ROZDZIAŁ I
KRADZIEŻ - I ŚWIĘTOKRADZTWO
Właśnie zabieraliśmy się do pracy tamtego poranka - wtorkowego poranka w drugim tygodniu kwietnia 1921 roku - gdy dzwonek telefonu w moim pokoju nagle przerwał Chaneyowi i mnie ożywioną dyskusję. W następnej chwili nieznany głos zadał pytanie:
- Czy rozmawiam z kancelarią Camberwell i Chaney?
- Tak! Mówi Camberwell.
- Tu kanonik Effingham, proboszcz parafii Linwood - dzwonię z Linwood.
- Tak, kanoniku Effingham - znamy Linwood.
- Czy pan i pański wspólnik możecie przyjechać do mnie natychmiast, panie Camberwell? Obaj?
- Sprawa pilna, kanoniku Effingham? - Poważna?
- I pilna, i poważna!
- Może mi pan powiedzieć, czego dotyczy?
- Wolałbym osobiście. Możecie przyjechać - dziś rano?
Zwróciłem się do Chaneya, który właśnie otwierał naszą korespondencję.
- Kanonik Effingham, proboszcz w Linwood, chce nas widzieć natychmiast. Nie powie, o co chodzi, póki nie przyjedziemy. Ale twierdzi, że sprawa jest bardzo poważna i pilna.
- Powiedz mu, że jedziemy - rzekł Chaney.
Znów chwyciłem za słuchawkę.
- Przyjeżdżamy, kanoniku Effingham. Obaj! Zaraz.
- Dziękuję. Jest szybki pociąg...
- Przyjedziemy własnym autem, proszę księdza. Będziemy u pana za około godzinę.
Odłożyłem słuchawkę i wróciłem do pracy - miałem właśnie dokończyć krótką notatkę dla naszego niezastąpionego kancelisty, Chippendale'a. Chaney w milczeniu dokończył czytanie, sortowanie i porządkowanie listów.
- Nic tu nie ma, co nie mogłoby poczekać do popołudnia, a nawet do jutra - powiedział, wstając od biurka. - Linwood, tak? Zobaczmy... to ta ładna wieś tuż za Havering St. Michael, prawda?
- Właśnie tak - niedaleko Wrides Park - odparłem - tam, Chaney, poznałeś mnie po raz pierwszy![1] Może to kolejna sprawa z Wrides Park - morderstwo.
- Porządne włamanie byłoby miłą odmianą - zauważył. - Wyczułeś w jego głosie jakiś szczególny rodzaj podniecenia czy coś podobnego?
- N-nie - odrzekłem niepewnie. - Wydawał się trochę zdenerwowany. Poza tym, gdyby to było morderstwo, zgłosiłby się raczej na policję, nie do nas.
- Ukradli rodzinne srebra, jak nic - mruknął Chaney. - No, ruszajmy - nie ma tu nic, czym Chip by się nie zajął. Gdzie on jest?
Chippendale, przywołany z ośmiostopowego gabinetu, w którym zwykle wysilał swój już teraz bardzo zajęty umysł, zapewnił, że poradzi sobie z każdą sprawą, z jaką my byśmy sobie poradzili - co zresztą było całkiem bliskie prawdy - i zostawiliśmy go w biurze, sami zaś zeszliśmy do pobliskiego garażu, by wyciągnąć nasz samochód. Dopiero co go nabyliśmy i byliśmy z niego bardzo dumni; już zdążył okazać się niezwykle przydatny. A jego przydatność potwierdziła się i tym razem: choć Linwood leży około dwudziestu siedmiu mil na południe od Londynu, po godzinie i pięciu minutach od opuszczenia naszej kancelarii przy Conduit Street byliśmy już w zasięgu wzroku jego starego kościoła, mimo podmiejskiego ruchu i licznych przeszkód po drodze.
Havering St. Michael, dobrze znane Chaneyowi i mnie, to niewielkie, staroświeckie miasteczko targowe; Linwood, oddalone o dwie mile, to równie staroświecka wieś z domami z muru pruskiego, otoczonymi swojskimi ogrodami i głębokimi sadami, odcięta od świata gęstym lasem. To cząstka dawnej wiejskiej Anglii - i tamtego kwietniowego poranka wyglądała na miejsce nad wyraz spokojne i ciche, gdy zjechaliśmy z głównej drogi ku bramie plebanii. Po jednej stronie mieliśmy piękny, czternastowieczny kościół o doskonałych proporcjach, zwieńczony wysoką, masywną wieżą niczym warowny donżon; po drugiej stronie - nie mniej dostojnie wyglądającą plebanię, wzniesioną tak naprawdę w wieku siedemnastym, której szare mury, wysokie dachy i osobliwe kominy wznosiły się nad starannie utrzymanymi ogrodami i równiutko przystrzyżonymi trawnikami. Nic nie mogło wyglądać bardziej zachęcająco, nic bardziej nie sugerowało spokoju i ciszy.
- Nie wygląda to na miejsce zbrodni czy intrygi, Camberwell - zauważył Chaney, gdy wysiadaliśmy z auta. - Ale spójrz! - czcigodny dżentelmen wygląda na bardzo zatroskanego!
Spojrzałem przez trawnik i zobaczyłem kanonika Effinghama, wychodzącego z frontowych drzwi, by nas powitać. Rozpoznałem go od razu - był to starszy duchowny, którego nieraz widywałem w Havering St. Michael, gdy Chaney i ja prowadziliśmy śledztwo w sprawie morderstwa w Wrides Park - wysoki, ascetyczny, dość dystyngowany mężczyzna, zapewne około sześćdziesiątki, o charakterystycznym "garbie uczonego", chodzący z pochyloną głową i rękami splecionymi za plecami. Tak właśnie szedł i teraz, lecz gdy zbliżył się do bramy, uniósł głowę i - z wrodzonej uprzejmości - lekko się do nas uśmiechnął.
- Bardzo dziękuję, że przyjechali panowie tak szybko - rzekł. - Samochodem, tak? Mamy garaż. A może zostawią go panowie tam, gdzie stoi, dopóki...
- Dopóki nie odbędziemy naszej rozmowy, proszę księdza - odparł Chaney. - Może się okazać, że po niej będziemy musieli ruszyć w pośpiechu.
- Ach tak, oczywiście, oczywiście! - zgodził się kanonik Effingham. - Tam będzie bezpieczny - mój ogrodnik - wskazał mężczyznę pracującego nieopodal - będzie miał na niego oko. Tędy, panowie. Który z panów to pan Chaney, a który pan Camberwell?
Poinformowaliśmy go, a on poprowadził nas przez ogród do domu i wprowadził do dużego pokoju, którego ściany od podłogi po sufit wypełniały książki. Starannie zamknął drzwi, wskazał nam wygodne fotele po obu stronach wesoło trzaskającego ognia z polan i sam miał zająć miejsce między nami, gdy nagle jakby sobie coś przypomniał.
- Jestem roztargniony! - rzekł. - Mieli panowie podróż - zapewne przydałoby się jakieś orzeźwienie? Wina? Trochę whisky?
Wskazał szafkę w rogu pokoju i już miał do niej podejść, gdy Chaney go powstrzymał.
- Dziękujemy, proszę księdza, ale nic dla nas - powiedział. - Może później, skoro pan jest tak uprzejmy. Ale... najpierw sprawy służbowe, proszę księdza.
Kanonik Effingham usiadł, powoli pocierając dłońmi kolana i wpatrując się w ogień. Siedział tak przez chwilę, po czym spojrzał to na jednego, to na drugiego z nas, kręcąc głową.
- To, co mam panom do powiedzenia, jest naprawdę nadzwyczajnej natury! - rzekł. - Rozważam to, we wszystkich możliwych aspektach, od czterech czy pięciu godzin, i jestem całkowicie bezradny wobec tego, co się wydarzyło!
- Być może będziemy mogli pomóc, proszę księdza - odparł Chaney. - Jeśli tylko przedstawi nam pan fakty...
- Fakty są bardzo dziwne - i niezwykle zagmatwane - odpowiedział kanonik Effingham. - Przerastają mnie! Jak dotąd nie powiedziałem o tym nikomu - poza moją żoną i moją sekretarką. Myślałem początkowo o miejscowej policji, ale są powody - o czym się panowie przekonają - by sprawę, przynajmniej na początku, zachować w dyskrecji, a nawet w tajemnicy. Wezwałem panów, panie Chaney i panie Camberwell, ponieważ znam panów pracę przy sprawie Wrides Park, a potem przy tamtych strasznych wydarzeniach w Londynie...
- Mam nadzieję, że u pana to nic z tamtych rzeczy - przerwał Chaney.
- Nie - odparł kanonik. - Nie, to nie morderstwo. Ale przestępstwo - tak! Kradzież - a do tego świętokradztwo!
- Aha! - zawołał Chaney. - Ukradziono coś z kościoła, tak, proszę księdza?
- Lepiej będzie, jeśli wszystko wyjaśnię od początku - odpowiedział kanonik. - I zacznę od tego, że zapewne wiedzą panowie, iż nasz kościół parafialny jest bardzo stary - to jeden z najstarszych w tej diecezji. Przechowujemy w nim pewne skarby. Cztery z nich są bardzo wiekowe i - choć nie potrafiłbym dokładnie oszacować ich wartości - niezwykle cenne; mam na myśli wartość materialną. Mamy kielich z XV wieku, z litego złota - niezwykle rzadki okaz - oraz patenę, również z litego złota, pasującą do kielicha. Jest też iluminowana Godzinka, na pergaminie, misternie oprawiona, z okładzinami wysadzanymi drogimi kamieniami. I wreszcie - egzemplarz czterech Ewangelii, na purpurowym pergaminie, oprawiony w złote płyty i zdobiony podobnie. Otóż, panowie - te cztery bezcenne przedmioty zostały skradzione!
- Stąd - z pańskiego domu, proszę księdza? - zapytał Chaney.
Kanonik Effingham pokręcił głową i spochmurniał.
- Nie! - odparł. - Może powinienem był trzymać je w domu - a jednak nie mogłyby być tu bezpieczniejsze niż tam, gdzie były. Nie - skradziono je z kościoła.
- Kiedy to się stało, proszę księdza? - zapytał Chaney.
- W nocy - odparł kanonik. - Zaraz wyjaśnię wszystko dokładniej. Te skarby, kiedy przybyłem tutaj kilka lat temu, przechowywano w solidnej dębowej skrzyni na plebanii - sądzę, że niewielu ludzi wiedziało o ich istnieniu, a spośród tych, którzy wiedzieli, tylko nieliczni, jak sądzę, zdawali sobie sprawę z ich ogromnej wartości i znaczenia. Ale ja, będąc przez całe życie badaczem archeologii, uświadomiłem to sobie i natychmiast przedsięwziąłem odpowiednie kroki, by je zabezpieczyć. Kazałem wmurować specjalny sejf w zewnętrzną ścianę zakrystii, by tam je przechowywać, a także zamontować specjalny zamek w drzwiach zakrystii. Klucz do sejfu, klucz do zakrystii i klucz do małych drzwi prowadzących do prezbiterium zawsze miałem przy sobie i mogę poświadczyć, że nikt poza mną nigdy nie otwierał tego sejfu - aż do teraz! Ale teraz - sejf jest pusty!
- Kiedy odkrył pan stratę, proszę księdza? - zapytał Chaney.
- Dziś rano - bardzo wcześnie - odpowiedział kanonik Effingham. - Zwykle wstaję bardzo wcześnie. Dziś, około siódmej, przypomniałem sobie, że potrzebuję pewnej księgi metrykalnej z kościoła, więc podszedłem do tego biurka - tu odwrócił się na krześle i wskazał masywne dębowe biurko stojące pośrodku pokoju - żeby wyjąć klucze z tej szuflady -
- Chwileczkę, proszę księdza - przerwał Chaney, który zaczął już robić notatki w swoim małym notesie. - Proszę dokładnie opisać te klucze. Na czym były zawieszone?
- Na solidnym kółku - odparł kanonik. - I jak już mówiłem, były trzy. Klucz do drzwi prezbiterium, klucz do zakrystii i klucz do sejfu.
- Proszę kontynuować, proszę księdza - rzekł Chaney.
- Szuflada była zamknięta -
Chaney podniósł palec.
- Proszę zwrócić szczególną uwagę na ten punkt - bo widzę już, dokąd to zmierza - powiedział. - Jest pan absolutnie pewien, że szuflada - ta właśnie, którą pan wskazuje - była zamknięta?
- Absolutnie pewien! - potwierdził kanonik.
- Ale - jak się domyślam - klucze kościelne, te trzy wymienione, zniknęły?
- Nie było ich tam!
Chaney przez chwilę coś zapisywał w notesie. Potem spojrzał w górę.
- Kiedy ostatni raz pan je tam widział, proszę księdza?
- Ostatni? Sam je tam włożyłem zeszłej nocy! Tuż przed pójściem spać.
- I zamknął pan szufladę?
- Oczywiście, zamknąłem.
- Gdzie pan włożył klucz od tej szuflady, proszę księdza?
- To klucz z mojego prywatnego pęku - odparł kanonik, sięgając ręką do kieszeni spodni. - Ten pęk. To właśnie ten klucz.
- Do kwestii tego klucza wrócimy później - zauważył Chaney. - A zatem, proszę księdza, po otwarciu szuflady - zamkniętej szuflady - stwierdził pan brak kluczy kościelnych. Co pan zrobił?
- Cóż, na początku kusiło mnie - może to nieodpowiednie słowo, ale wie pan, co mam na myśli - kusiło mnie, by pomyśleć, że nie włożyłem ich tam poprzedniego wieczoru! Ale wiedziałem - wiedziałem ponad wszelką wątpliwość - że to zrobiłem. Pamiętałem bardzo wyraźnie - i z całkowitą pewnością - sam moment, w którym położyłem je do szuflady. Co zrobiłem potem? Otóż, po krótkim namyśle, pospieszyłem do kościoła. I znalazłem klucze w zamku drzwi do prezbiterium.
- Na zewnątrz czy wewnątrz, proszę księdza? - zapytał Chaney.
- Zwisały z zamka po zewnętrznej stronie - odpowiedział kanonik Effingham. - Drzwi były zamknięte. Przekręciłem klucz, wyjąłem cały pęk i pośpieszyłem do zakrystii. Drzwi zakrystii były zamknięte. Wszedłem do środka. Drzwi sejfu były zamknięte. Otworzyłem je. Zawartość - jak już wspomniałem - zniknęła!
- A potem, proszę księdza? - ciągnął Chaney, wciąż notując. - Co pan zrobił?
- Wróciłem do domu. Nikt - mam na myśli służbę - jeszcze nie zszedł, więc przeszedłem się po wszystkich drzwiach i oknach, bo byłem pewien, że ktoś dostał się do domu i wykradł klucze w nocy. Wszystko było w porządku, z jednym wyjątkiem. Mamy boczne drzwi w jednym z pomieszczeń na parterze, prowadzące do ogrodu. Gdy wróciłem z kościoła, Bleacher, nasza pokojówka, powiedziała mi, że zastała je rano otwarte, choć była pewna, że zamknęła je poprzedniego wieczoru.
- Rozumiem - rzekł Chaney. - I co jeszcze, proszę księdza?
- Nic więcej - aż do momentu, gdy zadzwoniłem do panów - powiedział kanonik. - Poza tym, że opowiedziałem o wszystkim mojej żonie i mojej sekretarce, pannie Bolton.
- Czy wypytywał pan domowników, czy ktoś może nie słyszał w nocy jakichś hałasów, czegoś podejrzanego?
- Jeszcze nie.
Chaney schował notes i ołówek.
- Mam dwie kwestie, które chciałbym poruszyć natychmiast, kanoniku Effingham - powiedział. - Pierwsza brzmi: kiedy widział pan po raz ostatni te cenne przedmioty w sejfie w zakrystii? Dokładnie ostatni raz?
Kanonik odpowiedział bez wahania:
- Wczoraj po południu o piątej.
- To pewne?
- Całkowicie pewne!
- A zatem skradziono je zeszłej nocy! No dobrze, kolejne pytanie - bardzo istotne, proszę księdza - dotyczy pańskiego prywatnego pęku kluczy. Gdzie go pan przechowuje? W kieszeni, oczywiście, w ciągu dnia? Tak - ale co pan z nim robi, gdy kładzie się spać?
- Kładę go wraz z zegarkiem, portmonetką i innymi drobnymi przedmiotami na pewnej małej tacy na stoliku w mojej garderobie. Zawsze w tym samym miejscu - jestem człowiekiem o stałych nawykach i nigdy od nich nie odstępuję.
- A więc wczoraj wieczorem położył pan pęk kluczy tam, gdzie zwykle?
- Oczywiście!
- I dziś rano nadal tam był?
- Tak - dokładnie tam, gdzie go zostawiłem.
- Śpi pan w tej garderobie, proszę księdza?
- Nie. Ale mój pokój znajduje się tuż obok - przylega bezpośrednio do garderoby.
- Czy słyszał pan w nocy jakiś hałas - nietypowy odgłos dobiegający z garderoby?
- Nie!
- A dziś rano prywatny pęk kluczy leżał dokładnie w tym samym miejscu na stoliku, gdzie pan go położył wieczorem?
- W dokładnie tym samym miejscu.
Chaney wstał z fotela i podszedł do biurka.
- Kolejna rzecz, którą chciałbym ustalić - powiedział - to czy ten zamek, ten, w szufladzie, w której trzyma pan klucze do kościoła, łatwo jest otworzyć? Czy to jakiś specjalny zamek, proszę księdza? Hm! - ta sprawa, proszę księdza, staje się naprawdę interesująca!
[1] J. S. Fletcher, Morderstwo w Wrides Park, Warszawa 2020, wyd. CM.
ROZDZIAŁ II
ŁAWA FUNDATORA
Nie wiem, czy kanonik Effingham zrozumiał albo docenił uwagę Chaneya; spojrzał na niego z lekko zmieszanym wyrazem twarzy.
- Myśli pan, że...? - rzucił.
- Ach, sam jeszcze nie wiem, co myślę, proszę księdza! - odparł Chaney, wciąż oglądając szufladę i pasujący do niej klucz. - Widzę natomiast, że to, jak pan mówi, specjalny zamek, z oczywiście specjalnie do niego wykonanym kluczem. A więc, na pierwszy rzut oka, wygląda na to, że skoro szuflada została otwarta w celu wyjęcia kluczy do prezbiterium, zakrystii i sejfu, to musiała zostać otwarta właśnie tym kluczem z pańskiego prywatnego pęku.
- A to by znaczyło...? - zapytał kanonik.
- To by znaczyło, proszę księdza, że musimy przyjąć taką oto hipotezę: złodziej najpierw ukradł pański pęk kluczy z garderoby. Następnie zszedł tutaj, do pańskiego gabinetu, otworzył szufladę i zabrał klucze kościelne. Potem poszedł do kościoła, wszedł przez prezbiterium, przeszedł do zakrystii, otworzył sejf i zabrał cztery zaginione przedmioty. Następnie pozamykał wszystko z powrotem, zostawił klucze kościelne w drzwiach prezbiterium, wrócił do domu i odłożył pański prywatny pęk kluczy z powrotem w garderobie. I to, według mnie, jest rzecz zdumiewająca! Po co, u licha, skoro osiągnął swój cel, miałby trudzić się powrotem tutaj i odkładaniem pańskich kluczy na miejsce w pokoju na górze? Nadzwyczajne!
- Rzeczywiście na to wygląda - przyznał kanonik. - Ale fakty są takie, jak powiedziałem - klucze tam były!
- Cóż, proszę księdza, w takim razie na podstawie tych faktów muszę zadać panu bardzo proste, ale konieczne pytanie - rzekł Chaney. - Co z domownikami?
Kanonik Effingham uśmiechnął się - z wyraźnym zakłopotaniem.
- Och! - odpowiedział bez wahania - Zapewniam pana, że nie ma nikogo - absolutnie nikogo! - w moim domu, kogo moglibyśmy choćby podejrzewać. Nie jest nas zresztą wielu. Moja żona - chyba nikt by jej nie podejrzewał! - moja sekretarka, panna Bolton - dama o najwyższym charakterze i kwalifikacjach, o której, gdy przyszła do mnie kilka miesięcy temu, otrzymałem najzupełniej satysfakcjonujące ref...
- Myślałem raczej o personelu, proszę księdza - przerwał Chaney. - Służba bywa czasem podatna na wpływy, wie pan.
- Nasza służba domowa jest bardzo nieliczna - odparł kanonik z uśmiechem. - Kucharka, Mary Summers, starsza już kobieta, jest z nami od niemal dwudziestu lat; pokojówka Jane Bleacher, służy u nas około dziesięciu; pokojówka do sypialni, Jane Flint, porządna, uczciwa, choć pozbawiona wyobraźni dziewczyna ze wsi; i chłopiec do posyłek, Tom Deane. Nie sądzę, żeby...
- Żadnych lokajów ani innych służących mężczyzn, proszę księdza? - dopytał Chaney.
- Mamy ogrodnika, tego człowieka, którego pan widzi przy pracy - powiedział kanonik. - Charles Lightowler, prosty, bezpośredni "Jorkszirczyk", pracuje u mnie prawie tak długo jak kucharka, Summers; przyszedł do nas niedługo po niej, dobrze to pamiętam. Ale nie mieszka w domu.
- A więc wszyscy ci ludzie są jak... jak ta słynna żona - nie jestem wielkim uczonym, proszę księdza - poza wszelkim podejrzeniem? - zagadnął Chaney z uśmiechem. - No cóż, musimy spojrzeć gdzie indziej. Czy ostatnio gościł pan tu kogoś, kogo by pan...
Kanonik uniósł dłonie.
- Kogo mógłbym podejrzewać o kradzież moich kluczy i obrabowanie kościoła? - wykrzyknął. - Ależ nie, absolutnie nie! Każdy, kto był przyjęty w tym domu...
- Byłby, jestem tego pewien, osobą najwyższego charakteru - i kompetencji - powiedział Chaney sucho. - Ale wie pan, proszę księdza, w ramach mojej profesji, jeśli zechce pan tak nazwać pracę detektywa, poznałem wielu ludzi o rzekomo nienagannej reputacji i niekwestionowanych zdolnościach, którzy, w pewnych okolicznościach i pod naciskiem konieczności - zwłaszcza tej ostatniej - potrafili popełnić bardzo, bardzo nieładne czyny! Znałem damy z tytułami, które były złodziejkami; mężczyzn z wyższych sfer, którzy oszukiwali; młode kobiety z towarzystwa, które...
- Nie utrzymujemy znajomości z takimi osobami - przerwał kanonik Effingham z lekką wyniosłością. - Prędzej podejrzewałbym własną żonę niż któregoś z naszych gości. Oczywiście - dodał pospiesznie - nie mogę ręczyć za przypadkowych odwiedzających, którzy wpadają obejrzeć kościół.
- Aha! - zawołał Chaney z ożywieniem. - To już coś, proszę księdza! Odwiedzający kościół, tak? Choć oczywiście trudno sobie wyobrazić, żeby którykolwiek z nich mógł dostać się w nocy do pańskiej garderoby i wykraść pańskie klucze. Ale ten wątek warto pociągnąć. Czy kościół cieszy się dużym zainteresowaniem?
- W ciągu roku odwiedza go całkiem sporo osób - zapewnił kanonik. - To naprawdę piękna i interesująca budowla, o bogatej historii.
- A zatem przypuszczam, że wiele osób widziało kiedyś te skradzione skarby? - zasugerował Chaney. - Muszą być znane sporej liczbie ludzi.
- Nie! - odparł kanonik Effingham stanowczo. - Wcale nie. Mamy dwa rodzaje odwiedzających. Pierwsi to ci, którzy mogą wejść do kościoła w każdej chwili - jest otwarty przez cały dzień. Drudzy to osoby, które można by nazwać specjalnymi i uprzywilejowanymi gośćmi. I tylko ci ostatni - właśnie oni - mają okazję zobaczyć te cenne przedmioty, o których panom wspomniałem. I zawsze pokazuję je osobiście. Ten sejf nie był nigdy otwierany przez nikogo poza mną, odkąd został zamontowany w murze kościoła; nikt poza mną nie dotykał kielicha i pateny, a jeśli czasem pozwoliłem jakiemuś bibliofilowi lub bardzo znamienitemu gościowi wziąć do rąk tamte dwa manuskrypty, to zapewniam panów, że miałem ich wtedy cały czas pod czujnym okiem!
- Czy istnieje coś takiego jak rejestr odwiedzających kościół, proszę księdza? - zapytał Chaney. - Istnieje? Świetnie! - sugeruję, byśmy się udali i go obejrzeli.
Kanonik Effingham poprowadził nas przez ogród i gęsty żywopłot do kościoła. Zachodnie drzwi stały szeroko otwarte; przez nie ujrzeliśmy nawę główną z wysokim sklepieniem i masywnymi filarami, a dalej prezbiterium. U podstawy jednego z filarów przy łuku tęczowym znaleźliśmy rejestr - solidnie oprawiony tom, rozłożony na pulpicie, z przygotowanym piórem i kałamarzem.
- To - rzekł kanonik Effingham, kładąc rękę na księdze - jest zwykły rejestr. Jak pan widzi, rubryki przewidziane są na imię i nazwisko odwiedzającego, jego adres oraz datę wizyty. Ale mam jeszcze drugi, rodzaj prywatnego rejestru, przechowywany w zakrystii - znajdują się w nim podpisy osób, którym pozwolono obejrzeć zawartość sejfu. Niektóre z tych podpisów mogą pojawiać się w obu księgach - myślę, że rejestr zakrystii zainteresuje panów znacznie bardziej.
- Tak sądzę, proszę księdza - przyznał Chaney. - Te tu to w końcu tylko podpisy i niewiele mi powiedzą. A być może pan potrafi coś powiedzieć o osobach, które podpisały się w tamtym drugim rejestrze?
- Przejdziemy do zakrystii - odparł kanonik. - Ale najpierw proszę spojrzeć na drzwi w południowej ścianie prezbiterium. To właśnie te, o których wspominałem - drzwi, przez które, o ile mi wiadomo, weszli złodzieje. Przeszli zapewne przez przednią część prezbiterium do tych drzwi zakrystii - zakrystia, jak pan widzi, znajduje się w północno-wschodnim narożniku kościoła. Proszę spojrzeć na zamek i klucz w tych drzwiach - są nietypowe. A oto wnętrze zakrystii - i tam jest sejf!
Otworzył drzwi sejfu; wnęka była, rzecz jasna, pusta; wspomniał już wcześniej, że sejf został specjalnie zbudowany dla bezpiecznego przechowywania tych właśnie przedmiotów, które teraz z niego zniknęły.
- A tutaj - ciągnął po chwili kanonik Effingham - znajduje się rejestr zakrystii. Prowadzony jest, rzecz jasna, od kilku lat.
- Ach, ale nie musimy sięgać aż tak daleko, proszę księdza - zauważył Chaney. - Interesują mnie ostatnie wpisy - powiedzmy, od Nowego Roku.
Kanonik przewrócił kilka kartek, aż dotarł do strony zatytułowanej wielkimi cyframi: "1921". Przesunął po niej palcem.
- Od początku roku było zaledwie kilku odwiedzających - mam na myśli tych, którym pokazano cenne przedmioty - powiedział. - O wszystkich mogę panom powiedzieć wszystko, co chcą wiedzieć. Jak pan widzi, reprezentują typowy profil - dwóch czy trzech duchownych wysokiej rangi, kilku wybitnych archeologów, dwóch antykwariuszy, dwóch czy trzech cudzoziemców o znanym nazwisku i tak dalej. Nikt, kto wyglądałby na włamywacza w przebraniu!
Chaney nie odpowiedział na ten komentarz. Szybko przebiegał wzrokiem po nazwiskach, ja zaś, stojąc tuż obok, robiłem to samo. Nagle położył palec na jednym z wpisów opatrzonych datą 21 lutego.
- Co to za grupa nazwisk - jakieś dziewięć, dziesięć... nie, jedenaście w sumie - wszystkie z tej samej daty, proszę księdza? - zapytał, zwracając się do kanonika. - Jakaś wycieczka szkółki niedzielnej?
- Nie, nie! - odparł kanonik Effingham z uśmiechem. - To podpisy grupy dam i dżentelmenów, gości sir Bartle'a Shardale'a -
- Tego od wyścigów? - wtrącił szybko Chaney.
- Sir Bartle rzeczywiście posiada konie wyścigowe - potwierdził kanonik Effingham. - Jest naszym miejscowym dziedzicem, wie pan, mieszka w Linwood Hall, tuż za plebanią.
- Tak? - ciągnął Chaney. - I ci ludzie byli wtedy jego gośćmi?
- Miał wtedy dużą grupę gości - głównie myśliwych - odparł kanonik. - Pewnego dnia - z powodu wyjątkowo silnego mrozu, jak sądzę - nie mogli polować i wielu z nich - wszyscy, którzy się tu podpisali - przyszło obejrzeć kościół. Sam ich oprowadzałem i, rzecz jasna, pokazałem im też skarby.
- Ach tak, oczywiście! - rzekł Chaney z udawaną niedbałością. - To przecież najważniejszy punkt zwiedzania. Czy wspomniał pan może o wartości tych skarbów, proszę księdza?
- Możliwe, że tak - odparł kanonik Effingham. - Zapewne wspomniałem.
Z notesu Chaneya błyskawicznie wysunęła się kartka. Podobnie i ołówek.
- Myślę, że przepiszę jedno czy dwa nazwiska - powiedział niewinnie. - Nigdy nie wiadomo, co może się przydać, proszę księdza.
Zostawiając go przy tej czynności, pod czujnym wzrokiem kanonika, wyszedłem z zakrystii i wróciłem do nawy głównej, by się trochę rozejrzeć. Kościół pełen był elementów bardzo starych i interesujących, ale najbardziej uderzyła mnie, gdy szliśmy przez nawę, ogromna, kwadratowa ława przypominająca boks dla konia, którą - jak wspomniał mimochodem kanonik Effingham - od pokoleń zarezerwowano dla dziedzica. Z czystej ciekawości chciałem zajrzeć do środka.
Podeszedłem więc, otworzyłem ciężkie drzwi i zajrzałem do środka. W następnej chwili cofnąłem się gwałtownie, osłupiały.
Przede mną, rozciągnięte twarzą do ziemi na podłodze, leżało ciało mężczyzny - nieruchome, zesztywniałe.