Morze Śródziemne i świat śródziemnomorski w epoce Filipa II . Tom 1 i 2 - Fernand Braudel


Reflow text when sidebars are open.
Część pierwsza
ROLA ŚRODOWISKA
Część pierwsza, jak zapowiada jej tytuł, stoi pod znakiem pewnego typu geografii, skupiającej uwagę na danych o życiu ludzkim. Jest ona także, w jeszcze większym stopniu, poszukiwaniem pewnego rodzaju historii.
Gdyby należycie datowane wiadomości były liczniejsze, moglibyśmy zadowolić się badaniem geografii ludzkiej, ograniczonym ściśle do lat 1550-1600 - nawet badaniem prowadzonym w zdradliwym kierunku pewnego determinizmu. Ponieważ jednak świadectwa te są niekompletne, gdyż historycy nie gromadzili ich systematycznie, ponieważ nasze żniwo mimo jego obfitości jest niewystarczające, trzeba było, chcąc nie chcąc, dokonywać interpolacji. I po to, by oświetlić tę krótką chwilę w życiu śródziemnomorskim między rokiem 1550 a 1600, odwołać się do wyobrażeń, obrazów, realiów pochodzących z innych epok, wcześniejszych bądź późniejszych, a nawet z czasów obecnych. Wszystko to służy odtąd, w czasie i przestrzeni, wyłanianiu się historii o zwolnionym rytmie, ukazującej stałe wartości. W tej roli geografia przestaje być celem samym w sobie, by stać się środkiem do celu. Pomaga ona odkrywać najwolniej zmieniające się realności strukturalne, ujmować je w perspektywie zwróconej ku przepływowi najdłuższego trwania[1]. Geografia, od której - podobnie jak od historii - możemy wymagać wszystkiego, da w ten sposób pierwszeństwo historii niemal nieruchomej, oczywiście pod warunkiem, że słucha się jej nauk, że akceptuje się jej podziały i jej kategorie.
Świat śródziemnomorski pojmujemy co najmniej dwojako. Jest on przede wszystkim złożony z szeregu zwartych, górzystych, porozdzielanych równoległymi równinami półwyspów: Italii, Półwyspu Bałkańskiego, Azji Mniejszej, Afryki Północnej, Półwyspu Iberyjskiego. Po wtóre zaś między te kontynenty w miniaturze morze wciska swoje rozległe, złożone, rozbite na części przestrzenie, albowiem Morze Śródziemne jest raczej "kompleksem mórz" niż jednolitą całością. Takie są dwie sceny - półwyspy i morza - które rozważymy najpierw, aby określić ogólne warunki życia ludzi. Ale ukazanie tych dwóch scen byłoby niewystarczające.
Z jednej strony, na południu, basen Morza Śródziemnego jest słabo oddzielony od olbrzymiej pustyni, która ciągnie się nieprzerwanie od atlantyckiej Sahary do pustyni Gobi, aż do wrót Pekinu. Od południowej Tunezji do południowej Syrii pustynia dotyka bezpośrednio morza. Jest czymś więcej niż sąsiadem, raczej gospodarzem, niekiedy nieprzyjemnym, zawsze wymagającym. Pustynia jest więc jednym z oblicz świata śródziemnomorskiego.
Z drugiej strony, na północy, dalszy ciąg krainy śródziemnomorskiej stanowi Europa, doznająca wskutek kontaktów z nią wielorakich wstrząsów, a wstrząsy przez nią wywoływane są równie liczne, mają często decydujące znaczenie. Europa Północna, znajdująca się poza strefą oliwek, jest wciąż obecna w historii Morza Śródziemnego. I właśnie wzlot Europy, Europy związanej z Atlantykiem, zdecyduje u schyłku XVI wieku o całym losie świata śródziemnomorskiego.
Rozdziały I-III mówią więc o różnorodności morza i rozważają je w przestrzeni. Czy w tych warunkach można mówić o jedności fizycznej morza (rozdział IV Klimat) bądź o jedności ludzkiej i siłą rzeczy historycznej (rozdział V Szlaki i miasta)? Są to etapy długiego wprowadzenia, które zmierza do naszkicowania różnych oblicz Morza Śródziemnego, aby - jeśli to możliwe - lepiej uchwycić i zrozumieć jego barwny los.
1. NAJPIERW GÓRY
Morze Śródziemne określane jest jako morze wśród lądów, jako morze ściśnięte przez lądy. Trzeba jeszcze dokonać rozróżnień między lądami, które je otaczają i ograniczają. Czy Morze Śródziemne nie jest przede wszystkim morzem wśród gór? W płaszczyźnie historii należy kłaść duży nacisk na ten fakt, zwykle bowiem zapomina się o odnotowaniu go i jego licznych konsekwencjach.
Właściwości fizyczne i ludzkie
Geolodzy znają je i wyjaśniają. Całe Morze Śródziemne, powiadają, usytuowane jest w strefie sfałdowań i pęknięć ziemskich, jakie występowały w Starym Świecie, od Gibraltaru do Indonezji: jest ono, ściśle mówiąc, częścią tej strefy. Sfałdowania ostatnie, jedne z epoki formowania się Pirenejów, inne z epoki Alp, podniosły ponownie i wprawiły w ruch osady drugiego Morza Śródziemnego, znacznie rozleglejszego niż nasze, głównie ogromne złoża wapienia o grubości przekraczającej niekiedy 1000 metrów. Te gwałtowne sfałdowania następowały dość regularnie, natrafiając na tamy ze starych i twardych skał, które niekiedy zostały wydźwignięte (jak góry w Kabylii), a niekiedy przyłączone do potężnych łańcuchów, jak w wypadku Mercantour i licznych masywów centralnych Alp czy Pirenejów. Częściej jeszcze skały te zapadają się - czemu towarzyszy w mniejszym lub większym stopniu występowanie wulkanów - i są ponownie przykrywane przez wody morza.
Jakkolwiek porozdzielane przez baseny morskie, góry znajdujące się po różnych stronach wypełnionych wodą rowów mają z sobą połączenia i stanowią spoiste systemy. Jeden most połączył Sycylię z Tunezją; inny most, betycki, istniał między Hiszpanią a Marokiem; most egejski rozciągał się od Grecji do Azji Mniejszej (zniknięcie jego jest - w sensie geologicznym - tak niedawne, że pokrywałoby się z biblijnym potopem), a nie wspominamy o takich kontynentach jak Tyrrenaida, z których pozostały tylko świadczące o ich istnieniu wyspy i uczepione wybrzeży morza fragmenty. Jeśli oczywiście przyjmiemy, że hipotezy geologiczne odpowiadają rzeczywistości, ponieważ są to tylko hipotezy[1]. W każdym razie stwierdzona została jedność architektoniczna obszaru śródziemnomorskiego, którego "szkielet" stanowią góry: szkielet kłopotliwy, zbyt duży, wszechobecny, który przebija wszędzie powłokę.
Nad morzem góry są więc obecne wszędzie poza kilkoma przerwami o nieznacznej długości, jak Cieśnina Gibraltarska, Brama Langwedocka, korytarz Rodanu i cieśniny prowadzące z Morza Egejskiego do Morza Czarnego. Nie ma drugiej równie poważnej luki poza tą, która rozciąga się od południowej Tunezji do Syrii, gdzie przez wiele tysięcy kilometrów saharyjska równina styka się - bardziej czy mniej wzniesiona - bezpośrednio z morzem.
1. Sfałdowania basenu Morza Śródziemnego
Masywy hercyńskie zakreskowane, sfałdowania alpejskie na czarno, białe pasma wskazują kierunek łańcuchów. Na południu płaskowyż saharyjski - na biało - otacza Morze Śródziemne od Tunezji do Syrii. Na wschodzie ukazano tektoniczne załamania Morza Martwego i Morza Czerwonego. Na północy - na biało - równiny wewnątrzalpejskie i pozaalpejskie. Wykropkowano zasięg dawnych lodowców.
Dodajmy, że są to góry wysokie, rozłożyste, ciągnące się bez końca: Alpy, Pireneje, Apeniny, Góry Dynarskie, Kaukaz, góry Anatolii, Libanu, Atlas, Kordyliera hiszpańska. A więc postacie potężne, wymagające. Jedne z racji swej wysokości, inne z powodu zwartości swoich kształtów czy trudno dostępnych, głębokich, otoczonych stromymi zboczami dolin. Zwracają one w stronę morza swoje okazałe, groźne oblicza[2].
Tak więc Morze Śródziemne to nie tylko krajobrazy winnic, oliwek i zurbanizowanych wsi, to nie tylko wąskie wstążki wybrzeży, to także całkiem blisko przylegające do morza krainy wyżynne, wznoszący się wysoko świat najeżony stromymi ścianami, z rzadko rozsianymi domami i wioskami, ze swoją "północą w pionie"[3]. Już nic nie przypomina tu obszaru śródziemnomorskiego, gdzie kwitnie pomarańcza. Zimy są tu srogie. W Atlasie Wysokim śnieg pada obficie, a Leon Afrykańczyk, gdy przekraczał zimą Atlas marokański, miał pecha, dając sobie skraść bagaże i ubrania[4]... Ale który podróżnik śródziemnomorski nie zna z własnego doświadczenia lawin złej pogody, zablokowanych dróg, syberyjskich i polarnych krajobrazów o kilka zaledwie kilometrów od nasłonecznionego wybrzeża, zasypanych śniegiem chat czarnogórskich czy przełęczy Tirurdat w Kabylii, kłębiącej się potężnymi zamieciami, gdzie w ciągu jednej nocy spada do czterech metrów śniegu? Narciarze z Szrea docierają w godzinę do Algieru pokrytego różami, podczas gdy 120 kilometrów dalej, w masywie Dżurdżury, opodal cedrowego gaju w Tindżda, tubylcy z gołymi nogami nurzają się w śniegu aż po uda.
Któż nie zna tych spóźnionych śniegów, padających nawet w środku lata, które, jak powiada jeden z podróżników, "odświeżają oczy"[5]. Znaczą się pręgami białych śladów na szczycie Mulhacenu, podczas gdy u jego podnóża zamiera spalona żarem Grenada; czepiają się Tajgetu nad tropikalną równiną Sparty; zachowują się w zagłębieniach gór Libanu, czy też w "lodowcach" Szrea[6]... To one tłumaczą w basenie Morza Śródziemnego długą historię "wody ze śniegu", ofiarowanej przez Saladyna Ryszardowi Lwie Serce, od której nadużycia zmarł książę Don Carlos podczas upalnego lipca 1568 roku[7] w swoim więzieniu w pałacu madryckim. W Turcji była ona w XVI wieku przywilejem bogatych. W Konstantynopolu, a także gdzie indziej, na przykład w syryjskim Trypolisie (Tarabulus)[8], podróżnicy sygnalizują obecność handlarzy wody ze śniegu, z kawałków lodu - napoju, który nabywa się za kilka drobnych monet[9]. Belon du Mans mówi nam, że śnieg z Brusy (Bursy) docierał do Stambułu całymi fustami[10]. Można go było tam dostać o każdej porze roku, co stwierdza także Busbecq, zdziwiony tym, że janczarowie piją go codziennie w Amasyi, w Anatolii, w obozach tureckiej armii[11]. Handel śniegiem jest tak ważny, że paszowie zajmują się eksploatacją "kopalń lodu": jak mówiono w 1578 roku, Mehmed Pasza miał na tym zarabiać do 80 000 cekinów rocznie[12].
Gdzie indziej: w Egipcie, dokąd szybka poczta konna dostarczała go z Syrii do Kairu; w Lizbonie, dokąd sprowadzano go z bardzo daleka[13]; w Oranie, gdzie przeważał śnieg hiszpański, przywożony tam przez brygantyny intendentury[14]; na Malcie, gdzie kawalerowie, jeśli im wierzyć, umierali z braku dostaw śniegu przywożonego z Neapolu, ich choroby bowiem wymagały "tego najskuteczniejszego lekarstwa"[15] - był to, na odwrót, artykuł luksusowy. Natomiast w Italii, podobnie jak w Hiszpanii, woda ze śniegu wydaje się dość rozpowszechniona, czym się tłumaczy wczesne pojawienie się w Italii sztuki wytwarzania lodów i sorbetów[16]. W Rzymie sprzedaż jej przynosi tak duże dochody, że jest zmonopolizowana[17]. W Hiszpanii śnieg gromadzony jest w studniach i przechowywany aż do lata[18]. Zachodni pielgrzymi, zmierzający do Ziemi Świętej, zdziwili się jednak, gdy w 1494 roku zobaczyli na brzegu syryjskim, że kapitan ich statku otrzymuje w podarunku "worek wypełniony śniegiem, którego widok w tym kraju, i to w lipcu, wprawił całą załogę w najwyższe zdumienie"[19]. Także na brzegu Syrii w 1553 roku pewien Wenecjanin dziwił się wielce temu, że "Maurowie" "ut nos utimur saccharo, item spargunt nivem super cibos et sua edulia"[20] ("posypują śniegiem swoje pożywienie i pokarmy, tak jak my przyprawiamy je cukrem").
Położone w samym środku basenu Morza Śródziemnego, te śnieżne krainy są czymś niezmiernie oryginalnym. Dzięki swojej ruchliwej ludności, dzięki swoim rozmiarom dominują nad równiną, nad wybrzeżami morskimi, nad wszystkimi tymi wspaniałymi, lecz niewielkimi tworami, chociażby dlatego, że owe "błogosławione" regiony potrzebują ludzi, a ich rozwinięty handel wymaga dróg komunikacji. Śnieżne krainy dominują nad niziną, ale ją przerażają. Podróżny stara się ominąć przeszkodę, poruszać się po terenie płaskim, od niziny do niziny, od doliny do doliny. Musi jednak zawsze, w tej lub innej chwili, przekraczać korytarze, wąwozy o złowrogiej sławie; ale udaje się tam na czas możliwie najkrótszy. Dawniej podróżny pozostawał więźniem równin, ogrodów, olśniewających brzegów, bogatego życia morza...
Prawdę mówiąc, historyk jest trochę jak ten podróżny. Przebywa zbyt długo na równinie, wśród scenerii, gdzie zmieniają się potęgi epoki; wydaje się nie mieć wielkiej ochoty do wkroczenia w wysokie a bliskie góry. Niejeden z nich, nie opuszczając nigdy miast i archiwów, byłby zdziwiony ich odkryciem. A jakże można nie dostrzegać tych potężnych aktorów, tych gór na poły dzikich, gdzie człowiek pnie się jak żywa roślina, gór zawsze na poły pustynnych, nieustannie bowiem porzucanych przez człowieka? Jakże można ich nie zauważać, skoro długimi, urwistymi brzegami sięgają często do samego morza?[21] Góral jest typem człowieka znanym całej literaturze śródziemnomorskiej. Już według Homera Kreteńczycy nie wierzyli w dzikość gór, a Telemach, powróciwszy do Itaki, opiewał pokryty gajami Peloponez, gdzie żył wśród wieśniaków, skąpych "zjadaczy żołędzi"[22].
Trzeba zdefiniować góry
Czym są właściwie góry? Jeśli mamy podać jakąś prostą definicję - na przykład: całokształt ziem śródziemnomorskich powyżej 500 metrów - uściślenie jest zbędne. Pozostaje natomiast kwestia przeniesienia na mapę barier ludzkich, wątpliwych, trudnych do uchwycenia. Raoul Blanchard ostrzegał nas dawno: "Definicja gór, która byłaby jasna i zrozumiała, byłaby sama w sobie prawie niemożliwa do podania"[23].
Czy moglibyśmy powiedzieć: góry są ubogimi rejonami śródziemnomorskimi, skupiskami proletariuszy? Ogólnie byłaby to prawda. Ale w XVI wieku jest wiele innych ubogich regionów, także poniżej linii 500 metrów, jak chociażby stepy Aragonii czy Pontyjskie Błota... Ponadto liczne są góry, jeśli nie bogate, to co najmniej dość uprzywilejowane i stosunkowo gęsto zaludnione. Niektóre, położone bardzo wysoko doliny Pirenejów katalońskich nawet wchłaniają "częściowo, z jednej wsi do drugiej, swoją własną emigrację"[24]. Wiele gór jest także bogatych dzięki opadom; wedle słów Arthura Younga w klimacie śródziemnomorskim małe znaczenie ma gleba: "tym, co decyduje o wszystkim, jest słońce i woda". Alpy, Pireneje, Rif, góry Kabylii - wszystkie te góry wystawione na wiatry Atlantyku są dzięki temu zielonymi krainami, gdzie rosną bujne trawy i gęste gaje[25]. Inne góry są bogate z powodu swego wnętrza. Jeszcze inne są anormalnie zaludnione w wyniku napływu ludności niegóralskiej - wypadek powtarzający się setki razy.
Góry bowiem są schronieniem przed żołnierzami i piratami, mówią o tym wszystkie dokumenty, a nawet już Biblia[26]. Niekiedy schronienie to staje się stałą siedzibą[27]. Dowodzi tego przykład Puszto-Wołochów, wygnanych z równin przez słowiańskich oraz greckich chłopów i koczujących odtąd, w okresie całego średniowiecza, po wolnych obszarach Bałkanów, od Galicji do Serbii i do Morza Egejskiego, wypieranych bez końca, ale i wypierających innych[28]. Dorównując kozicom "lekkością, schodzili oni z gór, by zdobyć jakiś łup..." - notuje pewien podróżnik z XII wieku[29]. Przez cały Półwysep "aż do Matapanu i przez Kretę pędzili w swoich czarnych odzieniach stada owiec, a dwa najwyższe łańcuchy, Hajmos i Pindos, były dla nich najlepszymi schronieniami. Z tych dwóch masywów górskich zeszli nagle do historii bizantyjskiej, na początku XI wieku"[30]. Właśnie wokół tych gór widzi się jeszcze w XIX wieku pasterzy, rolników, a przede wszystkim przewodników karawan mułów, które są ważnymi środkami transportu w Albanii i północnej Grecji[31].
A więc liczne góry stanowią wyjątek od reguły ubóstwa i pustki, która zresztą znajduje tyle potwierdzeń ze strony podróżników i innych świadków XVI stulecia. Bezludne krainy górnej Kalabrii, którą przemierzył w 1572 roku wysłannik wenecki, dołączając się w Mesynie do Don Juana de Austria[32]; bezludne rejony Sierra Morena w Kastylii[33], oraz góry Espadan i Bernia w królestwie Walencji[34], o których mamy dane z roku 1564, gdy obawiano się poruszenia i wojny morysków, chroniących się w tej górskiej, trudno dostępnej krainie, gdzie buntownicy z 1526 roku stawiali uprzednio opór niemieckim lancknechtom; jeszcze bardziej bezludne, odwiecznie puste, dzikie i pozbawione roślinności są góry wewnętrznej Sycylii i tyle innych gór, tu i tam, niedostatecznie nawodnionych, niedostępnych nawet dla pasterstwa[35].
Ale są to wypadki skrajne. Dla geografa J. Cvijicia[36] góry środkowych Bałkanów (do nas należy uznanie czy odrzucenie jego uwag) są domeną rozproszonego zaludnienia[37], skupisk typu przysiółek; natomiast skupiska równinne mają charakter wsi. Rozróżnienie to słuszne jest w odniesieniu do Wołoszczyzny i - aż do absurdu - do Węgier i ogromnych wsi Puszty, a także północnej Bułgarii, gdzie osady, niegdyś na poły pasterskie, znane są pod nazwą kolib. Jest to jeszcze słuszne w odniesieniu do Starej Serbii, Galicji, Podola. Tylko że wszystko jest zawsze słuszne jedynie na ogół. W wielu wypadkach trudno byłoby wskazać ściśle na mapie strefę nizinnych wsi - często nieomal miast[38] - i strefę górskich osad, które obejmują po kilka domów, niekiedy jedną tylko rodzinę. Rozległe badania tego samego autora na temat pogranicza serbsko-bułgarskiego, między Kumanilem a Kumanovem[39], dowodzą, że ścisłe wyznaczenie granic jest prawie niemożliwe.
Można więc ogólnie mówić o rozproszeniu ludności góralskiej, a jeszcze bardziej o cywilizacji ograniczonej, niepełnej, co jest skutkiem niedostatku zajęć dla mieszkańców. Heinrich Decker mógł badać w pięknej książce[40] cywilizację artystyczną Alp; tak, ale Alpy są Alpami, czyli górami wyjątkowymi ze względu na bogactwa, zasady zbiorowego życia, cechy ich ludności, liczbę wielkich dróg. Gdy mówi się o górach Morza Śródziemnego, rzadko wypada powoływać się na Alpy, wybiera się raczej Pireneje, ich burzliwą historię, ich pierwotną niedostępność[41]. Niezależnie od tego Pireneje są jeszcze - one także - uprzywilejowane: można by całkiem ściśle mówić o cywilizacji pirenejskiej, nadając temu słowu jego dawne znaczenie cywilizacji w dobrym znaczeniu[42]. Region, o którym będziemy jeszcze mówili, Pireneje katalońskie, był w okresie od XI do XII wieku miejscem narodzin pełnej rozmachu architektury romańskiej[43], której dane było przetrwać w osobliwy sposób aż do wieku XVI[44]. Tak. Ale jak było w Aur?s, w Rifie, w Kabylii?
Góry, cywilizacje i religie
Góry to zwykle świat istniejący z dala od cywilizacji, od tworzenia się miast, od krain nizinnych. Ich historią jest brak historii, dość regularne pozostawanie na marginesie wielkich prądów cywilizacyjnych, które jednak powoli je przenikają. Zdolne rozlewać się szeroko na powierzchni w kierunku poziomym, prądy te okazują się bezsilne w kierunku pionowym, wobec przeszkody o kilkusetmetrowej wysokości. Dla tych światów wysoko położonych, które nie znają prawie miast, Rzym mimo swojej zadziwiającej trwałości niewiele by znaczył[45], gdyby nie żołnierskie obozy, które dla swojego bezpieczeństwa Rzymianie musieli założyć tu i ówdzie, na skraju niezdobytych masywów: jak Léon u podnóża Gór Kantabryjskich, Dżemilach przeciwko dysydentom z Atlasu berberyjskiego, Timgad wraz z Lambessą, gdzie obozowała IIIa legio augusta... Również język łaciński nie odniósł nigdzie triumfu w tych wrogich masywach Afryki Północnej, Hiszpanii i innych regionów, a dom łaciński pozostał domem nizinnym[46]. Góry pozostały dlań zamknięte, mimo że w niektórych rejonach przeniknął w nie lokalnie.
Później, gdy po Rzymie cezarów sukcesję przejął Rzym Świętego Piotra, pozostał ten sam problem. Kościół tylko tam zdołał oswoić i zewangelizować pastuchów, niezależnych chłopów, gdzie jego działalność mogła być uporczywie ponawiana. Zużył na to niesłychanie wiele czasu. W XVI wieku zadanie było dalekie od zakończenia, zarówno dla katolicyzmu, jak i dla islamu, który napotykał tę samą przeszkodę: Berberowie z Afryki Północnej, chronieni przez swoje szczyty, tylko w niewielkim stopniu dali się przekonać do Mahometa lub nie dali wcale. Podobnie jest z Kurdami w Azji[47]. Tymczasem zaś w Aragonii, w rejonie Walencji czy na ziemiach Grenady góry pozostają strefą dysydentyzmu religijnego, utrzymywania się islamu[48], podobnie jak położone wysoko, dzikie i "nieufne" doliny Luberonu umożliwiają przetrwanie protestantyzmowi z Vaud[49]. W XVI wieku górskie krainy są słabo przywiązane do religii panujących w obszarach nadmorskich; wszędzie obserwujemy przesunięcie czasu, opóźnienie w życiu górali.
Świadectwem tego jest choćby łatwość, z jaką - jeśli pozwalają na to okoliczności - nowe religie odnoszą w tych krajach ogromne, jakkolwiek nietrwałe zwycięstwa. W XV-wiecznym świecie bałkańskim całe zbocza gór przyjmują islam; w Albanii podobnie jak w Hercegowinie, wokół Sarajewa; dowodzi to przede wszystkim słabego przywiązania do kościołów chrześcijańskich. Podobne zjawisko powtórzy się w 1647 roku podczas wojny kandyjskiej: znaczna liczba górali kreteńskich, walczących wówczas o wspólną sprawę razem z Turkami, wyprze się swojej wiary. Tak samo, jeszcze w XVII wieku, w obliczu naporu rosyjskiego Kaukaz przejdzie na mahometanizm i wytworzy jedną z najbardziej żywotnych form islamu[50].
W górach cywilizacja pozostaje więc wartością niepewną. Spójrzmy na nader osobliwy tekst Francisco de Pedraça w jego Historia eclesiastica de Granada, napisanej w epoce Filipa IV: "Nic dziwnego, że mieszkańcy Alpujarras (bardzo wysokich gór królestwa Grenady) porzucili swoją dawną wiarę. Ci, którzy pozostali w górach, to cristianos viejos; nie mają oni w swych żyłach ani kropli nieczystej krwi; są poddanymi katolickiego króla; a jednak, z powodu braku nauczycieli i wskutek prześladowań, których są ofiarami, tak dalece nie znają tego, co powinni znać, aby osiągnąć zbawienie wieczne, że pozostało u nich zaledwie kilka śladów religii chrześcijańskiej. Czyż nie należy sądzić, jeśliby zapragnął tego Bóg, że gdyby dziś niewierni stali się panami ich kraju, to ludzie ci nie zwlekaliby długo z porzuceniem swojej wiary i przyjęciem wierzeń zwycięzców?"[51].
Tak zarysowuje się odrębna geografia religijna górskich krain, które są wciąż do zawładnięcia, do podbicia, do odzyskania. Uwaga ta nadaje sens wielu drobnym faktom przedstawianym przez tradycyjną historię.
To, że święta Teresa (śniło się jej w dzieciństwie, że znalazła męczeńską śmierć wśród moryskow z Sierra de Guadarrama[52]) założyła w Duruelo pierwszy klasztor zreformowanego zakonu karmelitanek jest faktem drobnym, ale zasługującym na uwagę. Dom był własnością szlachcica z Avili. "Przedsionek stosownej wielkości - pisze święta - pokój z poddaszem i mała kuchnia - oto, z czego składał się budynek. Obejrzawszy go, uznałam, że można zrobić z przedsionka kaplicę, z poddasza chór i z pokoju sypialnię". Właśnie w tej "wspaniałej norze" zamieszkał święty Jan od Krzyża ze swoim towarzyszem, ojcem Antonim de Heredia, który mógł dołączyć się do niego jesienią, przyprowadzając z sobą umiłowanego brata Józefa. Będą tam prowadzić wśród śniegów zimy nader skromne życie klasztorne, ale bynajmniej nie życie zamknięte: "Często chodzą boso po okropnych drogach głosić ewangelię chłopom, jak dzikim"[53].
Także jeden z rozdziałów historii misyjnej pozwala zrozumieć życie religijne XVI-wiecznej Korsyki. Przykład jest tym bardziej znaczący, że lud korsykański był kilka stuleci wcześniej skatechizowany przez franciszkanów. Jakie ślady pozostawiła ta pierwsza rekonkwista katolicka? Liczne dokumenty świadczą o tym, że w chwili, gdy Towarzystwo Jezusowe dotarło na wyspę, by narzucić jej swoje prawo i rzymski porządek, w życiu religijnym ludności działy się dziwne rzeczy. Księża, jeśli nawet umieli czytać, nie znali ani łaciny, ani gramatyki i - co ważniejsze - nie znali formy sakramentu ołtarza. Ubrani często jak świeccy, są chłopami pracującymi w polu bądź w lesie i wychowują swoje dzieci na oczach i za wiedzą wszystkich. Chrystianizm ich wiernych może być tylko chrystianizmem szczególnego rodzaju: nie znają Credo i Pater Noster; niektórzy z nich nie umieją wykonać znaku krzyża. Zabobony mają przed sobą wspaniałe pole do rozwoju. Wyspa jest bałwochwalcza, barbarzyńska, znajduje się po części poza chrześcijaństwem i cywilizacją. Człowiek jest tam wobec drugiego bezwzględny, bezlitosny. Zabija się nawet w kościele, a księża nie są ostatnimi w posługiwaniu się włócznią i sztyletem czy muszkietem - nową bronią, która podbija wyspę w połowie wieku i sprzyja wzniecaniu waśni... Natomiast w zniszczonych kościołach płyną strugi deszczu, rosną chwasty, gnieżdżą się gady... Pozostawmy na boku naturalną przesadę misjonarzy o najlepszych intencjach. Obraz pozostaje jednak prawdziwy. Uzupełnia go jedna cecha: ten na poły dziki lud zdolny jest do wielkich uniesień, do niezwykłego uwielbienia. Niech tylko przyjdzie obcy kaznodzieja, a kościół wypełniony jest przez górali, ostatni z przybyłych stoją na zewnątrz, mimo siekącego deszczu, a penitenci będą się spowiadać aż do późnej nocy[54]...
Podobnie jest w krajach muzułmańskich, co obserwujemy podczas zdobycia w XVI wieku przez marabutów gór Sus - piszą o tym hagiografowie epoki, zwłaszcza Ibn Askar - i co pozwala zrozumieć, w jak niezwykłej atmosferze żyli święci i ich wielbiciele: "Spotykamy ich zmieszanych z tłumem intrygantów, z szaleńcami i prostaczkami"[55].
Nie należy się dziwić, że folklor wysoko położonych regionów ukazuje prymitywną łatwowierność ich mieszkańców. Magiczne praktyki i zabobony wypełniają tam codziennie życie, sprzyjają zarówno uniesieniom, jak i najgorszym oszustwom[56]. Opowieść dominikanina Bandella[57] przenosi nas do małej wsi w Alpach opodal Brescii, na początku XVI wieku: kilka domów, źródlana woda, studnia, obszerne stodoły, gdzie przechowuje się paszę, i ksiądz pośród swojego ludu, gotów błogosławić progi domów, stodół, obór, głosić dobrą nowinę i dawać przykład cnót. Ale gdy młoda góralka przybyła zaczerpnąć wody ze studni przy plebanii, ksiądz zapałał pożądliwością: "Grożą wam najgorsze nieszczęścia - tłumaczył swoim owieczkom - ptak, sęp i anioł zagłady rzuci na was niebawem karę za grzechy. Gdy pojawi się, uderzę w dzwon, a wy zakryjecie oczy i nie będziecie się ruszali". To, co zapowiedziano, stało się: nikt nie ruszył się do drugiego uderzenia dzwonu... A Bandello wydaje się nie wątpić w prawdziwość swojego opowiadania.
Jest to na pewno tylko prosty, drobny przykład, możliwy do zastąpienia innym z olbrzymiego rejestru zabobonów chłopskich, którego historycy jeszcze naprawdę nie otworzyli. Wielkie i gwałtowne epidemie "diabelskie" ogarniały od krańca do krańca starą ludność Europy, trzymały ją w napięciu, zwłaszcza w krainach górzystych, opóźnionych w rozwoju ze względu na znaczne odosobnienie. Czarownicy, czary, pierwotna magia, czarne msze - są to wszystko kwiaty dawnej podświadomości kulturowej, którą cywilizacja zachodnia nie zdołała się "podzielić". Góry są uprzywilejowanym schronieniem dla nienormalnych kultur, wywodzących się z odległych stuleci i wciąż żywych po renesansie i reformacji. W końcu XVI wieku ileż jest prawdziwie "magicznych" gór, od Niemiec aż do Alp mediolańskich czy piemonckich, od Masywu Centralnego rewolucyjnie i "diabelsko" wzburzonego aż do żołnierzy-znachorów z Pirenejów, od Franche-Comté aż po Baskonię! W Rouergue w 1595 roku "czarownicy panowali nad masą i niewiedzą mieszkańców"; wobec braku w pobliżu kościołów nawet sama Biblia jest nieznana. A wszędzie "sabat" przedstawiany jest jako społeczny i kulturowy odwet, jako rewolucja w umysłach, przy braku społecznej rewolucji, do której dążyłoby się z pełną świadomością[58]. Diabeł podróżuje z pewnością przez wszystkie kraje Europy, zarówno gdy dobiega końca wiek XVI, jak jeszcze bardziej podczas pierwszych dziesięcioleci następnego stulecia; przez wysokie przełęcze Pirenejów zdaje się nawet otwierać bramy Hiszpanii. W Nawarze w 1611 roku inkwizycja uderza srogo w sektę liczącą ponad dwanaście tysięcy adeptów, którzy "ubóstwiają Demona, wznoszą mu ołtarze i rozprawiają z nim poufale o wszelkich sprawach"[59]. Ale pozostawmy ten ogromny przedmiot. Tym, co nas w tej chwili jedynie interesuje, jest problem rozproszenia, krzywdzącego zapóźnienia górskich światów.
Góralska wolność[60]
Życie krain nizinnych i miast niewątpliwie słabo przenika do tych wysoko położonych obszarów. Przesącza się tam kroplami. To, co zdarzyło się chrystianizmowi, zdarzyło się nie tylko jemu. Ustrój feudalny, system polityczny, społeczny, ekonomiczny, aparat sprawiedliwości pozostawiły poza swoimi ogniwami większość stref górskich. Jeśli do nich w ogóle docierały, to mogły docierać jedynie w sposób niedoskonały. Jest to fakt często obserwowany w górach Korsyki i Sardynii, który znajdował swoje potwierdzenie także w Lunigianie, uważanej przez historyków włoskich za pewien rodzaj kontynentalnej Korsyki, między Toskanią a Ligurią[61]. Potwierdza się to wszędzie tam, gdzie niedostatek ludności, mała jej gęstość, rozproszenie uniemożliwiają ukształtowanie się państwa, panującego języka, wielkich cywilizacji.
Badania nad wendetą zdają się prowadzić do podobnych stwierdzeń: krainy wendety (zauważmy, że są to wszystko krainy górzyste) są tymi, których nie przeniknęło średniowiecze, do których nie dotarły idee feudalnej sprawiedliwości[62]: na przykład Afryka Północna, Korsyka czy Albania. Marc Bloch[63] w związku z badaniami nad Sardynią zauważył, że w średniowieczu "społeczeństwo było tam w szerokim zakresie społeczeństwem senioralnym, ale nie społeczeństwem sfeudalizowanym" wskutek tego, że wyspa "została na długo wyłączona spod wpływu wielkich prądów, jakie płynęły przez kontynent". Tu znów trzeba położyć nacisk na wyspiarski charakter Sardynii; jest to naprawdę czynnik decydujący o sardyńskiej przeszłości. Ale obok niego nie mniej potężnym czynnikiem są góry. W tym samym, jeśli nie w większym stopniu niż morze, są one odpowiedzialne za odosobnienie ludności; wytwarzają jeszcze na naszych oczach wzruszające i okrutne bezprawie - w Orgosolo i gdzie indziej - które jest wyrazem buntu przeciwko obecności nowoczesnego państwa i karabinierów. To uderzające zjawisko uchwycili etnografowie i filmowcy. "Kto nie kradnie - mówi jedna z postaci sardyńskiej powieści - nie jest człowiekiem"[64]. A inna: "Prawa nadaję sobie sam i biorę to, na czym mi zależy"[65].
Na Sardynii, podobnie jak w Lunigianie czy w Kalabrii, jak wszędzie tam, gdzie obserwacja (jeśli jest możliwa) ukazuje nam odcięcie od wielkich prądów historycznych, archaizm społeczny (między innymi wendeta) utrzymuje się przede wszystkim z tego prostego powodu, że góry są górami. A więc przeszkodą. A jednocześnie schronieniem, krainą ludzi wolnych. Albowiem wszelki przymus i posłuszeństwo, jakie narzuca cywilizacja (porządek społeczny i polityczny, gospodarka pieniężna), nie ciąży tu już nad człowiekiem. Tu nie ma szlachty ziemskiej o długich i silnych korzeniach ("panowie Atlasu", twór mahzenu, są świeżej daty); w XVI wieku w Górnej Prowansji szlachcic wiejski, cavalier salvaje, żyje wśród chłopów, uprawia jak oni ugory, nie gardzi "pługiem" ani kopaniem ziemi, ani dźwiganiem ze swoim osłem drzewa czy nawozu; jest on wciąż jednym z pohańbionych "w oczach szlachty prowansalskiej, z zasady miejskiej jak szlachta Włoch"[66]. Nie ma tu kleru zamożnego, bogatego i w jeszcze większym stopniu zawistnego i szyderczego: ksiądz jest równie ubogi jak jego owieczki[67]. Nie ma tu gęstej sieci urbanistycznej, a więc nie ma administracji, nie ma miast w pełnym znaczeniu tego słowa; dodajmy, że nie ma żandarmów. W krainach nizinnych są natomiast ciasne, duszne społeczności, księża na prebendach, wyniosła szlachta, skutecznie działający wymiar sprawiedliwości. Góry są schronieniem dla wolności, demokracji, chłopskich "republik".
"Najbardziej strome zbocza były zawsze azylem wolności" - mówi mądrze baron Tott w swoich Pamiętnikach[68]. "Gdy wędruje się wybrzeżem Syrii - notuje[69] - widać, że despotyzm [Turków] rozciąga się na całe wybrzeże, lecz zatrzymuje się przed górami, przy pierwszej skale, przy pierwszym łatwym do obrony wąwozie, podczas gdy Kurdowie, Druzowie, Mutualisi, panowie Libanu i Antylibanu zachowują wciąż swoją niezależność". Nędzny despotyzm Turków! Panując nad drogami, przełęczami, miastami, równinami, czyż mógłby on coś znaczyć w górzystych krainach Bałkanów i gdzie indziej, w Grecji i Epirze, na Krecie, gdzie Skafiotowie ze swych szczytów odnosili się, począwszy od XVII wieku, lekceważąco do wszelkiej władzy; w Albanii, gdzie znacznie później toczyć się będzie życie Ali Paszy z Tepeleny? Czy wali, który zasiadł w Monastyrze w wyniku podboju tureckiego z XV wieku, kiedykolwiek rządził? Jego władza obejmuje, w zasadzie, greckie i albańskie wsie, ale każda z nich jest fortecą, małą niezależną grupą, przy stosownej okazji gniazdem os[70]. Czy w tych warunkach można się dziwić, że Abruzja, najwyższa, najrozległejsza, najdziksza część Apeninów, mogła uniknąć panowania bizantyjskiego, panowania egzarchatu Rawenny, a następnie panowania papieskiego Rzymu, jakkolwiek stanowi zaplecze Rzymu i jakkolwiek państwo papieskie sięga na północy przez Umbrię aż do doliny Padu[71]? Czyż można się dziwić, że w Maroku bled es-siba, kraina niepodporządkowana sułtanowi, to w zasadzie same góry[72]?
Gdzieniegdzie te góralskie swobody przetrwały do dziś, są jeszcze dość widoczne, żywotne, mimo nacisku nowoczesnych administracji. "W marokańskim Wysokim Atlasie - notuje Robert Montagne[73] - wsie, piętrzące się na nasłonecznionych stokach nad potokami, w pobliżu wielkich zbiorników wodnych napełnianych kipiącymi wodami Atlasu, nie znają domów szejków czy kalifów. Nadaremnie staralibyśmy się odróżniać w tych dolinach siedzibę ubogiego od bogatego. Każdy z tych małych kantonów górskich stanowi oddzielne państwo, którym administruje rada. Zebrani na tarasie notable, wszyscy w odzieniu z brunatnej wełny, dyskutują między sobą przez długie godziny o sprawach wsi; nikt nie podnosi głosu, a patrząc na nich, niepodobna odnaleźć ich przewodniczącego". Wszystko to przetrwało, jeśli kanton górski położony jest dostatecznie wysoko, z dala od wielkich dróg, jeśli dostęp do niego jest trudny; przypadek ten jest dziś stosunkowo rzadki, częstszy był dawniej, przed rozbudową sieci dróg. Tak więc Nurra, jakkolwiek powiązana z resztą wyspy sardyńskiej niziną, do której jest łatwy dostęp, pozostanie długo poza zasięgiem dróg i pojazdów. Na mapie z XVIII wieku znajdujemy pod piórem piemonckich inżynierów taki oto zapis: "Nurra, lud niepodbity, który wcale nie płaci podatków"[74].
Zasoby i bilans gór
W ten sposób góry odpychają wielką historię, zarówno jej brzemię, jak i jej dobrodziejstwa. Albo je milcząco akceptują. Jednakże życie bierze na siebie zadanie nieustannego mieszania ludności górskiej z ludnością nizinną. Nie ma w basenie Morza Śródziemnego zamkniętych gór, które są regułą na Dalekim Wschodzie, w Chinach, w Japonii, w Indochinach, w Indiach czy nawet na Półwyspie Malajskim[75], i które - nie mając łączności z terenami równinnymi - muszą stanowić jakby autonomiczne światy. Góry śródziemnomorskie są otwarte dla dróg i przemierza się te drogi bez względu na to, że są strome, kręte i pełne wyrw; są one "pewnego rodzaju przedłużeniem równiny", jej potęgi, w górzystych krainach[76]. Sułtan Maroka każe posuwać się nimi swoim harkas, Rzym spieszy wysłać tam swoich legionistów, król hiszpański swoje tercios, Kościół swoich misjonarzy i wędrownych kaznodziejów[77].
Życie śródziemnomorskie jest w rezultacie tak bujne dlatego, że w licznych punktach zburzyło ono - z konieczności - przeszkody w postaci niesprzyjającej rzeźby terenu. Z dwudziestu trzech przejść we właściwych Alpach, siedemnaście było już wykorzystywanych przez Rzymian[78]... Ponadto góry są często przeludnione lub co najmniej zbyt zaludnione w stosunku do swoich bogactw. "Optimum zaludnienia" jest tam szybko osiągnięte i przekroczone: dlatego muszą one co pewien czas przekazywać równinie nadwyżkę ludzi.
Nie dlatego, że znikome są ich zasoby: nie ma gór, które nie miałyby uprawnych pól w głębi dolin, na tarasach utworzonych wzdłuż stoków. Tu i tam, w jałowym wapieniu są zacieki fliszu lub marglu; jest na czym uprawiać pszenicę, żyto, jęczmień. Niekiedy nawet spotyka się plamy urodzajnej ziemi: Spoleto położone jest na dość rozległej i stosunkowo bogatej równinie; Akwila w Abruzji uprawia szafran. Im bardziej na południe, tym wyżej wznosi się górna granica upraw i pożytecznych drzew. Dziś w Apeninach Północnych kasztany wznoszą się do 900 m n.p.m.; w Akwili pszenica, jęczmień wschodzą do 1680 m n.p.m.; w Cosenzy kukurydza, ten nowy w XVI wieku przybysz, sięga 1400 m n.p.m., a owies 1500 m n.p.m. Na zboczach Etny winorośl dochodzi do 1100 m n.p.m., a kasztany do 1500 m n.p.m.[79]. W Grecji pszenica wschodzi aż do 1500 m n.p.m., winorośl do 1250 m n.p.m.[80]. W Afryce Północnej granice te przebiegają jeszcze wyżej.
Jedną z przewag gór są zatem ich różnorodne zasoby, od oliwek, pomarańcz i morw z nisko położonych zboczy, aż do prawdziwych lasów i pastwisk na dużych wysokościach. Do upraw dochodzą korzyści z hodowli baranów, owiec i kóz, a także bydła. Stosunkowo liczniejsze niż dziś stada mnożyły się dawniej na Bałkanach, a nawet we Włoszech i w Afryce Północnej. Dlatego góry są obszarami przetworów mlecznych i serów[81] (ser sardyński eksportowany był w XVI wieku całymi statkami do wszystkich zachodnich rejonów Morza Śródziemnego), obszarami świeżego lub solonego masła, gotowanego lub pieczonego mięsa... Domostwa góralskie są prawie zawsze domostwami pasterzy i hodowców, zbudowanymi raczej dla zwierząt niż dla ludzi[82]. W 1574 roku Pierre Lescalopier, wędrując przez góry Bułgarii, wolał raczej sypiać "pod jakimś drzewem" niż w lepiankach chłopskich, gdzie zwierzęta i ludzie są ulokowani "soubs un mesme toict [...] si ordement que n'en pouvions porter l'odeur" (pod tym samym dachem [...] w sposób tak odrażający, że nie mogliśmy znieść ich smrodu)[83].
Dodajmy, że las jest w tej epoce gęstszy niż dziś[84]. Można to sobie wyobrazić, biorąc za wzór Park Narodowy Val di Corte w Abruzji (Abruzzach), z jego gęstymi drzewami bukowymi, rosnącymi aż do 1400 m n.p.m. i jego mieszkańcami, do których należy płowa zwierzyna, niedźwiedzie, dzikie koty. Lasy dębowe na Monte Gargano zapewniają środki do życia ludności złożonej z drwali i handlarzy drewna, pracujących najczęściej dla raguzańskich budowniczych statków. Lasy te, podobnie jak górskie pastwiska, są przedmiotem sporów między wsiami góralskimi oraz między ludnością a wielkimi właścicielami. Zagajniki i zarośla służą jako tereny paszowe, niekiedy też jako ogrody i sady; żyje na nich zwierzyna i pszczoły[85]. Inne korzyści: wielość źródeł, dostatek wody, tak cennej na ziemiach Południa, i wreszcie kopalnie i kamieniołomy. W górach znajdują się rzeczywiście prawie wszystkie śródziemnomorskie bogactwa podziemne.
Ale te korzyści nie występują wszystkie razem, w każdym kantonie. Są góry kasztanowe (Sewenny, Korsyka), z ich cennym "Chlebem na drzewie"[86], czyli chlebem kasztanowym, który w razie potrzeby zastępuje chleb pszenny. Są góry morwowe: te, które widział w 1581 roku Montaigne wokół Lukki[87] czy te w górzystej krainie Grenady. "Ludzie ci - wyjaśniał wysłannik hiszpański Francisco Gasparo Corso "królowi" Algieru, Auldż Alemu w 1569 roku[88] - ludzie z Grenady nie są niebezpieczni. Cóż mogliby osiągnąć wbrew Królowi Katolickiemu? Brak im doświadczenia w używaniu broni. Przez całe swoje życie tylko kopią, strzegą stad, hodują jedwabniki...". Są jeszcze góry orzechowe pod stuletnimi orzechami, w księżycowe noce, pośrodku wsi czci się dziś w berberyjskim Maroku wielkie święta pojednania[89].
Bilans gór nie jest więc tak mizerny, jak się a priori zakłada. Życie jest tam możliwe, chociaż niełatwe. Ileż trudu wymaga praca na stromiznach, gdzie rzadko można używać zwierząt domowych! Trzeba ręcznie orać kamieniste pola, zatrzymywać odrywającą się i zsuwającą po zboczach ziemię; w pewnych wypadkach wnosić ją aż na szczyt, podpierać murami z ułożonych kamieni. Praca straszna, bez końca! Gdy się ją przerwie, góra powraca do stanu dzikości i wszystko trzeba zaczynać od nowa. W XVIII wieku, gdy ludność katalońska zawładnęła kamienistymi ziemiami górskimi masywu przybrzeżnego, osadnicy dziwili się, odnajdując wśród zarośli ogromne drzewa oliwkowe, które pozostały żywe, oraz mury z ułożonych kamieni: jest to dowód, że pozyskanie przez nich ziemi było właściwie jej odzyskaniem[90].
Górale w mieście
To ciężkie życie[91], jak również ubóstwo, nadzieja na życie lżejsze, przynęta w postaci korzystnych zarobków, skłaniają górali do opuszczania gór: "Baixar sempre, mountar no" - schodzić zawsze, nigdy nie wchodzić - mówi przysłowie katalońskie[92]. Jakkolwiek bowiem zasoby gór są różnorodne, są one zawsze niezbyt obfite. Gdy rój pszczół staje się zbyt liczny[93], ul przestaje mu wystarczać, musi go - spokojnie lub gwałtowniej - opuścić. Wszystkie środki są dobre, by uzyskać dla siebie powietrze. Podobnie Owernia, a zwłaszcza wczorajszy Cantal, wypędza wszystkie zbędne gęby, mężczyzn, dzieci, rzemieślników, terminatorów, żebraków[94].
Żywa tego historia jest trudna do prześledzenia. Nie z braku dokumentów; jest ich zbyt wiele. Gdy porzuca się obszar góralski, obszar historii nieoświetlonej, osiąga się wraz z równinami i miastami strefę uporządkowanych archiwów. Nowo przybyły góral lub ten, który ponownie znalazł się na dole, spotyka tu zawsze kogoś, komu przedstawia swoje dane rozpoznawcze, bardziej lub mniej barwny szkic swojej postaci. Stendhal widział w Rzymie, w dniu Wniebowstąpienia, chłopów z Sabiny. "Schodzą oni z gór, aby czcić wielkie święto u świętego Piotra i uczestniczyć w funzione[95]. Okryci są opończami ze strzępów sukna, ich nogi poowijane są kawałkami płótna, omotane na krzyż sznurkiem, ich dzikie oczy ukryte są pod czarnymi, nieuczesanymi włosami; przy piersiach noszą pilśniowe kapelusze, na których deszcz i słońce pozostawiły tylko barwę czerwonawej czerni; chłopom tym towarzyszą rodziny, nie mniej od nich dzikie[96] [...] Mieszkańcy gór, położonych między Rzymem a jeziorem Turano, Akwilą i Ascoli, reprezentują moim zdaniem dość dobrze - dodaje Stendahl - stan moralny Włoch z okresu około roku 1400"[97]. W Macedonii Victor Bérard spotkał w 1890 roku odwieczny typ Albańczyka w jego malowniczym stroju rycerza i wolnego żołnierza[98]. W Madrycie Théophile Gautier natknął się na handlarzy wody, "młodych galisyjskich muchachos, w kaftanach koloru tabaczkowego, w krótkich spodniach, w czarnych getrach i spiczastych kapeluszach"[99]; czy ubierali się oni tak już wtedy, gdy wraz z asturyjskimi sąsiadami rozproszyli się w XVI-wiecznej Hiszpanii[100] (mężczyźni, a także kobiety) po ventas, o których opowiada nam Cervantes? Jeden z nich, Diego Suárez, który stał się potem żołnierzem i kronikarzem przepychu Oranu u schyłku XVI wieku, opisuje sam swoje przygody, swoją ucieczkę, jeszcze w dzieciństwie z domu rodziców, swoje przybycie na teren budowy Eskurialu, gdzie przez krótki okres pracował, znajdując zwykle, wedle swego upodobania, el plato bueno. Ale z kolei przybyli tam jego rodzice, pochodzący z gór Oviedo, aby wziąć udział w letnich pracach rolnych w Starej Kastylii. Musiał więc uciekać trochę dalej, by go nie rozpoznano[101]. Cały obszar Starej Kastylii przemierzają góralscy imigranci, przybyli z północy i niekiedy tam wracający. Montana, stanowiąca dalszy ciąg Pirenejów od Zatoki Biskajskiej do Galicii, marnie żywi swoich mieszkańców. Wielu z nich to arrieros - wozacy, jak Maragatos[102], o których będziemy jeszcze mówili, jak chłopi-przewoźnicy z partido Reinosy, którzy docierają na południe wozami wypełnionymi obręczami i klepkami beczkowymi, a następnie wracają w góry, do swoich wsi i miast na północy, ze zbożem i winem[103].
Naprawdę, nie ma regionu śródziemnomorskiego, gdzie nie roiłoby się od tych górali, niezbędnych do życia miast i równin, postaci nader barwnych, często wyróżniających się swoim strojem, zawsze ciekawych przez swe obyczaje... Spoleto, którego płaskowyż przemierzył w 1581 roku po drodze z Loreto Montaigne, jest ośrodkiem dość osobliwych emigrantów: kramarzy, wędrownych handlarzy, gotowych wykonywać każde rzemiosło sprzedawcy i pośrednika, które wymaga zręczności, dobrego nosa i braku skrupułów. Bandello ukazuje ich niespodziewanie w jednej ze swoich opowieści: rozprawiających, zuchwałych i porywczych, gotowych zawsze służyć argumentami, zdolnych przekonać, gdy tylko tego zapragną. "Tylko ludzie ze Spoleto - mówi on - potrafią tak drwić z prostaczków, udzielając im błogosławieństwa od świętego Piotra, tylko oni umieją wyciągać pieniądze, handlując jaszczurkami i bezzębnymi żmijami, żebrać i śpiewać na rynkach, sprzedawać plewy jako środek przeciw świerzbowi. Z koszykiem na szyi, przewieszonym pod lewym ramieniem wędrują przez całą Italię, hałaśliwie handlując"[104]...
Bergamczycy[105] - w Mediolanie mówi się o nich powszechnie ludzie z Contado - są równie znani w XVI-wiecznej Italii. Gdzież się ich nie spotyka? Są tragarzami w Genui i w innych portach. Nazajutrz po bitwie pod Marignan zaludnili ponownie mediolańskie fermy dzierżawne, które zostały opuszczone podczas wojny[106]. Kilka lat później Cosimo Medici starał się przyciągnąć ich do Livorno, miasta malarycznego, w którym nikt nie chciał mieszkać. Ci nieokrzesani, niezdarni, ociężali, skąpi, wytrwali w pracy ludzie "idą przez cały świat - notuje Bandello[107] (znaleziono nawet pracującego w Eskurialu architekta, Giovanniego Battistę Castello, zwanego el Bergamasco[108]) - ale nie wydadzą nigdy więcej niż cztery quattrini dziennie i nie będą spać w łóżku, lecz na słomie..." Wzbogaciwszy się, świętują i zajadają, ale nie są ani bardziej szczodrzy, ani mniej niezdarni i śmieszni. Są prawdziwymi postaciami z komedii, tradycyjnie groteskowymi mężami wysyłanymi przez małżonki do "Cometo": takimi jak prostaczek z opowieści Bandella, który usprawiedliwiał się, i to nie raz, znalazłszy swoją żonę w Wenecji wśród tych, które za San Marco oferują za drobną monetę miłość[109]...
Tylko czy portret ten nie przeobraża się w karykaturę? Panowie z miast i równin chętnie wyszydzają górala. Odnoszą się do niego podejrzliwie, niechętnie, drwiąco... W Ard?che, jeszcze około roku 1850, ludzie z mountagne schodzą na równinę tylko od wielkiego dzwonu. Przybywają tam na wystrojonych mułach, ubrani jak na wielkie święto, a ich żony są obwieszone błyszczącymi, wytłaczanymi łańcuchami ze złota. Same stroje różnią się od strojów z równin; jakkolwiek jedne i drugie mają charakter regionalny, a ich przestarzały i niewygodny krój wzbudza wesołość wiejskich kokietek. Chłop z nizin odnosi się zawsze do prostaka z gór ironicznie, a małżeństwa między członkami ich rodzin są rzadkie[110].
Tworzy się w ten sposób bariera społeczna i kulturowa, która usiłuje zastąpić niedoskonałą barierę geograficzną, ale przekracza ją nieustannie, na tysiąc sposobów. Albo góral schodzi z gór ze swoimi stadami, co stanowi jedną z dwóch faz przegonu owiec (transhumancji); albo też wynajmuje się do pracy w krainach nizinnych podczas pełni żniw - jest to sezonowa emigracja, dość częsta, znacznie szerzej rozpowszechniona, niż się zwykle mniema: Sabaudczycy[111] zmierzają w stronę dolnego Rodanu, Pirenejczycy są werbowani do żniw w pobliżu Barcelony, a korsykańscy chłopi docierają, w XV wieku każdego lata do toskańskiej Maremmy[112]... Albo też góral osiedla się na stałe w mieście bądź na wsi niczym chłop z ziem nizinnych: "ileż wsi Prowansji czy nawet Franche-Comté przypomina swoimi krętymi, stromymi ulicami, swoimi wysokimi domami, małe mieściny Alp Nadmorskich"[113], z których pochodzą ich mieszkańcy? Jeszcze do niedawna w okresie żniw górale ci przybywali całymi grupami, z córkami i synami, aż na równiny i pobrzeże Dolnej Prowansji, gdzie gavot, czyli człowiek pochodzący z Gap, co jest w rzeczywistości imieniem pospolitym, jest zawsze traktowany "jako typ wytrwałego w pracy robotnika, nie dbającego o ubiór i przyzwyczajonego do skromnej strawy"[114].
Podobne spostrzeżenia, bardziej ścisłe i jeszcze wyrazistsze, nasuwają się przy rozważaniu równin Langwedocji i nieprzerwanej imigracji, która płynie ku nim z północy, z Delfinatu, a w jeszcze większym stopniu z Masywu Centralnego, Rouergue, Limousin, Owerni, Vivarais, Velay, Sewennów... Fala ta zalega Dolną Langwedocję, ale przekracza ją regularnie w kierunku bogatej Hiszpanii. Co roku, niemal każdego dnia formuje się pochód chłopów bez ziemi, rzemieślników bez zajęcia, dorywczo zatrudnianych robotników rolnych przybyłych na żniwa, winobranie lub omłoty, porzuconych dzieci, żebraków i żebraczek, wędrownych księży, gyrovagues i grajków, wreszcie pasterzy z ich licznymi stadami... Góralski głód jest główną przyczyną tego napływu na równinę. "U podstaw exodusu - stwierdza historyk - znajduje się w każdym wypadku porównanie poziomu życia w górach z oczywistą przewagą śródziemnomorskich równin"[115]. Biedacy ci przychodzą, odchodzą, umierają po drodze lub w szpitalach, ale w końcu odnawiają ludzkie zasoby równin, podtrzymują tam przez całe stulecia istnienie niezwykłego typu człowieka z Północy, stosunkowo wysokiego, niebieskookiego, blondyna...
Typowe wypadki góralskiej diaspory
Przegon owiec jest najpotężniejszym spośród wielu ruchów ludności z wyższego poziomu na niższy, ale dokonuje się w obie strony; będziemy go dalej szeroko analizowali.
Inne formy góralskiej ekspansji nie mają ani tego zasięgu, ani tej regularności. Dostrzegalne są jedynie ich szczególne przejawy; trzeba będzie, siłą rzeczy, badać je wyrywkowo - poza, być może - migracjami "wojskowymi"; wszystkie bowiem lub prawie wszystkie góry są "kantonami szwajcarskimi" - rezerwuarem najemnych żołnierzy[116]. Poza przybłędami i awanturnikami, którzy ciągną za wojskiem, nie otrzymując żołdu, jedynie w nadziei na bitwę i łup, góry dostarczają także żołnierzy armii regularnej, niemal tradycyjnie przeznaczonych dla tego lub tamtego księcia. Korsykańczycy walczą w służbie króla Francji, Wenecji bądź Genui. Żołnierze księstwa Urbino i Romanii, sprzedawani na mocy kontraktu przez swoich panów, trafiają na ogół do Wenecji. Gdy seniorzy wstępują na drogę zdrady, jak to się stało pod Agnadello w 1509 roku[117], chłopi biorą z nich przykład i porzucają sprawę Republiki Świętego Marka. W Wenecji znajdują się zawsze zbiegli z wygnania, skazani za zbrodnie seniorzy z Romanii, którzy domagają się od Rzymu uniewinnienia i zwrotu dóbr[118]; w zamian będą służyć w Holandii sprawie Hiszpanii i katolicyzmu! Czy trzeba jeszcze wymieniać Albańczyków, greckich żołnierzy z Peloponezu, "byków z Anatolii", których Algier i inne ziemie werbują z ubogich gór Azji?
Historia Albańczyków zasługiwałaby, sama w sobie, na zbadanie[119]. Skłonni do umiłowania "szabli, złotych ozdób, honorów"[120], porzucają oni swoje góry, głównie jako żołnierze. W XVI wieku są na Cyprze[121], w Wenecji[122], w Mantui[123], w Rzymie, w Neapolu[124], na Sycylii, a nawet w Madrycie, gdzie będą przedstawiać swoje projekty i utyskiwać, domagać się ton prochu bądź wielu lat żołdu, aroganccy, bezwzględni, zawsze gotowi do rękoczynów. W konsekwencji Italia powoli zamknęła przed nimi swoje wrota. Ci żołnierze-awanturnicy, którym towarzyszyły ich żony, dzieci i popi[125], udali się wówczas do Holandii[126], Anglii[127] i Francji w okresie wojen religijnych. Regencje Algieru[128] i Tunisu odmówiły im prawa pobytu, potem uczyniły to samo kraje mołdawskich i wołoskich bojarów... Wtedy śpieszą oddać się w służbę Porty, co zresztą czynili od początku, ale co będą praktykowali masowo, począwszy od wieku XIX. "Tam, gdzie szabla, tam wiara": są gotowi służyć temu, kto daje im żyć. A jeśli nadarzy się okazja, to "chwytając, jak w piosence, za strzelbę dla sprawy paszy, a za szablę dla sprawy wezyra"[129], działają na własny rachunek i stają się rozbójnikami. Począwszy od XVII wieku, znaczna liczba Albańczyków, w większości prawosławnych, rozlewa się po krajach greckich, gdzie obozuje, jak na podbitym terytorium. Ich obecność dostrzega w 1806 roku Chateaubriand[130].
Historia Korsyki - Korsykańczyków poza wyspą - jest nie mniej pouczająca. Wszędzie jest coś, do czego może ona dochodzić swoich praw, zresztą bardziej czy mniej rozsądnie. "W Hiszpanii tylko wyspiarze stają się sławni" - notuje de Bradi[131]: na przykład De Lecas, alias Vazquez, był ministrem Filipa II (jest to prawda, a Cervantes poświęcał mu nawet wiersze). De Bradi kontynuuje - Prawdziwy Don Juan jest Korsykańczykiem, z korsykańskiego ojca i korsykańskiej matki; podaje się nam nawet jego nazwisko i nazwisko jego rodziców; niejednokrotnie też podnoszono sprawę ustalenia, czy Krzysztof Kolumb urodził się, czy nie, w Calvi! Nie sięgając aż do Don Juana, można ustalić tożsamość wielkiej liczby prawdziwych Korsykańczyków, którzy jako marynarze, handlarze, kupcy, robotnicy rolni - o ile któryś z nich nie został królem Algieru[132], paszą czy renegatem Wielkiego Turka - żyją wokół Morza Śródziemnego.
Emigracja, trwająca również całe stulecia, rozprasza górali z okolic Mediolanu. Mówiliśmy o Bergamczykach, poddanych Wenecji. Ale nie ma w Alpach góralskiej "doliny", której mieszkańcy nie byliby zawsze gotowi do zbiorowego odejścia. Często także czeka na nich druga ojczyzna, w której uchodźcy mogą się spotkać. Wędrowni handlarze wyrobami metalowymi z Val Vigezzo udają się tradycyjnie do Francji, aby się tam osiedlić, niekiedy definitywnie: należą do nich Melleriowie, dzisiejsi jubilerzy paryscy z Rue de la Paix[133]. Mieszkańcy Tremezzo wybierają Nadrenię: z ich szeregów wywodzą się Majnoniowie i Brentanowie, bankierzy frankfurccy[134]. Od XV wieku emigranci z Val Masino obierają kierunek na Rzym[135]. Znajdujemy ich w drogeriach i piekarniach Wiecznego Miasta, a także w Genui. Mężczyźni z trzech pievi jeziora Como - zwłaszcza z Dongo i Gradevona - wyjeżdżają aż do Palermo jako karczmarze. Dlatego w Val de Brenzio[136] mamy dość osobliwe podobieństwa i wyraźne ślady wpływów południowych w ubiorze i ozdobach kobiecych. Te wyjazdy kończą się bowiem często powrotami. W XVI wieku znajdujemy w Neapolu niemałą liczbę nazwisk typowo mediolańskich[137]; ale jak mówi w 1543 roku konsul G. F. Osorio, "Lombardczycy, którzy przybywają tu do pracy całymi tysiącami, wracają, gdy uda się im uciułać trochę pieniędzy, by odwieźć je do Mediolanu..."[138]. Murarze - muratori - lombardzcy (niewątpliwie ludzie z Alp) budowali w 1543 roku zamek w Akwili[139]; gdy nadeszła zima, powrócili do siebie. Ale gdybyśmy mieli śledzić wędrówki tych murarzy czy kamieniarzy, musielibyśmy uwzględnić całą Europę, a na pewno całą Italię. Od 1486 roku lapicide lombardi pracują przy budowie pałacu dożów w Wenecji[140].
Nawet kraj tak kontynentalny, tak zamknięty, jak Armenia, nie uniknął nieuchronnego losu wszelkich gór. Nie wierzymy zbytnio w ormiańską legendę o Muratach, których prawdziwe nazwisko miało brzmieć Muratjanowie i którzy mieli rzekomo pochodzić z Karabachu na Kaukazie[141]. Po zbadaniu okazuje się ona mniej prawdopodobna niż legenda o Don Juanie z Korsyki. Ale stwierdzono w sposób niewątpliwy ormiańską diasporę w kierunku Konstantynopola, Tyflisu (Tbilisi), Odessy, Paryża, obu Ameryk... Ma ona znaczny udział w rozkwicie wielkiej Persji szacha Abbasa, na początku XVII wieku: dostarczyła, między innymi, podróżujących kupców[142], którzy docierać będą wówczas[143] aż na jarmarki niemieckie, na nabrzeża Wenecji i do kantorów Amsterdamu[144]. Przed nimi inni starali się nawiązać takie kontakty, ale bez powodzenia. Jeśli im się to udało, to po części dzięki temu, że byli chrześcijanami, a głównie dlatego, że byli wytrwali, odporni, niezmiernie wstrzemięźliwi: prawdziwi górale. "Gdy powracają ze świata chrześcijańskiego - notuje Tavernier, który znał ich bardzo dobrze - przywożą wszelkiego rodzaju galanterię i wyroby metalowe z Wenecji i Norymbergi, jak małe lusterka, pierścionki z tombaku i emalii, fałszywe perły, którymi płacą za żywność, nabywaną po wsiach..."[145]. Z wielkimi fortunami w płynnej gotówce wracali do siebie, do Zolfy, bogatej kolonii ormiańskiej Isfahanu, by wieść życie tak wystawne jak Persowie, by ubierać wykwintnie swoje żony w brokaty z Wenecji, kiełznać swoje konie złotymi i srebrnymi uzdami. Prawdą jest, że kupcy ci mogli uprawiać w handlu podwójną grę; niezadowoleni z Europy handlowali w Indiach, w Tonkinie, na Jawie, na Filipinach "i na całym Wschodzie, z wyjątkiem Chin i Japonii"[146]. Udawali się tam bądź osobiście - Tavernier odbył podróż z Suratu i Golkondy wraz z synem wielkiego kupca ormiańskiego z Zolfy - bądź korzystali z punktu etapowego założonego w dużym, pobliskim mieście przez "Banianów", wielkich kupców hinduskich, emisariuszy azjatyckiego handlu w stolicy Persji. Niektórzy Ormianie posiadali statki na Oceanie Indyjskim[147].
Ta emigracja z końca XVI i początku XVII wieku tłumaczy renesans ormiański o zabarwieniu weneckim. Ale czyż nie z powodu tak znacznego przekraczania własnych granic, zarówno na swoją korzyść, jak i niekorzyść, Armenia przestała od początku XIV wieku być państwem, stanowiąc jedynie środowisko ludzkie o wielkich możliwościach? Zgubiło ją własne powodzenie.
Życie góralskie pierwotną historią Morza Śródziemnego?
Góry są właśnie tym: wytwórnią ludzi na użytek innych krain; ich rozproszone, trwonione życie przesyca całą historię morza[148]. Być może tworzy tę historię od samych jej początków, życie górali bowiem wydaje się pierwotnym życiem świata śródziemnomorskiego, którego cywilizacja, "podobnie jak cywilizacja Bliskiego Wschodu i Azji Środkowej źle przyswaja sobie i źle wchłania pasterskie formy osiedlenia"[149]; przypomina ono prymitywny świat myśliwych i hodowców, życie poganiaczy owiec i nomadów z niewielkimi, tu i ówdzie, przedwcześnie dojrzałymi w spiekocie uprawami. Życie śródziemnomorskie związane jest z górzystymi krainami, bardzo wcześnie zagospodarowanymi przez ludzi.
Powody? Być może różnorodność bogactw naturalnych gór; również fakt, że równiny były pierwotnie obszarami stojących wód i malarii, czy też strefami, gdzie wylewały niespokojne wody rzek. Zamieszkane równiny - dzisiaj obraz dobrobytu - powstały późno, po wiekach straszliwego wysiłku zbiorowego. W antycznym Rzymie, w epoce Warrona, żywe było jeszcze wspomnienie czasów, gdy barkami pływano do Velabrum. Dopiero z czasem, stopniowo, panowanie człowieka wykraczało poza obszary górskie, ogarniało ziemie nizinne, grożące febrą, połyskujące martwymi wodami.
Dowodów na to nie brak. Oto zaczerpnięta od P. George'a[150] mapa osiedli prehistorycznych dolnego Rodanu: wszystkie znajdują się w górzystych krainach wapiennych, które wznoszą się nad depresją delty, na wschodzie i na północy. Dopiero tysiące lat później, w XV wieku, zaczną się prace nad osuszaniem bagien Rodanu[151]. Podobnie w Portugalii brak jest prehistorycznego podłoża w basenach i dolinach. Natomiast góry były zaludnione od epoki brązu; ich przerzedzenie nie jest zjawiskiem tak świeżym, jak w Europie środkowej. W IX, w X wieku ludzie żyli jeszcze na szczytach gór; miejscowości sięgające tej epoki - epoki królów asturo-leontyńskich - są prawie zawsze i jakby przez przypadek najwyżej położone z obecnych wsi[152].
Przykład portugalski prowadzi nas poza granice świata śródziemnomorskiego. Ale oto, w samym jego sercu, Toskania: kraina wąskich równin, oczywiście bagnista, posiekana dolinami wśród wzgórz coraz wyższych w miarę tego, jak posuwamy się na wschód i na południe. W krainie tej - miasta. Gdzie znajdują się pierwsze z nich, najstarsze? Właśnie na najwyższym poziomie, ponad zboczami pokrytymi dziś winnicami i gajami oliwnymi. Tam są miasta etruskie, wszystkie miasta-oppida wzniesione na grzbietach wzgórz: Hochrückenstädte, jak je nazywa A. Philippson[153]. Natomiast Piza, Lukka, Florencja - miasta równinne - nabierają znaczenia później, w epoce rzymskiej[154]. I długo jeszcze pozostaną wokół Florencji groźne bagniska[155]. Zresztą w XVI wieku nizinna kraina toskańska nie jest jeszcze całkowicie odwodniona. Przeciwnie, na całym jej obszarze podnosi się poziom niebezpiecznych wód. Bagna sięgają do Val di Chiana, a skraj zatopionej równiny dotyka Jeziora Trazymeńskiego. Febra szerzy się w okolicach nadmorskich, na zbożowej równinie Grosseto, gdzie żadne usiłowania polityczne Medyceuszy nie zdołały doprowadzić do rozwoju intensywnej uprawy zboża na eksport[156].
Przeciwieństwo między równiną a górami jest więc także kwestią epoki historycznej. Studia agrarne nauczyły nas odróżniać w Europie Środkowej i Zachodniej stare i nowe ziemie, Altland i Neuland niemieckich historyków i geografów; jedne z nich zostały opanowane przez rolników z okresu neolitu, drugie stały się dostępne dzięki średniowiecznej i nowoczesnej kolonizacji. Stare ziemie i nowe ziemie - w świecie śródziemnomorskim można by niemal powiedzieć: góry i równiny.
PRZYPISY
WSTĘP
PRZEDMOWA
[1] Lista moich długów wdzięczności jest długa. Aby mogła być pełna, trzeba by poświęcić jej osobny tom. Wymienię tylko najważniejsze. Czuję wdzięczność dla moich nauczycieli z Sorbony, z Sorbony sprzed lat dwudziestu pięciu; należeli do nich: Albert Demangeon, Émile Bourgeois, Georges Pages, Maurice Holleaux, Henri Hauser, który skierował moje zainteresowania ku historii gospodarczej i społecznej i którego przyjaźń była dla mnie stałą pociechą. W Algierze korzystałem z przyjacielskiej pomocy Georges'a Yver, Gabriela Esquer, Émile'a-Féliksa Gautier, Renégo Lesp?s; w roku 1931 miałem tam przyjemność słuchania wspaniałych wykładów, jakie prowadził Henri Pirenne.
Dziękuję zwłaszcza archiwistom hiszpańskim, którzy pomogli mi w moich badaniach i byli moimi pierwszymi nauczycielami w zakresie hispanistyki; należeli do nich: Mariano Alcocer, Angel de la Plaza, Miguel Bordonau, Ricardo Magdalena, Gonzali Ortiz... Wspominam z przyjemnością ich wszystkich i nasze dyskusje w Simancas, "historycznej" stolicy Hiszpanii. W Madrycie Francisco Rodriguez Marin przyjął mnie z książęcą wielkodusznością... Dziękuję również archiwistom Włoch, Niemiec i Francji, których w toku badań zasypywałem rozmaitymi prośbami. W podziękowaniach moich osobne miejsce należy się panu Truhelka, znanemu astronomowi, niezrównanemu archiwiście z Dubrownika, który był mi wielkim przyjacielem w moich podróżach po archiwach i bibliotekach.
Lista moich kolegów i moich studentów z Algieru, S?o Paulo i Paryża, którzy udzielali mi pomocy, jest także długa, a osoby te rozproszone są po całym świecie. Dziękuję w szczególności Earlowi J. Hamiltonowi, Marcelowi Bataillon, Robertowi Ricardowi, André Aymardowi, którzy udzielali mi wsparcia bardzo różnorodnymi drogami. Spośród moich towarzyszy z obozu jenieckiego dwóch związanych było z moją pracą: mecenas Addé-Vidal, adwokat w Sądzie Apelacyjnym w Paryżu, oraz Maurice Rouge, urbanista i historyk amator. Nie zapomniałem wreszcie o pomocy, której nie skąpiła mi nigdy mała grupa z "Revue Historique" - Maurice Crouzet i Charles-André Julien - w czasach, gdy Charles Bémont i Louis Eisenmann chronili tam naszą zapalczywą młodość. Pamiętam o uwagach i sugestiach, jakie podczas ostatnich poprawek wprowadzanych do tej książki przekazali mi Marcel Bataillon, Émile Coomaert, Roger Dion i Ernest Labrousse.
To, co zawdzięczam "Annales", ich naukom i ich duchowi, stanowi największą część moich długów. Oczywiście długi te staram się spłacić jak najlepiej. Bezpośrednio przed wojną nawiązałem tylko pierwszy kontakt z Markiem Blochem. Sądzę jednak, że mogę powiedzieć, iż żaden szczegół jego myśli i badań nie pozostał mi obcy.
Pragnąłbym wreszcie dodać, że bez żarliwej troski i energii Luciena Febvre'a praca ta, bez wątpienia, nie zostałaby dotychczas ukończona. Słowa zachęty i rady z jego strony pozwoliły mi wyzbyć się trapiącego mnie długo niepokoju, czy moje przedsięwzięcie jest należycie uzasadnione. Bez niego na pewno podjąłbym raz jeszcze poszukiwania dokumentów i powróciłbym do moich notat. Niedogodność zbyt wielkich przedsięwzięć polega na tym, że można się w nich zagubić, a to zagubienie się bywa niekiedy przyjemne.
Część pierwsza.ROLA ŚRODOWISKA
I. PÓŁWYSPY. GÓRY, PŁASKOWYŻE, RÓWNINY
Rozdział 1. NAJPIERW GÓRY
[1] Nie uważałem, by konieczne było szersze rozważenie tej kontrowersyjnej kwestii. A. Philippson: Das Mittelmeergebiet, 1904 (4 wyd. Leipzig 1922) jest oczywiście przestarzały. Świeższe tłumaczenia geologiczne w dziełach klasycznych, jak: S. von Bubnoff: Geologie von Europa, Berlin 1926-1930; wielkie dzieło, o zasięgu generalnym mimo tytułu: W. von Seidlitz: Diskordanz, und Orogenese der Gebirge am Mittelmeer, Berlin 1931; czy H. Stille: Beiträge zur Geologie der westlichen Mediterrangebiete, hrsg. im Auftrag der Gesellschaft der Wissenschaften, Göttingen 1927-1935; czy także studia szczegółowe, jak H. Ashauer i J. S. Hollister: Ostpyrenäen und Balearen ("Beiträge zur Geologie der westlichen Mediterrangebiete" nr 11), stron 208, Berlin 1934; W. Simon: Die Sierra Morena der Provinz Sevilla, Frankfurt 1942; czy bardzo świeże studium P. Fallot i A. Marin o Kordylierach Rifu, opublikowane w 1944 r. przez hiszpański Instytut Geologi i Mineralogii (por. Akademia Nauk, posiedzenie z 24 kwietnia 1944 r., komunikat p. Jacoba). Zatrzymuję się tu wobec nieskończonej listy autorow, ktorych należałoby w tym miejscu wskazać - jak P. Birot, J. Bourcart, G. Lecointre... Powrót do z pozoru przestarzałej hipotezy mostów i kontynentów, które się zapadły, zasugerował mi E. Le Danois: L'Atlantique, histoire et vie d' un ocean, Paris 1938. Jasna i śmiała książka R. Blanchard: Geographie de l 'Europe, Paris 1936, kładzie akcent na rodzinę gór środziemnomorskich, dla których autor proponuje ogólną nazwę Dynarydów.
O Dynarydach (Górach Dynarskich) w ścisłym znaczeniu pisze J. Bourcart: Nouvelles observations sur la structure des Dinarides adriatiques, Madrid 1929. P. Termier: A la gloire de la Terre, 5 wyd., poświęca jeden rozdział geografii zachodniej części basenu Morza Śródziemnego. Powtarzam, że nie chciałem zatrzymywać się przy problemach geologicznych ani przy geograficznych problemach całego Morza Środziemnego, których wyjaśnienie znaleźć można w ogólnych opracowaniach. Stan zagadnienia i dotychczasowa bibliografia w podręczniku P. Birot i J. Dresch: La Méditerranée et le Moyen-Orient, 2 tomy, Paris 1953-1956.
LUCIENOWI FEBVRE'OWI
WIECZNIE OBECNEMU,
dowód wdzięczności i synowskich uczuć
W nowym świecie nie odkryto do dziś żadnego Morza Śródziemnego, jakie istnieje w Europie, Azji i Afryce...
J. Acosta: Histoire Naturelle des Indes, 1958, s. 54
PRZEDMOWA DO DRUGIEGO WYDANIA
Długo wahałem się, czy wydać ponownie Morze Śródziemne. Niektórzy z przyjaciół radzili mi niczego nie zmieniać, ani jednego słowa, ani jednego przecinka, posuwając się aż do przekonywania mnie, że lepiej nie wprowadzać modyfikacji do tekstu, który stał się klasyczny. Czyż mogłem im naprawdę uwierzyć? Wobec wzrostu ciężaru naszej wiedzy, wskutek bujnego rozwoju nauk o człowieku, sąsiadujących z historią, książki z tej dziedziny starzeją się dziś szybciej niż wczoraj. Mija ledwie chwila, a ich język staje się przestarzały; to, co było w nich nowego, jest już myślą powszechnie znaną; a zawarte w nich wyjaśnienia domagają się, same z siebie, ponownego rozpatrzenia.
Ponadto, Morze Śródziemne nie pochodzi z roku 1949, roku publikacji, ani nawet z roku 1947, w którym jako rozprawa doktorska było przedmiotem obrony na Sorbonie. Jego główne zarysy były już ukształtowane, jakkolwiek tekst w całości nie został napisany w 1939 roku, w końcu okresu pierwszej, olśniewającej młodości "Annales" Marca Blocha i Luciena Febvre'a, której jest bezpośrednim owocem. Niech czytelnika nie wprowadzą w błąd te czy inne argumenty z przedmowy do pierwszego wydania: wymierzone są przeciwko dawnym stanowiskom, zapomnianym dziś w dziedzinie badań, jeśli nie w dziedzinie nauczania. Nasza wczorajsza polemika jest walką z cieniami.
Wszelka synteza, jak powtarzał Henri Pirenne, pobudza do badań szczegółowych. W ślad za moją książką podjęto wiele takich badań. Towarzyszą mi one, jestem dziś ich więźniem. Potrzebowałbym wielu stron, by ukazać ogromną pracę, jaką wykonano od 1949 roku w dziedzinach dotyczących bezpośrednio tej książki, by wymienić opublikowane i nieopublikowane książki i studia, które napisali: Ömer Lütfi Barkan i jego uczniowie: Julio Caro Barroja, Jean-François Bergier, Jacques Berque, Ramón Carande, Alvaro Castillo Pintado, Federico Chabod, Huguette i Pierre Chaunu, Carlo M. Cipolla, Gaetano Cozzi, Jean Delumeau, Alphonse Dupront, Elena Fasano, Richard Gascon, José Gentil da Silva, Jacques Heers, Emmanuel Le Roy Ladurie, Vitorino Magalh?es Godinho, Hermann Kellenbenz, Henri Lapeyre, Robert Mantran, Felipe Ruiz Martín, Frédéric Mauro, Ruggiero Romano, Raymond de Roover, Frank Spooner, Iorjo Tadić, Alberto Tenenti, Ugo Tucci, Valentin Vázquez de Prada, Pierre Vilar, czy wreszcie grupa, jaką tworzył wraz ze swoimi znakomitymi uczniami nieodżałowany Vicens Vives. Uczestniczyłem, często z bliska, w powstawaniu tych prac.
Do informacji, jakie zawierało pierwsze wydanie, dodałem wreszcie wiele nowych, dzięki własnym poszukiwaniom i lekturom w archiwach i bibliotekach Wenecji, Parmy, Modeny, Florencji, Genui, Neapolu, Paryża, Wiednia, Simancas, Londynu, Krakowa, Warszawy.
Trzeba zebrać całe to żniwo. Pojawiają się tu znów zdradliwe kwestie metody. Dotyczą one, przede wszystkim, skali tematycznej książki, przedstawiającej obszar śródziemnomorski w jego najszerzej ujętych granicach i w pełnym wymiarze jego wielorakiego życia. Wzbogacać zasób informacji to, siłą rzeczy, inaczej sytuować, inaczej rozstrzygać dawne problemy, a następnie napotykać nowe, których rozwiązania są trudne i wątpliwe. Z drugiej strony, przez piętnaście lat dzielących nowe wydanie od pierwotnej redakcji zmienił się sam autor. Nowa redakcja tekstu wymagała pewnego przesunięcia środka ciężkości dociekań, czy nawet zmian w ujęciu problematyki stanowiącej jej nić przewodnią, mianowicie dialektyki przestrzeń-czas (historia-geografia), która określała kontury naszego pierwotnego przedsięwzięcia. Tym razem ukazuję i akcentuję nowe perspektywy, ledwie zarysowane w pierwotnym tekście. Zainteresowała mnie ekonomia, nauka o polityce, pewna koncepcja cywilizacji, bardziej wnikliwa demografia. Dodałem wiele wyjaśnień, które - jeśli się nie mylę - rzucają nowe światło na istotę mojego przedsięwzięcia.
Jednakże zasadniczy problem pozostaje ten sam. Jest to problem występujący we wszelkich przedsięwzięciach historyków: czy można uchwycić jednocześnie, w ten czy inny sposób, historię zmieniającą się szybko, wysuwającą na pierwszy plan właśnie swoje zmiany i sceny - i historię ukrytą, raczej milczącą, bez wątpienia dyskretną, której niemal nie domyślają się jej świadkowie i jej aktorzy, a która nieźle opiera się niszczącej sile czasu? Ta zasadnicza sprzeczność, którą trzeba wciąż rozwiązywać, okazuje się ważnym środkiem poznania i badania. Dotycząc wszystkich dziedzin życia, przybiera ona, siłą rzeczy, różne formy, zależne od punktu odniesienia.
Utarł się zwyczaj, coraz powszechniejszy, używania skrótowych określeń: struktury i koniunktury, z których pierwsze odnosiłoby się do długiego trwania, a drugie do krótkiego czasu. Są oczywiście różne struktury, są także różne koniunktury, a trwanie tych struktur i tych koniunktur bywa z kolei też różne. Historia uznaje, odkrywa liczne tłumaczenia jednego czy drugiego "poziomu" czasowego w pionie. A na każdym poziomie istnieją także związki, korelacje poziome. Wyjaśniała to już w słowach prostszych i bardziej dobitnych przedmowa do pierwszego wydania, która przedstawia moje główne intencje i zapowiada kolejność rozdziałów tej książki.
19 czerwca 1963
Mapy i szkice drugiego wydania zostały sporządzone, wedle moich wskazówek, w Laboratorium Kartograficznym VI Sekcji École des Hautes Études, pod kierownictwem Jacques'a Bertin. Pragnę podziękować Pani Marthe Briata, Pani Marianne Mahn oraz Panom Albertowi Tenentiemu i Michaelowi Keulowi za pomoc przy weryfikacji bibliografii i korektach odbitek.
PRZEDMOWA DO PIERWSZEGO WYDANIA
Namiętnie pokochałem Morze Śródziemne, niewątpliwie dlatego, że przybyłem z Północy, jak tylu innych i po tylu innych. Poświęciłem mu z radością długie lata studiów - to dla mnie znacznie więcej niż całą młodość. W zamian, mam nadzieję, że trochę tej radości i wiele blasku Morza Śródziemnego zalśni na stronicach tej książki. Ideałem byłoby, niewątpliwie, przedstawienie bohatera zgodnie z naszymi upodobaniami, jak to czynią powieściopisarze, niegubienie go ani na chwilę z oczu, nieustanne przypominanie jego wielkiej postaci. Na nieszczęście, czy na szczęście, zawód nasz nie zna zachwycającej giętkości powieści. Czytelnik, który będzie chciał ustosunkować się do tej książki tak, jak tego pragnę, uczyni zatem dobrze, jeśli wniesie swoje własne wspomnienia, swoje wyobrażenia Morza Wewnętrznego i ubarwi nimi - ze swej strony - mój tekst, pomagając mi w odtworzeniu rozległej obecności tego morza, do czego, jak mogłem, dążyłem... Myślę, że samo morze - takie, jakie można widzieć i kochać - pozostaje najważniejszym z dokumentów swojej przeszłości. Jeśli wyciągnąłem tylko tę naukę z wykładów geografii moich mistrzów z Sorbony, to trzymam się jej uparcie, co nadaje sens mojemu całemu przedsięwzięciu.
Może się wydawać, że przykład prostszy niż Morze Śródziemne pozwoliłby niewątpliwie lepiej ukazać więzi historii z przestrzenią, zwłaszcza że wedle ludzkiej miary Morze Wewnętrzne jest w XVI wieku jeszcze bardziej rozległe niż dzisiaj; jego postać jest złożona, kłopotliwa, wyjątkowa. Wymyka się ona naszym miarom i kategoriom. Nie warto starać się napisać o niej zwykłej historii: "urodziła się dnia...", próżny byłby wysiłek mówienia na jej temat po prostu tego, co się faktycznie działo... Morze Śródziemne nie jest jednym morzem, stanowi ono "kompleks mórz", i to mórz zatłoczonych wyspami, pociętych półwyspami, otoczonych poszarpanymi brzegami. W jego życie przenika ziemia, jego poezja jest na poły wiejska, jego marynarze bywają chłopami; jest ono morzem zarówno oliwek i winorośli, jak smukłych okrętów wiosłowych czy pękatych statków kupieckich, a jego historii nie da się oddzielić od historii otaczającego go lądu, podobnie jak gliny nie da się wyjąć z rąk rzemieślnika, który ją formuje. "Lauso la mare et tente'n terro" (Chwal morze, a trzymaj się ziemi) - mówi przysłowie prowansalskie.
Niełatwo więc było zrozumieć, jaką postacią historyczną może być właściwie Morze Śródziemne; trzeba było cierpliwości, wielu wysiłków i na pewno jakichś nieuniknionych błędów. Nic jaśniejszego jak Morze Śródziemne w oczach oceanografa, geologa czy nawet geografa: są to dziedziny rozpoznane, sklasyfikowane, wytyczone. Ale w oczach historyka? Sto uzasadnionych rad przestrzega nas: nie jest ono tym, nie jest tamtym; nie jest samowystarczalnym światem samym w sobie, ale tym bardziej nie jest zagrodzoną łączką. Biada historykowi, który uważa, że ta wstępna kwestia nie istnieje, że Morze Śródziemne jest postacią niewymagającą określenia, od dawna bowiem określoną, zrozumiałą, bezpośrednio rozpoznawalną, którą ogarniamy przez podzielenie historii powszechnej wedle znaków wytyczających jej kontury geograficzne. Ale jaką wartość mają te kontury dla naszych badań?
Czy można by napisać historię morza, chociażby lat pięćdziesięciu, zatrzymując się z jednej strony u słupów Herkulesa, a z drugiej w cieśninie morskiej, dokąd starożytny Ilion (Troja) strzegł już dostępu? Te problemy granic, pierwsze, jakie się wyłaniają, pociągają za sobą wszystkie inne: ograniczać - to definiować, analizować, rekonstruować, a - w danym wypadku - wybrać, czyli przyjąć pewną filozofię historii.
Do pomocy mieliśmy oczywiście niezwykłą masę artykułów, rozpraw, książek, publikacji, ankiet, jednych z zakresu czystej historii, innych, nie mniej interesujących, pisanych przez sąsiadów: etnografów, geografów, botaników, geologów, technologów... Nie ma w świecie przestrzeni lepiej oświetlonej, lepiej zinwentaryzowanej jak przestrzeń Morza Wewnętrznego i lądów, które opromienia ono swoim blaskiem. Ale czyż mamy powiedzieć, ryzykując, iż wydamy się niewdzięczni wobec poprzedników, że ta masa publikacji przytłacza badacza niczym lawina szczątków? Zbyt wiele studiów przemawia językiem wczorajszym, nie z jednego względu przestarzałym. To, czym się one interesują, nie jest rozległym morzem, lecz maleńkim kawałkiem mozaiki, nie jego wielkim, burzliwym życiem, lecz czynami książąt i możnych, pyłem różnych faktów, niewspółmiernym do potężnej i toczącej się powoli historii, którą się zajmujemy. Zbyt wiele tych studiów trzeba rozpocząć od nowa, sprowadzić do skali ogólnej, podważyć, aby przywrócić im życie.
Niemożliwa jest, tym bardziej, historia morza bez dokładnego poznania obszernych źródeł archiwalnych. Tu zadanie wydaje się przekraczać siły pojedynczego historyka. Nie ma XVI-wiecznego państwa śródziemnomorskiego, którego zbiory rękopiśmienne, na ogół obficie zaopatrzone w dokumenty, nie ocalałyby mimo pożóg, oblężeń, wszelkiego rodzaju katastrof, jakie przeżył świat śródziemnomorski. Aby jednak zinwentaryzować i zbadać te zadziwiające bogactwa, kopalnie tego, co najpiękniejsze czy historyczne, trzeba niejednego życia, lecz dwudziestu, to znaczy trzeba by dwudziestu badaczy, z których każdy poświęciłby temu całe swoje życie. Być może nadejdzie dzień, w którym nad archiwami historycznymi nie będzie się już pracować metodami drobnych rzemieślników... Tego dnia stanie się, być może, realne uprawianie historii powszechnej na podstawie tekstów oryginalnych, a nie książek pisanych nie zawsze przez autorów znających te teksty z pierwszej ręki. Czy potrzebuję wyjaśniać, że nie przeczytałem wszystkich dokumentów, jakie znajdowały się w moim zasięgu, jakkolwiek moje starania były rozległe; że książka moja wspiera się na badaniach siłą rzeczy częściowych? Wiem z góry, że jej wnioski będą podjęte, dyskutowane, zastępowane innymi, i tego właśnie pragnę. W ten sposób rozwija się i musi rozwijać się historia.
Z drugiej strony, z powodu niesprzyjającej sytuacji chronologicznej między ostatnimi wielkimi płomieniami renesansu i reformacji a tym ciężkim, już wstecznym stuleciem, jakim będzie wiek XVII, Morze Śródziemne drugiej połowy XVI wieku jest "zwodniczo pięknym tematem", jak pisał Lucien Febvre. Czy trzeba wskazywać, dlaczego jest interesujące? Nie bez pożytku jest wiedza o tym, czym stało się Morze Wewnętrzne na progu epoki nowożytnej, wówczas, gdy świat przestał skupiać się wokół niego, żyć dla niego i jego rytmem. Natychmiastowa dekadencja, o której zawsze mówiono, nie wydaje mi się dowiedziona; wszystko zdaje się raczej przemawiać za czymś przeciwnym. Ale niezależnie od tego dramatu sądzę, że wszystkie problemy, jakie stawia przed nami Morze Śródziemne, mają wyjątkowe ludzkie bogactwo, a zatem interesują historyków i nie tylko historyków. Myślę, że rzucają one światło aż na czasy obecne i nie są pozbawione tej "pożyteczności", której Nietzsche wymagał właśnie od historii.
Nie będę się rozwodził nad powabami, pokusami, jakie przedstawia taki temat. Jego zwodniczość, to znaczy jego trudności, jego zdradzieckość, już wyliczyłem. Dodam tu jeszcze to, że spośród naszych dzieł historycznych żaden wartościowy przewodnik nie służył mi swoją pomocą. Studium historyczne, skupiające uwagę na płynnej przestrzeni, ma wszystkie uroki, ale na pewno w jeszcze większym stopniu zawiera w sobie niebezpieczeństwa nowatorstwa.
Skoro obie szale wagi są poważnie obciążone, to czy miałbym powód przechylać ostatecznie stronę ryzyka i - nieostrożnie - sądzić, że przedsięwzięcie warte jest zachodu?
Moim usprawiedliwieniem jest sama historia tej książki. Gdy w 1923 roku rozpoczynałem nad nią pracę, zamierzałem jej nadać klasyczną, na pewno ostrożniejszą formę studium poświęconego polityce Filipa II. Moi ówcześni mistrzowie bardzo to chwalili. Wyobrażali sobie moje studium jako książkę mieszczącą się w ramach historii dyplomatycznej, która pozostaje dość obojętna wobec zdobyczy geografii i niewiele troszczy się (jak nazbyt często sama dyplomacja) o życie gospodarcze; która odnosi się dość pogardliwie do tych wielkich świadectw wszelkiej prawdziwej historii, jakimi są fakty cywilizacyjne, religie, a także literatura i sztuka, i zamknięta we własnych granicach, zabrania sobie jakiegokolwiek spojrzenia poza biura kancelarii, na prawdziwe życie, płodne i bujne. Wyjaśnienie polityki Króla Przezornego oznaczało, przede wszystkim, ustalenie odpowiedzialności suwerena i jego doradców, zdanych na zmieniające się okoliczności; określenie ról wielkich i ról mniejszych, odtworzenie ogólnego obrazu światowej polityki hiszpańskiej, w której Morze Śródziemne było tylko wycinkiem, i to na pewno nie zawsze uprzywilejowanym.
Z nadejściem lat osiemdziesiątych XVI wieku potęga Hiszpanii została nagle zepchnięta w stronę Atlantyku. Tam właśnie, świadome tego czy nie, rozległe imperium Filipa II musiało stawiać czoło i bronić swojego zagrożonego istnienia. Potężny ruch wahadłowy pchał je ku oceanicznemu powołaniu. Zainteresować się tą grą podskórną, tą fizyką polityki Hiszpanii i stawiać wyżej badania niż przyklejanie etykietek, określających odpowiedzialność Filipa II czy Don Juana Austriackiego, sądzić nadto, że ci ostatni byli częstokroć, mimo własnych iluzji, zarówno aktorami, jak i kukłami - znaczyło wyjść poza tradycyjne ramy historii dyplomatycznej; wreszcie zadawać pytanie, czy poza tą odległą i nieregularną grą Hiszpanii (dość mdłą, jeśli odłożymy na bok pełen namiętności wielki akt z Lepanto) Morze Śródziemne ma własną historię, własny los, własne potężne życie i czy to życie nie zasługiwałoby na coś innego niż rola barwnego tła - znaczyło ulegać pokusie tego ogromnego tematu, który mnie ostatecznie przyciągnął.
Czy mogłem tego nie dostrzec? Jak szukać po różnych zbiorach rewelacyjnego dokumentu archiwalnego, nie otwierając oczu na to różnorodne, burzliwe życie? Wobec tak ożywczej aktywności, jak nie pójść w kierunku historii gospodarczej i społecznej, tej rewolucyjnej dyscypliny, którą we Francji niewielka grupa badaczy starała się podnieść do godności, jakiej nie odmówiono jej wcześniej ani w Niemczech, ani w Anglii, ani w Stanach Zjednoczonych, ani w bardzo bliskiej Belgii czy w Polsce? Ujmować historię śródziemnomorską w jej złożonym całokształcie, to iść za ich radą, chronić się za ich doświadczeniem, odwoływać się do ich pomocy, walczyć o nową formę historii, ponownie u nas przemyślaną, opracowaną i zasługującą na przekroczenie naszych granic; o historię na pewno zdobywczą, świadomą swoich zadań, swoich możliwości, także wymagającą, gdyż zobowiązaną do zerwania z dawnymi formami i do ich zburzenia, zresztą w sposób mniej lub bardziej usprawiedliwiony, ale to mało ważne! Była to dobra okazja, aby - badając postać wyjątkową - skorzystać z jej ogromu, jej wymagań, jej oporu i jej pułapek, a także jej żywotności, dla podjęcia próby budowania historii inaczej, niż nauczali nasi mistrzowie.
Każde dzieło uważa się za rewolucyjne, każde pretenduje do miana zdobyczy i stara się takim być. Gdyby Morze Śródziemne skłoniło nas tylko do porzucenia naszych nawyków, oddałoby nam już przysługę.
Książka dzieli się na trzy części, z których każda stanowi odrębną próbę całościowego wyjaśnienia.
Pierwsza część dotyczy historii prawie nieruchomej, historii człowieka w jego stosunkach z otaczającym go środowiskiem; historii płynącej powoli, zmieniającej się powoli, złożonej częstokroć z uporczywych nawrotów, wciąż zaczynanych od nowa cykli. Nie chciałbym lekceważyć tej historii toczącej się niemal poza czasem, w styczności z nieożywionymi rzeczami, ani też zadowolić się w tej materii tradycyjnymi wprowadzeniami geograficznymi do historii, niepotrzebnie umieszczanymi na początku tylu książek wraz z zawartymi w nich obrazami minerałów, orki i kwiatów, które pokazuje się szybko i o których nigdy się już nie mówi, jakby kwiaty nie powracały co wiosnę, jakby stada zatrzymywały się w miejscu, jakby okręty nie miały pływać po rzeczywistym morzu, które zmienia się wraz z porami roku.
Ponad tą historią nieruchomą wyodrębnić można historię o wolnym rytmie. Chciałoby się powiedzieć, jeśli to wyrażenie nie wypaczałoby pełni jej sensu, że jest to historia społeczna, historia zbiorowości i grup. W jaki sposób te podwodne fale unoszą całość życia śródziemnomorskiego - oto pytanie, jakie zadaję sobie w drugiej części mojej książki, badając po kolei życie gospodarcze, państwa, społeczeństwa, cywilizacje, a wreszcie usiłując, w celu lepszego wyjaśnienia mojej koncepcji historii, pokazać, jak te wszystkie, głęboko tkwiące siły działają w złożonej dziedzinie wojny. Wojna bowiem, jak wiemy, nie jest dziedziną wyłącznie indywidualnej odpowiedzialności.
Wreszcie trzecia część - historia tradycyjna, jeśli ktoś pragnie, "historia wydarzeniowa" według Paula Lacombe'a i François Simianda: ukazuje ona wzburzenia powierzchni, fale, unoszone potężnym ruchem przypływów i odpływów. Historia ta ma krótkie, szybkie, nerwowe oscylacje. Jest nadwrażliwa, jak wynika z jej definicji, najmniejszy krok wprawia w ruch wszystkie instrumenty pomiarowe. Ale właśnie jako taka jest ze wszystkich najbardziej pasjonująca, najbardziej człowiecza, a także najbardziej niebezpieczna. Nie dowierzajmy tej gorącej jeszcze historii, takiej, jak ją odczuwają, opisują, przeżywają współcześni, zgodnie z rytmem swojego życia, krótkiego jak nasze. Ma ona wymiar ich gniewu, ich snów i ich iluzji. W XVI wieku po prawdziwym renesansie przychodzi renesans ubogich, poniżonych, którzy zawzięli się pisać, opowiadać, mówić o innych. Ta cenna masa papieru zniekształca znacznie obraz przeszłości; wtargnęła ona w czas utracony, zajmując miejsce dalekie od prawdy. W dziwaczny świat, któremu brak wymiaru, przenosi się historyk czytający papiery Filipa II, tak jakby znajdował się w tym samym co on miejscu i w jego położeniu; jest to na pewno świat żywych uczuć; ślepy jak wszelki świat żywy, jak nasz, nietroszczący się o głębię historii, o te wartkie prądy, które niosą naszą barkę jak najbardziej pijany ze statków. To świat niebezpieczny, groźbę jego czarów i uroków zdołalibyśmy jednak zażegnać, gdybyśmy określili uprzednio te wielkie ruchy podskórne, często ciche, których znaczenie ujawnia się nam tylko wtedy, gdy obserwujemy rozleglejsze obszary czasu. Głośne wydarzenia są często tylko chwilami, tylko przejawami szerszych tendencji i tylko przez te tendencje mogą być wytłumaczone.
Doszliśmy w ten sposób do podziału historii wedle jej różnych poziomów. Albo - jeśli ktoś pragnie - do wyróżnienia w czasie historycznym: czasu geograficznego, czasu społecznego i czasu jednostkowego. Bądź jeszcze - jeśli ktoś woli - do podziału człowieka na szereg postaci. To, być może, najtrudniej będzie mi wybaczone, nawet jeśli stwierdzę, że również tradycyjne podziały kawałkują żywą i stanowiącą w głębi jedną całość historię; nawet jeśli powiem, wbrew Rankemu i Karlowi Brandiemu, że historia-opowieść nie jest jedyną metodą czy metodą w ścisłym sensie obiektywną i wykażę następnie, że te płaszczyzny mają być tylko środkami wyrazu myśli i że po drodze nie wyrzekłem się przechodzenia, od jednej do drugiej... Ale po cóż się bronić? Jeśli ktoś będzie mi zarzucał złe połączenie elementów tej książki, to mam nadzieję, że znajdzie w niej wiele fragmentów właściwie opracowanych, zgodnie z dobrymi zasadami naszego warsztatu.
Mam także nadzieję, że nie będzie mi się czyniło zarzutu z moich zbyt wielkich ambicji, pragnienia i potrzeby szerokiego spojrzenia. Historia może nie jest skazana wyłącznie na badanie otoczonych murami ogrodów. Czy w przeciwnym razie sprostałaby jednemu z obecnych zadań, jakim jest udzielanie odpowiedzi również na niepokojące problemy chwili, utrzymywanie związku z naukami tak młodymi, a tak zdobywczymi, jakimi są nauki o człowieku? Czyż bez historii ambitnej, świadomej swoich obowiązków i swoich ogromnych możliwości mielibyśmy w 1946 dzisiejszy humanizm? "To strach przed wielką historią zabił wielką historię" - pisał w 1942 roku Edmond Faral. Oby mogła ona odżyć![1]
Maj 1946
NIM BRAUDEL STAŁ SIĘ BRAUDELEM.NARODZINY KSIĄŻKI
Paule Braudel[1]
W 1949 roku, kiedy publikuje swoje pierwsze dzieło, Morze Śródziemne, Fernand Braudel ma już czterdzieści siedem lat. Tymczasem w paryskich kręgach akademickich nikt, lub prawie nikt, nie wie o jego istnieniu. Nigdy nie utrzymywał osobistych kontaktów ze współczesnymi mu mistrzami. Z jednym wyjątkiem, a był nim Lucien Febvre. Poznali się w listopadzie 1937 roku i od razu nie tylko polubili, lecz wytworzyła się między nimi bardzo bliska więź. Jednak dwadzieścia miesięcy później wybuchła wojna. Wojna, która dla Braudela miała trwać sześć lat, z czego pięć spędził w niewoli. Zatem przed 1939 rokiem zabrakło mu czasu na nawiązanie prawdziwego dialogu nawet z Lucienem Febvre'em, który był tak ważną postacią w jego życiu. Zaczątki dialogu szybko przerwała wojna.
Trzeba jednak sprecyzować, że przerwała jedynie w wymiarze materialnym, nie zaś emocjonalnym - wręcz przeciwnie. Listy, jakie obaj mężczyźni regularnie do siebie pisywali, były dla jeńca nieocenionym wsparciem. Lecz były rzadkie: dozwolony był jeden, dwa listy na miesiąc. I krótkie, bo trzeba je było zmieścić na kartce bądź kartoniku, udostępnianych przez niemieckie obozy. Trudno w takich warunkach o prawdziwą wymianę myśli.
Tymczasem to podczas długich lat niewoli Braudel napisał Morze Śródziemne. Poświadcza to korespondencja z Lucienem Febvre'em (która się zachowała), gdyż właśnie jemu Braudel wysłał trzy czy cztery kolejne wersje książki. Kiedy w 1941 roku Lucien Febvre otrzymuje pierwszą, pisze: "To jest bardzo dobre: doprawdy wyśmienite, oryginalne, jędrne, żywe". I dodaje: "Proszę nic nie poprawiać, lecz szybko dokończyć". Jest bowiem przekonany, że jeniec będzie potrzebował swojej pracy doktorskiej po powrocie, a nikt w tym momencie nie przypuszcza, że wojna potrwa jeszcze cztery lata. Sam Braudel pisze do mnie: "Dużo pochwał od Luciena Febvre'a. Moja książka na nie jeszcze nie zasługuje, ale to kwestia czasu". I rok po roku powstają kolejne wersje. Druga, ta z 1942, bardzo się różni od poprzedniczki. Lucien Febvre stwierdza wówczas, że jest "zdumiony i w równej mierze zachwycony". Lecz to po ostatniej wersji pisze:
"Niecierpliwie czekam na Pana, na historyka, który nie jest po prostu dobrym historykiem, lecz prawdziwie wielkim, wszechstronnym, przenikliwym, patrzącym szeroko... Proszę pokładać ufność w sobie i w przyszłości. Całkowitą ufność" (15 listopada 1944).
Nasuwa się pytanie: skąd ta opasła księga, tak niezwykła w tamtych czasach? A przede wszystkim, jak mogła powstać w więzieniu, zważywszy na ogrom dokumentacji, na której się opiera?
Odpowiedź na to ostatnie pytanie jest prosta. W przeddzień wojny, latem 1939 roku, Braudel postanowił, że zacznie pisać. Przeczytał więc raz jeszcze i uporządkował swoją ogromną kartotekę, gromadzoną przez jakieś piętnaście lat. A miał pamięć niesamowitą, ekstrawagancką, bo automatyczną. Sam o niej mówił, że jest godna słonia. Takim to sposobem, dzięki ponownemu gruntownemu przejrzeniu swoich notatek, we wrześniu 1939 roku, miał w głowie całą swoją dokumentację. Zapisaną w pamięci z niewiarygodną precyzją, która mnie samą zdumiała, gdy po powrocie w 1945 roku musiał odszukać każdą z fiszek, których treść przytaczał z pamięci, by sprawdzić dane i dokładnie wskazać źródła. Aby podołać temu uciążliwemu, morderczemu zadaniu, ułożyliśmy wszystkie fiszki w porządku chronologicznym. I nasze rozmowy były rodzaju: "Nie znalazłaś tej notatki w lipcu 1559 roku? Ha! To w takim razie musi być w sierpniu". I na ogół tak właśnie było.
Tak więc Braudel napisał książkę w gruncie rzeczy z pamięci. Jednak została ona wzbogacona obfitą literaturą niemiecką. W pierwszym obozie, w którym był, w Moguncji, Braudel cieszył się pewnymi względami. Prowadził regularne wykłady dla swoich towarzyszy niedoli i kierował ich pracami naukowymi, więc został mianowany "rektorem obozu". Z tej racji miał prawo do wypożyczania z biblioteki Uniwersytetu Moguncji wszystkich książek, jakich tylko zapragnął. Tak było do wiosny 1942 roku. Potem sytuacja diametralnie się zmieniła. Nowy obóz, w Lubece, to obóz karny, gdzie panowała bardzo ostra dyscyplina. Nie było już mowy o żadnych przywilejach. Niemniej Braudel znalazł czas, by odbyć wycieczkę, którą sam określił jako bardzo owocną, do "świata dzieł niemieckich erudytów, których wcześniej nie miał okazji zgłębić tak dokładnie" (28 listopada 1940).
Pozostaje kwestia podstawowa. Pytanie, które zadano mi kilka razy po śmierci Autora. Z jakich źródeł intelektualnych czerpie Morze Śródziemne? Jakie drogi Autor przemierzył, kształtując się jako historyk? Sam Braudel mówił o tym w nazbyt krótkim autobiograficznym tekście (wydartym mu przez upór McNiella), który niemniej wyjaśnia kilka spraw. Ponieważ jednak w tym miejscu zadano mi to pytanie, odpowiem, że Morze Śródziemne jest z jednej strony owocem bardzo powolnego dojrzewania, niezależnego i samotnego, zakończonego w jeszcze większej samotności więziennej celi; z drugiej zaś - jest konsekwencją życia na marginesie akademickiego świata. Życia dość chaotycznego, podzielonego na kilka okresów, z których każdy był swoistą przygodą, szczególnym doświadczeniem. Krótko mówiąc: epizodu wiejskiego, epizodu afrykańskiego, dokładnie północnoafrykańskiego, epizodu brazylijskiego i wreszcie epizodu obozowego.
Epizod wiejski, to jego wczesne dzieciństwo. Spędził je, jak prawdziwe chłopskie dziecko, w wiosce Lunéville-en-Ornois w Lotaryngii, skąd pochodziła jego rodzina ze strony ojca. Tymczasem ojciec był wówczas nauczycielem w Paryżu, a Braudel przyszedł na świat w tej wiosce w 1902 roku, bo traf chciał, że urodził się w sierpniu, a rodzina właśnie tutaj zwykła spędzać wakacje. Miał rok, kiedy lekarz orzekł, że jest delikatnej konstytucji. Wysłano go więc na wieś, do babki - ukochanej babci, której zadedykowane jest dzieło L'Identité de la France (co nie jest bez znaczenia): "Émilie Carnot, światłu mego dzieciństwa". Żył u jej boku, zaznając pełni szczęścia, nieustannie do siódmego roku życia. Potem wracał do niej każdego lata. Tutaj zaznajomił się dokładnie z tradycyjnym rolnictwem, nabył rzetelnej wiedzy o roślinach, drzewach, narzędziach rolniczych, wiejskim rzemiośle - pracy kowala, kołodzieja, młynarza - wreszcie o ściśle zaprogramowanej trójpolówce. Tę wiedzę widać w całym jego dorobku. Pewien historyk z Mozy zadał sobie trud wyłowienia z jego książek wszystkich aluzji do Lunéville. Tak zebrane, spisane jedna po drugiej, tworzą zaskakująco kompletny i precyzyjny obraz wioski, uwzględniający jej aspekt materialny, ekonomiczny i społeczny.
W wieku siedmiu lat całkowita zmiana otoczenia: szkoła podstawowa w Mérielles, na odległych przedmieściach Paryża; nauczyciel, którego Fernand ubóstwia i który odwzajemnia jego zauroczenie i - jak sam Braudel pisał - "Opowiadał historię Francji tak, jak odprawia się mszę". Potem przeprowadzka do Paryża, liceum Woltera, typowe i raczej skromne życie miejskie, ojciec, będący nauczycielem na starą modłę: znakomity wychowawca, świetny matematyk, ale surowy do brutalności, bardzo wymagający wobec swoich dzieci, żywiący w stosunku do nich wielkie ambicje. A że sam młody Fernand nie był ustępliwy, to dochodziło do ostrych scysji. On chciał zostać lekarzem, ojciec postanowił, że będzie inżynierem. W końcu w obliczu obustronnego uporu obaj musieli ustąpić i Braudel zaczął bez entuzjazmu studiować historię na Sorbonie. Ukończył studia w rekordowym tempie. Jednak cały ten okres dorastania w Paryżu zapisał się w jego pamięci w równym stopniu szaro i smutno, co dzieciństwo na wsi - jasno i kolorowo.
Następuje kolejna zmiana: Braudel ma zaledwie dwadzieścia jeden lat, kiedy jako nauczyciel zostaje skierowany do pracy do Afryki Północnej, najpierw do Konstantyny, potem do Algieru. Czy trzeba mówić, jak ważny dla przyszłego historyka, autora Morza Śródziemnego, był ten afrykański epizod, który miał trwać dziewięć lat (1923-1932)? To swoboda po wyczerpujących studiach i pełnym napięć życiu rodzinnym - to radość istnienia, satysfakcja płynąca z odkrycia, że jest się wyśmienitym nauczycielem. To także okres innych objawień: słońca Południa, morza, pustyni (na którą będzie się zapuszczał na grzbiecie wielbłąda), innej cywilizacji - cywilizacji islamu. Nawet pejzaż geograficzny jest tutaj inny: Morze Śródziemne widziane z niezwyczajnej perspektywy, "od tyłu", jak sam mówi, od strony afrykańskiego wybrzeża i Sahary. Wreszcie - i jest to fakt najwyższej wagi - wkrótce Braudel zacznie penetrować świat archiwów. Ustala temat swojej pracy doktorskiej: "Filip II, Hiszpania i Morze Śródziemne w XVI wieku". W efekcie od 1927 roku prawie cały czas wolny - przede wszystkim letnie wakacje - będzie spędzał w wielkim magazynie narodowego archiwum w Simancas, nieopodal miasta Valladolid.
Zaznaczmy od razu - dawało mu to wiele radości. Zawsze był zapalonym czytelnikiem książek i czasopism. Lecz jego pasją, przyjemnością, której oddawał się namiętnie aż do końca swego długiego życia, był dokument. Dla niego był on bramą otwartą dla wyobraźni. A tej Braudelowi nie brakowało. Napisał do mnie z obozu: "Na szczęście moja wyobraźnia nigdy nie zostawia mnie samego; znasz ją, jest mi niewyczerpanym źródłem. Wszystkie historie, których nie opowiem moim córkom, opowiadam sobie, chodząc wzdłuż drutów kolczastych". Także w archiwach wyobraźnia nigdy go nie opuszczała. Pamiętam, jak bardzo był wzruszony pewnego dnia w Valladolidzie. Na naszym biurku położono ogromne pliki dokumentów. Nikt do nich nie zaglądał od XVI wieku: kartki rozdzielały się z trudem, wydając za każdym razem odgłos darcia, a złocisty piasek, którym niegdyś suszono atrament, wciąż na nich zalegał. Braudel rozmarzył się, przesiewając go między palcami. Długie lata przechowywał torebeczkę tego złotego piasku.
Trzeba w tym miejscu zwrócić uwagę na pozorną sprzeczność: ten wielki kolekcjoner fiszek nie znosił pewnego rodzaju erudycji. Rzecz w tym, że dla niego dokumenty archiwalne były czymś innym, żywą erudycją, można by rzec, a z pewnością ulubionym polem działania dla jego wyobraźni. Nigdy nie mylił wiedzy zaczerpniętej bezpośrednio z archiwaliów i erudycji.
W archiwach Valladolidu nawiązuje długotrwałą znajomość z kilkoma historykami, lecz - na co warto zwrócić uwagę - wszyscy oni są cudzoziemcami: między innymi z Earlem Hamiltonem i Federikiem Chabodem. Dużo pracuje, z wielkim entuzjazmem. Tym skuteczniej, że przytrafia mu się dziwna przygoda. Otóż zapragnął kupić okazyjnie jeden ze specjalistycznych aparatów fotograficznych epoki, którego wyłączną zaletą było to, że - bardzo powoli, gdyż filmy wówczas przekręcano ręcznie - można było nim sfotografować sto dokumentów jeden po drugim, na jednej błonie, zamiast szesnastu, jak normalnym aparatem. Zdarzyło się, że amerykański pracownik filmowy, bawiący przejazdem w Algierze, ofiaruje Braudelowi starą, dość prostą, kamerę filmową, zaprojektowaną do zdjęć próbnych. Udowadnia mu, że kamera świetnie się nada do jego celów, gdyż dzięki automatycznemu przewijaniu będzie mógł wykonać w jedno popołudnie do dwóch tysięcy zdjęć, zarejestrowanych na 30-metrowych taśmach filmu. To istny cud! Tak to Braudel stał się prekursorem mikrofilmu, w tamtych czasach nieznanego. Aparat projekcyjny był bardzo prosty, ale zmyślnie ustawiony tak, by obraz wyświetlał się na blacie biurka, nie na ekranie ściennym. Historyk korzystał z tego udogodnienia bez opamiętania w archiwach hiszpańskich, potem włoskich. Zachwycony Earl Hamilton na darmo szukał w Stanach Zjednoczonych takiej kamery: była tak stara, że nie sposób było znaleźć ją na rynku.
W tych latach badania archiwów z jednej strony, nauczanie z drugiej, a ponadto pisanie artykułów i sprawozdań dla "Revue africaine" tak pochłaniają Braudela, że nie ma czasu na utrzymywanie kontaktów z Paryżem. Tym bardziej że jego babka umiera w 1926 roku, a ojciec, przedwcześnie, rok później. Braudel wcale nie myśli o tym, by zasięgać porad i szukać wsparcia w Paryżu, u uznanych autorytetów historii. Zresztą nie żywi ambicji, by robić karierę. Czy należy powiedzieć o nim to, co Lucien Febvre powiedział o Michelecie - że miał to szczęście, iż nie miał mistrzów? Możliwe. Lecz w 1930 roku w Algierze odbywa się Kongres Nauk Historycznych. Braudel jest zastępcą sekretarza i z tej racji przyjmuje na miejscu wielu znanych historyków. Na przykład Henriego Hausera, na którego wykłady uczęszczał dziesięć lat wcześniej. A także Henriego Berra, z którym zetknie się ponownie w Paryżu. Lecz niewątpliwie jedynym spotkaniem, które w tym czasie naprawdę się dla niego liczyło, które go zafascynowało, było spotkanie z Henrim Pirenne'em, który w 1931 roku w Algierze zaprezentował swoje poglądy na zamknięcie się regionu Morza Śródziemnego na świat zachodni wskutek muzułmańskich inwazji w VII wieku. Braudel tak o nim opowiada: "Wykłady Pirenne'a wydały mi się niesamowite: w jego dłoni otwartej lub zaciśniętej całe morze, zamykające się i na przemian uwalniające". Całe morze - czy w tej chwili zaczął marzyć o Morzu Śródziemnym samym w sobie, o jego bardzo starej i fantastycznej historii, znacznie barwniejszej i bardziej ekscytującej dla wyobraźni niż smętna postać Filipa II?
Jesienią 1932 roku Braudel wyjeżdża z Algierii. Po powrocie do Paryża uczy kolejno w dwóch liceach. Mogła to być okazja do ponownego nawiązania bliskiego kontaktu z paryskim światem naukowym. Jednak na początku 1935 roku bez wahania przyjmuje propozycję następnego wyjazdu, nowej przygody, tym razem w Ameryce Południowej. W S?o Paulo, w Brazylii, właśnie powstał uniwersytet, który zatrudnia francuskich profesorów. Braudel będzie tam wykładał przez trzy kolejne lata.
Brazylijska przygoda była dla niego fascynująca. "To raj dla pracy i dla refleksji" - jak sam mówi. Raj dla pracy, bo spędza każdą zimę (brazylijskie lato) w archiwach, już nie hiszpańskich, lecz włoskich. Przywozi stamtąd kilometry mikrofilmów i po raz pierwszy w życiu nauczanie zostawia mu dość czasu na ich spokojne przeczytanie, jednocześnie zaznając przyjemności przyjaźni, którą Brazylijczycy tak hojnie ofiarowują. Raj dla refleksji, bo brazylijski spektakl urzeka go z tego samego powodu, z którego swego czasu Talleyranda urzekła podróż po Ameryce Północnej: wrażenia "podróżowania w historii", jak gdyby niegdysiejszą Europę można było dostrzec albo wyobrazić sobie poprzez tę Brazylię pierwszej połowy XX wieku, z jej wędrownym rolnictwem odłogowo-żarowym, wypalaniem lasów, wielkimi patriarchalnymi rodzinami, Brazylię, opierającą się gwałtownemu naporowi nowoczesności. Drugi temat refleksji pojawia się w tym okresie, w latach 1935-1936, po morskich podróżach do Palermo, Neapolu, Rzymu, Genui, Florencji, Dubrownika, a jest nim coraz wyrazistsze pragnienie oddalenia się od Filipa II, tego nazbyt ostrożnego króla, którego jakoś nie potrafił polubić. Ogrom dokumentacji, jaką Braudel zgromadził, ciągnie go ku szerszym horyzontom. Jego wybór padnie na Morze Śródziemne. Tak więc to w okresie brazylijskim zmienił temat pracy doktorskiej - raz jeszcze z własnej inicjatywy, bez przedyskutowania sprawy z naukowcem z Sorbony lub kimś innym. Co najwyżej ze mną! Kwestia ta zajmowała nas przez osiem dni podczas jednej z podróży z Brazylii do Włoch, ale nie potrafię podać, w którym to było roku.
Dwa lata później Braudel zostaje skierowany do École des Hautes Études - trochę przez przypadek. To koniec brazylijskiego raju. Wynagradza to jednak sowicie fakt, że od tej pory będzie mógł poświęcić się całkowicie swojej osobistej pracy (w tym czasie we Francji nie istniała żadna instytucja badawcza, która ułatwiałaby życie naukowcom). Drugi łut szczęścia - na statku, którym płynie do Francji, Braudel poznaje Luciena Febvre'a, wracającego z Argentyny. Podczas tej długiej podróży w zamkniętym świecie, w ciągu dwudziestu dni swobodnych dyskusji, narodziła się między nimi natychmiast głęboka przyjaźń. Braudel powiedział pewnego dnia: "Ja potrzebowałem ojca, a on potrzebował syna".
Ten powrót do Paryża w założeniu miał być ostateczny. Lucien Febvre namawia nowego przyjaciela, by zaprzestał wojaży dokoła Morza Śródziemnego, by "zmierzał do końca", i latem 1939 roku Braudel zabiera się do pisania w wiejskim domu Febvre'ów, gdzie spotykają się obie rodziny. A potem wybuch wojny, gorycz klęski, wściekłość, że został uwięziony nielegalnie, bo poddał się tylko siedem dni po zawarciu rozejmu, i to po otrzymaniu obietnicy, że zostanie wolny. Zaczyna się wówczas dla niego ostatnie doświadczenie, bardzo trudne, doświadczenie obozu jenieckiego. Wróci z długiej niewoli dopiero w marcu 1945 roku, po sześciu latach nieobecności. Lecz wróci z Morzem Śródziemnym, napisanym niemal w całości. Morzem Śródziemnym, o którym sam powiedział w 1942 roku, że z pewnością napisałby je inaczej, gdyby nie niewola, "która wysysa siły nerwowe, lecz zwiększa przenikliwość umysłu, pozwala na długą medytację nad tematem". W kilku słowach streścił rolę, jaką odegrało uwięzienie w jego dojrzewaniu naukowym.
Powiecie mi, że mówiąc o kształtowaniu się Braudela i jego egzystencjalnych przygodach, nie śledziłam toku jego myśli, nie wskazałam momentu narodzin pojęć, na których fundamencie wybudował Morze Śródziemne.
Sądzę, że odnośnie do Braudela to pytanie jest niewłaściwe. Bowiem przez wszystkie te lata zdobywania wiedzy nie dążył on do jakiejś koncepcji historii, choćby historii Morza Śródziemnego. Braudel po prostu oddawał się zaspokajaniu swej nienasyconej ciekawości; bawił się swoją fenomenalną pamięcią, która w jednym i tym samym obrazie umieszczała obok siebie, bez udziału woli autora, tysiące faktów, tysiące szczegółów, niekiedy bardzo odległych od siebie w czasie i przestrzeni. Jego "przygoda intelektualna" polegała na powolnym gromadzeniu informacji, a to prowadziło go stopniowo nie do zarysowania pojęć, a już na pewno nie systemu pojęć, lecz do milionów obrazów, baśniowego spektaklu historii, w którym mieszają się ze sobą przeszłość i teraźniejszość. Nie było w tym żadnej dbałości o logikę. Była w tym przede wszystkim przyjemność odkrywania. Wszystko go bawiło. Rzadko zdarza się, by w archiwach znaleźć od razu to, czego się szuka. Lecz Braudel nigdy nie był zawiedziony, bo znajdował coś innego, o czym wcześniej nie pomyślał. Delektował się tymi niespodziankami. Zresztą przez to właśnie, że tak kluczył po drodze, pewnego dnia odkrył, że ma w ręku bardzo obszerną dokumentację, która znacznie bardziej niż samego Filipa II dotyczy całego Morza Śródziemnego.
Nie należy wyobrażać sobie zatem, że w 1939 roku Braudel był już uzbrojony w to, co zostało nazwane Braudeliańską koncepcją historii, w koncepcję, którą rzekomo konstruował krok po kroku podczas zbierania materiałów. Czy ma już w głowie zarys swojego dzieła? Czy jest już świadom, że będzie ono zbudowane na różnorodności epok? Z pewnością nie. W głowie ma fantastyczną feerię barw, krajobrazów, ludzi, wielkich wydarzeń i drobnych anegdot, słowem, to wszystko, co oddaje, wskrzesza życie. On to wszystko widzi, czuje, smakuje. Lecz jak to pomieścić w zrozumiałym dziele? Bo w tym tkwi jeszcze jedna sprzeczność Braudela: sam z siebie nie odczuwa potrzeby logicznego, metodycznego wyjaśniania sobie samemu tego, co widzi, w chwili, gdy to spostrzega. Jest zbyt zajęty rozkoszowaniem się widokiem, niczym poeta. (W młodości napisał wiele wierszy, nad których stratą ubolewał, i nieraz zdarzało się, że znajdowałam na moim stole kilka wersów specjalnie dla mnie napisanych). Lecz ten poeta był także, i w tym tkwi sprzeczność, nauczycielem, który przywiązywał najwyższą wagę do tego, by każdy tekst zaadresowany do innych był w pełni jasny i klarownie napisany.
I z tym problemem będzie się zmagał w niemieckiej niewoli. Nad tym będzie medytował przez pięć lat, podejmując jedną próbę po drugiej. Chciałby powiedzieć wszystko, co zobaczył, poczuł, zrozumiał, co sobie wyobraził. Lecz jak zamieścić w jednym spójnym wywodzie rzeczy, które do siebie zupełnie nie przystają? Na przykład fascynowało go wieczne, ponadczasowe Morze Śródziemne, w którym zawiera się teraźniejszość i przeszłość. Pamiętam pewien zimowy dzień w Dubrowniku (dawnej Raguzie). Siedzieliśmy w dużej kawiarni, która znajduje się w dawnym arsenale i wychodzi bezpośrednio na port. Port pusty tego dnia, poza wielką barką, załadowaną chwiejnym stosem drewna opałowego, która wpłynęła majestatycznie na naszych oczach. "Spójrz - powiedział mój mąż. - Jesteśmy w XVI wieku". Tak, ale drewno opałowe, niepewne żniwa, wymuszone rytmy nawigacji, powolność transportu, wszechobecna dzikość gór - jak o nich mówić, mówiąc jednocześnie o wielkich konfliktach cywilizacyjnych i politycznych, przeobrażeniach handlu, które tak mocno wstrząsają szesnastowiecznym Morzem Śródziemnym? I odwrotnie, jak dogłębnie zrozumieć te wielkie konflikty, te wielkie przemiany, bez świadomości monotonnego życia codziennego, które dyktuje rozkazy wszystkim książętom, władcom polityki i władcom pieniądza?
Właśnie dlatego, że chciał wszystko powiedzieć, że tak trudno było jego pióru scalić te nazbyt liczne pola, na które zawiodła go ciekawość, właśnie dlatego tak wiele razy pisał tekst od nowa. Aż do momentu, gdy zauważył, że dzięki "liniom czasowym" (to jego własne wyrażenie) całość sama się organizuje, w naturalny sposób. Gdyż wszystkie te rzeczywistości, które ma przed oczyma, żyją w różnych czasach, zgodnie z różnymi rytmami. W liście z 20 kwietnia 1944 roku Braudel pisze o tych podziałach czasowych, które nareszcie go satysfakcjonują: "Historia nieruchoma - ram geograficznych; historia głęboka - ruchów obejmujących całość; historia wydarzeń". I dodaje (choć może to nie przypaść do gustu niektórym dobrym ludziom, dla których wydarzenia zostały uwzględnione w Morzu Śródziemnym tylko po to, by przypodobać się jurorom Sorbony): "Niebezpieczeństwo jest takie, że tekst będzie za długi. Czy można ograniczyć książkę do drugiej części..., powiedzmy do losów Morza Śródziemnego w latach 1550-1600? W głębi duszy jestem przeciwny takiemu okaleczeniu". W jego odczuciu wszystkie trzy części stanowią całość.
Tak Braudel doszedł do jasnego, logicznego wyjaśnienia. Lecz był to punkt końcowy. Jakby późne rozpoznanie tego, co tkwi w głębi i organizuje pozorny chaos życia. Sam opisał jasność, do jakiej ostatecznie dotarł, w liście, który napisał do mnie 23 grudnia 1944 roku: "Jestem w stanie pewnego rodzaju niezwykłej łaski. Wszystko teraz jest proste w architekturze i pisarstwie mojej książki". Znacznie później powie w artykule autobiograficznym, że jego koncepcja historii sama mu się narzuciła "jako jedyna odpowiedź intelektualna na spektakl - Morza Śródziemnego - którego żadna tradycyjna opowieść historyczna, jak się wydaje, nie byłaby w stanie uchwycić". Spektakl. Braudel mówi, że punktem wyjścia był dlań spektakl, nie jakaś z góry założona idea. Takie są kluczowe słowa oddające jego drogę intelektualną, metodę postępowania, która jest obca logikowi czy filozofowi. Może znana artyście? Chętnie zgodziłabym się w tej kwestii z François Fourquetem. W każdym razie tym, co dwadzieścia czy dwadzieścia pięć lat temu mnie osobiście skłoniło po raz pierwszy do refleksji nad mechanizmem pisarstwa Braudela, jest fragment książki, która nie ma nic wspólnego z historią, a nosi tytuł La perception visuelle [Percepcja wzrokowa]. Był tam zamieszczony przykład malarza stojącego przed krajobrazem, który chce namalować. Artysta wszystko widzi, wszystkiemu się przygląda, rejestruje multum szczegółów. Jednak tym, co go urzeka, jest jeszcze mgliste, mało uświadomione znaczenie, jakie dostrzega w całości, za nagromadzeniem wszystkich detali. Dla niego malowanie będzie usiłowaniem oddania na płótnie tego wewnętrznego spostrzeżenia, swoistym rozszyfrowaniem nieczytelnej masy detali, by wychwycić, podkreślić znaczące linie. W chwili, gdy przeczytałam ten fragment, który moja pamięć być może trochę odmieniła, natychmiast pomyślałam o tym, co sama nieświadomie dostrzegłam w metodzie postępowania Braudela historyka.
Z tej perspektywy być może łatwiej zrozumieć, dlaczego Braudel napisał w 1942 roku, że bez doświadczenia niewoli z pewnością napisałby inną książkę. W swoim artykule autobiograficznym przytacza słowa młodego włoskiego filozofa, którego spotkał pewnego wieczoru we Florencji i który zakrzyknął: "Napisał pan tę książkę w więzieniu? Ach, to dlatego sprawia na mnie wrażenie książki kontemplacyjnej!". Na co Braudel odrzekł: "Tak, przez całe lata kontemplowałem samotnie Morze Śródziemne i moja wizja historii osiągnęła wówczas ostateczny kształt, choć nie od razu zdałem sobie z tego sprawę".
Dodajmy na zakończenie, że przez te pięć lat Braudel miał mnóstwo czasu (a była to jego jedyna rozrywka), by niestrudzenie wciąż zaczynać malować ten sam obraz. Myślę też, że to wówczas nabawił się choroby, z której już się nie uleczy, choroby kolejnych wersji, pisanych najczęściej z pamięci, bez poprawiania wcześniejszego tekstu, pisanych w całości od nowa. Kiedy pewnego dnia skrytykowałam to marnotrawstwo czasu i sił, ze śmiechem odparł, że nie może postępować inaczej. "Ale, ale - powiedział - to ty opowiadałaś mi o tym, wcale tego nie krytykując, że Matisse dzień po dniu rysował od nowa portret tego samego modela. Powiedziałaś, że codziennie wyrzucał do kosza swój rysunek, aż wreszcie znalazł linię, która mu się spodobała. W gruncie rzeczy robię trochę to samo!". Istotnie, to właśnie robił, nie pomijając gestu niszczenia tego, co wcześniej stworzył. Tak więc na darmo byście mnie pytali o trzy czy cztery kolejne Morza Śródziemne, które dostał Lucien Febvre podczas wojny za pośrednictwem szwajcarskiej ambasady, jak mniemam. Żaden z tych etapów myśli Braudela, które dzisiaj byłyby dla nas bardzo interesujące, się nie zachował. Tak jak rysunki Matisse'a, wszystkie z ręki Autora wylądowały w koszu na śmieci.
Paule Braudel, żona