Morze błota. Komisarz Montalbano. Tom 22 - Andrea Camilleri

Kup ebooka

34.00 zł
27.20 zł (20,40 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział pierw­szy

Po­tężny grzmot obu­dził Mon­tal­bana, który pod­sko­czył ze stra­chu tak gwał­tow­nie, że o mało nie spadł z łóżka.

Od po­nad ty­go­dnia lało jak z ce­bra. Spu­sty nieba otwo­rzyły się i naj­wy­raź­niej nie miały za­miaru za­mknąć się z po­wro­tem.

Pa­dało nie tylko w Vi­ga­cie, ale też w ca­łych Wło­szech. Na pół­nocy kraju wy­lały rzeki. Po­wo­dzie spo­wo­do­wały nie­obli­czalne straty, a z nie­któ­rych mia­ste­czek trzeba było ewa­ku­ować miesz­kań­ców. Sy­tu­acja na po­łu­dniu nie była wcale lep­sza. Mi­zerne stru­myczki, które na po­zór były wy­schnięte od stu­leci, po­wró­ciły do ży­cia i roz­sza­lały się jakby w re­wanżu, nisz­cząc domy i pola uprawne.

Po­przed­niego wie­czoru ko­mi­sarz obej­rzał w te­le­wi­zji pro­gram, w któ­rym ja­kiś eks­pert wy­ja­śniał, że ca­łym Wło­chom za­graża ka­ta­strofa geo­lo­giczna, bo ża­den rząd nie za­jął się na po­waż­nie ochroną te­ry­to­rium.

In­nymi słowy, sy­tu­acja była tro­chę taka, jakby wła­ści­ciel domu nie po­my­ślał w porę o na­pra­wie­niu dziu­ra­wego da­chu czy wzmoc­nie­niu nad­wą­tlo­nych fun­da­men­tów, a po­tem pła­kał i la­men­to­wał, gdy dom zwali mu się na głowę.

- Może za­słu­ży­li­śmy so­bie, żeby nas coś ta­kiego spo­tkało - sko­men­to­wał z go­ry­czą Mon­tal­bano.

Za­pa­lił świa­tło i spoj­rzał na ze­ga­rek. Pięć po szó­stej. Za wcze­śnie, żeby wstać z łóżka.

Le­żał przez ja­kiś czas z za­mknię­tymi oczami, wsłu­chu­jąc się w szum mo­rza. Wszystko jedno, czy było wzbu­rzone, czy spo­kojne, od­głos fal za­wsze spra­wiał mu przy­jem­ność. Na­gle zo­rien­to­wał się, że prze­stało pa­dać. Wstał z łóżka i po­szedł otwo­rzyć okien­nice.

Ten grzmot był jak ostatni fa­jer­werk wy­strze­lony na ko­niec po­kazu sztucz­nych ogni, wła­śnie żeby oznaj­mić, że to fi­nał. Nie pa­dało już, a na­pły­wa­jące od wschodu lek­kie bia­ławe ob­łoki szy­ko­wały się, aby za­stą­pić czarne cięż­kie chmury za­snu­wa­jące niebo. Uspo­ko­jony ko­mi­sarz wró­cił do łóżka.

Nie cze­kał go ko­lejny po­chmurny dzień, z tych, które wpra­wiały go w zły hu­mor. Przy­po­mniał so­bie, że grzmot zbu­dził go, kiedy coś mu się śniło.

Szedł tu­ne­lem w gę­stych ciem­no­ściach, a lampa naf­towa, którą trzy­mał w ręce, da­wała mało świa­tła. Wie­dział, że tuż za nim wle­cze się ja­kiś czło­wiek. Znał go, ale nie wie­dział, jak się na­zywa.

- Nie dam rady iść tak szybko jak ty, rana za bar­dzo mi krwawi.

A on od­po­wie­dział:

- Wol­niej niż te­raz nie mo­żemy iść, tu­nel grozi za­wa­le­niem w każ­dej chwili.

Szli da­lej, męż­czy­zna z tyłu od­dy­chał z co­raz więk­szym tru­dem, aż na­gle ko­mi­sarz usły­szał jęk i od­głos pa­da­ją­cego ciała. Za­wró­cił. Męż­czy­zna le­żał twa­rzą do ziemi, mię­dzy jego ło­pat­kami ster­czał trzo­nek wiel­kiego ku­chen­nego noża. Mon­tal­bano wie­dział od razu, że nie żyje. W tej sa­mej chwili po­tężny po­wiew zga­sił lampę, a tu­nel za­trząsł się i za­wa­lił.

Sen był po­łą­czo­nym wy­ni­kiem zbyt wielu ośmior­ni­czek a stri­scia­na­sale po­chło­nię­tych wie­czo­rem i po­da­nej w dzien­niku te­le­wi­zyj­nym wia­do­mo­ści o stu ofia­rach ka­ta­strofy w ko­palni w Chi­nach.

Ale skąd wziął się w tym śnie męż­czy­zna z no­żem wbi­tym w plecy?

Mon­tal­bano spró­bo­wał zna­leźć ja­kieś sko­ja­rze­nie, ale w końcu dał so­bie spo­kój i uznał, że nie ma to żad­nego zna­cze­nia.

Po­woli znowu za­padł w sen.

Za­dzwo­nił te­le­fon. Ko­mi­sarz zer­k­nął na ze­ga­rek, prze­spał za­le­d­wie dzie­sięć mi­nut.

Zły znak, skoro dzwo­nili do niego z sa­mego rana.

Wstał i po­szedł ode­brać.

- Słu­cham?

- Birt??

- Nie je­stem...

- Birt?, wszystko jest za­lane!

- Kiedy ja...

- Birt?, w spi­żarni, tam gdzie było sto form świe­żego sera, są dwa me­try wody!

- Pro­szę po­słu­chać...

- A o ma­ga­zy­nie już nie wspo­mnę.

- Kurwa! Sły­szy mnie pan czy nie?! - wrza­snął ko­mi­sarz do słu­chawki.

- To pan nie...

- Nie, nie je­stem Bir­tino! Od pół go­dziny usi­łuję to panu po­wie­dzieć! Po­my­lił pan nu­mer!

- Je­śli to nie Bir­tino, to z kim roz­ma­wiam?

- Z jego bra­tem bliź­nia­kiem!

Ko­mi­sarz rzu­cił słu­chawką i wró­cił wście­kły do łóżka. Za­raz po­tem te­le­fon znowu za­dzwo­nił. Mon­tal­bano wy­sko­czył z łóżka, ry­cząc jak lew, chwy­cił słu­chawkę i wrza­snął:

- W dupę się po­ca­łuj ty, Bir­tino i te cho­lerne formy świe­żego sera!

Odło­żył słu­chawkę i wy­cią­gnął wtyczkę od te­le­fonu. Tym­cza­sem jed­nak tak się ze­zło­ścił, że je­dyną szansą na od­zy­ska­nie hu­moru było wzię­cie dłu­giego prysz­nicu.

Szedł już do ła­zienki, kiedy z sy­pialni do­biegł go dźwięk ko­mórki, któ­rej rzadko uży­wał. Ode­brał.

To był Fa­zio.

- Co jest? - spy­tał nie­grzecz­nie Mon­tal­bano.

- Prze­pra­szam, pa­nie ko­mi­sa­rzu, pró­bo­wa­łem za­dzwo­nić na te­le­fon do­mowy, ale od­po­wie­dział ja­kiś... pew­nie po­my­li­łem nu­mer.

Ach, więc to Fa­ziowi po­wie­dział, żeby po­ca­ło­wał się w dupę.

- Na pewno, bo ja mam wy­łą­czony te­le­fon.

Wy­gło­sił to kłam­stwo sta­now­czym i pew­nym sie­bie gło­sem.

- Otóż to. Wła­śnie dla­tego mu­sia­łem za­dzwo­nić na ko­mórkę. Zgło­szono zna­le­zie­nie ofiary mor­der­stwa.

No i czego in­nego mógłby się spo­dzie­wać!

- Gdzie?

- W gmi­nie Piz­zu­tello.

Ni­gdy o ta­kiej nie sły­szał.

- Gdzie to jest?

- To zbyt skom­pli­ko­wane, żeby wy­ja­śnić. Wy­sła­łem do pana Galla służ­bo­wym sa­mo­cho­dem. Ja już tam do­jeż­dżam. Aha, niech pan le­piej włoży ka­lo­sze, to miej­sce to praw­dziwe ba­gno.

- Do­brze, do zo­ba­cze­nia.

Wy­łą­czył ko­mórkę, we­tknął z po­wro­tem wtyczkę od te­le­fonu i le­d­wie wszedł do ła­zienki, znowu ktoś za­dzwo­nił. Po­sta­no­wił, że je­śli to po raz ko­lejny ktoś do Bir­tina, każe so­bie po­dać ad­res i po­je­dzie ich wszyst­kich wy­strze­lać. Łącz­nie z se­rami.

- Pa­nie ko­mi­sa­rzu, a co ja ro­bię, wy­bu­dzam pana? - spy­tał z nie­po­ko­jem Ca­ta­rella.

- Nie, już nie śpię od ja­kie­goś czasu. O co cho­dzi?

- Pa­nie ko­mi­sa­rzu, ja pana chcia­łem ostrzec, że sa­mo­chód służ­bowy Galla on nie ze­chciał ru­szyć i nie ma żad­nego przy­stęp­nego sa­mo­chodu w dys­po­zy­cyj­no­ści, bo wszyst­kie są nie­dy­spo­no­wane z po­wodu znie­ru­cho­mie­nia.

- Co to zna­czy?

- Że one ta­koż po­psu­tymi są.

- No i co wo­bec tego?

- I wo­bec tego Fa­zio dał mi roz­ka­za­nie, abym ja po pana moim sa­mo­cho­dem je­chał.

Ups. Ca­ta­rella nie był asem szos. Ale ko­mi­sarz nie miał wy­boru.

- Ale czy wiesz, gdzie zna­leźli tego nie­bosz­czyka?

- Z pew­no­ścią naj­pew­niej­szą, pa­nie ko­mi­sa­rzu. A dla za­bez­pie­cze­nia także mó­wiący na­wi­ga­tor ze sobą za­bie­ram.

Był już go­tów do wyj­ścia i pił trze­cią fi­li­żankę kawy, kiedy nie­spo­dzie­wa­nie roz­legł się po­tężny grzmot od strony drzwi wej­ścio­wych. Ko­mi­sarz aż pod­sko­czył i przy oka­zji wy­lał tro­chę kawy na ma­ry­narkę i na ka­lo­sze. Wy­kli­na­jąc, po­biegł na ko­ry­tarz, żeby spraw­dzić, co się stało.

Otwo­rzył drzwi i o mało nie wpadł na ma­skę sa­mo­chodu Ca­ta­relli.

- Mia­łeś za­miar roz­wa­lić mi drzwi i wje­chać do domu sa­mo­cho­dem?

- Ja się wy­ro­zu­mie­nia i wy­ba­cze­nia upra­szam, pa­nie ko­mi­sa­rzu, on się po­śli­zgnął na za­bło­ce­niu na dro­dze znaj­du­ją­cym się. Nie je­stem za­wi­nio­nym ja, ale stan mi­to­aler­giczny.

- Wrzuć wsteczny bieg i od­suń się tro­chę, w prze­ciw­nym ra­zie nie dam rady wyjść na ze­wnątrz.

Ca­ta­rella usłu­chał, sil­nik za­wył, ale sa­mo­chód ani drgnął.

- Pa­nie ko­mi­sa­rzu, bo fakt jest taki, że droga na zjeź­dzie się znaj­duje i koła na za­bło­ce­niu przy­cze­pić się nie chcą.

Nie wia­domo dla­czego, bo nie był to naj­lep­szy mo­ment, ko­mi­sa­rzowi za­chciało się za­ba­wić w ję­zy­ko­wego pu­ry­stę.

- Ca­ta­rella, nie mówi się za­bło­ce­nie, tylko błoto.

- Jak pan so­bie ży­czy, pa­nie ko­mi­sa­rzu.

- No to co zro­bimy?

- Pa­nie ko­mi­sa­rzu, może pan wy­nij­dzie na ze­wnątrz przez we­randę, a ja przez nią do środka i wy­mie­nimy się miej­scami.

- I co nam to da?

- Ano pan bę­dzie pro­wa­dził, a ja po­py­chał.

Ko­mi­sarz dał się prze­ko­nać. Za­mie­nili się miej­scami. Po dzie­się­ciu mi­nu­tach upo­rczy­wych wy­sił­ków koła zła­pały przy­czep­ność. Ca­ta­rella po­biegł za­mknąć dom, kiedy wró­cił, znowu za­mie­nili się miej­scami i wresz­cie ru­szyli.

Po ja­kimś cza­sie Ca­ta­rella spy­tał:

- Pa­nie ko­mi­sa­rzu, a jedną rzecz mi pan ob­ja­śni?

- O co cho­dzi?

- Dla­czego się mówi opa­rze­nie, ale nie za­bło­ce­nie?

- Bo opa­rze­nie masz, kiedy cię coś opa­rzy, a bło­tem ty się mo­żesz za­bło­cić.

Na­wi­ga­tor gło­śno­mó­wiący po­da­wał wska­zówki dro­gowe od pół­go­dziny, a Ca­ta­rella od pół­go­dziny po­kor­nie go słu­chał, po­wta­rza­jąc "tak jest, pro­szę pana" po każ­dej otrzy­ma­nej in­struk­cji, kiedy Mon­tal­bano spy­tał:

- Czy nie prze­je­cha­li­śmy wła­śnie obok daw­nej ro­gatki Dol­nej Mon­te­lusy?

- Tak jest, pa­nie ko­mi­sa­rzu.

- A ta gmina, do któ­rej je­dziemy, gdzie się znaj­duje?

- Jesz­cze ka­wa­łek ma­lutki, pa­nie ko­mi­sa­rzu.

- Prze­cież je­ste­śmy już na te­ry­to­rium Mon­te­lusy i jesz­cze się w nie za­głę­biamy!

- Z pew­no­ścią cał­ko­witą, pa­nie ko­mi­sa­rzu, ten wszy­stek te­ren do Mon­te­lusy na­leży.

- A co nas, do cho­lery, ob­cho­dzi ja­kiś nie­bosz­czyk na te­re­nie Mon­te­lusy? Zjedź na po­bo­cze, za­dzwoń do Fa­zia i daj mi go.

Ca­ta­rella wy­ko­nał po­le­ce­nie.

- Fa­zio, mo­żesz mi wy­ja­śnić, dla­czego mamy się zaj­mo­wać sprawą, która do nas nie na­leży?

- Kto to po­wie­dział?

- Kto po­wie­dział co?

- Że do nas nie na­leży.

- Ja ci to mó­wię! Skoro nie­bosz­czyk zo­stał zna­le­ziony na te­re­nie Mon­te­lusy, to lo­gicz­nie...

- Prze­cież gmina Piz­zu­tello znaj­duje się na na­szym te­ry­to­rium, pa­nie ko­mi­sa­rzu! Przy­lega do Si­cu­diany.

Rany bo­skie! A oni z Ca­ta­rellą je­chali w do­kład­nie prze­ciw­nym kie­runku! Na­gle Mon­tal­bano do­znał olśnie­nia.

- Po­cze­kaj chwilę.

Po­pa­trzył ba­daw­czo na Ca­ta­rellę, który od­wza­jem­nił spoj­rze­nie z pewną ostroż­no­ścią.

- Mo­żesz mi po­wie­dzieć, do ja­kiej gminy mnie wie­ziesz?

- Do gminy Riz­zu­tello, pa­nie ko­mi­sa­rzu.

- Ca­ta­rella, je­steś świa­dom róż­nicy mię­dzy P a R?

- Naj­oczy­wi­ściej, pa­nie ko­mi­sa­rzu.

- Opisz mi, jak wy­glą­dają P i R na­pi­sane du­żymi li­te­rami.

- Cał­kiem du­żymi? To ja prze­my­śleć mu­szę. A więc tak. R ma brzu­szek i nóżkę, a P ma tylko brzu­szek.

- Świet­nie. Tylko że wszystko po­krę­ci­łeś. Wie­ziesz mnie do miej­sca z nóżką, za­miast za­wieźć mnie do miej­sca z sa­mym brzusz­kiem.

- Czyli ja błąd na­ro­bi­łem?

- Błąd.

Ca­ta­rella naj­pierw po­czer­wie­niał jak in­dyk, a za­raz po­tem zbladł jak trup.

- O Matko naj­prze­święt­sza, jaki ja błąd na­ro­bi­łem! O jaki błąd nie do od­ba­cze­nia! Z drogi spro­wa­dzi­łem pana ko­mi­sa­rza!

Był zroz­pa­czony, zbie­rało mu się na płacz. Ukrył twarz w rę­kach. Ko­mi­sarz, aby nie do­pu­ścić do po­gor­sze­nia sy­tu­acji, po­kle­pał go po ra­mie­niu.

- No, da­lej, Ca­ta­rella, nie przej­muj się tak, kilka mi­nut w tę czy we w tę nie robi róż­nicy. A te­raz weź ko­mórkę i niech ci Fa­zio wy­ja­śni, któ­rędy mamy je­chać.

Po pra­wej stro­nie wiej­skiej drogi, która te­raz spra­wiała wra­że­nie błot­nego ko­ryta rzeki roz­je­cha­nego ko­łami cię­ża­ró­wek, otwie­rał się ogromny plac bu­dowy, rów­nież za­mie­niony w mo­rze błota. Z jed­nej strony pię­trzyły się ol­brzy­mie ce­men­towe rury, w któ­rych czło­wiek mógłby zmie­ścić się wy­pro­sto­wany.

Stał też tam duży dźwig, trzy cię­ża­rówki, dwie ko­parki, trzy spy­cha­cze. Po dru­giej stro­nie par­ko­wało kilka sa­mo­cho­dów, wśród nich auto Fa­zia i dwa la­bo­ra­to­rium kry­mi­na­li­styki.

Za pla­cem bu­dowy droga za­czy­nała piąć się do góry i przy­po­mi­nała znowu nor­malną wiej­ską drogę. Ja­kieś sto me­trów da­lej było wi­dać coś w ro­dzaju willi, nieco da­lej stał ko­lejny dom.

Fa­zio wy­szedł na spo­tka­nie ko­mi­sa­rza.

- Co tu­taj bu­dują?

- Nowy wo­do­ciąg. Z po­wodu ulew­nego desz­czu ro­bot­nicy cztery dni temu prze­rwali pracę. Dzi­siaj wcze­snym ran­kiem zja­wiło się tu­taj dwóch, żeby spraw­dzić, jak wy­gląda sy­tu­acja. To oni od­kryli trupa i za­dzwo­nili do nas.

- Ty już go wi­dzia­łeś?

- Tak jest.

Mon­tal­bano za­uwa­żył, że Fa­zio chciał coś do­dać, ale się po­wstrzy­mał.

- Co jest?

- Le­piej niech pan sam go zo­ba­czy.

- Gdzie jest ten nie­bosz­czyk?

- W ru­rze.

Mon­tal­bano wy­trzesz­czył oczy.

- W ja­kiej ru­rze?

- Pa­nie ko­mi­sa­rzu, stąd ich nie wi­dać, za­sła­niają je ma­szyny. Ro­bot­nicy roz­ko­pują wzgó­rze, żeby uło­żyć pod nim rury. Trzy już zo­stały umiesz­czone na swoim miej­scu. Nie­bosz­czyka zna­le­ziono wła­śnie w głębi ta­kiego tu­nelu.

- Chodźmy zo­ba­czyć.

- Są tam ci z kry­mi­na­li­styki. Do środka mogą wejść naj­wy­żej dwie osoby. Ale oni już koń­czą.

- Dok­tor Pa­squ­ano przy­je­chał?

- Tak. Rzu­cił okiem i od­je­chał.

- Po­wie­dział coś?

- Ro­bot­nicy od­kryli ciało pięt­na­ście po szó­stej. Dok­tor Pa­squ­ano po­wie­dział, że męż­czy­zna po­niósł śmierć go­dzinę wcze­śniej. I że z pew­no­ścią nie strze­lono do niego we­wnątrz tu­nelu.

- To zna­czy, że za­cią­gnęli go tam ci, któ­rzy go za­strze­lili.

Fa­zio wy­glą­dał nie­swojo.

- Pa­nie ko­mi­sa­rzu, wolę, żeby pan sam po­pa­trzył.

- Pro­ku­ra­tor już tu jest?

Wszyst­kim było wia­domo, że pro­ku­ra­tor Tom­ma­seo na­wet w sło­neczny dzień i na pu­stej dro­dze jest w sta­nie wje­chać sa­mo­cho­dem w rów czy ogro­dze­nie. Co do­piero po ta­kich ule­wach!

- Tak, ale przy­je­chał pro­ku­ra­tor Ja­cono, bo Tom­ma­seo jest prze­zię­biony.

- Okej, daj mi po­roz­ma­wiać z tymi ro­bot­ni­kami.

- Chło­paki, chodź­cie tu­taj! - za­wo­łał Fa­zio do dwóch męż­czyzn pa­lą­cych pa­pie­rosa obok jed­nego z sa­mo­cho­dów.

Po­de­szli, brnąc przez błoto, i przy­wi­tali się.

- Dzień do­bry. Ko­mi­sarz Mon­tal­bano. O któ­rej przy­je­cha­li­ście tu­taj dzi­siaj rano?

- Równo o szó­stej.

- Przy­je­cha­li­ście ra­zem jed­nym au­tem?

- Tak.

- I w pierw­szej ko­lej­no­ści we­szli­ście do tu­nelu?

- Tam mie­li­śmy spraw­dzić na końcu, ale po­szli­śmy od razu, kiedy tylko zo­ba­czy­li­śmy ro­wer.

Mon­tal­bano się zdzi­wił.

- Jaki ro­wer?

- Tuż przy wej­ściu do tu­nelu le­żał na ziemi ro­wer. Po­my­śle­li­śmy, że ktoś się schro­nił w środku i...

- Chwi­leczkę. Ja­kim cu­dem ktoś mógłby prze­je­chać ro­we­rem przez to błoto?

- Pa­nie ko­mi­sa­rzu, zbu­do­wa­li­śmy pro­wi­zo­ryczną kładkę z drewna, bo ina­czej nie mo­gli­by­śmy się tu po­ru­szać. Wi­dać ją tylko z bli­ska.

- I co zro­bi­li­ście?

- A co mie­li­śmy zro­bić? We­szli­śmy do środka z za­pa­loną la­tarką i na końcu tu­nelu od­kry­li­śmy trupa.

- Do­tknę­li­ście go?

- Nie.

- Skąd wie­dzie­li­ście, że ten czło­wiek nie żyje?

- Jak ktoś jest mar­twy, to od razu wi­dać.

- Roz­po­zna­li­ście go?

- Nie wiemy, kto to. Upadł twa­rzą do ziemi.

- My­śli­cie, że to może być ktoś z za­trud­nio­nych na bu­do­wie?

- Nie wiemy.

- Ma­cie coś do do­da­nia?

- Nic. Wy­szli­śmy i za­dzwo­ni­li­śmy na po­li­cję.

- Do­brze, dzię­kuję. Je­ste­ście wolni.

Po­że­gnali się i zwi­nęli w po­śpie­chu. Chcieli tylko jak naj­szyb­ciej wró­cić do domu. Po­tem zro­bił się ruch przy sa­mo­cho­dach.

- Ekipa tech­niczna skoń­czyła ro­botę - sko­men­to­wał Fa­zio.

- Idź się do­wie­dzieć, co od­kryli.

Fa­zio od­da­lił się. Z sze­fem kry­mi­na­li­styki Mon­tal­bano nie za­mie­niłby słowa na­wet pod przy­mu­sem. Nie zno­sił go z ca­łego serca, zresztą ta nie­chęć była wza­jemna.

Fa­zio wró­cił po pię­ciu mi­nu­tach.

- Nie zna­leźli łu­ski, ale są pewni, że męż­czy­zna wszedł do tu­nelu już zra­niony. Na jed­nej z rur wi­dać ślad za­krwa­wio­nej dłoni, pew­nie przy­trzy­mał się, żeby nie upaść.

Sa­mo­chody ekipy tech­nicz­nej od­je­chały. Na miej­scu zo­stały tylko auto Fa­zia i fur­go­netka z kost­nicy.

- Pa­nie ko­mi­sa­rzu, niech pan się o mnie oprze. Jesz­cze się pan po­śli­zgnie i cały ubłoci.

Mon­tal­bano nie od­rzu­cił pro­po­zy­cji. Szli ostroż­nie, ma­łymi krocz­kami i kiedy mi­nęli sa­mo­chody, ko­mi­sarz uj­rzał wresz­cie wy­kop u stóp wzgó­rza i wej­ście do tu­nelu.

- Jaką dłu­gość mają rury?

- Każda sześć me­trów. Tu­nel ma dłu­gość osiem­na­stu me­trów i nie­bosz­czyk leży na sa­mym jego końcu.

Po le­wej stro­nie od wej­ścia le­żał po­rzu­cony na ziemi ro­wer, na wpół po­kryty bło­tem. Lu­dzie z kry­mi­na­li­styki ogro­dzili go żółtą ta­śmą, owi­niętą wo­kół wbi­tych w zie­mię pa­li­ków.

Ko­mi­sarz za­trzy­mał się, żeby po­pa­trzeć na ro­wer. Był stary i zu­żyty, kie­dyś mu­siał mieć zie­lony ko­lor.

- Dla­czego zo­sta­wił ro­wer na ze­wnątrz i nie wje­chał nim do tu­nelu? Miej­sca jest dość - za­sta­no­wił się Fa­zio.

- Nie są­dzę, żeby zro­bił to umyśl­nie. Pew­nie upadł i nie miał siły znowu wsiąść na ro­wer.

- Niech pan weź­mie moją la­tarkę i pój­dzie przo­dem - za­pro­po­no­wał Fa­zio.

Mon­tal­bano wziął od niego la­tarkę, za­pa­lił ją i wszedł do tu­nelu, Fa­zio za nim.

Ko­mi­sarz po­stą­pił za­le­d­wie kilka kro­ków, kiedy od­wró­cił się i wy­biegł na ze­wnątrz, ciężko od­dy­cha­jąc.

- Co się stało? - spy­tał za­nie­po­ko­jony Fa­zio.

Czy mógł mu się przy­znać, że przy­po­mniał so­bie swój sen?

- Nic, za­bra­kło mi po­wie­trza. Ten tu­nel jest bez­pieczny?

- Cał­ko­wi­cie.

- Do­brze. Chodźmy - ko­mi­sarz za­pa­lił znowu la­tarkę i wziął głę­boki od­dech, jak gdyby miał za­nur­ko­wać w głę­boką wodę.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki