludzie są najlepsi. Nieuczciwe
chwyty mogą być stosowane tylko przez najuczciwszych ludzi".
Demokratycznymi metodami czy też nie - Szaron, Dagan i ich towarzysze w większości wytępili terroryzm w Gazie i na kilka lat w rejonie tym
zapanował spokój. Ale niektórzy utrzymują, że Szaron na wpół żartobliwie
powiedział o swoim wiernym pomocniku: "Specjalnością Meira jest
oddzielanie głowy Araba od ciała".
Bardzo niewiele osób zna jednak prawdziwego Dagana. Urodził się on jako
Meir Huberman w 1945 roku w wagonie kolejowym na przedmieściach
Chersonia na Ukrainie, gdy jego rodzina uciekała z Syberii do Polski.
Większość jego krewnych zginęła podczas Holokaustu. Meir wyemigrował do
Izraela z rodzicami i wychował się w ubogiej dzielnicy w Lod, starym
arabskim mieście około 25 kilometrów od Tel Awiwu. Wiele osób znało go
jako nieustraszonego wojownika, nieliczni znali jego sekretne pasje:
zamiłowanie do książek historycznych, wegetarianizm, miłość do muzyki
klasycznej oraz uprawianie malarstwa i rzeźby.
Od najwcześniejszego dzieciństwa prześladowały go cierpienia własnej
rodziny i wszystkich Żydów podczas Holokaustu. Poświęcił życie obronie
nowo narodzonego państwa Izrael. Kiedy awansował w wojskowej hierarchii,
najpierw zawiesił na ścianie w nowym gabinecie wielką fotografię starego
Żyda w tałesie, klęczącego przed dwoma esesmanami: jeden z nich trzymał
pałkę, drugi karabin.
- Ten stary człowiek to mój dziadek - opowiadał Dagan gościom. - Patrzę
na to zdjęcie i wiem, że muszę być silny i walczyć o to, by Holokaust
nigdy więcej się nie powtórzył.
Starszym mężczyzną rzeczywiście był dziadek Dagana, Ber Erlich Słuszny,
zamordowany w Łukowie kilka sekund po zrobieniu zdjęcia.
Podczas wojny Jom Kipur w 1973 roku Dagan znajdował się w pierwszej
grupie zwiadowczej Izraelczyków, którzy przekroczyli Kanał Sueski. W czasie wojny libańskiej w 1982 roku wkroczył do Bejrutu na czele swojej
brygady pancernej. Wkrótce został dowódcą strefy bezpieczeństwa w południowym Libanie i tam spod wyprasowanego munduru ponownie wyłonił
się awanturniczy bojownik. Przywrócił zasady potajemnego działania,
kamuflażu i akcje pozoracyjne z czasów działań w Strefie Gazy. Jego
żołnierze wymyślili tajemniczemu szefowi nowy przydomek. Zaczęli go
nazywać Królem Cieni. Podobało mu się życie w Libanie, tajne sojusze,
zdrady, okrucieństwa, wojny cieni. "Znałem dobrze miasto - powiedział -
zanim moja brygada pancerna wkroczyła do Bejrutu". Po zakończeniu wojny
w Libanie nie zaprzestał swoich tajnych przygód. W 1984 roku otrzymał
oficjalną naganę od szefa sztabu Mosze Lewiego za wystawanie w przebraniu Araba pod kwaterą główną terrorystów w Bahamdoun.
Podczas intifady (powstania w Palestynie w latach 1987-1993), kiedy
Dagan został przeniesiony na zachodnie wybrzeże jako doradca szefa
sztabu Ehuda Baraka, powrócił do swoich zwyczajów i nawet przekonał
Baraka, żeby do niego dołączył. Obaj ubrani w dresy, jak prawdziwi
Palestyńczycy, znaleźli jasnoniebieskiego mercedesa o miejscowych
numerach rejestracyjnych i udali się na przejażdżkę do zdradliwej kasby
w Nablusie. W drodze powrotnej przestraszyli, a potem zadziwili
wartowników z kwatery głównej, kiedy ci już rozpoznali, kto siedzi w wozie.
W 1995 roku Dagan, wówczas generał dywizji, porzucił armię i udał się
razem z kumplem Josim Ben Hananą na osiemnastomiesięczną wyprawę
motocyklami przez azjatyckie równiny. Podróż przerwały wieści o zabójstwie Icchaka Rabina. Dagan wrócił natychmiast do Izraela i przez
pewien czas kierował działaniami antyterrorystycznymi, bez entuzjazmu
próbował wejść do świata biznesu, pomógł też Szaronowi w kampanii
wyborczej partii Likud. Potem, w 2002 roku, odszedł na emeryturę i przeniósł się do domku na wsi w Galilei, do swoich książek, płyt, palety
i rzeźbiarskiego dłuta.
Trzydzieści lat po Gazie emerytowany generał wreszcie zapoznawał się ze
swoją rodziną - "Obudziłem się nagle i zobaczyłem, że moje dzieci są już
dorosłe" - kiedy odebrał telefon od starego przyjaciela, ówczesnego
premiera Arika Szarona.
- Chciałbym, żebyś został szefem Mosadu - powiedział Szaron do
pięćdziesięciosiedmioletniego przyjaciela. - Potrzebuję dyrektora ze
sztyletem w zębach.
Był rok 2002 i Mosad przechodził kryzys. Kilka niepowodzeń z ubiegłych
lat nadwyrężyło prestiż służby. Najgłośniejsze porażki - nieudany zamach
na głównego przywódcę Hamasu w Ammanie i schwytanie izraelskich agentów
w Szwajcarii, na Cyprze i w Nowej Zelandii - poważnie nadszarpnęły
reputację Mosadu. Ostatni dyrektor, Efraim Halewi, nie sprostał
oczekiwaniom. Dawny ambasador Unii Europejskiej w Brukseli był dobrym
dyplomatą i analitykiem, ale słabym przywódcą i na pewno nie
bojownikiem. Szaron potrzebował na tym stanowisku śmiałego, pomysłowego
człowieka, który będzie stanowił potężną broń w walce z islamskim
terroryzmem i irańskim reaktorem.
Dagan nie został dobrze przyjęty w Mosadzie. Trzymający się z boku,
skupiony na działaniach, nie kłopotał się za bardzo czytaniem analiz
wywiadowczych i tajnych dyplomatycznych depesz. Kilku wysokich oficerów
Mosadu w proteście złożyło rezygnację, ale Dagan nie przejął się tym.
Odbudował siły operacyjne, nawiązał bliskie stosunki z zagranicznymi
tajnymi służbami i osobiście zajął się zagrożeniem irańskim. Kiedy w 2006 roku wybuchła druga, tragiczna wojna libańska, był jedynym
izraelskim przywódcą, który sprzeciwił się strategii masowych
bombardowań przez siły powietrzne. Wierzył w ofensywę lądową, wątpił, by
siły powietrzne zdołały wygrać wojnę i wyjść z niej bez szwanku.
Prasa ostro krytykowała go za surowe traktowanie podwładnych.
Sfrustrowani oficerowie Mosadu, którzy przeszli na emeryturę, popędzili
z narzekaniami do dziennikarzy, a Dagan znalazł się pod stałym
ostrzałem. "Co za Dagan?" - napisał znany publicysta.
A potem, pewnego dnia, pojawiły się zupełnie inne nagłówki. Codzienne
gazety zapełniły się pochlebnymi artykułami i wypowiedziami o "człowieku, który ocalił honor Mosadu".
Pod kierownictwem Dagana Mosad przeprowadził dotychczas niewyobrażalne
akcje: wyeliminowanie szalonego zabójcy z Hezbollahu Imada Mughnijji w Damaszku, zniszczenie syryjskiego reaktora nuklearnego, likwidację
kluczowych przywódców terrorystycznych w Libanie i Syrii oraz,
najbardziej niezwykłą ze wszystkich, nieustępliwą, bezlitosną i udaną
kampanię przeciwko tajnemu irańskiemu programowi broni jądrowej.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki