ROZDZIAŁ 2
Flora właśnie skończyła wyjaśniać Sally, co zrobić, by zewnętrzny kran zdecydował się na coś więcej niż tylko ciurczenie - było to niezbędne teraz, gdy wiosenne kwiaty znajdowały się w pełnym rozkwicie - kiedy przed domek podjechał czerwony austin.
Jack wysunął długie nogi z auta, które swoje najlepsze dni miało za sobą.
- I jak ci się teraz podoba? - Dumnie pomachał kapeluszem w stronę auta. - Przeszedł transformację! Wiosenne porządki wewnątrz i na zewnątrz, umyty i wypolerowany przez najlepszego mechanika z "Błysku".
Flora musiała przyznać, że warsztat wykonał dobrą robotę - reflektory lśniły, opony błyszczały w porannym słońcu, maska się mieniła - bez wątpienia był to jednak ten sam stary austin. Ucieszona perspektywą przygody, zachowała swoje myśli dla siebie.
- Gdybyś potrzebowała pomocy w ogrodzie, poproś Charliego - poradziła, odwracając się do Sally. - Teague'owie mieszkają przy Swallow Lane, w pierwszym domku po prawej. Wiem, że Jack poprosił małego o podlewanie podczas naszej nieobecności i na pewno chętnie zrobi to samo tutaj. Pamiętaj, że trzeba mu zapłacić!
- Kiedy będziemy w Kornwalii, wypadają urodziny Charliego - rzucił wesoło Jack, idąc ścieżką w ich kierunku. - Skończy trzynaście lat i pewnie podwoi stawkę.
- Będę pamiętać. - Sally wyprostowała się i odstawiła konewkę pod ścianę. - Lepiej już jedźcie. Do granic Kornwalii jest daleko, a co dopiero na sam jej koniec.
- Mam nadzieję, że nie jedziemy na sam koniec - wtrąciła Flora.
- Prawie - odparł Jack. - Nie bardzo wiem, dlaczego Arthur za odpowiednią bazę uznał Helford.
- A ja nie bardzo wiem, dlaczego nie załatwił ci innego samochodu. - Nie zdołała się powstrzymać przed wyrażeniem swoich wątpliwości.
- Co jest nie tak z austinem? Wygląda świetnie i jeździ.
- Chwilowo, ale jak długo? Już raz nawalił, prawda? A przed nami daleka droga.
Wargi Jacka ułożyły się w buntowniczą linię. Samochód miał już swoje na liczniku - delikatnie rzecz ujmując - ale Jack zaciekle go bronił. Prawdopodobnie dlatego, pomyślała Flora, że wydał na niego większą część zaliczki na kolejną książkę.
- Przyniosę walizkę - powiedziała szybko.
- Zaczekaj, ja pójdę - krzyknęła Sally przez ramię, wbiegła do domu i wzięła walizkę z sieni.
- Nie możesz się doczekać, aż się mnie pozbędziesz - rzuciła żartem Flora, gdy dziewczyna znów się wyłoniła.
- Zgadza się! Nie mogę się doczekać, żeby zostać panią twojego uroczego domku. - Sally spojrzała na stary budynek z cegły i krzemienia, drzemiący w porannym słońcu.
- Daj mi znać, gdyby coś było nie tak - poprosiła z niepokojem Flora. - Masz mój numer telefonu w Kornwalii?
- Pytałaś mnie o to już dwa razy. Przestań się martwić. Wszystkim się zajmę. Zmykajcie już. Sio, oboje, bo przez was spóźnię się do pracy. Prowadzę księgarnię!
Flora usadowiła się na przetartym skórzanym fotelu i pomachała Sally na pożegnanie niemal ze łzami w oczach. To było śmieszne - wybierała się zaledwie niecałe pięćset kilometrów na zachód, z pewnością nie w podróż życia. Nie wyjeżdżała jednak z Abbeymead, odkąd skończyła bibliotekoznawstwo i po powrocie z uczelni zorientowała się, że ciotka ciężko zachorowała. Rozpaczliwie wierzyła, że Violet wyzdrowieje, dopóki nie padła straszna diagnoza o nieoperacyjnym raku. Przez niemal trzy lata opiekowała się najbliższą jej osobą, żyjąc w oszołomieniu, niewiele miała chwil na myślenie, a bywały dni, kiedy brakowało jej czasu nawet na to, by się przebrać czy uczesać. Przez długie miesiące opieki nad Violet i po jej śmierci Flora prawie nie opuszczała miasteczka. Ten poranek oznaczał zerwanie z przeszłością. Nowy początek, powiedziała do siebie. Nowy plan: pomóc Jackowi w napisaniu kornwalijskiej powieści.
Widziała, że Jack nie myśli o pracy, lecz koncentruje się na drodze, skupiony na podróży. Na tylnym siedzeniu leżała rozłożona duża mapa, ale najwyraźniej znał trasę na pamięć i wymieniał nazwy mijanych miejsc. Zastanawiała się, czy w ten sposób próbuje zepchnąć na dalszy plan sprawy, o których wolałby nie myśleć. Nie wspomniał więcej o anonimowym liście, ale Flora była pewna, że czuł niepokój.
Jacka znała zaledwie od kilku miesięcy - o Jacku Carringtonie, autorze kryminałów, usłyszała, rzecz jasna, znacznie wcześniej, lecz osobiście zetknęła się z nim stosunkowo niedawno - nauczyła się jednak odczytywać jego nastroje. W tej chwili wyczuwała niepewność.
- Ciągle dręczy cię ten list? - zaryzykowała, gdy mijali znak hrabstwa Hampshire.
Odpowiedział dopiero po chwili.
- To raczej nie jest wymarzona sytuacja, prawda? Do Kornwalii jadę, żeby poznać region, porozmawiać z Kornwalijczykami, poznać tamtejsze życie, a skoro już zdążyłem doświadczyć przejawów wrogości... - Zawiesił głos.
- Mogłeś odmówić wyjazdu.
Odwrócił się w jej stronę, na ułamek sekundy odrywając wzrok od drogi.
- Niby na jakiej podstawie? - Twarz miał poważną i przez chwilę zdawało się, że postarzał się o dobrych trzydzieści pięć lat. - Miałbym napisać telegram do Arthura, że dostałem anonimowy list od jakiegoś wariata, przestraszyłem się i zrywam umowę? Niezbyt profesjonalne podejście. - Zamilkł na chwilę. - Mimo to Alice miała rację. Ty nie musiałaś jechać. Nie jesteś związana umową.
- Może jestem, ze sobą - odparła Flora. - Wiesz, że bardzo pragnę podróżować, to moja pierwsza szansa.
- Wiem, ale miałaś plany związane z podróżowaniem po Europie, a nie kilkaset kilometrów na zachód od Sussex.
- Małymi kroczkami, Jack, małymi kroczkami.
Odezwała się ponownie dopiero po wielu kilometrach.
- Pisałeś dalej książkę o Kornwalii? Początek był udany.
- Zarzuciłem to - powiedział ponuro.
Zerknęła na niego.
- Nic mi nie powiedziałeś. Dlaczego? Rozdziały, które przeczytałam, były dobre. Bardzo dobre.
- Pewnie w końcu do nich wrócę, na razie nie wiem. Prawdę mówiąc, zaczynam się gubić, a jeszcze nie dotarłem do Kornwalii. Miałem klarowny pomysł na to, jak poprowadzić akcję, ale kiedy Arthur napisał w zeszłym tygodniu, pełen entuzjazmu, chwaląc to, co mu wysłałem, zasugerował, żeby historia potoczyła się w zupełnie innym kierunku, niż planowałem. Chwilowo nie potrafię sobie wyobrazić jego wersji.
- A czy nie jest tak zawsze na początku nowej książki?
- Może trochę, ale to dziwne uczucie. Historia ma być mocno kornwalijska, a sama Kornwalia musi zostać przedstawiona w jasnych barwach. Przy tym muszę wymyślić ohydną zbrodnię, która przyciągnie czytelników spragnionych krwi i grozy.
Flora na chwilę zamilkła.
- Helford dostarczy ci inspiracji, zobaczysz.
Jacka miał ponurą minę.
- Jestem przekonany, że nie powinienem był podpisywać tej umowy. Zgodziłem się w chwili słabości, bez przemyślenia. Ślęczałem wtedy nad książką, z którą nie mogłem sobie poradzić, i dostałem propozycję czegoś innego. To była chyba ucieczka. Nowa seria, nowe miejsce. Myślałem, że wpadnie mi do głowy mnóstwo błyskotliwych pomysłów, a słowa będą same płynąć - i przez jakiś czas rzeczywiście tak się działo.
- I jeszcze tak będzie.
Wargi Jacka ułożyły się w podkówkę.
- Muszę pogodzić się z faktem, że właściwie piszę na zamówienie. Arthur zapewnia mnie, że tak nie jest, ale w liście szczegółowo określa, czego ode mnie oczekuje. Zdaje mi się, że przeżywam zderzenie z rzeczywistością.
Flora również przeżywała zderzenie z rzeczywistością w miarę pokonywania kolejnych kilometrów. Im dalej na zachód, tym drogi stawały się węższe. Węższe i wolniejsze, choć austin nigdy nie był szybki. W końcu Flora zaczęła się zastanawiać, czy nie dojechałaby do Kornwalii szybciej, gdyby wyciągnęła z szopy Betty i wyprawiła się rowerem.
Po drodze zatrzymali się kilka razy, by rozprostować obolałe kończyny czy też na filiżankę herbaty i kanapkę w obskurnej przydrożnej kawiarni, ale po kilku minutach wracali do samochodu. Zdawało się, że Jack za wszelką cenę chce dotrzeć do celu przed zmrokiem i Flora podejrzewała, że reflektory, choć błyszczące, nie działają zbyt dobrze. Nigdy nie jechała austinem po ciemku.
Po dziesięciu godzinach męczącej jazdy w końcu minęli znak wioski, której szukali.
Flora się ożywiła.
- Treleggan - przeczytała, osłaniając oczy przed zachodzącym słońcem. - Nazywa się Treleggan.
- A teraz do Domu w Pierwiosnkach.
- Brzmi uroczo. Mam nadzieję, że rzeczywiście stoi wśród pierwiosnków.
Kiedy z głównej drogi zjechali w wąską uliczkę i w końcu zatrzymali się przed krytym łupkiem domkiem, wyglądało na to, że Florę czeka rozczarowanie. Frontowy ogród porastała wysoka trawa i przerośnięte krzewy, w zasięgu wzroku nie było ani jednego kwiatu. Przy furtce czekał na nich niski, krępy mężczyzna.
- Nareszcie państwo jesteście - powiedział, doskakując do nich z drżącymi wąsami i zakłopotaną miną. - Zaczynałem się martwić. - Lekko zarumienione policzki uniosły się w powitalnym uśmiechu. - Nazywam się Gifford, Roger Gifford.
Jack z trudem wyciągnął z samochodu długie nogi i wysiadł.
- Jack Carrington - powiedział, podając mężczyźnie rękę. - A to jest Flora Steele.
Roger wyglądał na lekko zdezorientowanego, a gdy Flora obeszła samochód, by uścisnąć mu dłoń, ze zdziwieniem uniósł brwi.
- Panna Steele jest moją asystentką - rzucił szybko Jack.
Flora miała nadzieję, że to wyjaśnia rodzaj łączącej ich zażyłości. Wyglądało na to, że pan Gifford był gotów zakładać najgorsze. Uważała Jacka za atrakcyjnego mężczyznę, był jednak od niej o dziesięć lat starszy i stanowczo unikał sercowych komplikacji. Ona również ich unikała, bo doświadczyła, jakie cierpienie mogą sprawić. Za bardzo lubiła towarzystwo Jacka, za bardzo ceniła jego przyjaźń, by ryzykować.
- Są dwie sypialnie? - zapytała właściciela domku na wypadek, gdyby miał jeszcze jakieś wątpliwości.
- Oczywiście - zapewnił pospiesznie. - Przypominam sobie, że Arthur o to dopytywał.
- Skąd pan zna Arthura Bellaby'ego? - Jack wyciągnął walizki z bagażnika i postawił je przy furtce.
- Znamy się od dawna - odparł Roger po chwili, nieco uspokojony. - W młodości pracował dla londyńskiego wydawnictwa, które współpracowało z naszym bankiem. Ja szkoliłem się wtedy w stolicy na kasjera bankowego - wyjaśnił. - Przez lata awansowałem i zostałem kierownikiem. Oczywiście nie w Londynie, ale tu, w Kornwalii. W Falmouth, niedaleko stąd. Na pewno słyszeli państwo o tym mieście. Ja je wezmę.
Z walizkami w obu dłoniach Roger ruszył ścieżką do otwartych drzwi domku, a Flora podążyła za nim. Jack zamknął samochód i szedł tuż za nimi, niosąc ukochanego remingtona.
- Zastanawiałem się, czy sobie takiej nie sprawić. - Wyznał Roger, wskazując maszynę do pisania, którą tulił Jack. - Ale jestem staromodnym człowiekiem pióra. Jeśli chodzi o dom... rozkład jest nieskomplikowany. - Pulchna postać Rogera niemal wypełniła korytarz. - Dwa pokoje na górze i dwa na dole. Kuchnia znajduje się po lewej, a salon po prawej. Sypialnie mają ten sam układ, a dzieli je mała łazienka. Bardzo mała, niestety.
- Na pewno nam wystarczy - uspokoił go Jack. - To domek na wynajem?
- Wynajmuję go, ale nieczęsto, letnikom. Okolice rzeki Helford są całkiem ładne, zna je pan? - Jack pokręcił głową, a wtedy Roger dodał: - Wkrótce się pan przekona. Treleggan leży nad samą rzeką, a niedaleko jest wiele innych wiosek wartych odwiedzenia. Jeśli pójdzie się z powrotem aleją i skręci w lewo na główną drogę, dotrze się do wioski. Jest w niej pub, piekarnia, sklep spożywczy, który jest też pocztą, no i wiadomo, rzeka. Można wynająć łódź i miło spędzić dzień.
Małym palcem wygładził szczecinę wąsów. Flora zauważyła, że z jednej strony były przycięte zbyt krótko, przez co sprawiały, że twarz Rogera wyglądała na lekko skrzywioną, jakby trwał w nieustannym zdziwieniu.
- Przyjeżdżają tutaj głównie przyjaciele lub przyjaciele przyjaciół. Arthur zatrzymał się w domku kilka razy. Poza tym Pierwiosnki są tylko moje.
- Pan tu mieszka? - Flora poczuła się nieswojo. Najwyraźniej wyrzucali tego człowieka z jego własnego domu.
- Ach, skąd! - Roger poklepał się po pokaźnym brzuchu. - Mam duży dom przy głównej ulicy. River House. Georgiański, bardzo okazały. Wybór żony, nie mój. Z domku korzystam, kiedy prowadzę badania. Mam tu spokój i ciszę i mogę zostawiać papiery, gdzie mi się podoba, a Jessie nie będzie się złościć.
- Jessie to pana żona?
Roger prychnął pod nosem.
- Jessie Bolitho u mnie sprząta. Właściwie jest moją nieoficjalną gosposią, ale jej zamiłowanie do porządku bywa uciążliwe. Dlatego ta kryjówka jest taka cenna!
- Co pan bada? - Flora odnosiła wrażenie, że chodzi o ważne sprawy.
- Miejscową historię, panno Steele. Odkąd przeszedłem na emeryturę, bardzo interesuję się najbliższą okolicą. Gdy się jest kierownikiem banku, miewa się dość wąską perspektywę, ale od kiedy jestem panem swojego czasu, zgłębiam historię Kornwalii, w szczególności tej części hrabstwa.
- To z pewnością fascynujące - powiedziała, mając nadzieję, że wkrótce będą mogli nastawić czajnik.
Roger Gifford ciągnął jednak temat, który wyraźnie go pasjonował.
- Zacząłem od szlaku handlowego na rzece Helford - poinformował z entuzjazmem. - Swego czasu była zatłoczonym kanałem, choć teraz trudno to sobie wyobrazić. Później zająłem się górnictwem. O tym, że w Kornwalii zaprzestano wydobycia cyny, bo złoża się wyczerpały, wszyscy wiedzą, ale od górników można usłyszeć szalenie interesujące opowieści. Wiele sobie zanotowałem. Przez krótki czas zajmowałem się mnichami z okresu średniowiecza, choć klasztory nie są moją pasją. Za to fascynuje mnie historia wojskowości, pełniłem zaszczytną funkcję kapitana miejscowej jednostki Gwardii Krajowej.
Flora doszła do wniosku, że Roger Gifford jest nieco pompatyczny, było to jednak dość zabawne, a nie odpychające.
- Mnie ten temat pasjonuje! - ciągnął. - Proszę się nie martwić, moje papierzyska nie zagracają domku, wyniosłem je na czas państwa pobytu, zawsze tak robię, gdy mam gości, dzięki temu nie przeszkadzają mi w aktualnych dociekaniach. I nie przeszkadza mi Jessie. Poprosiłem ją, żeby wpadała codziennie posprzątać i zrobić potrzebne zakupy.
- To bardzo miłe z pana strony. - Flora czuła wdzięczność. Wyglądało na to, że będzie zwolniona z większości codziennych obowiązków.
- Też coś! Przyjemnie mi was gościć w Treleggan. Kiedy już się zadomowicie, musicie wpaść na herbatę do River House. Zadzwonię. Tymczasem cieszcie się domkiem i ogrodem. To lekkie pustkowie, ale przy dobrej pogodzie miło tu sobie posiedzieć.
- Więc miejmy nadzieję, że słońce nas nie opuści - odparła Flora.
Ogród mógł być miejscem relaksu, ale także nowym wyzwaniem. Jeśli postępy Jacka w pracy nad nową książką okażą się problematyczne, będzie miała mnóstwo czasu dla siebie.