Morskie imperia. Batalia o panowanie na Morzu Śródziemnym 1521-1580 - Roger Crowley


Reflow text when sidebars are open.
Dom Wydawniczy REBIS poleca
Judith Herrin
BIZANCJUM
Peter Heathcr
IMPERIA I BARBARZYŃCY
UPADEK CESARSTWA RZYMSKIEGO
Eric Christiansen
KRUCJATY PÓŁNOCNE
Laurcnce Bergreen
MARCO POLO
Mark Gregory Pegg
NAJŚWIĘTSZA WOJNA
Kim MacQuarrie
OSTATNIE DNI INKÓW
Richard A. Gabriel
SCYPION AFRYKAŃSKI STARSZY
Buddy Levy
KONKWISTADOR
RZEKA CIEMNOŚCI
Charles C. Mann
1491 .AMERYKA PRZED KOLUMBEM
Mary Beard
POMPEJE
Toby Wilkinson
POWSTANIE I UPADEK STAROŻYTNEGO EGIPTU
Na długo zanim stanęły tam biurowce, a nawet meczety, po drugiej stronie Złotego Rogu wyrosła Hagia Sophia. Przez tysiąc lat jej kopuła samotnie odcinała się na tle nieba. W czasach średniowiecza oczom tego, kto się na nią wspiął, ukazywał się widok "przystrojonego wodnymi girlandami miasta". Patrząc z tego miejsca, nikt nie mógł mieć wątpliwości, dlaczego przez setki lat Konstantynopol panował nad światem.
Wieczorem 29 maja 1453 roku na kopułę Hagii Sophii wspiął się sułtan imperium osmańskiego Mehmed II. Tego doniosłego dnia jego armia szturmem zdobyła miasto, wypełniając tym samym islamskie proroctwo i niszcząc ostatni bastion chrześcijańskiego cesarstwa bizantyjskiego. Osmański kronikarz napisał, że sułtan "niczym Duch Święty dostąpił czwartej sfery nieba"2.
Władca spoglądał w dół przygnębiony i smutny. Konstantynopol leżał w gruzach, doszczętnie splądrowany, "ogołocony i poczerniały, jakby strawił go pożar"3. Wojsko się wycofało, kościoły obrabowano, a ostatni cesarz zginął w masakrze. Zdobywcy spędzali razem mężczyzn, kobiety i dzieci, pętali im ręce i ustawiali w długie szeregi. Na opuszczonych domach łopotały flagi na znak, że już wcześniej ktoś je obrabował. Żałosne jęki branych w jasyr ludzi zagłuszało wezwanie do modlitwy. Oznajmiało, że czas jednej dynastii cesarskiej dobiegł końca i legalną władzę na zasadzie prawa zdobywcy przejmuje następna. Turcy osmańscy, wędrowny lud plemienny pochodzący z serca Azji, zdołali w końcu na stałe zaznaczyć obecność islamu na europejskim brzegu, w mieście, które nazwali Stambułem. Ich zwycięstwo potwierdzało prawo wyznawców Mahometa do Bizancjum i pozycję niekwestionowanego patrona świętej wojny.
Dogodny punkt obserwacji skłonił sułtana do rozmyślań nad przeszłością i przyszłością swojego ludu. Na południu, za cieśniną Bosfor, rozciągała się Anatolia, Azja Mniejsza, skąd przywędrowali w drodze na północ, do Europy, którą uczynili obiektem swoich ambicji terytorialnych. Jednak to Zachód miał się stać dla Turków największym wyzwaniem. W popołudniowym słońcu morze Marmara połyskiwało niczym polerowany mosiądz. Za nim rozciągał się bezmiar wód Morza Śródziemnego, które Turcy zwali Morzem Białym. Podbijając Konstantynopol, Mehmed II nie tylko zdobył nowe terytoria, ale także stał się dziedzicem morskiego imperium.
Wydarzenia 1453 roku były częścią zmagań islamu z chrześcijaństwem. Dzięki ruchowi krucjatowemu trwającemu od XI do XV wieku chrześcijaństwo zdominowało basen Morza Śródziemnego. Krzyżowcy stworzyli mozaikę państewek na wybrzeżu Grecji i wysepkach Morza Egejskiego, które ułatwiały im kontakt z łacińskim Zachodem. Kierunek podbojów uległ odwróceniu, kiedy w 1291 roku krzyżowcy utracili Akkę i ostatni ważny przyczółek w Palestynie. Nastąpił kontratak islamu.
Od czasów starożytnych Rzymian nikt nie zdołał zapanować nad Morzem Śródziemnym. Mehmed II uważał się jednak za dziedzica cesarzy rzymskich. Jego ambicja nie znała granic. Postanowił, że stworzy "na świecie jedno imperium, z jedną wiarą i jednym monarchą"4, i nazywał siebie "władcą dwóch mórz"5: Białego i Czarnego. Początkowo Turcy czuli się na morzu obco. Nie było stałym lądem. Nie miało naturalnych granic. Nomadom musiało się wydawać wyjątkowo niegościnne. Nie pamiętali, że islam już wcześniej zdobył przyczółki na wybrzeżu Morza Śródziemnego, ale je utracił. Mehmed II jednak już podjął decyzję: zgromadził dużą flotę i przystąpił do oblężenia Konstantynopola. I choć załogi jego okrętów nie miały wielkiego doświadczenia, szybko się uczyły.
Kilka lat po zdobyciu miasta sułtan zlecił wykonanie kopii mapy Europy sporządzonej przez starożytnego geografa Ptolemeusza, którą Grecy przetłumaczyli mu na arabski. Z drapieżną dokładnością studiował na niej układ mórz. Wodził palcem po Wenecji, Rzymie, Neapolu, Sycylii, Marsylii i Barcelonie, wykreślał trasę przez Wrota Gibraltaru, interesowały go nawet tak dalekie krainy jak Brytania. Tłumacze przezornie zadbali, żeby największym miastem na mapie był Stambuł, tak że Mehmed II nie miał pojęcia, iż na jej zachodnim krańcu władcy Hiszpanii mają podobne ambicje imperialne. Madryt i Stambuł niczym gigantyczne lustra odbijały to samo słońce, ale z początku znajdowały się od siebie zbyt daleko, żeby zdać sobie z tego sprawę. Wkrótce to światło miało się skupić w ich wzajemnej wrogości. Mapa Ptolemeusza, pomimo trudno rozpoznawalnych półwyspów i zniekształconych konturów wysp, nie pozostawiała wątpliwości co do najważniejszej cechy Morza Śródziemnego: że są to faktycznie dwa morza oddzielone wąskim przesmykiem między Tunezją a Sycylią, pośrodku którego niczym przypadkowa kropka leży Malta. Osmanowie mieli wkrótce opanować morza na wschodzie, a Habsburgowie hiszpańscy na zachodzie. Prędzej czy później musieli się spotkać przy owej kropce.
Dziś przelot wzdłuż Morza Śródziemnego od południowej Hiszpanii do brzegów Libanu trwa nie więcej niż trzy godziny. Oglądane z lotu ptaka morze emanuje spokojem: zdyscyplinowana kawalkada statków leniwie sunąca po połyskującej toni. Na północnym poszarpanym wybrzeżu ciągną się wakacyjne wioski, mariny dla jachtów, eleganckie kurorty, jak również wielkie porty i kompleksy przemysłowe stanowiące gospodarcze muskuły południowej Europy. Każdy statek płynący po tych spokojnych wodach można śledzić z kosmosu. Dzisiejsze statki - odporne na sztormy, które zatopiły łodzie Odyseusza i Świętego Pawła - pływają na dowolnie wybranych trasach. W naszym stale kurczącym się świecie miejsce, które Rzymianie nazywali centrum świata, wydaje się niezwykle małe.
Pięćset lat temu ludzie traktowali to morze zupełnie inaczej. Na dawno ogołoconych z drzew wybrzeżach, z wyjałowioną przez kozy i ludzi glebą, często panował głód. Nic dziwnego, że w XIV w. Kreta wydawała się Dantemu ekologiczną ruiną. "Pośrodku morza leży nieurodzajny ląd", pisał, "który niegdyś cieszył się wodą i zielenią, a teraz jest pustynią"6. Samo morze też jest ubogie. Powstało w dramatycznych okolicznościach geologicznych, kiedy gwałtownie wlały się do niego wody Atlantyku, wypełniając głębokie otchłanie. Nie leży na szelfie kontynentalnym i nie może się równać z bogatymi łowiskami w okolicach Nowej Fundlandii czy na Morzu Północnym. Ludziom żyjącym na jego wybrzeżach te miliony mil kwadratowych wody, podzielonych na kilkanaście odmiennych stref, z których każda miała swoje charakterystyczne wiatry, nieregularności linii brzegowej i rozproszone wysepki, wydawały się niezmierzone i niebezpieczne - i tak wielkie, że obie jego części przedstawiały inne światy. Podczas dobrej pogody statek odbywał podróż z Marsylii na Kretę w ciągu dwóch miesięcy, a podczas złej - nawet sześciu. Łodzie nie budziły zaufania, sztormy pojawiały się nagle, tak jak pirackie kogi na horyzoncie, toteż nic dziwnego, że żeglarze woleli wlec się wzdłuż wybrzeża niż płynąć przez otwarte wody. Na żeglarzy czyhały liczne niebezpieczeństwa. Nikt nie wchodził na trap, nie powierzywszy wcześniej duszy Bogu. Morze Śródziemne było morzem kłopotów. A od 1453 roku stało się teatrem zmagań wojennych.
Na jego wodach doszło do najbardziej zawziętej i chaotycznej rywalizacji w europejskiej historii: wojny między islamem a chrześcijaństwem o centrum świata. Walka toczyła się od przypadku do przypadku z górą sto lat - same początkowe potyczki, w których Turcy zademonstrowali wyższość nad Wenecjanami, trwały pięćdziesiąt lat. Zmagania przybierały różne formy: wojen gospodarczych na wyniszczenie, najazdów pirackich w imię religii, ataków na przybrzeżne fortece i porty, oblężenia wielkich wyspiarskich bastionów i - najrzadziej - epickich bitew morskich. Do wojny zostały wciągnięte wszystkie żyjące nad morzem ludy i grupy interesów: Turcy, Grecy, Afrykanie z północy, Hiszpanie, Francuzi, państewka włoskie, ludy mieszkające nad Adriatykiem i wzdłuż wybrzeży Dalmacji, kupcy, sojusznicy cesarstwa, piraci i rycerze świętej wojny - w zmiennych przymierzach wszyscy walczyli w obronie religii, handlu i imperium. Nikt nie mógł pozostać neutralny, choć Wenecjanie przez długi czas bardzo się o to starali.
Otoczona ze wszystkich stron wodami arena stwarza nieograniczone możliwości konfrontacji. Między północą a południem jest zadziwiająco wąska - w wielu miejscach wrogów rozdzielał tylko ciek wody. Najeźdźcy mogli się pojawiać na horyzoncie bez uprzedzenia i równie szybko znikać. Od czasów błyskawicznych uderzeń Mongołów Europa nie miała do czynienia z tak przerażającym nieprzyjacielem. Morze Śródziemne stało się biosferą chaotycznej przemocy, gdzie islam i chrześcijaństwo ścierały się z sobą z bezprzykładnym okrucieństwem. Terenem walki stała się woda, wyspy i wybrzeża, gdzie wynik zmagań często zależał od wiatru i pogody, a jej główną bronią była galera wiosłowa.
Dla chrześcijan imperium osmańskie, w rzeczywistości wieloetniczne, to po prostu byli Turcy, "najokrutniejszy wróg Chrystusa"7. Zachodnia Europa postrzegała rywalizację z nimi jako ostateczną wojnę, bolesną traumę związaną z walką przeciwko siłom ciemności. Stolica Apostolska wiedziała o mapie Ptolemeusza, którą zamówił sułtan. Uważano, że symbolizuje plany podbojów osmańskich, i tę scenę w Pałacu Topkapi nad Bosforem przedstawiano z pedantyczną dokładnością. Sułtan, Wielki Turek, w turbanie i kaftanie, z zakrzywionym nosem i okrutną twarzą siedzi w pełnej barbarzyńskiego przepychu sali wykładanej mozaiką i studiuje drogi morskie prowadzące na zachód. Myśli tylko o tym, jak zniszczyć chrześcijaństwo. W 1517 roku papież Leon X czuł zagrożenie tureckie niemal jak oddech na karku: "Codziennie przegląda opisy i patrzy na mapę brzegów Italii"8, napisał ze strachem. "Nie myśli o niczym innym, jak tylko o gromadzeniu armat, budowie statków i studiowaniu europejskich mórz i wysp"9. Dla Osmanów i ich północnoafrykańskich sojuszników nadszedł czas odpłaty za wyprawy krzyżowe, okazja do odwrócenia kierunku światowych podbojów i przejęcia kontroli nad handlem.
Rywalizacja toczyła się nie tylko na morzu. Europa zwalczała swoich wrogów na Bałkanach, równinach Węgier, na Morzu Czerwonym, u bram Wiednia, ale w końcu obie strony skoncentrowały swoje siły pośrodku mapy. Ten sześćdziesięcioletni bój miał poprowadzić prawnuk Mehmeda II, Sulejman. Wojna na serio wybuchła w 1521 roku i osiągnęła apogeum między 1565 a 1571 rokiem - sześć lat bezprzykładnego przelewu krwi, podczas którego dwaj zawodnicy wagi ciężkiej owych czasów - osmańscy Turcy i hiszpańscy Habsburgowie - trzymali się bitewnych nakazów swojej wiary i walczyli na śmierć i życie. Wynik tej walki miał ukształtować granice między światem islamskim a chrześcijańskim i przesądzić o przyszłości obu imperiów.
Jeśli coś można uznać za jej początek, to był nim pewien list.
Najpierw litania monarszych tytułów, a potem groźba:
10 września 1521, Belgrad
Sulejman Sułtan, z łaski Bożej, Król Królów, Władca Władców, Potężny Cesarz Bizancjum i Trapezuntu, Wielki Król Persji, Arabii, Syrii i Egiptu, Najwyższy Władca Azji, Europy, Książę Mekki i Aleppo, Pan Jerozolimy, Władca Mórz pozdrawia Filipa Villiers de L'Isle Adama, Wielkiego Mistrza wyspy Rodos.
Składam Ci gratulacje z okazji uzyskania nowej godności i przybycia na swoje włości. Ufam, że Twoje panowanie będzie jeszcze pomyślniejsze i godne większej chwały niż rządy Twoich poprzedników. Pozostaję w nadziei, że dalej będę cieszyć się Twoją łaską. Wzywam Cię przeto, jako mojego drogiego przyjaciela, abyś razem ze mną radował się tym, że idąc w ślady ojca, który podbił Persję, Jerozolimę, Arabię i Egipt, zdobyłem, ubiegłej jesieni, Belgrad, najpotężniejszą z warowni. Potem, kiedy na próżno oczekiwałem, że Niewierny podejmie ze mną walkę, zająłem wiele pięknych i dobrze ufortyfikowanych miast. Ogniem lub mieczem zgładziłem większość ich mieszkańców, a resztę wziąłem w niewolę. Teraz, wysławszy moje niezliczone zwycięskie armie na zimowe leże, wracam w triumfie na swój dwór w Stambule10.
Dla każdego, kto potrafi czytać między wierszami, jest jasne, że nie były to wyrazy przyjaźni, lecz wypowiedzenie wojny. Sulejman, prawnuk Mehmeda II Zdobywcy, właśnie wstąpił na tron. Zgodnie ze zwyczajem i tradycją dojście do władzy musiał upamiętnić zwycięstwem: każdy nowy sułtan dla legitymizacji swojego tytułu "Zdobywcy Wschodu i Zachodu"11 musiał przyłączyć do światowego imperium nowe terytoria. Potem mógł rozdać łupy, zabiegać o lojalność armii i oddać się rytualnej propagandzie. Nowy sułtan wysyłał listy obwieszczające jego zwycięstwa - potwierdzenie władzy - aby zdobyć podziw świata muzułmańskiego i zastraszyć chrześcijan, po czym mógł przystąpić do budowy swojego meczetu.
Wstąpieniu na tron musi także towarzyszyć śmierć. Prawo nakazuje sułtanowi zabić wszystkich braci "w interesie ładu światowego"12, aby zdusić w zarodku możliwość wybuchu wojny domowej. Z pałacowego haremu od bezgłośnie szlochających kobiet wychodzą żałobne orszaki z dziecięcymi trumienkami, a do odległych prowincji wyruszają zabójcy z cięciwami w pościg za starszym rodzeństwem. Sulejman nie musiał tego robić. Był jedynym męskim potomkiem. Przypuszczalnie sześć lat wcześniej jego ojciec, Selim I Okrutny, kazał zabić pozostałych synów, aby udaremnić przewidywane zamachy stanu. Dwudziestosześcioletni sułtan obejmował więc swoje dominium w wyjątkowo sprzyjających okolicznościach. Odziedziczył potężne, zjednoczone imperium dysponujące niezrównanymi zasobami. Bogobojnym muzułmanom Sulejman zwiastował nadejście dobrych czasów. Ojciec wybrał mu imię - Salomon - otwierając Koran na chybił trafił, co miało zapowiadać władcę mądrego i sprawiedliwego. W czasach wiary we wróżby należało zadbać o wszelkie okoliczności wstąpienia syna na tron. Sulejman był dziesiątym sułtanem, urodzonym w dziesiątym roku dziesiątego stulecia ery muzułmańskiej. Dziesięć było liczbą doskonałą: z dziesięciu części składał się Koran, Prorok miał dziesięciu uczniów, Pięcioksiąg liczył dziesięć przykazań, islam rozróżniał dziesięć astrologicznych niebios. Moment wkroczenia na światową arenę wyznaczył Sulejmanowi los.
Jego panowanie wypadło w czasach rządów całego tłumu skłóconych z sobą władców, z którymi musiał rywalizować: Habsburgów - Karola V i Filipa II z Hiszpanii, francuskich Walezjuszy - Franciszka I i jego syna Henryka II, Henryka VIII i Elżbiety I z angielskiej dynastii Tudorów, moskiewskiego cara Iwana Groźnego, perskiego szacha Ismaila I i cesarza Akbara z dynastii Wielkich Mogołów w Indiach. Żaden z nich nie miał jednak takiego jak on poczucia mocarstwowej misji i nie stawiał sobie równie wielkich celów.
Od samego początku Sulejman dbał o to, by zrobić ogromne wrażenie na cudzoziemskich posłach przybyłych na stambulski dwór. "Sułtan jest wysokim, smukłym, ale silnym mężczyzną o szczupłej twarzy", pisał Wenecjanin Bartolomeo Contarini. "Mówi się, że jego imię zostało trafnie wybrane [...], ma dużą wiedzę i wykazuje się dobrym osądem sytuacji"13. Z poważnym wyrazem twarzy, o pewnym spojrzeniu, chodził w prostych, ale eleganckich kaftanach. Wzrost i postawę podkreślały wielki, okrągły turban nasunięty głęboko na czoło oraz blada cera. Chciał, by podziwiano zarówno jego, jak i wspaniałość jego dworu. Wkrótce zgłosił pretensje do tytułu władcy świata i postawił sobie za cel opanowanie basenu Morza Śródziemnego.
Chodziło mu o dwa szybkie zwycięstwa. Sulejman pamiętał o osiągnięciach swoich przodków i od dzieciństwa marzył o dwóch podbojach, których nie zdołał doprowadzić do końca jego pradziad Mehmed II. Pierwszym było zdobycie Belgradu, fortecy stanowiącej bramę na Węgry. Dziesięć miesięcy po wstąpieniu na tron stanął pod murami miasta, a w sierpniu 1521 roku już odmawiał modlitwę w chrześcijańskiej katedrze. Drugą zdobyczą, o której marzył, było uzyskanie tytułu Padyszacha Morza Białego, a to oznaczało podbój Rodos.
Wyspa, na którą teraz zwrócił uwagę Sulejman, była dziwnym anachronizmem, niezwykłą pozostałością po średniowiecznych wyprawach krzyżowych leżącą w zasięgu ręki świata islamskiego. Rodos jest największą i najżyźniejszą wyspą z pasa wapiennych wysepek zwanego Dodekanezem - dwunastoma wyspami - który ciągnie się setki kilometrów wzdłuż wybrzeża Azji Mniejszej. Rodos leży na południowo-zachodnim krańcu Dodekanezu. Na północnym krańcu archipelagu z kolei znajduje się Patmos, wapienna wysepka z monastyrem Świętego Jana, jedno z najświętszych miejsc Kościoła prawosławnego, gdzie Święty Jan Ewangelista doznał objawienia. Wysepki archipelagu opasują przylądki i wcinają się w zatoki azjatyckiej części Morza Egejskiego tak, że zawsze widać z nich ląd. Z Rodos na wybrzeże Azji Mniejszej jest zaledwie jedenaście mil i przy dobrym wietrze można dopłynąć tam w dwie godziny. W pogodne zimowe dni, gdy powietrze jest rozrzedzone, można odnieść wrażenie, że ośnieżone azjatyckie szczyty znajdują się o rzut kamieniem.
Kiedy w 1453 roku Mehmed II zdobył Konstantynopol, kraje chrześcijańskie władały całym Morzem Egejskim, traktując je jako pierścień obronny albo swego rodzaju sklepienie, którego wytrzymałość zależy od każdej cegły z osobna. Do 1521 roku cała ta budowla się jednak zawaliła. Mimo to, wbrew prawu grawitacji, Rodos, kluczowy element budowli, przetrwał jako samotny chrześcijański bastion stojący w poprzek osmańskich tras żeglugowych i ograniczający morskie ambicje sułtana.
Rodos i otaczającymi ją wyspami władał w imieniu papieża ostatni z wielkich zakonów rycerskich z czasów wojen krzyżowych, Zakon Rycerski Szpitalników Świętego Jana Jerozolimskiego, potocznie zwany zakonem szpitalników lub joannitów, którego dobrobyt ściśle zależał od krucjatowego przedsięwzięcia. Powołany do opieki nad chorymi pielgrzymami udającymi się do Jerozolimy, z czasem stał się, podobnie jak templariusze i krzyżacy, zakonem walczącym. Rycerze zakonni składali dożywotnie śluby ubóstwa, czystości i posłuszeństwa papieżowi oraz zobowiązywali się toczyć nieustanną wojnę z niewiernymi, co stało się głównym celem ich działalności. Szpitalnicy walczyli niemal w każdej potyczce podczas długich wojen toczonych na Ziemi Świętej, aż zostali prawie doszczętnie wybici podczas obrony Akki w 1291 roku. Gdy na wygnaniu poszukiwali środków na kontynuowanie walki, zwrócili uwagę na Rodos należący do greckiego Kościoła prawosławnego. W 1307 roku dokonali inwazji na wyspę, zajęli ją i odtąd stała się ona wysuniętym przyczółkiem zachodniego chrześcijaństwa w świecie islamskim. Miejscem, gdzie można było planować kontrofensywę na Jerozolimę w nieokreślonej przyszłości.
Na Rodos rycerze Świętego Jana stworzyli mały feudalny bastion, ostatnią placówkę łacińskich wypraw krzyżowych, podporządkowaną tylko papieżowi, utrzymywaną z dochodów z dzierżawy ogromnych włości, jakie zakon miał w Europie, i przeznaczoną wyłącznie do prowadzenia świętej wojny. Zakon Świętej Religii, jak sami siebie nazywali, opanował sztukę budowy fortyfikacji. Bracia nauczyli się jej podczas wielu lat prowadzenia obrony Jerozolimy. To oni wznieśli Krak de Chevaliers, najpotężniejszy z zamków zbudowanych przez krzyżowców, a teraz umocnili fortyfikacje miasta Rodos i dysponując niewielką flotą dobrze uzbrojonych galer, zamienili się w morskich rozbójników, którzy plądrowali wybrzeża imperium osmańskiego, zagrażali jego morskim szlakom, grabili mienie i brali ludzi w niewolę.
Przez dwieście lat szpitalnicy toczyli bezkompromisową walkę ze światem muzułmańskim, zamieniając Dodekanez w łańcuch ufortyfikowanych wysepek, za których sprawą trzymali Turków w szachu. Udało im się nawet zahaczyć na samym kontynencie, zdobyli bowiem Zamek św. Piotra Wyzwoliciela, zwany przez Turków Bodrum. Niewolnicy chrześcijańscy wykorzystywali go jako drogę ucieczki, a szpitalnicy - jako narzędzie propagandowe służące zbieraniu w Europie funduszy na ich misję. Rycerze wyciągnęli wnioski z tego, jaki los spotkał templariuszy, i troskliwie pielęgnowali swój wizerunek Tarczy Chrześcijaństwa.
Europejczycy żywili wobec zakonu mieszane uczucia. Dla papiestwa Rodos miał przede wszystkim znaczenie symboliczne jako zewnętrzna linia obrony przed niewiernymi, stanowiąca strzeżoną morską granicę nabierającą znaczenia wraz z ciągłym kurczeniem się pod naporem islamu cesarstwa bizantyjskiego, gdy białe wysepki jedna po drugiej wpadały w ręce imperium osmańskiego. Papież Pius II żalił się, że "gdyby inni chrześcijańscy książęta [...] wykazywali się równie nieugiętą wrogością w stosunku do Turków jak samotna wysepka Rodos, ci bezbożnicy nigdy nie urośliby w siłę"14. Nawet po upadku Konstantynopola Stolica Apostolska wciąż traktowała Rodos jak swój najważniejszy projekt służący ewentualnemu powrotowi do Ziemi Świętej. Inni byli mniej łaskawi: chrześcijańscy kupcy morscy widzieli w nim niebezpieczny anachronizm. Akty piractwa, jakich dopuszczali się szpitalnicy, i blokady, jakie nakładali na zachodnich kupców muzułmanie, zagrażały zniszczeniem chwiejnego pokoju, na którym opierał się handel. Wenecjanie traktowali ich jak zwykłych korsarzy i upatrywali w nich największe - po imperialnych ambicjach władców osmańskich - zagrożenie dla swych interesów.
Konsekwencje działalności rycerzy zakonnych z pewnością były poważniejsze niż siła, jaką dysponowali. Na Rodos nigdy nie przebywało więcej niż pięciuset rycerzy pochodzących z europejskich rodów arystokratycznych, którzy mogli liczyć jedynie na najemników lub wsparcie, często przymusowe, greckich mieszkańców wyspy. Szpitalnicy stanowili niewielką, dobrze zorganizowaną wojskową elitę z silnym poczuciem misji, a ich dokuczliwość dla nieprzyjaciół była niewspółmierna wobec ich liczebności. Ich galery czaiły się w akwamarynowych lagunach i skalistych zatokach, by błyskawicznie ruszyć za przepływającymi statkami wiozącymi pielgrzymów zmierzających do Mekki, drewno z wybrzeży Morza Czarnego do Egiptu, ładunek przypraw z Arabii, miód, suszone ryby, wino i jedwab. Budzili grozę zarówno wśród wrogów, jak i przyjaciół. Stanąć do walki z galerą szpitalników równało się zaatakowaniu przez skorpiona. "Ci korsarze znani są z energii i odwagi" - pisali osmańscy kronikarze - "rujnują ludziom życie, narażając kupców na straty i biorąc w jasyr podróżników"15. Dla muzułmanów byli zawsze arcywrogami, "złowrogą sektą Franków, najgorszym błędem Europy, całkowicie zdeprawowanym diabelskim nasieniem"16. Saladyn bez skrupułów zabijał pochwyconych szpitalników. Przez sojusz z papieżem byli dla muzułmanów podwójnie znienawidzeni. Co gorsza, na wyspie prowadzili targ niewolników, na którym handlowali muzułmanami. "Ilu jeszcze synów Proroka pochwycą te dzieci kłamstwa?" - ubolewali muzułmańscy kronikarze. "Ile jeszcze tysięcy wiernych zmuszą, by stali się niewiernymi? Ile kobiet i dzieci? Ich niegodziwość nie zna granic"17.
Kolejni sułtani uważali Rodos za zagrożenie, pogwałcenie ich suwerenności i sprawę, która czeka na dokończenie. Mehmed II wysłał przeciwko szpitalnikom wielkie siły, ale upokorzony musiał się wycofać.
Kiedy ojciec Sulejmana, Selim I, podbił w 1517 roku Egipt, Rodos znalazł się na szlaku morskim do Stambułu, co zwiększyło jego znaczenie strategiczne. W pierwszej połowie XVI w. na wschodnim wybrzeżu Morza Śródziemnego panował głód i dostawy żywności do stolicy imperium stały się sprawą najwyższej wagi. "Rzeczeni mieszkańcy Rodos wyrządzają ogromne szkody poddanym sułtana"18, zanotował wenecki pamiętnikarz Sanudo w 1512 roku, w którym rycerze zakonni przechwycili osiemnaście transportów zboża do Stambułu, co o połowę podbiło jego ceny. Do sułtana docierało coraz więcej skarg: "Stosując armaty, zatapiają każdy statek wiozący kupców lub pielgrzymów do Egiptu i chwytają muzułmanów w niewolę"19. Rodos więc przestał być li tylko strategicznym zagrożeniem. Stawką stała się pozycja sułtana jako "przywódcy społeczności muzułmańskiej"20. Nie mógł on tolerować brania w jasyr muzułmanów u samych wrót swojego imperium. Postanowił zmiażdżyć "tych przeklętych sprawców niegodziwości"21.
Dziewięć dni po wysłaniu listu sławiącego belgradzkie zwycięstwo Sulejmana jego adresat postawił stopę na Rodos. Nazywał się Filip Villiers de L'Isle Adam i niedawno został wybrany na wielkiego mistrza zakonu. Miał pięćdziesiąt siedem lat i pochodził z rodziny francuskiego możnowładztwa, którego członkowie od stuleci oddawali życie w kolejnych krucjatach. Jeden z jego przodków znajdował się wśród rycerzy broniących ostatniego szańca podczas oblężenia Akki w 1291 r. L'Isle Adam nie miał złudzeń co do czekającej go misji. Podróż, w którą wyruszył z Marsylii, by objąć stanowisko, obfitowała w wiele złowieszczych znaków. W pobliżu Nicei jeden z jego statków stanął w ogniu. W Cieśninie Maltańskiej w potężny okręt flagowy zakonnej floty, Santa Maria, uderzył piorun. Śmierć poniosło dziewięciu członków załogi. Mimo że ładunek elektryczny spłynął po jego mieczu, zamieniając go w pogięty skrawek metalu, wielki mistrz zszedł z przypalonego pokładu bez najmniejszych obrażeń. Kiedy okręty zawinęły do portu w Syrakuzach na Sycylii, aby naprawić zniszczenia, jakie wyrządził sztorm, rycerze zakonni zorientowali się, że śledzi ich turecki korsarz Kurtoglu, który na czele silnej eskadry gotowych do boju galer krąży po przybrzeżnych wodach. Pod osłoną ciemności rycerze po cichu wymknęli się z zatoki i korzystając z zachodniego wiatru, uciekli prześladowcom.
Kiedy L'Isle Adam przeczytał list Sulejmana, odpowiedział nań lakonicznie, nie siląc się na uprzejmości, na przykład nie wymienił żadnego z wielu wspaniałych tytułów sułtana. Zaczynało się następująco: "Brat Filip Villiers de L'Isle Adam, Wielki Mistrz Rodos, do sułtana tureckiego Sulejmana. Dobrze pojąłem znaczenie Twego listu, który odczytał mi Twój poseł"22. Dalej następował opis, jak to korsarz Kurtoglu próbował przechwycić jego okręt, po czym list raptownie kończył się krótkim "Żegnam". Wielki mistrz wysłał również list do króla Francji, stwierdzając: "Sire, to pierwszy list, który sułtan wysłał na Rodos, odkąd został okrzyknięty Wspaniałym, i nie uznaliśmy go za znak przyjaźni, ale za zawoalowaną groźbę"23.
L'Isle Adam dobrze wiedział, na co się zanosi - rycerze mieli znakomity wywiad i od czterdziestu lat przygotowywali się na atak Turków. Przez kilkanaście lat dobijali się do papieża i na dwory Europy, prosząc o żołnierzy i pieniądze. Po upadku Egiptu w 1517 roku zagrożenie ze strony Turków wydawało się większe niż kiedykolwiek. Chrześcijańskie Morze Śródziemne drżało ze strachu w oczekiwaniu na to, co miało nastąpić. Papież Leon X wprost umierał z przerażenia: "Teraz, gdy ten straszny Turek ma w swych rękach Egipt, Aleksandrię i całe wschodnie cesarstwo rzymskie, i zgromadził ogromną flotę w Dardanelach, połknie nie tylko Sycylię i Italię, lecz cały świat"24. Dla każdego było oczywiste, że Rodos znajdzie się na linii frontu w nadchodzącej burzy. Wielki Mistrz ponowił więc prośby o pomoc.
Świat chrześcijański nie był jednak zdolny do jednomyślnej reakcji. W Italii, o czym Sulejman dobrze wiedział, trwała walka o wpływy między Habsburgami z Hiszpanii a francuskimi Walezjuszami. Wenecja, która wykrwawiła się we wcześniejszych bojach z Turkami, nalegała na zawarcie pokoju, reformacja zaś rozpoczęta przez Marcina Lutra podzieliła chrześcijan na wrogie fakcje. Kolejni papieże bezustannie apelowali do sumień najważniejszych świeckich władców Europy o podjęcie działania, ale bez skutku. Marzyły im się nowe krucjaty, ale była to czysta fantazja. W chwilach szczerości ubolewali nad opłakanym stanem chrześcijaństwa. Jedynie rycerze zakonni ruszali na wezwanie ze swoich europejskich siedzib, lecz było ich rozpaczliwie mało.
L'Isle Adam nie dał się jednak zastraszyć i rozpoczął przygotowania do oblężenia. Wysłał statki do Italii, Grecji i na Kretę po ładunek zboża i wina. Doglądał czyszczenia fos, naprawy bastionów i produkcji prochu oraz podjął działania zapobiegające wyciekowi informacji przez wąskie cieśniny do ludzi sułtana. W kwietniu 1522 roku zebrano niedojrzałe jeszcze zboże i teren dookoła miasta wypalono do gołej ziemi, usuwając wszystko, co mogłoby służyć jako kryjówka. W poprzek wejścia do zatoki rozpięto dwa ciężkie żelazne łańcuchy.
Siedemset kilometrów dalej, w Stambule, Sulejman gromadził ogromną armię i szykował flotę. Możliwość mobilizowania ludzi i środków na skalę, która zaburzała osąd sytuacji u przeciwnika, stała się symbolem osmańskich kampanii wojennych. Kronikarze często dwu- lub trzykrotnie zawyżali realną siłę, jaką sułtan mógł wystawić do walki, czasem w ogóle nie próbowali jej szacować. "Było ich tylu, ile gwiazd na niebie"25 - takim określeniem przerażeni obrońcy kulący się za blankami często oceniali siłę wroga, widząc przed sobą morze ludzi, zwierząt i namiotów. W tym samym duchu utrzymana była ocena ekspedycji tureckiej na Rodos, która podawała wyolbrzymioną liczbę 200 000 żołnierzy biorących udział w wyprawie oraz siłę potężnej armady "galeasów, galer, pallandaries (barek do transportu koni), fust i brygantyn w liczbie 300 lub więcej"26. L'Isle Adam nie miał zamiaru liczyć swoich żołnierzy zbyt starannie. Było ich tak mało, że bał się, iż podanie dokładnej liczby mogłoby źle wpłynąć na morale obrońców, "obawiał się też, że Wielki Turek mógłby się tego dowiedzieć od osób przyjeżdżających i wyjeżdżających z wyspy"27. Najprawdopodobniej miasta broniło 500 rycerzy, 1500 najemników i Grecy mieszkający na wyspie. Wielki mistrz postanowił urządzić kilka podnoszących bojowego ducha parad, podczas których różne kompanie maszerowały "ze sztandarami i bronią" i zwoływały się na przegląd, "głośno trąbiąc i waląc w bębny"28. Z rycerzami zakonnymi w czerwonych płaszczach z białymi krzyżami stanowiły barwną mozaikę.
Mehmed II nie brał osobiście udziału w oblężeniu Rodos w 1480 roku. Został w Stambule, a dowództwo powierzył jednemu ze swoich wodzów. Sulejman postanowił osobiście rzucić wyzwanie "przeklętym sprawcom niegodziwości"29. Udział sułtana ogromnie zwiększał szansę na wygraną. Odwrót był nie do pomyślenia. Porażka oznaczała dla dowódcy armii dymisję... albo śmierć. Sulejman przybywał tylko po zwycięstwo.
10 czerwca rycerze otrzymali kolejny list, tym razem pozbawiony dyplomatycznych subtelności:
Sułtan Sulejman do Villiersa de L'Isle Adama, Wielkiego Mistrza Rodos, do jego rycerzy i ludu. Potworne krzywdy, jakie wyrządziłeś moim poddanym, wzbudziły mój żal i oburzenie. Rozkazuję Ci zatem, abyś natychmiast poddał wyspę i fortecę Rodos, a dam Ci łaskawą zgodę na bezpieczne opuszczenie wyspy i zabranie z sobą najcenniejszego mienia. Gdybyś jednak wyraził chęć zostania moim poddanym, zwolnię Cię od płacenia trybutu, nie uczynię także niczego dla ograniczenia Twojej wolności albo wiary. Jeśli okażesz się mądry, wybierzesz przyjaźń i pokój zamiast okrutnej wojny. Bo jeśli zostaniesz pokonany, spotkają Cię wszelkie cierpienia, jakie zadają zwycięzcy, od których nie obroni Cię ani Twoja armia, ani pomoc z zewnątrz, ani Twoje potężne twierdze, które zburzę do fundamentów. [...] Przysięgam to na Boga w niebiosach, Stwórcę Ziemi, czterech Ewangelistów, cztery tysiące Proroków, którzy zstąpili z nieba, wśród których stoi Mahomet, najbardziej z nich godny modlitwy, oraz na cienie mego Dziada i Ojca, jak również na moją własną błogosławioną, wzniosłą głowę władcy30.
Wielki mistrz nie raczył odpowiedzieć na takie dictum. Zamiast tego zdwoił wysiłki nad produkcją prochu.
16 czerwca Sulejman przekroczył z wojskiem Bosfor i ruszył wzdłuż azjatyckiego wybrzeża do miejsca, skąd mieli się przeprawić na Rodos. Dwa dni później jego flota wypłynęła z Gallipoli, zabierając ciężkie działa, zaopatrzenie i kolejne oddziały.
Pomimo dużej różnicy w liczebności obu armii starcie nie zapowiadało się tak jednoznacznie przesądzone, jak mogłoby się wydawać. W 1480 roku, kiedy Turcy rozpoczęli oblężenie miasta Rodos, zobaczyli typową średniowieczną twierdzę otoczoną wysokim, cienkim murem, trudnym do sforsowania przy użyciu drabin i rozbicia za pomocą machin oblężniczych, ale zupełnie nieodpornym na długotrwały, ciężki ostrzał artyleryjski. Do 1521 roku fortyfikacje zostały jednak gruntownie przebudowane. Bracia zakonni mogli hołdować przestarzałemu etosowi rycerskiemu i mieć spóźnione poczucie misji, ale znali wszystkie nowinki techniczne. W ciągu czterdziestu lat pokoju wydali sporo pieniędzy na zatrudnienie najlepszych inżynierów z Italii do wzmocnienia swych redut.
Przebudowa fortyfikacji Rodos zbiegła się w czasie z rewolucją, jaka się dokonała w inżynierii wojskowej. Do radykalnych zmian w projektowaniu budowli obronnych przyczyniło się upowszechnienie użycia prochu i zastąpienie wielkich armat miotających kamienne kule celniejszymi działami odlewanymi z brązu na żeliwne pociski zdolne przebijać grubsze mury. Inżynierowie wojskowi zaczęli traktować swoją dyscyplinę jak naukę. Wykorzystanie kompasów do wyznaczania kąta ostrzału oraz znajomość balistyki pozwalały im sięgać po śmiałe rozwiązania. W mieście Rodos zastosowali prototypy wielu nowinek technicznych, które niedawno weszły do arsenału inżynierii wojskowej: grube mury, narożne bastiony, z których można było prowadzić ostrzał pod bardzo szerokim kątem, ukośne parapety do odbijania pocisków, łoża do montowania dalekonośnych dział, glifowane otwory strzelnicze, wewnętrzne mury obronne z zamaskowanymi bateriami, głębokie, wykute w skale podwójne fosy, przeciwstoki, które wystawiały nacierające oddziały na morderczy ogień. Nowe podejście opierało się na zasadzie obrony w głąb i zastosowaniu ognia krzyżowego. Podczas szturmu atakujący byli narażeni na ostrzał z wielu punktów i nie wiedzieli, jakie czekają na nich pułapki. W 1521 roku Rodos był nie tylko najlepiej bronionym miastem na świecie, ale także laboratorium doświadczalnym sztuki wojennej. Wśród robotników wznoszących fortyfikacje przeważali schwytani w niewolę muzułmanie. Był wśród nich młody żeglarz nazwiskiem Arudż, który nigdy nie zapomniał tej niewolniczej pracy ani nie miał zamiaru wybaczyć tym, którzy go do niej zmusili.
Plan twierdzy przypominał jabłko wygryzione z tej strony, gdzie w ląd wrzynała się broniona zatoka. Rycerze walczyli w oddziałach jednolitych pod względem językowym, z których każdy bronił jednego z ośmiu odcinków, na jakie podzielono pierścień murów. Najtrudniejszy do obrony bastion przypadł Owerniakom, pozostałe zaś rycerzom z Italii, Niemiec, Anglii, Kastylii, Francji, Prowansji i Aragonii.
Choć nie zdołał uzyskać znaczniejszej pomocy od państw zachodnich, L'Isle Adam miał trochę szczęścia. Udało mu się sprowadzić z Krety Gabrielego Tadiniego, "najznakomitszego inżyniera do spraw wojskowych i nadzwyczajnego eksperta w dziedzinie nauk matematycznych"31. Oficjalnie pensję Tadiniemu płacili Wenecjanie, którzy gorąco sprzeciwiali się jego udziałowi w obronie Rodos, gdyż bali się, iż zostaną oskarżeni o zaangażowanie się po jednej ze stron. Dlatego rycerze zakonni wywieźli go z Krety pod osłoną nocy, zabierając na łódź w jednej z opustoszałych zatoczek. Było to znakomite posunięcie. Energiczny, przedsiębiorczy i odważny inżynier pochodzący z Italii był wart tysiąca ludzi. Tadini wziął się ostro do pracy i doprowadził do przebudowy fortyfikacji, wymierzając pole ostrzału i precyzyjnie wyznaczając strefy śmierci.
24 czerwca, w dniu Świętego Jana - najważniejsze święto w roku dla rycerzy zakonnych - na wyspie wylądowały pierwsze zwiadowcze oddziały tureckie. Dwa dni później flota osmańska zakotwiczyła sześć mil na południe od miasta i rozpoczęła żmudny proces przewożenia żołnierzy i sprzętu z kontynentu na wyspę. Podczas uroczystej ceremonii wielki mistrz złożył na ołtarzu w Kościele Świętego Jana klucze do miasta, "błagając świętego o wzięcie tegoż w opiekę, jak i całej wiary [...] i z łaski Bożej o obronę ich przed wielką nieprzyjacielską potęgą, która otoczyła miasto"32.
Transport żołnierzy i ładunków na wyspę zajął Turkom dwa tygodnie. Na brzeg wyładowali całą encyklopedię ówczesnej artylerii: bombardy i bazyliszki, serpentyny, działa ogniste i moździerze. Miotały one najróżniejsze pociski służące osiągnięciu określonych celów podczas ataku: ogromne kamienie o średnicy blisko trzech metrów, wyrzucane z ogromną prędkością kule żeliwne służące do burzenia i przebijania murów, mosiężne pociski zapalające, które rozpryskując się, wyrzucały płonącą naftę, "by uśmiercić jak najwięcej ludzi"33, pociski moździerzowe o stromej trajektorii lotu, a nawet ładunki biologiczne - część dział celowo zaprojektowano do miotania gnijących zwłok ponad murami.
Żadna armia na świecie nie mogła dorównać Turkom w sztuce oblężniczej. Dzięki szpiegom najeźdźcy dobrze znali możliwości obronne Rodos i realistycznie podeszli do zadania. Mieli więcej zaufania do min detonowanych w podkopach niż do dział oblężniczych, dlatego duża część żołnierzy lądujących na białych plażach zamiast broni miała kilofy i szpadle. Sulejman przetrząsnął całe Bałkany w poszukiwaniu wykwalifikowanych minerów, głównie chrześcijan, którzy mieli drążyć tunele pod murami. Według zawyżonych danych było ich około 60 000, czyli prawie jedna trzecia armii. Ich zadanie polegało na pracowitym, metr po metrze, budowaniu podkopów pod zmyślnie zaprojektowane italskie bastiony.
28 lipca obrońcy zobaczyli, że tureckie statki wciągają na maszty flagi - znak, że Sulejman przepłynął cieśninę na swojej galerze. Po rozbiciu obozu i wspaniałego sułtańskiego namiotu oraz skontrolowaniu przygotowań można było oficjalnie rozpocząć oblężenie.
Najpierw była walka o przedmurze, a potem o same mury. Do pracy ruszyli saperzy, budując równoległe do fortyfikacji transzeje i wznosząc przed nimi drewniane palisady. Na drugim etapie budowano okopy - głębokie wąskie rowy - skręcające ku murom. Od początku była to mordercza praca. Punktowy ostrzał ze stanowisk artyleryjskich zaprojektowanych przez Tadiniego masakrował nieszczęsnych minerów kopiących w otwartym polu. Jeszcze więcej ginęło ich podczas niespodziewanych wypadów, jakich dokonywali obrońcy. Dowódcy tureccy nie przejmowali się tymi stratami - ludzi mieli pod dostatkiem. W końcu transzeje wykopano, działa ustawiono na stanowiskach za ochronnymi wałami ziemnymi i rozpoczął się ostrzał twierdzy. Dzień i noc przez miesiąc ciężkie działa bombardowały mury. Moździerze zasypywały miasto zapalającymi granatami, które "padając na ziemię, pękały, stawały w ogniu i czyniły nieco szkody"34. Strzelcy wyborowi uzbrojeni w arkebuzy - muszkiety zaopatrzone w zamki lontowe - starali się oczyścić mury z kryjących się za blankami obrońców. Świadek naoczny zanotował, że "padało niewiarygodnie dużo strzałów z broni ręcznej"35. Ogromna rzesza robotników wykonała zdumiewające roboty ziemne. Saperzy przesunęli o blisko kilometr bliżej twierdzy "górę ziemi"36, na której wznieśli dwie wielkie rampy sięgające wysokością muru. Po ustawieniu na nich pięciu dział Turcy rozpoczęli bezpośredni ostrzał miasta.
Armia turecka była tak ogromna, że osmańscy żołnierze otoczyli miasto od strony lądu długim na ponad dwa kilometry półksiężycem rozciągającym się od jednego brzegu do drugiego. Ogromna sieć transzei dzień pod dniu, centymetr po centymetrze, przysuwała się coraz bliżej miasta. Z góry przykrywały je drewniane zasłony, pod którymi pracowali saperzy.
Tadini nie przyglądał się temu bezczynnie. Do wykrywania drążonych tuneli zastosował pomysłowe urządzenie nasłuchowe: skórę mocno napiętą na ramach, do której przymocował dzwoneczki. Urządzenie było tak czułe, że nawet najmniejsze podziemne drgania wywoływały ostrzegawcze dźwięczenie. Kopał własne kontrtunele, aby wedrzeć się do nieprzyjacielskich sztolni i w ciemności pozabijać wrogów, wysadzał w powietrze saperów kryjących się w zamkniętych okopach i zastawiał wymyślne pułapki, aby nacierający żołnierze dostawali się w morderczy ogień krzyżowy. Na wypadek, gdyby przeoczono któryś z tuneli, drążył w fundamentach spiralne kanały rozpraszające siłę wybuchu podłożonych min.
Przebudowane umocnienia wytrzymywały ostrzał artyleryjski, ale starsze odcinki muru, zwłaszcza strefa angielska, były dużo słabsze. Saperzy zaś niestrudzenie drążyli kolejne tunele. Tadini zniszczył około pięćdziesięciu sztolni, jednakże 4 września miasto zatrzęsło się od wybuchu ładunku podłożonego pod angielskim bastionem. Niewykryty tunel pozwolił Turkom zdetonować miny i zrobić w murze dziewięciometrową wyrwę. W powstały otwór natychmiast wlała się turecka piechota i na chwilę żołnierze Sulejmana zdobyli przyczółek w mieście, zatykając na murach własne chorągwie, zanim zostali wyparci przez rycerzy zakonnych, którzy jednak okupili kontratak znacznymi stratami. Z dnia na dzień walki stawały się coraz krwawsze. Wybuchały kolejne miny, które nie czyniły jednak większych szkód dzięki kanałom wydrążonym przez Tadiniego. Obrońcy odpierali kolejne frontalne ataki. Zginęło tysiące żołnierzy tureckich. Głównemu zbrojmistrzowi Sulejmana pocisk urwał obie nogi. Podobno dla sułtana była to dotkliwsza strata niż śmierć innych dowódców.
Turcy coraz niechętniej ruszali do ataków. 9 września zostali odparci spod murów po "wspaniałej walce na miecze"37. Straty po stronie obrońców były dużo mniejsze, ale o wiele poważniejsze - każdy zabity był nie do zastąpienia. Tylko 4 września rycerze zakonni stracili trzech ważnych dowódców: admirała floty, chorążego Henry'ego Mansella i marszałka zakonnego Gabriela de Pommerolsa, który "spadł z muru, kiedy poszedł obejrzeć transzeje [...] i zranił się w pierś"38.
Sulejman znajdował się poza zasięgiem dział i obserwował walkę z bezpiecznej odległości, dokonując lakonicznych wpisów w swoim dzienniku wojennym na temat przebiegu bitwy. Pod koniec sierpnia zanotował: "26 i 27 - bitwa, 28 - rozkaz zasypania fosy gałęziami i kamieniami, 29 - baterie Piri Mehmeda Paszy, które zagwoździli niewierni, znowu podjęły ostrzał, 30 - fosa zasypana, 31 - krwawa bitwa"39. Z notatek tych bije olimpijski spokój. Sułtan mówi o sobie wyłącznie w trzeciej osobie, jak gdyby człowiek, który był Cieniem Boga na Ziemi, stał zbyt wysoko, żeby odczuwać ludzkie emocje. Mimo ich lakoniczności z notatek tych daje się odczytać nastrój wyczekiwania. Wódz Mustafa Pasza oświadczył sułtanowi, że oblężenie potrwa miesiąc. Gdy we wrześniu miastem wstrząsały kolejne wybuchy, a wyłomy w murach stale się powiększały, można było mieć nadzieję, że niebawem nastąpi ostateczny szturm. 19 września Sulejman zanotował, że części oddziałów udało się wedrzeć za mury. "Przy tej okazji nabrano pewności, że w środku nie ma ani drugiej fosy, ani drugiego muru"40. 23 września wysłano heroldów do wszystkich oddziałów z rozkazami przeprowadzenia zmasowanego ataku. Sulejman przemówił do żołnierzy, zachęcając ich do wykazania się męstwem. Zbudowano dla niego platformę, z której mógł obserwować ostateczne natarcie.
24 września przed świtem, "jeszcze przed godziną porannych modłów"41 rozpoczął się huraganowy ostrzał artylerii. W maskującym dymie janczarzy, oddziały szturmowe Sulejmana, rozpoczęli atak. Obrońcy zostali zaskoczeni. Janczarzy wdarli się na mury i zatknęli na nich swoje sztandary. Rozgorzała zaciekła walka. Zmagania trwały ponad sześć godzin. Wielkiemu mistrzowi udało się skrzyknąć obrońców i napastnicy zostali zasypani gradem pocisków z bastionów i ukrytych stanowisk strzelniczych w zewnętrznym murze. Ostatecznie Turcy zawahali się i przerwali natarcie. Żadna siła nie mogła ich zmusić do powrotu w wyłom. Uciekli z pola walki, zostawiając dymiące i okrwawione zgliszcza. Sulejman zanotował w dzienniku tylko jedno zdanie: "Atak został odparty"42. Nazajutrz oświadczył, że życzy sobie, by ciało Mustafy Paszy naszpikowane strzałami obnoszono przed całą armią. Następnego dnia złagodniał.
Echa oblężenia dotarły do najdalszych zakątków Morza Śródziemnego. Choć europejscy władcy nie kiwnęli palcem, dobrze zdawali sobie sprawę ze znaczenia Rodos. Wyspa była tamą powstrzymującą morskie zapędy Turków. Władca Świętego Cesarstwa Rzymskiego, Karol V, przewidywał, że utrata Rodos otworzy Turkom dostęp do środkowej części morza, skąd będą mogli przeprowadzać ataki morskie na Italię, "a w końcu zniszczyć cały świat chrześcijański"43. Dla obrońców Rodos owa błyskotliwa intuicja strategiczna nie miała niestety żadnych materialnych konsekwencji. W październiku jedynie dwóm stateczkom udało się przedrzeć przez blokadę i przywieźć na wyspę kilku rycerzy. W Italii zakon zebrał pieniądze na opłacenie 2000 najemników. Udało im się dostać do Mesyny na Sycylii, ale bali się stamtąd ruszyć dalej bez eskorty okrętów wojennych. W dalekiej Anglii do udziału w obronie Rodos szykował się oddział rycerzy, ale wypłynęli o zbyt późnej porze roku i ich statki zatonęły w Zatoce Biskajskiej.
Tymczasem Turcy przeprowadzali szturm za szturmem. Angielski odcinek odparł pięć ataków w ciągu dziesięciu dni, w wyniku których większość angielskich rycerzy zginęła bądź odniosła rany. 10 października nastąpił nagły zwrot sytuacji. Turcy zrobili wyłom w hiszpańskim odcinku muru i nie dali się stamtąd wykurzyć. Obrońcy odgrodzili się od nich naprędce zbudowanym wewnętrznym murem, ale Turcy już tam zostali. "Ten dzień zaczął się dla nas pod złą gwiazdą", napisał jeden z rycerzy, "stał się dla nas początkiem zagłady"44. Następnego dnia obrońców spotkał kolejny cios. Strzelec wyborowy dostrzegł Tadiniego oglądającego mury przez otwór strzelniczy i postrzelił go w twarz. Kula trafiła włoskiego inżyniera w oko i wyszła przez potylicę. Dzielny uczony, choć ciężko ranny, był zbyt twardy, by umierać, rana wyłączyła go jednak z działania na sześć tygodni. W tym czasie liczba sprawnych dział malała z dnia na dzień, a zapasy prochu tak się skurczyły, że wielki mistrz zabronił strzelania bez jego zgody.
Miasto opanowała szpiegomania. Do zamieszkujących je łacinników, Greków i Żydów, którym usługiwała zgraja ponurych muzułmańskich niewolników, łatwo trafiały hasła o piątej kolumnie nieprzyjaciela. Już na samym początku oblężenia wykryto spisek tureckich niewolnic podkładających ogień pod ważne budynki i jego przywódczynie skazano na śmierć. Pomimo nieustannego pilnowania tureccy niewolnicy wciąż próbowali ucieczki. Skakali nocami z murów lub rzucali się do morza i wpław uciekali z zatoki. Od jednego z dezerterów Sulejman dowiedział się, że podczas szturmu z 24 września obrońcy stracili 300 ludzi i znaczną liczbę wysokich dowódców. W tym samym miesiącu żydowski lekarz, głęboko zakonspirowany agent Sulejmana, pozyskany do współpracy jeszcze w czasach jego ojca, został przyłapany na wystrzeliwaniu z łuku strzały z przymocowaną do niej wiadomością. Po tych wydarzeniach ludność zaczęła w każdym widzieć szpiega. Pogłoski o zdradzie i proroctwa o czekającej wszystkich zgubie szerzyły się jak pożar. Pod koniec października na wystrzeliwaniu strzały z wiadomością przyłapano kolejnego Żyda. Był to sługa powszechnie nielubianego kanclerza zakonnego Andrei d'Amarala, który przegrał walkę o urząd wielkiego mistrza. Zdenerwowani rycerze byli gotowi uwierzyć we wszystko. D'Amarala aresztowano i poddano torturom. Choć nie przyznał się do pomocy Turkom, bracia uznali go za winnego i skazali na powieszenie, włóczenie końmi i poćwiartowanie. Głowę i szczątki ciała nadziano na piki i zatknięto na murach. Strach ogarnął miasto.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Brummett, s. 89 [wróć]
Crowley, s. 233 [wróć]
Ibid., s. 232 [wróć]
Ibid., s. 240 [wróć]
Ibid., s. 240 [wróć]
Grove, s. 9 [wróć]
Setton, t. 2, s. 292 [wróć]
Setton, t. 3, s. 175 [wróć]
Ibid., s. 174 [wróć]
Brockman, s. 114 [wróć]
Finkel, s. 115 [wróć]
Crowley, s. 51 [wróć]
Alan Fisher, s. 2 [wróć]
Setton, t. 2, s. 372 [wróć]
Rossi, s. 26 [wróć]
Ibid., s. 26 [wróć]
Ibid., s. 27 [wróć]
Setton, t. 3, s. 122 [wróć]
Rossi, s. 27 [wróć]
Alan Fisher, s. 5 [wróć]
Rossi, s. 26 [wróć]
Brockman, ss. 114-115 [wróć]
Ibid., s. 115 [wróć]
Setton, t. 3, s. 172 [wróć]
Crowley, s. 102 [wróć]
Bourbon, s. 5 [wróć]
Ibid., s. 11 [wróć]
Ibid., s. 12 [wróć]
Rossi, s. 26 [wróć]
Brockman, ss. 115-116 [wróć]
Bosio, t. 2, s. 545 [wróć]
Bourbon, s. 17 [wróć]
Ibid., s. 19 [wróć]
Ibid., s. 20 [wróć]
Ibid., s. 19 [wróć]
Porter, t. 1, s. 516 [wróć]
Bourbon, s. 28 [wróć]
Ibid., s. 28 [wróć]
Hammer-Purgstall, t. 5, s. 420 [wróć]
Ibid., s. 421 [wróć]
Brockman, s. 134 [wróć]
Hammer-Purgstall, t. 5, s. 421 [wróć]
Setton, t. 3, s. 209 [wróć]
Ibid., s. 209 [wróć]