WIĘKSZE DOBRO
Srogi wiatr wiał tego wieczoru, gdy Yarvi dowiedział się, że został
królem... a raczej półkrólem.
Gettowie nazywali taki wiatr szukającym, bo znajdował każdą szczelinę i dziurkę od klucza, z jękiem zaganiając okrutny ziąb Matki Wód do
ludzkich siedzib, nawet gdy w paleniskach buzował ogień, a domownicy
siedzieli zbici w gromadę.
Szarpał okiennicami wąskich okien w komnatach Matki Gundring i stukał
okutymi żelazem drzwiami o framugę. Drażnił płomienie, które syczały i trzaskały ze złością, rzucając szponiaste cienie wiązek ziół na ściany i oświetlając migotliwym blaskiem korzeń w sękatych palcach Matki
Gundring.
- A to?
Przypominał zwykłą grudkę ziemi, ale Yarvi już go znał.
- Korzeń czarnojęzycznicy.
- W jakim celu minister po niego sięga, mój książę?
- Minister ma nadzieję, że nigdy nie będzie musiał go użyć. Ugotowany w wodzie rozpuszcza się i nie ma smaku, ale to najstraszniejsza trucizna.
Matka Gundring odłożyła korzeń.
- Ministrowie czasem są zmuszeni sięgać po mroczne rzeczy.
- Ministrowie zawsze powinni szukać mniejszego zła - powiedział Yarvi.
- I ważyć większe dobro. Pięć prawidłowych odpowiedzi na pięć pytań. -
Matka Gundring z aprobatą pokiwała głową i Yarvi zarumienił się z zadowolenia. Stara minister Gettlandu nikogo nie chwaliła bez powodu. -
A podczas egzaminu zadania będą łatwiejsze.
- Podczas egzaminu... - Yarvi nerwowo potarł zniekształconą dłoń kciukiem
zdrowej.
- Zdasz.
- Nie ma takiej pewności.
- Rolą ministra jest nieustannie wątpić...
- ...i zarazem sprawiać wrażenie pewnego - dokończył za nią.
- A widzisz! Dobrze cię znam. - To była prawda. Nikt nie znał go lepiej,
nawet jego bliscy. Zwłaszcza oni. - Nigdy nie miałam bystrzejszego
ucznia. Zdasz za pierwszym podejściem.
- I przestanę być księciem Yarvim. - Ta myśl sprawiła, że poczuł ulgę. -
Nie będę miał rodziny ani sukcesji.
- Staniesz się Bratem Yarvim, a twoją rodziną będzie Ministerstwo. -
Blask ognia podkreślił zmarszczki wokół oczu Matki Gundring, gdy się
uśmiechnęła. - Twoją sukcesją będą zioła i księgi, i mądre słowa.
Będziesz zapamiętywał i doradzał, leczył i mówił prawdę, zgłębiał
tajniki życia i umiał w każdym języku otwierać drzwi przed Ojcem
Pokojem. Tak jak ja bezustannie próbuję to robić. Nie ma
szlachetniejszego zadania, bez względu na bzdury, jakie plotą na placu
ćwiczeń głupcy, którym mięśnie dławią rozum.
- Trudniej ich ignorować, gdy się stoi na tym placu razem z nimi.
- Ha! - Splunęła w ogień. - Gdy zdasz egzamin, będziesz tam musiał
chodzić tylko po to, żeby łatać łby porozbijane w zbyt ostrych zabawach.
A w końcu przejmiesz moją laskę. - Ruchem głowy wskazała zwężające się
ku dołowi insygnium z elf-metalu pełnego wypustek i nacięć, które stało
oparte o ścianę. - Pewnego dnia zasiądziesz przy Czarnym Tronie jako
Ojciec Yarvi.
- Ojciec Yarvi. - Chłopak nerwowo obrócił się na stołku. - Nie jestem
dość mądry. - Tak naprawdę chciał powiedzieć, że nie jest dość odważny,
ale nie był dość odważny, aby się do tego przyznać.
- Mądrość można zdobyć, mój książę.
Podniósł lewą dłoń do światła.
- A ręce? Czy je też można zdobyć?
- Brak ci ręki, ale otrzymałeś od bogów bardziej niezwykłe dary.
- Masz na myśli to, że ładnie śpiewam? - prychnął.
- Między innymi. A także twój bystry umysł, empatię i siłę... tyle że
taką, która czyni z człowieka wspaniałego ministra, a nie wspaniałego
króla. Pobłogosławił cię sam Ojciec Pokój. Zapamiętaj raz na zawsze:
silnych mężczyzn jest co niemiara, a mądrych niewielu.
- Może dlatego kobiety są lepszymi ministrami.
- I lepiej parzą herbatę... przeważnie. - Głośno siorbiąc, upiła łyk z kubka, który przynosił jej każdego wieczoru, i raz jeszcze pokiwała
głową z aprobatą. - Parzenie herbaty jest jednym z wielu niezwykłych
talentów, jakie posiadasz.
- Oto dzieło godne bohatera. Przestaniesz mi schlebiać, gdy z księcia
stanę się zwykłym ministrem?
- Będę cię chwaliła, gdy na to zasłużysz, a gdy nie, twoje siedzenie
jeszcze lepiej zaznajomi się z moim butem.
Yarvi westchnął.
- Niektóre rzeczy nigdy się nie zmienią.
- Zabierzmy się lepiej do historii. - Matka Gundring wzięła jedną z ksiąg z półki. Osadzone w grzbiecie kamienie błysnęły czerwienią i zielenią.
- Teraz? Muszę wstać tak wcześnie jak Matka Słońce, żeby nakarmić twoje
gołębie. Miałem nadzieję, że będę mógł się wyspać, zanim...
- Pozwolę ci się wyspać, kiedy zdasz egzamin.
- Na pewno nie.
- Masz rację. - Pośliniła palec i zaczęła przewracać kartki z szelestem
wiekowego papieru. - Powiedz mi, mój książę, na ile odłamków elfy
rozbiły Bóstwo.
- Na czterysta dziewięć. Czterystu Małych Bogów, sześciu Wielkich Bogów,
pierwszego mężczyznę i pierwszą kobietę oraz Śmierć, która strzeże
Ostatnich Wrót. Ale to chyba pytanie do modło-tkacza, a nie do ministra.
Matka Gundring cmoknęła z niezadowoleniem.
- Minister powinien posiąść całą wiedzę, bo kontrolować możemy jedynie
to, co jest nam znane. Wymień sześciu Wielkich Bogów.
- Matka Wód i Ojciec Ziemi, Matka Słońce i Ojciec Księżyc, Matka Wojna
i...
Przerwał mu głuchy stuk drzwi, które otworzyły się gwałtownie. Do
komnaty wdarł się podmuch i płomienie paleniska drgnęły niespokojnie -
tak jak Yarvi - rzucając zniekształcone błyski na setki słojów i butelek
na półkach. Jakaś postać niezdarnie wspięła się po schodkach. Wiązki
ziół zakołysały się za nią jak wisielcy.
To był stryj Yarviego, Odem. Mokre od deszczu włosy oblepiały mu bladą
twarz, a pierś unosiła się ciężko. Spojrzał na bratanka szeroko
otwartymi oczami i otworzył usta, ale nie dobył się z nich żaden dźwięk.
Nawet osoba pozbawiona daru empatii zorientowałaby się, że przyniósł złe
wieści.
- O co chodzi? - wydukał Yarvi ze ściśniętym gardłem.
Stryj padł na kolana i oparł dłonie na brudnej słomie na posadzce. Nisko
pochylił głowę i ochrypłym głosem wypowiedział tylko dwa słowa:
- Najmiłościwszy panie.
I Yarvi pojął, że jego ojciec i brat nie żyją.
OBOWIĄZEK
Nie wyglądali na nieżywych.
Raczej na bardzo bladych. Leżeli na chłodnych kamiennych płytach w zimnej sali, przykryci całunami po pachy i z lśniącymi mieczami na
piersiach. Yarvi miał wrażenie, że wargi brata za chwilę drgną przez
sen, a ojciec otworzy oczy i spojrzy na młodszego syna z tą samą co
zawsze pogardą. Oni jednak trwali w bezruchu. Już na zawsze.
Śmierć otworzyła przed nimi Ostatnie Wrota, a zza nich nikt nie wracał.
- Jak do tego doszło? - usłyszał w progu matkę. Mówiła opanowanym
głosem. Jak zawsze.
- Zdrada, najjaśniejsza pani - wyszeptał stryj Odem.
- Już nie jestem królową.
- Rzeczywiście... wybacz, Laithlin.
Yarvi delikatnie dotknął dłoni ojca. Taka zimna. Nie przypominał sobie,
kiedy ostatnio go dotykał. Może nigdy? Za to dobrze pamiętał, kiedy
ostatni raz rozmawiali bez pustych słów. Przed wieloma miesiącami.
"Mężczyzna macha kosą i toporem", oznajmił mu wtedy ojciec. "Mężczyzna
ciągnie wiosło i wiąże węzły. Przede wszystkim jednak mężczyzna trzyma
tarczę. Zna swoje miejsce w szeregu. Staje obok przybocznego, ramię przy
ramieniu. Co to za mężczyzna, który nie jest w stanie zrobić żadnej z tych rzeczy?"
"Nie prosiłem przecież o pół ręki", odparł Yarvi, uwięziony w tej samej
pułapce co zwykle, na udeptanej ziemi, między upokorzeniem i wściekłością.
"A ja nie prosiłem o pół syna".
Teraz król Uthrik był martwy, a jego królewski diadem - pośpiesznie
zmniejszony - tkwił na głowie Yarviego. Tak cienka opaska ze złota nie
powinna ciążyć ołowiem.
- Chcę wiedzieć, jak zginęli - odezwała się jego matka.
- Pojechali negocjować rozejm z Grom-gil-Gormem.
- Z przeklętymi Vansterami nie ma co gadać o rozejmach - rozległ się
niski głos Hurika, którego Laithlin wybrała na swoją Tarczę.
- Musimy ich pomścić - oznajmiła.
Stryj Yarviego próbował zażegnać burzę.
- Mamy teraz czas żałoby. Poza tym Najwyższy Król zabronił prowadzić
wojny, dopóki...
- Zemsta! - Głos Laithlin był ostry jak odłamek szkła. - Szybka jak
błyskawica, bezlitosna jak ogień.
Yarvi powoli przeniósł wzrok na ciało brata. Szybki i bezlitosny - taki
właśnie był. Z mocno zarysowaną szczęką, potężnym karkiem i cieniem
pierwszego zarostu, który zapowiadał brodę ciemną jak u ojca. Zupełnie
niepodobny do młodszego brata. Kochał Yarviego na swój sposób. Tyle że
bolesna była ta braterska miłość. Każde klepnięcie w ramię graniczyło z ciosem. Jedynie gorszego od siebie można darzyć takim uczuciem.
- Zemsta! - warknął Hurik. - Vansterowie muszą zapłacić.
- Niech będą przeklęci - oświadczyła matka Yarviego. - Naszych ludzi
trzeba zmusić do posłuchu. Pokazać im, że nowy król ma w sobie żelazo.
Kiedy radzi padną przed nim na kolana, przyjdzie czas, aby Matka Wód
wezbrała od łez.
Stryj Yarviego westchnął ciężko.
- Niech więc będzie zemsta. Tylko czy on jest na to gotowy, Laithlin?
Nigdy nie rwał się do walki...
- Teraz musi do niej stanąć, nie ma wyboru - ucięła matka. Wszyscy
zawsze rozmawiali przy Yarvim tak, jakby był głuchy, a nie tylko nie
miał sprawnej ręki. Nawet jego niespodziewane wstąpienie na tron nie
wyleczyło ich z tego nawyku. - Poczyńcie przygotowania.
- Gdzie uderzymy? - spytał Hurik.
- Nie miejsce jest ważne, lecz sam atak. Zostawcie nas teraz samych.
Yarvi usłyszał trzask zamykanych drzwi i odgłos miękkich kroków matki po
zimnej posadzce.
- Przestań płakać - nakazała.
Dopiero w tym momencie pojął, że ma mokre oczy. Otarł je i pociągnął
nosem. Ogarnął go wstyd. Ciągle się czegoś wstydził.
Chwyciła go za ramiona.
- Wyprostuj się, Yarvi.
- Przepraszam - powiedział, próbując wypiąć pierś, tak jak to robił jego
brat. Ciągle za coś przepraszał.
- Jesteś teraz królem. - Laithlin poprawiła przekrzywioną klamrę
peleryny syna, podjęła próbę ujarzmienia jego jasnych włosów, krótko
ostrzyżonych, lecz i tak niesfornych, a w końcu chłodnymi opuszkami
palców dotknęła jego policzka. - Nigdy nie wolno ci przepraszać. Masz
przypasać miecz swojego ojca i poprowadzić najazd na Vansterów.
Yarvi głośno przełknął ślinę. Perspektywa udziału w walce zawsze
napełniała go strachem. A teraz miał stanąć na czele wojsk...
Odem zauważył jego przerażenie.
- Nie odstąpię cię na krok, miłościwy królu, będę zawsze przy tobie, z tarczą w gotowości. Zamierzam służyć ci wszelką pomocą.
- Dziękuję - wymamrotał Yarvi.
Pragnął jedynie pojechać do Skeken i zdać egzamin na ministra, trzymać
się w cieniu, a nie zostać wypchnięty na pierwszy plan. Tyle że tamte
marzenia rozpadły się w pył. Jego nadzieje rozkruszyły się jak źle
zmieszane spoiwo.
- Najpierw Grom-gil-Gorm zapłaci za to, czego się dopuścił - powiedziała
matka. - Potem poślubisz swoją kuzynkę.
Ledwie zdobył się na odwagę, żeby spojrzeć w jej szare jak żelazo oczy.
Musiał trochę zadrzeć głowę, bo wciąż była od niego wyższa.
- Jak to?
Palce delikatnie przytrzymujące jego brodę zacisnęły się mocniej.
- Posłuchaj mnie uważnie, Yarvi. Jesteś królem. Wprawdzie żadne z nas
tego nie pragnęło, ale nie mamy wyboru. W tobie pokładamy całą nadzieję
w chwili, gdy stoimy na skraju przepaści. Ludzie nie darzą cię
szacunkiem. Masz niewielu sprzymierzeńców. Dlatego musisz zjednoczyć
nasz ród i poślubić Isriun, córkę Odema, tak jak miał to zrobić twój
brat. Wszystko już zostało omówione. Decyzja zapadła.
Stryj Odem błyskawicznie zrównoważył chłód ciepłem.
- Najwyższym zaszczytem będzie dla mnie, jeśli zgodzisz się przyjąć mnie
za teścia, najmiłościwszy panie, i nasze rodziny na zawsze się połączą.
Yarvi zwrócił uwagę, że nikt nie wspomniał o uczuciach Isriun. Ani jego.
- Ale...
Czoło matki zmarszczyło się gniewnie. Zmrużyła oczy. Nieraz widywał, jak
samym spojrzeniem budziła lęk w największych bohaterach, a on nie był
bohaterem.
- Miałam poślubić twojego stryja Uthila, który władał mieczem z takim
kunsztem, że do dziś wojownicy mówią o nim szeptem. To on miał zostać
królem. - Głos jej się załamał, jak gdyby mówienie o tym sprawiało jej
ból. - Gdy Matka Wód zabrała go do siebie i usypano mu na brzegu pusty
kurhan, zamiast niego poślubiłam twojego ojca. Musiałam zapomnieć o uczuciach i wypełnić obowiązek. Teraz kolej na ciebie.
Yarvi ponownie spojrzał na swojego przystojnego brata. Zastanawiał się,
jak matka może z takim spokojem snuć plany, gdy tuż obok leżą ciała jej
męża i syna.
- Nie opłakujesz ich?
Jej twarz wykrzywiła się niespodziewanie. Precyzyjnie ułożone piękno
pękło, wargi się rozchyliły, odsłaniając zęby, a powieki zacisnęły. Na
jej szyi ukazały się powrozy żył. Yarvi nie wiedział, czy zaraz go
uderzy, czy zacznie zawodzić i szlochać. Nie miał pojęcia, co by go
bardziej przeraziło. Tymczasem Laithlin odetchnęła głęboko, odsunęła
luźne pasmo złotych włosów i znowu stała się sobą.
- Przynajmniej jedno z nas musi się zachowywać jak na mężczyznę
przystało - oznajmiła, po czym z iście królewską gracją odwróciła się i wyszła.
Zacisnął pięści... a raczej jedną pięść, bo w drugiej mógł jedynie zewrzeć
kciuk z wykręconym kikutem palca wskazującego.
- Dziękuję ci za słowa pokrzepienia, matko.
Jak zawsze poczuł złość dopiero wtedy, gdy nie mogła mu się już na nic
przydać.
Stryj zbliżył się do niego.
- Wiesz przecież, że matka cię kocha - przemówił uspokajająco jak do
spłoszonego źrebięcia.
- Doprawdy?
- Musi być silna. Robi to dla ciebie. Dla kraju. Dla twojego ojca.
Yarvi oderwał wzrok od katafalku swojego rodzica i spojrzał na stryja.
Tacy podobni, a tak różni.
- Dziękuję bogom, że tu jesteś - wychrypiał. Słowa z trudem przechodziły
mu przez gardło. Przynajmniej liczył się jeszcze dla kogoś z rodziny.
- Bardzo mi przykro, Yarvi. Wierz mi. - Odem położył dłoń na ramieniu
bratanka. W jego oczach błysnęły łzy. - Ale Laithlin ma rację. Musimy
się kierować dobrem Gettlandu... zapomnieć o własnych uczuciach.
- Wiem. - Yarvi westchnął przeciągle.
Jego uczucia nie były brane pod uwagę, odkąd pamiętał.
SPOSÓB NA ZWYCIĘSTWO
Keimdal, poćwiczysz z królem.
Yarvi z trudem zdusił głupawy chichot, kiedy zdał sobie sprawę, że
mistrz mówi o nim. Osiemdziesięciu młodych wojowników prawdopodobnie
robiło to samo co on. A już na pewno mieli zacząć tłumić śmiech,
patrząc, jak ich nowy władca walczy. Oczywiście wiedział, że jemu minie
wtedy wesołość.
Teraz wszyscy oni byli jego poddanymi. Służyli mu. Przysięgali walczyć
na śmierć i życie, gdyby sobie tego zażyczył. Mimo to wyczuwał ich wrogą
pogardę wyraźniej, niż gdy stał przed nimi jako zwykły chłopak.
Wciąż się nim czuł. Może nawet bardziej.
- To dla mnie wielki zaszczyt. - Keimdal wystąpił z szeregu. Nie
sprawiał wrażenia szczególnie zaszczyconego. W kolczudze poruszał się
swobodnie jak panna w lekkiej sukni. Wziął tarczę i drewniany miecz do
ćwiczeń. Ze świstem wykonał kilka groźnych zamachów. Był ledwie rok
starszy od Yarviego, ale wyglądał tak, jakby miał nad nim przewagę
pięciu lat - o pół głowy wyższy, znacznie szerszy w barach, dumnie
obnoszący się z rudą szczeciną na kanciastej szczęce.
- Jesteś gotów, najmiłościwszy panie? - wyszeptał Odem prosto do ucha
Yarviego.
- Chyba widać, że nie - syknął chłopak, wiedząc, że nie ma od tego
ucieczki. Król Gettlandu powinien być wiernym synem Matki Wojny, nawet
jeżeli zupełnie się do tego nie nadawał. Yarvi miał za zadanie dowieść
zgromadzonym wokół wojownikom, że jednoręki władca nie przyniesie im
wstydu. Musiał znaleźć jakiś sposób, aby zwyciężyć. "Zawsze jest jakiś
sposób", mawiała matka.
Tym razem pomimo niewątpliwych zalet, jakimi były bystry umysł, empatia
i ładny głos, nie potrafił nic wymyślić.
Tego dnia ćwiczenia odbywały się na plaży. Na piasku nakreślono kwadrat
o boku długości ośmiu kroków i w każdym narożniku wbito w ziemię
włócznię. Trening urządzano codziennie w innym miejscu - na skałach, w lesie, na mokradłach, w najwęższych uliczkach Thorlby, a nawet w rzece -
ponieważ każdy gettlandzki mężczyzna musiał wszędzie dawać sobie radę.
Bądź nigdzie - tak jak to było w przypadku Yarviego.
W rejonie Morza Drzazg bitwy toczyły się głównie na jego surowych
brzegach, dlatego właśnie tam najczęściej odbywały się ćwiczenia. Yarvi
nałykał się podczas nich tyle piasku, że starczyłoby go na łachę dość
wielką, aby osiadł na niej langskip. Kiedy Matka Słońce kryła się za
wzgórza, wojownicy ćwiczyli po kolana w słonej wodzie, teraz jednak
odpływ zabrał morze daleko za wielką piaszczystą połać upstrzoną
lustrami kałuż. Jedyną wilgoć niósł wiatr, który bezlitośnie rozpylał w powietrzu słone krople. Poza tym Yarvi oblewał się potem pod kolczugą,
do której ciężaru nie był przyzwyczajony.
Bogowie, jakże on nienawidził tej kolczugi... i mistrza Hunnana, który od
lat pastwił się nad nim bardziej niż inni. Nie cierpiał mieczów i tarcz,
a ćwiczenia napawały go odrazą. Nie znosił też wojowników, dla których
nakreślony na ziemi kwadrat był drugim domem. Ale najbardziej
nienawidził swojej bezużytecznej ręki, przez którą nigdy nie mógł się
stać jednym z nich.
- Zwracaj uwagę na pracę nóg, najjaśniejszy panie - poradził po cichu
Odem.
- Nie moje nogi są problemem - warknął Yarvi. - Przynajmniej stopy mam
dwie.
Nie miał w ręku miecza od niemal trzech lat. Cały czas spędzał w komnatach Matki Gundring, zgłębiając tajniki zielarstwa i poznając
języki, jakimi mówiono w odległych krainach. Znał wszystkie imiona
Małych Bogów i wielką wagę przywiązywał do kaligrafii. Podczas gdy on
uczył się opatrywania ran, ci chłopcy... a właściwie mężczyźni - co
uświadomił sobie, czując w ustach kwaśny posmak - cały wysiłek wkładali
w naukę tego, jak je zadawać.
Odem pocieszająco klepnął bratanka w ramię, czym niemal go przewrócił.
- Trzymaj tarczę przed sobą. Czekaj na swoją szansę.
Yarvi prychnął. Gdyby rzeczywiście zamierzał czekać na swoją szansę,
wszystkich potopiłby przypływ. Tarczę przywiązano mu do wiotkiego
przedramienia żałosną masą rzemieni. Kciuk i palec zacisnął na imaczu.
Ramię paliło go od wysiłku, jakiego wymagało samo utrzymanie tej
przeklętej osłony.
- Nasz król przez jakiś czas nie zaszczycał areny walk swoją obecnością
- zawołał mistrz Hunnan z taką miną, jakby te słowa miały gorzki smak. -
Dlatego dziś zaczniemy spokojnie.
- Postaram się za bardzo nie poturbować przeciwnika! - krzyknął Yarvi.
Od strony zebranych dobiegły go pojedyncze śmiechy, ale wydawało mu się,
że słyszy w nich nutę pogardy. W walce żarty nie zastąpią mocnych
ścięgien i zdrowej ręki. Spojrzał w oczy Keimdala i zobaczył w nich
pewność. Próbował wmówić sobie, że silnych jest bez liku, a mądrych
niewielu, ale powtarzane w myślach słowa brzmiały nieszczerze.
Mistrz Hunnan nawet się nie uśmiechnął. Nie było żartu tak śmiesznego,
dziecka tak rozkosznego ani kobiety tak pięknej, aby wygiąć te wargi z żelaza. Spojrzał na Yarviego przeciągle, ze źle skrywaną pogardą, którą
darzył wcześniej księcia, a teraz króla.
- Zaczynajcie! - szczeknął.
Jeśli szybkość równała się litości, całe starcie było wielce litościwe.
Pierwszy cios trafił w zasłonę Yarviego, wyrwał imacz z jego słabej ręki
i pchnął tarczę tak, że jej brzeg uderzył go w usta. Młody władca się
zachwiał. Jakiś okruch instynktu pomógł mu odbić drugie uderzenie, tak
że ześlizgnęło się po ramieniu i odebrało mu czucie w ręce. Trzeciego
nawet nie zauważył, poczuł za to ostry ból w kostce, noga się pod nim
ugięła i poleciał na plecy. Upadek sprawił, że powietrze z jękiem uszło
z jego płuc jak z miechów.
Przez chwilę leżał, mrugając. Wśród wojowników wciąż krążyły opowieści o wyczynach jego stryja Uthila, który w boju nie miał sobie równych.
Podejrzewał, że legendy o nim przetrwają równie długo. Niestety, z innych powodów.
Keimdal wbił drewniany miecz w piach i wyciągnął do Yarviego rękę.
- Najjaśniejszy panie.
Pilnował się bardziej niż kiedyś, ale Yarvi i tak odniósł wrażenie, że
kącik ust przeciwnika szyderczo się uniósł.
- Wiele się nauczyłeś - wydusił przez zęby, uwalniając kaleką rękę z bezużytecznych rzemieni, tak że Keimdal nie miał wyboru i musiał ją
chwycić, aby pomóc mu wstać.
- Ty również, najjaśniejszy panie.
Yarvi widział, z jakim obrzydzeniem przeciwnik dotknął jego
przykurczonej dłoni. Celowo połaskotał Keimdala kikutem palca, zanim go
puścił. Błahy gest - ale słabi musieli się żywić małymi zemstami.
- Ja radzę sobie jeszcze gorzej niż kiedyś... - mruknął pod nosem,
patrząc, jak Keimdal dołącza do rówieśników - ...choć trudno w to
uwierzyć.
Wśród młodszych dostrzegł dziewczynę. Miała najwyżej trzynaście lat,
zacięte spojrzenie i ciemne włosy, które okalały twarz o ostro
zaznaczonych kościach policzkowych. Powinien się cieszyć, że Hunnan nie
wybrał jej, aby sprawiła lanie młodemu królowi. Może taki miał być
następny etap upokorzeń.
Mistrz się odwrócił, pogardliwie kręcąc głową, a w Yarvim zawrzał gniew
bezlitosny jak zimowy przypływ. Jego brat był silny jak ojciec, za to on
odziedziczył całą ojcowską furię.
- Może jeszcze jedna próba? - zawołał.
Keimdal uniósł brwi. Podniósłszy miecz i tarczę, wzruszył szerokimi
ramionami.
- Jeśli takie jest twoje życzenie.
- Owszem.
Wśród starszych dały się słyszeć pomruki, a Hunnan jeszcze mocniej
zmarszczył czoło. Naprawdę musieli ciągnąć tę farsę? Upokorzenie władcy
odbijało się na jego wojownikach, a ci widzieli w Yarvim dość powodów do
hańby, aby wypełniła im resztę życia.
Chłopak poczuł, jak stryj łagodnie bierze go za rękę.
- Najjaśniejszy panie - wyszeptał Odem uspokajająco. Zawsze był łagodny
i kojący jak bryza w letni dzień. - Chyba nie powinieneś się zbytnio
wysilać...
- To prawda - przyznał mu rację Yarvi. "Głupi jest niewolnikiem swojego
gniewu", powiedziała mu kiedyś Matka Gundring. "Mądry umie gniew
wykorzystać". - Hurik, zastąp mnie.
Wśród zebranych zapadła cisza. Wszyscy spojrzeli na Tarczę królowej.
Wielki wojownik siedział na rzeźbionym stołku, który wyróżniał go wśród
najznakomitszych wojów. Wyraźna blizna na policzku w miejscu zetknięcia
z brodą stawała się białą smugą.
- Najjaśniejszy panie - zagrzmiał, wstając z miejsca. Podniósł z ziemi
tarczę i wsunął rękę pod plątaninę rzemieni. Yarvi podał mu drewniany
miecz. W wielkiej, pokrytej szramami garści Hurika wyglądał jak zabawka.
Z wyraźnym chrzęstem kroków zbliżył się do Keimdala, który wreszcie
wyglądał na swoje szesnaście lat. Hurik ugiął nogi w kolanach i wbił
pięty w piach, a potem wyszczerzył zęby i dobył z siebie groźne
warknięcie, niskie i wibrujące, którego natężenie stopniowo rosło.
Obecni mieli wrażenie, że zadrżała ziemia. Keimdal wytrzeszczył oczy i Yarvi zobaczył w nich to, o czym zawsze marzył - niepewność i strach.
- Zaczynajcie - nakazał.
Drugi pojedynek zakończył się jeszcze szybciej od pierwszego, ale tym
razem nie było mowy o litości.
Keimdal wprawdzie rzucił się do walki dość odważnie, lecz Hurik
zablokował pierwszy cios, tak że drewniane klingi zwarły się z trzaskiem, a potem z szybkością węża, która zupełnie nie przystawała do
jego zwalistej sylwetki, natarł i kopniakiem podciął nogi przeciwnikowi.
Chłopak runął na ziemię z przeciągłym jękiem, który umilkł dopiero, gdy
krawędź tarczy Hurika z głuchym odgłosem uderzyła go nad okiem i niemal
zamroczyła. Wielki wojownik zmarszczył brwi, przydusił buciorem rękę, w której Keimdal trzymał miecz, i wgniótł w nią obcas. Młodzik stęknął.
Pół twarzy oblepiał mu piach, a drugą połowę znaczyły strużki krwi z paskudnie rozciętego czoła.
Według Yarviego wreszcie wyglądał dobrze, choć panny chybaby się z tym
nie zgodziły.
Młody król powiódł wokół surowym spojrzeniem. Takim samym, jakim jego
matka obrzucała niewolnika, który ją rozdrażnił.
- Punkt dla mnie - stwierdził. Obojętnie przeszedł nad mieczem Keimdala
i opuścił plac, celowo wybierając taką ścieżkę, aby mistrz Hunnan musiał
się usunąć z drogi.
- Postąpiłeś małodusznie, najjaśniejszy panie - powiedział stryj Odem,
ruszając w ślad za nim - choć przyznaję, było to zabawne.
- Cieszę się, że dostarczyłem ci rozrywki - burknął Yarvi.
- Nie tylko. Jestem z ciebie dumny.
Yarvi zerknął na niego z ukosa. Stryj odwzajemnił jego spojrzenie z niezmąconym spokojem. Zawsze był spokojny jak gładka tafla wody.
- Wspaniałe zwycięstwa opiewane są w pięknych pieśniach, Yarvi, ale te
mniej wspaniałe brzmią nie gorzej, gdy bardowie ubiorą je w odpowiednie
słowa. Natomiast chwalebne klęski pozostają jedynie klęskami.
- Na polu walki nie obowiązują żadne zasady. - Yarvi przypomniał sobie,
co ojciec powiedział mu któregoś razu, gdy był pijany i znudziło go
wydzieranie się na psy.
- To prawda. - Odem położył silną dłoń na ramieniu bratanka i Yarvi
wyobraził sobie, o ile szczęśliwsze miałby życie, gdyby to stryj był
jego ojcem. - Król musi zwyciężać. Cała reszta jest tyle warta co kurz
na drodze.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki