Rozdział 2
Flora jeszcze raz zerknęła na wygiętą postać.
- Jest martwy? - spytała cicho.
Jack ukląkł przy ciele i przyłożył dwa palce do szyi mężczyzny.
- Raczej tak, niestety.
Flora odgarnęła z twarzy długie włosy, jakby to miało pomóc jej trzeźwiej myśleć.
- Jakim cudem, u licha, umarł tutaj?
- Może szukał książki?
Z powodu pokerowej miny Jacka Carringtona Flora nie wiedziała, czy przypadkiem nie żartuje. Jeśli tak, to ten żart był kiepski.
- Wątpię - odparła chłodno. - Pan był pierwszą osobą, która przekroczyła rano próg księgarni, nie licząc mnie, oczywiście, a wczoraj wieczorem, gdy wychodziłam, z pewnością go tu nie było. Ani żywego, ani martwego.
- Niezwykłe. - Jack wstał. - Co pani na to? - Spoglądał na nią, jakby znała rozwiązanie tej zagadki.
- Co ja na to? - powtórzyła jego pytanie kategorycznym tonem. - Że nie powinno go tu być, kimkolwiek jest. Ot, co.
Florze zaczynały puszczać nerwy. Oczywiście było jej żal młodego człowieka, choć wczoraj zachował się wobec niej bardzo niekulturalnie. Trup był ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowało All's Well.
- Zatem nie zna go pani?
- Nie, ale widziałam go wcześniej - przyznała. - Wczoraj wieczorem. Jestem pewna, że to on, rozpoznaję jego włosy. Mało mnie nie przejechał. Musi być gościem Klasztoru.
- Klasztoru? - Carrington był wyraźnie skołowany.
- To hotel. - Boże drogi, pomyślała, ten człowiek chyba nigdy nie wychylił nosa za próg mieszkania.
- Ma pani na myśli rodzinną posiadłość lorda Templetona? To jedyny klasztor w okolicy, o jakim słyszałem.
Robiło się ciekawie: odludek, który z nikim nie rozmawiał, ale jednak słyszał o miejscowym arystokracie. Ten wątek w żaden sposób nie prowadził do rozwiązania obecnego problemu, lecz Flora nie mogła się powstrzymać.
- Znał pan lorda Templetona? - spytała.
- Znajomość to właściwe określenie. - Jack posłał jej tajemniczy uśmiech. - A jeśli chodzi o tego biedaka... Z kieszeni spodni wystaje mu portfel. Może sprawdzimy, jak się nazywa. - Wskazał ledwie widoczny róg brązowego skórzanego kwadratu.
- Powinniśmy zadzwonić na policję i niczego nie dotykać - oznajmiła kategorycznie Flora. - Zdawało mi się, że pisze pan kryminały. To wiem nawet ja. - Zastanawiała się, czy powinna być bardziej podejrzliwa. Ciotka Violet cieszyła się z takiego klienta jak Jack Carrington, choć gustował w specyficznych lekturach, ale Flora po raz pierwszy zobaczyła go dopiero tego ranka. I to on znalazł ciało. A jednak, nie wiedzieć czemu, mu ufała.
- Policja bez trudu wykluczy odciski moich palców. Nie chciałaby się pani dowiedzieć, kto panią potrącił? Może zyskalibyśmy jakieś wyjaśnienie, co tu robił. - Jack pochylił się i zwinnym ruchem wysunął portfel na podłogę. Otworzył go i oznajmił:
- Kevin Anderson, tak się nazywa. Mówi to coś pani?
- A powinno? Jeśli był gościem Klasztoru, nie mogłam go znać.
- Wygląda na to, że jest Australijczykiem. Niezwykłe. Można byłoby się domyślić po opaleniźnie. Jak pani myśli, co tu robił? Abbeymead to urocze miasteczko, ale czy pokonałaby pani szesnaście tysięcy kilometrów, żeby je odwiedzić?
Flora zastanawiała się gorączkowo.
- Może i tak, gdybym wcześniej była właścicielką Klasztoru lub znała tego, do kogo należał.
Jack po raz pierwszy, odkąd go zobaczyła, wyglądał na zaintrygowanego.
- Jak to?
- Lord Templeton nie miał spadkobiercy. Jego brat zmarł w młodości, syn zginął na wojnie, a żona zgasła w ciągu roku. Zapewne pan o tym wie, skoro był pańskim "znajomym". Rejenci szukali krewnych, ale znaleźli tylko dalekiego kuzyna w Australii, farmera mieszkającego w dzikim buszu.
- I to on odziedziczył dom i ziemie? - Gdy Flora przytaknęła, Jack sapnął. - Niezły spadek. Myśli pani, że to nasz farmer? - Trącił ciało czubkiem buta.
- O wiele za młody. Zdaje mi się, że spadkobierca miał około pięćdziesiątki, może nawet więcej. Mieszkał tysiące kilometrów stąd, dom zaczął popadać w ruinę. Swoje zrobił podatek od spadku. Wątpię, żeby oszczędności bankowe wystarczyły na remont. Lord Templeton był poczciwym człowiekiem, ale niezbyt zaradnym finansowo.
- Więc Australijczyk sprzedał posiadłość?
- Chyba potrzebował pieniędzy. Zlecił znalezienie kupca angielskiej agencji, tej samej, która poinformowała go, że dom popada w ruinę. Trafił się Vernon Elliot, który zamierzał otworzyć hotel.
- Dobrze mu idzie interes?
Flora przechyliła głowę, zastanawiając się nad odpowiedzią.
- Chyba nikt tego nie wie. Robi wszystko, żeby hotel zyskał rozgłos. Trzeba mu oddać, że zatrudnił miejscowych i przysłużył się miasteczku. Ale jego pomysły nie cieszą się zbytnią popularnością.
- Zbyt nowoczesne w starym miejscu. Bywa.
- Nieprzystające do lokalnych przyzwyczajeń. To spora miejscowość, mamy wiele udogodnień: sklepy, pocztę, pub i lekarza, ale społeczność nadal ma mentalność ludzi wsi, którzy w dodatku nie pozbierali się jeszcze po trudnych latach wojny. Nowi przybysze nie są mile widziani, zwłaszcza jeśli okazują się ekstrawaganccy.
Jack uśmiechnął się promiennie.
- Domyślam się, że to pani opinia?
Flora odwzajemniła uśmiech.
- Nie, takie głosy słychać w miasteczku. A co do tego człowieka... - Powinni skupić się na nieżywym biedaku leżącym na podłodze jej księgarni. - Jeśli nawet Kevin Anderson znał spadkobiercę Klasztoru, dziwne, że postanowił się zatrzymać akurat tutaj.
- Możliwe, że zwiedzał Anglię i przyjechał do Abbeymead na kilka dni, żeby po powrocie do domu zdać relację.
- Być może... - westchnęła cicho. - Teraz już za dużo nie opowie. Jak zginął, pana zdaniem? Nie widać niczego szczególnego.
- Przyczynę zgonu będzie musiał ustalić lekarz medycyny sądowej, ale na pierwszy rzut oka... - Jack znów się pochylił. - Ma paskudne rozcięcie na czole. Możliwe, że uderzył się o regał podczas upadku. Jestem amatorem, ale to mi wygląda na atak serca.
- Przecież to młody człowiek - zaprotestowała Flora.
- Jak powiedziałem, to niezwykłe. Ciekawe jest przede wszystkim to, jak się tu dostał. Są tu jakieś drzwi?
Flora pokręciła głową.
- Na tyłach jest ogród, ale bez wejścia. Władze nie wyraziły na nie zgody. Niszczenie zabytkowego budynku i tak dalej, i tak dalej. Brak tych drzwi to duże utrudnienie. Żeby wyrzucić śmieci, muszę wychodzić od frontu i obchodzić sklep. Zastanawiam się... - Nagle odwróciła się, ruszyła biegiem w stronę wąskiego korytarza po lewej stronie i zatrzymała się niemal na końcu, za ostatnim zakrętem.
- Niech pan spojrzy, tutaj! - krzyknęła.
Zaskoczony Jack ruszył w jej stronę i po chwili, stojąc obok niej, spoglądał na stos potłuczonego szkła. Przez sporą dziurę w oknie na górze wpadało rześkie, poranne październikowe powietrze.
- Znamy odpowiedź przynajmniej na jedno pytanie - powiedział.
Takie, które pociągało za sobą inne. Flora skrzywiła się, skonsternowana.
- Włamał się. Ale po co?
- Żeby okraść?
- Na pewno nie z pieniędzy. Kasa jest nietknięta. A książki... czy ktoś włamywałby się po książki?
- Zdarzało się tak, ale to dość...
- Niezwykłe, wiem. Jeśli ten człowiek zatrzymał się w Klasztorze, z pewnością było go stać na wykupienie całej Biblioteki Bodlejańskiej.
- Chyba pani przesadza.
- Oczywiście, że przesadzam. Jestem kłębkiem nerwów i muszę doprowadzić do porządku ten cały bałagan, żeby móc wpuścić klientów... Co mam począć z ciałem? - Zacisnęła pięści, wbijając paznokcie w skórę.
- Klientów chyba nie będzie pani mieć dziś wielu - odezwał się łagodnie Jack. - A bałagan musi poczekać na przyjazd policji. Będą chcieli mu się przyjrzeć. Ja mam ich wezwać czy zrobi to pani?
- Ja zadzwonię, ale nie sądzę, żeby posterunkowy Tring wiedział, co począć.
- Przynajmniej każe zabrać Kevina. Przeprowadzą sekcję zwłok, a jeśli lekarzowi nie spodobają się wyniki, czeka panią przeprawa z wydziałem dochodzeniowym z Brighton.
- Wspaniale, tylko tego mi brakowało.
Przeszukała wielki czarny notatnik, na którego prowadzenie nalegała Violet, i znalazła numer policji. Posterunkowy Tring ociągał się z odebraniem, a kiedy wysłuchał wszystkiego, co Flora miała do powiedzenia, nie był uszczęśliwiony.
- Jeśli jest młody, nie powinien być martwy. A jeśli jest gościem Klasztoru, to ma pieniądze, a pieniądze oznaczają kłopoty. Nie podoba mi się to. Będę musiał zadzwonić do swoich zwierzchników.
- A ja tymczasem...
- Musi pani zamknąć księgarnię. Tak, nie ma wyjścia. Musi pani zamknąć sklep i powiadomić grabarza. A właściwie lepiej, żebym ja do niego zadzwonił. Pani niech go po prostu wpuści.
Kiedy odłożyła słuchawkę, zobaczyła Jacka Carringtona przy kasie niespokojnie przestępującego z nogi na nogę.
- Zastanawiam się... - zaczął. - Może bym zapłacił i...
- Policja będzie chciała rozmawiać także z panem - przerwała mu z oburzeniem. Znalazł ciało i miał ochotę zniknąć. Będzie sobie żył jakby nigdy nic, podczas gdy jej życie stanie w miejscu. To było rażąco niesprawiedliwe.
- Wiedzą, gdzie mnie znaleźć - odparł beztrosko. - Chciałbym się rozliczyć.
Poirytowana, wzięła od niego pieniądze i obserwowała, jak wychodzi za próg i w ciągu kilku sekund znika jej z oczu. Przekręciła klucz w zamku, jak polecił jej posterunkowy Tring, i obróciła tabliczkę z napisem "Zamknięte". Dopiero wtedy dotarło do niej, że została sama z trupem. Miała nadzieję, że grabarz zjawi się szybko...
Dopiero pięć godzin później weszła za furtkę swojego domku. Na prośbę policji to grabarze, a nie pogotowie, przewieźli ciało Kevina Andersona do laboratorium patomorfologicznego, gdzie miała zostać przeprowadzona sekcja zwłok pozwalająca dociec przyczyny śmierci. W tym czasie zgodnie z poleceniem posterunkowego Tringa księgarnia miała być zamknięta, a nazajutrz należało się spodziewać przyjazdu inspektora z Brighton, choć z powodu niedzieli nie było to nic pewnego. Michael, miejscowa złota rączka, przynajmniej zabezpieczył otwór po wybitej szybie, przybijając do okna drewniane płyty. Flora pocieszała się myślą, że raczej nie znajdzie kolejnego ciała, gdy przyjdzie w poniedziałek.
Martwiła się jednak. Wieczorem, gdy siedziała przy kominku, w którym z trudem rozpaliła, nie mogła wyzbyć się niepokoju. Choć jak na październik nie było zimno, zapragnęła ciepła i po raz pierwszy od wielu miesięcy wyciągnęła z drewutni parę kłód. Bardziej niż kiedykolwiek tęskniła za siedzącą przy niej Violet. Znała ją i kochała, i mogłaby z nią szczerze porozmawiać na temat dzisiejszych wydarzeń. A było o czym. Co Kevin robił w księgarni? Dlaczego się włamał, jeśli rzeczywiście to on wybił szybę? Może działał z kimś jeszcze, miał wspólnika, pokłócili się i dla Kevina zakończyło się to śmiercią? W kasie niczego jednak nie brakowało. Sprawdziła raz jeszcze po wyjściu Jacka Carringtona - jeśli złodziejom zależało na pieniądzach, odeszli z pustymi rękami, zostawiając coś, czego nie powinni byli zostawić.
Tym przejmowała się najbardziej. Wpatrując się w płomienie i nasłuchując syku oraz skwierczenia drewna jabłoni, w domu czuła się bezpiecznie. Wiedziała, że w All's Well już tak nie będzie. Tam wszystko się zmieniło. Do tej pory księgarnię traktowała jak oazę, ale teraz, po tym wtargnięciu Flora martwiła się, że może nigdy więcej nie poczuje się tam dobrze.
Jeśli policja znajdzie racjonalne wyjaśnienie dziwnego zdarzenia, może wszystko wróci do normy, choć Florze nie przychodziło do głowy żadne wytłumaczenie. Jack Carrington nie podsunął niczego sensownego, a przecież pisał kryminały. Nieprzydatny autor książek kryminalnych, który w dodatku szybko traci zainteresowanie sprawą. Od razu, jak się okazało, że rozwiązanie zagadki wymaga wysiłku, starał się tylko o to, żeby możliwie szybko od wszystkiego się odżegnać. Był poczytnym pisarzem - Flora wiedziała o tym z otrzymywanych zamówień - i zapewne goniły go terminy. Mimo to mógł okazać jej więcej wsparcia. Zszokowana dziewczyna i tak dalej.
Tyle że nie była już dziewczyną. Dwudziestopięciolatka już nią nie jest. Była dorosłą kobietą nienawykłą do poczucia bezradności. We dwie z ciotką potrafiły uporać się ze wszystkim. Violet ani przez moment nie pozwoliła, by strata narzeczonego, który poległ w pierwszej wojnie, naznaczyła jej życie, choć Flora wiedziała, że to wydarzenie pozostawiło w ciotce głęboką ranę. Doszła do wniosku, że musi być równie twarda. Została na świecie sama i musiała sobie radzić z tym, co przyniesie jutro.