Morze krwi, ziemia ognia - Maciej Paterczyk

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy. MARTWY MILICJANT OZNACZA KŁOPOTY

Dlaczego nic nie zrobiłeś? Nawet nie spróbowałeś?

Chciała się kłócić. Milczałem. Nie lubiłem tego wspomnienia. Mały stolik przy oknie z widokiem na skrzyżowanie Alei Jerozolimskich i Nowego Światu. Stolik w niesławnej kawiarni Café Club, której już na pewno nie ma. Chadzali tam Niemcy, ale też Polacy, którzy nagle odkryli swoje niemieckie korzenie i współpracowali z okupantem, godząc się na pogardę ze strony Niemców i nienawiść Polaków. I ja byłem w tej knajpie, lecz nie po to by robić interesy, nie po to, by z kimkolwiek się dogadywać. Siedziałem pod zdjęciem Hitlera z papierami spolonizowanego junkra w kieszeni marynarki, słuchałem muzyki i piłem drogie alkohole, których nigdzie indziej dostać nie mogłem. Właśnie dlatego tam byłem: dla drogich trunków, dla profesjonalnych kelnerów milcząco przemieszczających się ze srebrnymi tacami, dla dostatku i przepychu. I dla muzyki. Każdego dnia występowali tam muzycy z Warszawskiej Filharmonii. Filharmonia nie działała, zezwalano jedynie na koncerty muzyki ludowej. Zawodowi muzycy na co dzień zmuszani byli do grania w takich miejscach tylko z okazji przyjazdu ważnych nazistowskich notabli. Fleciści, pianiści, harfiarze, skrzypkowie i saksofoniści. Musieli mieć jakiś ustalony grafik, gdyż pojawiali się i zmieniali o regularnych porach. Byli milczący, nieobecni, znużeni. Z wyjątkiem pianistów, każdy z nich w zmarzniętych dłoniach przynosił swój własny instrument. Muzycy byli profesjonalistami, bo choć grali dla Niemców, to kochali muzykę, a ona zdawała się płynąć prosto z ich serc. Najbardziej lubiłem pianistę, który nie ukrywał swego upodobania do muzyki jazzowej. Zresztą mógł grać, co chciał. Nikt go nie sprawdzał, mało kto go słuchał. Nawet kilkakrotnie byłem świadkiem, kiedy Niemcy prosili, by zagrał Chopina. Według Niemców Chopin był zbyt utalentowany, by być Polakiem. A kim był naprawdę? Tym już sobie głowy nie zawracano.

I właśnie byłem tam - tego felernego dwudziestego ósmego marca. I kiedy spoglądałem na szary świat na zewnątrz, ktoś do mnie podszedł - ktoś, kto uważał się wówczas za mojego przyjaciela - i ostrzegł mnie. Powiedział, że znów będą mnie szukać, prawdziwego mnie, być może ci sami ludzie, którzy siedzieli stolik obok. Malowane niemieckie żołnierzyki z polskimi dziewczętami na kolanach. Ten ktoś, kto uważał się wtedy za mojego przyjaciela, a ja przecież nigdy nie miałem przyjaciół, poradził mi, żebym ostrzegł swoją matkę, bo jej też mogło grozić niebezpieczeństwo.

Nic nie zrobiłeś!

To nie miałoby sensu. Nigdzie byś nie uciekła. Powiedziałaś to na samym początku, gdy Niemcy weszli do Warszawy, że Glogera 2 będzie twoją twierdzą i nie dasz się z niej wyrzucić.

Uciekłabym.

Nie uciekłabyś.

Gdy w trzydziestym dziewiątym Niemcy zaatakowali Polskę, na rogatkach Warszawy postawiono barykady, a prezydent Starzyński krzyczał, że bohaterska Warszawa nigdy się nie podda. Dla mnie był to sygnał, że trzeba uciekać. Wtedy matka niespodziewanie postanowiła zabarykadować się w swoim mieszkaniu przy ulicy Glogera. Powiedziała, że cokolwiek się wydarzy, nie wyprowadzi się. Wyglądała śmiesznie ze swoimi zapasami: kawą, papierosami i książkami. Papierosy mogła jeszcze na coś wymienić, ale zanim doszłoby do jakiejkolwiek wymiany, wszystkie by wypaliła. Zdobyła jeszcze myśliwską flintę, z której po raz ostatni strzelano podczas powstania styczniowego. W trzydziestym dziewiątym nic się jej, na szczęście, nie stało. Po Ochocie chodziła plotka, że gdy Warszawa upadła i sam Hitler przyjmował defiladę w Alejach Ujazdowskich, moja matka dalej stała w oknie, paliła ostatnie papierosy i czekała na jakiegoś Niemca. Dostało się rzekomo bezpańskiemu kotu i czapce listonosza. Oczywiście to były bzdury. Myśliwska strzelba pozbawiona została spustu. Nie nadawała się do niczego. Kolba była tak niewygodna, że matka nie umiała jej podnieść do ramienia. Mierzyła z biodra. Takim sposobem słonia by nie trafiła. Strzelba nie pomogłaby matce w trzydziestym dziewiątym i na pewno nie pomogła cztery lata później. Nikt i nic nie mógł już jej pomóc. Mitologiczna Atropas przecięła nić jej życia.

Wiedziałeś, że idą. I nic nie zrobiłeś. Przecież miałeś tam jakieś znajomości, kontakty. Ktoś wiedział, że idą, więc mogłeś spróbować ich zatrzymać! I nie Atropas, tylko Atropos, nieuku!

Milczałem. Nie chciałem się kłócić. Dookoła ciemność, wymacałem dłonią nocną szafkę, szukałem zegarka. Pierwsza dziesięć. Zaczął się dwudziesty ósmy marca, tysiąc dziewięćset czterdziestego ósmego roku. Matka więcej się nie odezwała, sen wrócił chwilę później.

***

Nie nadużywałem alkoholu. Niby nic niezwykłego, ale w tych powojennych czasach uchodziłem za dziwny przypadek. Nie oznacza to, że nie piłem wcale. Po pracy wracałem do pustego mieszkania i nalewałem sobie whisky. Właściwie nie piłem, tylko wąchałem. Ciemnego, korzennego płynu było zawsze tylko tyle, by przykryć dno szklanki. Kosztował majątek.

To było moje prawdziwe nieszczęście: ciągły niedostatek dóbr luksusowych. A musicie wiedzieć, że przed wojną należałem do prawdziwej śmietanki towarzyskiej. Uczęszczałem do najmodniejszych klubów i barów. Przeczytaliście to zdanie, niby zrozumieliście, lecz tak naprawdę nic nie zrozumieliście. Nie wiecie, jakie to uczucia, co działo się w głowie człowieka, gdy wchodził do kawiarni zatłoczonego Grand Hotelu, gdzie nie było żadnych wolnych miejsc, co wszystkim od samego wejścia powtarzał kierownik sali: "Bonjour, bardzo nam przykro, wszystkie miejsca są zajęte"; "Excuse-moi. Nie mają państwo rezerwacji? Non? Naprawdę bardzo nam przykro". Jednak na mój widok ten sam kierownik wołał kelnera, który natychmiast prowadził mnie do wolnego stolika (nie wiem, czy jesteście obyci w świecie, ale musicie wiedzieć, że w eleganckich kawiarniach zawsze jest jeden wolny stolik). Po chwili przynosił "to, co zawsze". A ja czułem na sobie liczne ciekawskie i zazdrosne spojrzenia.

O dziwo, takie życie nie skończyło się wraz z wybuchem wojny. Wręcz przeciwnie. We wrześniu trzydziestego dziewiątego, gdy nasi dzielni chłopcy ginęli na froncie, w stołecznych kawiarniach trwał prawdziwy karnawał. Oczywiście część ludzi uciekała, część mówiła tylko o ucieczce, ale większość czekała, a nic tak nie wzmaga chęci picia alkoholu, jak czekanie nie wiadomo na co. Ile się wówczas wypiło za naszych dzielnych chłopców?! Ile razy wznoszono toasty za dzielnych obrońców Westerplatte! Najlepsze szampany, najdroższe wina otwierano właśnie dla nich. Potem weszli Niemcy, było gorzej, ale jakoś się człowiek ustawił. Dalej mogłem się bawić i żyć na odpowiednim poziomie. Jak? Nie czas na tę opowieść, może później. Po Niemcach przyszli Rosjanie, wtedy zaczęło robić się źle, ale najgorzej zrobiło się po wojnie. Do dziś pamiętam te irytujące hasła: "Czas odbudowy!"; "Wszyscy do pracy!"; "Niech wszyscy chwycą za łopaty! Nadszedł czas wyrzeczeń!" - jakby wcześniej było łatwo i przyjemnie.

Niedługo potem zostałem zesłany do Kamienia Pomorskiego, gdzie objąłem stanowisko komendanta powiatowej milicji. Z dala od dużego miasta. Z dala od dobrych alkoholi. Z dala od eleganckich sklepów. Z dala od porządnego krawca.

Z dala od prawdziwego życia. Ono było gdzie indziej. Nie na Ziemiach Odzyskanych, nie w zniszczonej Warszawie, ale gdzieś na Zachodzie. Jednak między mną a prawdziwym życiem znajdowały się setki przeszkód nie do pokonania: zasieki, szlabany, rowy, stróżówki, żołnierze z karabinami, graniczne patrole na motorach, patrole straży nabrzeżnej na kutrach. Oni wszyscy chronili granicy dniami i nocami, żebym przypadkiem nie dostał się do prawdziwego życia, choć zapewne gdyby mogli, sami staliby się jego częścią. A może byli na tyle młodzi i głupi, że rzeczywiście nie chcieli stąd uciec?

Dlatego wszystkie wieczory spędzałem w samotności. Zamknięty w mieszkaniu, z książkami, które już dawno przeczytałem, i kilkoma płytami, które już dawno mi się znudziły. Patrzyłem na coraz mniejszą ilość whisky, ignorowałem irytujący głos w mojej głowie i czekałem na pierwsze myśli samobójcze.

Zupełnie sam.

To znaczy przygarnąłem kota, ale uciekł mi któregoś dnia. Nie miałem o to do niego pretensji.

Wiem, co sobie myślicie. Że mogłem wyjść na miasto, do ludzi. Ale musicie wiedzieć, że w tysiąc dziewięćset czterdziestym ósmym roku na dalekich krańcach Ziem Odzyskanych, po zmroku nigdzie się nie wychodziło. Nieraz głuchą noc przerywały serie z karabinów. Choć łatwiej było dostać czymś pod żebra i utracić wszystkie oszczędności wraz z butami. Albo po prostu, bez przyczyny, dostać pięścią w twarz. A ja bardzo lubiłem swoje pełne uzębienie. Choć i tak miałem je wkrótce stracić. Ale po kolei.

Dwudziesty ósmy marca zaczął się źle. Musiałem rozwiązać kolejny absurdalny konflikt. W jednym z komunalnych mieszkań podzielonych na dwóch nowych lokatorów, jeden z nich, Wacław C., postanowił trzymać świnię, którą zamknął w łazience. To bardzo zdenerwowało Henryka W., lecz, o dziwo, nie chodziło o samą świnię ani miejsce jej trzymania. Jego zdaniem nawet miejsce było odpowiednie: łazienka z wielką poniemiecką wanną, która mogła się wreszcie do czegoś przydać. Kłopot polegał na tym, że do karmienia świni Wacław C. używał płodów rolnych, które Henryk W. zgromadził w piwnicy dla kozy, którą on dla odmiany trzymał w swoim pokoju. W tym momencie opowieści rozbolała mnie głowa... Niestety musiałem wysłuchać jej do końca i coś postanowić. Praca milicjanta polegała na rozwiązywaniu takich właśnie problemów.

- Posłuchajcie - zacząłem, gdy tamci zamilkli, a proszki od bólu głowy, które znalazłem w biurku, rozpuściły się w szklance wody. - Ustalamy, że Henryk W. zobowiązuje się więcej nie podkradać płodów rolnych, uzbieranych na zimę przez jego sąsiada. Gdy świnia zostanie zabrana na ubój, Henryk W. przekaże Wacławowi C. w ramach rekompensaty jakiś konkretny kawał mięsa. Zgadzacie się, panowie?

Rozdziawili usta w podziwie.

- Jak pan to wszystko ładnie w słowa ubiera, komendancie. Kim pan był przed wojną, jeśli można wiedzieć? - zapytał jeden z nich.

- Prawnikiem.

- Tu?

- Co ty, głupi jesteś? Gdzie tu? Przecież tu Szwaby były, nie Polska. Nasz pan komendant to z daleka pewnie. Może z Wilna? Tak po głosie coś poznaję... - odparł drugi. Nawet nie wiedziałem który. Oskarżyciel czy oskarżony? Obaj wyglądali identycznie. Tak samo szarzy, tak samo brudni, tak samo zniszczeni kolejną niemogącą się skończyć zimą. Jak postacie z obrazów Bruegla.

- Z Warszawy.

Trochę byłem oburzony. Jakie Wilno? Jakaś prowincja! Co w moim głosie o tym świadczyło? Wymawiałem "l" twardo jak należy. Moja mowa nie miała żadnych naleciałości, żadnego niepotrzebnego akcentu.

- Boże, pewnie z was była jakaś ważna osoba, co nie?

Ważna. Pracowałem dla największych przemysłowców. Dla Lilpopa, Raua i Loewensteina. Ale nie było już tych wszystkich zakładów, szlag je trafił, jak i całe moje ukochane miasto. Obrócone w ruiny. Pozostała tylko Praga, jedna część miasta, za którą, o ironio, nie tęskniłem wcale.

- Zaraz, pan prawnik przecież. Pan powie, ta Rita Gorgonowa zabiła, czy nie?

Przewróciłem oczami.

- Zajmowałem się prawem gospodarczym, nie karnym.

- Tak, tak, rozumiemy - popatrzyli po sobie. - To zabiła, czy nie?

Nie odpowiedziałem na to pytanie. Szklankę z proszkami opróżniłem jednym łykiem. Porozumienie zawarliśmy ustnie. Zapisywać czegokolwiek nie było potrzeby z najbardziej prozaicznej przyczyny: panowie byli niepiśmienni.

- Może jednak coś podpiszemy, by nie było żadnych nieporozumień?

Pokręcili zdecydowanie głowami, nie było takiej potrzeby.

- Oczywiście. Gentlemen's agreement.

- Co komendant powiedział?

- Nieważne.

- Ale możemy to opić! - Jeden z nich już uderzył w denko butelki, którą wyjął zza pazuchy.

- Co ty robisz, człowieku? Przecież nasz komendant nie pije alkoholu!

Wtedy poczułem, że muszę się napić. Zaraz po pracy pójdę do pierwszego lepszego baru. Ta prosta myśl wydała mi się niemalże olśnieniem. Machnąłem ręką i wygoniłem ich z komendy. Niespodziewanie przed wyjściem jeden z nich odwrócił się i zapytał.

- Jak pan tutaj w ogóle trafił?

Sam zadawałem sobie to pytanie każdego dnia: jak ja w ogóle tu trafiłem? Prawda była taka, że nie miałem wyjścia. W czterdziestym piątym zapisałem się do Polskiej Partii Robotniczej. Jak i dlaczego? Nie czas i miejsce na tę opowieść. Ale w końcu zarząd czy komisja... czort wie jakie to było gremium partyjne, doszło do wniosku, że nie ma we mnie za wiele z komunisty. By zachować legitymację partyjną, musiałem wyjechać na Ziemie Odzyskane.

Chłop wyszedł. Odpowiedź go nie interesowała. Ból głowy nasilił się, te cholerne proszki dawno przestały cokolwiek pomagać.

***