Rozdział 2 Josh
Poniedziałek. Dwie minuty po siódmej. Bez sensu. Ten dzień i kolejnych sto siedemdziesiąt dziewięć dni szkoły. Wszystkie bez sensu. Chętnie pokontemplowałbym jeszcze przez chwilę to ogromne marnotrawstwo czasu, lecz i tak jestem już spóźniony. Idę do pralni i wyciągam kilka ubrań z wciąż działającej suszarki. Zapomniałem włączyć ją wczoraj wieczorem, a teraz nie mam już czasu dłużej czekać. Idąc do kuchni naciągam na siebie jeszcze wilgotne dżinsy, starając się przy tym nie wywinąć orła. Co tam. Nie jestem zaskoczony.
Wyjmuję kubek z szafki i nalewam kawy, próbując nie rozlać i się nie poparzyć. Stawiam go na stole, obok pudełka po butach pełnego buteleczek z lekami. W tym momencie dziadek wychodzi ze swojego pokoju. Jego siwe włosy sterczą we wszystkich kierunkach, przez co przypomina mi jakiegoś szalonego naukowca. Człapie niepokojąco powoli, ale wiem, że lepiej nie proponować mu pomocy.
Nie znosi tego. Kiedyś był prawdziwym twardzielem i proces starzenia się jest dla niego bardzo bolesny.
- Kawa na stole - informuję, chwytając kluczyki i kierując się do drzwi. - Wszystkie tabletki masz już przygotowane. Za godzinę przyjdzie Bill. Dasz sobie radę?
- Nie jestem kaleką, Josh - warczy.
Staram się zachować kamienna twarz. Jest wkurzony. To dobrze. Wszystko od razu wydaje się nieco normalniejsze.
Pospiesznie wskakuję do mojego pick-upa i ruszam. Raczej nie zdążę. Droga nie jest daleka, ale wiem, że znalezienie miejsca do zaparkowania pierwszego dnia zawsze jest trudne. Pociesza mnie jedynie to, że nauczyciele dziś nie będą surowi i nie grozi mi zostanie w szkole po lekcjach. Mocno naciskam pedał gazu i już kilka minut później stoję w korku, czekając na wjazd na parking. Sznur samochodów jest długi, ale przynajmniej co jakiś czas przesuwa się do przodu.
Dziś w nocy spałem zaledwie cztery godziny, a rano zdążyłem wypić tylko jedną kawę. Żałuję, że nie miałem czasu, żeby wziąć na drogę jeszcze jedną, ale pewnie i tak wylądowałaby na moich kolanach, zanim dotarłabym do szkoły.
Wyciągam plan lekcji i sprawdzam go ponownie. Zajęcia techniczne mam dopiero na czwartej lekcji, przynajmniej nie na samym końcu. Reszta mnie nie obchodzi.
Kiedy w końcu wjeżdżam na teren szkoły i wysiadam, natychmiast dostrzegam Drewa. Otoczony grupką zapatrzonych w niego fanów, raczy ich bzdurnymi historyjkami na temat swoich wakacji. Wiem, że to bzdury, ponieważ większość lata spędziliśmy razem. Znikał czasem na chwilę z jakąś dziewczyną, ale resztę czasu przesiedział u mnie na kanapie.
Kiedy teraz patrzę na niego, odnoszę nieodparte wrażenie, że nikt nie cieszy się z powrotu do szkoły bardziej niż on. Pewnie przewróciłbym oczami, gdyby to nie było takie dziewczyńskie, więc zamiast tego po prostu patrzę się przed siebie i idę dalej. Gdy go mijam, kiwa głową w moim kierunku. Odpowiadam tym samym. Porozmawiamy później. Wie, że teraz, kiedy jest otoczony wianuszkiem swoich wyznawców, nie podejdę do niego. Nikt inny nie zwraca na mnie uwagi, dlatego bez przeszkód mijam całą resztę i wchodzę do budynku równo z dzwonkiem.
Trzy pierwsze lekcje wyglądają identycznie. Wysłuchuję przemowy na temat zasad, biorę rozpiskę zagadnień na ten semestr i próbuję nie zasnąć. Mój dziadek wstawał w nocy pięć razy, co oznacza, że ja również wstawałem w nocy pięć razy. Naprawdę muszę lepiej się wysypiać. Za tydzień powinno mi się udać - myślę z goryczą, lecz póki co nie zamierzam się nad tym rozwodzić.
10:45. To pierwsza dłuższa przerwa na lunch. Nie lubię jeść tak wcześnie. Wychodzę z budynku na dziedziniec. Siadam na oparciu ławki - tej stojącej najdalej od środka - i tej, którą zajmuję stale od dwóch lat. Nikt niczego ode mnie nie chce. Łatwiej udawać, że nie istnieję. Wolałbym spędzić te pół godziny na zamiataniu trocin, ale nie wpuszczą mnie teraz do sali. No i jeszcze trocin nie ma. Dobrze chociaż, że metalowa ławka jeszcze nie zdążyła się nagrzać w słońcu. Teraz muszę tylko wytrzymać te najbliższe pół godziny - zapewne będą to dla mnie najdłuższe trzydzieści minut tego dnia.
Nastia
Przetrwać. To właśnie próbuję teraz zrobić i jak dotąd nawet nie jest tak źle, jak się spodziewałam. Wiele osób gapi się na mnie, pewnie z powodu mojego stroju, ale nikt nie zaczepia i nie próbuje nawiązać rozmowy. Z wyjątkiem Kena, to jest Drew. Wpadliśmy na siebie dziś rano, jednak nic z tego nie wyniknęło. On coś tam gadał. Ja twardo szłam przed siebie. I w końcu się poddał. Udało mi się jakoś dotrwać do długiej przerwy. Teraz czeka mnie prawdziwa próba. Dzisiaj nie było jeszcze zbyt wielu okazji do zaczepek i spoufalania się, dlatego jakoś mi się udawało prześliznąć, ale długa przerwa to piekło. Początkowo chciałam stosować technikę uników, ale zmieniam zdanie, uświadamiając sobie, że prędzej czy później będę musiała zmierzyć się ze spojrzeniami i uwagami. Szczerze mówiąc, to wolałabym wsadzić sobie kaktus w dupę, ale to chyba nie wchodzi w grę. No nic, trzeba mieć to za sobą. To jak z plastrem - najlepiej zerwać go szybko. Na razie znajduję jakąś pustą toaletę, poprawiam włosy i usta, czyli, mówiąc szczerze, robię to, co my, tchórze, robimy najlepiej - chowam się.
Rozglądam się uważnie, sprawdzając, czy gdzieś coś mi skądś nie wyszło i nie pokazuję więcej ciała niż zamierzałam. Mam na sobie te same szpilki, co w piątek, ale tym razem zestawiłam je z czarną koszulką na ramiączkach i minispódniczką, w której mój tyłek całkiem nieźle się prezentuje. Włosy rozpuściłam, zakrywając nimi bliznę na czole. Oczy obrysowałam grubą czarną kredką. Wyglądam zdzirowato i mogę się podobać jedynie najniższym formom życia, takim jak... Drew. Uśmiecham się do siebie na wspomnienie tego, jak rano otaksował mnie wzrokiem. Gdyby widziała to Barbie, byłaby nieźle wkurzona.
Nie ubieram się tak, bo to jest mój styl, albo dlatego, że chcę, aby ludzie się na mnie gapili. Po prostu wiem, że i tak by się gapili, więc chcę mieć wpływ na to, z jakich powodów to robią. Mam nadzieję, że w ten sposób uda mi się ich odstraszyć (spojrzenia w moim kierunku to niewielka cena).
Wątpię, by jakakolwiek dziewczyna chciała się ze mną poznać, a chłopakom, którzy mogliby być mną zainteresowani, na pewno nie będzie chodziło o jakąś głębszą rozmowę. No i świetnie. Skoro i tak mam zwracać na siebie uwagę, to wolę tyłkiem niż moją psychozą i popapraną ręką.
Margot nie zdążyła wrócić do domu przed moim wyjściem. To dobrze, bo pewnie próbowałaby mnie przekonać do wyboru innego stroju. A ja wcale bym się jej nie dziwiła. Wydaje mi się, że nauczyciel na pierwszej lekcji chciał wlepić mi karę za nieodpowiedni strój, ale gdy sprawdził moje nazwisko na liście, tylko wskazał, gdzie mam usiąść i nie spojrzał na mnie ponownie już do końca zajęć.
Trzy lata temu moja mama dostałaby ataku szału. Płakałaby i wyrzucała sobie brak umiejętności wychowawczych, albo po prostu zamknęłaby mnie w pokoju i nie pozwoliła iść do szkoły w takim stroju. Dziś zrobiłaby zawiedzioną minę i spytała, czy mnie to uszczęśliwi. Ja skinęłabym głową i skłamała, że tak, dzięki czemu obie mogłybyśmy udawać, że ciuchy nie były tak dużym problemem jak makijaż.
Moja matka uwielbia swoją twarz. Nie wynika to z arogancji, czy zarozumialstwa, lecz z głębokiego szacunku do własnej urody. Jest wdzięczna za to, jaka się urodziła. I słusznie. Ma piękną twarz. Idealną, wręcz nieziemską. Dla takich twarzy pisze się piosenki i wiersze. Oraz popełnia samobójstwa. Jest to ten egzotyczny rodzaj piękna, na punkcie którego mężczyźni w powieściach romantycznych popadają w obsesję, nawet jeśli nie znają bohaterki - po prostu czują przymus posiadania jej. Tak, to taki typ urody. Tak wygląda moja mama. Zawsze chciałam być do niej podobna. Niektórzy nawet mówią mi, że tak jest i może to prawda, gdzieś tam pod spodem. Jeśli zmyjesz makijaż i ubierzesz mnie tak, żebym wyglądała jak dziewczyna, w przeciwieństwie do tego, jak wyglądam teraz... jak dziwka wyciągnięta z meliny w którymś z odcinków paradokumentu o przestępczości.
Wyobrażam sobie, jak moja matka potrząsa głową i rzuca mi pełne rozczarowania spojrzenie, ale teraz starannie wybiera swoje bitwy i wątpię, czy chciałaby walczyć ze mną właśnie o to. Chyba zaczyna wierzyć, że jestem beznadziejnym przypadkiem. I bardzo dobrze - przecież po to wyprowadziłam się od niej, by zaakceptowała w końcu ten fakt. Już od dawna jestem beznadziejnym przypadkiem. Ta myśl sprawia, że robi mi się trochę przykro. Moja matka nie zasłużyła na to. Myślała, że ma swój cud, a ja byłam jedyną osobą, która wiedziała, że tak nie jest, bez względu na to, jak bardzo chciałam jej go dać. I może to ja właśnie jej go odebrałam?
To pytanie ściąga mnie z powrotem do rzeczywistości. Stoję na dziedzińcu szkoły, trzymając się oczywiście jak najdalej od wszystkich. Czuję się niczym bohaterka programu "Unikanie ludzi: Edycja licealna". Chciałam dostać się tu zaraz po dzwonku, lecz zatrzymał mnie nauczyciel historii. Te trzy minuty to różnica między dziedzińcem pustym a dziedzińcem pełnym uczniów korzystających z pierwszej dłuższej przerwy. Koncentruję wzrok na czerwonej kostce pokrywającej całą powierzchnię dziedzińca i zaczynam się zastanawiać nad doborem obuwia. Obliczam w głowie prawdopodobieństwo tego, czy uda mi się przejść na drugi koniec, nie skręcając sobie przy tym kostki i nie tracąc godności, kiedy słyszę, że ktoś woła.
Odwracam się odruchowo w tamtą stronę i natychmiast uświadamiam sobie, że to błąd. Właściciel głosu oddalony jest ode mnie o kilka metrów i patrzy prosto na mnie. Siedzi rozparty nonszalancko na ławce z nogami rozłożonymi szerzej niż wypada. Jakby chciał mi coś w ten sposób zasugerować. Uśmiecha się w sposób, który mówi mi, że on wie, że jest przystojny. Gdyby samouwielbienie było wodą kolońską, to obok tego gościa nie dałoby się wystać - wszyscy by się podusili. Ciemne włosy. Ciemne oczy. Przez te dwie rzeczy jest trochę do mnie podobny. Moglibyśmy być rodzeństwem albo jedną z tych naprawdę przerażających par, które wyglądają, jakby były rodzeństwem.
Jestem zła na samą siebie, że w ogóle spojrzałam w tamtą stronę. Teraz, kiedy odwracam się i ignoruję go, próbując przejść na drugą stronę dziedzińca, który jawi mi się niczym prawdziwe pole minowe, mogę być pewna, że jego oczy - jak również oczy wszystkich jego kumpli siedzących na tej samej ławce - będą skierowane na moje plecy. Mówiąc o plecach, mam oczywiście na myśli tyłek.
Raz jeszcze przyglądam się nierównej kostce. Nie, żadnej presji, ależ skąd. I wtedy ponownie dobiega mnie jego głos:
- Jeśli chcesz gdzieś usiąść, to zapraszam. Mam wolne kolana.
No tak. Ani to mądre, ani nawet oryginalne, ale jego równie durni koledzy oczywiście wybuchają śmiechem. A ja przed chwilą roiłam coś o jakimś braterstwie... Ruszam przed siebie z wysoko podniesioną głową i wzrokiem wbitym gdzieś w dal, jak gdybym zmierzała do jakiegoś celu, a nie jedynie walczyła o przetrwanie podczas tego spaceru.
Nie minęła jeszcze nawet połowa dnia. Przede mną cztery z siedmiu lekcji.
***
Rano udało mi się dotrzeć do szkoły na tyle wcześnie, by zajrzeć do sekretariatu i odebrać swój plan zajęć. Cóż, gdybym wiedziała, jak to będzie wyglądało, być może spróbowałabym to jakoś opóźnić. W sekretariacie i tym razem było jak w ulu, ale pani Marsh, pedagog szkolny, kazała przysłać mnie do siebie - ot, kolejny z wielu przywilejów związanych z bycia tym, kim jestem. Chciała osobiście wręczyć mi mój plan lekcji i chwilę ze mną porozmawiać.
- Dzień dobry, Nastjo, Nastio. - Wypowiedziała moje imię na dwa różne sposoby, szukając w moich oczach jakiejś wskazówki odnośnie tego, który z nich jest właściwy. Nie dostała jej. Była zdecydowanie zbyt wesoła i szczebiotliwa jak na pierwszy dzień szkoły czy w ogóle jak na siódmą rano. To z pewnością nie było naturalne. Wszyscy ci pedagodzy przechodzą chyba specjalny kurs: "Jak emanować niestosowną wesołością w kontaktach z uczniem trudnym". Nauczyciele raczej nie muszą brać w tym udziału, bo oni nigdy nawet nie próbują udawać. Co najmniej połowa z nich jest tak samo nieszczęśliwa z powodu konieczności chodzenia do szkoły jak ja.
Gestem dłoni zachęciła mnie do zajęcia miejsca. Nie skorzystałam z zaproszenia. Moja spódnica była zdecydowanie za krótka na siedzenie na krześle, którego nie zasłaniało biurko. Podała mi mapę kampusu i plan zajęć. Przejrzałam go szybko, zwracając uwagę głównie na zajęcia dodatkowe, bo obowiązkowe były oczywiste. No to są chyba jakieś jaja. Przez chwilę myślałam, że dała mi plan innego ucznia, dlatego sprawdziłam nazwisko na górze. Nie, to niemożliwe. Nie wiedziałam, jak powinnam zareagować w tej sytuacji. Jednej z tych, w których świat po raz kolejny postanawia kopnąć cię w tyłek. Płacz nie wchodził w grę, podobnie jak napad złości połączony z maniakalnym śmiechem. A to pozostawiało mi tylko jedną opcję: pełne zdziwienia milczenie.
Pani Marsh musiała wyczytać coś z mojej twarzy, która - mogę się założyć - dość jasno wyrażała moje myśli, ponieważ natychmiast zaczęła szczegółowo wyjaśniać mi wymagania szkolne i tłumaczyć system zapisu na zajęcia dodatkowe. Brzmiało to tak, jakby próbowała mnie przeprosić za przepełnienie w grupach na wybrane przeze mnie przedmioty. Może i powinna, bo mój plan był naprawdę do bani, ale w pewnym momencie miałam ochotę powiedzieć jej, że nie jest tak źle i nie musi aż tak się przede mną kajać. Jakoś to przeżyję. Trzeba czegoś więcej niż kilku beznadziejnych zajęć, żeby mnie złamać. Zabrałam plan, mapę i swoje żałosne przerażenie i z takim ekwipunkiem poszłam na pierwszą lekcję, po drodze raz po raz czytając listę przedmiotów. Niestety, nie chciała się zmienić.
***
Pocieszałam się myślą, że to już prawie połowa. I jak dotąd nie było wcale tak źle, stosunkowo rzecz biorąc, a w moim życiu do wszystkiego należy podchodzić właśnie w ten sposób. Nauczyciele byli nawet nawet. Pani McAllister, sorka od angielskiego, spojrzała mi prosto w oczy, jakby chciała mi dać do zrozumienia, że nie mogę oczekiwać od niej żadnego specjalnego traktowania. Już ją lubię. Wiem jednak, że najgorsze dopiero przede mną, więc na razie nie ma czego świętować.
Póki co muszę poradzić sobie z pokonaniem tego dziedzińca, który jawi mi się jako prawdziwy padół łez. Nie mogę z tym zwlekać, nawet jeśli w sercu czuję narastający strach. Jak dotąd pokonałam już prawie całe dwa metry i uważam, że idzie mi całkiem nieźle. Koncentruję się na swoim celu - dwuskrzydłowych drzwiach prowadzących do części budynku, które nazwali sobie skrzydłem angielskim. Niestety, drzwi są dokładnie po drugiej stronie morza kostki brukowej. Moje nemezis.
Choć patrzę prosto przed siebie, to jednak staram się maksymalnie wykorzystać widzenie peryferyjne. Jest tu tylu ludzi. I jest głośno. Hałas jest trudny do wytrzymania. Pozwalam, by wszystkie te rozmowy i głosy zlały się w mojej głowie w jeden monotonny szum.
Wokół wszystkich ławek skupiły się małe grupki uczniów. Niektórzy siedzą, inni nad nimi stoją. Część uczniów przysiadła na brzegach donic rozstawionych dość przypadkowo. Są też spryciarze - ci zajęli miejsce na ziemi, w cieniu chodnika biegnącego po obwodzie przejścia. Na całym dziedzińcu nie ma wystarczającej liczby ławek, nie ma prawie żadnej osłony przed słońcem, a jest gorąco jak w piekle. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak beznadziejna musi być stołówka, skoro tyle osób woli pocić się na zewnątrz. W moim poprzednim liceum było podobnie, ale nigdy nie musiałam radzić sobie z szaleństwem długich przerw i podejmować strategicznych decyzji, które się z nimi wiązały, jak na przykład gdzie usiąść i z kim. Każdą długą przerwę spędzałam, ćwicząc w sali muzycznej i to było jedyne miejsce, w którym chciałam być.
No dobrze, już prawie się udało. Do tej pory mignęło mi tylko kilka znajomych twarzy: chłopak, z którym chodzę na historię, siedzi sam i czyta książkę, a kilka dziewczyn, które kojarzę z lekcji matematyki, stoją i chichoczą razem z Barbie - tą, którą widziałam w sekretariacie. Czuję na sobie sporo spojrzeń, ale oprócz tego zapatrzonego w siebie dupka, nikt inny nie próbował mnie jeszcze zaczepić.
W drodze do drzwi muszę minąć jeszcze tylko dwie ławki. Moją uwagę przyciąga ta po lewej. Siedzi na niej - dokładnie pośrodku - tylko jeden chłopak. Nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nie fakt, że wszystkie inne ławki - a właściwie każde inne miejsce, gdzie człowiek mógłby posadzić swój tyłek - są szczelnie wypełnione. A on siedział sam. Jakby się tak dobrze przyjrzeć, to nikt nawet nie kręci się w pobliżu. Jakby wokół tej jednej ławki znajdowało się jakieś niewidzialne pole siłowe.
Dopada mnie ciekawość i na chwilę zapominam o swoim głównym celu. Spoglądam wprost na chłopaka. Siedzi na oparciu. Ma na sobie znoszone buty robocze i sprane dżinsy. Jego twarzy nie widzę dobrze. Jasnobrązowe kosmyki opadają mu na czoło. Łokcie oparte ma na kolanach, a oczu nie odrywa od własnych dłoni. Nie je, nie czyta, na nikogo nie patrzy. Do czasu. Nagle podnosi wzrok i spogląda prosto na mnie. Cholera.
Natychmiast odwracam głowę, ale jest już za późno. Wie, że się na niego gapiłam. I to nie tylko przelotnie. Stanęłam na środku dziedzińca i wpatrywałam się w niego jak sroka w gnat. Od azylu, który zamierzam znaleźć za tymi podwójnymi drzwiami, dzieli mnie już tylko kilka kroków. Podejmuję ryzyko i przyspieszam na tyle, na ile mogę to zrobić bez zwracania na siebie jeszcze większej uwagi. Docieram do drzwi, chwytam klamkę i ciągnę. Nic. Drzwi nie ustępują. Próbuję raz jeszcze. Cholera. Zamknięte. Jest środek dnia. Dlaczego mieliby zamykać drzwi?
- Zamknięte. - Naprawdę? Patrzę w kierunku, z którego dobiega głos. Nawet nie zauważyłam chłopaka ze szkicownikiem, siedzącego na ziemi tuż obok drzwi. Przycupnął za dużą donicą i z dziedzińca zupełnie go nie widać. Cwaniaczek. Ubrania ma w nieładzie, a włosy wyglądają, jakby od tygodnia nie widziały grzebienia. Siedzi ramię w ramię z dziewczyną o brązowych włosach. Choć schowali się w cieniu, dziewczyna ma na nosie okulary przeciwsłoneczne. W ręku trzyma aparat fotograficzny. Na chwilę podnosi na mnie wzrok, ale zaraz znów skupia się na sprzęcie. Jest tak przeciętna i pozbawiona jakichś charakterystycznych znaków, że poznałabym ją chyba tylko po tych okularach. Zastanawiam się, czy w ogóle powinnam była tu przychodzić, ale już jest za późno.
- Od tej strony nie da się ich otworzyć. Nie chcą, żeby podczas przerw ktoś tu wchodził na papieroska - mówi chłopak. Moją uwagę przyciąga jego podziurawiona koszulka z jakiegoś koncertu.
Och. Ciekawe, co się dzieje, gdy ktoś spóźni się na lekcję. Pewnie ma przerąbane. Spoglądam w stronę drzwi do toalety na dziedzińcu, ale kłębi się przy nim rój dziewczyn. Nie, podziękuję. Rozglądam się za jakąś alternatywną drogą ucieczki kiedy orientuję się, że chłopak wciąż na mnie patrzy. Dobrze, że nie stoję kilka kroków bliżej, bo mógłby bez problemu zajrzeć mi pod moją niemal nieistniejącą spódniczkę. Przezornie założyłam ładną bieliznę - jedyne, co mam na sobie nieczarnego.
Spoglądam na trzymany przez niego szkicownik. Położył na nim rękę, więc nie widzę, co tam rysuje. Ciekawe, czy koleś jest dobry. Ja zupełnie nie umiem rysować. Kiwam głową w podziękowaniu i odwracam się, wciąż rozglądając się za jakimś sensownym wyjściem z tej sytuacji. Zanim jednak zdążę podjąć jakąś decyzję, przez drzwi wypadają dwie dziewczyny, o mało mnie przy tym nie tratując. Gadają jak najęte i nawet mnie chyba nie zauważają, co mi oczywiście zupełnie nie przeszkadza. Ważne, że udaje mi się wśliznąć do środka, zanim drzwi zamkną się ponownie. Wchodzę do chłodnego, pustego korytarza skrzydła angielskiego i oddycham z ulgą.