Rozdział 1
Dziwne pytanie Diony
Strzygom, 14 grudnia 2020
- Wolałbyś mieć żonę ładną i głupią czy brzydką i mądrą?
- Obie opcje są gówniane - stwierdził bez namysłu Szymon. Potem zastanowił się przez moment i dorzucił złośliwie: - Zamierzasz zbrzydnąć lub zgłupieć i nie wiesz, co mnie bardziej wkurzy? Bo wiesz, ja już mam żonę.
Dioniza oderwała wzrok od ekranu laptopa i przeniosła go na mężczyznę będącego od dwóch tygodni jej mężem. Wyszła za niego z miłości, mimo to zdarzały się sytuacje, kiedy miała nieprzepartą ochotę zdzielić go w głowę czymś ciężkim. Tak jak teraz.
Odegnała pokusę i z ciężkim westchnieniem wyjaśniła:
- Zapytałam, jaką żonę wolałbyś mieć, a nie jaką wolisz mieć, bo to jest zagadnienie czysto hipotetyczne.
Nie podjęła żartu, co świadczyło, że zadała owo kuriozalne pytanie w konkretnym celu. Niemniej Szymon w żaden sposób nie umiał pojąć, do czego zmierzała, postanowił więc uzbroić się w cierpliwość i dojść prawdy za pomocą małych kroczków.
- Rozumiem, że hipotetyczne, ale z jaką hipotezą się wiąże?
Popatrzyła na niego niezbyt przytomnie i po dość długim milczeniu odpowiedziała ni z gruszki, ni z pietruszki:
- Garrett kupił szkołę.
Osłupiał. Dosłownie odebrało mu mowę, a przez głowę przebiegały chaotyczne myśli: Ktoś tu zwariował. Ona czy jej szef? A może to ja mam problemy z psychiką i słyszę słowa, których nikt tak naprawdę nie wypowiedział?
- Jaką szkołę? - spytał ostrożnie. - Średnią czy podstawówkę? Zakładam, że tę drugą, bo ma małe dzieci, do średniej jeszcze daleka dro...
Urwał w pół słowa, usłyszawszy jej śmiech.
- Szymon, błagam! - zawołała, na próżno starając się opanować rozbawienie. - Nie taką szkołę. Swój rodzinny dom kupił...
Z przerywanej parsknięciami wypowiedzi rozgryzł wreszcie, co żona miała na myśli. Patryk Gartowski był synem nauczyciela, który dawno temu uczył w małej czteroklasowej szkole w miejscowości Niźnia Polana, leżącej tuż przy granicy ze Słowacją. Na piętrze budynku znajdowało się mieszkanie służbowe i właśnie w nim Garrett spędził lata wczesnego dzieciństwa, stąd sentyment do tego miejsca. Kiedy Patryk miał osiem lat, placówkę zlikwidowano, państwo Gartowscy przenieśli się do Żywca, a budynek powoli popadał w ruinę, gmina bowiem nie miała ani pomysłu, ani środków na jego zagospodarowanie.
Takie wyjaśnienie, chociaż w zasadzie wyczerpujące, wcale nie sprawiło, że poczuł się mądrzejszy. Co wspólnego mogła mieć jakaś szkoła z pytaniem Dionizy, tego nie umiał sobie nawet wyobrazić.
- Niby rozumiem, ale nie do końca. Jaki to ma związek z moją hipotetyczną żoną?
- Taki, że zrobił kapitalny remont i tak powstał pensjonat "Stara Szkoła". Patryk ma zamiar zrezygnować z prowadzenia strzelnic i zamieszkać tam na stałe.
To diametralnie zmieniało postać rzeczy, oznaczało bowiem, że Diona może zostać bez pracy, o ile nowy właściciel nie zechce jej zatrudnić. Ale nadal nie dawało odpowiedzi na pytanie, od którego zaczęła się ta rozmowa, toteż Ogiński, uzbroiwszy się w cierpliwość, postawił na systematykę i zaczął od pierwszej kwestii.
- Co wspólnego ma moja domniemana głupio-mądra żona z planami Gartowskiego? Sorry, ale nadal nie jarzę.
Spojrzała na niego pustym wzrokiem; widocznie błądziła myślami gdzie indziej i chwilę trwało, nim przestawiła się na inne tory. Zaraz też na jej wargi wypłynął uśmiech, a Szymon jak zwykle zachwycił się zmianą na twarzy Dionizy. Całkiem przeciętna, ani brzydka, ani ładna, pod jego wpływem przechodziła swoistą metamorfozę i stawała się niemal piękna, jakby pełna rozbawienia mina i wesołe błyski w oczach czyniły z żony inną osobę.
- Właściwie nic - odpowiedziała na pytanie, o którym zdążył już zapomnieć. - Garrett ma szkolnego kolegę, chodzili razem do technikum. I ten kumpel tak długo go męczył, aż Patryk się zgodził na jego przyjazd do pensjonatu, chociaż ze względu na pandemię nie zamierzał na razie przyjmować gości.
Dioniza złapała butelkę niegazowanej mineralnej i zrobiła kilka łyków, krzywiąc się przy tym niemiłosiernie. Nienawidziła wody bez bąbelków, za tą z nimi także zresztą nie przepadała. Chętnie oddałaby diabłu duszę, i co tam jeszcze by sobie zażyczył, za filiżankę czarnej, mocnej i gorzkiej kawy z ekspresu, niestety pozostawało to jedynie w sferze marzeń. Rozwijające się w niej życie było chyba kawowym abstynentem, i nie tylko kawowym, bąbelkowym również. A że skutecznie przejęło władzę nad organizmem, wszelkie próby złamania owych niepisanych restrykcji kończyły się gwałtownymi torsjami.
- Krótko mówiąc, wywalczył sobie pobyt od Wigilii do Nowego Roku - podjęła po zwilżeniu znienawidzonym napojem wyschniętego gardła. - Ma przyjechać z żoną, szwagrem, bratem i bratową.
- Jaki praworządny - skomentował nieco złośliwie Ogiński. - Szwagier bez osoby towarzyszącej, żeby nie przekroczyć pandemicznego limitu.
- Tego nie wiem, wiem za to, że z tymi żonami mogę mieć problem, bo obie ponoć są z tych, co wszystko wiedzą lepiej. Ta od brata jest według Garretta bardzo ładna, ale głupia jak prawy but z lewej nogi, za to żona kumpla odwrotnie.
Choć wreszcie wyjaśniły się powody pytania Dionizy, Szymon pominął to milczeniem, gdyż jego uwagę przyciągnęło coś innego.
- Czemu akurat ty miałabyś mieć problem? Przecież nie będą mieszkać w strzelnicy, tylko w pensjonacie.
- Bo Gartowscy wyjeżdżają na święta do Portugalii.
- W takim razie nie rozumiem, dlaczego się zgodził na tych gości - oburzył się Ogiński. - Musiał wiedzieć, że go nie będzie?
W zamyśle ostatnie zdanie miało być pytaniem, ale intonacja nadała mu formę stwierdzenia, nie zmieniało to jednak faktu, że oczekiwał satysfakcjonujących wyjaśnień. Umówili się przecież, że wszystkie ważne decyzje będą podejmować wspólnie, a to, czy spędzą oddzielnie ich pierwsze święta, z pewnością nie było błahostką.
Diona westchnęła z rezygnacją, lecz nie umknęła wzrokiem i nadal patrzyła mu prosto w oczy. To było zbędne; wiedział, że żona nie zwykła uciekać się do kłamstwa, by uniknąć odpowiedzialności. Nie robiła tego nawet dla świętego spokoju czy komfortu psychicznego i teraz także nie uchyliła się od odpowiedzi.
- Oczywiście, że wiedział, ale to nie był żaden problem, bo miał go zastąpić brat. Wszystko dograli na tip-top, ale wiesz, jak to bywa z planami. Wczoraj brat Garretta wylądował w szpitalu z ostrym atakiem wyrostka robaczkowego i jest pewne, że najdalej to pojedzie na salę operacyjną. - Dioniza ponownie westchnęła. - Gartowscy planowali ten wyjazd od dawna i żona Patryka zagroziła rozwodem, jeśli nic z niego nie wyjdzie. Ustąpiła mu w kwestii przeprowadzki i rezygnacji z prowadzenia strzelnicy, więc teraz jego kolej.
Znowu sięgnęła po wodę, a Szymon parsknął śmiechem na widok odrazy, z jaką to zrobiła. Zaraz jednak spoważniał.
- W tej sytuacji zwrócił się do ciebie, a ty oczywiście się zgodziłaś, bo jest dobrym szefem i zawsze idzie ci na rękę, kiedy potrzebujesz wolnego na prowadzenie śledztwa - stwierdził z pochmurną miną. - Nie wzięłaś tylko pod uwagę, że kiedy Pat sprzeda strzelnicę, możesz w ogóle nie mieć szefa, bo zostaniesz bez pracy. To miały być nasze pierwsze wspólne święta - dorzucił po chwili z goryczą.
Diona odstawiła wodę i przytuliła się do męża.
- Nieprawda, wcale się nie zgodziłam, tylko powiedziałam, że muszę to omówić z tobą. Przecież tak ustaliliśmy.
Jej głos, stłumiony przez flanelową koszulę, do której przyciskała twarz, zabrzmiał w uszach Ogińskiego jak muzyka. Poczuł wyrzuty sumienia i zapragnął wynagrodzić wyrządzoną krzywdę, choć żona nie zdążyła jej odczuć.
- Właściwie to sam nie wiem, czemu tak się uparłem na te święta - szepnął jej we włosy. - Przecież nawet nie chodzimy do kościoła. To chyba chęć powrotu do dzieciństwa, kiedy jeszcze żył ojciec. On był głęboko wierzący, matka też, i zawsze bardzo uroczyście obchodziliśmy Boże Narodzenie. Po jego śmierci już nie świętowaliśmy, a mama po pogrzebie ani razu nie przestąpiła progu świątyni. Pewnie dlatego, że nie dawali tam alkoholu.
Zaśmiał się cicho, lecz w tym śmiechu zamiast wesołości pobrzmiewał smutek. Diona odsunęła się, by móc spojrzeć mu w oczy.
- Przestań się zadręczać. Byłeś dzieckiem, kiedy zginął twój ojciec. Nie mogłeś nic zrobić, to był jej wybór.
Szymon mówił dalej, jakby nie usłyszał jej słów:
- Idiota ze mnie, przecież nie cofnę czasu, choćby na stole wylądowało dwanaście potraw. Sianko pod obrusem, opłatek i pasterka też nie zmienią przeszłości. Ojciec pozostanie martwy, matka, zamiast do kościoła, nadal będzie chodzić do łóżka z każdym, kto przyniesie flaszkę, a ja będę szczęśliwy, jeśli znajdę chociaż kromkę chleba.
- Przestań - poprosiła znów, a gdy nie zareagował, wrzasnęła mu prosto do ucha: - Ogi! Do jasnej cholery! Nie twoja wina, że matka nie dorosła do swojej roli. To ona powinna się tobą opiekować, nie odwrotnie.
Potrząsnął głową i spojrzał już przytomnie.
- Wiem o tym, Dionka, i wcale nie mam poczucia winy. Gredtke skutecznie wybił mi je z głowy, kiedy się mną zajął po tym, jak mnie złapał. Tak długo o tym ględził, że w końcu mu uwierzyłem.
Skinieniem głowy dała znać, że wie, o czym mowa. I rzeczywiście wiedziała, choć Szymon wspomniał o tym tylko mimochodem, kiedy opowiadał jej o swoich losach młodocianego przestępcy. Ale Diona była dość inteligentna, by umieć czytać między wierszami, prócz tego znała jego ówczesnego opiekuna.
Podinspektor Robert Gredtke, obecnie w stanie spoczynku, zaczął swoją karierę od pracy w Służbie Bezpieczeństwa, co początkowo nastawiło Dionizę niezbyt przyjaźnie. Niemniej wkrótce się przekonała, że Gredtke ma cechy, którymi nie wszyscy mundurowi mogą się pochwalić - uczciwość, honor i sumienie. Dlatego wcale się nie zdziwiła, usłyszawszy, jak to po nieudanym włamaniu Szymon zwiewał co sił w nogach i nie zauważył, że biegnie prosto w ręce Roberta, wówczas funkcjonariusza pionu kryminalnego, a Gredtke, zamiast wydać go w ręce kolegów, bez zadawania pytań zabrał chłopaka do domu i porządnie nakarmił. W tym czasie jego żona przygotowała kąpiel i miejsce do spania.
W ciągu kilku dni załatwił Ogińskiej odwyk, sam zaś wystąpił o opiekę nad nieletnim chłopakiem, po czym zabrał się do wykorzeniania cwaniackich nawyków i wpajania zasad, o których Szymon zapomniał w czasie, gdy praktycznie żył na ulicy. To Gredtkemu zawdzięczał, że był tym, kim był - nadkomisarzem policji i komendantem komisariatu, a pod maską pozornej szorstkości cudownym człowiekiem, pełnym zrozumienia i empatii.
- Uczepiłem się tych świąt, bo to moje najlepsze wspomnienia - mówił dalej Ogiński. - A potem uświadomiłem sobie, że matka zmarła na dzień przed Wigilią, i wróciły też te niemiłe. Sorry, Diona. Kiedy musisz jechać?
- Za tydzień. Oni mają pobyt od środy, ale muszę wszystko przygotować. Znaczy się stół, zastawę, choinkę i dekoracje - wyjaśniła na widok jego miny. - Nie bój się, żarcie sobie przywiozą, więc nie mam szans ich otruć.
- Przypomniałem sobie latające gołąbki...
- Jak gołąbki, to chyba naturalne, że latają - burknęła, lecz oczy jej się śmiały. Już dawno pogodziła się z faktem, że jest antytalentem w dziedzinie kucharzenia, i nie miała z tego powodu żadnych kompleksów. Nie trzeba umieć wszystkiego.
- Co tam gołąbki. - Ogiński machnął ręką. - Niech sobie nawet pływają, ich sprawa. Dla mnie jest ważne, że jedziesz dopiero w poniedziałek. Jakoś wytrzymam te trzy dni, a w czwartek przyjadę i zostanę do niedzieli rano.
Uradowana Dioniza uściskała go tak spontanicznie, że zapomniał o wszystkim prócz tego, by sprawić, żeby ona także zapomniała. Chyba odniósł sukces w tej materii, bo do rozmowy wrócili dopiero po ponad godzinie.
- Naprawdę nie masz nic przeciwko temu? - spytała, krzywiąc się nad butelką niegazu, jak określała obrzydliwą ciecz. - Mogę to odwołać, jakby co.
Szymon uprzytomnił sobie naraz korzyść uboczną spędzenia świąt na Niźniej Polanie. Tam raczej nie groziła im wizyta Imielskich, co w Strzygomiu było bardziej niż prawdopodobne. Ojczym i jednocześnie jeden ze wspólników Dionizy był w porządku, gorzej z matką. Nawet nie to, że Ogiński jej nie lubił, bo to nieprawda. Z pewnością łączyły ich lepsze stosunki, niż działo się to w większości przypadków, i normalnie nie przyszłoby mu do głowy, by unikać teściowej, niestety okoliczności nie były normalne. W dodatku mógł mieć pretensje tylko do siebie.
- Nie odwołuj - powiedział szybko. - Właściwie ten pomysł jest całkiem niegłupi, tak z dala od ludzkich siedzib. Nikt z komisariatu nie będzie zawracać głowy...
Urwał na widok kpiącego spojrzenia żony, a ona prychnęła i uniosła brwi w wyrazie wystudiowanego zdziwienia.
- Od kiedy ci przeszkadzają telefony z komisariatu? Powiedz lepiej, że chodzi o moją mamę. A ostrzegałam, mówiłam, żebyś nie kłapał dziobem, ale gdzie tam! Musiałeś się pochwalić, to teraz masz.
- Myślałem, że przesadzasz - powiedział żałośnie. - Nie sądziłem, że będzie odstawiać aż taki cyrk...
- Zapomniałeś, jak się zachowywała, kiedy byłam w szpitalu? - przerwała mu Diona. - A to była tylko funkcja "matka". Nie trzeba było być geniuszem, żeby sobie wyobrazić, jak będzie wyglądać funkcja "babcia", ale ty zlekceważyłeś ostrzeżenie. W efekcie oboje mamy przesrane - zakończyła z wyrzutem.
- Skąd miałem wiedzieć, że zacznie od razu? - bronił się Szymon. - Przecież do terminu jeszcze siedem miesięcy!
Diona tylko wzniosła oczy do nieba i zwerbalizowała odpowiedź dopiero na wyraźne życzenie świeżo poślubionego małżonka.
- W ogóle nie znasz się na kobietach, a na babciach w szczególności. Dlatego uważaj, żebyś się nie wygadał, że nie spędzamy świąt w domu, bo gotowa przyleźć na Niźnią Polanę, żeby mieć pewność, że jej wnuczęciu nie dzieje się żadna krzywda.
- Teraz już wiem i będę milczeć jak grób. Ale jest jeszcze Ratio. Jesteś pewna, że nic im nie powie? Marta umie tak człowieka podejść...
Ku jego zdumieniu uśmiechnęła się szeroko.
- Na sto procent nie powie, z tej prostej przyczyny, że go tu nie będzie. Ratio pojedzie ze mną. Przecież nie będę sama taszczyć z lasu tych choinek.
Ogiński ucieszył się na wieść, że żona będzie miała towarzystwo. Wprawdzie twierdziła, że mimo dopadających ją o różnych porach dnia i nocy tak zwanych porannych mdłości czuje się doskonale, ale licho nie śpi.
- Dobrze, że Ratio z tobą pojedzie, bo w razie jakiegoś wypadku...
- Niby jakiego? - prychnęła. - Że głowa mi uwięźnie w powłoczce na kołdrę albo poduszka spadnie z pawlacza na łeb?
Jak zwykle go rozśmieszyła, mimo to kontynuował czarną prognozę:
- Bądź poważna. Wystarczy moment nieuwagi, żeby się przewrócić albo uderzyć. Nawet nie miałby kto wezwać pomocy...
Znowu mu przerwała, tym razem z poważną miną:
- O tym nie pomyślałam, a przecież żona nauczyciela może mnie zepchnąć ze schodów. Ponoć to jej ulubiona forma ataku.
Szymon najpierw zaniemówił, potem odezwał się z pretensją w głosie:
- Nie powiedziałaś, że oprócz Gartowskich mieszka tam jeszcze ktoś. Co to za żona nauczyciela i czemu miałaby cię atakować?
- Z zemsty - odpowiedziała Diona z poważną miną i roześmianymi oczami. - Ona tam nie mieszka. Jest... hmm... jak by to określić...
Mogła się nie wysilać na szukanie adekwatnego słowa, Ogiński zatrzymał się bowiem na początku jej wypowiedzi.
- Z zemsty zrzuca ludzi ze schodów?! W takim razie powinno się ją zamknąć w wariatkowie, bo normalna to ona nie jest.
Twarz Dionizy przybrała zafrasowany wyraz.
- Wątpię, czy ci się uda, skoro przez sto lat nikt nie zdołał tego dokonać. Ale możesz spróbować. Byłbyś pierwszym policjantem, który aresztował ducha.