Wstęp
Kraśnicki porucznik Borewicz nazywał się Andrzej Szulc i był kapitanem. Prawnik z wykształcenia, inteligentny, cyniczny, w milicji znalazł się z powodu poszukiwania łatwiejszego życia, które sobie cenił, nienawidząc troski o codzienny byt.
Pewne wydarzenia w mieście pokrzyżowały plany kapitana, wplątując go w historię zapoczątkowaną jeszcze w czasie okupacji niemieckiej. Wygodna dla wszystkich zmowa milczenia zaczęła pękać, przybierając tragiczny finał ćwierć wieku po wojnie.
Im bardziej wciągało go dochodzenie, które prowadził jako śledczy, tym więcej miał wątpliwości. W końcu też dylemat, czy naprawdę warto rozwiązywać tę zagadkę? Kto jest dobry, kto zły? Że świat nie jest czarno-biały, postacie go otaczające także nie są takie, wiedział już wcześniej.
Jest to opowieść o wielkim tabu, zmowie milczenia społeczności mniejszych i większych miast oraz wsi, w której drzwi szafy z trupem zgodnie przytrzymywali partyjni sekretarze, biskupi i lokalni proboszczowie.
Jest to opowieść o społecznościach funkcjonujących w warunkach, gdzie władza należała do partyjnych dygnitarzy, a rząd dusz do kościoła i lokalnego kleru. Opowieść o tym, że praktycznie w Polsce nie wszystko się zmienia, przynajmniej mentalnie. Ale jest to też opowieść o ludziach, którzy potrafią trzymać dystans do rzeczywistości i zachowywać się przyzwoicie.
Wszystkie wydarzenia i postaci, które opisałem w tej opowieści, są fikcyjne. Może prawie wszystkie? Kraśnik - moje rodzinne miasto - posłużył mi jako tło opowieści. Opisuję miasto, jakie zapamiętałem z dzieciństwa, choć nieco późniejszego. To miasto, które było mi bliskie, które lubiłem. Historie z okresu okupacji i czasu powojennego nie są prawdziwe, ale bardzo prawdopodobne.
Kraśnik, październik 1969 r.
Niski, chudy facet w wieku trochę więcej niż średnim, kołysał się na drewnianym krześle przy stoliku zastawionym butelkami po oranżadzie i małymi szklaneczkami, tzw. literatkami. Wewnątrz milicyjnych konsumów było duszno, unosił się gęsty, cuchnący dym z tanich papierosów. Dym otulał salę jak mgła. Przez ten tuman facet mógł dostrzec jedynie czerwone, nalane gęby współtowarzyszy, podświetlane przez ogniki papierosów. Jego gęba była inna, chuda, szczurowata, ozdobiona szczurzym wąsikiem. Był postury raczej mikrej.
Facet trzymał w ręku pustą literatkę, spoglądał na szklankę, gęby kumpli, to znów na chudą i wysoką barmankę, stojącą za szynkwasem. Toczył ze sobą wewnętrzny bój: zamówić jeszcze jedną setkę, czy iść do domu. W końcu odstawił szklankę, odsunął energicznie krzesło, aż uderzyło w sąsiednie w chwili, gdy gruby gość w drelichu kierowcy sięgał literatką do ust.
- Ochujałeś, Żurek! - warknął tamten, wycierając sobie spodnie łapą, wielką jak szufla palacza.
- Pardon - rzucił szczurowaty niechętnie. Znów zawisł w próżni.
- Dwie sety starczą, trza do domu iść - powiedział do siebie i wcisnął na głowę filcowy kapelusz.
- Na mnie już czas chłopaki - rzucił do grupki mężczyzn siedzących przy stoliku.
- Z Bogiem - zarechotał jeden z kompanów, nawet nie podnosząc wzroku na szczurowatego.
Otworzył drzwi i jego twarz owiało chłodne, jesienne powietrze. Od razu poczuł się lepiej. Był dopiero kwadrans po ósmej wieczorem, ale na ulicy nie dostrzegł ani jednego człowieka. Secesyjną kamieniczkę naprzeciw konsumów zajmowała komenda powiatowa milicji, w oknie na parterze paliło się światło, a na ulicy stała milicyjna nyska. "Może chłopaki by podwieźli?" -- pomyślał Żurek. Nim jednak zdążył przejść na drugą stronę Kościuszki, już się rozmyślił. "Spacer dobrze mi zrobi, wódka wywietrzeje z głowy, a matka nie będzie gderać" - dodał w myślach.
Skręcił w prawo i szedł kawałek ulicą Kościuszki. Uliczna latarnia zawieszona na drewnianym słupie świeciła słabym, żółtym światłem, oświetlając niewielki krąg wokół słupa. Wąski strumień światła padał na górne stopnie schodów, które prowadziły od ulicy Kościuszki do Zamkowej i Oboźnej. Żurek zatrzymał się na chwilę, rozejrzał dokoła. Od kilku dni miał jakieś dziwne przeczucie, że od pewnego czasu ktoś za nim chodzi.
Mężczyzna, powoli stawiając stopy, schodził w dół podniszczonymi schodami, trzymając się mocno solidnej, okrągłej poręczy. Zanurzał się coraz bardziej w czarny tunel, uliczne latarnie nie świeciły. Miejskie władze już ich nie naprawiały, zdając sobie sprawę z beznadziejności walki z chuliganami, uzbrojonymi w proce. Józef rozglądał się w przód, na boki, w tył. Było pusto. Choć wydawało mu się, że widzi ciemny zarys sylwetki podążającej równolegle wzdłuż zamkowej skarpy.
- Sen mara, Bóg wiara - wyszeptał Żurek, zaśmiewając się w duchu ze swojego poczucia humoru.
To rzeczywiście był czarny tunel, droga prowadziła przez duży wąwóz. Po prawej była skarpa, którą porastał "księży ogród", czyli posesja należąca do parafii. Na górze wznosił się dawny klasztor, teraz budynek liceum i kościół. W oknie pobliskiego budynku parafialnego paliło się światło.
- Pewnie słucha Wolnej Europy, cholerny klecha - pomyślał Żurek o proboszczu.
Światło w oknie drewnianego domku zegarmistrza Starynkiewicza było jedynym jasnym punktem w ciemnej ulicy, za domem wznosiło się tzw. zamczysko, czyli dawna skarpa zamkowa.
Wreszcie wyszedł na prostą. Jeszcze parę kroków i dojdzie do ulicy Oboźnej prowadzącej na Suchyń. Jedyna latarnia na skrzyżowaniu świeciła bladym światłem. Dwie sąsiednie zdążyli już wygasić. W oddali było widać świecące się okna bloków osiedla Koszary.
Józef usłyszał zbliżające się głośne śmiechy. Nie chciał ryzykować spotkanie z nie wiadomo kim, w takim miejscu. Przecisnął się przez żywopłot i wszedł do parku. Poszedł alejką w kierunku drewnianego mostka. W ciemności głową przydzwonił w coś metalowego. Przyświecił zapałkami, był to znak drogowy: "Uwaga! Piesi". Tu zaczynało się miasteczko ruchu drogowego i plac zabaw, a dalej stała harcówka. Józefowi wydawało się, że widzi w tej nieprzeniknionej ciemności małe światełko, jakby ognik papierosa. Było jednak za późno, żeby wracać. Żurek pomyślał, że jeszcze parę kroków i dojdzie do miejsca, gdzie mieszkali ludzie, będzie bezpieczny.
Zobaczył, że z ławki stojącej opodal wstał mężczyzna, zgasił papierosa o jej oparcie, a niedopałek wsunął do kieszeni płaszcza czy kurtki, Żurek nie zwrócił na to uwagi. Samotny mężczyzna był lepiej zbudowany od Żurka i niewiele wyższy. Na czoło miał wciśniętą czapkę. Stał i czekał, aż ich drogi się skrzyżują. Józef Żurek zwolnił kroku, niepewnie rozglądał się dokoła, nikogo nie było. Dopiero jakieś trzysta metrów dalej, naprzeciw harcówki, paliły się światła w drewnianym domku i ktoś chodził po podwórku.
Żurek stanął, strach nieco go sparaliżował. Bezwiednie szukał czegoś w kieszeniach płaszcza: noża, legitymacji służbowej? Mężczyzna w czapce powoli zbliżył się do Żurka, stając twarzą w twarz.
- Żurek, to ty?
- A kto pyta? - odpowiedział, starając się się zachować pewność siebie.
- Nie poznajesz mnie? Jestem...
- Tak, już poznaję. Wiem, kim jesteś, czego chcesz?
- Sprawiedliwości.
Xxxx
- Tam jest - powiedział beznamiętnie sierżant Adam Golonka, wskazując drogę kapitanowi Andrzejowi Szulcowi.
- Pieprzony ormowiec (1) - dodał już z większą namiętnością, ale ciszej, Golonka.
- Co mówiliście sierżancie? - kapitan odwrócił głowę w kierunku milicjanta.
- Nie, nic, panie kapitanie.
Żurek na wpół leżał, na wpół klęczał, owinięty wokół znaku drogowego: "Uwaga! Dzieci". Jego twarz wyrażała strach pomieszany z zaskoczeniem.
Ranek był dość chłodny, nad pobliskimi łąkami unosiły się jeszcze mgły. Miasteczko ruchu drogowego było nowe. Asfaltowe uliczki tworzyły tu skrzyżowania, ronda z wysepkami. Były wyznaczone przejścia dla pieszych, postawiono znaki drogowe. Prowadziła tędy najkrótsza droga ze starego miasta do osiedla Koszary. Jednak po zmroku mało kto się tu zapuszczał, chyba że w większej grupie.
- W tym miejscu ktoś go potraktował nożem - sierżant Golonka wskazał fragment chodnika za mostem.
- Tu się dowlókł i wykrwawił - Golonka bez żadnych emocji popatrzył na zwłoki. Od miejsca, gdzie zadano denatowi śmiertelny cios do punktu, gdzie leżały zwłoki, prowadziła strużka krwi.
Golonka był facetem średniego wzrostu i trochę więcej niż średniej budowy ciała. Mundur ciasno opinał wystający brzuch. Sierżant pracował w milicji już siedemnaście lat, z czego większość w dochodzeniówce i miał opinię dobrego i skrupulatnego fachowca.
- Kto go znalazł? - Szulc odwrócił się do Golonki.
- Stara Wawszczakowa - milicjant wskazał na stojącą obok kobietę.
Kobieta w chustce na głowie, z płócienną torbą na zakupy w rękach, stała obok sierżanta, mocno podekscytowana. Spoglądała to na zwłoki, to na kapitana i drogę do miasta. Odnalazła zwłoki i czuła się już ekspertką w dziedzinie kryminalistyki.
- Bo ja, panie oficerze, na targ szłam, bo dzisiaj wtorek. Myślałam: jajek świeżych kupię, bo te ze sklepu, to sam pan wie, jakie. Tak se idę i widzę, jakiś pijany człowiek leży, trza go obudzić, niech do domu idzie, tam pewnie żona się martwi. Patrzę, a to ormowiec leży, w dodatku cały martwy, to pobiegłam na posterunek do Koszar.
Szulc rozejrzał się dokoła, przeszedł kilkadziesiąt metrów drogą, którą najprawdopodobniej szedł Żurek. Po czym wrócił i dokładnie przyjrzał się zwłokom.
- Zajmijcie się świadkiem, sierżancie. Wiecie, co robić. Zaraz powinna zjawić się ekipa techników. A wy zawieźcie mnie na komendę - Szulc ruszył w kierunku stojącego za mostem radiowozu.
Dwa kroki za nim szedł kapral Mirosław Kulesza, który prowadził radiowóz. Szulc nie czekając na kaprala otworzył przednie drzwi warszawy i zajął miejsce pasażera. Ruszyli Oboźną. Kapral Kulesza nie należał do szczególnie rozmownych. Podróż w ciszy była jak najbardziej na rękę Szulcowi, który nie czuł się najlepiej po wczorajszym, dość mocno zakrapianym spotkaniu. Golonka i Kulesza zgarnęli go radiowozem wprost z ulicy, gdy szedł do pracy, planując jednak wcześniejszy pobyt w konsumach.
Warszawa minęła nowy dworzec autobusowy, gdzie co chwila niebieskie autobusy przywoziły tłumy ludzi z okolicznych miejscowości. Skręciła w Lubelską, a następnie ostro w górę w Podwalną. Tą wąską, brukowaną uliczkę wytyczono cztery wieki temu na wzgórzu. Po prawej stronie stały cztery kamienice i kilka drewnianych domków. Po lewej na wzgórzu stały ciasno, jedna, obok drugiej skromne kamieniczki. Podwalna była kiedyś częścią dzielnicy żydowskiej. Minęli dawną dzielnicę żydowską i kościół parafialny. Samochód zatrzymał się na ulicy Kościuszki, przy wejściu do komendy.
- Chodźcie ze mną kapralu - kapitan wskazał na konsumy. Wydawało mu się dość prawdopodobne, że ostatni wieczór w swoim życiu Żurek spędził właśnie w tym lokalu.
Usiedli przy stoliku. Kulesza nawet nie zdjął kurtki mundurowej.
- Co podać, panowie? - bufetowa Barbara Szydło zjawiła się niemal natychmiast.
Jak zawsze miała na sobie fartuch, zakrywający kremową bluzkę. Spod fartucha wystawała duża broszka. Szulc zamówił zestaw ratunkowy: pięćdziesiątkę wódki, talerz flaków i małe piwo. Kulesza tylko oranżadę. Flaki pachniały majerankiem, były dobrze przyprawione, choć nieco wodniste. Wódka, jak to jesienią i zimą, była zimna, bo stała w nieogrzewanym pomieszczeniu. Latem gorzałka, piwo czy oranżada były, ze zrozumiałych względów, zawsze ciepłe.
Konsumy znajdowały się na parterze dużej kamienicy z 1925 r. W środku stał duży bufet z urządzeniem do rozlewania piwa i zmywakiem, gdzie płukano kufle i szklanki. Obok stała lada chłodnicza, w której trzymano różne przekąski, a w zasadzie te, które były dostępne danego dnia. Wystrój wnętrza nie zmienił się chyba od lat dwudziestych. Nowością były chyba tylko hasła, zawieszone na ścianach i obrazki przedstawiające milicjantów w marszu, na patrolu drogowym. Hasło na ścianie informowało, że "osób nietrzeźwych nie obsługujemy". Było to jedno z haseł, które praktycznie nigdy nie wcielono w życie. W dość dużej sali stały proste stoły, bez obrusów i zwyczajne krzesła. Lokal był popularny, można było niedrogo zjeść i się napić.
- Pani Basiu, czy pracowała pani wczoraj wieczorem? - Szulc zwrócił się do bufetowej.
- Tak, do zamknięcia.
- Czy był tu wczoraj Żurek?
- Ano był, ale nie siedział długo, wyszedł koło ósmej, nawet nie pił zbyt dużo.
- A może ktoś z nim wyszedł, albo zaraz za nim?
- Nie, chyba nikt nie wychodził, tylko on, panie kapitanie. A co z nim? - odezwała się bufetowa bez większego zainteresowania.
- Nie żyje, ktoś go dopadł na "łąkach" i podziurawił nożem.
Barbara Szydło znieruchomiała na chwilę.
- Co pan mówi!? - I po chwili namysłu dodała sentencjonalnie: - Szkoda każdego człowieka, ale ten pozostawił po sobie wiele złego.
- Non omnis moriar - szepnął kapitan.
- Co takiego?
- Nic, nic.
Szulc dojadł zupę, popił piwem i poczuł, że wracają mu siły.
- Mirek! - zwrócił się do towarzyszącego mu kaprala. - Dowiesz się, kto tu był wczoraj wieczorem i spiszesz zeznania.
- Taa jest, obywatelu kapitanie - odpowiedział beznamiętnie Kulesza. Domyślał się już, co go czeka dziś i w następnych dniach.
Kapitan zarzucił na ramię płaszcz i ruszył do gmachu Komendy Powiatowej Milicji, czyli na drugą stronę ulicy. Szulc był dość wysoki, w miarę szczupły, ale spod marynarki przebijał zarys brzuszka. Niegdyś gęsta, ciemna czupryna była już nieco przerzedzona. Poszedł do milicji w 1957 r., w tym samym, w którym skończył prawo na UMCS w Lublinie. Po kilku latach został szefem zespołu kryminalnego.
XXX
Szulc wszedł na pierwsze piętro, wprost do sekretariatu komendanta powiatowego milicji.
- Dzień dobry, pani Elu. Jest szef? - spojrzał na młodą, dość ładną blondynkę, siedzącą za biurkiem w sekretariacie.
- Dzień dobry. Czeka na pana, obywatelu kapitanie.
Podpułkownik Dąb spacerował po pokoju z papierosem w ręku. Z giewonta nosił się cuchnący dym. "Dąb" był jego pseudonimem z czasów partyzanckich, gdy dowodził oddziałem Gwardii Ludowej, a następnie Armii Ludowej. Pułkownik lubił, gdy tak go nazywano, prawdziwe nazwisko, Leopold Osika, nie pasowało do tego silnego człowieka o niewątpliwych zdolnościach przywódczych.
- Witajcie, kapitanie - mocno uścisnął wielką chropowatą dłonią rękę Szulca. - Siadajcie.
- Ela, herbata dla mnie i kawa dla kapitana.
Pułkownik miał pociągłą twarz, dość wysokie czoło. Nie był wysoki, tak około 160 cm wzrostu, miał jakąś taką nie tyle krępą, co zwartą budowę ciała. Nosił milicyjny mundur tak, jakby był jego drugą skórą.
- To co z tym Żurkiem? - spojrzał na Szulca.
- Golonka zajął się miejscem zabójstwa, Kulesza przesłuchuje gości konsumów, a ja muszę się zastanowić, kto mógł mieć interes w tym, aby posłać ormowca do nieba, czy gdzie tam ormowcy idą po śmierci - odpowiedział beznamiętnie Szulc.
- Pół miasta go nienawidziło, a drugie pół się go bało. Życzę powodzenia w poszukiwaniach - zaśmiał się, trochę sztucznie, Dąb, głośno mieszając herbatę łyżeczką. - Szukać trzeba, ale od razu cuchnie mi to umorzeniem z powodu niewykrycia sprawcy. Potencjalnych zabójców może być z setka, ale to wasza działka, kapitanie. Ja się nie wtrancam - dodał pułkownik.
- A pan dobrze znał Żurka? - Szulc spojrzał na Dęba, na jego twarzy zauważył lekki grymas.
- Znałem, znałem, ale czy dobrze? Porozmawiamy o tym jutro, teraz jadę do Lublina na naradę do komendy wojewódzkiej.
Szulc dopił kawę, zgasił carmena i pożegnał się z pułkownikiem. Przystanął na chwilę w sekretariacie.
- Pani Elu, nie widziała pani mojej brązowej aktówki? Chyba ją tu zostawiłem wczoraj? - spojrzał na sekretarkę.
- Żyd na drągu niósł - zaśmiała się Ela. - Zostawił pan, położyłam na biurku.
- Dziękuję, pani Elu.
W teczce nie było nic ważnego, mało istotne już notatki służbowe. Wysypał je do szuflady biurka. Zabrał aktówkę i zamknął drzwi swojego pokoju. Włożył jeszcze głowę do sekretariatu komendanta:
- Dziś już nie wrócę. Idę "na miasto". Cześć pracy.
Na zewnątrz siąpił drobny deszcz, było dość chłodno, nawet jak na połowę października. Szarą ulicą przemykali równie szarzy ludzie, jakby byli ubrani w jakieś maskujące stroje, wtapiające ich w tę jesienną burość. Kapitan postawił kołnierz płaszcza i ruszył Kościuszki, tak jak dzień wcześniej Żurek.
Nie było żadnego święta, ale miasto i tak było obwieszone flagami i transparentami ze słusznymi hasłami. Im bliżej kościoła, tym było ich więcej: "Naród z Partią, Partia z Narodem", "Budujemy nową Polskę", "Niech żyje i umacnia się braterska przyjaźń między narodami Polski i ZSRR". Teren kościoła był jak Reduta Ordona otoczona przez piechotę Moskali. Najcięższym jej działem była wielka tablica z namalowanym krzyżem i hasłem: "Tylko pod tym krzyżem, tylko pod tym znakiem Polska jest Polską, a Polak Polakiem". W podpisie był A. Mickiewicz (2).
Spacer ułatwiał mu zebranie myśli. Miał przeczucie, że śmierć Żurka nie była przypadkowa, nie był to chuligański napad, a przyczyny może trzeba będzie szukać w przeszłości. Ale jak daleko w przeszłości - o tym przeczucie już mu nic nie mówiło. Może Dąb to wie. Tylko, czy zechce mówić? Szulc uświadamiał sobie właśnie, że losy Żurka i komendanta musiały się skrzyżować zaraz po wojnie. Kapitan wiedział, że Dąb został tu oddelegowany zaraz po wojnie i wymienił całą milicyjną kadrę, ale nie wiedział, dlaczego. A Żurek? Ormowiec, szara eminencja. Nie mogli nie wejść sobie w drogę. Trzeba będzie przyjrzeć się dziejom ormowca, za czasów króla Dęba, a może też wcześniejszym?
Kapitan nie skręcił jednak w kierunku "łąk" jak Żurek wczoraj, lecz poszedł dalej ulicą, mijając kościół. Przeszedł na drugą stronę, podwórkiem dużej kamienicy, doszedł do Szkolnej, błotnistej uliczki, przy której stało kilka drewnianych domków, jakieś kurniki i inne budynki gospodarcze. Idąc dalej zamyślony stanął na wprost bóżnicy. Kwadratowy budynek ze spadzistym dachem był teraz magazynem spółdzielni rzemieślniczej. Szulc wiedział, że dawna tzw. duża synagoga powstała w stylu barokowym w XVI w., mogła pomieścić 400 mężczyzn i 300 kobiet. Została zniszczona w czasie okupacji i po wojnie odbudowana jako magazyn. Detektyw rozejrzał się dokoła, spoglądając na pobliskie kamienice, solidne dwupiętrowe budynki i skromne chałupki. Od jakiego czasu zaczynała go interesować przeszłość miasta. Chciał wiedzieć, kto dawniej chodził po tych ulicach, mieszkał w domach na Krakowskiej, Podwalnej, Wesołej? Ta przeszłość, o której nie mówiono ani w szkole, ani podczas rodzinnych spotkań. Historia, nad którą unosiła się zmowa milczenia.
- Siedem tysięcy ludzi, którzy tu mieszkali, znikło bezpowrotnie. Na ich miejsce przyszli inni. Jakie tajemnice kryje to miasto? - pomyślał kapitan.
Jakiś wewnętrzny głos mówił mu, że musi je poznać. Ale po co? Dla własnej ciekawości? Czy to może mieć jakiś związek ze śmiercią ormowca? Czarna legenda Żurka, grymas Dęba, gdy zapytał, czy go zna. Warto byłoby też poznać historię komendanta. O co chodziło z tym porządkiem, który miał tu zaprowadzić? Przecież to nie był jakiś pieprzony Dziki Zachód - Ziemie Odzyskane, gdzie potrzebny był szeryf, który zapanowałby nad szabrem i bandyterką. A może był potrzebny? - zastanawiał się Szulc.
Poczuł się głodny, a parę kroków stąd była restauracja Depy. Wszedł po kamiennych stopniach na parter jednopiętrowej kamienicy. Za dużym barem stał Jacek Depa, nieduży, krępy, z okrągła, łysą głową. Przepasany białym fartuchem, z białą ściereczką w ręku wyglądał jak wzorzec z Sevres restauratora z krwi i kości. Przy stolikach siedziało kilku mężczyzn, pijących piwo i namiętnie palących papierosy. Szulc powiedział cicho "dzień dobry", przeszedł do drugiej sali, gdzie serwowano obiady i usiadł przy stoliku. Wnętrze restauracji było tak samo konserwatywne jak konsumów, tylko tu było jakoś jaśniej, czyściej, przyjemniej. Podobne dania w karcie, ale zupełnie inne. Czuć było rękę właściciela.
- Coś pan kapitan dzisiaj markotny, pewnie jeszcze nic nie wypił? - Depa wyszedł mu na powitanie, podając rękę. - Pięćdziesiątka na koszt firmy? - zaproponował.
- Nie, dziękuję, coś bym zjadł - Szulc odwzajemnił uścisk. Znali się od podstawówki. Jacek był już trzecim pokoleniem restauratorów Depów w Kraśniku.
Andrzej Szulc zamówił schabowego z ziemniakami i kapustą, a do tego kufel piwa. Depa słynął z dobrej kuchni, w niedzielę na obiady przychodziły do niego całe rodziny. A do tego piwo sprowadzał z leżajskiego browaru, a nie te siki z Janowa, które podają w konsumach.
Gdy Andrzej skończył jeść, Jacek dosiadł się do jego stolika, przynosząc, bez pytania, drugie piwo.
- Sprawa Żurka tak cię pochłania? - zagadnął.
- Już wiesz. Wieści szybko się rozchodzą - odpowiedział kapitan.
- Nikt go nie lubił, ale żeby od razu zabić? - dziwił się restaurator. - Ta sprawa może mieć jakieś głębsze dno? Kto wie, jakie tajemnice kryje nasze miasto?
- Wiesz coś? - zapytał Szulc.
- Tak jak ty, więcej się domyślam, niż wiem - odpowiedział Depa tajemniczo.
Andrzej cenił inteligencję swojego kolegi, jego dystans do rzeczywistości i umiejętność obserwacji. Porozmawiali jeszcze chwilę, po czym Szulc zapłacił, pożegnał się i wyszedł, obiecując, że niedługo wpadnie.
Szulc postanowił wrócić już do swojego mieszkania w osiedlu Koszary, tą samą drogą, co Żurek. Po drodze wstąpił do Starynkiewicza, ale zegarmistrz nic nie widział i nie słyszał.
W swoim dwupokojowym, spółdzielczym mieszkaniu kapitan mieszkał sam. Od siedmiu lat był rozwiedziony. Żona mieszkała z jedenastoletnią córką w Lublinie. W Kraśniku miał jeszcze brata, starszego o trzy lata. Andrzej zaparzył sobie mocnej kawy, wyjął z szuflad stare, powojenne gazety i regionalne wydawnictwa historyczne. Zapowiadała się długa noc.
Kraśnik, sierpień 1945 r.
Gwizd parowozu oznajmił przybycie na stację kolejową w Kraśniku osobowego z Lublina. Na widok pociągu ożywiła się grupka ludzi czekających na peronie. Była ciepła, słoneczna pogoda, więc w niewielkiej poczekalni dworca nie było nikogo. Pociąg zatrzymał się, otworzyły się drzwi w dwóch wagonach, z których wysiadło kilkanaście osób, dźwigając mnóstwo tobołków, worków, plecaków, koszy i walizek. Jeden tylko człowiek wyróżniał się skromnym bagażem. Był to młody mężczyzna, średniego wzrostu, ubrany w czarne spodnie i białą koszulę z podwiniętymi rękawami. Jego nieogolona, wychudzona twarz zdradzała zmęczenie, ale także coś jeszcze. Stanął przed frontem budynku dworcowego, popatrzył na niego, jakby dobrze znał to miejsce, ale dawno tu nie był. Ładny, stylowy budynek stacji kolejowej pochodził jeszcze z czasów budowy kolei z Lublina do Rozwadowa, z końca poprzedniego stulecia.
Przy wejściu do budynku dworcowego, niedbale oparty o mur, stał typ w poplamionym wojskowym mundurze, na ręku miał biało-czerwoną opaskę z napisem MO, a z ramienia zwisała niedbale pepesza. Twarz gruba, nalana, nie zdradzała skłonności do refleksji.
- Szczury wracają - rzucił na widok podróżnego, otwierając bezzębne usta.
Mężczyzna udawał, że nie dosłyszał. Tak zwykle starał się reagować na zaczepki. O takich jak on, w czasie okupacji, mówiło się, że mają niedobry wygląd. Niedobry wygląd można było mieć także po wojnie. Mężczyzna ominął wejście i od prawej strony obszedł budynek stacji, aby wejść do dworcowego baru. Powitały go spojrzenia zdradzające ciekawość i niechęć zarazem. Bufetowa nie odpowiedziała na "dzień dobry". Bez słowa podała mu zamówiony rosół i herbatę. Podróżny nazywał się Henryk Lipszyc i był synem doktora Dawida Lipszyca, pediatry z Kraśnika.
Henryk dopił herbatę i wyszedł odprowadzany spojrzeniami, którym towarzyszyły ściszone rozmowy. Do miasta ze stacji było pięć kilometrów, a autobus ze stacji do Dąbrowy Bór przez stary Kraśnik odjechał, gdy jadł zupę. Następny jest za cztery godziny. Można było jeszcze zabrać się wojskową ciężarówką lub chłopską furmanką, ale wolał iść pieszo.
Kolejowa dzielnica składała się z kilku kamienic, jednorodzinnych domów i magazynów. Minął ją po kilku minutach spaceru. Spotkał ledwie kilka osób, a ulicą jechały głównie furmanki. Na szczęście nikt na niego nie zwrócił uwagi. Szedł ścieżką, następnie wąskim chodnikiem w dół. Pojawiły się pierwsze bieda-domy kraśnickiego przedmieścia. Kamieniczki też były dość liche, a każda miała za sobą kawałek pola, ogrodu, czy chlew. Przy Lubelskiej, która dla odmiany pięła się mocno pod górę, zabudowa była ciaśniejsza. Znał tu każdy zakątek, wiedział, jak poruszać się, omijając ludzi idących chodnikami. Domy były zamieszkane, w otwartych na oścież oknach wisiały firanki, na balkonach często stały kwiaty. Miasto żyło, tak jak wtedy, kiedy stąd wyjechał, tylko inaczej. Nie było już muru wokół dawnego getta, synagoga była zniszczona i nie było ludzi, których znał, którzy żyli tu od pokoleń.
Lipszyc skręcił w Strażacką i w prawo, w Narutowicza, która prowadziła do dawnego placu Piłsudskiego i ulicy Kościuszki. Przez chwilę pomyślał, aby pójść na żydowski cmentarz, ale szybko zrezygnował z tej myśli, nie dość, że daleko, to jeszcze odludzie. Spacerował po placu Wolności, tak teraz nazywał się plac Piłsudskiego, już nie krył się przed ludźmi, obserwował miasto i mieszkańców. Jedni przypatrywali mu się ukradkiem, inni patrzyli na niego wprost. Kilka osób rozpoznał, zapewne też niektórzy rozpoznali jego. Nikt ze znajomych Polaków nie podszedł do niego, nie przywitał się, nie zapytał co słychać? Żydów nie było. Dwóch pijanych, obdartych i hałaśliwych milicjantów szło chodnikiem. Widział, jak niektórzy z przechodniów splunęli na ich widok. Milicjanci zmierzali w kierunku Henryka, więc wszedł przez bramę na teren kościoła.
- Henieek, Henieek! - usłyszał nawoływanie od wejścia do kościoła.
- Artur?!
- Wejdźmy do środka - zaproponował młody mężczyzna w wojskowych butach i amerykańskiej kurtce z demobilu. - Żyjesz, strasznie się cieszę - rzucił Artur na powitanie. - Pewnie nie masz się gdzie zatrzymać? Przyjdź do nas za godzinę, matka się ucieszy, pogadamy.
- Dzięki Artur, przyjdę.
- To ja już idę, czekamy. Aha. Heniek... Uważaj na siebie.
Henryk został w kościelnej ławce, aby zebrać myśli i odetchnąć. W kościele panował półmrok, kilka kobiet modliło się w ławkach i przed ołtarzem, nikt się nim nie interesował. Kiedyś już był w tym kościele, po kryjomu, z tamtego czasu utkwiła mu w pamięci płaskorzeźba przedstawiająca rycerza i młodą kobietę. Odnalazł ją teraz na bocznej ścianie kościoła. Rycerz i kobieta byli w pozycji półleżącej, trzymali się za ręce. Obok rycerza leżał hełm. Henryk pamiętał, że płaskorzeźba przedstawiała Jana Baptystę Tęczyńskiego i Cecylię Wazównę. Pamiętał historię Tęczyńskiego, który w 1561 r. został wysłany przez króla jako poseł na dwór szwedzki i tam zakochał się w królewnie Cecylii. Gdy ponowie płynął do Szwecji w celu sfinalizowania związku, został pojmany przez Duńczyków i zmarł w niewoli, jak mówiono - z tęsknoty. Zwłoki Jana Baptysty sprowadzono do Kraśnika, gdzie został pochowany w kościele, a płaskorzeźba jest jego nagrobkiem.
Henryk jednak nie myślał teraz o rycerzu, myślał o szkole, Arturze Szpakowskim, z którym się kolegował od dziecka, jego rodzinie i swojej. Rodzice Artura byli nauczycielami w gimnazjum, należeli do bardzo nielicznej kraśnickiej inteligencji, oboje byli piłsudczykami i sympatyzowali z PPS, co w Kraśniku było już prawdziwą rzadkością. Pozostali lepiej wykształceni mieszkańcy miasta byli raczej zwolennikami endecji. Ojciec Henryka był liderem Budnu w mieście, co w pewnym momencie zbliżyło rodziny Lipszyców i Szpakowskich. Obie czuły się tu poniekąd obco.
Henryk zaczął się zastanawiać, po co tu przyjechał? Po co wsiadł do pociągu w Lublinie? To był impuls?
- Na co liczyłem? Że otworzę kluczem drzwi do naszego mieszkania i się wprowadzę? Że ktoś przeżył i wrócił? - zastanawiał się. - Nie ma co, trzeba tam pójść, może jeszcze jakieś rzeczy po rodzicach zostały.
Lipszyc wyszedł z kościoła, skręcił w Krakowską, na rogu stała ich kamienica. Zajmowali trzypokojowe mieszkanie na parterze, w pozostałych sześciu mieszkali lokatorzy, w tym dwie polskie rodziny. Wszedł do sieni, serce zabiło mu mocniej na widok tak bliskich miejsc. Zapukał do mieszkania na parterze. Otworzyła korpulentna jejmość w fartuchu.
- Dzień dobry - powiedział Henryk na powitanie. - Czy pani mnie pamięta, pani Bodziuchowa?
- A jakże, a jakże. Ale czego tu szuka, toć już nie jego. Niech stąd idzie! Bolek, lećże po ojca i pana Sowę, powiedz, że tu Żydy się panoszą - krzyknęła w głąb mieszkania.
Henryk odwrócił się na pięcie i wyszedł, miał zamiar wejść na pierwsze piętro i zapukać do Majewskich, ale zrezygnował. Wyszedł na ulicę. Mimo dość późnej pory, wciąż jeszcze było widno. Lipszyc przeszedł przez plac Wolności, minął Szkolną. Przy tej ulicy, nieco w głębi, stał dom Szpakowskich. Była to niewielka willa, jej kanciaste kształty, duże okna i luksfery nawiązywały do modnej w latach trzydziestych architektury modernistycznej. Niewiele było przykładów takiej architektury w Kraśniku. Dom stał w ogrodzie, który porastały drzewa i krzewy.
Zadzwonił do drzwi, otworzył Artur.
- Jak się masz, wchodź do środka - zachęcał.
- Dzień dobry, pani profesor - Henryk odezwał się na widok kobiety w średnim wieku, która wyszła im na powitanie.
- Jakże się cieszę, Henryczku, widząc cię całego i zdrowego - uściskała go. - Idź prosto do salonu, drogę znasz, ja zasłonię okna, a ty Artur wstaw wodę na herbatę.
- Ziemniaki już wystygły, ładnie się tak spóźniać? No cóż, punktualność nigdy nie była twoją najmocniejszą stroną, Henryczku - Adela Szpakowska, belferskim tonem, ale żartobliwie, skarciła gościa. - Najpierw coś zjemy, bo zapewne jesteś głodny, a potem pogadamy - dodała kobieta, stawiając przed Henrykiem talerz z pieczonym kurczakiem i ziemniakami, a do tego sałatkę z ogórków.
Henryk jadł z apetytem, był głodny, a od dawna nie próbował prawdziwego, domowego jedzenia.
- A co u profesora Szpakowskiego? - zagaił rozmowę, gdy już skończył jeść.
- Jak wiesz, Henryczku, odjechał z 24 Pułkiem na front, jeszcze pod koniec tamtego sierpnia. Teraz pisał z Wilhelmshaffen (3) w Niemczech. Jest tłumaczem w administracji okupacyjnej, ale wciąż jest w wojsku, przydała mu się ta germanistyka - odpowiedziała Adela.
- Wachmistrz Rudzki wrócił do Kraśnika. Zapewniał, że rotmistrz Szpakowski jest w dobrej formie. Przywiózł list. Walerian chce, abyśmy do niego dołączyli i przenieśli się do Anglii, a stamtąd może gdzieś dalej. Tylko nie wiemy jeszcze, jak się stąd wydostać - Artur włączył się do rozmowy.
- Sama nie wiem - dodała Adela szeptem. - Żyć tu się nie da, ale jeszcze nadzieja w aliantach i Mikołajczyku.
- Nadzieja umiera ostatnia - dorzucił Artur, nieco sarkastycznie.
- Powiedz Henryku, co się z tobą działo przez ostatnie... Ile to już? Trzy lata? - zapytała Szpakowska.
- Co tu gadać, pani profesor. W Bełżcu (4) miałem szczęście, trafiłem do brygady budowlanej. Potem przenieśli mnie na Majdanek, tam również pracowałem, a w czasie ewakuacji obozu udało mi się zbiec. Ukrywałem się u inżyniera Dudzińskiego, kolegi ojca, w jego leśniczówce. I tak przeżyłem. Miałem szczęście i szczęście do ludzi.
- Jakie masz plany, co zamierzasz robić w Kraśniku? - zapytał Artur, podając Henrykowi kieliszek domowej nalewki.
- Tak naprawdę, to nie wiem. ?o był impuls, żeby przyjechać do Kraśnika, zobaczyć jak tu jest, a przede wszystkim, kto jest? Poszedłem do naszego mieszkania....
- Błąd, to było nierozsądne - powiedział Artur, akcentując ostatnie słowo.
- Musisz naprawdę na siebie uważać, Henryczku, nie wiesz, jak tu jest - zatroskała się Adela. - Miastem rządzą typy spod ciemnej gwiazdy, ta najgorsza kraśnicka swołocz: Sowy, Bodziuchy, Żurki i inne, do spółki z bandytami w milicyjnych mundurach.
- Tak, to prawda - wtrącił Artur. - Władza administracyjna się boi, a wojska nie ma w mieście.
Jakby na potwierdzenie ich słów usłyszeli brzęk tłuczonego szkła. Przez rozbitą szybę wpadł kamień owinięty w papier. Artur spokojnie wstał, rozwinął go i przeczytał: "żydowskie pachołki".
- Sam widzisz - odezwała się Adela smutno. Kobieta usiadła w fotelu, jakby kurcząc się w sobie. Artur wyjął pistolet ze skrytki w podłodze.
- To z partyzantki, Artur był w AK - wyjaśniła matka.
- Muszę już iść. Nie jesteście bezpieczni ze mną - odezwał się Henryk.
- Nie ma mowy, dokąd pójdziesz? Zostajesz na noc - stanowczo zaprotestował Artur. - Jutro pogadamy, co dalej - dodał.
- Wiesz, Henryku - odezwała się Adela. - Ponieśliśmy chyba klęskę, nie zbudowaliśmy "szklanych domów", nasz "kaganek oświaty" słabo świecił. Nie bardzo udała nam się ta wymarzona i wyśniona Polska. A ta, która jest teraz, zapowiada się na znacznie gorszą. Ciężko żyć, pamiętając swoich uczniów prowadzonych na śmierć i tych drugich, którzy gwizdali i wygrażali im pięściami.
- Ale są jeszcze tacy jak Artur i inni. Wiele się udało, pani profesor - zaprotestował Henryk.
Gdy rano Lipszyc zszedł do kuchni, zastał przy stole Artura.
- Siadaj, śniadanie gotowe - wskazał Henrykowi krzesło. - Matka poszła rano na targ, a potem ma jeszcze wstąpić do szklarza - dodał Artur, wyprzedzając pytanie. - Wiesz, Henryk, myślałem o tym w nocy, a rano rozmawialiśmy z matką. Nie nie damy się zastraszyć! Nie po to przez cztery lata biegałem z karabinem po lesie, aby teraz bać się jakiejś hołoty. Zrobimy wszystko, co możemy, aby ci pomóc. Tak to jakoś głupio wyszło wczoraj, że tak po kryjomu, w kościele, chyba dałem się zastraszyć - powiedział ze skruchą w głosie Artur.
- Nie potrafię powiedzieć, jak bardzo jestem wam wdzięczny - Henryk spojrzał w oczy Arturowi.
Mężczyźni ustalili, że najlepiej będzie, jeśli Henryk uda się do Punktu Informacyjnego dla Żydów przy ulicy Wesołej, po drugiej stronie placu Wolności. A potem czym prędzej wyjedzie, jak najdalej z Kraśnika, a najlepiej z Polski. Szpakowscy też przecież myślą o wyjeździe.
XXX
Kamienica przy Wesołej miała jedno piętro i dziewięć niewielkich mieszkań, wcześniej należała do Arona Cukiermana, właściciela sklepu spożywczego i kolonialnego. Henryk pchnął lekko drzwi wejściowe i wszedł do ciemnego korytarza. Drzwi do biura na parterze były uchylone. Przy biurku siedział Dawid Zylbersztajn, znany onegdaj adwokat.
- Dzień dobry, panie Zylbersztajn - Lipszyc uchylił szerzej drzwi i wszedł do środka.
- Heniek, jakże się cieszę, że żyjesz - Zylbersztajn wstał z zza biurka i podszedł, aby się przywitać. - Wieść gminna niesie, że jesteś w Kraśniku od wczoraj, zatrzymałeś się u Szpakowskich. Bardzo porządni ludzie. I, niestety, zaglądałeś do swojego mieszkania - przemówił adwokat, gdy już usiedli przy stoliku.
- Świetne ma pan informacje, mecenasie.
- Musisz zrozumieć, nie możemy ich prowokować, jesteśmy za słabi, znikąd nie mamy wsparcia, siedzimy tu na beczce prochu. Jak już zapewne wiesz - kontynuował Zylbersztajn - szefuję tu, temu komitetowi. W tej chwili mamy 86 Żydów, którzy wrócili do Kraśnika. Nikt z nich nie mieszka w swoim dawnym mieszkaniu. Mamy tylko tę kamienicę i dom Landaua przy Szkolnej. Ciasnota. Sytuacja jest bardzo zła, w mieście panuje chaos, rządzą nim teraz najgorsze typy, do spółki z milicją. Połowa ludzi ich popiera, a połowa się boi - dodał Zylbersztajn. - Apelujemy o pomoc, ale jak na razie nic to nie daje. W Lublinie taki sam chaos, jak tu. Ponoć wszyscy potrzebują wsparcia i pomocy: Bychawa, Krasnystaw, Włodawa, a nie ma skąd go brać.
- Co dalej, panie mecenasie? - pytanie Henryka zawisło w próżni.
- Co dalej? Nie wiem. Mamy tu ludzi, którzy nie mają gdzie się podziać. Ci, co mieli, wyjechali, a sporo nie dojechało. Tydzień temu jakiś uzbrojony oddział zatrzymał pociąg między Wilkołazem a Pułankowicami. Wywlekli z wagonu rodzinę Cytrynów, wiesz, tę z Wesołej. Chcieli pieniędzy i kosztowności, dostali, a potem ich zastrzelili: Cytryna, jego żonę i piętnastoletnią córkę. Takich historii jest wiele. W Kraśniku w biały dzień zabili Szwarca z Podwalnej. Dlatego chodzimy w grupach, na noc barykadujemy się.
- Jak to się skończy? Co pan zamierza robić? - zapytał Henryk.
- Na razie chowamy naszych zabitych, zabezpieczamy cmentarz. Staramy się sporządzić dokumentację, kto zginął i kiedy, kto przeżył, gdzie jest - odpowiedział mecenas Zylbersztajn. - A potem? Potem trzeba stąd wyjechać. Nie dadzą nam spokoju, dopóki tu jesteśmy. Będą się bali, że odbierzemy im nasze majątki. Może na Ziemie Odzyskane? Do Wrocławia? A najlepiej - z Polski. Odbudowują fabrykę w Dąbrowie Bór. Będą potrzebowali ludzi do pracy, mamy parę wykwalifikowanych osób, które mogą im się przydać. Może więc ktoś znajdzie sobie miejsce na nowym osiedlu?
- Zostanę, pomogę wam, jeśli znajdziecie jakiś kąt. Nie mogę narażać Szpakowskich, a potem wyjadę - zadeklarował Henryk.
Kraśnik, październik 1969 r.
Andrzej Szulc wstał niewyspany, pół nocy przesiedział nad starymi dokumentami i musiał przyznać sam sobie, że go to wciągnęło. Czas do roboty. Cały czas myślał o dzisiejszej rozmowie z Dębem. Co z niej wyniknie, czego się dowie?
Wyszedł z domu tak szybko, jak mógł. Przeciął Urzędowską i zszedł w dół na "łąki". Minął miejsce, w którym zginął Żurek, a potem park. Nie poszedł schodami, ale skręcił na tzw. księżą górę, aby szybko dojść do Wesołej i placu Wolności. Dzień był dość ciepły, zza chmur co chwilę wychodziło słońce. Szulc spacerował po uliczkach rynku, przyglądał się murom kamienic, jakby liczył, że znajdzie na nich odpowiedź na pytanie: kto i dlaczego zabił Żurka? Ruszył w kierunku komendy. Przy Szkolnej zatrzymał się na chwilę przy spalonym domu Szpakowskich. Dobrze pamiętał profesor Szpakowską, która uczyła go w gimnazjum języka polskiego, ale tylko rok, ponieważ wybuchła wojna. Lubił ją. Podobno Szpakowscy zniknęli w 1945 r., tzn. pani Adela i jej syn Artur, bo profesor Szpakowski nie wrócił z wojny.
To był piękny dom i ładny ogród - sięgnął pamięcią w dawne czasy.
"Ale co ten dom może mieć wspólnego z moją sprawą?" - pomyślał i ruszył w kierunku Kościuszki.
Dęba nie było jeszcze w komendzie. Przejrzał gazety. Przeczytał o nowych ustaleniach w sprawie masakry cywilów w My Lai w Wietnamie, sprzed półtora miesiąca. Oficjalna propaganda miała używanie. Nie było nic o nadgranicznych starciach radziecko-chińskich nad rzeką Ussuri. Wiadomością tą żyło pół Polski, ale można było ją usłyszeć tylko w Wolnej Europie. "Chińczyki trzymają się mocno" - jakoś tak przyszło mu do głowy. Nie było co czytać, sama paplanina o gospodarskich wizytach, przekroczonych planach w fabrykach, amerykańskim imperializmie. Zajął się lekturą raportów dzielnicowych, to była jego ulubiona rozrywka w pracy. Czytając raport kaprala Sikory o mało się nie zakrztusił kawą. Kapral pisał: "Zatrzymany Alojzy Gwódź zapytał mnie uprzejmie, czy chcę dostać w mordę? Na co wyraziłem zgodę. Faktycznie dostałem w mordę, aż mi czapka służbowa spadła z głowy".
- Andrzej, idziemy! - Dąb nie tracił czasu na zbędne ceregiele, jak pukanie do drzwi, czy "dzień dobry". Wybiegł za nim. Przeszli na drugą stronę ulicy, wprost do konsumów. Dąb otworzył energicznie drzwi, wszedł przodem i pomaszerował wprost do pustego stolika w rogu.
- Co podać panom? - kelnerka Genowefa Grzyb zjawiła się niespiesznie.
- Pani Gieniu: dwa tatary i po setce wódki, aha, jeszcze dwie oranżady - zaordynował pułkownik.
- Tak jest, panie komendancie - Genowefa starła okruchy ze stolika i pomaszerowała do kuchni.
Szulc wyjął paczkę carmenów, nie częstował pułkownika, bo wiedział, że Dąb nie weźmie "perfumowanego" do ust. Rozmowę zaczął Dąb, odpalając giewonta.
- Co ze sprawą Żurka? Macie już coś? - spojrzał na Szulca.
- Niewiele, obywatelu pułk...
- Przeeestań - przerwał mu Dąb. - Nie jesteśmy w komendzie, siedzimy przy wódce.
- Przepraszam, Poldek - zmitygował się kapitan. - No, więc niewiele mamy w sprawie Żurka. Prawdopodobnie nie był to napad rabunkowy, bo nic nie zginęło, chyba, że bandytę ktoś spłoszył.
Nie mamy jeszcze wyników sekcji zwłok. Jedyne, co jest, to zeznanie Tomasza Ffff.. lisa - kapitan zakrztusił się oranżadą - które zebrał Golonka. Wiesz, tego Tomka, co mieszka obok parku, naprzeciw harcówki. Ponoć widział tam wysokiego mężczyznę w prochowcu i dziwnym, dużym kapeluszu, mniej więcej w czasie, kiedy zginął Żurek.
- To już coś jest, jak to mówią - pułkownik powiedział to z trudno skrywaną obojętnością. - Słuchaj, Andrzej... - Dąb podniósł literatkę z wódką do ust na znak toastu, a potem zaciągnął się papierosem. - Wiesz, że cię lubię i cenię. Nie będę owijał w bawełnę. Znałem Żurka i to nie od najlepszej strony. Zresztą, nigdy nie przepadaliśmy za sobą. Wiesz przecież, że niedobrze się tu działo zaraz po wojnie. Ta sprawa, to może być, ta, wiesz, jak to mówią..., ta puszka z Pandorą, czy jak jej tam było?
- Chyba puszka Pandory - sprostował kapitan.
- Oj tam, oj tam - zaśmiał się pułkownik. - Wiesz, że ja mam tylko siedem klas i kursy milicyjne, nie jestem taki inteligenciak, jak ty. Musimy być ostrożni, dlatego chciałbym, abyś informował mnie, co dzieje się w śledztwie, jak to mówią, jak kolega koledze, nie tylko oficjalną drogą służbową - pułkownik powiedział to tak, jakby nie oczekiwał odpowiedzi. Była ona oczywista.
- Jest jeszcze prokurator Barański, który nadzoruje dochodzenie - zauważył Szulc.
- "Baran"? Ta pierdoła? On by nigdy z domu nie wyszedł, gdyby żona nie powiedziała mu, które kalesony ma założyć - zaśmiał się głośno Dąb. - On ci nie pomoże, ale - co najważniejsze - nie zaszkodzi. Możesz działać swobodnie, jak wiesz ja się nie wtrancam do twoich śledztw - zabrzmiało to dosyć dziwnie, po tym, co Dąb powiedział przed chwilą.
Szulc chciał jeszcze przycisnąć pułkownika, aby coś więcej powiedział o Żurku i towarzyszach. Ale ten stuknął swoim kieliszkiem w kieliszek kapitana.
- Muszę lecieć do powiatu. Bywaj, Andrzej - Dąb ruszył w kierunku drzwi, po drodze regulując rachunek.
- A co tam u brata? - spojrzał w kierunku Szulca, trzymając już klamkę drzwi.
- Nie wiem, chyba dobrze - odkrzyknął Szulc.
Kapitan miał wrażenie, że rozmowa przebiegła dokładnie tak jak chciał... Dąb
"Trudno, ale komendantowi nie odpuszczę, wygląda na to, że dużo wie, ale nie o wszystkim chce mówić" - pomyślał detektyw.
Praktycznie jedynym tropem, jaki miał teraz Szulc, był ów mężczyzna w kapeluszu z dużym rondem. Ktoś przecież musiał go widzieć. Szulc nie wrócił do komendy. Poszedł w górę ulicą Kościuszki i skręcił w Partyzantów.
"Student coś może wiedzieć, albo się dowie" - pomyślał kapitan.
Student, a właściwie Zenon Jawornicki, kilka lat temu zaliczył pierwszy rok filozofii na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, po czym porzucił karierę naukową. Lokalnej społeczności naraził się, gdy podczas niedzielnej mszy wkroczył do kościoła parafialnego i głośno powiadomił wiernych, że Boga nie ma. Do wojska jednak nie trafił, przenieśli go do rezerwy z powodu zaburzeń psychicznych. Ktoś, kto w Polsce, nawet programowo ateistycznej, głośno deklaruje swoje wątpliwości odnośnie istnienia siły wyższej, musi być niespełna rozumu.
Po lewej stronie ulica Partyzantów była zabudowana małymi domkami, po prawej dość okazałymi kamienicami. Przed wojną należały one do Polaków, za nowej Polski zostały znacjonalizowane. W pierwszej z nich, na parterze, znajdowała się Wojskowa Komenda Uzupełnień. Drugą zajmował Urząd Miejski, a trzecia, najskromniejsza, z czerwonej, nieotynkowanej cegły mieściła mieszkania komunalne. Jedno z nich, kawalerkę, zajmował Student. Szulc wszedł na piętro po drewnianych schodach i zapukał do drzwi.
- Wszelki duch... pan kapitan - drzwi się otworzyły i w progu stanął mężczyzna około trzydziestki, średniego wzrostu z gęstą, ciemną czupryną, w odzieniu dość lichym i z zarostem na policzkach. - Jakież to niecierpiące zwłoki sprawy sprowadziły tu pana, aby popsuć mi już całkiem opinię na dzielnicy? Ale cóż, zapraszam, gość w dom, Bóg w dom.
- Cześć, Student, nie będę wchodził, porozmawiamy na podwórku - powiedział Szulc.
Gdy zeszli na dół, kapitan wyciągnął paczkę carmenów i skierował ją w kierunku Studenta. Ten od razu wyciągnął trzy i dwa schował do kieszeni koszuli.
- Widzę, że robotą nadal się brzydzisz - zagadnął Szulc.
- Panie kapitanie! Pan wie, w mądrej księdze zapisano: "Każdemu wedle potrzeb, od każdego według możliwości". Ja potrzeby swoje mam, ale z możliwościami gorzej. Czekam więc na komunizm, jak żydzi na Mesjasza i nim nadejdzie, muszę sobie jakoś radzić.
Szulc mimowolnie się uśmiechnął.
- Ale staremu Brzozowskiemu przyprowadziłem tę jawę, którą pożyczyłem, tak jak pan kapitan prosił.
- Prosiłem?! - żachnął się oficer. - No dobrze, Student. Przyszedłem, aby prosić cię o pomoc - Szulc zmienił temat. - Szukam tego człowieka - milicjant rozwinął kartkę, na której ukazało się coś, co miało stanowić namiastkę portretu pamięciowego.
Student się uśmiechnął:
- No tak, ręce ma, głowę ma, nie trudno będzie go rozpoznać na ulicy.
- Nie żartuj sobie, Zenek. Nie mam nic innego. Widziano go w kapeluszu z dużym rondem i chyba zagranicznym płaszczu.
- Pan myśli, że tu Hampreje Bogarty po Podwalnej popierdalają, jak w jakimś Paryżu, czy innej Casablance? - Student posłał Szulcowi krzywy uśmiech. - Niech pan popyta w fabryce, tam czasami kręcą się zagraniczniacy. Ja też popytam, także na Fabrycznym. Kapitan wie, że mu nie odmówię. "Bo kto nie był ni razu człowiekiem, temu człowiek nic nie pomoże". A pan był człowiekiem, to człowiek panu pomoże - zaśmiał się Student. - To on zaciukał ormowca? - zagadnął.
- Nie wiem, może? - odpowiedział Szulc.
- Szuka go pan, by wręczyć mu order? - Student powiedział to bardzo poważnym głosem. - Powodzenia, kapitanie - uścisnął rękę podaną mu na pożegnanie. - Uszanowania dla brata, widziałem go na ulicy w zgrabnym uniformie - Student zaśmiał się i ruszył powoli do swojego mieszkania.
Szulc wrócił na komendę najkrótszą drogą, przez Wierzbową i Szkolną, obok spalonego domu Szpakowskich. Na jego biurku leżała kartka od sierżanta Golonki, kontaktował się z dyrekcją fabryki w sprawie gościa w kapeluszu. Andrzej Kunicki, zastępca dyrektora do spraw technicznych zaprasza Szulca na rozmowę, najlepiej dziś przed końcem dnia, gdyż jutro wyjeżdża w delegacji.
- Pani Elu! Dziś już mnie nie będzie. Do widzenia - kapitan lekko uchylił drzwi do sekretariatu Dęba.
Szulc poszedł skrótami, przez teren kościoła. Był to kościół parafialny i odróżnieniu od mniejszego rektoralnego, zwany był powszechnie dużym kościołem. Świątynia była mieszaniną stylów, z zewnątrz dominował gotyk, ale wnętrze zachowało styl barokowy. Kapitan wyszedł bramą przy dawnym klasztorze i stąd prosto w Wesołą. Była to ulica równoległa do Podwalnej i głównej Narutowicza. Tym razem ominął lokal Jacka Depy i wstąpił do prywatnej kawiarni w sąsiedniej kamienicy. Podawali tu dobrze zaparzoną kawę. Kapitan zamówił do niej "pięćdziesiątkę" Pliski. Potrzebował wzmocnienia, świadomość braku postępów w śledztwie działała na niego depresyjnie.
"Od razu lepiej" - odetchnął, dopijając resztę kawy i ostatni łyk bułgarskiej brandy.
Szulc zszedł z Wesołej kamiennymi schodkami wprost na tzw. górę Laty, ulicę, która stromo pięła się w kierunku Narutowicza. Skierował się w dół w kierunku dworca PKS i ronda z pomnikiem Partyzanta. Potężnie zbudowany kamienny mężczyzna trzymał w ręce pepeszę. Hymn Gwardii Ludowej ("My ze spalonych wsi, my z głodujących miast...") jasno tłumaczył, gdyby ktoś miał jeszcze wątpliwości, z jakiej armii jest ten partyzant.
Etos partyzancki był w mieście silny. Co roku organizowano festiwal pieśni partyzanckiej, a we wszystkie święta państwowe defilowali bojownicy z biało-czerwonymi opaskami na rękach. Co roku jest ich więcej i coraz młodsi. AK-owcy w znacznie skromniejszej liczbie pojawiali się za to na kościelnych procesjach i to od niedawna.
Andrzej stanął na przystanku autobusowym. Po dziesięciu minutach pojawił się niebieski San (5). "Czwórka" mu pasowała. Automatyczne drzwi się rozsunęły, kapitan kupił bilet u konduktorki i ruszyli Lubelską, by za chwilę skręcić w ul. Szymańskiego (jakże by inaczej - partyzanta). Była to najdłuższa ulica w województwie, ponad 7 km, prowadziła wprost do Kraśnika Fabrycznego. Po drodze mijało się osiedle Koszary, a potem dwie ciasno zabudowane wioski: Piaski i Budzyń.
Milicjant wysiadł na dworcu autobusowym pod fabryką, a "czwórka" pojechała do Urzędowa, mijając bokiem Kraśnik Fabryczny. Budowa fabryki amunicji w wiosce Dąbrowa Bór pod Kraśnikiem i osiedla mieszkaniowego w ramach Centralnego Okręgu Przemysłowego tchnęła nowe życie w to miasto. Przedtem była to zapyziała rolnicza dziura. Kraśnik na długie lata utracił nawet prawa miejskie. Kilkanaście lat temu osiedle fabryczne oddzielono od Kraśnika, tworząc nowe miasto - Kraśnik Fabryczny. Nie wiadomo, dlaczego to zrobiono, może chodziło o dodatkowe, atrakcyjne stołki dla partyjnych kacyków. Niemniej jednak ten administracyjny podział był sztuczny.
Szulc ruszył w kierunku bramy fabrycznej. Były tu w zasadzie dwie fabryki, jedna produkowała łożyska toczne, druga bombki, ale nie choinkowe. Po obu stronach chodnika prowadzącego do biurowca umieszczono klomby i stojaki z flagami biało-czerwonymi i czerwonymi. Stały tablice, na których wszystkie wskaźniki rozwojowe pięły się ostro w górę. Hasła głosiły przyjaźń z narodami krajów socjalistycznych i oburzenie z powodu imperialistycznej polityki Stanów Zjednoczonych. Bliżej budynku biurowego i hal fabrycznych tablice były już bardzie konkretne: "Nie pij, powierzamy ci wspólne dobro" czy "Stój! Palce nie odrastają" - to odnośnie bezpiecznego korzystania z obrabiarek. Były też tablice, z których ponurym wzrokiem spoglądali wyróżniający się w "pracy zawodowej i społecznej" pracownicy.
Andrzej Kunicki czekał w swoim gabinecie. Szulc z uznaniem spojrzał na jego elegancki garnitur, śnieżnobiałą koszulę i dobrze dobrany krawat. Znali się od lat, chodzili do jednej klasy w liceum, a Andrzej wciąż mieszkał w Starym Kraśniku, niedaleko Kościuszki.
Kunicki poderwał się ze skórzanego fotela z wysokim oparciem, które stało za biurkiem.
- Stary! Kopę lat! Miło cię widzieć - uścisnął dłoń Szulca.
Szulc zaśmiał się widząc hasło nad biurkiem dyrektora: "Do pracy przychodź trzeźwy i wypoczęty". Usiedli na fotelach przy niskim stoliku, Kunicki poprosił o dwie kawy, otworzył barek i nalał dwie lampki brandy.
- A' propos hasła. Prawdziwe włoskie - Stock, dostałem w prezencie - podał kieliszek kapitanowi.
"Andrzej jest jakby z innego świata, elegancki garnitur, luksusowy gabinet, w dodatku wysoki i przystojny" - pomyślał Szulc.
Porozmawiali chwilę o starych znajomych, zagranicznych służbowych podróżach Kunickiego.
- Wiem, co cię sprowadza. Twój podwładny już mi wszystko powiedział - Kunicki przeszedł do rzeczy. - Mamy teraz trochę zagranicznych specjalistów w fabryce. Uruchamiamy nową kulkownię z japońskimi maszynami, kupiliśmy też nową technologię w Austrii - kontynuował inżynier. - Sądzę, że wśród japońskich inżynierów nie znajdziemy dobrze zbudowanego blondyna, który mógłby się kręcić w nocy po Starym Kraśniku. Wydaje mi się, że twojemu opisowi najbliższy jest Ernst Wurst, inżynier z Wiednia, doskonale mówi po polsku, chyba ma jakieś korzenie w naszym kraju. Przyjeżdża do nas dość często, nadzoruje wdrażanie technologii - dodał dyrektor Kunicki. - Mam kilka zdjęć, to ten - wskazał palcem na wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyznę około czterdziestki. - Możesz zabrać zdjęcia. Jadę już do domu, mogę cię zabrać, jeśli nie masz ze sobą jakiegoś pojazdu - zaproponował Kunicki.
- Miałem, ale pojechał do Urzędowa. Z przyjemnością się z tobą zabiorę - zgodził się Szulc.
Kunicki założył jasny, elegancki płaszcz, wziął czarną, skórzaną teczkę i zeszli na parking.
- Czyżby? - Szulc wskazał na nowiutkiego fiata 125 (6), który stał w sąsiedztwie warszaw, syrenek, wartburgów.
- Tak. Służbowy - Andrzej wyjął z teczki kluczyki i otworzył fiata. - Na włoskich częściach, świetna maszyna.
- Piękny - Szulc z uznaniem pokiwał głową.
Wsiedli do samochodu, na tylnym siedzeniu leżał kapelusz z dużym rondem.
Kraśnik, początek września 1945 r.
Adela i Artur Szpakowscy siedzieli w salonie swojego domu. Było już dość późno, choć zmrok jeszcze nie zapadł, letni dzień wciąż jeszcze był długi. Od dawna nie wychodzili z domu wieczorem i zawsze, kiedy robiło się już późno, Artur zamykał dom na klucz i sprawdzał, czy wszystkie okna i drzwi są domknięte. Słuchali radia, Władysław Szpilman grał Szopena. Adela zaparzyła herbatę, kawy nie mieli już od dawna, i przyniosła świeżo upieczone ciasto ze śliwkami. Ich cztery śliwy w ogrodzie ładnie obrodziły w tym roku. Dużym problemem było tylko zdobycie cukru, ale i to się udało.
Artur mimowolnie spojrzał w okno, jakaś postać zaglądała przez ogrodzenie. A może mu się tylko wydawało, że zaglądała. Od dawna żyją w napięciu: wojna, okupacja, partyzantka, a teraz ta bandycka komuna. Szpakowski pomyślał, że chyba jest przewrażliwiony. Artur sięgał już po trzeci kawałek ciasta, gdy usłyszał jakieś szmery z zewnątrz. Adela niczego nie słyszała oprócz koncertu i siedziała zrelaksowana. Mogły to być zwykłe hałasy z ulicy, ale postanowił sprawdzić.
- Idę po książkę do sypialni - powiedział Artur do Adeli, nie chcąc jej niepokoić.
Wszedł najpierw do swojego pokoju, potem do sypialni matki, uważnie popatrzył przez okna. Nie było nikogo, ani w ogrodzie, ani na ulicy. Zszedł jeszcze do piwnicy, sprawdzić, czy okienka są dobrze zamknięte. Przez jedno z nich dostrzegł wojskowe buciory.
Xxx
Genowefa Sikora wracała od swojej siostry. Zasiedziała się trochę i zrobiło się późno, szła szybko Strażacką, chciała jak najszybciej dotrzeć do domu. Na ulicy nie było nikogo. Wchodząc stromą ulicą pod górę, tam gdzie stał bóżnica, trochę się zasapała, nie była już młoda. Przystanęła, aby odpocząć. Kiedy oddech jej się trochę uspokoił, usłyszała głosy mężczyzn, dyskutujących o czymś za rogiem zniszczonej synagogi. Ostrożnie wyjrzała, dostrzegła dwóch mundurowych i trzech cywili, jednym z cywili był chyba Józef Żurek, ale nie dałaby sobie głowy uciąć.
Na wszelki wypadek skręciła w Krakowską i trochę okrężną drogą, przez plac Wolności, dotarła do domu. Longin Sikora siedział na krześle w kuchni i nic nie mówił, rzadko kiedy coś mówił.
- Wiesz, Longin, ta swołocz: Żurki, milicjanty znów coś kombinują. Strach się bać. Karabiny mają i dwie bańki do mleka. Ciekawe po co im te bańki? - zagadnęła do męża.
Longin myślał dłuższą chwilę, po czym wypalił z niezwykłą, jak na niego, ekspresją:
- Ty, Gienka, to byś lepiej gębę trzymała na kłódkę. Nie paplaj o tym nikomu, bo kłopotów narobisz. Żurek, jaki jest, to jest, ale dzięki niemu żydy cicho siedzą. Co? Chcesz wracać do tej chałupiny na Podlesiu?
Sikora schował nos w gazetę i zamilkł na cały wieczór.
Xxx
W "żydowskiej" kamienicy drzwi były już zaryglowane, okna pozamykane, mimo ciepłego, letniego wieczoru. Henryk Lipszyc dzielił pokój z Mietkiem Cwajgą, który pochodził z Urzędowa, ale bał się tam wrócić. Sąsiedni pokój zajmowała rodzina Polaków: Mordechaj Polak, jego żona Rebeka i dwie nastoletnie córki. Udało im się przetrwać okupację na wsi, dzięki pieniądzom i pomocy chłopskiej rodziny. Minął już tydzień od przyjazdu Henryka do Kraśnika, a on nawet nie miał czasu, aby odwiedzić ponownie Szpakowskich. Pracy było mnóstwo nad dokumentacją: kto i kiedy zginął, kto przeżył, kto wyjechał. Prawie siedem tysięcy ludzkich nieszczęść. Do tego jeszcze pomagał przy ponownym pochówku Żydów zamordowanych na ulicach miasta w masowych mordach. Niewielu ludzi było zdolnych do ciężkiej, fizycznej roboty. Zabezpieczyli też cmentarz, aby nie mogły już na niego wjeżdżać furmanki po macewy.
Xxx
Juliusz Sumiński kazał zaprzęgać bryczkę swojemu pomocnikowi, barczystemu i krępemu Marianowi Dzida. Marian pomagał Sumińskiemu w jego, dość sporym, gospodarstwie ogrodniczym. Sumiński był przed wojną dyrektorem gimnazjum. Teraz już nie uczył, ale spora gospodarka i cegielnia dawały mu przyzwoite utrzymanie. Sumińscy z szesnastoletnią córką mieszkali w ładnym murowanym domu za cmentarzem.
- Jadę do Szpakowskich. Marian słyszał, że coś niedobrego się tam szykuje - powiedział do żony.
- Co się dzieje? - Maria Sumińska mocno się zaniepokoiła.
- Nie wiem, ale pojadę i sprawdzę.
- Jedź, jedź, tak trzeba, ale uważaj na siebie i weź ze sobą Mańka - przestrzegała Maria Sumińska.
Xxx
Artur przykucnął pod ścianą, delikatnie uchylił piwniczne okienko. Nie wiedział, ilu ich jest, chyba trzy do pięciu osób. Starał się zachować zimną krew, w końcu nie raz otarł się o śmierć w czasie wojny. Wyjął ze skrytki walthera, sprawdził magazynek i wcisnął pistolet za pasek spodni. Domknął okienko i pobiegł na górę do salonu. Przekręcił potencjometr odbiornika radiowego do zera. Adela spojrzała na niego pytająco.
- Ubierz się, mamo, tylko spokojnie, bez paniki - zakomenderował.
Pistolet za jego paskiem wróżył jakieś nieszczęście. Adela bez słowa pobiegła na górę, po rzeczy z szafy.
Z piwnicy dobiegł brzęk tłuczonego szkła w oknach. A potem następne odgłosy, jakby tłukące się butelki. Koktajle Mołotowa poleciały też na górę, ale nie sięgnęły okien. Adela Szpakowska zbiegła na dół, w oczach miała strach.
Xxx
Juliusz Sumiński poganiał konie, siedząc na koźle bryczki. Z sumiastymi wąsami i nienagannej, staromodnej elegancji, wyglądał jak szlachcic z dziewiętnastowiecznego obrazu. Marian siedział obok i nic nie mówił. Wiedział, że jak będzie trzeba dać komuś w mordę, to da. Dojechali już do Kościuszki, za 300 metrów skręcą w Wierzbową i w try miga dojadą do domu Szpakowskich.
Xxx
Kamienie, które poleciały od strony ulicy wybiły szyby w dwóch oknach i drzwiach na taras. Wpadły dwie butelki z benzyną. Jedna zgasła, drugą ugasił Artur. Ale od piwnicy czuć było swąd spalenizny i unosił się dym.
- Trzeba uciekać na milicję! - Adeli tylko takie rozwiązanie przychodziło do głowy.
- Mamo, ci bandyci to milicjanci. Spokojnie, damy sobie radę - odpowiedział Artur niezwykle spokojnym głosem, jak na okoliczności i odbezpieczył pistolet.
Wyszli z domu drzwiami prowadzącymi do ogrodu. Mrok, który już zapadł, sprzyjał im. Czekali na nich przy furtce i wejściu do domu. Było ich siedmiu, w tym trzech mundurowych z karabinami. Płomień, który wydobywał się z piwnicy oświetlał ich twarze, wydawało mu się, że rozpoznał niektóre z nich. W salonie płonęły już firanki, tylko góra nie była jeszcze zajęta przez ogień. Przemykali się między krzewami żywopłotu i agrestu, zamierzali dojść do ulicy z drugiej strony. Ale tam wyjście obstawiał cywil z karabinem.
Artur kazał ukryć się matce, schował pistolet z tyłu za pasek i wyszedł naprzeciw draba.
- Chyba wiem, gdzie są! - krzyknął do niego.
- Pierdolisz! - odpowiedział wartownik. - To, gdzie są?
- Chodź ze mną, będziemy ich mieli.
Drab ruszył w kierunku Artura. Gdy zrównał się z nim, chwilę się zawahał, jakby go poznał, ale szybkie uderzenie kolbą w głowę pozbawiło go świadomości. Artur odrzucił karabin w krzaki, wziął matkę pod rękę i wydostali się na chodnik.
Przy ulicy stała zaprzężona bryczka. Na koźle siedział krępy mężczyzna, a drugi z sumiastymi wąsami chodził dokoła, próbując zorientować się w sytuacji.
- Pan Juliusz? Co pan tu robi? - krzyknęła Adela.
- Pani Adela! Chwała Bogu. Przyjechałem po was. Szybciej! Szybciej! Wsiadajcie do bryczki. Czołem, Artur!
- Czołem, panie komendancie - Artur odkłonił się swojemu byłemu dowódcy z konspiracji.
- Maniek, łap lejce i zawracaj, ale bystro! - Sumiński krzyknął do chłopaka.
Marian szybko nawrócił, ruszyli z kopyta, ale nie mogli zostać niezauważeni.
- Tam są! Wieją bryczką! Dorwać ich! - rozległy się głosy.
Mundurowy wyskoczył na ulicę, zdjął karabin z ramienia, zarepetował i strzelił. Artur widział go dobrze w świetle pożaru, wyciągnął walthera i strzelił dwa razy. Milicjant rozrzucił ręce na boki i padł na twarz. Szpakowski objął matkę. Poczuł lepką wilgoć krwi.
Xxx
- Ludzie, ludzie ratujta! Pali się! Szpakowskie się palą! - krzyk nieznanej kobiety niósł się po ulicach.
Henryk Lipszyc wyjrzał przez okno, gdy tylko usłyszał krzyk. Nad Szkolną unosiła się łuna pożaru. Wyskoczył czym prędzej z kamienicy, obejrzał się, czy ktoś poszedł w jego ślady, ale nie było nikogo. Pobiegł w kierunku Szkolnej.
Przed domem Szpakowskich zaczęli się zbierać ludzie, mieli ze sobą wiadra z wodą, wyła syrena straży pożarnej. Na przeciw tłumu wyszedł mundurowy:
- Wypierdalać! - ryknął, kierując w tłum lufę pepeszy.
Podbiegł do niego niewysoki, chudy człowieczek:
- Na ch... było podpalać! - krzyknął do mundurowego. - Nawet my nic nie wzięli.
- Nie pierdol, Żurek, coś jeszcze się znajdzie - odparł typ z pepeszą.
Henryk Lipszyc odłączył się od tłumu. Przeskoczył przez ogrodzenie z drugiej strony posesji i pobiegł w kierunku płonącego domu. Nie wiedział, gdzie są domownicy. Na przeciw niego wyrosła jakaś postać.
- Ty skurw.... - nie zdążył dokończyć, celny cios Henryka powalił go na ziemię.
Lipszyc poczuł jednak za sobą nieświeży oddech i smród niemytego ciała, czyjeś ręce otoczyły go żelazną obręczą. Silny cios w brzuch kolbą karabinu pozbawił Henryka przytomności.
Kraśnik, połowa listopada 1969 r.
W tym roku zima przyszła szybko. Od dwóch dni padał gęsty śnieg, a aura jak zwykle zaskoczyła drogowców. Chłód nadszedł już wcześniej. Jak co roku ludzie trzęśli się z zimna podczas procesji na cmentarzu we Wszystkich Świętych.
Szulc siedział w swoim pokoju na komendzie wpatrując się przez okno w wirujące płatki śniegu. Na dole Jan Grządka odgarniał szuflą śnieg z chodnika przed swoją posesją. Ludzie wciąż jednak chodzili wydeptanymi w śniegu ścieżkami. Cieszyły się za to dzieci, które rodzice ciągnęli na sankach do przedszkola na Partyzantów. Ksiądz proboszcz Józef Motyka przechadzał się wokół kościoła. Sprawdzał, czy Józefiak odgarnął już śnieg. Na poranną mszę ludzie brnęli w białym puchu po kostki. Proboszcz był wściekły, bo wczoraj na wieczornej mszy, ani dzisiaj na porannej nie pojawił się kościelny Eligiusz Sowa. Zupełnie bez uprzedzenia.
- To do niego niepodobne, taki sumienny, porządny katolik - głośno myślał proboszcz. - Może zapił, każdemu się może zdarzyć? A może się coś stało?
Ksiądz pomyślał, że trzeba jednak pójść do Sowów i zapytać, co z Eligiuszem. Ale tak daleko, taka pogoda.
"Jak nie przyjdzie wieczorem, wyślę któregoś ministranta" - pomyślał Motyka i ucieszył się z tego pomysłu.
Ksiądz podszedł bliżej ulicy, obserwując z dala, jak Szkoła Podstawowa nr 1 maszeruje na zlot gwiaździsty pod pomnik Partyzanta, z okazji rocznicy bohaterskiej śmierci Leśnego Władka.
"Dałby Bóg, żeby tak kiedyś maszerowali do kościoła.... na rekolekcje" - westchnął proboszcz Motyka.
xxxx
Kapitan Szulc popijał okropną herbatę Popularną, co chwila wypluwając paprochy. Herbatę otrzymał w pakiecie socjalnym, razem z mydłem Karat, po użyciu którego skórę jego dłoni pokrywała "rybia łuska".
Sięgnął po gazetę. Trybuna podała nowe informacje w sprawie śmierci członków rodziny Lipów. W zabudowaniach należących do nich wybuchł pożar, spaliła się większa część domu, w zgliszczach odnaleziono pięć zwęglonych zwłok. Okazuje się, jak donosi dziennik, że nie był to nieszczęśliwy wypadek. Wszyscy zginęli od ciosów tępymi narzędziami, prawdopodobnie siekierą i motyką. Milicja podejrzewa napad rabunkowy (7). Przegląd sportowy organizuje kolejny plebiscyt na najlepszego polskiego sportowca. Głównym faworytem jest, oczywiście ciężarowiec, Waldemar Baszanowski, w czołówce są też szermierz Bohdan Andrzejewski, lekkoatletka Mirosława Sarna, piłkarz Kazimierz Deyna (8).
Szulc nie był w najlepszym humorze.
"Kręcę się jak gówno w przeręblu i nic" - kapitan pomyślał o postępach śledztwa w sprawie zabójstwa Żurka. Nie ma podejrzanego, nie ma nawet motywu, nie ma nic. Student doniósł, że Żurek najprawdopodobniej nikomu teraz nie nadepnął na odcisk. Austriacki inżynier wrócił do Wiednia i nie było go jak wypytać. Poza tym, jak to zrobić, aby nie wywołać międzynarodowego skandalu. W dodatku Golonka i Kulesza mieli sporo roboty z kradzieżami i rozbojami.
Zadumę kapitana przerwał telefon. Dzwonił oficer dyżurny. Jest zgłoszenie samobójstwa.
Milicyjna warszawa zatrzymała się przy ulicy Młyńskiej. Było to już nieco za miastem, tuż za cmentarzem, ale jeszcze przed domem Sumińskich. Nie było tu już chodnika, tylko wydeptana w śniegu ścieżka. Przy drodze stał Anatol Drewniany, właściciel cegielni, wysoki, chudy mężczyzna o końskiej twarzy.
- To ja dzwoniłem - odezwał się Drewniany, gdy drzwi radiowozu się otworzyły i z samochodu, wprost w śnieżną zaspę wysiedli: kapitan Szulc, sierżant Golonka i prokurator Barański. Kapral Kulesza wysiadł od strony kierowcy. - Chodźcie za mną, panowie - Drewniany skinął ręką dla zachęty.
Polna droga prowadziła w kierunku cegielni Drewnianego i niewielkiego lasku. Teraz była całkiem zasypana śniegiem. Dałoby się przejechać chyba tylko saniami. Drewniany sadził wielkie susy, Golonka próbował iść po jego śladach, ale nie bardzo mu się to udawało. Barański w pantoflach dreptał drobnymi kroczkami, co chwila wycierając sobie twarz z potu kraciastą chustką, choć było chłodno. Pochód zamykali: Szulc z papierosem w ustach i milczący Kulesza. Drewniany co chwilę przystawał, czekając, aż reszta pochodu dołączy do awangardy.
- Jest, jest, to tu, panowie! - krzyknął, z jakimś dziwnym entuzjazmem, właściciel cegielni wskazał ręką na początek lasku. Podeszli bliżej. Na drzewie rosnącym u podnóża pagórka wisiał mężczyzna w długim palcie. Obok leżała czapka z nutrii, prawdopodobnie jego. Cały był pokryty śniegiem, jakby go ktoś przeciągnął po zaspie, albo dlatego, że non stop padało.
Stali przez chwilę, patrząc na wisielca, jakby nie wiedzieli, co robić. A może chodziło o to, kto ma to zrobić? W końcu prokurator przerwał milczenie.
- Pan każe go odciąć - Barański spojrzał na Szulca.
- Mirek, odetnij go - Szulc spojrzał teraz na kaprala.
Kulesza ociągając się, niechętnie ruszył w kierunku drzewa, pod którym na wietrze kołysał się wisielec. Musiał wspiąć się jedną nogą na gałąź, aby sięgnąć sznura. Odcięty wisielec runął w dół wbijając się w zaspę. Kapral został na drzewie. Trup kołysał się w zaspie, patrząc na przybyszy nienawistnym i pełnym grozy wzrokiem.
Pierwszy odwrócił się Drewniany. Jego susy były teraz jeszcze dłuższe. Wyglądał jakby biegł przez płotki po rekord Polski. Barański, patrząc na oddalające się plecy cegielniarza, próbował wyrwać stopy ze śniegu, unosząc wysoko kolana, zupełnie jak przy udeptywaniu kapusty, a przy tym machał rękami. To znaczy jedną machał, a drugą tylko podnosił, bo trzymał w niej teczkę. Szulc i Golonka ruszyli za nimi truchtem. Pierwszy ochłonął kapitan.
- Stójcie, panowie! - krzyknął Szulc.
Golonka przybliżył się do oficera, Barański utknął w miejscu, a Drewniany wrzeszczał z oddali, że musi już iść i jeszcze dziś przyjdzie na komendę. Kulesza z paniką w oczach i zdumieniem jednocześnie, patrzył to na wisielca, to na nich. Podeszli bliżej, kapitan i sierżant unieśli zwłoki za ramiona i pchnęli na śnieg, na plecy. Barański też przyczłapał, spodnie miał utytłane w śniegu prawie po pas.
- To Sowa, ten kościelny z dużego kościoła - pierwszy odezwał się sierżant Golonka.
- Ktoś go wcześniej potraktował, czymś ostrym - Szulc pokazał ręką rany na brzuchu i klatce piersiowej.
- Czyli morderstwo? - dopowiedział Barański.
- Czekamy na techników i patologa. Mirek, wyjdź na ulicę i przyprowadź ich tu, żeby nie błądzili - zakomenderował kapitan.
Szulc wrócił do komendy i wystukał na maszynie raport. Dęba nie było, więc zostawił go w sekretariacie. Miał przypuszczenie, graniczące z pewnością, że zabójstwo Sowy ma związek z zabójstwem Żurka. Wskazywałyby na to choćby rany zadane obu ofiarom.
"Tylko co może mieć wspólnego kościelny z ormowcem? - zastanawiał się detektyw. - Chyba tylko przeszłość".
Dochodziła trzecia po południu, Szulc nie miał już po co dłużej siedzieć w komendzie. Wyszedł na ulicę. Śnieg już nie padał, było przyjemnie i rześko, a miasto pokryte białym puchem pojaśniało. Na ulicach było sporo dzieci z sankami, bez sanek, a nawet z drewnianymi nartami. Pagórki, schody zamieniono w ślizgawki. "Księża Góra" stała się teraz wielkim torem saneczkowym, na którym zjeżdżało mnóstwo dzieciaków, na czym, kto mógł.
"Tylko patrzeć, a na zamczysku pojawią się narciarze" - pomyślał Szulc.
Kapitan postanowił dziś iść prosto do domu, miał dobrą kawę i butelkę węgierskiego rieslinga w lodówce, no i gościa wieczorem.
Xxx
Szulc poprawił sobie poduszkę pod głową. "Poszłabym za tobą do samego nieba. Ale za wysoko, ale za daleko"... - z drugiego pokoju, gdzie stał gramofon, płynął głos Miry Kubasińskiej i zespołu Breakout z nowej płyty "Na drugim brzegu tęczy". Andrzej leżał pod kołdrą na rozkładanym tapczanie. Ustrojstwo to nazywało się półko-tapczan, bo łóżko łączyło się z małym regałem, w którym można było je schować. W pokoju stało jeszcze biurko, na którym leżały papiery, teraz zgarnięte w jeden róg, aby zrobić miejsce na butelkę wina i kieliszki.
Andrzej patrzył, jak Alicja powoli zbiera z podłogi i fotela swoją garderobę. Blade światło padało na jej równie bladą skórę, wąskie ramiona, pośladki i delikatnie wystający brzuszek. Alicja wiedziała, że Andrzej jej się przygląda, dlatego nie spieszyła się, lubiła, gdy ktoś patrzył na nią z zainteresowaniem. Weszła pod prysznic, szorowała się intensywnie, jakby chciała zmyć z siebie minioną noc i wrócić do realnego świata. Zawsze w takiej sytuacji obiecywała sobie, że to już ostatni raz. Po co jej ten milicjant? Alicja pożegnała się bez zbędnych ceregieli i wyszła na ulicę. Musi zdążyć, zanim Walerian, jej mąż, wróci z Łodzi. Kowalczyk miał zakład rzemieślniczy, w którym produkował części do maszyn rolniczych.
Ich związek chyba od samego początku ma charakter czysto formalny. Kowalczyk, starszy od Alicji o kilkanaście lat, miał już jedno małżeństwo za sobą i pieniądze. Potrzebował jeszcze atrakcyjnej, reprezentacyjnej żony. Alicja natomiast potrzebowała wygodnego, dostatniego życia. Ponadto miała jakiś talent, jeśli chodzi o prowadzenie biznesu, zjednywanie klientów, przede wszystkim zaś umiejętność załatwiania spraw w urzędach, z czego Walerian chętnie korzystał. Na zewnątrz jednak udawali prawdziwe małżeństwo. Razem nawet chodzili do kościoła w większe święta. Nie mieli dzieci, to znaczy Walerian miał dwoje z poprzedniego małżeństwa.
Alicja wsiadła do swojego włoskiego fiata 500, który postawiła na szpitalnym parkingu. Było dość daleko, ale bezpieczniej dla samochodu i dla jej reputacji. Gdy przyjeżdżała do Koszar taksówką, również wysiadała w pobliżu szpitala. Stało tam sporo aut i mało kto zwracał uwagę na "pięćsetkę". Kraśnik był specyficznym miastem, można powiedzieć biznesowym. Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych w powiecie działała blisko setka prywatnych cegielni, sporo było zakładów rzemieślniczych, które w rzeczywistości były małymi fabryczkami. Widok mercedesa na ulicy nikogo już nie dziwił, a co dopiero małego fiacika, nawet jeśli to było włoskie auto.
Andrzej został sam. Alicja nie chciała jeść śniadania, spieszyła się. W kuchni przygotował naprędce dwie kanapki z serem topionym i zaparzył herbatę. Postawił talerz i szklankę na stole w większym pokoju. Ten stary stół był najpoważniejszym meblem w tym pokoju. Stał tu jeszcze równie stary fotel, a na ścianie wisiały półki z książkami i jakimiś teczkami. Na mniejszym stoliku w kącie stało radio i adapter. Szulc czuł się zrelaksowany i zadowolony z siebie. Zabójstwo Sowy mogło oznaczać przełom w śledztwie, a to dodawało mu energii. Był poniekąd wdzięczny zabójcy, że wyrwał go z tego kręgu niemożności. Nie mógł doczekać się informacji od patologa o przyczynach zgonu. Na raport z sekcji trzeba było jeszcze poczekać, ale dlaczego nie odwiedzić doktora Wesely teraz? To niedaleko. Uliczkami między blokami kapitan w dziesięć minut dotarł do szpitalnej kostnicy.
- Dzień dobry, panie doktorze - Szulc uchylił drzwi do gabinetu lekarza.
Wesely pochylony nad biurkiem pisał coś na kartce papieru. Doktor był w wieku trudnym do określenia, między trzydziestką a pięćdziesiątką, raczej niewysoki, chudy, z czupryną siwych włosów i garbatym nosem, przypominał trochę Einsteina.
- Dzień dobry - burknął lekarz, ni to do gościa, ni to do siebie. Dodając jeszcze coś o tych, co przeszkadzają mu pracować. - Raport z sekcji będzie jutro. Jak się domyślam, pan kapitan w tej sprawie?
Doktor Wesely miał opinię mruka, samotnika i cynika. Sympatią darzył tylko tych ludzi, których miał za chwilę pokroić. Ale Szulca jakoś tolerował. Kapitan postanowił to wykorzystać.
- Dobrze, niech pan idzie za mną - Wesely wskazał drzwi do większej sali, gdzie przechowywano zwłoki.
Doktor odsunął prześcieradło, obnażając zwłoki Sowy do pasa.
- To zabójstwo. Poza tym nie żył już, gdy go powieszono. A to przyczyna zgonu - doktor wskazał na dwie rany po nożu, bagnecie, czy innym tego typu narzędziu.
- Tak, jak u Żurka? - zapytał kapitan.
- Wygląda na to, że tak. Sekcja wykaże, ale już teraz mogę powiedzieć, że nasz świętoszek zginął od tego samego lub podobnego narzędzia, co ormowiec. Zabójca chyba jednakową estymą darzy klerykałów i komunistów. Cóż, mogę mu tylko życzyć powodzenia - Wesely posłał Szulcowi ironiczne spojrzenie. - Czy to już wszystko, kapitanie? Czekają na mnie interesanci - doktor chwycił skalpel i piłę do cięcia kości.
Kapitan ruszył Szpitalną, zabudowaną nowymi blokami, przeciął Szymańskiego i stanął na przystanku.
"Jak zapalę papierosa, zaraz przyjedzie autobus" - pomyślał detektyw.
Tym razem zaklęcia zadziałało dopiero przy drugim carmenie. Podjechał niebieski san. "Jedynka" - idealnie. Szulc wysiadł przy Partyzantów, stąd tylko kilka kroków na komendę.
xxx
Dąb siedział w swoim gabinecie, paląc jednego papierosa za drugim. W pokoju unosiły się kłęby cuchnącego dymu. Otwarcie okna na oścież na niewiele się zdało. Na widok Szulca pułkownik krzyknął:
- Obywatelu kapitanie, zapraszam do mnie!
Dąb poprosił sekretarkę o kawę dla kapitana i herbatę dla siebie.
- I proszę, aby nam nie przeszkadzano - dorzucił, domykając drzwi.
- Co tam w śledztwie? Coś już macie? - spojrzał na kapitana.
- Byłem rano u Weselego. Wygląda na to, że ta sama osoba zabiła Sowę i Żurka. - Nie mam pojęcia, jaki mógł być motyw. Jedna ofiara to zagorzały katolik, a druga ormowiec.
- Powiem wam, jak to mówią, Sowa nie zawsze był taki świętojebliwy. Kiedyś z Żurkiem trzymali sztamę. Taki wiesz, jak to mówią, nawrócony grzesznik.
"Dąb nareszcie zaczął mówić - pomyślał Szulc i zapalił carmena. - Może tym razem nie wykręci się wyjazdem do powiatu, czy do Lublina".
- Sowa, Żurek, Bodziuch i jeszcze kilku innych kręcili w czasie okupacji i zaraz po wojnie swoje interesy. Opłacali się bandzie Zawiszy z lasu. Byłem już w Kraśniku, gdy poczuli, że są między młotem a kowadłem. Z jednej strony, jak to mówią, Zawisza naciska, a z drugiej my. Postawili na nas, my byliśmy silniejsi - Dąb zamilkł na chwilę i zaczął energicznie mieszać herbatę. Zapalił giewonta i wrócił do tematu.
- Słyszałeś na pewno o nieudanym napadzie bandy Zawiszy na bank spółdzielczy na wiosnę w czterdziestym szóstym? To nie było dokładnie tak, jak potem o tym pisano. Żadnej bohaterskiej walki, mieliśmy ich na widelcu, a podali nam ich Żurek i jego kumple. Wymyślili wspólnie napad na bank, bo już nie było forsy na walkę o wolną Polskę, bez Żydów i komunistów. Ale Żurek przyszedł do nas. Rozpuściliśmy wieści, że tego dnia jedziemy na akcję, zostawiając dwóch funkcjonariuszy w komendzie. Ale zostaliśmy, ściągając jeszcze czterech chłopaków z posterunku z fabryki - Dąb uśmiechnął się do swoich wspomnień. Wstał zza biurka i wyjrzał przez okno. Wciągnął głęboko powietrze do płuc i wypuścił je, tworząc wokół głowy chmurkę pary. - Wczesną mamy zimę w tym roku - rzucił. - Ale wracając, jak to mówią, do rzeczy. Byli strasznie pewni siebie, wystawili co prawda rkm do osłony, ale Kowal zdjął erkaemistę. Ci, co próbowali wejść do banku, dostali serię z pepeszy. Trzech położyliśmy, czterech uciekło - Dąb zreferował przebieg wydarzeń w iście telegraficznym skrócie.
Pułkownik siedział spokojny i palił kolejnego papierosa. Patrzył przed siebie i co chwila popijał herbatę drobnymi łykami, lekko siorbiąc. Przyglądał się papierom na biurku. Zmiął w dłoni pustą paczkę po papierosach. W końcu wziął głębszy oddech i kontynuował:
- I teraz wyobraź sobie najlepsze - pułkownik porzucił oficjalny ton. - Ten Zawisza myślał pewnie, że jego ludzie już są w banku. Patrzę przez okno z posterunku, a ten kutas popierdala środkiem ulicy na białym koniu, jak jakiś wsiowy Anders. Na nogach ma oficerki, na sobie paradny mundur, koalicyjkę, rogatywkę, a na piersi ryngraf z Matką Boską. Chodnikiem szło czterech jego ludzi. Chcieliśmy mieć go żywego. I mieliśmy. Próbował jeszcze uciec, ale spadł z tego konia, rogatywka potoczyła się po chodniku. Ryngraf cisnął na ulicę, bo mu przeszkadzał. Daleko nie uciekł, nadział się na lufę pepeszy Woźnicy.
Szulc słuchał Dęba nie przerywając. Na przemian popijał kawę ze szklanki i zaciągał się papierosem.
- Mieliśmy wreszcie tego Zawiszę, co tyle krwi napsuł. I wiesz co się stało? W nocy kapral Cytryn zszedł do aresztu i odstrzelił łeb Zawiszy. Podobno to oddział Zawiszy wyciągnął jego ojca, matkę i siostrę z pociągu pod Pułankowicami, obrabowali i zastrzelili. Cytryn nie jechał tym pociągiem. Zaraz potem zapisał się do milicji, aby się zemścić i się doczekał. Udało mi się zatuszować sprawę, a Cytryn odszedł z milicji. Chyba jest w Niemczech. Może to ktoś od Zawiszy teraz mści się za zdradę? - dopowiedział Dąb. - A teraz muszę lecieć do powiatu, dokończymy rozmowę później. Czołem, kapitanie.
Szulc nareszcie coś miał. Żurek i Sowa w jednej bandzie, która robiła jakieś lewe interesy. Musieli być powiązani z milicjantami, skoro Dąb zrobił czystkę w tutejszej komendzie. Kapitan wyobraził sobie Dęba na miejscu Gustawa Holoubka w filmie: "Prawo i pięść".
"Za dzień, za dwa, za noc, za trzy, choć nie dziś" - zaczął cicho nucić. "Do Fettinga (9) jednak mi daleko" - pomyślał. - Trzeba sprawdzić, tych od Zawiszy, którzy brali udział w napadzie na bank, synów, siostrzeńców, tych co zginęli i przeżyli - głośno myślał kapitan. - Jeśli kościelny i ormowiec zajmowali się podejrzanymi interesami, mogli narazić się lub skrzywdzić jeszcze kogoś. Muszę wiedzieć, czym się zajmowali.
Po śmierci Sowy w mieście panowało wielkie poruszenie. Wystarczyło wyjrzeć z komendy przez okno na Kościuszki, aby zobaczyć kilkuosobowe grupki, zawzięcie o czymś dyskutujące. Wiadomo, o czym.
- Może przymkniemy ich za nielegalne zgromadzenia? - zaśmiał się sierżant Golonka, podchodząc do okna w gabinecie Szulca.
Sierżant przyniósł wieści z miasta. Panuje powszechne przekonanie, że Sowę zabiła ubecja do spółki z milicją. Chcieli porwać księdza Motykę i utopić go w Wyżniance, ale nie udało im się dopaść proboszcza, więc uprowadzili kościelnego. Niektórzy nie wykluczają jeszcze masonów, żydów i ekipy z "czarnej wołgi".
Szulc poczuł się głodny, zamarzył też o kuflu leżajskiego piwa. Takie marzenia spełniają się tylko u Depy. Kapitan wyszedł z komendy i ruszył dobrze znaną sobie drogą. Wyglądało na to, że zima na razie odpuszcza, śnieg topniał, przybierając na chodnikach jasnobrązową barwę, w powietrzu czuć wilgoć, ale przynajmniej było ciepło. Tym razem nie poszedł skrótami, przez teren kościelny. Zrezygnował, bo liczne grupki, przeważnie starszych kobiet ciągnęły do kościoła, aby wymodlić Sowie dobre miejsce w niebie.
U Depy było pusto, nie licząc trzech facetów z teczkami, którzy w części barowej lokalu pili wódkę pod śledzia po japońsku. Byli to inspektorzy ze skarbówki.
"Może dopadli jakiegoś prywaciarza i teraz opijają sukces" - pomyślał Szulc i poszedł do drugiej salki, siadając przy stoliku.
Depa zjawił się za chwilę, podali sobie ręce w milczeniu. Restaurator zaproponował kapuśniak i pierogi z mięsem. Wiedział dobrze, co gość lubi najbardziej.
- Jak tak dalej pójdzie, nasze miasto się wyludni - zażartował Depa. - Ja byłbym za mścicielem ofiar skarbówki - wskazał spojrzeniem na trzech inspektorów.
- Nic jeszcze nie wiemy, Jacek, same przypuszczenia. Nie wiem jeszcze, czy można łączyć te śmierci - odpowiedział Szulc, niezbyt szczerze.
-Ale ja wiem, że ty wiesz - odpowiedział mu Depa. - Teraz to cały Kraśnik w rozpaczy, jakby sam Wyszyński kopnął w kalendarz. Wielu już nie pamięta dawnych czasów, inni udają, że zapomnieli. Zmowa milczenia - kontynuował Jacek, poważnym głosem. - Chyba już twoje pierogi gotowe - odwrócił się i poszedł do kuchni. Zanim przyniósł talerz, nalał inspektorom po "po pięćdziesiątce".
Tym razem Jacek nalał piwa także sobie. Posiedzieli dłuższą chwilę, rozmawiając o starych znajomych. Depa się zamyślił:
- Wiesz co? Ty postaraj się dowiedzieć, co Żurek, Sowa i kilku innych robiło w okupację i zaraz po wojnie, a może będziesz miał odpowiedź. - A co u Karola? - Jacek szybko zmienił temat. - Widziałem go na procesji w Zaduszki, dobrze wygląda. Zupełnie, jakby nie był twoim bratem - uśmiechnął się.
XXX
Następnego dnia na komendzie było piekło. Telefony się urywały, Dąb biegał wściekły. Wszyscy domagali się informacji: komendant wojewódzki, sekretarz, na którego naciskali towarzysze z województwa. Koniecznie coś musiał mieć dziennikarz Sztandaru Ludu i reporterka Kuriera Lubelskiego. Wieści o planowanym zamachu na księdza Motykę, którego ofiarą padł kościelny, dotarła już nawet do Lublina, siejąc panikę wśród księży i irytację aparatczyków. Z opóźnionym zapłonem, jak to zwykle on, uaktywnił się też prokurator Barański.
Szulc przez pół dnia pisał raporty dla prokuratora, dla Dęba. Informował, a raczej odmawiał informacji, powołując się na dobro śledztwa, wszystkim zainteresowanym. Do pomocy wziął sierżanta Golonkę, który musiał porzucić kilka spraw, które akurat prowadził: kradzieży przetworów z piwnicy i bójki pod Hetmańską.
Golonka przesłuchiwał proboszcza Motykę w komendzie. Ksiądz, nie dość, że był już mocno przestraszony, to jeszcze niepewnie czuł się w tym miejscu. Nie wiedział, czy uważać sierżanta za zagrożenie, czy sojusznika.
- To był święty człowiek, niech Pan świeci nad jego duszą. Kto mógłby zabić takiego człowieka? Chyba, że... - ksiądz zawiesił głos i nie kontynuował wątku.
Przesłuchanie Motyki niewiele wniosło do sprawy. Zdaniem proboszcza kościelny prowadził spokojne życie, nie miał wrogów.
xxx
Pod koniec dnia wszystko się uspokoiło. Dąb wyjechał na jakieś narady, tym samym nie było potrzeby, aby tu dłużej siedzieć. Szulc wyszedł na ulicę. Było już szaro, a latarnie jeszcze się nie świeciły. Na placu Wolności przed sklepami zbierały się grupki dyskutantów, a raczej dyskutantek. Matki i ojcowie trzymali dzieci za ręce, prowadzące je do domu. Dało się wyczuć atmosferę zagrożenia. Było już jasne, po Kraśniku krąży wampir, który poluje na duchownych i ormowców. Jest tylko kwestią czasu, kiedy za cel weźmie sobie kobiety, a może też dzieci.
Szulc wstąpił do dużego, społemowskiego sklepu "Wzorcowego", zwanego w mieście delikatesami. Wewnątrz pachniało świeżo mieloną kawą. Kapitan kupił butelkę węgierskiego rieslinga. Milicjant wyszedł ze sklepu, minął plac Wolności, a dalej zszedł w dół Narutowicza. Po lewej stronie stał zabytkowy dworek modrzewiowy, dawny szpital z XVII w. Między dworkiem a barokowym kościołem św. Ducha stał nieduży, drewniany, parterowy dom.
Kapitan wszedł po kamiennych schodkach i zapukał do drzwi. Cisza, zapukał do okna.
- Już idę, już idę. Kto puka? - rozległ się głos za drzwiami.
- Nieważne, kto puka, ważne, czym puka - Szulc zbliżył butelkę wina do judasza. - Pochwalony - rzucił kapitan, gdy drzwi się otworzyły.
Stanął w nich mężczyzna, prawie lustrzane odbicie Andrzeja Szulca. Prawie, bo trochę starsze, dokładniej ogolone i jakby bardziej wypoczęte.
- Oooo!!! Nasz prowincjonalny Hercules Poirot i Sherlock Holmes w jednym. Co za zaszczyt. Mam nadzieję, że to nie aresztowanie - zaśmiał się gospodarz.
- Przyjmiesz pod dach zgubioną owieczkę, pasterzu dusz, czy będziemy tak stali? - odpowiedział detektyw. - Schowaj do lodówki, nie będziemy pić ciepłego - wręczył gospodarzowi wino.
Usiedli na kanapie w niewielkim salonie, wypełnionym od góry do dołu książkami, notatkami i rozmaitymi papierami. Na biurku stała maszyna do pisania. Ksiądz Karol Szulc nastawił kawiarkę na elektrycznej kuchence i przyniósł butelkę włoskiego Chianti. Zamiłowanie do dobrego wina i kawy zostało mu po pobycie w Rzymie na studiach doktoranckich z filozofii. Ksiądz Karol był raczej outsiderem w swoim środowisku,. Trzymał się na uboczu, interesował się nauką, publikował artykuły o filozofii w niszowych czasopismach. Miał wszelkie kwalifikacje, aby zrobić karierę choćby na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, ale wylądował jako rektor kościoła św. Ducha w Kraśniku, skądinąd rodzinnym mieście. Na jego lekcje religii przychodziły tłumy licealistów. Starsi parafianie uważali go raczej za dziwaka i odludka, ale jako ksiądz, niejako z automatu, cieszył się szacunkiem.
Kawa, którą Karol podał w eleganckich, małych filiżankach, smakowała znakomicie. Wino miało idealną temperaturę, lekki owocowy i zharmonizowany, "długi" smak. Takich win nie pijało się w PRL-u na co dzień, najczęściej w ogóle się nie pijało.
- Nie boisz się, że cię porwiemy i utopimy w Wyżniance, tak, jak planowaliśmy to zrobić z proboszczem Motyką?
- Można się tego po was spodziewać. Prawie nie znałem kościelnego, jeśli po to przyszedłeś. Żyję tu trochę na uboczu, jak dobrze wiesz.
- Prowincjonalny klecha z doktoratem z Rzymu - zaśmiał się Andrzej. - Cóż, posiadanie brata milicjanta jest u was takim samym obciążeniem, jak u nas ksiądz w rodzinie.
- Powiatowy detektyw... Też kariery nie robisz. Z twoimi możliwościami? Nie boisz się, że cię wyrzucą, jak będziesz odgrywał Philipa Marlowa? - odgryzł się Karol.
- Co z tego? "Kto ma księdza w rodzie, tego bieda nie ubodzie" - odpowiedział mu Andrzej. - No dobrze, porozmawiajmy więc jak brat z bratem, Polak z Polakiem.
Karol wymienił kieliszki, pustą butelkę po Chianti, zamienił na schłodzonego już rieslinga. Sprawnie odkorkował butelkę.
- Może być - powiedział z aprobatą, upijając mały łyk wina. - Nie byłbyś sobą, gdybyś nie zechciał mnie wypytać o kościelnego Sowę. Nie chcę, żebyś mnie przyciskał, więc powiem, co wiem, choć to niewiele - Karol odstawił kieliszek i spojrzał na brata. - Jeśli chodzi o księży, wszyscy byli nim zachwyceni, "nasz pan Eligiusz", "kochany pan Eligiusz" i takie tam. Nie słyszałem, aby miał wrogów. Niektórzy drwili z jego ostentacyjnej religijności. I jeszcze te plotki, jakoby w czasie okupacji i po wojnie kościelny nie był tak kryształowo czystym człowiekiem, ale to może zwyczajna ludzka zawiść - opowiadał ksiądz Karol.
- Plotki, plotki i zmowa milczenia - Andrzej delikatnie podniósł głos. - Przecież wystarczy się rozejrzeć po tym mieście. Połowa mieszkańców to byli Żydzi, siedem tysięcy ludzi. Przecież ktoś musiał przeżyć, wrócić tu, a nie ma nikogo. Mamy trupa w szafie, nie tylko tu w Kraśniku. A biskupi do spółki z sekretarzami trzymają drzwi, aby nie wypadł.
- Dobrze wiesz, w jakich warunkach żyjemy, to nie jest wolny kraj - replikował Karol. - Naród musi przetrwać, a kościół jest tego gwarantem. Inaczej wszyscy staniemy się kołchoźnikami. Polityka Wyszyńskiego ma sens. U nas żadna chadecja, czy inny oświecony katolicyzm się nie przyjmie. Potrzebna jest wiara ludu, obrzędy, mity i polityka historyczna. To wszystko po to, aby przetrwać. Może za trzydzieści, czterdzieści lat jakiś amerykański historyk czy publicysta napisze o tym, co działo się z Żydami w okupowanej Polsce i po wojnie. Wtedy rozpęta się oczyszczająca dyskusja. Teraz nie jesteśmy gotowi, nie w komunie.
Andrzej odniósł wrażenie, że Karol nie do końca jest szczery, że ma wątpliwości.
- "Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie" - Andrzej wiedział, że Kant jest ulubionym filozofem brata.
- Ty mnie Kantem nie atakuj - odpowiedział ksiądz. - To prawda, jestem zwolennikiem wzmocnienia inteligenckiego katolicyzmu, takiego z Tygodnika Powszechnego i Klubów Inteligencji Katolickiej. Najważniejsze jest też, aby trzymać się zasad, zasad moralnych, jak uczył filozof z Królewca. Zło jest złem i to wszystko, niezależnie od kontekstu historycznego, dobra narodu, kościoła.
Andrzej dostrzegł, że Karol trochę się pogubił w swoich wywodach, na temat katolicyzmu ludowego i otwartego. Serce i rozum chciałyby do KIK, a posłuszeństwo nakazuje pielęgnować ludową wersję katolicyzmu. Nie drążył jednak tego wątku. Zamiast tego zaatakował:
- Tymczasem jednak przeciętnemu księdzu dużo bliżej do Dmowskiego, Giertychów, czy nawet Moczara, niż do Turowicza.
- Przesadzasz, ale jest w tym sporo prawdy - odpowiedział Karol.
- Daj jeszcze coś - Andrzej spojrzał na pustą butelkę po winie.
- Dobrze, ale kończmy już tę dyskusję jak ksiądz z milicjantem. Mam coś dla ciebie. Tu jest kontakt do dr. Tomasza Gajowca. To historyk, który zajmował się tużpowojennymi latami w powiecie kraśnickim. Zadzwonię do niego i uprzedzę, że się zjawisz i po co. To mój dobry znajomy.
- Wielkie dzięki, braciszku - Andrzej wziął kartkę.
- Nie wiem, czy dobrze robię, pomagając ci w tym. Chyba nie wiesz, w co się pakujesz - przestrzegał ksiądz Karol.
Andrzej nie miał specjalnej ochoty wracać pieszo do domu, to w końcu spory kawałek drogi. Zadzwonił na postój taksówek. Zgarnął jeszcze z półki pierwszy tom Krytyki Czystego Rozumu, a z biurka Tygodnik Powszechny. Piętnaście minut później czekał na taksówkę po drugiej stronie Narutowicza. Pyrkocząc podjechał wartburg.
- Pan kapitan, po co było tyle iść, podjechałbym pod kościół - odezwał się kierowca Ludwik Witecki. - A co u księdza Karola?
Kraśnik, połowa września 1945 r.
Marian poganiał pędzące konie. Bryczka wyjechała z Wierzbowej i skręciła w Kościuszki. Nie było już widać płonącego domu Szpakowskich. Sumiński usiadł z tyłu, kawałkiem swojej koszuli opatrzył ranę Adeli, tamując upływ krwi. Artur, odwrócony tyłem do kierunku jazdy, z pistoletem w dłoni obserwował, czy ktoś jedzie za nimi. Nie było nikogo. Także na posterunku przy Kościuszki nie paliło się światło. Adela był przytomna i spokojna. Sumiński fachowo opatrywał ranę i pocieszał Szpakowską. Powoli jednak docierało do niego, jakie mogą być konsekwencje dzisiejszego zdarzenia. Artur działał mechanicznie, cały czas skoncentrowany na osłonie odwrotu. Marian powoził, nie zdradzając żadnych emocji. Wiedział, że jak będzie trzeba dać komuś w mordę, to da.
Po kwadransie byli na miejscu. Sumińska wybiegła im naprzeciw. Razem z mężem, podtrzymując Adelę pod ramię, zaprowadzili ją do salonu i położyli na sofie. Marian zaprowadził konie do stajni i poszedł po doktora Brzóskę. Artur odprowadzał go wzrokiem, obserwując ulicę. Była pusta.
XXX
Milicjanci i towarzyszący im cywile nie specjalnie przejęli się śmiercią kolegi. Nikt też nie zajął się pościgiem za uciekającą bryczką, bo też nie było czym gonić, było wiadome też, gdzie mogła pojechać. Ciało zabitego kolegi uprzątnęli z chodnika i położyli na trawie po drugiej stronie ulicy. Przepuścili też strażaków, którzy po dwóch godzinach ugasili pożar. Tłumek ciekawskich i wielbicieli cudzej własności wciąż stał w bezpiecznej odległości, skutecznie powstrzymywany skierowaną weń lufą pepeszy. Alfons Bodziuch podjechał furmanką. Grupka milicjantów i cywilów pod wodzą Żurka ruszyła do ugaszonego już domu. Parter i piwnica były doszczętnie spalone, ale góra zachowała się w niezłym stanie. Wynosili stamtąd meble, ubrania z szafy, pościel i różne bibeloty. Potem jeszcze długo węszyli po salonie, szukając biżuterii, złota i innych kosztowności. Udało im się wynieść tylko srebrną zastawę. Zajęci plądrowaniem, nie zauważyli, jak strażacy posadzili na wóz nieprzytomnego człowieka, którego znaleźli w ogrodzie. Kiedy władza odjechała, tłumek szabrowników musiał zadowolić się dosłownie resztkami.
XXX
Marian i doktor zjawili się po około godzinie. Chłopak czekał na Brzóskę, który był u chorego. Szpakowski ubezpieczał ich powrót, ale na drodze nic się nie działo. Przestraszony Brzóska o nic nie pytał i nic nie chciał wiedzieć. Założył nowy opatrunek trzęsącymi się dłońmi, cały czas nerwowo popijając wodę. Uspokoił go dopiero kieliszek nalewki przyniesionej przez gospodarza. Już spokojniejszy zrobił rannej zastrzyk, zostawił leki przeciwbólowe. Rana okazała się niezbyt groźna. Ale lekarz zalecił, aby możliwie najszybciej udali się do szpitala, choć niekoniecznie teraz. Marian odprowadził doktora. Nie szli jednak ulicą, ale przez cmentarz, przechodząc przez wyrwę w murze. Cmentarz był położony na wzniesieniu, ulica biegła do niego równolegle. Gdy już zaholował Brzóskę, wrócił znów na cmentarz idąc teraz nie alejką, ale wzdłuż muru. W pewnej chwili ich usłyszał. Wskoczył na mur i na leżąco obserwował ulicę. Było ich trzech, dwóch uzbrojonych mundurowych i cywil. Szli środkiem jezdni popijając wódkę z butelki. Zachowywali się dość głośno, a cywil miał problemy z poruszaniem się w linii prostej. Marian zdziwił się, że jest ich tylko trzech. Widocznie pozostali byli czymś zajęci, albo nie mieli siły, by się podnieść.
- W tym tempie będą u Sumińskich za niecały kwadrans - pomyślał Maniek Dzida.
Musiał być wcześniej. Udało mu się sporo ich wyprzedzić. Marian zawiadomił Sumińskiego o nieproszonych gościach. Szpakowski już ich dostrzegł. Dotarli za kilka minut, nie spieszyli się specjalnie.
- Wyłazić szczury, żydowskie pachołki - ryknął bełkotliwy głos z ulicy.
Odpowiedziała cisza. Wyciągnęli kolejną butelkę wódki i zapalili papierosy. Stali tak kilka minut.
- Niiiie, wyyyjdą, trzaaa popoo nich iść - wybełkotał w końcu cywil.
- Czekajta chopaki, muszę się odlać - wymamrotał mundurowy i ruszył w kierunku krzaków.
Marian tylko na to czekał. Milicjant nawet nie zdążył rozpiąć rozporka, gdy silny cios powalił go z nóg. Dzida zabrał mu pepeszę i patrzył, jak ten na czworakach, stara się odczołgać jak najdalej od swego oprawcy. Artur wyszedł naprzeciw drugiego mundurowego. Ten rzucił niedopałek na ulicę, zakołysał się na nogach i próbował zarepetować karabin, ale zanim zdołał wykonać jakiś ruch, cios w szczękę powalił go na ziemię. Karabin wypadł mu z rąk. Milicjant nawet nie próbował go podnieść. Zaczął uciekać. Cywil był zupełnie niegroźny, stał chwiejąc się na nogach. Chwilę mu zajęło, nim zorientował się co się dzieje i też zaczął uciekać, co chwilę upadając i podnosząc się.
- Na tym się nie skończy - zakomunikował Sumiński, chodząc po pokoju. - Co robić? - Juliusz czuł, że jako były dowódca, to on musi podjąć decyzję.
- Trzeba pilnie telefonować do Lublina, do Bożymińskiego, on pomoże - Adela wybawiła Juliusza z zakłopotania.
Antoni Bożymiński był wiceprezydentem Lublina, PPS-owcem. Przed wojną przyjaźnili się ze Szpakowskimi, a w czasie okupacji Adela ukrywała swego towarzysza, gdy palił się pod nim grunt w Lublinie. Bożymiński uważał się za realistę, dalekie mu było, jak on to nazywał "narodowe szaleństwo i tromtadracja". Twierdził, że trzeba ratować, co się da, dlatego przystąpił, wraz z częścią PPS do nowych władz.
Doktor Brzóska dzisiejszej nocy nie pośpi, bo to on w pobliżu, oprócz milicjantów, ma telefon. Tym razem w towarzystwie Mariana poszedł Artur, dla bezpieczeństwa przez cmentarz. Sumińscy z Adelą zabarykadowali się w domu.
XXX
Henryk Lipszyc oprzytomniał siedząc w strażackim wozie konnym, między dwoma rosłymi strażakami. Widział dogasający dom Szpakowskich. Jechali niespiesznie ciemnymi ulicami, prosto na ulicę Strażacką. Mężczyzna pomógł mu zejść z wozu i posadził na krześle w remizie. Henryk trochę się obawiał, strażacy darzyli Żydów specjalną niechęcią. Żywa była jeszcze historia z czasów I wojny. Po wkroczeniu Austriaków do miasta, władze wojskowe powierzyły funkcje policyjne i administracyjne strażakom właśnie. Gdy Rosjanie wyparli żołnierzy CK Monarchii z Kraśnika, miejscowi Żydzi mieli ponoć złożyć donos, w wyniku którego rozstrzelano trzech druhów, w tym burmistrza miasta. Gdy dowódca zorientował się, że wyrok był zbyt pochopny, kazał dla równowagi powiesić dwóch rabinów. Ale kto wówczas przejmował się ofiarą wśród Żydów, oni byli stworzeni do ofiary.
- To Żyd, po co my go brali? - strażak spojrzał krytycznie na Henryka w świetle lampy.
- To syn doktora Lipszyca - odpowiedział mu ogniomistrz w sile wieku.
- Co ze Szpakowskimi? - wyszeptał Henryk.
- Uciekli bryczką, Sumiński ich zabrał - trzeci ze strażaków włączył się do rozmowy.
- Ale ty, kolego, musisz stąd iść, do swoich. Tu zbyt niebezpiecznie, ta banda może się pojawić w każdej chwili. Na razie odpocznij - powiedział ogniomistrz, przyglądając się Henrykowi. - Dasz radę?
Dam - odpowiedział Lipszyc.
Był już środek nocy, gdy Henryk wyszedł z remizy i bocznymi ulicami szedł do domu na Wesołej. Miał do przejścia niecały kilometr. Na ulicach nie było nikogo, ale Henryk na wszelki wypadek rozglądał się uważnie. Nacisnął klamkę drzwi kamienicy, były zamknięte. Zapukał - cisza. Zastukał delikatnie w okna - nikt nie odpowiedział. Dalsze dobijanie się, mogło się źle skończyć. Henryk postanowił przeczekać noc, ukryty w komórce przy kamienicy.
XXX
Nad ranem Artur Szpakowski wrzucił na tył bryczki plecak wypakowany garderobą i prowiantem od Sumińskich i usiadł na koźle obok Mariana. Ruszyli w kierunku stacji kolejowej. Arturowi udało się dodzwonić do Bożymińskiego, a ten nie odmówił pomocy. Jeszcze dziś przed południem ma przyjechać po Adelę ambulans szpitalny z Lublina. Artur ma tam dojechać pociągiem, wysiąść przed Lublinem w Zemborzycach, tam przyjedzie po niego samochodem Bożymiński. Antoni nie zgodził się, aby Artur jechał ambulansem razem z matką, to zbyt ryzykowne. Samochód może być kontrolowany przez patrole milicyjne. Szpakowski podzielał te obawy.
Artur i Marian mieli do przejechania około 5 km. Zaraz za szkołą podstawową skręcili w ulicę Piłsudskiego (nie nosiła jeszcze nazwy Partyzantów), aby ominąć posterunek milicji na Kościuszki. Na wysokości Wierzbowej czuć było smród pożaru. Artur zaczął myśleć o utraconym domu, że chyba nigdy tu już nie wrócą. Marian popędził konie.
Gdy dojechali na stację, zaczęło świtać. W budynku dworcowym i wokół niego było pusto, ale kasa była czynna. Do odjazdu lubelskiego pociągu zostały jeszcze prawie dwie godziny. Szpakowski postanowił przeczekać ten czas w lesie, po drugiej stronie torów. Będzie mógł obserwować stację, a gdy podjedzie pociąg, wsiądzie do niego niezauważony, z drugiej strony.
Czekając na pociąg Artur nie mógł odgonić myśli, o tym, co stało się wczoraj, nie mógł pozbyć się niepokoju. Bał się o matkę, o to, co z nimi będzie dalej, czy Heniek Lipszyc jest bezpieczny? No i wreszcie, co z Sumińskimi? Tyle im teraz zawdzięczają. A przecież tak zwyczajnie się to nie skończy, milicjanci wiedzieli, czyja bryczka ich wywiozła. Jak by tego było mało, to jeszcze ten milicjant, którego zastrzelił. Nie, nie miał wyrzutów sumienia, to dla niego nie pierwszyzna, był przecież "w lesie", wczoraj działał w obronie własnej. Ale komuniści tego im nie darują. Cała nadzieja w Bożymińskim. Matka ufała mu całkowicie, choć współpracował z "czerwonymi". Uważała go za porządnego człowieka z dobrej, przedwojennej PPS-owskiej szkoły. Trzeba będzie porozmawiać z nim jeszcze raz o tym, co dzieje się w Kraśniku. Niech użyje swoich wpływów i zrobi tu porządek, choćby na miarę dzisiejszych czasów i możliwości.
Pociąg z Rozwadowa do Lublina oznajmił swoje przybycie długim gwizdem lokomotywy. Na peronie stał tłumek cywili. Nie było widać mundurowych. Szpakowski wskoczył do wagonu kilka sekund przed odjazdem. W pociągu było dość tłoczno, ale tu też byli sami cywile. Artur usiadł na ławce od strony korytarza. Jakieś zamieszanie dotarło do jego uszu, gdy pociąg ruszył ze stacji Wilkołaz. Czterech milicjantów, parami, szło korytarzami wagonów w dwóch kierunkach. Jeden z pary sprawdzał dokumenty i przyglądał się twarzom pasażerów, drugi machał im przed nosami lufą pepeszy.
Na widok zbliżających się milicjantów Szpakowski włożył rękę pod marynarkę, poczuł chłód kolby pistoletu. Wtedy pociągiem szarpnęło, zaczął gwałtownie hamować, rozległ się dźwięk z zablokowanych kół, metalu trącego o metal. Milicjant, który sprawdzał dokumenty zatoczył się i niemal usiadł na kolanach starszej kobiety. Ten drugi złapał się poręczy w ostatniej chwili i pozostał na nogach. Patrzyli przez okno zdezorientowani, ale też przestraszeni. Ściągnęli pepesze z ramion i odbezpieczyli, czekając co będzie dalej. Na widok dwóch swoich kolegów z rękami w górze, otoczonych przez uzbrojoną i częściowo umundurowaną grupę, otworzyli drzwi wagonu i dali susa w las.
Przez chwilę nic się nie działo. Wreszcie do wagonu wkroczyła grupa uzbrojonych ludzi. Niektórzy byli w mundurach, inni po cywilnemu, wszyscy mieli na rękach biało-czerwone opaski. Na czele kroczył mężczyzna średniego wzrostu i dość wątłej budowy, miał na sobie oficerski mundur, rogatywkę, a na piersiach ryngraf z Matką Boską Ostrobramską.
- Kapitan Zawisza, Narodowe Siły Zbrojne - zakomunikował dowódca. - Żydzi i komuniści wychodzić dobrowolnie!
Nikt się nie ruszył. Zaczęli sprawdzać dokumenty i portfele, zupełnie się nie spiesząc. Artur podał swój mężczyźnie w wojskowej czapce i cywilnym płaszczu. Ten popatrzył na niego uważnie. Po czym wyjął z portfela pieniądze. Odliczył połowę sumy i schował do kieszeni, pozostałe banknoty włożył tam, gdzie były wcześniej i oddał portfel.
- To na wojsko polskie - oznajmił nie pytany.
NSZ-owcy wyciągnęli jeszcze jakiegoś urzędnika i dotkliwie go pobili. Nie znaleźli Żydów. Dwóch pojmanych milicjantów zastrzelili na torach. Zakrwawionego cywila puścili wolno. Pociąg odjechał. Czterdzieści minut później Szpakowski wysiadł w Zemborzycach i wskoczył do służbowego opla Bożymińskiego, zaparkowanego przy stacji.
XXX
Milicjanci i cywile, po nocnym pijaństwie w komendzie, doszli do siebie przed południem. Znów sięgnęli po wódkę. Awantury o podział łupu po Szpakowskich zastąpiły teraz kłótnie, co robić: czy najpierw podpalić Żydów, czy też ruszyć na Sumińskich. Z każdą wypijaną butelką wódki emocje rosły. Przeważył pogląd, że "żydowską" kamienicę lepiej podpalić nocą. A teraz trzeba złożyć wizytę Sumińskim. Żurek za wszelką cenę chciał się wcielić w rolę przywódcy i zachęcał do działania. Bodziuch zajął się logistyką i praktyczną stroną ekspedycji, czyli, co można zabrać i gdzie potem zawieźć. Milicjanci się ociągali.
- Ruszta się chłopy, co boita się? W mordy wam dali, karabiny zabrali, kolegę zabili, Żydy przeklęte, a wy portkami trzęsieta, taka z was władza? - podjudzał Żurek.
- Stul pysk Żurek, siędnij se na stołku - warknął plutonowy Feliks Szydło, dowódca posterunku. - Trza raport napisać i do Lublina wysłać telegrafem.
Szydło był w kropce. Nie wiedział, jak przedstawić przebieg wczorajszego wieczoru. Po głowie chodziły mu dwie koncepcję. W pierwszej to oni zaatakowali ludzi Zawiszy, którzy przebywali w domu Szpakowskich. Ta koncepcja miała słabą stronę. Otóż nikogo nie pojmali, ani nie zabili. Według drugiej zażarcie bronili miasta przed przeważającymi siłami wroga, tegoż samego Zawiszy. Najcięższe walki toczyły się w okolicach Wierzbowej i Szkolnej, spłonął nawet dom. Bohaterska obrona zakończyła się zwycięstwem, choć poległ jeden funkcjonariusz.
- Ta druga wersja jest bardziej wiarygodna - orzekł głośno plutonowy Szydło. - Niech no mi się który wygada, ubije, jak psa! - pogroził.
Siedzieli jeszcze nad tym pewien czas. Po godzinie, opróżnionych kolejnych dwóch butelkach wódki, pięciu milicjantów i czterech cywilów było gotowych ruszyć na Sumińskich.
XXX
W domu Sumińskich czekali z niecierpliwością na ambulans z Lublina. Co chwila Juliusz lub Marian wychodzili na drogę, spodziewali się też milicjantów. Kto będzie pierwszy? - to było teraz najważniejsze pytanie. Ale nikt się do nich nie zbliżał, choć na drodze był mały ruch. Ani milicjanci, ani ambulans. Maria z córką Joanną pakowały najpotrzebniejsze rzeczy. Gdy tylko przybędzie ambulans, zamierzali pojechać do krewnych Juliusza za Olbięcin i przeczekać ten niepewny czas. Krewni mieszkali na uboczu, a jadąc w kierunku Olbięcina, nie trzeba było wjeżdżać do miasta, tylko jechać w przeciwnym kierunku, co miało teraz sporą zaletę. Nad domem i gospodarstwem miał czuwać Marian, ale z oddali, on również nie był całkowicie bezpieczny.
XXX
Milicjanci ociągając się wzięli broń, nałożyli czapki, przygotowując się do wymarszu.
- No to strzemiennego - rzucił Bodziuch, nalewając wódkę do szklanek.
Nie zdążyli jeszcze przechylić szklanek, gdy usłyszeli warkot silnika. Przed posterunkiem zahamował willys. Wysiadło z niego sześciu milicjantów. Pierwszy do budynku wparował barczysty mężczyzna.
- Jestem kapitan Dąb - krzyknął. - Odłożyć broń. Kwiatek i Różański zamknijcie tę swołocz w areszcie, aż wytrzeźwieją - wskazał na mundurowych. - A wy, wypierdalać - krzyknął teraz do cywili.
Ulicą Kościuszki przejechał ambulans.
Kraśnik, druga połowa listopada 1969 r.
Kapitan Szulc zjawił się na komendzie wczesnym przedpołudniem. Zajrzał do świetlicy, ryczał tam telewizor, któremu przyglądali się dwaj milicjanci z drogówki. Gadał tam jakiś kurdupel z okrągłą głową i małymi, wytrzeszczonymi, żabimi oczkami. Widać, że bardzo chciał upodobnić się do Gomułki. Bełkotał, więc i skrzeczał na przemian i rzeczywiście przypominał trochę swojego idola.
"...nie przestrzegają naszego prawa i obyczajów, a później narzucają nam swoje wymogi w przestrzeni publicznej w różnych dziedzinach życia. I to w sposób bardzo agresywny i gwałtowny" - pluł i bełkotał o syjonistach, dopatrując się jeszcze jakichś niedobitków, po czystce Gomułki sprzed roku.
"Na antysemityzmie można w Polsce zbijać kapitał, także, gdy już nie ma Żydów" - pomyślał Szulc.
Karłowaty człowieczek pluł dalej:
- Czy chcecie, towarzysze i obywatele, żeby to trwało nadal w Polsce? Żebyśmy przestali być gospodarzami w swoim kraju? Polacy tego nie chcą. Polska Ludowa nie jest państwem kolonialnym. USA i inne imperialistyczne kraje odpowiadają za wojnę i destabilizację na Bliskim Wschodzie. Mamy powody do tego, by bronić naszej suwerenności, by przeciwstawiać się niesłychanym wypowiedziom polityków europejskich z panami Hupką i Czają na czele. Mamy prawo bronić się przed akcją dyfamacyjną, którą prowadzą wrogowie Polski, ludzie oszaleli z nienawiści do naszego kraju - kurdupel płynnie przeszedł do polityki zagranicznej, wycierając kraciastą chustą pot z czoła.
Milicjanci kiwali ze zrozumieniem głowami, a pani Ela z sekretariatu aż pisnęła z radości, gdy człowieczek mówił o obcych.
- Dobrze Jaruś gada - skomentowała.
Szulc z niesmakiem poszedł do swojego pokoju.
"Sądziłem, że już skończyli z tą hecą" - pomyślał.
Kapitan rozłożył na biurku czyste kartki papieru, wziął do ręki ołówek i zaczął tworzyć jakieś wykresy. Zajął się raportem Kuleszy z przesłuchania osób uczestniczących w napadzie na bank spółdzielczy w 1946 r. Ten trop, jako zemstę po latach za zdradę, uparcie sugerował Dąb. Spośród uczestników akcji żyje trzech, jeden jest już mocno starszy i nieco zniedołężniały. Dwaj pozostali schorowani, po latach odbiło im się na zdrowiu ubeckie więzienie. Ich rodziny też nie wyglądały na pałające chęcią zemsty, a jeśli już, to bardziej pasowali do takich, którzy wymierzając sprawiedliwość zaczają się w krzakach z siekierą, a nie wyrafinowanych zabójców.
Chyba że Wiktor Pezda, syn starszego szeregowego, który zginął w drzwiach banku. Kulesza dołączył do raportu jego zdjęcie sprzed czterech lat. Z fotografii spoglądał postawny mężczyzna, gładko ostrzyżony, z dość inteligentną twarzą. Pezda pracuje jako zaopatrzeniowiec w Fabryce Samochodów Ciężarowych w Lublinie. Kapitan zapisał na kartce jego nazwisko oraz krótką charakterystykę. Ostatnie zdanie zakończył znakiem zapytania.
Na drugiej kartce zapisał: "Józef Żurek", poniżej "Eligiusz Sowa", a pod Sową dopisał jeszcze: "Alfons Bodziuch". Obok nazwiska Bodziucha zostawił na kartce puste miejsce, choć nazwisko nie było mu obce.
"Trzeba jak najszybciej sprawdzić tego Bodziucha i porozmawiać z Dębem" - Szulc wydał dyspozycje sam sobie.
Nie było to jednak proste, komendant ciągle znikał gdzieś, na dzień, czy dwa, albo też dłużej.
"Dobrze, że to Mirosławski z prewencji jest jego zastępcą, a nie ja" - pocieszał się w myślach kapitan.
Kraśnik, połowa listopada 1942 r.
Temperatura na zewnątrz nie była może bardzo niska, ale podmuchy wiatru i wilgoć przynosiły uczucie chłodu. W mieszkaniu było tylko trochę cieplej, przez niezbyt szczelne okna wiało, a o napaleniu w piecach nie można było nawet pomarzyć. Co będzie się działo zimą, jak przyjdą prawdziwe mrozy? To już przecież niedługo. Na szczęście i na nieszczęście nie było gdzie i po co wychodzić z domu. Rodzina Lippmannów zajmowała teraz dwa pokoje w swoim dawnym trzypokojowym lokalu przy Krakowskiej. Do jednego dokwaterowano rodzinę Szwarców z Olbięcina, a właściwie to, co z niej zostało jeszcze przy życiu, czyli Hawełe Szwarc z córkami Różą i Halinką.
Na dole kamienicy Henryk Lippman ma jeszcze zakład krawiecki, ale klientów nie ma prawie wcale, bo nie mają czym płacić. Na szczęście z głodu Lippmannowie jeszcze nie umierają. Niejaki Sowa dostarcza im ziemniaków i podgniłych warzyw biorąc za to zapłatę w kosztownościach, sprzętach i garderobie.
Kartofle na wagę złota - nieraz Henryk Lippmann kręcił głową z niedowierzania i oburzenia. Ale co było robić, jeść trzeba.
Okna z obu pokojów Lippmannów wychodziły na synagogę. Teraz wypalona budowla stała opustoszona. Niemcy spalili bóżnicę jeszcze jesienią 1939 r. Od synagogi biegła stromo w dół brukowana uliczka, wprost do dawnej ulicy Piłsudskiego, a dalej jeszcze, za skrzyżowaniem stała miejska łaźnia. Ale łaźnia i cała dawna ulica Marszałka była już za ogrodzeniem. Henryk wyjrzał przez okno, ale nie działo się nic, było pusto.
"Tak dzień za dniem, ale coraz głodniej i chłodniej. Jak to się skończy" - pomyślał. Usiadł na krześle i patrzył się w ścianę, potem sięgnął po książki na półce. Miriam Lippmann łatała mocno już zużytą odzież całej rodziny. Im gorzej się działo, tym bardziej sprawy rodziny brała na swoje barki Miriam. To już chyba taka prawidłowość, mężczyźni są sfrustrowani, zniechęceni, myślą o sprawach świata. A Miriam musiała nieźle kombinować, aby było co zjeść i jakoś ubrać dzieci. Nie miała czasu myśleć o wojnie, frontach, Niemcach i Polakach.
- Panie Lippmann, panie Lippmann - do pokoju wparowała Hawa Szwarc. - Co się dzieje, pan idzie i patrzy.
- A co ma się dziać, pani Szwarcowa. To senne miasteczko, tu nigdy nic się nie dzieje - odparł Lippmann obojętnie. Mimo to podszedł za Szwarcową do kuchennego okna, jego żona też.
Z kuchni widać było dawny plac Wolności, już bez pomnika Piłsudskiego, który Niemcy zniszczyli. Za ogrodzeniem getta panował dość ożywiony ruch, stały dwa dwuosobowe patrole granatowych policjantów, ludzi więcej niż zwykle, nawet chłopi zjechali do miasta furmankami, choć dziś nie było targu.
- Mówię panu, panie Lippmann, coś niedobrego się szykuje, coś złego dla nas - wieszczyła Hawa Szwarc, patrząc się w okno.
- Co gorszego nas może spotkać, droga pani Szwarc, co gorszego niż teraz jest? Co nam mogą jeszcze zrobić? Zabić nas? I to jest gorsze, pani Szwarc? Sami niedługo umrzemy z głodu i zimna, bez niczyjej pomocy.
- Ty, Henryk, nawet takich rzeczy nie mów - skarciła go żona, która również zaczęła się niepokoić. Na szczęście dzieci, cała czwórka, spała jeszcze w sąsiednim pokoju.
Henryk wrócił do swojego pokoju, a Miriam do zajęć. Hawa nadal z niepokojem patrzyła w okno. Lippmann wszedł do pokoju dzieci obudzić syna. Chciał, aby mu pomógł zrobić porządek w komórce. Nie, żeby to było jakoś potrzebne, ale nie potrafił sobie wymyślić jakiegoś sensownego zajęcia. Dawid ociągając się wstał z łóżka, w kuchni wypił pół kubka mleka, zagryzając gotowanym ziemniakiem. Henryk znowu wyjrzał przez okno. Granatowych było już sześciu, jacyś obcy, nietutejsi. Tłumek ludzi stał nadal, patrzyli w stronę getta. Lippmann kazał ubrać się chłopcu ciepło, polecił też Miriam, aby na wszelki wypadek przygotowała ciepłą odzież dla siebie i dziewczynek. Dawid wstał od stołu, był to zwykły trzynastolatek, średniego wzrostu, z ciemną czupryną, szczupły, można powiedzieć - chudy.
- Patrz tate, żandarmi - teraz to Dawid wyglądał przez okno w kuchni.
Henryk podszedł do okna, czterech niemieckich żandarmów stało przy wejściu do getta.
"Też mi coś, żandarmi, jakbym ich nigdy wcześniej nie widział?" - uspokajał samego siebie.
- Idziemy! - zwrócił się do syna. Henryk za wszelką cenę chciał tworzyć pozory normalności.
Komórka stała na tyłach kamienicy. Henryk otworzył kłódkę i wzięli się do porządkowania, choć nie było tu wiele rzeczy i panował jako taki ład. Lippmann chciał po prostu zająć się czymś, znaleźć jakiś sens bytowania, od czterech tygodni jego zakładu nie odwiedził żaden klient. Sam nie miał z czego szyć, czasami ludzie przynosili jakieś rzeczy do poprawki, kobiety przychodziły ze starymi sukniami, czy spódnicami, aby przerobić je na swetry dla dzieci. Ale to było kiedyś, teraz nikt nie przychodził. Spiłowali ramę starego, drewnianego łóżka, przyda się na zimę do palenia w piecu. Poukładali narzędzia, pozbierali graty walające się po podłodze.
- Chodźmy już, tate - poprosił Dawid, który już zdążył zmarznąć.
- Zaraz idziemy - Henryk z jakichś powodów nie chciał jeszcze wracać.
Usłyszeli kroki podkutych buciorów na podwórku, łomot do drzwi kamienicy.
- Wychodzić, wychodzić, natychmiast, niczego nie zabierać - wrzeszczał głos z podwórka.
Henryk wyjrzał przez szparę między deskami szopy. Dom otoczyli trzej granatowi policjanci, którym towarzyszył żandarm z pistoletem maszynowym. Nie znał ani granatowych, ani żandarma, nie byli stąd. Za nimi stało kilkunastu miejscowych z aryjskiej strony.
Lippmann patrzył, jak policjant wyprowadza rodzinę Zielińskich, za nimi wyszła Szwarcowa trzymając za ręce córki. Przez chwilę nikt nie wychodził. Po czym w drzwiach pojawiła się Miriam trzymając za rękę sześcioletnią Haję, dziewczynka popłakiwała i rozglądała się, jakby próbowała odnaleźć ojca i brata. "Tate przecież coś wymyśli i będą bezpieczni". Za żoną i młodszą córką szły dwie starsze. Henryk zamarł z przerażenia i niemej rozpaczy. Tłum wyciągał ręce, jakby chciał odebrać prowadzonym, to co jeszcze mieli w rękach lub na sobie. Policjanci popędzali ludzi, a jednocześnie uspokajali: " Jedziecie do pracy, tam będzie wam lepiej, niczego nie trzeba zabierać, wszystko jest". Żandarm patrzył obojętnie. Tłum patrzył na żandarma i nie odważył się ruszyć choćby o krok, czekał na odpowiedni moment. Jedni patrzyli tępo na ludzi wyprowadzanych z kamienicy, inni kiwali głowami, a jeszcze inni komentowali.
Drzwi od komórki były otwarte na oścież, dlatego zapewne nikt nie pomyślał, że ktoś tam może jeszcze być. W końcu najbardziej śmiali, czy najmocniej zdeterminowani ruszyli w kierunku kamienicy. Żandarm odbezpieczył automat i skierował lufę w kierunku tłumu, skutecznie go powstrzymując. Henryk stał jak przymurowany do podłogi, patrząc przez szparę za oddalającą się rodziną. W pewnym momencie zobaczył, jak Haja wyrywa się matce i biegnie w kierunku domu krzycząc: "Tate, tate". Policjant przytrzymał Miriam za rękę, nie pozwalając jej iść za córką. Musiał mocno trzymać, bo Miriam próbowała się wyrwać. Coś do niej mówił. Chyba nawet sam chciał pójść po dziecko. Nie zdążył. Stojąca w tłumie tłusta baba, okutana chustą chwyciła za rękę żandarma i pokazała mu biegnącą dziewczynkę. Żołnierz nie musiał nawet mierzyć, był blisko. Seria z automatu zatrzymała bieg dziecka. Dziewczynka padła na trotuar, twarz miała wciśniętą w chodnikową płytę, po czarnych warkoczach płynęła struga krwi, tworząc na chodniku czerwoną kałużę. Tłum niecierpliwie patrzył na żandarma, który blokował drogę do kamienicy.
Henryk poczuł, jak jakiś ogromny ciężar przygniata mu piersi, nie może złapać oddechu, a jednocześnie próbuje się podnieść i pobiec natychmiast do Hai, do Miriam i córek, czuł, że powinien tam teraz być. Lippmann nie myślał już racjonalnie. Pragnął tylko dopaść żandarma, rozpłatać mu łeb na pół, a potem to samo zrobić z grubą babą. Nie mógł jednak się podnieść, nie mógł złapać oddechu. Zaczął głębiej oddychać, łapiąc powietrze ustami, chciał się uspokoić. W kącie szopy siedział skulony Dawid, chyba nie wszystko widział.
- Jeszcze ich dopadniemy, jeszcze ich dopadniemy, jak nie ja to ty - powtarzał bełkotliwym głosem Henryk, ni to do siebie, ni to do Dawida.
Potworny, zupełnie fizyczny ból dopadł Lippmanna, patrzył przez szparę na kłębiący się tłumek, żandarma i czubek głowy swojej córki, zanurzony w kałuży krwi. W pewnym momencie żołnierz zarzucił broń na ramię i odszedł. Nie wrócił i reszty nie dopowiedział. Tłum tylko na to czekał. Ruszył do kamienicy rozpychając się i krzycząc na siebie. Kto pierwszy, ten lepszy. Za chwilę zaczęli wychodzić ludzie obładowani, niektórzy wyrywali sobie dobra z rąk. Henryk rozpoznał palto, w którym chodziła Szwarcowa, swój garnitur i buty.
Henryk spodziewał się, że jak już wszystko wyniosą, zaczną przetrząsać mieszkania w poszukiwaniu złota i innych kosztowności. Wtedy też przyjdą z łopatami do szopy. Spojrzał na Dawida. Teraz to chyba tylko on mu został. Pomyślał, że musi coś zrobić. Lippmann odsunął deski, łopatą wykopał niewielki dół, z którego wyjął blaszaną kankę na mleko. Wyjął z niej cztery złote pierścionki i mały plik banknotów. Tylko tyle zostało. Przed wojną byli dość zamożni, ale Sowa zdążył już wyssać z nich większość kosztowności, zgromadzonych na "czarną godzinę". Teraz to już na pewno była najczarniejsza godzina.
Gdy tłum zaczął coraz agresywniej walczyć ze sobą o każdą pierzynę i parę gaci, pod domem zjawiła się grupa mężczyzn uzbrojonych w widły i kije. Energicznie wtargnęli w tłum rozpychając wszystkich na boki. Jeden z nich, który wyglądał na przywódcę, stanął na progu kamienicy. Lippmann rozpoznał Sowę. Mężczyzna oznajmił, że przejmują kamienicę w imieniu komitetu. Jakiego? Nie powiedział. Zabronił wstępu komukolwiek bez jego zgody. Jakby na potwierdzenie jego stanowczości, kompani zaczęli odganiać tłum kijami i trzonkami wideł. Nikt się nie przeciwstawił. Złorzecząc, przeklinając i wyzywając od złodziei, ale po cichu, tłum się rozchodził. Niektórzy poszli do domów, a inni popatrzeć na Żydów i poszukać kolejnych okazji.
Lippmann widząc, że nie uda im się ukryć w komórce, ani z niej wyjść, wyszedł przeznaczeniu naprzeciw i zawołał Sowę.
- Panie Sowa, pan mnie zna, pan dobry człowiek i katolik, pan pomoże?
- A co masz? - krępy, łysawy mężczyzna w kapocie i kaszkiecie podszedł do Henryka. - Niewiele tego - spojrzał na kosztowności w dłoni Lippmanna. - Nie wystarczy na dwóch.
Sowa zawołał dwóch kompanów, którzy wyprowadzili Lippmanna. Mężczyzna zamknął Dawida w komórce na kłódkę, Klucz schował do kieszeni. Dawid nic nie czuł, był w szoku, nie mógł nie tylko krzyczeć, ale nawet wypowiedzieć słowa. Leżał na glinianej podłodze, a jego chudym ciałem wstrząsały dreszcze.
Sowa i jeszcze trzech mężczyzn popychając Henryka, prowadzili go na rynek. Do orszaku dołączyło jeszcze dwóch wyrostków z kijami, prowadząc pojmanego dwunastolatka. Lippmann go znał, to był młody Cukiermann ze Strażackiej. Popychając obu więźniów kijami doszli po chwili na plac. W tłumie odnaleźli żandarma Lippke i przekazali mu mężczyznę i chłopca. Żandarm kolbą karabinu wepchnął ich do kolumny kraśnickich Żydów. Kilkadziesiąt metrów dalej kolumna się rozdwajała. Część osób, prawie samych młodych mężczyzn, kierowano do ciężarówek. Reszta kolumny: kobiety, dzieci, starsi obojga płci szli dalej Kościuszki, potem Narutowicza, Szewską i dalej w prawo na Pasiekę, w kierunku cmentarza żydowskiego za miastem.
Kolumnie towarzyszył tłum gapiów. Niektórzy stali w milczeniu, inni wygrażali prowadzonym ludziom pięściami i pluli, a jeszcze inni komentowali wydarzenie.
- Wiesz pan, panie Kulawiak, jeszcze będziemy wdzięczni Hitlerowi za to, że zrobił porządek z Żydami.
- Co też pani gadasz, pani Stonogowa, dzisiaj oni, jutro my.
Niektórzy spośród gapiów ubranych bardziej z miejska starało się sobie wzajemnie "racjonalnie" tłumaczyć to, co się dzieje. Ocenić rzeczywistość chłodnym okiem: "Oni tu nie pasowali", "Mogli się wcześniej wynieść", "Gdyby nie żydzi, nie byłoby rozbiorów". Dominowała jednak obojętność pomieszana z ciekawością. Coś się wreszcie w Kraśniku działo. Na żydowskich mieszkańców nie patrzono już jak na sąsiadów, kupców, krawców, szewców, ale na istoty bezpodmiotowe, jakby nie ludzi. To nie nam, nie ludziom dzieje się krzywda, ale im.
Do kolumny idących Żydów oraz do tych wyprowadzanych z domów podchodziło sporo ludzi.
- Panie Szwarcman, pan da te czapke, panu się już nie przyda. - Pani Zielińska, wezme ten naszyjnik, pani już on na nic.
Niektórzy dawali, ale większość nie, budząc jeszcze większą wściekłość tłumu. Na wietrze unosiło się pierze, mnóstwo pierza z rozprutych kołder i poduszek. Podwalna, Krakowska, Wesoła wyglądały tak, jakby padał śnieg. Niesiony wiatrem puch docierał nawet na Piłsudskiego.
Adela Szpakowska patrzyła przez chwilę na idących ludzi, nie mogąc powstrzymać łez, gapie wokół niej wydawali się jej wstrętni. Odwróciła się i czym prędzej poszła do domu. Kierownik szkoły, Sumiński, patrzył zszokowany. Czuł, że coś powinien zrobić, ale nie mógł nic już zrobić. Część kraśniczan pozamykała się w swoich mieszkaniach, zasłoniła okna, nie chcieli być świadkami tego, co się dzieje, niektórzy nawet współczuli ofiarom. Okna w budynkach parafialnych były zamknięte i pozasłaniane.
Po mieście krążyły samozwańcze patrole uzbrojone w widły i drewniane pały. Niektóre prowadziły pojmanych uciekinierów, wielu z nich krwawiło. Z żydowskich domów wynoszono, co kto zdołał udźwignąć.
Sowa wrócił do komórki, gdzie siedział zamknięty Dawid. Otworzył kłódkę i wyciągnął chłopaka, który się nie opierał, ale też nie był w stanie iść.
- Nie przyda się - rzucił do stojącego w wejściu do kamienicy Alfonsa Bodziucha.
Popychając i kopiąc chłopca zaprowadził go na Rynek. Za późno, kolumna już ruszyła. Natknęli się na policjanta.
- Panie posterunkowy, patrz pan, co znalazłem - Sowa krzyknął do funkcjonariusza Antoniego Grzymka, pokazując na Dawida.
- Chcesz nagrody, Sowa? - odezwał się posterunkowy.
- Zdałoby się panie posterunkowy, ale niech pan pamięta, ile ja zrobiłem, ilu żydków nałapałem.
Grzymek splunął pod nogi, wyjął pistolet z kabury i złapał chłopca za kołnierz, nawet nie patrząc na niego.
Prowadził go tak na tyły synagogi. Nie było tu nikogo.
- Mały Lippmann - w końcu odezwał się do chłopca. Chciał jeszcze o coś zapytać, ale zamilkł. Bo o co tu pytać: o ojca, o matkę, o siostry? - Uciekaj, w te krzaki, a potem na Podlesie, tu cię zaraz złapią - powiedział spokojnie posterunkowy.
Gdy Dawid się oddalił, Grzymek strzelił dwa razy z pistoletu w górę. Wrócił na plac Wolności, chowając broń. Wracał powoli na plac. Zobaczył Sowę w otoczeniu jakiejś bandy z kijami. Ten ruszył w jego kierunku. Grzymek znów odpiął kaburę i położył dłoń na rękojeści. Miał ochotę odbezpieczyć pistolet, przymierzyć i z bliska wypalić prosto w głowę Sowy.
- A ty dokąd - posterunkowy tylko krzyknął.
- Idę sprawdzić, czy żydowskie ścierwo się nie rusza - powiedział wesoło Sowa.
- Spieprzaj, sukinsynu - Grzymek wyjął pistolet z kabury i odbezpieczył.
Dawid biegł, ale po około 300 metrach zabrakło mu tchu. Schował się w zaroślach, aby odpocząć. Pozbawione liści dawały słabą ochronę, ale nie miał sił iść dalej. Od strony żydowskiego cmentarza słychać było terkot karabinów maszynowych, jeszcze bardziej przeszywający, niż listopadowy chłód.
Nie zapadł jeszcze zmrok, gdy wstęgą szos i miedzą pól, o tej porze już szarych, nie złoconych, krętą ścieżką poprzez las ruszyły do swoich wsi chłopskie furmanki, wypełnione piernatami, krzesłami, garami i tym, co kto sobie wyszabrował. Zaradni i bardziej przedsiębiorczy przybyli z rodzinami, stanowili siłę i łatwiej im było wywalczyć sobie cenniejsze łupy. Chłopi wracali nieco zawiedzeni. Łupy nie były wielkie, złota nie było wcale, a uzbrojone bandy nie pozwalały brać tego, co się słusznie należało. Ci, którzy jechali w kierunku Stróży słyszeli jeszcze odgłos krótkich już serii z karabinów maszynowych i pojedyncze wystrzały. Mieszkańcy Pasieki czy Słodkowa mieli trudniej, musieli omijać leżące na drodze ciała, wlec się za pojedynczymi grupkami żydowskich mieszkańców Kraśnika, bo żandarmi i granatowi policjanci nie pozwalali wyprzedzać maszerujących kolumn.
Kraśnik, Lublin, koniec listopada 1969 r.
Andrzej Szulc stał na wylocie ulicy Lubelskiej, nieco już za miastem. Wyglądał małego włoskiego fiacika Alicji. Razem mieli jechać do Lublina.
"Jak zwykle się spóźnia" - pomyślał, patrząc na zegarek.
Za chwilę jednak dostrzegł charakterystyczną sylwetkę fiata 500. Alicja zatrzymała się przy krawężniku, ale Andrzej nie mógł otworzyć drzwi, bo trotuar był za wysoki. Kobieta musiała więc odjechać kawałek w kierunku osi jezdni. Z trudem wcisnął się do ciasnego wnętrza. Alicja miała na głowie duży kapelusz, na szyi owinięty szal. Przez ten kapelusz musiał lekko odchylać głowę w prawo. Te ciuchy plus okulary w dużych oprawkach i delikatne rękawiczki do prowadzenia auta, a w dodatku włoskie samochód, mogły sprawić wrażenie, że zabłądziła tu na chwilę z jakiegoś innego, lepszego świata i do tego te perfumy, Chanel nr 3, albo 4, czy jakoś tak się nazywają, nie pamiętał. Andrzej wyobraził sobie, że jadą nadmorską, słoneczną drogą we Włoszech. Pomyślał, że on sam średnio pasuje do tego obrazka, a okolica za szybą samochodu już zupełnie nie.
Minęli Pułankowice, Wilkołaz, Niedrzwicę. Krajobraz lubelskiej wsi zmieniał się. Coraz mniej było chat krytych strzechą, a coraz więcej murowanych budynków, znacząca ich część powstawała z kraśnickiej cegły, pochodzącej z prywatnych cegielni. Andrzej przyglądał się ukradkiem Alicji. Młodsza od niego o sześć lat nie była może typem olśniewającej urody, ale miała coś w sobie, miała też styl.
Po pół godzinie jazdy podskakiwanie samochodu na nierównej drodze oznajmiło, że są już w Lublinie. Alicja prowadziła dość szybko, na tyle, że nie wyhamowała przed sygnalizatorem świetlnym, na którym żółte światło, zostało zastąpione przez czerwone. Nie ujechali nawet pół kilometra, gdy z tyłu usłyszeli jęk syreny. Wyprzedziła ich milicyjna warszawa, a ręka z "lizakiem" dała znać, aby się zatrzymali. Milicjant podszedł do auta, a Alicja odkręciła szybę. Funkcjonariusz schylił się do okna, daszek jego czapki napotkał rondo kapelusza Alicji. Milicjant wyprostował się i jakby z zakłopotaniem zaczął przeszukiwać kieszenie. Wykorzystał to Andrzej, podszedł do milicjanta i pokazał mu swoją służbową legitymację. Odeszli parę kroków.
- Niech pan uważa na żonę za kierownicą, bo może być nieszczęście - powiedział oficjalnie do Andrzeja. - A jak tam śledztwo, obywatelu kapitanie? Macie już tego mordercę proboszczów i ormowców? - milicjant zaśmiał się, podał rękę na pożegnanie, zasalutował Alicji i poszedł do swojego samochodu.
- Znajomy milicjant, znajome ekspedientki w sklepach, dobra krawcowa to najważniejsze, aby przeżyć w dzisiejszych czasach - śmiała się Alicja.
W Lublinie zatrzymali się w hotelu Europa przy Krakowskim Przedmieściu. Hotel zajmował ładny, neorenesansowy budynek z XIX w., który przez wszystkie lata pełnił tę samą funkcję. Recepcjonista szeroko uśmiechnął się na widok Alicji, a ta odliczając gotówkę za pokój dołożyła jeszcze jeden banknot. Andrzej poszedł do restauracji kupić wino do pokoju. Hotel najlepsze lata miał już za sobą, ale wciąż jeszcze prezentował niezły standard i miał pokoje z łazienkami.
Późnym wieczorem zeszli coś zjeść do restauracji. Tego dnia był dancing, ale kilka stolików stało pustych, a goście hotelowi mieli wstęp wolny. Kelner zaprowadził ich do stolika i podał menu.
"Żołnierz dziewczynie nie skłamie, chociaż nie wszystko jej powie" - dancingowy zespół muzyczny wcielił się w zespół No To Co, śpiewając popularny szlagier. "Żołnierz zarzuci broń na ramię, wróci, to resztę dopowie".
Na parkiecie kręciły się cztery pary. Mężczyźnie przy stolikach stukali się kieliszkami, kobiety szeptały coś do siebie, inne obserwowały tańczących i nowo przybyłych.
"Wstęgą szos, miedzą pól złoconych, krętą ścieżką poprzez las..." - teraz goście jednego ze stolików włączyli się do śpiewania.
Andrzej i Alicja zamówili bryzol i piwo okocimskie. Kilku facetów nie mogło oderwać wzroku od Alicji, kilka pretensjonalnych, wyfiokowanych dam już jej nienawidziło. Pojawili się śmiałkowie, gotowi zaprosić ją do tańca, ale tylko jeden miał dość siły, aby wstać z krzesła. Podszedł do stolika i uśmiechnął się z wdziękiem alfonsa.
- P.. ppani pozwoooli - ukłonił się, podniósł jej dłoń trzymającą nóż do ust, wyjął go i ucałował końcówki palców.
- Pan szanowny pozwoli, że skonsumuję kolację - odpowiedziała Alicja, posyłając mu uroczy uśmiech.
- Sssie rozumie, szanowna pani - odpowiedział amant i ruszył do stoliku krokiem narciarza biegowego.
Muzycy przekąsili, wypili po kieliszku i poszli na całość.
"Cała sala śpiewa z nami, tańcząc walca, walczyka parami" (11) - rozległo się w całym hotelu.
Publiczność tylko na to czekała. Zaraz pojawił się jakiś samozwańczy wodzirej, który pociągnął za sobą ludzi. Wąż dansiorów zaczął niebezpiecznie zbliżać się do stolika Alicji i Andrzeja. Ostatni z węża nie przepuścił okazji. Złapał Alicję za rękę i pociągnął. Upuściła nóż, ale została z widelcem w ręku, na który nadziany był kawałek mięsa. Nie wiedziała, czy rzucić widelec pod stół, czy jakoś go schować. Patrzyła bezradnie na Andrzeja, ale ten zamiast pomóc, turlał się ze śmiechu. W końcu uścisk mężczyzny zelżał i Alicji udało się wyzwolić. Usiadła do stolika, rozglądając się dokoła. Na szczęście poprzedni, niedoszły amant spał już przy stoliku z "twarzą wtuloną w kotlet schabowy panierowany" (12). Zamówili po jeszcze jednym piwie, wypili dość szybko i wrócili do pokoju. Szulc nie był wielkim miłośnikiem tańców towarzyskich.
XXX
Rankiem niebo nad Lublinem było zupełnie szare, siąpił drobny deszcz, na chodnikach zaczęły tworzyć się kałuże. Ludzie narzekali na pogodę, na początku listopada zima, a pod koniec typowa jesień. Andrzej nie miałby ochoty wychodzić z łóżka, gdyby nie spotkanie z dr. Gajowcem. Aby dotrzeć na uczelnię, wystarczyło przeskoczyć tylko Plac Litewski. Zjedli jeszcze z Alicją śniadanie w hotelowej restauracji, kobieta wyruszyła na podbój Lublina, a Andrzej na Plac Litewski 3. Uniwersytet zajmował ładny pałacyk na tyłach Placu. Szulc wszedł na górę po drewnianych schodach. Zastukał w drzwi opatrzone tabliczką dr hab. Tomasz Gajowiec. Nikt nie odpowiedział, stuknął jeszcze raz i nacisnął klamkę. Przez uchylone drzwi zobaczył niewielkie wnętrze, niesamowicie zagracone różnymi papierami, książkami, teczkami, segregatorami. Unosił się tam zapach, jaki mogła rozsiewać tląca się szmata albo papierosy klubowe. W popielniczce na stole Andrzej dostrzegł tlący się papieros, więc śmielej wkroczył do środka.
- Idę, już idę - zza gabloty z książkami wyłoniła się lekko przygarbiona, niewysoka postać. -- Pan Andrzej Szulc, jak mniemam. Pamiętam, umawialiśmy się na dzisiaj. Karol prosił mnie, żebym panu pomógł, a Karolowi się nie odmawia, ale nie bardzo wiem, jak...
Andrzej przeszedł od razu do rzeczy.
- Czy zna pan takie nazwiska jak Józef Żurek, Eligiusz Sowa, Alfons Bodziuch?
Gajowiec siedział chwilę w milczeniu. Skrupulatnie gasił papierosa w popielniczce. W końcu się uśmiechnął.
- Tak myślałem, że to o to chodzi. Przeszedł pan od razu do sedna, bez żadnej gry wstępnej. Lubię to. Tak, te nazwiska nie są mi obce. Jak pan zapewne wie od Karola, zajmowałem się narodzinami władzy ludowej w rejonie Kraśnika, a także okupacją. Zająłem się tym jakieś dziesięć lat temu, ponieważ po październiku pięćdziesiątego szóstego pojawił się lepszy klimat do tego typu badań, bez nadmiernej, słusznie obowiązującej ideologii. Niestety, ten klimat skończył się dość szybko. Udało mi się opublikować tylko fragmenty mojej pracy.
- Jak pan zapewne wie, dwie osoby z tego grona zostały zamordowane - Szulc postawił na bardzo konkretną rozmowę. - Moim zdaniem handlowali oni pożydowskim mieniem, komuś musieli bardzo się narazić.
- Trop jest dobry - odpowiedział Gajowiec. - Wspomniani panowie stali się samozwańczymi przywódcami lokalnej społeczności w prosty sposób, terroryzując ją i trzymając sztamę z Niemcami, a przynajmniej z niektórymi. Zaręczam panu, że niejaki feldfebel Horst Schulze i jego kapitan Manfred Klopitzke wyjechali w 1944 r. z Kraśnika dużo zamożniejsi, niż tu przyjechali pięć lat wcześniej.
- Na pewno było czym zarządzać, siedem tysięcy, czyli połowa mieszkańców miasta zniknęła, a ich mieszkania, ruchomości płynnie zmieniły właścicieli - zauważył kapitan. - Ale co z tego trafiało do Niemców, przecież nie piernaty?
Gajowiec wstał od stołu, nastawił wodę w czajniku, a do szklanek wsypał kawę.
- Tak, z pewnością nie piernaty. Wiele osób, które miało jakieś cenniejsze dobra, a trzeba wiedzieć, że wielu nie miało nic, zostawili je sobie na czarną godzinę. Niewiele z tego znaleźli szabrownicy, a tajemnice, gdzie ukryte są te dobra, większość ludzi zabrała ze sobą do grobu w listopadzie 1942 r.
- Więc czym płacili? - zapytał Szulc, podnosząc głowę znad szklanki z kawą. Miał ochotę napić się tej kawy, ale gorąca szklanka parzyła w palce. Próbował więc podnosić ją razem ze spodkiem, pochylając głowę.
- Wie pan - Gajowiec przez chwilę milczał, jakby się zastanawiał, czy kontynuować wątek. - W czasie okupacji w rejonie Kraśnika ukrywało się wielu Żydów. Sporo ludzi uciekło podczas pacyfikacji getta, żandarmów było niewielu, policjantów też, słyszałem nawet o dwóch, którzy patrzyli na to przez palce. Tylko, że jest jedna zagadka. Mianowicie prawie nikt nie doczekał końca okupacji.
Szulc o mało nie zakrztusił się kawą. Odstawił szklankę i wyprostował się.
- To znaczy, że płacili za ukrywanie, a gdy już nie mieli czym płacić, to.....? A może po prostu Niemcy zrobili skuteczną obławę?
- Zna pan ten kawał - odpowiedział Gajowiec i kontynuował. - "Przychodzi facet do spowiedzi i zaczyna opowiadać księdzu swoje grzechy: - Przechowywałem Żydów w czasie okupacji. - To nie grzech odpowiedział ksiądz. - Ale brałem od nich po sto złotych miesięcznie. - To też nie grzech, trzeba było przecież kupować jedzenie. - To może powinienem im powiedzieć, że wojna się już skończyła?" - Gajowiec zamyślił się chwilę. - Może po prostu im skończyły się pieniądze, nim skończyła się wojna? Chyba za dużo już powiedziałem, ale Karol mnie do tego nakłaniał. Przyjmijmy oficjalnie tę drugą wersję wydarzeń, tę ze skuteczną obławą.
-Czyli musiała to być dobrze zorganizowana grupa, zajmująca się pożydowskim majątkiem i ukrywającymi się ludźmi - Andrzej naciskał dalej.
- Najprawdopodobniej - kiwnął głową Gajowiec i zapalił klubowego.
- Czyli Żurek, Bodziuch, Sowa zarządzali tym interesem? - zapytał już bez emocji kapitan.
- Mieli sporo chętnych do pomocy i udziału w tym przedsięwzięciu. Do tego zarządu należał jeszcze ktoś... - Gajowiec zawiesił głos. -- Niejaki Mirosław Włodarz.
- Ten Włodarz? - zapytał Szulc trochę zdziwiony, ale bardziej zaciekawiony.
- Właśnie ten.
- Panie doktorze, może jeszcze powie mi pan coś o pułkowniku Dębie?
- Panie kapitanie, oczekuje pan, że mu opowiem jego przełożonym? Może jakieś tajemnice, a może mi pan od razu teczkę założy? - zaśmiał się Gajowiec.
- Tak, będzie stała na półce obok teczki Karola.
- Chodzi panu zapewne o to, że przyjechał do Kraśnika zrobić porządek z tamtejszymi milicjantami?
- Właśnie. Nie tylko przecież z milicjantami, przecież Żurek i jego banda musieli być w komitywie z załogą posterunku. Z tego, co wiem, milicjantów nie spotkała żadna krzywda, zostali przeniesieni, a dowódca nawet awansował. Żurek nieźle się urządził, a pozostałym też się raczej dobrze wiodło. Po tym wszystkim?
- Wydaje mi się, że władzy nie było na rękę rozdmuchanie tej sprawy. Wrogiem był Zawisza i inne, jak je tam nazywali, leśne bandy. Może Dąb po prostu wolał mieć Żurka i jego bandę po swojej stronie, jeśli już pan wspominał o teczkach. Dąb to nie jest taki zwykły prowincjonalny glina... O... przepraszam.
- Nic nie szkodzi - zaśmiał się Szulc.
- Czy pan wie, że Dąb walczył w Hiszpanii? - zapytał Gajowiec.
Szulc tylko skinął głową.
Gajowcowi podobała się ta rozmowa, wreszcie mógł podzielić się z kimś tym, nad czym pracował kilka lat i co mocno go wciągnęło. Obawiał się tylko, czy nie powiedział za wiele. Ale miał też odczucie, że nie będzie to ostatnie spotkanie z kapitanem Szulcem.
Gdy już się żegnali, Gajowiec powiedział jeszcze:
- Niech pan przyjrzy się lepiej komendantowi. Sprawdzi, co się stało rodziną Szpakowskich i rodziną Gruszków z Sulowa.
- Jestem niezmiernie wdzięczny. Gdyby pan czegoś potrzebował, proszę śmiało - Szulc uścisnął dłoń Gajowcowi.
Na dworze padało jeszcze mocniej niż półtorej godziny temu. Andrzej nie zwrócił uwagi na deszcz. Był pochłonięty myślami. Sprawa, którą prowadził, pochłonęła go bez reszty. Czuł, że odkryje tajemnice, które wielu osobom się nie spodobają. Gdzie kończy się jego rola, jako śledczego? Czy nie pójdzie za daleko? Kapitan milicji z Kraśnika na tropie cywilno-milicyjnej bandy zajmującej się szabrem i handlem ludźmi. To jakiś surrealizm. Czy poznanie tej historii choć na krok przybliży go do odpowiedzi na pytanie: kto zabił? Poza tym zaczął mieć już wątpliwości, czy na pewno chce wiedzieć, kto jest zabójcą.
Andrzej miał jeszcze nieco ponad godzinę do spotkania z córką, akurat na dwie pięćdziesiątki winiaku i jeszcze jedną kawę. W jego stanie to idealne rozwiązanie, musi się uspokoić, jeszcze raz zebrać myśli. Idąc w kierunku Bramy Krakowskiej wstąpił do kawiarni. Siedział na wysokim krześle, stawiając filiżankę i kieliszek na długim blacie przy szybie. Patrzył przez okno na przechodniów. Niemal wszyscy reagowali tak, jakby z nieba lał się kwas siarkowy, a nie woda. Biegli, chowali się w bramach, zasłaniali głowy teczkami. Tylko posiadacze parasoli pozwalali sobie na większy luz.
"W Polsce panuje jakiś dziwny stosunek do deszczu. Co by się działo, gdyby nasz klimat przypominał np. angielski?" - myślał sobie Szulc, popijając winiak drobnymi łykami.
Naprzeciw Bramy Krakowskiej zatrzymała się skoda, za kierownicą siedziała anorektyczna blondynka, która jeszcze sześć lat temu była żoną Szulca. Z auta wysiadła trzynastoletnia dziewczynka, a skoda pojechała dalej. Szulc założył płaszcz i wyszedł na ulicę.
- Cześć, tato! - Agata podbiegła do Andrzeja.
Poszli do bardzo popularnej kawiarni "Czarcia Łapa", zaraz na początku Starego Miasta. Tutejszego kremu sułtańskiego nie odmówił sobie także Andrzej.
- Wiesz, tato, dziadek opowiadał, że wy tam w Kraśniku księży chcecie zabijać - powiedziała Agata z trudem udając powagę.
- Powiedz dziadkowi, że jak będzie takie rzeczy opowiadał, to go aresztuję i ześlę na "białe niedźwiedzie".
Były teść Andrzeja wykładał historię na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Przed wojną był dość znanym działaczem endeckim, ale i w komunie radził sobie nie najgorzej. Po 1968 r. nawet cieplej spoglądał na Gomułkę i Moczara.
- Wiesz, tato, nie powinieneś pić - dziewczynka wskazała na kieliszek tokaju przed Andrzejem. - Dziś na religii ksiądz mówił, że powinniśmy zachować abstynencję nawet w dorosłym wieku i ślubować trzeźwość w kościele.
- Nie ma nic złego w piciu wina w umiarkowanych ilościach. Jezus i apostołowie też przecież pili wino.
- Zapytałam o to księdza. Powiedział, że pili wino bezalkoholowe.
"Inteligentna i ironiczna, moja krew" - Andrzej popatrzył na córkę z zadowoleniem.
Posiedzieli dłuższą chwilę, Andrzej wsadził Agatę do taksówki, podał kierowcy adres i z góry zapłacił za kurs. Sam poszedł pieszo na dworzec autobusowy, przez Starówkę i Podzamcze, nie było daleko. Na Starym Mieście panowały ciemności, które rozświetlały nieliczne, świecące latarnie. Jak w większości polskich miast, stare, kilkusetletnie kamienice zamieniono na mieszkania komunalne o niskim standardzie, bez łazienek i toalet. Wieczorami nie było to bezpieczne miejsce. Na Podzamczu, dużym placu, jak sama nazwa wskazuje, pod Zamkiem, Andrzej wstąpił do delikatesów. Nie miał jakiegoś sprecyzowanego celu, chciał po prostu zobaczyć, co jest. Tak jakoś fortunnie, czy nie, zaplątał się w kolejkę do stoiska mięsnego, od razu na trzecią pozycję. Przywieźli serdelki, więc kupił. Dokupił jeszcze jugosłowiański wermut, bo akurat był. Ledwie wyszedł ze sklepu i już żałował tych decyzji. Przez grube oczka siatki wystawała szyjka butelki trunku, obijając mu się o nogi, a wąska, druciana rączka wrzynała się w dłoń, choć zakupy nie były ciężkie.
Idąc tak z siatką obijającą się o nogi, doszedł wreszcie do dworca, od razu na stanowiska. Na piątym kłębił się już tłum ludzi. "Dzisiaj przecież piątek" - pomyślał Szulc.
Podjechał niebieski jelcz (13). W drzwiach stanął jegomość w siwym drelichu i czarnym berecie z antenką.
- Z biletami! - krzyknął władczym głosem.
Tłum szczęśliwców z biletami w rękach zaczął szturmować wejście do autobusu, jakby nie wierząc, że gwarantują im wejście do środka. Kiedy już wszyscy "z biletami" weszli, pan i władca rozejrzał się dokoła. Za burtą pozostała większość chętnych do podróżowania.
- Nie ma miejsc. ,Janiszów" za pół godziny - ryknął.
- Panie kierowco, do Kraśnika - rozległy się prośby. - Panie kierowco, pan weźmie z dzieckiem.
- Janiszów za pół godziny! Mówie przecie.
Szulc nic nie mówił, tylko wyjął służbową legitymację i przepychał się do wejścia.
- Pan wchodzi - kierowca spojrzał na dokument.
Za Szulcem wskoczyło jeszcze kilkanaście osób, w tym matka z dzieckiem. Kierowca usiadł na swoim miejscu, a ktoś z pasażerów usłużnie zamknął drzwi. Pojedyncze miejsce przy przedniej szybie - marzenie wszystkich podróżujących, zajął już wcześniej jakiś kumpel kierowcy. Na pokrywie silnika, przykrytej brązową dermą siedziało troje kilkuletnich dzieci, nie kryjąc zadowolenia z tego powodu. Andrzej stał w przedniej części autobusu, trzymając w jednym ręku uchwyt, a w drugim tę nieszczęsną siatkę z zakupami.
"Może w Niedrzwicy zwolnią się miejsca" - pomyślał z nadzieją.
Autobus jechał podskakując po lubelskich ulicach. Stękał, prychał i sapał przy ruszaniu ze skrzyżowania i zmianie biegów. Kierowca nawet nie spojrzał na ludzi oczekujących na przystanku w Alei Kraśnickiej. W końcu autobus przestał podskakiwać na nierównościach, zza bocznych szyb nie było już widać żółtych świateł latarni, tylko pojedyncze światełka w oknach domów oświetlały mrok, wyjechali z Lublina. Szulc wisiał na uchwycie, przechylając się na boki razem z autobusem pokonującym zakręty. Szyjka butelki wermutu obijała mu się o nogi, na domiar złego, także serdelki zaczęły wychodzić z siatki. Nie było jej gdzie odłożyć. Dla zabicia czasu patrzył, jak światła reflektorów autobusu wyławiały z ciemności furmanki, kierowca próbował je zepchnąć z drogi mrugając światłami i trąbiąc. Razem z kumplem palili sporty, mieli uchylone okienka, co sprawiało, że podmuch powietrza wpychał dym do środka, wprost na dzieci, siedzące na pokrywie silnika.
- Panie kierowco, wysiadaaają! - dał się słyszeć krzyk z środka autobusu.
Kierowca zatrzymał się za przystankiem, na tyle daleko, że oczekujący pasażerowie nie zdążyli dobiec do autobusu, nim wysiadający zdołali go opuścić i autobus ruszył. Musiał być doświadczonym kierowcą autobusu na trasie Lubin - Kraśnik Fabryczny.
Po godzinie jazdy, w Wilkołazie, w końcu zwolniło się miejsce. Andrzej usiadł wygodnie, kładąc zakupy na kolanach. Teraz dopiero poczuł zmęczenie ciężkim dniem i głód. Od śniadania zapomniał cokolwiek zjeść, oprócz kremu sułtańskiego. Przydadzą się te serdelki, popije je wermutem. Nie mógł się doczekać, kiedy wreszcie będzie w domu. Kierowca poznał pasażera z legitymacją i zatrzymał się przy bloku na Mieszka I. Gdy Andrzej wchodził na swoje pierwsze piętro, z drugiego schodziła Matka Boska, w złoconej ramie, niesiona przez dwóch, znanych mu z widzenia, facetów. Z nią kroczył orszak kilkunastu osób. Matka Boska odwiedzała kolejne domy i mieszkania.
- Pan przyjdzie, sąsiedzie, na różaniec - sąsiad nie krył sarkazmu.
Dziękuję. A co wziąć? "Półlitra" czy piwo? - Andrzej uśmiechnął się do niego serdecznie.
XXX
Następnego dnia Dąb był na komendzie od rana. Triumfował. Sierżant Golonka ustalił adres Pezdy, tego syna zabitego partyzanta od Zawiszy. Okazało się, że facet nie miał alibi na dzień, kiedy zginął Żurek i na dzień śmierci Sowy. Dąb zwołał naradę, zaprosił do siebie Szulca, Golonkę i prokuratora Barańskiego, czyli delegację, która miała za chwilę udać się do Lubartowa, bo tam mieszkał Pezda i tam ma być dziś przesłuchany.
Najpierw pojawił się problem, do kogo zadzwonić, do komendanta, czy prokuratora w Lubartowie.
- To jaki numer zamówić? - pytała niecierpliwie sekretarka Ela.
- Niech pani zamówi Lubartów czydzieści czy i poprosi Kubę (14) - wtrącił się Szulc, nieco zniecierpliwiony.
- Macie nieaktualne informacje, kapitanie - odezwał się Barański. - W Lubartowie już dawno mają czterocyfrowe numery telefonów. A jaki Kuba?
- Goldberg - syknął kapitan.
- Wreszcie coś ruszyło - zagaił Dąb, gdy już uporali się z telefonowaniem. - Fakt, że facet, jest synem zabitego NSZ-owca, nie było go w domu, kiedy zginął Żurek i Sowa, jeszcze nie świadczy, że jest on jakimś mścicielem po latach. Jak go powiązać w wydarzeniami w Kraśniku, udowodnić motywację?
- W tym właśnie sęk - skwitował Szulc.
- Jaki znowu Sęk? - uniósł się Barański. - Ten prokurator z Lubartowa?
- Nie, chodzi o dżewo, deskę dżewianą, a w środku sęk.
- Dość już panowie - ryknął Dąb. - Jedźcie już. Na miejscu będzie czekał porucznik Jaszczuk z Lublina.
Ruszyli milicyjną warszawą. Golonka prowadził, Barański siedział obok, a Szulc z tyłu. Kapitan nigdy jeszcze nie był w Lubartowie, ale to miasto jakoś szczególnie mu pasowało do stereotypu małych miasteczek w centrum kraju.
Gorzej, że z przesłuchania niczego praktycznie się nie dowiedzieli. Facet brnął w zaparte. Twierdził, że o ojcu wiedział tyle, że zginął "we wojnę". Nie zna żadnego Żurka, ani Sowy. W czasie, kiedy ich zabito, podróżował samotnie swoją syrenką w celach służbowych. Barański się gorączkował, chciał już, natychmiast aresztować Pezdę:
"Brak sznurowadeł i twarde dechy szybko rozwiązałyby sprawę" (15).
Szulc go jednak powstrzymał.
Po powrocie do Kraśnika odwieźli Barańskiego do domu i pojechali na późny obiad do Depy.
- Dziś Golonka, zje golonkę - zaśmiał się sierżant.
- Czysty kanibalizm - odpowiedział mu Andrzej.
Zamówili piwo do obiadu.
- Dobre tu piwo mają, nie to co te janowskie siki w konsumach - pochwalił Golonka.
- Powiedz mi, Adam, co ty o tym sądzisz? - zapytał Szulc. Doceniał chłopski zdrowy rozsądek i policyjną intuicję, jakie miał jego podwładny.
- Panie kapitanie, to nie on, dałbym sobie głowę uciąć - zapewniał Golonka.
- Dlaczego tak sądzisz?
- Niech pan pomyśli. Facet ma żonę, dwoje dzieci, spółdzielcze mieszkanie w nowym bloku, dorobił się syrenki. Gość jest ze wsi, wychowywał się bez ojca, skończył technikum, nie było mu łatwo. Wiem, co mówię, bo też jestem z wiejskiej biedy - Adam upił łyk piwa. - Facet musi kombinować, jak wiązać koniec z końcem, a nie jak około czterdziestki stać się mścicielem po latach.
- Dlaczego więc nie chce powiedzieć, co robił, gdy zabito Żurka i Sowę? - zapytał kapitan.
- Może ma babę na boku, może coś kombinuje... Jaki zaopatrzeniowiec nie kombinuje? To teraz najlepsza fucha - odpowiedział sierżant.
- Ja też tak myślę, a to czy ma babę na boku, czy kombinuje na boku, to już nie nasza sprawa - podsumował kapitan.
XXX
Szulc przyszedł dziś do komendy wcześniej niż zwykle. Spodziewał się, że Dąb będzie na niego czekał i tak było. Andrzej nie powiedział mu ani słowa o spotkaniu z dr. Gajowcem. Skupili się na wczorajszym przesłuchaniu w Lubartowie. Dąb był nieco zawiedziony.
- Andrzej, miej uwagę na Barańskiego, niech tam nie szaleje za bardzo. Prawdopodobnie Pezda, czy jak mu tam, nie ma nic wspólnego z morderstwami - Dąb wstał z krzesła, jakby sugerując, że się gdzieś spieszy. - Aha, niech jeszcze Golonka dopilnuje, aby nasi nie robili facetowi koło dupy w pracy i miejscu zamieszkania.
Szulc umówił się przez telefon z majorem Ludwikiem Bańką, szefem kraśnickiej Służby Bezpieczeństwa. Nie miał daleko, gdyż siedziba SB znajdowała się w drugim skrzydle kamienicy. Andrzej wszedł na pierwsze piętro, na ścianie wisiała gazetka: "Feliks Dzierżyński - wzór dla funkcjonariusza Służby Bezpieczeństwa", ilustrowana zdjęciami "żelaznego" Feliksa. Major Bańka, wysoki, lekko siwiejący szatyn podniósł się z biurka na widok kapitana. Miał na sobie dobrze skrojony ciemny garnitur, białą koszulę i krawat.
- Miło cię widzieć, Andrzej, rzadko tu wpadasz - podał mu dłoń na powitanie. Bańka poprosił sekretarkę o dwie kawy i nalał po kieliszku winiaku. Usiedli przy stoliku.
- Czy mógłbyś mi pokazać teczkę Włodarza? - Szulc był znany z bezpośredniości, zaskoczenie to też jego taktyka, z której często korzysta.
- Teczkę Włodarza??? Nie ma takiej teczki - odpowiedział Bańka ze zdziwieniem. Kapitan nie rozpoznał, czy jest ono udawane, czy autentyczne.
- Nie ma? Trudno. A gdyby była, to jaka mogłaby się znaleźć w niej historia? - zapytał Szulc.
- A czy ja Andrzej jestem bajkopisarzem? - zaśmiał się major. - No dobrze, pobawmy się w "co by było, gdyby było?". Mogłaby to być historia dobrego obywatela Polski Ludowej, który pobłądził w młodości. Ale przez swoje aktywne życie zawodowe i społeczne starał się naprawić dawne błędy - Bańka opowiadał tę historię z lekkim ironicznym uśmiechem na ustach.
- A jeśli chodzi o osobowość? - Andrzej zadał następne pytanie.
- No cóż, nie powiem ci nic nowego. Dobrze wiesz, że najczęściej ludzie dzielą się na komunistów, antykomunistów, katolików itd., Włodarza świat jest nieco prostszy. W tym świecie po jednej stronie są żydzi - uosobienie wszelkiego zła i pozostali, czyli nasi, nieważne komuniści, czy katolicy.
- Z tymi swoimi poglądami świetnie odnajduje się w każdej epoce, w każdym ustroju - zauważył kapitan.
Major lekko uśmiechnął się w odpowiedzi.
- Jak nadejdzie, jeszcze jeden ustrój, również się w nim odnajdzie. W Polsce pewne rzeczy są niezmienne.
- A jaką historię napisałbyś o Józefie Żurku - kapitan starał się kuć żelazo, póki gorące.
- Historię dramatyczną, wręcz tragiczną. Historię człowieka, którego przerosła i zniszczyła legenda. Miał jedną wielką słabość, mianowicie chciwość, skądinąd naszą narodową cechę. I ta chciwość go zgubiła. Choć nie wiem, czy zasłużył na taki los, jaki go spotkał. Widzę, że w śledztwie zmierzasz w kierunku zemsty po latach?
- Skoro mnie tak łatwo rozszyfrowałeś, Ludwik, może powiesz mi, jaką historię przypisałbyś Sowie - Andrzej upił łyk kawy, podnosząc szklankę ze spodkiem, bo była tak gorąca, że nie dało się jej chwycić.
- Rozczarowałeś mnie tym pytaniem, Andrzeju. Musiałbym być naprawdę kiepskim autorem kryminałów, żeby stworzyć taką postać jak Sowa. Jeśli mówiłem o Włodarzu, że jest mało skomplikowaną postacią, to Sowa był prosty jak budowa kraśnickiej cegły. Oprócz chciwości dorzuciłbym mu jeszcze dwie cechy nam bliskie: hipokryzję i konformizm. Muszę ci powiedzieć, że bawi mnie ta rozmowa, na takim poziomie abstrakcji, tym bardziej, że to zwykle ja zadaję pytania.
Bańka odstawił szklankę z kawą i ponownie napełnił kieliszki winiakiem.
- Mam dla ciebie dobrą radę, Andrzej. Jeśli poszukujesz mściciela po latach, przyciśnij Dęba, on tu po wojnie rozdawał karty, ja przyszedłem do służby w pięćdziesiątym ósmym.
Szulc wstał, aby pożegnać się z Bańką. Major otworzył szufladę biurka, wyjął kartkę papieru z zanotowanym imieniem i nazwiskiem oraz datą.
- Mam do ciebie prośbę, Andrzej. Mojemu siostrzeńcowi nasza drogówka zabrała prawo jazdy, jechał służbowym żukiem, ponoć po kielichu, tu masz jego imię i nazwisko oraz datę, kiedy to było - Bańka podał kartkę Szulcowi. - Plutonowy Zieliński go zatrzymał. Czy mógłbyś to odkręcić, nim sprawa pójdzie dalej, do kolegium? Chłopak może robotę stracić. Sam bym poszedł, ale wiesz, że u was za mną nie przepadają.
- Mimo to wpadnij. Jakby mnie nie było, prawo jazdy będzie u pani Eli, w kopercie na twoje nazwisko.
Szulc wrócił do swojego pokoju. Wyjął z biurka kartki ze swoimi wykresami i nazwiskami. Wykreślił nazwisko Wiktor Pezda, a dopisał: Mirosław Włodarz. Postać to znana w mieście, można powiedzieć, że nawet w województwie. Obecnie jest wiceprzewodniczącym Miejskiej Rady Narodowej, a także zasiada w zarządzenie oddziału wojewódzkiego PAX w Lublinie. Włodarz miał swoje pięć minut w zeszłym roku podczas antysemickiej nagonki, rozpętanej przez Gomułkę. Wystąpił wówczas z listem do KC PZPR i wojewody lubelskiego, w którym domagał się usunięcia wszelkich elementów obcych z Kraśnika, województwa i całej Polski. Zyskał tym samym sporo sympatii, także od ludzi, którzy nie byli wielkimi zwolennikami demokracji ludowej. Włodarz jeszcze przed wojną działał w Narodowej Demokracji razem z byłym teściem Szulca. Z tym, że ten pierwszy był raczej zwykłym pałkarzem i ulicznym zadymiarzem, natomiast szanowny teść organizował getta ławkowe na uczelni. W czasie okupacji Włodarz działał przez pewien czas w Narodowych Siłach Zbrojnych, później jednak opowiedział się za Polską Ludową, jako, koncesjonowany przez komunistów, działacz katolicki.
Przy nazwisku Alfonsa Bodziucha dopisał: "człowiek bez właściwości, człowiek nikt". Pod spodem dodał: "rodzina Gruszków" i domalował duży znak zapytania. Na drugiej kartce: "Kto z kraśnickich Żydów przeżył okupację i co się z nimi potem działo? Wiek 38-55 lat".
Po koniec dnia do pokoju kapitana zajrzała sekretarka Ela. Przyniosła jakieś papiery nikomu do niczego niepotrzebne. Stanęła oparta o szafę z dokumentami. Była dość wysoka, krótka spódniczka odsłaniała jej zgrabne nogi.
"Twarz też niczego sobie" - pomyślał Szulc.
Ela nie spieszyła się z wyjściem, zaproponowała kapitanowi kawę. Szulc dawno już zauważył, że patrzyła na niego zachęcająco.
Andrzej miał nawet ochotę skorzystać z okazji. Tylko, co potem? O czym z nią gadać? Będą się spotykać w pracy, aż w końcu się z nią ożeni? Ale z drugiej strony, jednak miał ochotę. Telefon w sekretariacie wezwał Elę. Szulc ochłonął, ubrał się i wyszedł pospiesznie do domu. Dziś wieczorem ma przyjść Alicja. "Za dzień, za dwa, może trzy, lecz nie dziś" - pomyślał Andrzej o Eli.
XXX
W tym roku andrzejki wypadały w niedzielę. Do Szulca zadzwoniła Małgosia Kunicka, zaproponowała wspólne urządzenie imienin u nich w domu, w sobotę. Andrzej chętnie się zgodził. Kuniccy mieszkali przy Polnej, to rzeczywiście polna dróżka biegnąca od Kościuszki. Może pół kilometra od komendy milicji, w kierunku cmentarza. Ich nowy, piętrowy dom stał obok parterowego domku starego doktora Brzóski. Andrzej Kunicki przyjechał po Szulca samochodem, musieli zabrać sporą torbę z zakupami: wódka, wino, wędliny i inne produkty, które dla większości były trudno osiągalne, a dla kapitana nie.
Dom Kunickich był dość duży, jednopiętrowy, w kształcie prostokąta, z dużym tarasem na piętrze. Kuniccy urządzali go stopniowo, ale starannie. Możliwości były dość ograniczone, na rynku brakowało mebli, a zwłaszcza ładnych, przyzwoitej jakości. Z drugiej strony pozycja Andrzeja w znacznym stopniu ułatwiała zdobycie tego, co było do zdobycia. Salon był połączony z jadalnią, ściana frontowa była całkowicie przeszklona i wychodziła na ogród. W salonie stał jugosłowiański komplet wypoczynkowy, a w jadalni duży stół. Wnętrze urządzone było dość minimalistycznie, bez durnostojek.
Andrzej przywitał się z Małgosią, znali się od dawna. Kunicka była przystojną i zadbaną czterdziestolatką, nieco chłodną i nieprzystępną dla obcych, ale bardzo otwartą na tych, których poznała bliżej. Goście mieli się pojawić dopiero za godzinę. Usiedli w salonie, Andrzej Kunicki nalał do kieliszków mołdawskiej brandy Biełyj Aist. Na regale stały zdjęcia rodziny Kunickich nad morzem. Szulc podszedł bliżej.
- To z Bułgarii z ostatnich wakacji. Mamy, to znaczy Fabryka, tam swój ośrodek koło Warny - powiedział gospodarz, uprzedzając pytania. - Miałem aparat Zorka 5 i zrobiłem kilka zdjęć, takie tam, amatorskie fotki.
W salonie pojawił się na chwilę Maciek, dziewięcioletni syn Kunickich, ubrany z strój Zorro, w kapeluszu z szerokim rondem, takim samym, jaki Szulc widział w samochodzie Andrzeja, tylko teraz oklejonym czarną bibułą.
Jako pierwszy z gości przyszedł Kazio Paszkowski, szczupły, niewysoki trzydziestoparolatek z chłopięcą twarzą. Wieczny działacz młodzieżowy, od dawna już etatowy. Mieszkał w nowym bloku na Szopena, niedaleko Szulca. Kazio dołączył do amatorów trunku z radzieckiej Mołdawii. Kolejnymi gośćmi okazali się Karol i Ewa Polkowscy. Andrzej Szulc nie znał ich wcześniej. Polkowski był inżynierem, kolegą z pracy Kunickiego, żona uczyła geografii w szkole podstawowej. Mieszkali na Fabrycznym. Karol to dość zagadkowy gość. Szulc, choć był gliną, nic o nim nie wiedział. A bardzo nie lubił, gdy o kimś niczego nie wiedział.
Andrzej dyskretnie przyglądał się Polkowskiemu. Miał trochę smutną, jakby zamyśloną twarz, czarne oczy i ciemne włosy. Był raczej średniego wzrostu i szczupły. "Na oko" około czterdziestki. Wyglądem przypominał południowca, coś jakby Włoch czy Bułgar. Karol mało mówił i mało pił. Ewa była jego przeciwieństwem, niebrzydka, drobna blondynka, rozmowna, sympatyczna, ale chwilami też melancholijna i jakby nieobecna.
- Wilkowskich jeszcze nie ma, ale zapraszam do stołu - zachęcał gospodarz. - Zmienimy trunek, nie podam przecież śledzi do winiaku.
Ostatnią parą, która się zjawiła, byli Włodzimierz i Anna Wilkowscy. Ich natomiast Szulc znał całkiem nieźle. Zwłaszcza Annę, jeszcze z liceum. Oboje Wilkowscy pracowali w fabryce. Andrzej i Włodzimierz kolegowali ze sobą od lat.
Atmosfera stawała się coraz luźniejsza, gospodarze byli przemili. Ale, oczywiście, z czasem dyskusja musiała zejść na politykę. Towarzystwo podzieliło się, panie zajęły się omawianiem dnia codziennego: problemy z zakupami, szkoły, praca. Panowie natomiast zaczęli omawiać sprawy wielkiego świata. Zaczął Wilkowski, dość udatnie parodiując Gomułkę. Nawet zwolennicy Polski Ludowej mieli już dość tej tak zwanej małej stabilizacji, codziennej szarzyzny i codziennych problemów.
- Ja wam mówię, to się musi zmienić - odpowiedział Andrzej Kunicki. - Słyszeliście o Gierku? Tym sekretarzu z Katowic. Takich ludzi trzeba teraz. Musimy budować nowoczesny przemysł. Widzieliście mojego służbowego fiata? Tędy droga, kupujmy licencje, nowoczesne technologie i eksportujemy produkty na Zachód.
Wilkowski był najbardziej sceptyczny: - W socjalizmie żadne szklane domy nie powstaną, bo wcześniej szyby ukradną.
- Ty tak, Wilkowski, nie narzekaj na ten socjalizm - replikował Paszkowski. - Gdyby nie to, ja pewnie pasałbym krowy. Pracę masz, mieszkanie, przedszkole i szkołę dla dzieci. Ja też. Nie mam tylko przedszkola dla dzieci z braku dzieci. Mój ojciec w zimie w ogóle nie wychodził do szkoły, bo nie miał butów.
- Nie ma wątpliwości, że teraz jest lepiej niż przed wojną - w końcu Karol włączył się do rozmowy. - Ale też świat nam ucieka. Może też nienawiści między ludźmi jest jakby mniej, niż przed wojną?
Szulca zastanowiło ostatnie zdanie wypowiedziane przez Polkowskiego.
Wszyscy byli zgodni, że musi się coś zmienić, Polska powinna się otworzyć a świat. Nie mieli wątpliwości, że Gomułka w końcu będzie musiał odejść. Tylko w jakich okolicznościach się to stanie i kiedy? Ot zagadka.
Zrobiło się już późno, ale nikt jeszcze nie miał ochoty wyjść. W końcu stało się.
- To już ostatnia flaszka - powiedział gospodarz, rozlewając wódkę do kieliszków. - Ale nie martwcie się, panie i panowie - otworzył barek wypełniony różnymi, kolorowymi alkoholami.
Kazio spojrzał z obrzydzeniem: - Koniak do bigosu? Trzeba jechać na melinę. Andrzej na pewno wie, gdzie - spojrzał na Szulca. Wzięli fiata Kunickiego, za kierownicę usiadł Karol, bo mało pił, obok Szulc, a z tyłu Kazio. Na Strażacką mieli blisko.
Pukanie nie przyniosło efektu. Gdzieś wewnątrz domku zapaliło się światło, ale nikt nie otwierał.
- Prywatna inicjatywa, a dupą do klienta - skomentował Kazio.
- Nie wrócimy z pustymi rękoma - odezwał się Andrzej. Wyjął legitymację i zaczął dobijać się do drzwi krzycząc: - Otwierać, milicja!
W sąsiednim domu zapaliło się światło. W końcu usłyszeli trzask zamka i w progu stanęła Kiełbasińska.
- Pan kapitan, rany Boga, jest druga w nocy!
- A co się pani dziwi, jakby była szósta po południu, poszedłbym do Wzorcowego. Dwie butelki, tylko jakiejś porządnej, Żytniej albo Wyborowej.
- Już się robi - kobieta wyciągnęła dwie półlitrowe Wyborowe. - Za jedną pan płaci, a druga gratis ode mnie.
Posiedzieli jeszcze dwie godziny i pod naciskiem pań, aczkolwiek niechętnie, zbierali się do wyjścia. Ściągnęli z łóżka, a dokładnie Szulc, taryfiarza Witeckiego i pojechali do domów, ściśnięci w wartburgu, jak sardynki w puszce.
Szulca zaintrygował Polkowski. Taki trochę inny, nietutejszy. Opanowany i spokojny, tylko jakiś smutny, ale też całkiem błyskotliwy i dowcipny. Skąd on się tu wziął? Andrzej jeszcze w niedzielę zadzwonił do Kunickiego, aby wypytać go o Karola Polkowskiego. Andrzej z Karolem kolegowali się od niedawna, od kiedy ten drugi został zastępcą kierownika działu rozwoju. W opinii Kunickiego Karol to bardzo przyzwoity człowiek, niezwykle skromny i dobry kolega, a poza tym świetny fachowiec. Ale skryty, więcej się można było dowiedzieć od jego żony Ewy. W Kraśniku mieszkają od czterech lat, przyjechali tu ze Stalowej Woli. Nie mają w Kraśniku rodziny, ani zbyt wielu przyjaciół, nie wiedział, skąd pochodzą.
Kraśnik, 2 grudnia 1969 r.
Mirosław Włodarz siedział przy stole w kuchni swojego domu, trzymał w ręku blaszany kubek z herbatą. Patrzył przez okno, jak ulicę Oboźną pokrywa coraz grubsza warstwa śniegu. Będzie musiał wyjść i odśnieżyć chodnik przed swoją posesją. Nie miał na to specjalnej ochoty. Trzy dni temu wróciła zima z solidnymi opadami śniegu. Ulicą szedł listonosz Krajewski. Zatrzymał się na chwilę i wrzucił coś do skrzynki na listy, wiszącej przy furtce.
Włodarz, nieco się ociągając, włożył buty i zarzucił palto na ramiona. Brnąc w śniegu dotarł do skrytki i wyciągnął z niej kopertę. Nie było na niej napisane, kto jest nadawcą.
"Kartka świąteczna? Tak wcześnie?" - pomyślał, czując w palcach twardy karton w kopercie.
Co roku dostawał sporo życzeń świątecznych, od zarządu wojewódzkiego PAX, parafii św. Jacka z Lublina, proboszcza z Kraśnika i wiele innych. Nigdy jednak na samym początku grudnia. Włodarz wrócił czym prędzej do domu, otrzepał buty i nogawki spodni ze śniegu. Tym razem usiadł w salonie, pełnym ciężkich, masywnych mebli, jeszcze przedwojennych. Nad kominkiem wisiały skrzyżowane szable, obok obraz Matki Boskiej Częstochowskiej i portret jakiegoś szlachcica w kontuszu. Rozerwał kopertę, rzeczywiście była tam kartka świąteczna. Jednak zamiast życzeń były dwa rysunki. Jeden przedstawiał wisielca, pod spodem nadawca zamieścił napis: "Sowa" , ułożony z liter wyciętych z gazety. Obok był taki sam rysunek, ale wycięte litery układały się w wyraz: "Włodarz".
Kraśnik, listopad 1942 r.
Antoni Gruszka kręcił się po Kraśniku razem z czternastoletnim synem Zbyszkiem. Nie był zadowolony, przyjechali tu furmanką aż z Sulowa. Gospodarstwo miał małe, w domu było biednie, długo czekał na taką okazję. Wiadomo, Żydy złoto mają, bogate są. Złota Gruszka nie znalazł, załadował na wóz trochę garów, piernat, talerzy i jakiś stojący zegar. Z ulicy zebrali też dwie walizki, które Żydom wyrwano z rąk. Zdjął jeszcze porządne palto z trupa mężczyzny. Jakieś uzbrojone bandy opanowały miasto, nie pozwalały wchodzić do żydowskich domów, ani nawet zbierać, tego co leżało na chodnikach. Czas było wracać do chałupy, ale nie było z czym. Do jedzenia to już w ogóle nic nie znaleźli.
"Baba będzie niezadowolona" - myślał Antoni.
Dawid cały czas tkwił w krzakach, nie wiedział, gdzie iść, ani nawet, w którą stronę. Jakieś światła zbliżały się od strony miasta, szły w jego kierunku.
Józef Żurek szedł na czele uzbrojonej w kije, pochodnie i latarnie grupki mężczyzn. Przeszukiwali okolice, ale jak do tej pory nie znaleźli żadnego Żyda. Żurek nie był zachwycony tą rolą, uważał, że trzeba pilnować żydowskiego mienia i mieszkań, bo do rana nic nie zostanie. Mężczyzna skierował blade światło latarki na pobliskie krzaki. Zobaczył przestraszoną twarz chłopca.
- Wracajta, chłopy, na rynek. Ja się jeszcze rozejrzę - krzyknął odwracając głowę. Ekipa posłusznie ruszyła w kierunku miasta, mając już dość bezowocnego poszukiwania w ciemnościach.
Żurek wyciągnął chłopaka za rękę. Było ciemno, nie widział kim jest mężczyzna, a ten nie odezwał się. Żurek zaprowadził Dawida z powrotem do miasta. Szli w całkowitych ciemnościach, z dala na rynku widać było płonące pochodnie i ogniska. Słychać było też krzyki ludzi i strzały od czasu do czasu. Mężczyzna wepchnął Dawida do komórki i zamknął ją na kłódkę. Ktoś już tam był, mimo ciemności chłopak rozpoznał rodzinę doktora Lipszyca, czyli samego doktora, jego żonę i nastoletnią córkę, syna Henryka z nimi nie było.
Gruszka sadowił się już na furmankę, nie było po co dłużej się tu pętać.
- Skąd jesteście, gospodarzu? - usłyszał. Niewysoki mężczyzna w białym płaszczu i kapeluszu podszedł do nich.
- A co wam do tego? - odpowiedział Gruszka.
- Pytam, bo może chcecie zarobić?
Dwie godziny później, niemal w środku nocy, gdy ulice się już wyludniły, a krążyły tylko cywilne patrole pilnujące łupów i mieszkań, Antoni Gruszka i Józef Żurek podjechali furmanką pod komórkę na Szkolnej. Załadowali pięć osób, przykrywając ich narzutami, które Gruszka miał na wozie. Ruszyli w kierunku stacji kolejowej, skąd leśną drogą mogli bezpiecznie dojechać do Sulowa, małej wioski położonej w lesie. Żurek towarzyszył im do granic miasta. Chłop miał wątpliwości, czy dobrze zrobił biorąc tych ludzi. Ale w końcu nie za darmo. Co miesiąc miał otrzymać wypłatę z haraczu, który Żurek i jego kompani będą pobierać od ukrywanych Żydów. Dwie złote monety już miał, było z czym wracać.
"Potem się zobaczy, wygnam, albo siekierą przeżegnam" - pomyślał.