Morderstwo w trzech aktach - Małgorzata Starosta

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (25,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Osoby dramatu

AKTORZY:

Wiktor Solski - doświadczony i utytułowany aktor, kobieciarz i rozpustnik, ale uroczy

Lena Bocheńska - primadonna, gra główną rolę żeńską w Umrzeć ze śmiechu. Kobieta piękna, acz odrobinę zadufana w sobie

Teodor Brzozowski - młody, ambitny aktor po szkole filmowej, przystojny i dobrze sytuowany

Adrianna Lemańska - aktorka drugoplanowa, zawsze w cieniu, choć ma ambicję, by się wybić

Igor Cieślak - aktor charakterystyczny, grał lokaja, ale marzy mu się główna rola, najlepiej w hollywoodzkich produkcjach

Franek Szyma - syn technika, aspirujący aktor

POZOSTAŁE OSOBY DRAMATU

Ksawery Miłek - reżyser sztuki Umrzeć ze śmiechu

Elwira Róg - charakteryzatorka, ma kompleksy z powodu swojej tuszy

Marianna Bek - inspicjentka z doświadczeniem, charakterna i pewna siebie

Kalina Solska - żona Wiktora, była baletnica, kobieta o olśniewającej urodzie jak na gwiazdę przystało

Henryk Dudziński - dyrektor teatru, raczej mało wyględny, ale dbający o swoich aktorów

Bożena Rzepecka - starsza garderobiana, mająca uszy i oczy dookoła głowy

Leon Kaleta - barman z teatralnego foyer, typowa zetka

Śledczy

Filip Marlot - emerytowany policjant marzący o świętym spokoju, siostrzeniec Janiny Rampel, z którą mieszka w jej domu

Janina Rampel - siedemdziesięciojednoletnia nauczycielka emisji głosu, nazywana przez podopiecznych "cudowną Janeczką". Filip niekoniecznie zgadza się z ową cudownością

Alicja Mikulska - sąsiadka Janiny Rampel, pięćdziesięcioletnia reporterka śledcza uwielbiająca kwiaty

January Cynk - policjant w stopniu komisarza, dawny partner Filipa Marlota. Bystry, inteligentny, cierpliwy i uparty jak osioł

PROLOG

Teatr Maskarada. Ostatnia próba techniczna przed premierą spektaklu Umrzeć ze śmiechu w reżyserii Ksawerego Miłka

Jest coś nieuchwytnie magicznego w atmosferze teatru. Zapach. Cisza. Reflektory. Kurtyna. Kiedy siadasz na widowni, a przed tobą rozpościera się panorama wyznaczana kulisami, czujesz się jak w innym świecie. Nie znasz jeszcze panujących w nim zasad, wiesz jednak, że przyjmiesz je bez zastrzeżeń. Na kilka chwil teatr stanie się cudownym nowym światem...

- Filipie?!

Syk wściekłej żmii przywrócił mnie do rzeczywistości. Wzdrygnąłem się, zupełnie nieprzygotowany na ten atak.

- Słucham, ciociu?

- Nawet nie wiesz, jak się cieszę, chłopcze, że zgodziłeś się ze mną przyjść.

- Nie żebym miał cokolwiek do powiedzenia...

- Brakowało mi teatru, tej atmosfery, zapachu, skrzypienia krzeseł! To jest zupełnie inny świat, drogi Filipie, niezwykły w sposób niedający się ująć w słowa.

- Wydawało mi się, że nie dalej jak dwa tygodnie temu była ciocia w teatrze z Alicją... Jakim więc cudem zdążyła ciocia tak się stęsknić? - Starałem się powstrzymać złośliwość, ale zadanie okazało się wyjątkowo trudne.

- Nie bądź małostkowy, chłopcze... - żachnęła się ciotka, ale nie zdołała dokończyć reprymendy.

- Ciii!

Syczące upomnienie doleciało do nas z lewej strony. Razem ze mną i ciotką Janiną w pierwszym rzędzie siedziało kilkoro ludzi; dzieliło nas od nich jednak kilkanaście miejsc, a w dodatku było zbyt ciemno, żebym mógł ustalić, kto odważył się uciszać cudowną Janeczkę.

- Spójrz, Filipie, zaczyna się! Słyszałam, że ostatni akt to prawdziwe arcydzieło. Teodor całe życie czekał na tę rolę.

Z głośników popłynęła melodia kojarząca się z sielskim latem na wsi. Światła, dotychczas przygaszone, powoli zaczęły rozjaśniać scenę, ukazując naszym oczom interesującą scenografię. Bez wątpienia mieliśmy uwierzyć, że znajdujemy się w kuchni, której centralny punkt stanowi stół. Przy nim zaś siedziało czworo ludzi, piąta osoba właśnie wkraczała na scenę z butelką wina w dłoni. Zgodnie z moją wiedzą była to cała obsada sztuki.

Muzyka stopniowo cichła i zapadła całkowita cisza, którą kilka sekund później przerwał donośny głos jednego z aktorów:

- A więc do tego już doszło, co? Przysięgaliśmy sobie szczerość i wierność, a ty... ty po prostu postanowiłaś, że należy ci się od życia więcej niż stary poczciwy mąż.

- Kiedy tak to przedstawiasz, wychodzę na bezduszną sukę.

- Raczej wychodzi szydło z worka - rzuciła młoda aktorka i głośno się roześmiała.

- Nie wtrącaj się! To sprawa między mną a moim mężem!

- Chyba już nie, skoro tak ochoczo zrobiłaś z niego rogacza.

- Drogie panie, uspokójcie się, błagam! - Tym razem głos zabrał odtwórca drugiej roli męskiej, doskonale mi znany podopieczny ciotki Janiny.

- A ty co? Myślisz, że nie wiedziałem o twoim udziale? Nie jestem ślepy! Ani tak głupi, za jakiego mnie uważacie.

- Wiedziałeś, że miałam romans z Robertem?

- Zdziwiona? Nigdy mnie nie doceniałaś. Ale jak byś mogła, z takim ego...

- STOP! STOP, do cholery, co to w ogóle ma być?! Co się z wami dzieje?!

Głos, niewątpliwie męski, zabrzmiał niemal histerycznie i zwielokrotnionym echem odbił się od ścian pogrążonej w ciemności sali. Odwróciłem głowę i wytężyłem wzrok, żeby przyjrzeć się źródłu zamieszania. Widownia była skąpana w mroku, ale moje przywykłe do ciemności oczy dostrzegły sylwetkę odcinającą się na tle rzędów pustych foteli.

- To reżyser. Ksawery Miłek, a przynajmniej tak się przedstawia, choć wątpię, że to są jego prawdziwe personalia. Wydaje się niemal wykluczone, by nazwisko tak idealnie zaprzeczało charakterowi i osobowości.

W ściszonym do scenicznego szeptu głosie ciotki wyczułem pogardę, od której zwykle stroni, dlatego też przeniosłem na nią wzrok i zaciekawiony, zapytałem:

- Chce ciocia powiedzieć, że ten jowialnie wyglądający jegomość jest niesympatyczny?

- Niesympatyczny? Dobre sobie! W życiu nie poznałam gorszej kreatury. Jest bezczelny, zadufany w sobie, przekonany o swojej wyjątkowości, która istnieje wyłącznie w jego umyśle. To okropny, pozbawiony talentu, zakochany w sobie buc.

- Co znowu, Ksawery? - Ze sceny dobiegł aksamitny głos Wiktora Solskiego, jednego z najwybitniejszych aktorów współczesnej sceny teatralnej.

- Nic poza tym, że czuję, jakbym pracował ze zgrają amatorów. To ma być gra aktorska?! Kto wam w ogóle dał dyplomy? Ludzie z łapanki lepiej by to zagrali!

- Trzeba więc było zatrudnić ludzi z łapanki, darling.

Te słowa wypowiedziała aktorka grająca niewierną żonę. Z tego, co było mi wiadomo, przed laty w rzeczywistości była niewierna Wiktorowi, a obecnie miała status "byłej żony".

- Nie bądź bezczelna, Leno. Przypominam, że błagałaś mnie o tę rolę.

- Ja błagałam ciebie? Oh, please... - Głośne parsknięcie poniosło się po widowni. - Czy ty przypadkiem nie bierzesz za dużo narkotyków? A może znów przyszedłeś do teatru na bani?!

- Nawet na ciężkiej bani zagrałbym o niebo lepiej niż wy. - Reżyser był zupełnie niewzruszony atakiem aktorki. - Zgraja przereklamowanych ignorantów i nieudaczników! Zaczynajcie od nowa.

Światła na powrót zgasły, dźwięki ucichły, reżyser usiadł. Widziałem kątem oka, że szeptał coś do ucha siedzącej obok niego kobiecie, zapewne asystentce. Dwie minuty później - sprawdziłem na zegarku - próba znów się rozpoczęła i wydawało się, że wszystko idzie gładko. Trzeci akt rzeczywiście robił wrażenie, a gra aktorska wypadła wyśmienicie. Wiktor zagrał własną śmierć jak natchniony, pozostali w niczym mu nie ustępowali, a podopieczny Janeczki, Teodor Brzozowski, zachwycił publikę rozrywającym serce monologiem nad trupem przyjaciela. Moim zdaniem zakończenie było nieco przerysowane, może nawet pretensjonalne i ckliwe, ale ciotka Janina wyglądała na zachwyconą. Cóż, o gustach się nie dyskutuje, a już na pewno nie z cudowną Janeczką.

- Mam złe przeczucie - powiedziała staruszka, gdy opuszczaliśmy teatr.

- Co też ciocia? Przecież szło im już całkiem dobrze.

- Może dla niewprawnych oczu, drogi chłopcze. Zapamiętaj moje słowa: tu się szykuje jakaś tragedia. I niech mnie piorun trzaśnie, jeśli się mylę.

Odruchowo spojrzałem w niebo. Nad Warszawą zbierała się burza. Błyskawice raz za razem przeszywały granatową kołdrę z chmur, ale ani jedna z nich nie trzasnęła cudownej Janeczki.

SCENA I

Dwa tygodnie później. Dom Janiny Rampel i Filipa Marlota na warszawskiej Sadybie

Mieszkanie w wielkim domu na Sadybie ma wiele zalet. Ma także - niestety - jedną wadę, w dodatku trudną do zaakceptowania, o przeoczeniu nie wspominając. Owa wada ma nawet imię i nazwisko, a do tego charakter, o którym nigdy nie pozwala zapomnieć. Chociaż, wszechświat mi świadkiem, staram się ze wszystkich sił, nie tracąc nadziei.

Przekroczywszy próg salonu o metrażu dwukrotnie przewyższającym wielkość mojej kawalerki - obecnie wynajmowanej parze sympatycznych studentów - zauważam rozłożoną gazetę. Kto, na bogów, czyta jeszcze papierowe dzienniki? Rugam się w myślach za to pytanie. Ciotka Janina prawdopodobnie nawet po śmierci zamówi prenumeratę "Wieści ze Świata" do swojego luksusowego lokum w niebie, gdzie bez wątpienia trafi. Za każde wypowiedziane przez nią "Beatyfikują mnie za życia za wyprowadzenie tych osłów na ludzi" powinna lada chwila zostać świętą i ze złotym biletem przekroczyć bramy raju.

Musiała usłyszeć moje kroki, jednak nie reaguje. Zaskakuje mnie ten brak manier zupełnie nielicujący z kindersztubą Janiny Rampel. Natychmiast dochodzę do wniosku, że coś musiało zburzyć jej spokój.

- Dzień dobry, droga ciociu. Ciocia przed herbatką czy już po?

- O, jesteś, Filipie! - Gwałtownym ruchem składa gazetę i patrzy na mnie z mieszaniną zaskoczenia i... zaniepokojenia?

- Nie da się ukryć, droga ciociu, jestem. Czy coś się stało?

- Ach...

I tyle. Janina Rampel, kobieta nieuznająca lakonicznych wypowiedzi, nienawidząca deklaratywizmu, frazesów, skrótowców i niechlujności, odpowiedziała "ach". To nie może oznaczać niczego dobrego.

Siadam obok niej, chwytam pomarszczoną dłoń, unoszę ją do ust, po czym składam na niej czuły pocałunek.

- Widzę przecież, że coś ciocię męczy.

- Doprawdy? Aż tak to widać?

Nie odpowiadam na to pytanie. Z całą pewnością popełniłbym jakąś niewybaczalną gafę, a na to w żadnym wypadku nie mogę sobie pozwolić. Czekam więc cierpliwie, aż Janina przestanie wzdychać.

- Pamiętasz, Filipie, co ci powiedziałam, kiedy wychodziliśmy z teatru po próbie Umrzeć ze śmiechu?

- Oczywiście, że pamiętam, najdroższa ciociu.

Bzdura. Nie pamiętam, ale zaraz zostanie mi przypomniane.

Ciotka znów teatralnie wzdycha i sięga po gazetę. Szelest papieru brzmi dziwnie złowieszczo. Rozłożywszy pismo, Janina odchrząka, co oznacza, że zamierza przeczytać coś na głos, po czym oblizuje usta i zaczyna:

- Tragedia na deskach, autor: Tomasz Olek. "Takie rzeczy nie śniły się najlepszym hollywoodzkim scenarzystom. W trakcie premiery spektaklu Umrzeć ze śmiechu deski sceniczne stały się... sceną zbrodni. Początkowo nikt się nie zorientował, że grający Teofila Muszyńskiego genialny Wiktor Solski aż za dobrze wszedł w rolę, a jego śmierć nie była li tylko udawana. O tym, że aktor nie żyje, poinformował publiczność reżyser, krzycząc przesyconym paniką dyszkantem: "Ktoś zamordował Wiktora!". Dreszcz przerażenia przeszył dwieście pięćdziesiąt osób, a na scenie rozpętało się piekło. Obecna na spektaklu żona Solskiego (była primabalerina - red.) zemdlała i trzeba było ją cucić, a dyrektor teatru wpadł w spazmatyczny chichot, który zakończył dopiero zastrzyk zaaplikowany przez przybyłych na miejsce medyków. Wezwana natychmiast policja musiała zapanować nad rozhisteryzowaną publicznością i pandemonium rozgrywającym się na scenie. Na polecenie prokuratury teatr został zamknięty do odwołania".

Ciotka odkłada gazetę i wlepia we mnie spojrzenie. "A nie mówiłam?", zdaje się pytać i oczekuje potwierdzenia.

- Wiktor Solski został zamordowany? - To jedyne, co udaje mi się wydusić.

- Na to wychodzi.

- Policja ustaliła już narzędzie?

- Z pewnością, nie podali tego jednak do wiadomości publicznej.