Rozdział 1
Biurowiec był stanowczo za duży na to, bym zdołał się w nim odnaleźć. I tak cudem udało mi się namierzyć budynek B pomiędzy ściśniętymi biurowcami właściciela sieci nieruchomości w Krakowie.
Była ósma trzy, kiedy stanąłem przed konsolą ochrony. Zaspany ochroniarz natychmiast się obudził, gdy machnąłem mu przed nosem odznaką.
- Ekhm... - chrząknąłem, kiwając głową w stronę bramek. - Mieliśmy zgłoszenie.
Ochroniarz spojrzał na mnie jak na martwego węgorza. Przycisnął guzik zwalniający bramkę i z przerażeniem patrzył, jak próbuję przecisnąć się przez ciasne wejście. Westchnąłem głęboko, a następnie wciągnąłem brzuch i wzniosłem się na palce, żeby nie zahaczyć nim o wystający z bramki bolec. Pomyślałem, że to dziwne: nie kazano mi nawet wpisać się do księgi wejść i wyjść.
Przecisnąwszy się przez bramkę, doskoczyłem do windy i wepchnąłem przed stłoczonymi w wąskim korytarzu pracownikami biurowca, wywołując tym aktywny sprzeciw niektórych z nich. Nie miałem czasu i siły na jałowe dyskusje. Wąska bramka zirytowała mnie dostatecznie, bym miał gdzieś czyjekolwiek zdanie na temat moich metod pracy. I tak zwróciłbym na siebie uwagę już samym strojem - trudno było nie zauważyć faceta w policyjnym mundurze w grupie ludzi przypominających polityków w sejmie.
Pokrzykiwania o spóźnieniu docierały do mnie jeszcze po tym, gdy drzwi windy się zamknęły. Odchrząknąłem znacząco, pozbywając się z gardła resztek wydzieliny. Zdarzało mi się to coraz rzadziej, odkąd postanowiłem rzucić palenie. Bardzo się przy tym denerwowałem, bo brak papierosów oznaczał w moim przypadku ciągłe podjadanie. Tym sposobem już po kilku tygodniach prób rzucania nałogu wyglądałem jak mała, tocząca się kulka, i to przyprawiało mnie o depresję niemal każdego ranka. Nawet plastry nikotynowe niewiele pomagały.
Wysiadłem na wskazanym w zgłoszeniu piętrze i napotkałem na pierwszą przeszkodę. Szklane drzwi nie chciały ruszyć, a na uderzanie w nie i wciskanie dzwonka nikt nie reagował. Przykleiłem więc twarz do szyby, rozplaskując na niej policzek, i zajrzałem do środka. Z daleka dojrzałem grupę osób stojących tyłem do wejścia, znieruchomiałych przed podniszczoną szafą. W końcu jedna z nich się ocknęła, usłyszawszy łomotanie w drzwi.
- Komisarz Zenobiusz Dembski - przedstawiłem się, gdy wysoka, szczupła kobieta szarpnęła za klamkę. Ubrana jak Angela Merkel zrobiła na mnie piorunujące wrażenie.
- Team liderka Marta Herman - powiedziała gładko, wysuwając smukłą dłoń w moim kierunku.
Nie nawykłem do tego rodzaju odpowiedzi i bardzo mi się ona spodobała. Zwykle to ja podawałem stopień, a rozmówca drżącym głosem rzucał swoje nazwisko. Team liderka Marta Herman najwyraźniej jednak znała swoją wartość i niestraszne jej były organy władzy. Jej majestatyczny krok i wytworny głos wzbudzały szacunek. Uścisnąłem podaną dłoń i skłoniłem się w wyrazie podziwu.
- Mieliśmy zgłoszenie - powiedziałem, nie odwracając wzroku od jej twarzy. Przez chwilę zastygła w posągowej pozie, wzbudzając we mnie jeszcze większy respekt.
- Ma pan epruwal?
- Proszę? - zamrugałem zaskoczony.
- Czy ma pan epruwal na wejście? Dostał pan badża?
Wpatrywałem się w nią wciąż z nieskrywanym zachwytem, ale nie zdołałem wydusić z siebie odpowiedzi. Dumna kopia Angeli zaskoczyła mnie branżowym słownictwem. Byłoby ono efektowne, gdyby nie fakt, że najwyraźniej nie zdawała sobie sprawy ze swojego akcentu. To był pierwszy zgrzyt, jakiego doświadczyłem w stosunku do jej osoby, bowiem całościowo sprawiała wrażenie nader imponujące.
- Oczywiście. Ani badża, ani epruwala. W dodatku jest pan nieodpowiednio ubrany. Dziś nie mamy każual frajdej. Powinien pan mieć krawat.
Zerknąłem ponad jej głową na pozostałych, co sprawiło mi niemałą trudność z powodu wzrostu team liderki. W oddali zamajaczyła mi neonowa sukienka, ledwie przykrywająca kształtne pośladki.
- No tak, Aśka... - syknęła liderka, podążając za moim wzrokiem. - Rozumiem, przychylę się do pańskiego rikłestu. Proszę wejść.
Pełen napięcia przekroczyłem próg biura. Nigdy nie byłem w takim miejscu. Moja zawodowa partnerka Jolanta Maik wywodziła się z korporacji i miała o niej jak najgorsze zdanie. Wciąż mi powtarzała, że nie bez powodu zmieniła zawód, i nie kryła zdumienia, jak wielu ludzi tkwi w pracy, w jej mniemaniu, pozbawionej perspektyw. Ja jednak byłem innego zdania i wprost nie mogłem się doczekać, kiedy poznam realia rządzące korporacją. Gdy tylko pojawiło się zgłoszenie z jednego z biurowców, natychmiast wyrwałem się z komendy, nie czekając nawet na przybycie Maik, która utknęła w pokoju przesłuchań.
Przestrzeń biurowa była otwarta. Minęliśmy kilka boksów z komputerami i dotarliśmy do jedynej w tej sekcji ściany. To przy niej stała szafa, z której nonszalancko wystawała wykończona starannym manikiurem dłoń. Przed meblem zaś stały cztery osoby, jeśli nie liczyć Marty Herman i mnie samego.
- Kto z państwa dokonał zgłoszenia?
Neonowa sukienka zadrgała nerwowo, a jej właścicielka obciągnęła ją w dół, by przykryć pośladki. Tym samym znacznie zwiększyła wcięcie dekoltu, wprawiając mnie w zakłopotanie. Trudno było nie gapić się na jej atuty, a strój, który miała na sobie, wydał mi się zupełnie nieodpowiedni do wykonywanej przez nią pracy. W końcu biuro to bardzo poważne miejsce.
- Joanna Malinowska. To ja zgłosiłam to... zajście.
- W zgłoszeniu podano, że na miejscu zdarzenia jest tylko pani - mruknąłem, rozglądając się po pozostałych.
- Bo tak właśnie było. Przyszłam tu, chciałam... parasolkę... do szafy, a w parasolce trup. To znaczy w szafie trup. W szafie.
DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ