Morderstwo w Paryżu - Matthew Blake

Reflow text when sidebars are open.
Hotel Lutetia, Paryż
1945
- Są jeszcze jedne zwłoki - słyszy od któregoś z portierów. - Na górze, pokój jedenaście.
Wzdycha.
- Zabójstwo czy zgon z przyczyn naturalnych?
- Pan się na tym wyznaje, nie ja. Powiedziałem im, że rzuci pan na to okiem.
Zabójstw i zwłok ma powyżej uszu. Wojna się skończyła, lecz śmierć nadal zbiera swoje żniwo. Wstaje, wychodzi z gabinetu na korytarz. Hôtel Lutetia, perła paryskiego lewego brzegu, jest zatłoczony. Tłumy oblegają wejście, integrują się w przestronnej jadalni, zajmują okazałe schody i korytarze. Okupacja jest już tylko wspomnieniem... albo koszmarem sennym.
Dziś Paryż pełen jest amerykańskich żołnierzy, angielskich oficerów łącznikowych i francuskich bojowników ruchu oporu.
Nikt jednak nie zwraca na nich uwagi. Widzą jedynie ocalałych z obozów koncentracyjnych. Ci, którzy je przeżyli, wysiadają na Gare d'Orsay w złachmanionych pasiakach, z ogolonymi głowami i chudzi jak szczapa; niektórzy ledwo oddychają. Ten wytworny hotel jest teraz ich nowym tymczasowym domem. Są niczym duchy powracające do świata żywych.
Wchodzi na pierwsze piętro, znajduje pokój numer 11. Mieszkańcy stoją w korytarzu, licząc na jakieś informacje. Denatka jest młoda. Miała przed sobą całe życie. To prawdziwa tragedia, podobnie jak wiele innych rzeczy w tym mieście po wojnie. Schyla się i przykłada palce do jej szyi, szukając pulsu.
Umarła, bez dwóch zdań. Sprawdza nazwisko w papierach.
Czerwony Krzyż nie życzy sobie, by rejestrowano zgony w tym wytwornym starym hotelu, więc powie im, że umarła w drodze jako jedna z wielu, którym nie udało się wrócić do Paryża.
Opuszcza pokój numer 11 i schodzi na parter okazałymi schodami, mijając najnowszą grupę ocalałych zmierzających do pokoi. Niegdyś Lutetia należała do najsłynniejszych hoteli na świecie. Goście oblegali bar, hałasowali w restauracji, w apartamentach wdawali się w namiętne romanse i sprzeczali się przy cygarach w palarni. Pamięta jedyny w swoim rodzaju klimat tego lokalu, zanim zaczęły się walki. Paryż zawsze był miastem świateł, ale ostatnie pięć lat wszystko zmieniło. Stolica Francji już od zbyt dawna jest miastem ciemności.
Wraca do gabinetu, wypełnia formularz i go pieczętuje. W porze lunchu spaceruje wzdłuż lewego brzegu, by oczyścić umysł. Zaciągając się papierosem, czuje, jak drży mu dłoń i pieką oczy - całe jego ciało niszczą rozpierające go uczucia, których nie umie wyjaśnić.
Nie zawsze był taki. Ale tak jak w przypadku Lutetii, jego dni chwały odeszły już chyba na zawsze. Tutaj każdy w ten czy inny sposób należy do ocalałych z pożogi.
Paryż już nigdy nie będzie taki sam.
I on też nie.
Olivia
Telefon dzwoni w najmniej odpowiedniej chwili.
Szykuję TJ-a do szkoły. Jak zawsze, nie chce włożyć skarpetek, bo go drapią, potem odmawia włożenia butów, a czy ma w plecaku pracę domową z geografii, lepiej nawet nie pytać. Toczymy ze sobą bój, ale ten sześciolatek ma już dość siły, by każdy poranek zamienić w zapasy. Czasami żałuję, że moim życiowym partnerem nie jest The Rock. Nie wątpię, że problem z butami rozwiązałby w góra trzydzieści sekund. Niestety, jestem sama. I zawsze mam wrażenie, że w pojedynkę odwalam robotę za dwóch.
W końcu dopadam TJ-a na schodach, wkładam mu buty i zapinam je ciasno na rzepy, nie dając mu szansy na protest. Pracę domową z zagiętymi oślimi uszami znajduję na kuchennym stole, niebezpiecznie blisko słoika z marmoladą. Błędnie podpisał Azję jako Afrykę, a Amerykę Północną naniósł na kontur Europy. Za późno na korektę. Ale górny róg się klei, więc wycieram go do czysta palcami, wkładam pracę do plecaka i jak zwykle sama taszczę to cholerstwo.
- No już, biegiem, biegiem, biegiem.
TJ nuci coś pod nosem. To jakaś okaleczona wersja ni to Dua Lipy, ni to Taylor Swift; widocznie usłyszał ją w radiu podczas jazdy do szkoły. Nie przypominam sobie, żeby moja mama robiła to co ja. O tak wczesnej porze chodziła w szlafroku i zaciągała się jednym z sześćdziesięciu papierosów, które wypalała dziennie. Uważała, że tradycyjne wychowywanie dzieci wyszło z mody, było przestarzałym poglądem odrzucanym przez takie wyzwolone kobiety jak ona, więc zawsze sama musiałam szykować się do szkoły.
Teraz stoję w jakże stosownym własnym bliźniaku w nijakiej, kompletnie bezbarwnej dzielnicy na przedmieściach Londynu (Redbridge, jeśli już musicie wiedzieć; nie jest ani tak prestiżowa jak Islington, ani tak modna jak Camden; nikt nigdy nie użył słów "Redbridge" i "malownicza" w tym samym zdaniu) i przytrzymuję drzwi śpiewającemu sześciolatkowi. Jestem mamą, odźwierną, szoferem, a także, co nie bez znaczenia, psychoterapeutką i neurolożką, specjalistką od pamięci.
Zamykam drzwi na klucz. TJ wskakuje do samochodu, a ja mu zapinam pasy. Gdy próbuję uruchomić rozklekotanego forda mondeo, włącza się radio. Sprawdzam godzinę. Zostało nam sześć minut na trasę, którą się pokonuje w dziesięć minut. Zaplanowałam nasze poranne czynności z taką dokładnością, jak ćwiczenia wojskowe, dlaczego więc w dni zajęć szkolnych zawsze jesteśmy w niedoczasie? Wstaję grubo przed siódmą, by wykroić choć dziesięć minut na gimnastykę z tej chwilki, którą mam dla siebie. Ale dojechać do szkoły na ósmą trzydzieści to jak przebiec sto metrów w mniej niż dziesięć sekund. Taki wyczyn jest ponad moje możliwości, piekielnie trudny niczym algebra albo ugotowanie idealnego risotto.
- Maaaamoooo!
To kolejny sposób TJ-a na przykucie mojej uwagi. Wie, że mnie to wkurza, i dlatego to robi. Nauczył się tego od Kyle'a, swojego ojca, a mojego byłego - mistrza zwracania się do ludzi tak, żeby nie mogli go zignorować.
Już mam go zbesztać, gdy naraz z głośników samochodu dobiega dzwonek. Nie mam tego numeru na liście kontaktów. Nie oczekuję telefonu, ale może to jakiś pacjent albo dzwonią ze szpitala. Odbieram i uciszam syna oraz Sabrinę Carpenter wyśpiewującą w radiu Please Please Please.
- Halo? - rzucam. - Tu doktor Finn.
To jedyna rzecz, która zwykle ucisza TJ-a. Nie może pojąć, kim jest ten ktoś, kto się nazywa "doktor Finn". Doktor Finn wygląda i mówi jak mamusia, ale przemawia służbowym tonem, który jest całkiem inny, nie zabrania mu dotykać lepkich rzeczy i nie każe mu ciągle myć rąk. W głowie TJ-a jestem dla doktor Finn jak Pepper Potts dla Iron Mana - użyteczną asystentką, która przekazuje wiadomości i pilnuje, żeby wszystko było na czas.
- Doktor Olivia Finn z oddziału zaburzeń pamięci w szpitalu Charing Cross?
- Tak. Kto mówi?
- Dzwonię z hotelu Lutetia w Paryżu.
To tłumaczy akcent i dziwny numer; w pierwszej chwili, pomimo poważnego tonu, sądzę, że to żart. Czasami dla rozrywki biorę udział w konkursach, w których można wygrać krótkie wakacje w Cotswolds albo pięciodniowy rejs po Morzu Śródziemnym. Ale nie pamiętam, żeby była mowa o Paryżu albo hotelu Lutetia. Jestem w połowie Francuzką, ale w Lutetii nigdy się nie zatrzymywałam. Za noc w klitce na piątym piętrze trzeba tam wydać astronomiczną sumę, co daleko przekracza moje możliwości. Jest wprawdzie coś, co mnie wiąże z Lutetią, ale to całkiem inna sprawa. I wiąże nie tyle mnie, a w każdym razie nie tylko, ile moją rodzinę.
Wracam myślami do pracy. Być może to jeden z dawnych pacjentów, który zachował moją wizytówkę? Albo kolega po fachu? Ale psychoterapeuci nie zarabiają tyle co programiści z Doliny Krzemowej i nikogo, z kim pracuję, nie stać na pobyt w najsłynniejszym pięciogwiazdkowym hotelu na paryskim lewym brzegu.
Patrzę na zegar w aucie. W Paryżu jest godzina później niż w Londynie. Gdybym była paryską matką, mój syn niewątpliwie spóźniłby się do szkoły. Z drugiej strony jako paryżanka miałabym talię jak osa, a do odwożenia dziecka na czas podchodziłabym z uroczą niefrasobliwością. Zapewne byłabym już po drugim espresso i jechała na spotkanie z namiętnym kochankiem o imieniu Gabriel albo Jean-Luc. A tymczasem o dziewiątej trzydzieści mam randkę z Alanem, pacjentem, z którym omawiam jego niepokojące wspomnienia lekcji pływania w szkole. Na drugie mam Splendor.
- Przepraszam, ale jestem w Londynie, właśnie odwożę syna do szkoły. Będzie lepiej, jeśli oddzwonię.
Zapada cisza.
- Czy zna pani niejaką Sophie Leclerc? - pyta po chwili dzwoniący.
Spotkałam w życiu mnóstwo ludzi. Pamiętam nazwiska pacjentów, dopóki ich leczę. Potem trafiają do akt. Kiedyś przeczytałam, że ludzki mózg ogarnia najwyżej sto pięćdziesiąt bliskich znajomości. Powyżej tego jesteśmy do bani. Czasami mam wrażenie, że już pięćdziesiąt znajomości mnie przerasta.
- Nie - odpowiadam. - Nie przypominam sobie. Proszę pana, oddzwonię...
- Madame Leclerc czeka w Paryżu, siedzi w holu Lutetii. Jest głęboko przygnębiona i twierdzi, że tylko pani może jej pomóc.
- Przykro mi, chyba ma pan zły numer. Jestem w Londynie, nie w Paryżu. I nigdy nie poznałam Sophie Leclerc.
Spoglądam na syna. Stracił zainteresowanie rozmową oraz doktor Finn i teraz bawi się breloczkiem z logo Chelsea przy plecaku, wbijając kciuk w ostry koniec. Czekam na skaleczenie, na krew i łzy. Dzień zaczął się koszmarnie, a wygląda na to, że będzie gorzej.
- Nie bardzo wiem, jak to pani powiedzieć - ciągnie dzwoniący. - Ale ta kobieta w holu...
Chcę przerwać połączenie i skupić się na dowiezieniu syna do szkoły, lecz tamten mówi dalej:
- ...twierdzi, że jest pani babką.
Olivia
- Babką?
To w jakimś sensie tłumaczy związek z Paryżem. Mówię i zachowuję się jak rodowita Brytyjka, ale mam dwa paszporty. Babka ze strony mojej matki jest stuprocentową Francuzką, jedną z tych kobiet, o których już wspomniałam - z talią osy i luzackim podejściem do punktualności. Jako nastolatka, która dorastała w Londynie, wyglądałam przez okno na deszcz i myślałam o tym, jak moja paryska wersja spaceruje lewym brzegiem. Francuska Olivia popijałaby café au lait i rozprawiała o egzystencjalizmie, a wieczorami zakochiwała się i malowała oszałamiające akwarele. Mój francuski ideał mężczyzny byłby dużo bardziej elegancki niż jakiś pryszczaty Kev, Mike czy Andy z liceum Oaks Park. Ta fantazja bez dwóch zdań biła na głowę lekcje biologii czy obowiązkowe śpiewanie w chórze.
- Może mi pan opisać tę kobietę? - pytam.
- Szczupła, średniego wzrostu, zebrane w kok siwe włosy i coś w rodzaju płaszcza w japońskim stylu. W kwestii ubrania mogę się mylić.
Wzdycham. A więc to tak. W końcu do tego doszło. Każdy krewny najbardziej boi się takiego właśnie telefonu. Babcia od dawna nie czuła się najlepiej, ale nie dopuszczałam do siebie myśli, że jej stan tak szybko się pogarsza. Wychowywanie sześciolatka z awersją do butów jest wystarczająco trudne. W połączeniu z troską o kobietę w wieku dziewięćdziesięciu sześciu lat, która niczego nie pamięta, to szybka droga do ataku serca. Chciałabym mieć kogoś do pomocy. Tyle że Kyle ma Nową Dziewczynę, a mama umarła, gdy byłam nastolatką. Tak że wszystko jest na mojej głowie.
- Opis pasuje do mojej babci - przyznaję. - Ale ona nie nazywa się Sophie Leclerc.
- Słucham?
- Moja babcia nie nazywa się Sophie Leclerc. Ma na imię Josephine. Josephine Benoit.
Przeważnie nie rzucam tego od niechcenia. Chociaż to mój jedyny powód do chwały. I w skrytości ducha go uwielbiam. W szkole nie miało to znaczenia, bo babcia nie była środkowym napastnikiem Manchester United ani półfinalistką X Factora, tylko malarką. Ale bycie wnuczką jednej z najlepszych portrecistek na świecie ma swoje zalety. Po drugiej stronie znów zapada milczenie, jakby dzwoniący zobaczył zdezorientowaną staruszkę w nowym świetle.
- Tak jak ta malarka? - pyta. - Jak osoba, która namalowała portret w holu Lutetii? Ten, pod którym teraz siedzi?
No właśnie. Od lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku najsłynniejszym portretem babci jest chluba wejścia do Lutetii. Namalowała też inne portrety, wszystkie osadzone w czasach wojny, ale to ten zyskał największy rozgłos. Goście hotelu wchodzą przez drzwi obrotowe i nagle widzą jeden z najbardziej znanych powojennych portretów w Paryżu. Wisi na ścianie po lewej, jeszcze przed recepcją, a turyści fotografują się na jego tle. Większość z nich pewnie nie wie, kto go namalował ani kogo przedstawia, ale to atrakcja jak się patrzy. Ostatnio zyskał nowe życie na TikToku. Kiedyś próbowałam wyjaśnić babci, co to jest "viral".
- Owszem. A ściśle mówiąc, nie jak ta malarka, ponieważ to ona jest tą malarką. I z pewnością ma na imię Josephine, nie Sophie.
- Pani wybaczy. Przedstawiła się jako Sophie. Nalegała, żebym zadzwonił pod ten numer i porozmawiał z doktor Olivią Finn.
- Rozumiem.
Naprawdę go rozumiem. Nawet ci, którzy nie znają się na malarstwie, wiedzą o mojej babci jedno - że jest odludkiem. Słynie z tego, że nie chce być słynna. Ta nieśmiałość stała się jej największą zaletą. Tylko ja i moja mama wiedziałyśmy, jaka jest naprawdę. Reszta świata musiała się domyślać.
- Czy może pani przyjechać i odebrać babkę?
- Jak mówiłam, jestem teraz w Londynie. Odwożę dziecko do szkoły.
- Ona nie może siedzieć tu pod tym obrazem, nawet jeśli sama go namalowała.
Przerzuciłam się tymczasem na tryb doktor Finn. Jedną z zalet bycia psychoterapeutką jest zwracanie uwagi na to, co mówią inni. Przywołuję w pamięci jego dokładne słowa.
"Dzwonię z hotelu Lutetia w Paryżu".
Nie powiedział, że pracuje w hotelu ani że dzwoni z recepcji. Ja to tylko założyłam.
- Czy pracuje pan w hotelu Lutetia?
- Nie - odpowiada. - Mówi kapitan Vidal. Pracuję w paryskim oddziale DNPJ, direction nationale de la police judiciaire.
To nie brzmi dobrze i powoli uświadamiam sobie, że sprawa jest poważna. Najwyraźniej babci sztuka pomieszała się z życiem. Jakby dziecko, które po raz pierwszy zostało na noc u kolegi, próbowało samo trafić z powrotem do domu.
- A skąd to zainteresowanie policji?
- Dojdziemy do tego.
- Babcia ma mieszkanie dziesięć minut piechotą od Lutetii. Codziennie o siódmej rano przychodzi do niej opiekunka.
- Na pewno ma w Paryżu przyjaciół, którzy mogliby po nią przyjechać?
Korci mnie, żeby powiedzieć: nie. Odludki nie mają przyjaciół. Mają tylko krewnych, a z nich żyję już tylko ja. Czasami zastanawiałam się nawet nad przeprowadzką do Paryża, ale babcia lubi niezależność. Nie znosi, gdy ktoś wtrąca się w jej sprawy. Na wszelkie propozycje całodobowej opieki reaguje wściekłym spojrzeniem.
- Wszyscy jej przyjaciele są starzy albo nie żyją. Niestety, ci, którzy przekroczyli dziewięćdziesiątkę, muszą się z tym liczyć.
- Zostaje więc tylko pani.
W głębi duszy wiem, że jeszcze dzisiaj pojadę do Paryża, by rozwiązać ten problem. Tak to już jest z córkami i wnuczkami ludzi w podeszłym wieku, prawda? A ja myślałam, że po trzydziestce będę tylko piekła torty na urodziny albo otwierała na patio butelki drogiego wina, podziwiając swój przepięknie urządzony ogród. Że będę patrzyła na niepoplamione deski tarasu i przy palenisku podejmowała starych przyjaciół i uroczych nowych sąsiadów posiłkami na świeżym powietrzu.
- Ustalmy coś. Czy w hotelu mogą się nią zająć do mojego przyjazdu?
- Zapytam.
- Dziękuję. - Patrzę na zegarek i wiem, że TJ już jest spóźniony. Zaraz zaczyna się poranny apel, przy bramie stanie któryś z nauczycieli z podkładką do pisania.
Nic dziwnego, że TJ się ich boi, przed tymi nauczycielami sama się trzęsę ze strachu. Mogłabym im powiedzieć, że się spóźniłam, bo moja babka artystka ma demencję, ale wątpię, żeby mi uwierzyli.
- A co moja babcia robiła w hotelu? - pytam. - Jak się tam znalazła?
- I tu, niestety, sprawa robi się jeszcze bardziej zawiła - mówi tamten. - Okazuje się, że przyszła przyznać się do zbrodni.
Olivia
Jestem oszołomiona tymi słowami, ale kapitan Vidal nie daje mi szansy na domaganie się wyjaśnień. Nie podoba mi się to, kompletnie. Wygląda na to, że za chwilę dopadnie mnie przeszłość.
- Ile lat ma pani babka? - pyta kapitan.
Mam ochotę odpowiedzieć, że kobiety nie pyta się o wiek. Ale nie w głowie mi żarty. Babcia należy do tej części pokolenia czasów wojny, które wciąż ściemnia na temat swojego wieku - czasami dodaje sobie lat, czasami ujmuje. Przyznaje się, że ma dziewięćdziesiąt sześć.
- Jest po dziewięćdziesiątce - odpowiadam dyplomatycznie.
- A zatem pod koniec drugiej wojny światowej była dorosła?
Nie muszę się bawić w obliczenia. Kapitan Vidal niewątpliwie zna nazwisko mojej babci, ale nie ma pojęcia o jej malarstwie. Babcia zasłynęła obrazami przedstawiającymi okupację Paryża oraz piekło, jakie stało się udziałem Francji podczas wojny. Nie wiem, czy próbowała malować inne rzeczy, ale jeśli tak, to jej się nie udało.
- Mniej więcej.
- Według dyrektora hotelu pani babka przedstawiła się jako Sophie Leclerc i oświadczyła, że musi się dostać do pokoju numer jedenaście.
- Od pewnego czasu babcia ma kłopoty z pamięcią. Chyba pomieszało jej się w głowie. Z tego, co słyszę, nawet bardzo. Myli obrazy z prawdziwym życiem.
- Czy to oficjalna diagnoza?
Podchwytliwe pytanie.
- Ona nie znosi lekarzy i nie pozwala się badać. Od zawsze twierdzi, że nie chce wiedzieć, co jej dolega. Ale od lat jest chora.
Żadne z nas nie ośmiela się użyć słowa "demencja". Łatwiej się mówi o sklerozie albo lukach w pamięci. I chociaż żyję z leczenia zaburzeń pamięci, nawet ja mam zahamowania.
- Nadal nie powiedział mi pan, co się stało.
Kapitan Vidal zanosi się kaszlem.
- Mniej więcej przed godziną pani babka weszła do holu Lutetii. Przedstawiła się jako Sophie Leclerc. I przyznała się do winy.
Nareszcie zajeżdżam przed szkołę. Mieści się obok liceum Oaks Park, tego samego, do którego chodziłam. TJ trzyma plecak na kolanach. Nachylam się, obejmuję go niezdarnie i szeptem każę mu zmykać na apel. Z poczuciem winy, że nie odwiozłam go na czas, zastanawiam się, czy nie jestem bardziej podobna do matki, niż mi się zdawało. Kiedyś powiedziała, że jej spóźnialstwo jest wyrazem protestu wobec późnego kapitalizmu i kompleksu wojskowo-przemysłowego. Twierdziła też, że ja robię to samo z wynoszeniem śmieci.
Wracam do rozmowy telefonicznej. Babcia przyznała się do zbrodni? Można jej przypisać niejedno, ale na pewno nie przestępstwo. Mimo że jest artystką, zawsze kieruje się rozsądkiem. Ale wyżsi rangą śledczy francuskiej policji nie dzwonią w sprawie drobnych wykroczeń takich jak kradzież w sklepie albo to, że jakaś staruszka zajrzała do hotelu, by skorzystać z toalety. To zapowiada się na coś gorszego.
- Do jakiej zbrodni się przyznała? - pytam.
Jego głos jest spokojny, ale nie wróży nic dobrego. Przeraża mnie.
- Do zabójstwa - odpowiada kapitan po chwili.
Myles
Przez sen słyszy dzwonek telefonu.
Ma nadzieję, że to tylko sen. Sięga po komórkę, przesuwa palcem po ekranie. Błagam, nie dzisiaj!
- Myles Forsyth.
Nie, to nie sen. Jego szef brzmi, jakby był już po drugim espresso i za karę musiał się gimnastykować, jednocześnie ucząc się podstaw japońskiego.
- Myles, mam dla ciebie smakowity kąsek. Wybacz, że ci przerywam śniadanie, ale na pewno chciałbyś to usłyszeć.
Spogląda na zegarek. Co z tego, że akurat ma wolne? To nieprzewidziane, nieplanowane, spontaniczne... Nienawidzi tych słów. Ale stanowią one część jego pracy, odkąd został szefem wspólnego brytyjsko-francuskiego śledztwa w sprawie śmierci Ingrid Fox. Dobrze chociaż, że nie ma dodatkowych zajęć, jak w zeszłym roku. Teraz to zadanie pochłania cały jego czas.
- Dzień dobry, szefie. Zamieniam się w słuch.
Na ten dzień wziął sobie wolne. Dwukrotnie sprawdził swoje plany. Omal nie wydrukował ich i nie oprawił w ramkę. Ale kocha porządek. A świat uwielbia chaos. Dlaczego inni nie są tak zorganizowani jak on?
- Właśnie odezwał się do mnie kapitan Vidal z DNPJ - mówi szef. - Uważa, że chyba mają przełom w sprawie Fox. Twierdzi, że to tylko cynk, ale szczegóły wysłał ci mejlem, na wypadek gdybyś chciał je sprawdzić, skoro już prowadzisz to dochodzenie. Chodzi o kupę ludzi związanych z procesem, w tym o Olivię Finn. Ja robię tylko za przekaźnik.
Dwa magiczne słowa powodują, że chce się wycofać: Olivia Finn. Poza tym napawają go strachem. Gdyby wyszło na jaw, co zrobił, straciłby wszystko. Po śmierci Ingrid oficjalnie zgodził się kierować śledztwem. Ingrid zmarła w swoim domu, wykrwawiła się w wyniku - jak sądzono - próby samobójczej. Późniejsza sekcja zwłok wskazała na udział osób trzecich i upozorowanie samobójstwa. Myles mógł poprowadzić wiele innych dochodzeń, lecz zajął się właśnie tym, i nie tylko z przyczyn ściśle zawodowych. Chciał zamknąć akta i znaleźć odpowiedź. Ale nie może za dużo o tym myśleć, tak samo jak nie może za dużo myśleć o tym, co stało się w zeszłym roku i jak w pogoni za sprawiedliwością dopuścił się złamania zasad.
Wtedy mu się upiekło. Teraz też nie może pęknąć.
A miał dzisiaj odgrywać dobrego wujaszka i bawić się w berka z siostrą Laurą i dwójką jej dzieci. Formalnie rzecz biorąc, nie była jego biologiczną siostrą, ale tak do niej mówił w sierocińcu i do tej pory się przyjaźnili. Został nawet honorowym wujkiem.
Być może jeśli opuści park zabaw i kino, to zdąży na pizzę i lody. Choć formalnie rzecz biorąc, lody nie są dla niego. Odruchowo złożył noworoczną obietnicę, że wyrzeknie się cukru, i od tej pory tego żałował.
- W porządku, dzięki za informację. Zajmę się tym.
Koniec rozmowy. Myles sprawdza mejle i widzi wiadomość od kapitana Vidala. Myles kieruje całym śledztwem, a Vidal jest głównym śledczym po stronie francuskiej. Czyta o Josephine Benoit, doktor Finn, Lutetii, pokoju numer 11 oraz przyznaniu się do zabójstwa. Wyobraża sobie minę Laury, jeżeli zrezygnuje dzisiaj z zabawy na rzecz pracy. Najbardziej nie znosi sprawiać zawodu jej i dzieciakom. Bo chociaż w ważnych sprawach nie nawala - zawsze pamięta o prezentach na urodziny oraz Gwiazdkę i znajduje czas na zorganizowanego naprędce ping-ponga albo grę w Monopoly - to przecież dzieci zapamiętują drobiazgi.
Wraca do tego, co napisał Vidal.
Olivia Finn. Paryż. Odzyskane wspomnienia.
A za tym wszystkim czai się, jakżeby inaczej, Louis de Villefort, mentor Olivii. Wszystko łączy ich znowu z Ingrid Fox. Trudno, musi to sprawdzić. Być może to nic takiego, ale nie może ryzykować. To jego pierwsza wielka sprawa.
Waha się. Powinien się napić soku albo koktajlu z proteinami. Wczoraj wieczorem wrócił późno i nie tknął resztek sałatki w lodówce, zjadł tylko paskudną zapiekankę z makaronu, kurczaka i bekonu. Wciąż ma wrażenie, że leży mu na żołądku. Dzisiejsze ważenie to będzie masakra. Będzie jak ta baletnica marząca o połówce jabłka albo łyżeczce twarożku.
Próbuje wymyślić coś takiego, żeby to, co ma do powiedzenia, wypadło lepiej. Ale brakuje mu pomysłów. Wybiera numer Laury, wyobrażając sobie dobrze znany wyraz jej twarzy. Zawiodłeś mnie, zawiodłeś dziewczynki, zawiodłeś siebie.
- Telefon o tak wczesnej porze? - dziwi się Laura. - Rozumiem, że nie masz dla mnie dobrych wiadomości.
Opowiada jej, co i jak, tłumacząc się jak zwykle.
- Postaram się zdążyć na lody.
- Na lody?
- Postaram się przyjechać w sam raz, żeby popatrzeć, jak ty i dziewczynki jecie lody. A sam będę dumał o zaletach wyboru zdrowego życia.
- To brzmi lepiej.
Z uśmiechem rozłącza się, idzie pod prysznic i namydlając się, wraca myślami do sprawy i tego, co działo się po procesie.
Ingrid Fox wysunęła szokujące oskarżenia w związku z tym, co przeżyła jako pacjentka w gabinecie Louisa de Villeforta przy quai Voltaire w Paryżu. A krótko po procesie znaleziono ją martwą we własnym domu.
Czy Ingrid zabito, czy popełniła samobójstwo?
Możliwe, że dzisiaj odkryje odpowiedź.
Olivia
Bywa, że trudno mi uwierzyć, jak wiele zmieniło się w tak krótkim czasie. Jeszcze niedawno popijałam z TJ-em gorącą czekoladę w Fisherman's Cottage. Nie znałam jeszcze Toma, nie było procesu, a babcia mieszkała w Paryżu i pamięć jej nie szwankowała tak jak teraz. Owszem, zdarzały się problemy, ale z gatunku drobnych niedogodności.
A potem się pokiełbasiło.
Proces wszystko zmienił.
Dzwonię na oddział zaburzeń pamięci, odwołuję wszystkie spotkania na ten dzień, jadę do domu i zaczynam się pakować. Nie wierzę, by babcia miała związek z morderstwem. Dzwonię przez WhatsAppa do Kyle'a, mówię mu, co się stało, a następnie szukam najszybszego połączenia z Paryżem i rezerwuję bilet na najbliższy pociąg Eurostar odjeżdżający z St Pancras. Pakując się, rzucam pospieszne spojrzenie na regał z książkami w sypialni i na wszystkie wydania "Wojen o pamięć". Napisałam tę książkę, kiedy chodziłam z Tomem. Siedząc z tymi potarganymi włosami, w okularach i zawsze z filiżanką herbaty English Breakfast pod ręką, niczym nastolatek palił elektronicznego papierosa i bazgrolił uwagi na marginesach. Pałaszował herbatniki czekoladowe, ale zawsze zbierał po sobie okruszki. Był pełen sprzeczności.
Bywają dni, kiedy wszystko zaczyna się od Toma i na nim się kończy.
Spakowawszy się, zamawiam ubera; wychodząc z domu, wybieram numer Louisa. W okresie poprzedzającym proces rozmawialiśmy co tydzień. Teraz już tylko co miesiąc. Czekam i czekam, aż w końcu odbiera jego zaufana asystentka Charlotte Fouquet. To ona zajmuje się wszystkim na quai Voltaire, gdzie Louis prowadzi swoją klinikę psychoterapii. Ma cudownie śpiewny głos.
- Olivia?
- Witaj, Charlotte, przepraszam, że dzwonię tak znienacka, ale coś się stało z babcią. Chciałam, żebyście z Louisem dowiedzieli się pierwsi. Zdaje się, że rano w hotelu Lutetia wydarzyło się coś niedobrego.
Charlotte robi się czujna. Zawsze tak się zachowuje na wzmiankę o swoim szefie. Życie Louisa nadawałoby się na hollywoodzki film. Ten bohater francuskiego ruchu oporu po wojnie został pionierem psychoterapii. Wykładał na Sorbonie, a jego pierwszymi pacjentami byli ludzie, którzy przeżyli obozy koncentracyjne i po przyjeździe do Paryża zostali zakwaterowani w hotelu Lutetia; po wojnie zdarzały się takie nietypowe początki. Później założył klinikę, która w najlepszym okresie była słynna na całym świecie, aż w końcu starość dała znać o sobie i usunął się w cień.
Poza tym jest przystojny, w swoim czasie wyglądał jak skrzyżowanie George'a Clooneya z ostatnim rosyjskim carem. Jest po dziewięćdziesiątce, ale nadal ubiera się u najlepszych krawców i podczas rzadkich wystąpień publicznych wygląda w każdym calu na dżentelmena. Znam go od dziecka, to dzięki niemu zaczęłam studiować psychologię. Babcia zabierała mnie na herbatę do jego luksusowego mieszkania przy quai Voltaire, które pełniło też rolę gabinetu. Jego syn Edward - którego spłodził późno, już jako mężczyzna w średnim wieku - bawił się ze mną, kiedy babcia rozmawiała z Louisem.
To był zupełnie inny świat niż mój bliźniak w Redbridge, i to pod wieloma względami. Później, kiedy po śmierci mamy zeszłam na złą drogę, Louis wziął mnie pod swoje skrzydła i pomógł odnaleźć w życiu sens. Uciekłam z Londynu, poszłam na studia na Sorbonie i codziennie chodziłam do niego na sesje, podczas których stopniowo doprowadzał moją głowę do ładu. Pomógł mi odzyskać wspomnienia o śmierci mamy, uporać się z traumą, zamiast ją tłumić, i do dziś pamiętam wszystko, co mu zawdzięczam.
- A co takiego się stało? - pyta Charlotte.
Podjeżdża uber. Sprawdzam w aplikacji numer, uznaję, że kierowca nie stanowi bezpośredniego zagrożenia dla życia i zdrowia, i siadam na tylnym siedzeniu.
- Zdaje się, że dostała coś w rodzaju załamania. Jej pamięć coraz bardziej szwankuje. Zaraz jadę Eurostarem, żeby się tym zająć.
Nie wspominam o przyznaniu się do winy i o tym, że babcia mogła kogoś zabić. Już sam pomysł jest absurdalny i nie chcę przysparzać babci dodatkowych powodów do wstydu. Nawet jeśli siedziała pod swoim obrazem i mieszała go z własnym życiem, to wciąż była dumną Francuzką z pokolenia, które nie okazywało słabości.
- Ten śledczy, zadowolony z siebie skurczybyk, maglował mnie, jakby babcia popełniła zbrodnię - mówię. - Powinnam była częściej ją odwiedzać. Chyba nie chciałam przyznać przed samą sobą, że mogło dojść do czegoś takiego, choć wszelkie oznaki było widać jak na dłoni. Należało porządnie ją przebadać. Nie powinnam była dopuścić, żeby to zaszło tak daleko.
Na plus należy zaliczyć Charlotte to, że jej głos jest wręcz stworzony do telefonu.
- Nie wygłupiaj się - mówi. - Twoja babcia ma szczęście, że jesteś przy niej. Wszyscy usiłujemy nie dostrzegać zaników pamięci u innych, ze strachu, że kiedyś zauważymy to u siebie.
Rzecz jasna, ma rację. Przez całe życie leczę pacjentów z zaburzeniami pamięci, ale nie jestem w stanie codziennie przynosić ich bólu do domu, a rano wstawać, jakby nigdy nic. Nikt tego nie potrafi.
- Chciałam, żebyście się dowiedzieli pierwsi - ciągnę. - TJ będzie teraz u taty, więc może zostanę w Paryżu kilka dni, odstawię babcię do mieszkania i sprawdzę możliwości załatwienia jej porządnej opieki.
- Wybrała się do Lutetii, jakby już nie miała gdzie - prycha Charlotte. - W dodatku pod swój obraz. Co za ironia!
Wyczytałam gdzieś, że nawet najwięksi artyści są twórcami jednego przeboju. Podejrzewam, że tak samo jest z babcią. Stworzyła tylko jeden obraz, o którym wiele osób słyszało. Przedstawia czasy, kiedy po wojnie w Lutetii zamieszkały tysiące ocalałych z Zagłady i gdy Louis wyrobił sobie nazwisko jako student medycyny, który ich leczył. Babcia zapomina, co robiła wczoraj albo jak nastawić czajnik, ale pamięta, że to ten obraz stał się zalążkiem jej kariery, nawet jeśli myli kobietę z obrazu z własnym życiem.
Louis zainspirował mnie, żeby się szkolić na psychoterapeutkę, a najsłynniejszy obraz babci wiszący w holu Lutetii pomógł mi wybrać specjalizację. Jak powiedziała Charlotte, jego tytuł zakrawa teraz na ironię.
Ten tytuł to "Pamięć".
Olivia
O babci należy wiedzieć przede wszystkim to, że jest malarką, która niewiele maluje.
Jej najsłynniejszą pracą jest pierwszy namalowany przez nią portret, "Pamięć" (1964). Wciąż pamiętam, kiedy go zobaczyłam po raz pierwszy. Miałam dziewięć lat i byłam na wakacjach w Paryżu u babci. Mama często mnie do niej zabierała. Sama też pozowała na artystkę i studiowała w Central Saint Martins, gdzie wdała się w romans z kolegą z roku. Mój tata nigdy się mną nie interesował i umarł, kiedy byłam mała. Mama została na stałe w Anglii, bo uznała, że tutaj ma więcej wolności i nie jest postrzegana tylko jako córka wielkiej portrecistki. Odkąd sięgam pamięcią, zawsze byłyśmy tylko ja, mama i babcia, oraz te częste podróże na drugą stronę kanału La Manche.
Za pierwszym razem babcia zabrała mnie do holu hotelu Lutetia, żebym obejrzała oryginał obrazu. Kiedy go podziwiałyśmy, babcia położyła mi ręce na plecach i spytała:
- I co widzisz, kochanie?
Właśnie to zawsze w niej uwielbiałam - nie wierzyła, że w sprawach sztuki istnieje jedna prawidłowa odpowiedź.
Co widziałam, babciu? Widziałam młodą kobietę siedzącą w pokoju numer 11 w Lutetii. Jest jeszcze nastolatką albo niewiele po dwudziestce. Pamiętam, jak zapytałam babcię, dlaczego ta pani jest w pasiastej piżamie, na co wyjaśniła mi, że dlatego, iż właśnie wróciła z niedobrego miejsca zwanego obozem. Wówczas jeszcze obóz kojarzył mi się z namiotami i śpiworami, ale widocznie chodziło o jakiś inny obóz. Poza tym nie rozumiałam, dlaczego kobieta na obrazie ma całkiem ogoloną głowę. Czyżby wówczas było to w modzie?
Pokój na obrazie jest zdemolowany. Szuflady walają się na podłodze, krzesła są poprzewracane, a zasłony podarte. Obrazy na ścianach zostały pocięte. Przez okno po prawej widać podartą swastykę i pozostawione przez nazistów rumowisko. A tajemnicza kobieta prowokująco tylko siedzi.
Straciła wszystko oprócz wspomnień. Obraz zdaje się mówić, że nawet jeśli świat ulegnie zagładzie, nasze wspomnienia ocaleją. Wówczas po raz pierwszy uświadomiłam sobie, jak ważna jest pamięć. Psychoterapeutką zostałam dużo później, ale wszystko zaczęło się od tej wizyty z babcią w hotelu Lutetia. Ta chwila sprawiła, że stałam się ekspertką w dziedzinie pamięci.
Po raz pierwszy zaprezentowano ten obraz w latach sześćdziesiątych. Kupiła go Lutetia do swojej kolekcji sztuki i wystawiła w holu na widoku publicznym, by przypominał o historii hotelu.
Był to genialny pomysł. Obraz nie wylądował w zakamarkach i zaduchu muzealnym, tylko został wyeksponowany w miejscu, w którym każdy mógł go podziwiać. Od tej pory Lutetia stała się celem pielgrzymek miłośników sztuki i turystów, oglądanie zaś obrazu odpowiednikiem popołudniowej herbatki w Ritzu.
Dlatego też reprodukcja tego portretu wisiała na ścianie mojej sypialni, a teraz jest w moim gabinecie w szpitalu. Od dziewiątego roku życia patrzę na nią codziennie. Kiedyś myślałam, że może to ja jestem kobietą na tym obrazie, albo że jest to jakaś cząstka mnie wydobyta z przeszłości. I dlatego nadal prowadzę dziennik, co miesiąc chodzę na terapię i poświęciłam się wyciąganiu pacjentów z traumy, pomagając im zrozumieć ich przeszłość.
Ten obraz przemawia do nas wszystkich. Jego tematem jest jedno z najważniejszych pytań w życiu:
Kim bylibyśmy bez wspomnień?
Olivia
Nie należę do amatorów podróży pociągami. St Pancras wygląda jak wnętrze statku kosmicznego, ale żeby przejść przez kontrolę, trzeba stać w kolejce jak do arki Noego. Trudno sobie wyobrazić, że kiedyś babcia jeździła za granicę bez tych ceregieli. Boję się myśleć, co mnie spotka po drugiej stronie.
Udaje mi się przetrwać tę podróż. Jadę klasą ekonomiczną, a nie ekonomiczną premium, nie mówiąc już o pierwszej, więc nie dostaję posiłku złożonego z trzech dań od restauratora z gwiazdką Michelin. Pędzę do Café Métropole i wracam z podejrzaną "lekką przekąską" - w tym przypadku jest to czekoladowe brownie, które już poszarzało na brzegach. Po pierwszym kęsie stwierdzam, że lekkie z pewnością to nie jest, i rezygnuję.
Dookoła widzę mnóstwo zaspanych twarzy. Jadąc Eurostarem, zawsze stopniowo przechodzę z angielskiego na francuski. A przecież to śmieszne. Ale lubię myśleć, że mogłabym uchodzić za Francuzkę, chociaż to niemożliwe. Babcia ma tę elegancję i klasę, którą miała też moja mama, a która bierze się ze spędzenia młodości w Paryżu. Dorastanie z mamą w Redbridge to nie to samo. Paryżanie mają Luwr i haute couture. Redbridge ma klub piłkarski o tej samej nazwie oraz w miarę przyzwoitego Burger Kinga.
Gdy wyjeżdżamy z tunelu po drugiej stronie kanału La Manche, nie czuję się jak w obcym kraju, tylko w domu, który pamiętam jak przez mgłę. Tyle razy jeździłam tą trasą. Słyszę, jak obok mnie Francuzki sprzeczają się o męża jednej z nich, a dwaj pracownicy Eurostaru dyskutują o wczorajszym meczu piłkarskim. Nie mam nowych wieści o tym, jak wygląda sytuacja z babcią. Ale przez telefon wszystko wydaje się gorsze, niż jest naprawdę, więc nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę ją na własne oczy.
Dojeżdżamy do Gare du Nord i wychodzę z terminalu na paryską duchotę i upał. Nie sprawdzałam temperatury, ale na pewno jest zdecydowanie cieplej niż w Londynie. Włożyłam za dużo ciuchów, szkoda, że nie miałam czasu się przygotować. Choć stale obiecuję sobie, że nie będę się ubierać na cebulkę, i tak nic z tego nie wychodzi. Mam na sobie trzy warstwy ubrań i już tego żałuję.
Na dworcu łapię taksówkę; trafił mi się gadatliwy kierowca, który uparł się, że uraczy mnie historią swojego życia. Czuję, że zbyt długo nie byłam w Paryżu i niemal zapomniałam, jak bardzo się różni od Londynu. Wszystko wydaje się mniejsze, bardziej uporządkowane, na wąskich uliczkach pośród zakurzonych budynków z balkonami słychać trąbienie klaksonów.
Pamiętam ten weekend w Paryżu z Tomem, tuż przed tym, jak między nami się popsuło. Właśnie dostałam zaliczkę za "Wojny o pamięć" i wydałam ją na bajeczny pokój w Le Grand, tuż obok Palais Garnier. Pokazałam Tomowi wszystkie moje ulubione miejsca. Jedliśmy pyszności, wypiliśmy morze wina i zapomnieliśmy, że jest jeszcze realne życie. Babcia nie czuła się dobrze i sobie ich nie przedstawiłam, co w końcu wyszło na dobre. Czyżbym już wtedy wiedziała? Czy na tym etapie miesiąca miodowego zdawałam sobie sprawę, jak bardzo ten człowiek zmieni moje życie? Chętnie myślę, że mój zmysł Spider-Mana o tym wiedział. Ale może jednak Tom kompletnie mnie oszukał. W tym akurat był dobry.
W końcu zatrzymujemy się przed Lutetią. Zostawiłam za sobą deszcz i brytyjską szarzyznę. Tu wszystko wydaje się słoneczne, właśnie za tym tęsknię z dala od Paryża. Tutaj odnosi się wrażenie, że światła nigdy nie gasną. Nie jest to moje marzenie, ale blisko. Ostatecznie to przecież miasto miłości.
Nigdy nie mieszkałam w Lutetii, lecz znam historię tego hotelu. Jest to ostatni już pięciogwiazdkowy hotel, jaki pozostał na lewym brzegu. Otwarty w 1910 roku, w 2014 został zamknięty i poddany gruntownej renowacji. Stara Lutetia była ciut nieschludna i pełna wspomnień. Jeśli wierzyć nowej stronie internetowej hotelu, teraz przypomina Harrodsa.
Zauważam na zewnątrz policyjny radiowóz. Jeden z portierów sięga po mój bagaż. Już mam wyjaśnić, że jestem z wizytą, a nie gościem hotelowym, i zażądać widzenia z babcią, ale jest za późno. Zanim zdążyłam coś powiedzieć, moja torba podróżna trafiła do recepcji, więc wchodzę przez drewniane drzwi obrotowe na kamienną posadzkę holu.
Przy recepcji stoi młody policjant.
- Doktor Finn? - pyta.
- Tak - odpowiadam po francusku. - Szukam kapitana Vidala.
Policjant kiwa głową.
- Proszę tędy, madame.
Zawsze denerwowałam się w obecności policji, nawet już jako dorosła. Niektórzy twierdzą, że to moje traumatyczne przeżycia sprawiły, iż stałam się ekspertką od odzyskiwania wspomnień. Przypuszczam, że mają rację. Nie ma dnia, żebym nie myślała o tym, jak po powrocie ze szkoły zastałam mamę w kuchni z pustą fiolką po proszkach. A także, rzecz jasna, o tajemnicy, którą pielęgnuję od tamtej pory, o rzeczy ukrytej na dnie mojej pamięci, znanej tylko mnie i Louisowi.
Policjant prowadzi mnie głównym korytarzem hotelu. Zatrzymujemy się przed jedną z sal konferencyjnych. Policjant puka. Z drugiej strony słychać kroki. Otwierają się drzwi i ukazuje się potężnie zbudowany mężczyzna. Wysoki i owłosiony, wygląda niczym zapaśnik przed wejściem na ring. Jego głos pasuje do całej reszty.
- Doktor Finn? - pyta. - Witamy w Paryżu. Jestem kapitan Vidal z DNPJ.
Olivia
Kapitan Vidal ma pognieciony garnitur, rozpiętą pod szyją koszulę i krótki zarost na twarzy.
Ma też szorstki głos. A także zaczesane do tyłu włosy, nieco dłuższe niż dopuszczają przepisy. Jest starszy, niż sądziłam, dobiega sześćdziesiątki i trąci tanimi papierosami. Pomimo niechlujnego ubrania nosi się z pewną elegancją i widać, że jest ze starej szkoły. W Londynie nie widuje się już podobnych policjantów - palących szlugi, niewylewających za kołnierz i zasadniczych, jak ci w Paryżu. Ten potrafiłby przerwać bójkę, przywalić, komu trzeba, wymusić zeznanie i do południa mieć robotę z głowy.
- Czy jest tu moja babcia?
- Tak - odpowiada Vidal. - Ale zanim wejdziemy do niej, muszę panią wprowadzić w sprawę.
Pragnę tam wejść i uściskać babcię. Egoistycznie wyobrażam sobie siebie za pięćdziesiąt lat. Ciekawe, czy dziecko TJ-a będzie mnie odbierało po żenującej historii, kiedy to podawałam się za kogoś innego. Jestem wściekła, że babcię spotkało coś takiego. Demencja to straszna choroba. Nie zasłużyła na nią. Nikt na to nie zasługuje.
- Zeznanie pani babki jest zadziwiająco szczegółowe - mówi Vidal obojętnie. - Twierdzi, że kiedyś zabiła kobietę, tuż po wyzwoleniu obozów koncentracyjnych latem tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego. I że sama też była w obozie koncentracyjnym.
Przez chwilę panuje cisza, kiedy przyswajam sobie tę wiadomość. Próbowałam się na to przygotować, ale takie słowa z ust policjanta wprawiają mnie w szok.
- Twierdzi też, że jej ofiara nazywała się Josephine Benoit i że zabiła ją, aby ukraść jej tożsamość i zacząć po wojnie nowe życie.
- Widocznie pomyliła to, co namalowała, z własnym życiem - mówię. - Jej portret "Pamięć" przedstawia ocalałą z obozu kobietę w pokoju tego hotelu. Ale babcia spędziła wojnę w Paryżu, a przynajmniej zawsze tak sugerowała. Po prostu wszystko jej się pomieszało.
W głosie Vidala nie słychać współczucia.
- Poza tym zażądała, żeby wpuścić ją do pokoju numer jedenaście, bo według niej właśnie tam doszło do zabójstwa.
- Obraz przedstawia pokój numer jedenaście.
Wiem o babci to i owo, ale przyznaję, że o jej młodości mam niewielkie pojęcie. Jak większość ludzi ze swojego pokolenia, nigdy nie mówiła otwarcie o tym, co się działo w czasach wojny. Stale ją namawiałam, by spisała wszystko, zanim całkiem straci pamięć. Ale nie chciała o tym mówić, więc przestałam naciskać.
Jednakże Vidal nie ustępuje.
- Z akt wynika, że w czerwcu tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego roku w Lutetii przez trzy dni mieszkały w tym samym czasie dwie kobiety, Josephine Benoit i Sophie Leclerc. Josephine przeżyła, ale nie jest jasne, co się stało z Sophie.
A więc to dlatego zadzwonił. Nagle sprawa zaczęła wyglądać o wiele poważniej. A jeśli skleroza babci to nie było tylko gadanie człowieka z demencją? Jeżeli jest dużo, dużo gorzej?
Czy babcia od czasów wojny chowa jakąś straszliwą tajemnicę? Czyżby to było ukryte wspomnienie, które wyszło na wierzch, gdy dostała demencji? Widywałam już takie przypadki u innych, ale zawsze miałam nadzieję, że mnie to nigdy nie spotka.
W czerwcu 1945 roku Sophie Leclerc i Josephine Benoit przybywają do hotelu Lutetia.
Trzy dni później wychodzi tylko jedna.
Czy to możliwe, że babcia odtworzyła prawdziwe wspomnienie ze swojej przeszłości?
- A skoro ona jest Sophie Leclerc - ciągnie Vidal - to co się stało z prawdziwą Josephine Benoit?
Olivia
Wchodzimy do sali konferencyjnej i wtedy nareszcie widzę babcię.
Odruchowo biorę ją w ramiona. Tak przywykłam do tego, że to ona zawsze wykazywała się rozsądkiem, że dopiero po chwili uświadamiam sobie, iż teraz to ja jestem tą odpowiedzialną. Wszyscy biorą wzór ze mnie. Za młodu tego pragnęłam. Teraz stwierdzam, że to męczące. TJ mnie potrzebuje, babcia jest zależna ode mnie, Kyle na okrągło zachowuje się jak nabzdyczony nastolatek. Wiem, że ze względu na babcię muszę być silna, czasami jednak też chciałabym móc się na kimś oprzeć. Największe wsparcie zapewniał mi Tom.
- Już jestem, babciu. To ja, Liv. Zaraz wszystko załatwimy. Ale się porobiło.
Babcia zawsze była chuda jak patyk, ale teraz ubranie na niej wisi. Zastanawiam się, ile czasu minęło, odkąd ktoś ją porządnie przytulił. Całuję ją w czoło, przekazuję jej trochę ciepła i zdaję sobie sprawę, jak bardzo mi jej brakowało. Od czasu rozwodu chciałam się skulić w piżamie przy jej łóżku, opowiedzieć, co poszło nie tak, i wysłuchać miażdżących obelg pod adresem Kyle'a. Nikt tak jak babcia nie potrafi utrzeć nosa chłopakowi, który nie spełnił oczekiwań.
- Babciu, trzeba było zadzwonić. Przyjechałabym w mgnieniu oka.
Siadając, cały czas ją obejmuję. Vidal siada naprzeciwko nas. Wciąż ją pocieram, żeby się ogrzała, tak jak robiłam to w wakacje i weekendy, kiedy przy kuchennym stole z kieliszkiem wina naprawiałyśmy świat.
- Nie mam pojęcia, jak do tego doszło - zwracam się do Vidala. - Prawie codziennie rozmawiam z nią przez aplikację Zoom, żeby sprawdzić, czy wszystko u niej w porządku. Chciałam jej załatwić opiekę całodobową albo ją przenieść do ośrodka, ale babcia zawsze odmawia.
- Wczoraj też rozmawiałyście?
- Nie, była zbyt zmęczona. Ale przedwczoraj raczej nic jej nie dolegało. Gdybym zauważyła, że coś jest nie tak, od razu bym przyjechała. Babcia jest odludkiem. Jako dziecko przezywałam ją jeżem, bo zapadała w sen zimowy. Próby wyciągnięcia jej z domu są równie skuteczne, jak namawianie mojego sześcioletniego syna, żeby przestał oglądać YouTube'a.
Vidal kiwa głową.
- Podoba mi się jej słynny obraz. Ten, który wisi tu w holu.
- "Pamięć" - precyzuję. - Tak, wszystkim się podoba.
Patrzę na babcię, zastanawiając się, czy rozumie coś z tego, o czym mówimy. Jakie to uczucie, jeśli po dziewięćdziesiątce wciąż słyszymy pytania o coś, co namalowaliśmy za młodu?
- Ten obraz jest wart kupę pieniędzy, prawda? - pyta Vidal.
- Lutetia kupiła go w latach sześćdziesiątych za bezcen. Specjaliści twierdzą, że teraz poszedłby za siedmiocyfrową kwotę. Gdyby babcia zachowała do niego prawa, zbiłaby majątek.
- A czy rozmawiała z panią kiedyś o przeszłości? - dopytuje się kapitan. - Wie pani coś o dzieciństwie babki albo o tym, co przeszła podczas wojny?
- Nie, w każdym razie nie tyle, ile bym chciała - odpowiadam i znowu ogarnia mnie wstyd. - Często ją pytałam, ale nigdy nie chciała o tym mówić. U ludzi z jej pokolenia to chyba normalne.
Vidal już ma mi zadać kolejne pytanie, gdy naraz obok mnie rozlega się głos babci. Krzyczy, wręcz wrzeszczy. Kolejny szok tego dnia. Widywałam ją zdezorientowaną, ale nigdy w tak ciężkim stanie. Ogarnia mnie strach.
- Kim jesteś? - pyta, kurczowo ściskając moją dłoń. - Kim ty jesteś?!
Ale nie krzyczy na kapitana Vidala.
Patrzy wprost na mnie.