Morze krwi - Monika Lech

-
Proszę czekać

Rozdział 2: andrea

Rok 2052 oficjalnie uznaję za rok pod pod wezwaniem świętego "to się dzieje w złym momencie" lub krócej "nie teraz, kurwa mać!"

Od stycznia działy się rzeczy, które mogłyby wybrać sobie lepszy timing, albo, po prostu, się nie wydarzyć. Śmierć ojca mojego Michała, aczkolwiek do przewidzenia, bo przecież chorował od dawna, przyszła jakoś tak z dupy, 6 stycznia, na zakończenie Świąt. Później był wyjazd z Kubkiem do Stanów, bo musiał pokazać się inwestorom, a nienawidził tego robić i potrzebował, drań jeden, dziewczyny do towarzystwa. Nie, żebym miała lepsze plany, ale nie chciało mi się, nie lubiłam Stanów. Nie chciało mi się uśmiechać, jak końska dupa do bata, do bandy zapatrzonych w siebie idiotów. Przede wszystkim jednak, nie chciało mi się uśmiechać. Ale pojechałam. Z uśmiechem było gorzej, ale nie mam kłopotu z udawaniem przez jakiś czas. Krótki. Dla Kuby.

Potem, znowu przypadał termin mojego dorocznego wyjazdu do znajomych we Włoszech, na sesje treningowe. Wielkanoc wypadała zaraz na początku kwietnia, więc musiałam zjechać do nich przed połową marca. Jeszcze się nie otrząsnęłam z Jankesów. Zamiast spokojnego biegania, ćwiczenia, wspinaczki, innymi słowy: normalnego reżimu treningowego, było w tym roku dodatkowo dużo trucia dupy w związku z jakąś wspólną "robotą" do zrobienia. Po starej znajomości. Z ludźmi z dawnej pracy. Z towarzyszami, kurwa, broni. Nie miałam ochoty na żadną "robotę", więc w krótkich, żołnierskich słowach powiedziałam, że nie.

Następnie było tylko lepiej. Matka Martyny wylądowała w szpitalu psychiatrycznym, ostatecznie i raczej na stałe, w związku z tym musiałam trochę więcej czasu spędzać z nią w kawiarni, żeby pomóc jej się ogarnąć i stanąć na nogi. Dodać jej odwagi, bo wiem przecież, że sobie poradzi. Potem znowu zaczął dzwonić znajomy z Włoch w sprawie "pracy". Czy ludzie nie rozumieją, że ja nie chcę? Mam trzydzieści lat, dziesięć lat zapierdalania na cudzym, teraz dwa lata na własnym. Mogę nie chcieć? Mogę. Ale nie. Niektórzy nie wierzą w magiczną moc odmowy.

A na koniec, kiedy Hyeon Ju się objawił, jak zwykle znienacka, z kolejnym kolesiem, to pomyślałam, że oto doszłam do granic swojej wytrzymałości.

To się dzieje w złym momencie. To nie jest dobry moment. Nie teraz. Tak prawdę mówiąc, to miałam ochotę zwinąć się w kłębek, położyć się na podłodze, zasunąć żaluzje i nie wstawać przez kilka lat. Tylko przewracać się z boku na bok. I niech nikt nie przychodzi, niech nikt i nic mówi. Nie chcę jeść, pić, sikać. Nie chcę rozmawiać, ani myśleć. Chcę umrzeć. I żeby mnie nie było.

Przyznałam się do tego. Jasny gwint przyznałam się do tego sama sobie. Ulga. Tyle, że ja nie wierzę w samobójstwa. W podcinanie sobie żył, wieszanie się, w topienie się, w trucizny, w strzelanie sobie w łeb. Są inne sposoby. Zwłaszcza w moim fachu się nie namęczę, żeby na któryś z nich wpaść. Zawsze są inne sposoby. Czemu teraz? Nie miałam pojęcia. Może to hormony. Może krakowskie powietrze. Może nuda.

Od mniej więcej dwóch lat byłam wolnym człowiekiem. Miałam trójkę ludzi, przyjaciół, których kochałam i którzy kochali mnie. Byli moim portem, kotwicą, kołem ratunkowym. I powodem, dla którego wstawałam i szłam do przodu. Gdyby nie oni, zwinęłabym się w kłębek i porosła mchem.

Kompletnie nie wiedziałam, co mam dalej ze sobą zrobić. Kompletnie. To, co robię, jest ogólnie ważne, daje mi adrenalinę i jakieś tam zadowolenie, bo przecież pomagam ludziom, nie? Wszystkie te rzeczy, pojedynczo i w kupie, są dla mnie jakoś tam wartościowe, ale to nie to. To nie wystarczy. Nie wiem, co by wystarczyło. W końcu od starego życia odeszłam, bo już nie mogłam go znieść. Tego też nie mogę? Co mogę znieść? Co robią ludzie, którzy nie mają mojego luksusu posiadania wyboru? Idą do przodu i nie hamletyzują, racja?

Było mi źle i niewiele rzeczy mnie cieszyło. Telefony z Włoch nie pomagały. Nie chciałam wchodzić do tej samej rzeki. A z drugiej strony, gdyby powód był dobry, weszłabym do niej po pas. Z nudów, żeby zgasić ten ból, żeby nie czuć pustki, żeby mieć spokój? Czy to ważne? Nie miałam celu, nie znalazłam sensu. Nie mogłam tak dalej, to było pewne. I to dlatego, a nie przez spisek wszechświata, wszystko w tym roku było "w złym momencie".

Umówiłam się, że pomogę Martynie doprowadzić kawiarnię do porządku. To znaczy, że pomogę utrzymać ją w czystości. Martyna była bardzo pracowita, ale porządek nie był na liście jej priorytetów. Na mojej i Sanepidu, był. Takie przyzwyczajenie ze starych czasów. Dlatego powiedziałam sobie, że umyję jej wszystko, a na koniec jeszcze dołożę umyte okno. W ramach ćwiczeń wzmacniających mięśnie grzbietu. Włożyłam stare gacie, bluzę i pojechałam. Rower przypięłam na podwórku, może go chujki nie ukradną. Jak ukradną, to pożałują, że ich mama urodziła. Nie jestem zwolennikiem bezstresowego wychowania, nie jestem zwolennikiem pacyfizmu. Niektórzy rozumieją tylko takie argumenty, które bolą. Sama taka jestem, więc wiem, co mówię.

Hyeon Ju, który pojawił się niespodziewanie, był jak zwykle sobą. Wysoki, bo pod metr osiemdziesiąt, szczupły, ale w taki sposób, który sprytnie ukrywa siłę, o skośnych, ciemnych oczach, wąskiej, arystokratycznej twarzy, która może być całkowicie bez wyrazu w jednej chwili i absolutnie ekspresyjna w innej. Przystojny, nawet bardzo.

Miałam do niego słabość od pierwszej chwili, bo, oprócz walorów estetycznych, miał poczucie humoru, siłę wewnętrzną i cholera jasna, gdzie się nie pojawił, wszystkie oczy lądowały na nim. Na sekundę, dwie, ale lądowały. Obserwowałam ludzi w jego otoczeniu. Zawsze patrzyli na niego, a potem rzucali na niego okiem raz za razem, jakby czuli, że potrzebują wiedzieć, gdzie Hyeon Ju jest w konkretnym momencie. Później sobie uświadomiłam, że ludzie nie patrzą mu w oczy. Nigdy. Więc któregoś razu, po prostu, podniosłam oczy i patrzyłam. O kurwa mać, ale to było trudne. Każda komórka ciała, a konkretnie mózgu, wrzeszczała "spierdalaj". Każda chciała opuścić wzrok. Ale nie, jestem uparta. Wytrzymałam. Jakimś sposobem, po mniej więcej połowie minuty, oboje odwróciliśmy wzrok. Hyeon Ju zaczął się śmiać. Miał przyjemny śmiech. Ciepły i cichy. Kręcił głową i coś mruczał do siebie po koreańsku. Potem zapytał, czy możemy to powtarzać i umówić się, że będziemy odwracać wzrok po mniej więcej dwudziestu sekundach. Zgodziłam się. Po tym pierwszym razie miałam mroczki przed oczami, ale miałam też poczucie głębokiego, głębokiego zadowolenia.

Hyeon Ju, będąc Hyeon Ju, oczywiście nie powiedział, dlaczego to jest dla niego ważne, a ja nie drążyłam. Wierzyłam, że kiedyś się dowiem.

Ten koleś, który przyjechał z nim teraz, był inny, niż poprzedni goście. Nie był ani wyższy, ani lepiej zbudowany, ani przystojniejszy, ani lepiej ubrany od pozostałych towarzyszy mojego koreańskiego znajomego. Był inny. Na początku nawet nie zauważyłam, jak wygląda, co oczywiście dowodzi tylko, albo moich głębokich zaburzeń, albo zmęczenia. Albo jednego i drugiego, i pod tym twierdzeniem się podpisuję.

Miał jakąś taką, kurwa, no nie wiem, jak to powiedzieć... obecność. Zamykasz oczy i wiesz, gdzie siedzi. Nie patrzysz na niego i wiesz, gdzie jest. Milczy, ale wiesz, że wypełnia przestrzeń i ma coś do powiedzenia.

I nie podchodzisz do niego z rękami w kieszeni, tylko z bronią na wierzchu.

Wkurzyła mnie moja reakcja, bo nigdy tak nie reagowałam na mężczyzn. Ani na kobiety. Nigdy nie patrzyłam na nich, czy na nie, jak na dzieła sztuki. Do podziwiania, oglądania, ciekawienia się. Nigdy mi się fizycznie nie podobali. Mam zwyczaj patrzenia na ludzi i na ich ciała, jak na maszyny. Do czego się nadają, jaką mają moc, Jakie słabości i siły, jak można ich użyć i gdzie będą działać najlepiej. Jeśli tak nie patrzyłam, to nie patrzyłam w ogóle. Fizyczność się nie liczyła.

Kurwa, no, ja w życiu nawet zakochana nie byłam, abstrahując od moich idiotów, oczywiście. Nigdy. To nie ja. Ja taka nie jestem.

Dlatego postanowiłam go olewać totalnie. Ale skatalogowałam to, co widzę, a następnie uważnie i starannie spakowałam swój mentalny WTF, w całości związany z nim, do kieszeni, zakopałam fascynację pod złością i sarkazmem, i obserwowałam go tak, żeby nikt nie zauważył.

Moment, czemu mnie w ogóle do łba przyszło słowo i pojęcie "zakochanie"? Ochujałam? Ochujałam.

Wróć, Niwiński. Wróć.

Gdybym miała zgadywać, powiedziałabym, że to człowiek mafii, policjant, albo żołnierz. I to nie zwykły cyngiel, trep, czy krawężnik. Miał taką postawę ciała, jakby był przyzwyczajony do tego, że ludzie go słuchają i robią to, co im każe, wtedy, kiedy im każe. Zresztą, kiedy sobie uświadomiłam, jaki wycisk dostał, to wiedziałam, że za niewinność, to się takiego łomotu nie dostaje. Pierwszy lepszy Pierre, Fabrizio czy Joe wychodzą z mniejszymi obrażeniami. Albo w worku.

Nie chciałam go u siebie w domu. Bałam się. Mężczyźni nie byli w moim życiu siłą nazbyt pozytywną. Miałam z nimi kłopoty i nie ufałam im jako płci. W totalu. Z trzema wyjątkami. Prośba o zadbanie o niego, pod moim dachem była dużą rzeczą. Była zmuszeniem mnie do przekroczenia moich ograniczeń, na więcej niż jednym poziomie.

Ale Alex był na serio połamany. Ukrywał ból, ale wiem, jak działa ciało, które cierpi, gdzie pojawia się sztywność, jak inne części starają się przykryć niedostatki rannej części. Cierpiał. Bardzo. Nawet się, skurczybyk, nie skrzywił. Wiedziałam z doświadczenia, jak ważny jest spokój i bezpieczeństwo, kiedy składasz się do kupy. Nieważne są luksusy. Ważna jest tylko ta świadomość, że możesz zamknąć oczy, bo wiesz, że nawet w najciemniejszą noc będzie ktoś, kto pilnuje drzwi do namiotu. Czy do domu. Ja miałam taki luksus, kiedy wracałam do zdrowia, a teraz miałabym go odmówić komuś, kto jest w potrzebie? Tylko dlatego, że ten ktoś mnie uwiera na poziomie, nad jakim nie chcę się zastanawiać?

Od kiedy Andrea Niwiński jest tchórzem? Od kiedy Andrea jest samolubem? Co się ze mną stało? Przeszłość i strach, który w niej mieszka, ma decydować o tym, kim i jaka jestem teraz? Nie od tego przypadkiem uciekałam? Od duszącej przeszłości i historii, która decyduje o teraźniejszości?

Nope. Nie uciekam dalej. Jak się ucieka zbyt głęboko w siebie, to okazuje się, że na końcu drogi jest tylko odbyt. Niezbyt ciekawe miejsce pobytu, nawet tymczasowego.

Dlatego piłka będzie krótka. Jeśli Hyeon Ju powie mi prawdę, Alex zostaje.

rozdział 6: andrea

Wiem, że są ludzie, którzy w swoim życiu często wykorzystują umiejętności zawodowe. Na przykład Misiek. On musi często łatać złamane serca i przepisywać antybiotyki. Na przykład Kuba, który nie ma życia, ani sensu stricte, ani sensu largo, i dla którego wszystko jest pracą. Dla niego kod jest życiem. Ale to ok, dzięki temu wszyscy jesteśmy zabezpieczeni na przyszłość. Ufamy przyjaciołom i w nich inwestujemy.

Ale ja dopiero teraz w pełni używam swoich skillsów. Obserwując Alexa, patrząc tak, żeby tego nie zauważył. Musiał mieć miejsce, czas, przestrzeń na zdrowienie. Nie był kimś, kogo da się włożyć do pudełeczka, kto wypełni jego przestrzeń i tam zostanie. Alex się wymykał z przestrzeni, potrzebował jej dużo, zwłaszcza teraz, kiedy wracał do zdrowia, do siebie, do formy. Dawałam mu przestrzeń, nie tylko dlatego, że jej potrzebował, ale także dlatego, że autentyczną przyjemność sprawiało mi obserwowanie go.

Poruszał się w taki spokojny, ekonomiczny sposób. Zatrzymywał się, rzucał niewielkie spojrzenie na bok, sprawdzając otoczenie. Zawsze wiedział, co jest przed nim, co za nim, co po bokach. Lubiłam go przyłapywać w tych momentach, kiedy nozdrza mu się lekko rozszerzały, kiedy łapał zapachy i je katalogował. Lubiłam to, jak siadał. W każdej chwili gotowy, żeby się zerwać, ale jednak jednocześnie taki abolutnie spokojny i wyluzowany. Mnóstwo czytał. Wszystko. Od Monteskiusza, po Feynmana. Zahaczył nawet, pewnie z czystych nudów, o Christie Caldwell. Szybko kartkował jeden z tanich romansów i zmarszczki koło oczu robiły mu się coraz głębsze. Najpierw pojawiły się te zmarszczki, potem jego oczy zrobiły się jakby płynne, potem podniósł mu się koniuszek ust. I uśmiechnął się. I było to coś absolutnie fenomenalnego. Chyba pierwszy raz w życiu użyłam tego słowa, wcześniej jakoś nie zdarzyło się nic, co by jego użycie uzasadniało. Cały się rozpromienił, a ja? Ja czułam się, jakbym zobaczyła kawałek prawdziwego Alexandra Dougala Fitzwilliama. I podobało mi się to, co widzę. Zwłaszcza, kiedy powiedział mi, że nie śmiał się z fabuły, tylko z tego, że jedną ze scen, którą właśnie przeczytał, widział na własne oczy. To się dziś nazywa "wardrobe malfunction" i oczywiście było znane i w tamtych czasach. Wtedy jednak problem z suknią miał o wiele poważniejsze konsekwencje. Ze ślubem włącznie. I że śmiał się, i ze swoich ówczesnych przyjaciół, i z siebie, i z tych pokoleń bardzo młodych ludzi, którzy za każdym razem myślą, że odkrywają nowe ruchy w najstarszym tańcu świata, w tańcu godowym, a tak naprawdę, to idą tymi samymi ścieżkami, co ich dziadkowie i pradziadkowie.

Podobał mi się jego upór z dochodzeniu do pełnej siły. Chodził koło domu, robił pompki, podnosił ciężary, które przyniosłam mu z dojo, ćwiczył nogi, mimo, że widać było, że boli go każdy ruch. Nie narzekał, nie miał złego humoru, nie wściekał się. Uparcie, krok po kroku szedł do przodu. Ćwicząc na zewnątrz, przekomarzał się z harpiami od Nitschów, Basią i Oleńką, które gapiły się na niego, jakby był ostatnim facetem na ziemi. Pytał Miśka o radę, powtarzał zadane przez niego ćwiczenia, raz czy dwa spotkał się z naszym zaprzyjaźnionym rehabilitantem.

Ubierał się konserwatywnie. Czarne dżinsy lub skórzane spodnie, ciemne, bardzo ciemne podkoszulki, w domu spodnie od dresu, które podkreślały muskulaturę. Dobrze mu było w czerni. Wyglądał jak postać z legend i mitów. Coś, co stuka do twoich drzwi, na chwilę przed tym, zanim świat zwali ci się na głowę.

Odpowiadał na moje pytania. Mam ich jeszcze tyle, że mam ochotę przywiązać go do kanapy i pytać, pytać, pytać. Także o te kwestie, które sprawiają, że drga mu mały mięsień na szczęce. O kwestie osobiste. Tak było na przykład, kiedy opowiedziałam mu o matce Martyny, która urodziła ją w wieku siedemnastu lat i jakoś nigdy nie wrosła w rolę matki. Wtedy to zauważyłam. Drobne drgnięcie, trudne do zauważenia, ale obecne. I coś w oczach. Smutek. Żal. Szybko zakopany. Alex był jeszcze lepszy w zakopywaniu uczuć niż ja. Rozumiem, że miał o wiele więcej czasu, żeby tę sztukę doskonalić. Co go tak zasmuciło? Co usłyszał w historii Martyny? Swoją historię? Matki? Żony? Czy on ma żonę?

Nie wiem czemu, ale ta myśl przywołała dawno nieobecny smutek. I świadomość, że od dawna, od kilku tygodni, nie mam ochoty zwijać się w kłębek i pozwolić, żeby porosły mnie mchy i paprocie. Że smutek gdzieś sobie poszedł. Owszem, teraz drań się pojawił, ale przecież wiedziałam dlaczego. Bo uświadomiłam sobie, że mała iskierka na dnie mojej duszy może nigdy się nie rozpalić na dobre. Ale normalnie, normalnie, to nie czułam tej strasznej, opasującej piersi, żelaznej obręczy smutku. Uśmiechnęłam się do siebie. Jeszcze się poskładam do kupy.