PROLOG
MAPA PTOLEMEUSZA
Na długo zanim stanęły tam biurowce, a nawet meczety, po drugiej stronie
Złotego Rogu wyrosła Hagia Sophia. Przez tysiąc lat jej kopuła samotnie
odcinała się na tle nieba. W czasach średniowiecza oczom tego, kto się
na nią wspiął, ukazywał się widok "przystrojonego wodnymi girlandami
miasta". Patrząc z tego miejsca, nikt nie mógł mieć wątpliwości,
dlaczego przez setki lat Konstantynopol panował nad światem.
Wieczorem 29 maja 1453 roku na kopułę Hagii Sophii wspiął się sułtan
imperium osmańskiego Mehmed II. Tego doniosłego dnia jego armia szturmem
zdobyła miasto, wypełniając tym samym islamskie proroctwo i niszcząc
ostatni bastion chrześcijańskiego cesarstwa bizantyjskiego. Osmański
kronikarz napisał, że sułtan "niczym Duch Święty dostąpił czwartej sfery
nieba"2.
Władca spoglądał w dół przygnębiony i smutny. Konstantynopol leżał w gruzach, doszczętnie splądrowany, "ogołocony i poczerniały, jakby
strawił go pożar"3. Wojsko się wycofało, kościoły obrabowano, a ostatni cesarz zginął w masakrze. Zdobywcy spędzali razem mężczyzn,
kobiety i dzieci, pętali im ręce i ustawiali w długie szeregi. Na
opuszczonych domach łopotały flagi na znak, że już wcześniej ktoś je
obrabował. Żałosne jęki branych w jasyr ludzi zagłuszało wezwanie do
modlitwy. Oznajmiało, że czas jednej dynastii cesarskiej dobiegł końca i legalną władzę na zasadzie prawa zdobywcy przejmuje następna. Turcy
osmańscy, wędrowny lud plemienny pochodzący z serca Azji, zdołali w końcu na stałe zaznaczyć obecność islamu na europejskim brzegu, w mieście, które nazwali Stambułem. Ich zwycięstwo potwierdzało prawo
wyznawców Mahometa do Bizancjum i pozycję niekwestionowanego patrona
świętej wojny.
Dogodny punkt obserwacji skłonił sułtana do rozmyślań nad przeszłością i przyszłością swojego ludu. Na południu, za cieśniną Bosfor, rozciągała
się Anatolia, Azja Mniejsza, skąd przywędrowali w drodze na północ, do
Europy, którą uczynili obiektem swoich ambicji terytorialnych. Jednak to
Zachód miał się stać dla Turków największym wyzwaniem. W popołudniowym
słońcu morze Marmara połyskiwało niczym polerowany mosiądz. Za nim
rozciągał się bezmiar wód Morza Śródziemnego, które Turcy zwali Morzem
Białym. Podbijając Konstantynopol, Mehmed II nie tylko zdobył nowe
terytoria, ale także stał się dziedzicem morskiego imperium.
Wydarzenia 1453 roku były częścią zmagań islamu z chrześcijaństwem.
Dzięki ruchowi krucjatowemu trwającemu od XI do XV wieku chrześcijaństwo
zdominowało basen Morza Śródziemnego. Krzyżowcy stworzyli mozaikę
państewek na wybrzeżu Grecji i wysepkach Morza Egejskiego, które
ułatwiały im kontakt z łacińskim Zachodem. Kierunek podbojów uległ
odwróceniu, kiedy w 1291 roku krzyżowcy utracili Akkę i ostatni ważny
przyczółek w Palestynie. Nastąpił kontratak islamu.
Od czasów starożytnych Rzymian nikt nie zdołał zapanować nad Morzem
Śródziemnym. Mehmed II uważał się jednak za dziedzica cesarzy rzymskich.
Jego ambicja nie znała granic. Postanowił, że stworzy "na świecie jedno
imperium, z jedną wiarą i jednym monarchą"4, i nazywał siebie
"władcą dwóch mórz"5: Białego i Czarnego. Początkowo Turcy czuli
się na morzu obco. Nie było stałym lądem. Nie miało naturalnych granic.
Nomadom musiało się wydawać wyjątkowo niegościnne. Nie pamiętali, że
islam już wcześniej zdobył przyczółki na wybrzeżu Morza Śródziemnego,
ale je utracił. Mehmed II jednak już podjął decyzję: zgromadził dużą
flotę i przystąpił do oblężenia Konstantynopola. I choć załogi jego
okrętów nie miały wielkiego doświadczenia, szybko się uczyły.
Kilka lat po zdobyciu miasta sułtan zlecił wykonanie kopii mapy Europy
sporządzonej przez starożytnego geografa Ptolemeusza, którą Grecy
przetłumaczyli mu na arabski. Z drapieżną dokładnością studiował na niej
układ mórz. Wodził palcem po Wenecji, Rzymie, Neapolu, Sycylii, Marsylii
i Barcelonie, wykreślał trasę przez Wrota Gibraltaru, interesowały go
nawet tak dalekie krainy jak Brytania. Tłumacze przezornie zadbali, żeby
największym miastem na mapie był Stambuł, tak że Mehmed II nie miał
pojęcia, iż na jej zachodnim krańcu władcy Hiszpanii mają podobne
ambicje imperialne. Madryt i Stambuł niczym gigantyczne lustra odbijały
to samo słońce, ale z początku znajdowały się od siebie zbyt daleko,
żeby zdać sobie z tego sprawę. Wkrótce to światło miało się skupić w ich
wzajemnej wrogości. Mapa Ptolemeusza, pomimo trudno rozpoznawalnych
półwyspów i zniekształconych konturów wysp, nie pozostawiała wątpliwości
co do najważniejszej cechy Morza Śródziemnego: że są to faktycznie dwa
morza oddzielone wąskim przesmykiem między Tunezją a Sycylią, pośrodku
którego niczym przypadkowa kropka leży Malta. Osmanowie mieli wkrótce
opanować morza na wschodzie, a Habsburgowie hiszpańscy na zachodzie.
Prędzej czy później musieli się spotkać przy owej kropce.
Dziś przelot wzdłuż Morza Śródziemnego od południowej Hiszpanii do
brzegów Libanu trwa nie więcej niż trzy godziny. Oglądane z lotu ptaka
morze emanuje spokojem: zdyscyplinowana kawalkada statków leniwie sunąca
po połyskującej toni. Na północnym poszarpanym wybrzeżu ciągną się
wakacyjne wioski, mariny dla jachtów, eleganckie kurorty, jak również
wielkie porty i kompleksy przemysłowe stanowiące gospodarcze muskuły
południowej Europy. Każdy statek płynący po tych spokojnych wodach można
śledzić z kosmosu. Dzisiejsze statki - odporne na sztormy, które
zatopiły łodzie Odyseusza i Świętego Pawła - pływają na dowolnie
wybranych trasach. W naszym stale kurczącym się świecie miejsce, które
Rzymianie nazywali centrum świata, wydaje się niezwykle małe.
Pięćset lat temu ludzie traktowali to morze zupełnie inaczej. Na dawno
ogołoconych z drzew wybrzeżach, z wyjałowioną przez kozy i ludzi glebą,
często panował głód. Nic dziwnego, że w XIV w. Kreta wydawała się
Dantemu ekologiczną ruiną. "Pośrodku morza leży nieurodzajny ląd",
pisał, "który niegdyś cieszył się wodą i zielenią, a teraz jest
pustynią"6. Samo morze też jest ubogie. Powstało w dramatycznych okolicznościach geologicznych, kiedy gwałtownie wlały się
do niego wody Atlantyku, wypełniając głębokie otchłanie. Nie leży na
szelfie kontynentalnym i nie może się równać z bogatymi łowiskami w okolicach Nowej Fundlandii czy na Morzu Północnym. Ludziom żyjącym na
jego wybrzeżach te miliony mil kwadratowych wody, podzielonych na
kilkanaście odmiennych stref, z których każda miała swoje
charakterystyczne wiatry, nieregularności linii brzegowej i rozproszone
wysepki, wydawały się niezmierzone i niebezpieczne - i tak wielkie, że
obie jego części przedstawiały inne światy. Podczas dobrej pogody statek
odbywał podróż z Marsylii na Kretę w ciągu dwóch miesięcy, a podczas
złej - nawet sześciu. Łodzie nie budziły zaufania, sztormy pojawiały się
nagle, tak jak pirackie kogi na horyzoncie, toteż nic dziwnego, że
żeglarze woleli wlec się wzdłuż wybrzeża niż płynąć przez otwarte wody.
Na żeglarzy czyhały liczne niebezpieczeństwa. Nikt nie wchodził na trap,
nie powierzywszy wcześniej duszy Bogu. Morze Śródziemne było morzem
kłopotów. A od 1453 roku stało się teatrem zmagań wojennych.
Na jego wodach doszło do najbardziej zawziętej i chaotycznej rywalizacji
w europejskiej historii: wojny między islamem a chrześcijaństwem o centrum świata. Walka toczyła się od przypadku do przypadku z górą sto
lat - same początkowe potyczki, w których Turcy zademonstrowali wyższość
nad Wenecjanami, trwały pięćdziesiąt lat. Zmagania przybierały różne
formy: wojen gospodarczych na wyniszczenie, najazdów pirackich w imię
religii, ataków na przybrzeżne fortece i porty, oblężenia wielkich
wyspiarskich bastionów i - najrzadziej - epickich bitew morskich. Do
wojny zostały wciągnięte wszystkie żyjące nad morzem ludy i grupy
interesów: Turcy, Grecy, Afrykanie z północy, Hiszpanie, Francuzi,
państewka włoskie, ludy mieszkające nad Adriatykiem i wzdłuż wybrzeży
Dalmacji, kupcy, sojusznicy cesarstwa, piraci i rycerze świętej wojny -
w zmiennych przymierzach wszyscy walczyli w obronie religii, handlu i imperium. Nikt nie mógł pozostać neutralny, choć Wenecjanie przez długi
czas bardzo się o to starali.
Otoczona ze wszystkich stron wodami arena stwarza nieograniczone
możliwości konfrontacji. Między północą a południem jest zadziwiająco
wąska - w wielu miejscach wrogów rozdzielał tylko ciek wody. Najeźdźcy
mogli się pojawiać na horyzoncie bez uprzedzenia i równie szybko znikać.
Od czasów błyskawicznych uderzeń Mongołów Europa nie miała do czynienia
z tak przerażającym nieprzyjacielem. Morze Śródziemne stało się biosferą
chaotycznej przemocy, gdzie islam i chrześcijaństwo ścierały się z sobą
z bezprzykładnym okrucieństwem. Terenem walki stała się woda, wyspy i wybrzeża, gdzie wynik zmagań często zależał od wiatru i pogody, a jej
główną bronią była galera wiosłowa.
Dla chrześcijan imperium osmańskie, w rzeczywistości wieloetniczne, to
po prostu byli Turcy, "najokrutniejszy wróg Chrystusa"7.
Zachodnia Europa postrzegała rywalizację z nimi jako ostateczną wojnę,
bolesną traumę związaną z walką przeciwko siłom ciemności. Stolica
Apostolska wiedziała o mapie Ptolemeusza, którą zamówił sułtan. Uważano,
że symbolizuje plany podbojów osmańskich, i tę scenę w Pałacu Topkapi
nad Bosforem przedstawiano z pedantyczną dokładnością. Sułtan, Wielki
Turek, w turbanie i kaftanie, z zakrzywionym nosem i okrutną twarzą
siedzi w pełnej barbarzyńskiego przepychu sali wykładanej mozaiką i studiuje drogi morskie prowadzące na zachód. Myśli tylko o tym, jak
zniszczyć chrześcijaństwo. W 1517 roku papież Leon X czuł zagrożenie
tureckie niemal jak oddech na karku: "Codziennie przegląda opisy i patrzy na mapę brzegów Italii"8, napisał ze strachem. "Nie myśli
o niczym innym, jak tylko o gromadzeniu armat, budowie statków i studiowaniu europejskich mórz i wysp"9. Dla Osmanów i ich
północnoafrykańskich sojuszników nadszedł czas odpłaty za wyprawy
krzyżowe, okazja do odwrócenia kierunku światowych podbojów i przejęcia
kontroli nad handlem.
Rywalizacja toczyła się nie tylko na morzu. Europa zwalczała swoich
wrogów na Bałkanach, równinach Węgier, na Morzu Czerwonym, u bram
Wiednia, ale w końcu obie strony skoncentrowały swoje siły pośrodku
mapy. Ten sześćdziesięcioletni bój miał poprowadzić prawnuk Mehmeda II,
Sulejman. Wojna na serio wybuchła w 1521 roku i osiągnęła apogeum między
1565 a 1571 rokiem - sześć lat bezprzykładnego przelewu krwi, podczas
którego dwaj zawodnicy wagi ciężkiej owych czasów - osmańscy Turcy i hiszpańscy Habsburgowie - trzymali się bitewnych nakazów swojej wiary i walczyli na śmierć i życie. Wynik tej walki miał ukształtować granice
między światem islamskim a chrześcijańskim i przesądzić o przyszłości
obu imperiów.
Jeśli coś można uznać za jej początek, to był nim pewien list.
ROZDZIAŁ 1
SUŁTAN SKŁADA WIZYTĘ
1521-1523
Najpierw litania monarszych tytułów, a potem groźba:
10 września 1521, Belgrad
Sulejman Sułtan, z łaski Bożej, Król Królów, Władca Władców, Potężny
Cesarz Bizancjum i Trapezuntu, Wielki Król Persji, Arabii, Syrii i Egiptu, Najwyższy Władca Azji, Europy, Książę Mekki i Aleppo, Pan
Jerozolimy, Władca Mórz pozdrawia Filipa Villiers de L'Isle Adama,
Wielkiego Mistrza wyspy Rodos.
Składam Ci gratulacje z okazji uzyskania nowej godności i przybycia na
swoje włości. Ufam, że Twoje panowanie będzie jeszcze pomyślniejsze i godne większej chwały niż rządy Twoich poprzedników. Pozostaję w nadziei, że dalej będę cieszyć się Twoją łaską. Wzywam Cię przeto,
jako mojego drogiego przyjaciela, abyś razem ze mną radował się tym,
że idąc w ślady ojca, który podbił Persję, Jerozolimę, Arabię i Egipt,
zdobyłem, ubiegłej jesieni, Belgrad, najpotężniejszą z warowni. Potem,
kiedy na próżno oczekiwałem, że Niewierny podejmie ze mną walkę,
zająłem wiele pięknych i dobrze ufortyfikowanych miast. Ogniem lub
mieczem zgładziłem większość ich mieszkańców, a resztę wziąłem w niewolę. Teraz, wysławszy moje niezliczone zwycięskie armie na zimowe
leże, wracam w triumfie na swój dwór w Stambule10.
Dla każdego, kto potrafi czytać między wierszami, jest jasne, że nie
były to wyrazy przyjaźni, lecz wypowiedzenie wojny. Sulejman, prawnuk
Mehmeda II Zdobywcy, właśnie wstąpił na tron. Zgodnie ze zwyczajem i tradycją dojście do władzy musiał upamiętnić zwycięstwem: każdy nowy
sułtan dla legitymizacji swojego tytułu "Zdobywcy Wschodu i Zachodu"11 musiał przyłączyć do światowego imperium nowe
terytoria. Potem mógł rozdać łupy, zabiegać o lojalność armii i oddać
się rytualnej propagandzie. Nowy sułtan wysyłał listy obwieszczające
jego zwycięstwa - potwierdzenie władzy - aby zdobyć podziw świata
muzułmańskiego i zastraszyć chrześcijan, po czym mógł przystąpić do
budowy swojego meczetu.
Wstąpieniu na tron musi także towarzyszyć śmierć. Prawo nakazuje
sułtanowi zabić wszystkich braci "w interesie ładu
światowego"12, aby zdusić w zarodku możliwość wybuchu wojny
domowej. Z pałacowego haremu od bezgłośnie szlochających kobiet wychodzą
żałobne orszaki z dziecięcymi trumienkami, a do odległych prowincji
wyruszają zabójcy z cięciwami w pościg za starszym rodzeństwem. Sulejman
nie musiał tego robić. Był jedynym męskim potomkiem. Przypuszczalnie
sześć lat wcześniej jego ojciec, Selim I Okrutny, kazał zabić
pozostałych synów, aby udaremnić przewidywane zamachy stanu.
Dwudziestosześcioletni sułtan obejmował więc swoje dominium w wyjątkowo
sprzyjających okolicznościach. Odziedziczył potężne, zjednoczone
imperium dysponujące niezrównanymi zasobami. Bogobojnym muzułmanom
Sulejman zwiastował nadejście dobrych czasów. Ojciec wybrał mu imię -
Salomon - otwierając Koran na chybił trafił, co miało zapowiadać władcę
mądrego i sprawiedliwego. W czasach wiary we wróżby należało zadbać o wszelkie okoliczności wstąpienia syna na tron. Sulejman był dziesiątym
sułtanem, urodzonym w dziesiątym roku dziesiątego stulecia ery
muzułmańskiej. Dziesięć było liczbą doskonałą: z dziesięciu części
składał się Koran, Prorok miał dziesięciu uczniów, Pięcioksiąg liczył
dziesięć przykazań, islam rozróżniał dziesięć astrologicznych niebios.
Moment wkroczenia na światową arenę wyznaczył Sulejmanowi los.
Jego panowanie wypadło w czasach rządów całego tłumu skłóconych z sobą
władców, z którymi musiał rywalizować: Habsburgów - Karola V i Filipa II
z Hiszpanii, francuskich Walezjuszy - Franciszka I i jego syna Henryka
II, Henryka VIII i Elżbiety I z angielskiej dynastii Tudorów,
moskiewskiego cara Iwana Groźnego, perskiego szacha Ismaila I i cesarza
Akbara z dynastii Wielkich Mogołów w Indiach. Żaden z nich nie miał
jednak takiego jak on poczucia mocarstwowej misji i nie stawiał sobie
równie wielkich celów.
Od samego początku Sulejman dbał o to, by zrobić ogromne wrażenie na
cudzoziemskich posłach przybyłych na stambulski dwór. "Sułtan jest
wysokim, smukłym, ale silnym mężczyzną o szczupłej twarzy", pisał
Wenecjanin Bartolomeo Contarini. "Mówi się, że jego imię zostało trafnie
wybrane [...], ma dużą wiedzę i wykazuje się dobrym osądem
sytuacji"13. Z poważnym wyrazem twarzy, o pewnym spojrzeniu,
chodził w prostych, ale eleganckich kaftanach. Wzrost i postawę
podkreślały wielki, okrągły turban nasunięty głęboko na czoło oraz blada
cera. Chciał, by podziwiano zarówno jego, jak i wspaniałość jego dworu.
Wkrótce zgłosił pretensje do tytułu władcy świata i postawił sobie za
cel opanowanie basenu Morza Śródziemnego.
Chodziło mu o dwa szybkie zwycięstwa. Sulejman pamiętał o osiągnięciach
swoich przodków i od dzieciństwa marzył o dwóch podbojach, których nie
zdołał doprowadzić do końca jego pradziad Mehmed II. Pierwszym było
zdobycie Belgradu, fortecy stanowiącej bramę na Węgry. Dziesięć miesięcy
po wstąpieniu na tron stanął pod murami miasta, a w sierpniu 1521 roku
już odmawiał modlitwę w chrześcijańskiej katedrze. Drugą zdobyczą, o której marzył, było uzyskanie tytułu Padyszacha Morza Białego, a to
oznaczało podbój Rodos.
Wyspa, na którą teraz zwrócił uwagę Sulejman, była dziwnym
anachronizmem, niezwykłą pozostałością po średniowiecznych wyprawach
krzyżowych leżącą w zasięgu ręki świata islamskiego. Rodos jest
największą i najżyźniejszą wyspą z pasa wapiennych wysepek zwanego
Dodekanezem - dwunastoma wyspami - który ciągnie się setki kilometrów
wzdłuż wybrzeża Azji Mniejszej. Rodos leży na południowo-zachodnim
krańcu Dodekanezu. Na północnym krańcu archipelagu z kolei znajduje się
Patmos, wapienna wysepka z monastyrem Świętego Jana, jedno z najświętszych miejsc Kościoła prawosławnego, gdzie Święty Jan
Ewangelista doznał objawienia. Wysepki archipelagu opasują przylądki i wcinają się w zatoki azjatyckiej części Morza Egejskiego tak, że zawsze
widać z nich ląd. Z Rodos na wybrzeże Azji Mniejszej jest zaledwie
jedenaście mil i przy dobrym wietrze można dopłynąć tam w dwie godziny.
W pogodne zimowe dni, gdy powietrze jest rozrzedzone, można odnieść
wrażenie, że ośnieżone azjatyckie szczyty znajdują się o rzut kamieniem.
Kiedy w 1453 roku Mehmed II zdobył Konstantynopol, kraje chrześcijańskie
władały całym Morzem Egejskim, traktując je jako pierścień obronny albo
swego rodzaju sklepienie, którego wytrzymałość zależy od każdej cegły z osobna. Do 1521 roku cała ta budowla się jednak zawaliła. Mimo to, wbrew
prawu grawitacji, Rodos, kluczowy element budowli, przetrwał jako
samotny chrześcijański bastion stojący w poprzek osmańskich tras
żeglugowych i ograniczający morskie ambicje sułtana.
Rodos i otaczającymi ją wyspami władał w imieniu papieża ostatni z wielkich zakonów rycerskich z czasów wojen krzyżowych, Zakon Rycerski
Szpitalników Świętego Jana Jerozolimskiego, potocznie zwany zakonem
szpitalników lub joannitów, którego dobrobyt ściśle zależał od
krucjatowego przedsięwzięcia. Powołany do opieki nad chorymi
pielgrzymami udającymi się do Jerozolimy, z czasem stał się, podobnie
jak templariusze i krzyżacy, zakonem walczącym. Rycerze zakonni składali
dożywotnie śluby ubóstwa, czystości i posłuszeństwa papieżowi oraz
zobowiązywali się toczyć nieustanną wojnę z niewiernymi, co stało się
głównym celem ich działalności. Szpitalnicy walczyli niemal w każdej
potyczce podczas długich wojen toczonych na Ziemi Świętej, aż zostali
prawie doszczętnie wybici podczas obrony Akki w 1291 roku. Gdy na
wygnaniu poszukiwali środków na kontynuowanie walki, zwrócili uwagę na
Rodos należący do greckiego Kościoła prawosławnego. W 1307 roku dokonali
inwazji na wyspę, zajęli ją i odtąd stała się ona wysuniętym
przyczółkiem zachodniego chrześcijaństwa w świecie islamskim. Miejscem,
gdzie można było planować kontrofensywę na Jerozolimę w nieokreślonej
przyszłości.
Na Rodos rycerze Świętego Jana stworzyli mały feudalny bastion, ostatnią
placówkę łacińskich wypraw krzyżowych, podporządkowaną tylko papieżowi,
utrzymywaną z dochodów z dzierżawy ogromnych włości, jakie zakon miał w Europie, i przeznaczoną wyłącznie do prowadzenia świętej wojny. Zakon
Świętej Religii, jak sami siebie nazywali, opanował sztukę budowy
fortyfikacji. Bracia nauczyli się jej podczas wielu lat prowadzenia
obrony Jerozolimy. To oni wznieśli Krak de Chevaliers, najpotężniejszy z zamków zbudowanych przez krzyżowców, a teraz umocnili fortyfikacje
miasta Rodos i dysponując niewielką flotą dobrze uzbrojonych galer,
zamienili się w morskich rozbójników, którzy plądrowali wybrzeża
imperium osmańskiego, zagrażali jego morskim szlakom, grabili mienie i brali ludzi w niewolę.
Przez dwieście lat szpitalnicy toczyli bezkompromisową walkę ze światem
muzułmańskim, zamieniając Dodekanez w łańcuch ufortyfikowanych wysepek,
za których sprawą trzymali Turków w szachu. Udało im się nawet zahaczyć
na samym kontynencie, zdobyli bowiem Zamek św. Piotra Wyzwoliciela,
zwany przez Turków Bodrum. Niewolnicy chrześcijańscy wykorzystywali go
jako drogę ucieczki, a szpitalnicy - jako narzędzie propagandowe służące
zbieraniu w Europie funduszy na ich misję. Rycerze wyciągnęli wnioski z tego, jaki los spotkał templariuszy, i troskliwie pielęgnowali swój
wizerunek Tarczy Chrześcijaństwa.
Europejczycy żywili wobec zakonu mieszane uczucia. Dla papiestwa Rodos
miał przede wszystkim znaczenie symboliczne jako zewnętrzna linia obrony
przed niewiernymi, stanowiąca strzeżoną morską granicę nabierającą
znaczenia wraz z ciągłym kurczeniem się pod naporem islamu cesarstwa
bizantyjskiego, gdy białe wysepki jedna po drugiej wpadały w ręce
imperium osmańskiego. Papież Pius II żalił się, że "gdyby inni
chrześcijańscy książęta [...] wykazywali się równie nieugiętą wrogością
w stosunku do Turków jak samotna wysepka Rodos, ci bezbożnicy nigdy nie
urośliby w siłę"14. Nawet po upadku Konstantynopola Stolica
Apostolska wciąż traktowała Rodos jak swój najważniejszy projekt służący
ewentualnemu powrotowi do Ziemi Świętej. Inni byli mniej łaskawi:
chrześcijańscy kupcy morscy widzieli w nim niebezpieczny anachronizm.
Akty piractwa, jakich dopuszczali się szpitalnicy, i blokady, jakie
nakładali na zachodnich kupców muzułmanie, zagrażały zniszczeniem
chwiejnego pokoju, na którym opierał się handel. Wenecjanie traktowali
ich jak zwykłych korsarzy i upatrywali w nich największe - po
imperialnych ambicjach władców osmańskich - zagrożenie dla swych
interesów.
Konsekwencje działalności rycerzy zakonnych z pewnością były
poważniejsze niż siła, jaką dysponowali. Na Rodos nigdy nie przebywało
więcej niż pięciuset rycerzy pochodzących z europejskich rodów
arystokratycznych, którzy mogli liczyć jedynie na najemników lub
wsparcie, często przymusowe, greckich mieszkańców wyspy. Szpitalnicy
stanowili niewielką, dobrze zorganizowaną wojskową elitę z silnym
poczuciem misji, a ich dokuczliwość dla nieprzyjaciół była
niewspółmierna wobec ich liczebności. Ich galery czaiły się w akwamarynowych lagunach i skalistych zatokach, by błyskawicznie ruszyć
za przepływającymi statkami wiozącymi pielgrzymów zmierzających do
Mekki, drewno z wybrzeży Morza Czarnego do Egiptu, ładunek przypraw z Arabii, miód, suszone ryby, wino i jedwab. Budzili grozę zarówno wśród
wrogów, jak i przyjaciół. Stanąć do walki z galerą szpitalników równało
się zaatakowaniu przez skorpiona. "Ci korsarze znani są z energii i odwagi" - pisali osmańscy kronikarze - "rujnują ludziom życie, narażając
kupców na straty i biorąc w jasyr podróżników"15. Dla
muzułmanów byli zawsze arcywrogami, "złowrogą sektą Franków, najgorszym
błędem Europy, całkowicie zdeprawowanym diabelskim
nasieniem"16. Saladyn bez skrupułów zabijał pochwyconych
szpitalników. Przez sojusz z papieżem byli dla muzułmanów podwójnie
znienawidzeni. Co gorsza, na wyspie prowadzili targ niewolników, na
którym handlowali muzułmanami. "Ilu jeszcze synów Proroka pochwycą te
dzieci kłamstwa?" - ubolewali muzułmańscy kronikarze. "Ile jeszcze
tysięcy wiernych zmuszą, by stali się niewiernymi? Ile kobiet i dzieci?
Ich niegodziwość nie zna granic"17.
Kolejni sułtani uważali Rodos za zagrożenie, pogwałcenie ich
suwerenności i sprawę, która czeka na dokończenie. Mehmed II wysłał
przeciwko szpitalnikom wielkie siły, ale upokorzony musiał się wycofać.
Kiedy ojciec Sulejmana, Selim I, podbił w 1517 roku Egipt, Rodos znalazł
się na szlaku morskim do Stambułu, co zwiększyło jego znaczenie
strategiczne. W pierwszej połowie XVI w. na wschodnim wybrzeżu Morza
Śródziemnego panował głód i dostawy żywności do stolicy imperium stały
się sprawą najwyższej wagi. "Rzeczeni mieszkańcy Rodos wyrządzają
ogromne szkody poddanym sułtana"18, zanotował wenecki
pamiętnikarz Sanudo w 1512 roku, w którym rycerze zakonni przechwycili
osiemnaście transportów zboża do Stambułu, co o połowę podbiło jego
ceny. Do sułtana docierało coraz więcej skarg: "Stosując armaty,
zatapiają każdy statek wiozący kupców lub pielgrzymów do Egiptu i chwytają muzułmanów w niewolę"19. Rodos więc przestał być li
tylko strategicznym zagrożeniem. Stawką stała się pozycja sułtana jako
"przywódcy społeczności muzułmańskiej"20. Nie mógł on
tolerować brania w jasyr muzułmanów u samych wrót swojego imperium.
Postanowił zmiażdżyć "tych przeklętych sprawców
niegodziwości"21.
Dziewięć dni po wysłaniu listu sławiącego belgradzkie zwycięstwo
Sulejmana jego adresat postawił stopę na Rodos. Nazywał się Filip
Villiers de L'Isle Adam i niedawno został wybrany na wielkiego mistrza
zakonu. Miał pięćdziesiąt siedem lat i pochodził z rodziny francuskiego
możnowładztwa, którego członkowie od stuleci oddawali życie w kolejnych
krucjatach. Jeden z jego przodków znajdował się wśród rycerzy broniących
ostatniego szańca podczas oblężenia Akki w 1291 r. L'Isle Adam nie miał
złudzeń co do czekającej go misji. Podróż, w którą wyruszył z Marsylii,
by objąć stanowisko, obfitowała w wiele złowieszczych znaków. W pobliżu
Nicei jeden z jego statków stanął w ogniu. W Cieśninie Maltańskiej w potężny okręt flagowy zakonnej floty, Santa Maria, uderzył piorun.
Śmierć poniosło dziewięciu członków załogi. Mimo że ładunek elektryczny
spłynął po jego mieczu, zamieniając go w pogięty skrawek metalu, wielki
mistrz zszedł z przypalonego pokładu bez najmniejszych obrażeń. Kiedy
okręty zawinęły do portu w Syrakuzach na Sycylii, aby naprawić
zniszczenia, jakie wyrządził sztorm, rycerze zakonni zorientowali się,
że śledzi ich turecki korsarz Kurtoglu, który na czele silnej eskadry
gotowych do boju galer krąży po przybrzeżnych wodach. Pod osłoną
ciemności rycerze po cichu wymknęli się z zatoki i korzystając z zachodniego wiatru, uciekli prześladowcom.
Kiedy L'Isle Adam przeczytał list Sulejmana, odpowiedział nań
lakonicznie, nie siląc się na uprzejmości, na przykład nie wymienił
żadnego z wielu wspaniałych tytułów sułtana. Zaczynało się następująco:
"Brat Filip Villiers de L'Isle Adam, Wielki Mistrz Rodos, do sułtana
tureckiego Sulejmana. Dobrze pojąłem znaczenie Twego listu, który
odczytał mi Twój poseł"22. Dalej następował opis, jak to korsarz
Kurtoglu próbował przechwycić jego okręt, po czym list raptownie kończył
się krótkim "Żegnam". Wielki mistrz wysłał również list do króla
Francji, stwierdzając: "Sire, to pierwszy list, który sułtan wysłał na
Rodos, odkąd został okrzyknięty Wspaniałym, i nie uznaliśmy go za znak
przyjaźni, ale za zawoalowaną groźbę"23.
L'Isle Adam dobrze wiedział, na co się zanosi - rycerze mieli znakomity
wywiad i od czterdziestu lat przygotowywali się na atak Turków. Przez
kilkanaście lat dobijali się do papieża i na dwory Europy, prosząc o żołnierzy i pieniądze. Po upadku Egiptu w 1517 roku zagrożenie ze strony
Turków wydawało się większe niż kiedykolwiek. Chrześcijańskie Morze
Śródziemne drżało ze strachu w oczekiwaniu na to, co miało nastąpić.
Papież Leon X wprost umierał z przerażenia: "Teraz, gdy ten straszny
Turek ma w swych rękach Egipt, Aleksandrię i całe wschodnie cesarstwo
rzymskie, i zgromadził ogromną flotę w Dardanelach, połknie nie tylko
Sycylię i Italię, lecz cały świat"24. Dla każdego było oczywiste,
że Rodos znajdzie się na linii frontu w nadchodzącej burzy. Wielki
Mistrz ponowił więc prośby o pomoc.
Świat chrześcijański nie był jednak zdolny do jednomyślnej reakcji. W Italii, o czym Sulejman dobrze wiedział, trwała walka o wpływy między
Habsburgami z Hiszpanii a francuskimi Walezjuszami. Wenecja, która
wykrwawiła się we wcześniejszych bojach z Turkami, nalegała na zawarcie
pokoju, reformacja zaś rozpoczęta przez Marcina Lutra podzieliła
chrześcijan na wrogie fakcje. Kolejni papieże bezustannie apelowali do
sumień najważniejszych świeckich władców Europy o podjęcie działania,
ale bez skutku. Marzyły im się nowe krucjaty, ale była to czysta
fantazja. W chwilach szczerości ubolewali nad opłakanym stanem
chrześcijaństwa. Jedynie rycerze zakonni ruszali na wezwanie ze swoich
europejskich siedzib, lecz było ich rozpaczliwie mało.
L'Isle Adam nie dał się jednak zastraszyć i rozpoczął przygotowania do
oblężenia. Wysłał statki do Italii, Grecji i na Kretę po ładunek zboża i wina. Doglądał czyszczenia fos, naprawy bastionów i produkcji prochu
oraz podjął działania zapobiegające wyciekowi informacji przez wąskie
cieśniny do ludzi sułtana. W kwietniu 1522 roku zebrano niedojrzałe
jeszcze zboże i teren dookoła miasta wypalono do gołej ziemi, usuwając
wszystko, co mogłoby służyć jako kryjówka. W poprzek wejścia do zatoki
rozpięto dwa ciężkie żelazne łańcuchy.
Siedemset kilometrów dalej, w Stambule, Sulejman gromadził ogromną armię
i szykował flotę. Możliwość mobilizowania ludzi i środków na skalę,
która zaburzała osąd sytuacji u przeciwnika, stała się symbolem
osmańskich kampanii wojennych. Kronikarze często dwu- lub trzykrotnie
zawyżali realną siłę, jaką sułtan mógł wystawić do walki, czasem w ogóle
nie próbowali jej szacować. "Było ich tylu, ile gwiazd na
niebie"25 - takim określeniem przerażeni obrońcy kulący się za
blankami często oceniali siłę wroga, widząc przed sobą morze ludzi,
zwierząt i namiotów. W tym samym duchu utrzymana była ocena ekspedycji
tureckiej na Rodos, która podawała wyolbrzymioną liczbę 200 000
żołnierzy biorących udział w wyprawie oraz siłę potężnej armady
"galeasów, galer, pallandaries (barek do transportu koni), fust i brygantyn w liczbie 300 lub więcej"26. L'Isle Adam nie miał
zamiaru liczyć swoich żołnierzy zbyt starannie. Było ich tak mało, że
bał się, iż podanie dokładnej liczby mogłoby źle wpłynąć na morale
obrońców, "obawiał się też, że Wielki Turek mógłby się tego dowiedzieć
od osób przyjeżdżających i wyjeżdżających z wyspy"27.
Najprawdopodobniej miasta broniło 500 rycerzy, 1500 najemników i Grecy
mieszkający na wyspie. Wielki mistrz postanowił urządzić kilka
podnoszących bojowego ducha parad, podczas których różne kompanie
maszerowały "ze sztandarami i bronią" i zwoływały się na przegląd,
"głośno trąbiąc i waląc w bębny"28. Z rycerzami zakonnymi w czerwonych płaszczach z białymi krzyżami stanowiły barwną mozaikę.
Mehmed II nie brał osobiście udziału w oblężeniu Rodos w 1480 roku.
Został w Stambule, a dowództwo powierzył jednemu ze swoich wodzów.
Sulejman postanowił osobiście rzucić wyzwanie "przeklętym sprawcom
niegodziwości"29. Udział sułtana ogromnie zwiększał
szansę na wygraną. Odwrót był nie do pomyślenia. Porażka oznaczała dla
dowódcy armii dymisję... albo śmierć. Sulejman przybywał tylko po
zwycięstwo.
10 czerwca rycerze otrzymali kolejny list, tym razem pozbawiony
dyplomatycznych subtelności:
Sułtan Sulejman do Villiersa de L'Isle Adama, Wielkiego Mistrza Rodos,
do jego rycerzy i ludu. Potworne krzywdy, jakie wyrządziłeś moim
poddanym, wzbudziły mój żal i oburzenie. Rozkazuję Ci zatem, abyś
natychmiast poddał wyspę i fortecę Rodos, a dam Ci łaskawą zgodę na
bezpieczne opuszczenie wyspy i zabranie z sobą najcenniejszego mienia.
Gdybyś jednak wyraził chęć zostania moim poddanym, zwolnię Cię od
płacenia trybutu, nie uczynię także niczego dla ograniczenia Twojej
wolności albo wiary. Jeśli okażesz się mądry, wybierzesz przyjaźń i pokój zamiast okrutnej wojny. Bo jeśli zostaniesz pokonany, spotkają
Cię wszelkie cierpienia, jakie zadają zwycięzcy, od których nie obroni
Cię ani Twoja armia, ani pomoc z zewnątrz, ani Twoje potężne twierdze,
które zburzę do fundamentów. [...] Przysięgam to na Boga w niebiosach,
Stwórcę Ziemi, czterech Ewangelistów, cztery tysiące Proroków, którzy
zstąpili z nieba, wśród których stoi Mahomet, najbardziej z nich godny
modlitwy, oraz na cienie mego Dziada i Ojca, jak również na moją
własną błogosławioną, wzniosłą głowę władcy30.
Wielki mistrz nie raczył odpowiedzieć na takie dictum. Zamiast tego
zdwoił wysiłki nad produkcją prochu.
16 czerwca Sulejman przekroczył z wojskiem Bosfor i ruszył wzdłuż
azjatyckiego wybrzeża do miejsca, skąd mieli się przeprawić na Rodos.
Dwa dni później jego flota wypłynęła z Gallipoli, zabierając ciężkie
działa, zaopatrzenie i kolejne oddziały.
Pomimo dużej różnicy w liczebności obu armii starcie nie zapowiadało się
tak jednoznacznie przesądzone, jak mogłoby się wydawać. W 1480 roku,
kiedy Turcy rozpoczęli oblężenie miasta Rodos, zobaczyli typową
średniowieczną twierdzę otoczoną wysokim, cienkim murem, trudnym do
sforsowania przy użyciu drabin i rozbicia za pomocą machin oblężniczych,
ale zupełnie nieodpornym na długotrwały, ciężki ostrzał artyleryjski. Do
1521 roku fortyfikacje zostały jednak gruntownie przebudowane. Bracia
zakonni mogli hołdować przestarzałemu etosowi rycerskiemu i mieć
spóźnione poczucie misji, ale znali wszystkie nowinki techniczne. W ciągu czterdziestu lat pokoju wydali sporo pieniędzy na zatrudnienie
najlepszych inżynierów z Italii do wzmocnienia swych redut.
Przebudowa fortyfikacji Rodos zbiegła się w czasie z rewolucją, jaka się
dokonała w inżynierii wojskowej. Do radykalnych zmian w projektowaniu
budowli obronnych przyczyniło się upowszechnienie użycia prochu i zastąpienie wielkich armat miotających kamienne kule celniejszymi
działami odlewanymi z brązu na żeliwne pociski zdolne przebijać grubsze
mury. Inżynierowie wojskowi zaczęli traktować swoją dyscyplinę jak
naukę. Wykorzystanie kompasów do wyznaczania kąta ostrzału oraz
znajomość balistyki pozwalały im sięgać po śmiałe rozwiązania. W mieście
Rodos zastosowali prototypy wielu nowinek technicznych, które niedawno
weszły do arsenału inżynierii wojskowej: grube mury, narożne bastiony, z których można było prowadzić ostrzał pod bardzo szerokim kątem, ukośne
parapety do odbijania pocisków, łoża do montowania dalekonośnych dział,
glifowane otwory strzelnicze, wewnętrzne mury obronne z zamaskowanymi
bateriami, głębokie, wykute w skale podwójne fosy, przeciwstoki, które
wystawiały nacierające oddziały na morderczy ogień. Nowe podejście
opierało się na zasadzie obrony w głąb i zastosowaniu ognia krzyżowego.
Podczas szturmu atakujący byli narażeni na ostrzał z wielu punktów i nie
wiedzieli, jakie czekają na nich pułapki. W 1521 roku Rodos był nie
tylko najlepiej bronionym miastem na świecie, ale także laboratorium
doświadczalnym sztuki wojennej. Wśród robotników wznoszących
fortyfikacje przeważali schwytani w niewolę muzułmanie. Był wśród nich
młody żeglarz nazwiskiem Arudż, który nigdy nie zapomniał tej
niewolniczej pracy ani nie miał zamiaru wybaczyć tym, którzy go do niej
zmusili.
Plan twierdzy przypominał jabłko wygryzione z tej strony, gdzie w ląd
wrzynała się broniona zatoka. Rycerze walczyli w oddziałach jednolitych
pod względem językowym, z których każdy bronił jednego z ośmiu odcinków,
na jakie podzielono pierścień murów. Najtrudniejszy do obrony bastion
przypadł Owerniakom, pozostałe zaś rycerzom z Italii, Niemiec, Anglii,
Kastylii, Francji, Prowansji i Aragonii.
Choć nie zdołał uzyskać znaczniejszej pomocy od państw zachodnich,
L'Isle Adam miał trochę szczęścia. Udało mu się sprowadzić z Krety
Gabrielego Tadiniego, "najznakomitszego inżyniera do spraw wojskowych i nadzwyczajnego eksperta w dziedzinie nauk
matematycznych"31. Oficjalnie pensję Tadiniemu płacili
Wenecjanie, którzy gorąco sprzeciwiali się jego udziałowi w obronie
Rodos, gdyż bali się, iż zostaną oskarżeni o zaangażowanie się po jednej
ze stron. Dlatego rycerze zakonni wywieźli go z Krety pod osłoną nocy,
zabierając na łódź w jednej z opustoszałych zatoczek. Było to znakomite
posunięcie. Energiczny, przedsiębiorczy i odważny inżynier pochodzący z Italii był wart tysiąca ludzi. Tadini wziął się ostro do pracy i doprowadził do przebudowy fortyfikacji, wymierzając pole ostrzału i precyzyjnie wyznaczając strefy śmierci.
24 czerwca, w dniu Świętego Jana - najważniejsze święto w roku dla
rycerzy zakonnych - na wyspie wylądowały pierwsze zwiadowcze oddziały
tureckie. Dwa dni później flota osmańska zakotwiczyła sześć mil na
południe od miasta i rozpoczęła żmudny proces przewożenia żołnierzy i sprzętu z kontynentu na wyspę. Podczas uroczystej ceremonii wielki
mistrz złożył na ołtarzu w Kościele Świętego Jana klucze do miasta,
"błagając świętego o wzięcie tegoż w opiekę, jak i całej wiary [...] i z łaski Bożej o obronę ich przed wielką nieprzyjacielską potęgą, która
otoczyła miasto"32.
Transport żołnierzy i ładunków na wyspę zajął Turkom dwa tygodnie. Na
brzeg wyładowali całą encyklopedię ówczesnej artylerii: bombardy i bazyliszki, serpentyny, działa ogniste i moździerze. Miotały one
najróżniejsze pociski służące osiągnięciu określonych celów podczas
ataku: ogromne kamienie o średnicy blisko trzech metrów, wyrzucane z ogromną prędkością kule żeliwne służące do burzenia i przebijania murów,
mosiężne pociski zapalające, które rozpryskując się, wyrzucały płonącą
naftę, "by uśmiercić jak najwięcej ludzi"33, pociski moździerzowe
o stromej trajektorii lotu, a nawet ładunki biologiczne - część dział
celowo zaprojektowano do miotania gnijących zwłok ponad murami.
Żadna armia na świecie nie mogła dorównać Turkom w sztuce oblężniczej.
Dzięki szpiegom najeźdźcy dobrze znali możliwości obronne Rodos i realistycznie podeszli do zadania. Mieli więcej zaufania do min
detonowanych w podkopach niż do dział oblężniczych, dlatego duża część
żołnierzy lądujących na białych plażach zamiast broni miała kilofy i szpadle. Sulejman przetrząsnął całe Bałkany w poszukiwaniu
wykwalifikowanych minerów, głównie chrześcijan, którzy mieli drążyć
tunele pod murami. Według zawyżonych danych było ich około 60 000, czyli
prawie jedna trzecia armii. Ich zadanie polegało na pracowitym, metr po
metrze, budowaniu podkopów pod zmyślnie zaprojektowane italskie
bastiony.
28 lipca obrońcy zobaczyli, że tureckie statki wciągają na maszty flagi
- znak, że Sulejman przepłynął cieśninę na swojej galerze. Po rozbiciu
obozu i wspaniałego sułtańskiego namiotu oraz skontrolowaniu przygotowań
można było oficjalnie rozpocząć oblężenie.
Najpierw była walka o przedmurze, a potem o same mury. Do pracy ruszyli
saperzy, budując równoległe do fortyfikacji transzeje i wznosząc przed
nimi drewniane palisady. Na drugim etapie budowano okopy - głębokie
wąskie rowy - skręcające ku murom. Od początku była to mordercza praca.
Punktowy ostrzał ze stanowisk artyleryjskich zaprojektowanych przez
Tadiniego masakrował nieszczęsnych minerów kopiących w otwartym polu.
Jeszcze więcej ginęło ich podczas niespodziewanych wypadów, jakich
dokonywali obrońcy. Dowódcy tureccy nie przejmowali się tymi stratami -
ludzi mieli pod dostatkiem. W końcu transzeje wykopano, działa ustawiono
na stanowiskach za ochronnymi wałami ziemnymi i rozpoczął się ostrzał
twierdzy. Dzień i noc przez miesiąc ciężkie działa bombardowały mury.
Moździerze zasypywały miasto zapalającymi granatami, które "padając na
ziemię, pękały, stawały w ogniu i czyniły nieco szkody"34.
Strzelcy wyborowi uzbrojeni w arkebuzy - muszkiety zaopatrzone w zamki
lontowe - starali się oczyścić mury z kryjących się za blankami
obrońców. Świadek naoczny zanotował, że "padało niewiarygodnie dużo
strzałów z broni ręcznej"35. Ogromna rzesza robotników wykonała
zdumiewające roboty ziemne. Saperzy przesunęli o blisko kilometr bliżej
twierdzy "górę ziemi"36, na której wznieśli dwie wielkie rampy
sięgające wysokością muru. Po ustawieniu na nich pięciu dział Turcy
rozpoczęli bezpośredni ostrzał miasta.
Armia turecka była tak ogromna, że osmańscy żołnierze otoczyli miasto od
strony lądu długim na ponad dwa kilometry półksiężycem rozciągającym się
od jednego brzegu do drugiego. Ogromna sieć transzei dzień pod dniu,
centymetr po centymetrze, przysuwała się coraz bliżej miasta. Z góry
przykrywały je drewniane zasłony, pod którymi pracowali saperzy.
Tadini nie przyglądał się temu bezczynnie. Do wykrywania drążonych
tuneli zastosował pomysłowe urządzenie nasłuchowe: skórę mocno napiętą
na ramach, do której przymocował dzwoneczki. Urządzenie było tak czułe,
że nawet najmniejsze podziemne drgania wywoływały ostrzegawcze
dźwięczenie. Kopał własne kontrtunele, aby wedrzeć się do
nieprzyjacielskich sztolni i w ciemności pozabijać wrogów, wysadzał w powietrze saperów kryjących się w zamkniętych okopach i zastawiał
wymyślne pułapki, aby nacierający żołnierze dostawali się w morderczy
ogień krzyżowy. Na wypadek, gdyby przeoczono któryś z tuneli, drążył w fundamentach spiralne kanały rozpraszające siłę wybuchu podłożonych min.
Przebudowane umocnienia wytrzymywały ostrzał artyleryjski, ale starsze
odcinki muru, zwłaszcza strefa angielska, były dużo słabsze. Saperzy zaś
niestrudzenie drążyli kolejne tunele. Tadini zniszczył około
pięćdziesięciu sztolni, jednakże 4 września miasto zatrzęsło się od
wybuchu ładunku podłożonego pod angielskim bastionem. Niewykryty tunel
pozwolił Turkom zdetonować miny i zrobić w murze dziewięciometrową
wyrwę. W powstały otwór natychmiast wlała się turecka piechota i na
chwilę żołnierze Sulejmana zdobyli przyczółek w mieście, zatykając na
murach własne chorągwie, zanim zostali wyparci przez rycerzy zakonnych,
którzy jednak okupili kontratak znacznymi stratami. Z dnia na dzień
walki stawały się coraz krwawsze. Wybuchały kolejne miny, które nie
czyniły jednak większych szkód dzięki kanałom wydrążonym przez
Tadiniego. Obrońcy odpierali kolejne frontalne ataki. Zginęło tysiące
żołnierzy tureckich. Głównemu zbrojmistrzowi Sulejmana pocisk urwał obie
nogi. Podobno dla sułtana była to dotkliwsza strata niż śmierć innych
dowódców.
Turcy coraz niechętniej ruszali do ataków. 9 września zostali odparci
spod murów po "wspaniałej walce na miecze"37. Straty po stronie
obrońców były dużo mniejsze, ale o wiele poważniejsze - każdy zabity był
nie do zastąpienia. Tylko 4 września rycerze zakonni stracili trzech
ważnych dowódców: admirała floty, chorążego Henry'ego Mansella i marszałka zakonnego Gabriela de Pommerolsa, który "spadł z muru, kiedy
poszedł obejrzeć transzeje [...] i zranił się w pierś"38.
Sulejman znajdował się poza zasięgiem dział i obserwował walkę z bezpiecznej odległości, dokonując lakonicznych wpisów w swoim dzienniku
wojennym na temat przebiegu bitwy. Pod koniec sierpnia zanotował: "26 i 27 - bitwa, 28 - rozkaz zasypania fosy gałęziami i kamieniami, 29 -
baterie Piri Mehmeda Paszy, które zagwoździli niewierni, znowu podjęły
ostrzał, 30 - fosa zasypana, 31 - krwawa bitwa"39. Z notatek tych
bije olimpijski spokój. Sułtan mówi o sobie wyłącznie w trzeciej osobie,
jak gdyby człowiek, który był Cieniem Boga na Ziemi, stał zbyt wysoko,
żeby odczuwać ludzkie emocje. Mimo ich lakoniczności z notatek tych daje
się odczytać nastrój wyczekiwania. Wódz Mustafa Pasza oświadczył
sułtanowi, że oblężenie potrwa miesiąc. Gdy we wrześniu miastem
wstrząsały kolejne wybuchy, a wyłomy w murach stale się powiększały,
można było mieć nadzieję, że niebawem nastąpi ostateczny szturm. 19
września Sulejman zanotował, że części oddziałów udało się wedrzeć za
mury. "Przy tej okazji nabrano pewności, że w środku nie ma ani drugiej
fosy, ani drugiego muru"40. 23 września wysłano heroldów do
wszystkich oddziałów z rozkazami przeprowadzenia zmasowanego ataku.
Sulejman przemówił do żołnierzy, zachęcając ich do wykazania się
męstwem. Zbudowano dla niego platformę, z której mógł obserwować
ostateczne natarcie.
24 września przed świtem, "jeszcze przed godziną porannych
modłów"41 rozpoczął się huraganowy ostrzał artylerii. W maskującym dymie janczarzy, oddziały szturmowe Sulejmana, rozpoczęli
atak. Obrońcy zostali zaskoczeni. Janczarzy wdarli się na mury i zatknęli na nich swoje sztandary. Rozgorzała zaciekła walka. Zmagania
trwały ponad sześć godzin. Wielkiemu mistrzowi udało się skrzyknąć
obrońców i napastnicy zostali zasypani gradem pocisków z bastionów i ukrytych stanowisk strzelniczych w zewnętrznym murze. Ostatecznie Turcy
zawahali się i przerwali natarcie. Żadna siła nie mogła ich zmusić do
powrotu w wyłom. Uciekli z pola walki, zostawiając dymiące i okrwawione
zgliszcza. Sulejman zanotował w dzienniku tylko jedno zdanie: "Atak
został odparty"42. Nazajutrz oświadczył, że życzy sobie, by
ciało Mustafy Paszy naszpikowane strzałami obnoszono przed całą armią.
Następnego dnia złagodniał.
Echa oblężenia dotarły do najdalszych zakątków Morza Śródziemnego. Choć
europejscy władcy nie kiwnęli palcem, dobrze zdawali sobie sprawę ze
znaczenia Rodos. Wyspa była tamą powstrzymującą morskie zapędy Turków.
Władca Świętego Cesarstwa Rzymskiego, Karol V, przewidywał, że utrata
Rodos otworzy Turkom dostęp do środkowej części morza, skąd będą mogli
przeprowadzać ataki morskie na Italię, "a w końcu zniszczyć cały świat
chrześcijański"43. Dla obrońców Rodos owa błyskotliwa
intuicja strategiczna nie miała niestety żadnych materialnych
konsekwencji. W październiku jedynie dwóm stateczkom udało się przedrzeć
przez blokadę i przywieźć na wyspę kilku rycerzy. W Italii zakon zebrał
pieniądze na opłacenie 2000 najemników. Udało im się dostać do Mesyny na
Sycylii, ale bali się stamtąd ruszyć dalej bez eskorty okrętów
wojennych. W dalekiej Anglii do udziału w obronie Rodos szykował się
oddział rycerzy, ale wypłynęli o zbyt późnej porze roku i ich statki
zatonęły w Zatoce Biskajskiej.
Tymczasem Turcy przeprowadzali szturm za szturmem. Angielski odcinek
odparł pięć ataków w ciągu dziesięciu dni, w wyniku których większość
angielskich rycerzy zginęła bądź odniosła rany. 10 października nastąpił
nagły zwrot sytuacji. Turcy zrobili wyłom w hiszpańskim odcinku muru i nie dali się stamtąd wykurzyć. Obrońcy odgrodzili się od nich naprędce
zbudowanym wewnętrznym murem, ale Turcy już tam zostali. "Ten dzień
zaczął się dla nas pod złą gwiazdą", napisał jeden z rycerzy, "stał się
dla nas początkiem zagłady"44. Następnego dnia obrońców spotkał
kolejny cios. Strzelec wyborowy dostrzegł Tadiniego oglądającego mury
przez otwór strzelniczy i postrzelił go w twarz. Kula trafiła włoskiego
inżyniera w oko i wyszła przez potylicę. Dzielny uczony, choć ciężko
ranny, był zbyt twardy, by umierać, rana wyłączyła go jednak z działania
na sześć tygodni. W tym czasie liczba sprawnych dział malała z dnia na
dzień, a zapasy prochu tak się skurczyły, że wielki mistrz zabronił
strzelania bez jego zgody.
Miasto opanowała szpiegomania. Do zamieszkujących je łacinników, Greków
i Żydów, którym usługiwała zgraja ponurych muzułmańskich niewolników,
łatwo trafiały hasła o piątej kolumnie nieprzyjaciela. Już na samym
początku oblężenia wykryto spisek tureckich niewolnic podkładających
ogień pod ważne budynki i jego przywódczynie skazano na śmierć. Pomimo
nieustannego pilnowania tureccy niewolnicy wciąż próbowali ucieczki.
Skakali nocami z murów lub rzucali się do morza i wpław uciekali z zatoki. Od jednego z dezerterów Sulejman dowiedział się, że podczas
szturmu z 24 września obrońcy stracili 300 ludzi i znaczną liczbę
wysokich dowódców. W tym samym miesiącu żydowski lekarz, głęboko
zakonspirowany agent Sulejmana, pozyskany do współpracy jeszcze w czasach jego ojca, został przyłapany na wystrzeliwaniu z łuku strzały z przymocowaną do niej wiadomością. Po tych wydarzeniach ludność zaczęła w każdym widzieć szpiega. Pogłoski o zdradzie i proroctwa o czekającej
wszystkich zgubie szerzyły się jak pożar. Pod koniec października na
wystrzeliwaniu strzały z wiadomością przyłapano kolejnego Żyda. Był to
sługa powszechnie nielubianego kanclerza zakonnego Andrei d'Amarala,
który przegrał walkę o urząd wielkiego mistrza. Zdenerwowani rycerze
byli gotowi uwierzyć we wszystko. D'Amarala aresztowano i poddano
torturom. Choć nie przyznał się do pomocy Turkom, bracia uznali go za
winnego i skazali na powieszenie, włóczenie końmi i poćwiartowanie.
Głowę i szczątki ciała nadziano na piki i zatknięto na murach. Strach
ogarnął miasto.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki