Morderstwo o poranku - Merryn Allingham

Kup ebooka

46.90 zł
37.52 zł (34,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

Flora Steele po­woli ped­ałowała główną ulicą, mi­jając piekarnię, w której mimo wczes­nej pory panował już ruch, i pana House­m­ana układa­jącego kalafi­ory na tacy, i krzepką postać rzeźnika za skle­pową szybą. Tego ranka wszy­scy się uśmiechali - wreszcie świeciło wi­osenne słońce. Nawet rower Flory był szczęśliwy po wielu ty­god­niach nieprzyjem­nego pokony­wania głębokich kałuż w zi­mnym deszczu.

Zatrzymała się przed All's Well i wprowadz­iła swoją Betty na brukow­any dziedziniec na tyłach księgarni. Wiedzi­ała, że minie trochę czasu, zanim do row­erowego koszyka ponownie za­pak­uje książki do coty­god­niowej dostawy. Wyjeżdżała! Po latach po raz pier­wszy opuszczała Ab­bey­mead - nie udawała się co prawda w daleką podróż, ale per­spek­tywa po­bytu w Korn­walii wydawała jej się ma­giczna i chciała się cieszyć każdą spęd­zoną tam minutą.

Ot­worzyła szer­okie, poma­low­ane na bi­ało drzwi księgarni i stała przez chwilę, wdychając charak­terystyczny za­pach papieru, skóry i drewna. To był jej dom. Og­ar­nęło ją przelotne uczucie lekkiej pan­iki. Lada mo­ment spodziewała się Sally Jen­ner, która mi­ała prowadzić All's Well pod jej nieo­becność, kiedy jed­nak odłożyła płaszcz, poczuła, że musi prze­jść się po sklepie. Idąc zy­g­za­kiem pom­iędzy ustawionymi pod kątem regałami, uważnie przy­glądała się każdej sz­a­fce, w jednym miejscu de­likat­nie wsun­ęła książkę, by wyrównać rząd, w innym wyek­sponowała tom, pozwala­jąc pal­com zatrzymy­wać się na ulu­bio­nych eg­zem­plar­z­ach. West­ch­nęła z satys­fak­cją - wszys­tko było w na­jlepszym porządku, mo­gła więc spoko­jnie wyjechać.

Na tyłach księgarni, gdzie wnętrze zwężało się do zaled­wie prze­jś­cia, stłoczone pod jedną ścianą półki po­zostawiały kli­en­tom tyle miejsca, by mogli obejrzeć rz­a­dkie tomy z dru­giej ręki, które ci­otka Vi­olet tak bardzo kochała. Flora dodała niew­iele now­ych - w prze­ciwieństwie do Vi­olet nie była en­tuz­jastką auk­cji - dbała jed­nak o to, aby ten dział był tak in­teresujący i nieskazitelny, jak życzyłaby sobie jej zmarła ci­otka.

To właśnie tutaj, przy­pom­ni­ało jej się, gdy dot­arła za os­tatni za­kręt, dobrych kilka miesięcy temu, jesi­enią ubiegłego roku, zn­alazła ciało. Ściśle mówiąc, mło­dego mężczyznę zn­alazł Jack Car­ring­ton - no­men omen autor krym­in­ałów - i to właśnie z nim wybi­er­ała się jutro w podróż. Kilka na­jbliższych ty­godni mieli spędzić w swoim to­war­zys­twie, ale Flora liczyła na to, że w Korn­walii nic strasznego się nie zdarzy i będą mogli porzu­cić prowadzenie śledztwa.

Dz­wonek skle­powy za­dźwięczał, gdy Flora wracała do swo­jego bi­urka, i zza uchylo­nych drzwi do środka zajrzał ktoś z czupryną mocno skrę­co­n­ych blond loków.

- Przyszłam za wcześnie? - zapy­tała Sally. - Jest ze mną ciocia.

U boku si­o­strzen­icy po­jaw­iła się pulchna postać Alice Jen­ner.

- Nie będę przeszkadzać - ozna­jmiła wesoło. - Przyszłam za­par­zyć her­b­atę. Przyniosłam świeże mleko.

- Doskonale! - Flora uśmiech­nęła się ciepło. - Chodź, Sal­ly, usiądź, możemy za­czynać.

Schyliła się, wyjęła spod bi­urka im­ponującą księgę i otwo­rzyła ją na kwiet­niow­ych roz­licze­niach.

- Co miesiąc robię rachunki. Lu­bię wiedzieć, czy jestem wypłac­alna!

Siedząca przy niej dziew­czyna kiwnęła głową, fachowo prze­suwa­jąc palcem w górę i w dół kolumn z liczbami. Sys­tem księgowy Flory był prosty na tyle, że i Sally zro­zu­mi­ała go w mig, i nie uleg­ało wąt­pli­wości, że świet­nie wie, na czym polega prowadzenie dobrze prosper­ującej księgarni.

Flora, wsuwa­jąc za uszy kosmyki miedzi­a­nych włosów, uzn­ała, że Sally Jen­ner jest darem z nieba. Właś­ciwie jej wybaw­icielką. Niew­iele brakowało, by zrezygnowała z wyjazdu do Korn­walii, ponieważ nie zna­j­dowała nikogo, komu w cza­sie swo­jej nieo­becności mo­głaby pow­i­erzyć prowadzenie All's Well. Na ogłoszenie w lokal­nej gazecie odpow­iedzi­ało kilka kobiet - mi­ały jed­nak albo niew­ielkie doświad­czenie w prowadzeniu sklepu, albo znów tak duże, że chciałyby przeo­brazić All's Well na swoją modłę. Tego z pewnoś­cią nie życzyła sobie Flora, zde­terminow­ana, by księgar­nia po­została dokład­nie taka, jaką odzied­z­iczyła po ci­otce Vi­olet niecałe dwanaście miesięcy temu. W końcu, zu­pełnie nies­podziewanie, Alice, jej wielo­let­nia przy­ja­ciółka, wspom­ni­ała o swo­jej si­o­strzen­icy.

Sally przyjechała do Ab­bey­mead kilka miesięcy temu, mieszkała u ci­otki i dor­a­bi­ała tu i ówdzie. Głównie ówdzie, sko­mentowała z goryczą Alice. Flora, rozczarow­ana kandy­datkami, z którymi się spotykała, z przyjem­noś­cią wzięła pod uwagę Sally i od pier­wszej roz­mowy na temat księgarni stało się jasne, że dziew­czyna doskonale poradzi sobie z prowadzeniem All's Well, a Flora dz­ięki temu będzie mo­gła odpocząć.

- Sally ma rachunko­wość w małym palcu. - Alice podeszła do nich, niosąc tacę z her­b­atą. - Pra­cow­ała w księgo­wości w am­bas­adzie, mi­ała dobrą pracę. Nadal uważam, że wyjazd z Niemiec nie był słusznym posunię­ciem, ale jestem pewna, że Sally należycie za­jmie się księgarnią.

- Ciociu, przestań lamentować! - Sally pokrę­ciła głową, a jej sprężyste blond kosmyki pod­skoczyły. - Mi­ałam dość am­basady i Niemiec. Chciałam wyjechać.

Flora west­ch­nęła w duchu. Ro­zu­mi­ała frus­trację Sally, która mi­ała dwadzieś­cia kilka lat, zaled­wie parę mniej od niej, ale świadkiem tych sprzeczek była już od kilku ty­godni, a poza tym chciała za­kończyć przekazy­wanie obowiązków. Mu­si­ała wracać do domu. Wciąż mi­ała sporo do zrobi­enia przed jutrzejszym por­ankiem.

- Jestem pewna, że z cy­ferkami doskonale sobie poradzisz - rzu­ciła pośpiesznie, odwraca­jąc się do dziew­czyny. - Ale na wszelki wypadek zostawię ci nazwisko księgowego, który prowadzi rachunko­wość.

Gdy no­towała na kartce nazwisko i nu­mer tele­fonu, za­dźwięczał dz­wonek przy drzwiach sklepu i w progu po­jaw­iła się chuda postać Jacka, z fe­dorą pod pachą i dłońmi schow­anymi w kiesze­niach płaszcza.

Flora spojrz­ała na niego.

- Co się stało? - zapy­tała, od razu wiedząc, że coś jest nie tak. Jack miał lekko speszoną minę, jak za­wsze, gdy nie chciał przekazy­wać złych wieści.

- Nie wiem, czy pow­in­naś ze mną jechać - mruknął.

- Dokąd? Do Korn­walii? - zdu­mi­ała się Flora. Jack mu­siał wy­wiązać się z umowy. Pod­jął się nap­is­ania pow­ieści krym­in­al­nej z ak­cją os­ad­zoną w tym hr­abstwie, a ich wspólna podróż mi­ała być wycieczką badaw­czą. Wycieczka badaw­cza z przy­ja­cielem, nic więcej, pow­iedzi­ała sobie surowo Flora.

- Tak, do Korn­walii - odparł z lekkim znieci­er­pli­wieniem. - A gdzieżby in­dziej?

Alice odsun­ęła papi­ery Flory i odstaw­iła tacę na bi­urko.

- Os­trzegałam cię - ozna­jmiła tri­um­fal­nie. - Os­trzegałam, że będzie prob­lem.

- W czym ten prob­lem? - W orzechow­ych oczach Flory było widać dezori­entację.

Jack po chwili wa­hania wyciągnął z kieszeni papier.

- Spójrz na to. Może zmi­en­isz zdanie.

Flora wzięła kartkę, którą jej podał, i wygładz­iła za­gię­cia. Na przeczytanie treści nie po­trze­bowała wiele czasu. In­form­acja była prosta:

TRZYMAJ SIĘ Z DALA OD KORN­WALII - TO OS­TRZEŻENIE!

- Co, u licha?

Każda lit­era została wycięta z gaz­ety. Z róż­nych gazet, sądząc po druku.

Alice Jen­ner wyjęła z kieszeni far­tucha ok­u­lary i zerknęła Florze przez ramię.

- To os­trzeżenie - skwitowała zaintrygow­ana - i pow­in­naś wziąć je sobie do serca. Jack pewnie będzie mu­siał po­jechać, pod­pisał umowę, prawda? Ma nap­isać książkę krym­in­alną. Choć moim zdaniem to - spra­cow­anym palcem wskazała kartkę - wys­tar­cza­jący powód do odmowy. Ale ty, Floro, w ogóle nie mu­s­isz się tam wybi­erać. W tym roku mi­ałaś dość kło­potów, nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś została w Ab­bey­mead. Sally nie będzie mi­ała nic prze­ciwko wycofaniu się z pracy, nawet na tak późnym eta­pie.

Sally podeszła do ci­otki i spojrz­ała na wiado­mość.

- To na pewno sprawka jakiegoś wari­ata. Tych nig­dzie nie brak­uje - ocen­iła z przekon­aniem.

- Niby kogo? Kto mi­ałby to wysłać? - Flora nie była taka pewna wer­sji Sally.

- Ktoś, kto wiedział, gdzie mieszkam. - Jack wziął list i schował go z powro­tem do kieszeni.

- I mu­siał wiedzieć, że wybi­er­asz się do Korn­walii - za­uważyła bystro Alice. - Podejrz­ana sprawa, nie podoba mi się. Wariat, nie wariat, na tym świecie są ludzie, którzy po prostu chcą krzy­wdzić in­nych.

- Jack? - Flora spojrz­ała na niego py­ta­jąco.

- Nie wiem, co o tym myśleć - ozna­jmił w końcu, biorąc filiżankę, którą podała mu Alice. - Pewnie mógłbym za­dz­wonić do Ar­thura. Jest moim agen­tem - wyjaśnił ­Sally. - Pow­ieść o Korn­walii to jego pomysł, wyna­jął dla nas domek w wio­sce nad rzeką Helford. Nan­leg­gan, Tre­leg­gan, coś w tym stylu. Zna właś­cicieli i twi­er­dzi, że to do­bra baza wypad­owa do zwiedz­ania hr­abstwa. W listach nie wspom­inał o kło­potach, ale to...

- Jak mówię, to jakiś czubek - powtórzyła Sally. - Praw­do­podob­nie po wio­sce rozeszła się wieść o tym, że autor krym­in­ałów wyna­jmuje domek, i komuś się ten pomysł nie spodobał.

- Dlaczego? - Alice z im­petem odstaw­iła dzbanek. - W Ab­bey­mead od lat mieszka taki pis­arz i nikomu to nie przeszkadza.

- To Korn­walia, ciociu. Tamtejsi ludzie są dość nieufni. Bardziej nieprzys­tępni. Pewnie myślą, że Jack zn­iszczy spokój ich wioski. Sprowadzi morderstwo i chaos aż z Sus­sex!

- Być może chodzi po prostu o to, że jestem obcy. - Jack odgarnął za­wsze nie­posłuszny kosmyk włosów, jakby próbował oczyś­cić umysł. - Pam­iętam, że w dzieciństwie, kiedy spędz­a­łem tam wakacje, nazy­wano mnie "mrówką". Korn­walijczycy tym niez­byt przy­jaznym słowem określają ­turys­tów.

- Zwró­ciłeś uwagę na stem­pel pocztowy? - zapy­tała roz­sąd­nie Flora. - Możliwe, że listu wcale nie wysłano z Korn­walii.

- Przyszedł stamtąd i moim zdaniem Sally ma rację. Ktoś mnie nie chce w tamtej wio­sce. - Po chwili wa­hania zwró­cił się do Flory. - Może się tam zrobić nieprzyjem­nie i nie chcę cię w to wciągać. Zwłaszcza po tym wszys­tkim, co się os­tat­nio wydar­zyło, nieszczęs­nej sprawie z zeszłej jesi­eni i śmierci Polly Dakers. Pow­in­naś zostać.

- Ma rację - wtrą­ciła Alice, zanim Flora zdążyła się odezwać. - Nie ucieszyłam się, kiedy pow­iedzi­ałaś, że wyjeżdżasz do Korn­walii. Wtedy się nie odezwałam. To było tuż po tym ok­ropnym wydar­zeniu w Klaszt­orze, czułaś się jeszcze dość niepewnie. Za­uważyłam, że pro­pozycja podróży z Jackiem pod­niosła cię na duchu. Ale nie byłam zad­o­wolona. - Jej matczyna postać za­d­rżała lekko, jakby pod wpły­wem niepokoju. - Moim zdaniem Korn­walia to niebezpieczne miejsce.

- Niebezpieczne? - Flora nie zdołała powstrzymać uśmiechu. - Dlaczego mi­ałoby być niebezpieczne? Z po­wodu jakiegoś głupiego an­on­im­owego listu do Jacka? Jak pow­iedzi­ała Sally, to za­pewne sprawka bied­nego sza­leńca, na­jpewniej nieszkod­li­wego.

- Czy nieszkod­li­wego, to nie wiem. Pomyślał o tym, żeby zatrzeć ślady, i wyciął litery z róż­nych gazet - odparła ­Alice. - I wysłał groźbę do Sus­sex. - Odgarnęła z czoła kosmyk si­wych włosów i za­częła bawić się ok­u­larami, które niedawno za­częła nosić. - Ale nie tylko o to chodzi. Mieliśmy już w ­Ab­bey­mead kło­poty związ­ane z Korn­walią.

Sally wy­glądała na zaintrygow­aną.

- Co masz na myśli, ciociu?

- Czasy wo­jny. Mło­dego Tommy'ego Mar­tina. Znasz Mar­tinów, Floro? Z farmy Ptasie Pole? Był ich je­dynym dziec­kiem. - Alice zach­wiała się, a Flora pos­piesznie pod­sun­ęła jej stołek, który trzymała za bi­urkiem. - Wcześnie za­ciągnął się do wojska, dostał się do łączności. Bystry był z niego chło­pak. Kilka lat stac­jonował w Korn­walii. W tym pon­urym miejscu, wiesz, niedaleko cy­pla.

- Na przylądku Land's End?

- Nie, na tym dru­gim.

Sally roześmi­ała się głośno.

- Oj, ta twoja geo­grafia, ciociu. Chodzi ci o półwysep Liz­ard?

- O, właśnie. To była dla niego ważna misja. W tamtej jed­nostce prowad­zono bardzo ważne prace... Ta­jne. Kierował nimi lord Ed­ward Tem­pleton. Ale do czego zmierzam: wszys­tko było w porządku, a przyna­jm­niej tak się wydawało, aż nagle Tommy zniknął. Nikt go nie widział. Nikt nic nie wiedział. Po prostu za­padł się pod ziemię. Lord Ed­ward usiłował dociec, co się stało, bo Mar­tinowie byli jego dzi­er­żaw­cami i w dod­atku przy­ja­ciółmi, ale nic nie wskórał. Do dziś nie ma żad­nych wieści ani od Thomasa, ani o nim.

- Prze­cież nie mógł tak po prostu zniknąć - zaprotestowała Flora. - Kiedy to się stało?

- Nie mógł, ale zniknął - odparła Alice dość za­dzi­ornym tonem. - Mniej więcej w cza­sie lą­dow­ania w Nor­mandii, o ile dobrze pam­iętam. Wszy­scy byliśmy prze­jęci tym, że ali­anci dot­arli do Francji i wyparli tych ok­rop­nych szkopów, wszy­scy oprócz Mar­tinów. Oni się nie cieszyli. Opłakiwali syna.

W nagłej ciszy Jack mach­in­al­nie pod­niósł kubek Flory i się z niego napił. Wyczuwała jego niepokój, widzi­ała kami­enną twarz. Nie zam­ierzał się dzielić tym, co myślał. Nie w tej chwili.

- W tamtym cza­sie mówiło się o skan­dalu - kontynuowała Alice. - Ale nikt nie miał po­ję­cia, o co dokład­nie chodzi, a Mar­tinowie, nawet jeśli coś wiedzieli, nigdy niczego nie wyjaw­ili. Cała ta sprawa była bardzo smutna.

- Z pewnoś­cią, jed­nak wydar­zenia sprzed dwun­astu lat nie ozn­aczają, że Korn­walia jest niebezpieczna dzisiaj. - Ton Flory brzmiał stanow­czo. Choroba Vi­olet odeb­rała jej sz­ansę na po­dróżow­anie i choć ten wyjazd nie mógł się równać z wycieczką do Paryża czy Rzymu, jakie kiedyś pla­nowała, Korn­walia była wyjątkowa i Flora za wszelką cenę chciała tam po­jechać.

- Może i nie, ale dobrze byłoby wiedzieć, co się stało - wtrą­cił Jack. - Ciekawe, czy mo­jemu ojcu coś wiadomo na ten temat. Był w Korn­walii pod­czas wo­jny i przez jakiś czas pra­cował u boku Ed­warda Tem­plet­ona. Praw­do­podob­nie nigdy nie poz­namy odpow­iedzi, ale Alice ma rację. Pow­in­naś to przemyśleć, Floro.

- Jeśli wolisz zostać w mi­asteczku, odpuszczę księgarnię i poszukam jakiejś stałej pracy - wtrą­ciła Sally. - Wiem, że mogę zostać u cioci Alice tak długo, jak zechcę.

Flora wyprostowała szczupłe rami­ona i stanęła niemal na baczność.

- Dz­iękuję wszys­tkim za troskę. Tak przy okazji, to moja her­b­ata, Jack. Nie zniechęci mnie jed­nak stara his­toria i wyskok jakiegoś sza­leńca.

Za­padła grobowa cisza, a Sally z przesadną os­trożnoś­cią odstaw­iła filiżankę na spodek. Flora mi­ała wrażenie, że wszy­scy liczą na to, że zmi­eni zdanie i zrezygnuje z podróży do Korn­walii.

- Czy ty jedziesz mimo wszys­tko? - spy­tała kat­egorycznym tonem, patrząc Jack­owi w twarz.

- Muszę. Nie mam wyboru.

- W takim ra­zie ja też jadę. Sally, przyjdź do mnie jutro wczesnym rankiem, przekażę ci klucze.

ROZDZIAŁ 2

Flora właśnie skończyła wyjaśniać Sally, co zrobić, by zewnętrzny kran zdecy­dował się na coś więcej niż tylko ciurczenie - było to niezbędne teraz, gdy wi­osenne kwiaty zna­j­dowały się w pełnym rozk­wicie - kiedy przed domek pod­jechał czer­wony aus­tin.

Jack wysunął dłu­gie nogi z auta, które swoje na­jlepsze dni mi­ało za sobą.

- I jak ci się teraz podoba? - Dum­nie pomachał kape­luszem w stronę auta. - Przeszedł trans­form­ację! Wi­osenne porządki wewnątrz i na zewnątrz, umyty i wypol­erow­any przez na­jlepszego mech­anika z "Błysku".

Flora mu­si­ała przyznać, że warsztat wykonał dobrą ro­botę - re­flekt­ory lśn­iły, op­ony błyszczały w porannym słońcu, maska się mien­iła - bez wąt­pi­enia był to jed­nak ten sam stary aus­tin. Ucieszona per­spek­tywą przy­gody, zachow­ała swoje myśli dla siebie.

- Gdybyś po­trze­bowała pomocy w ogrodzie, poproś Charliego - poradz­iła, odwraca­jąc się do Sally. - Teague'owie mieszkają przy Swal­low Lane, w pier­wszym domku po prawej. Wiem, że Jack poprosił małego o po­dle­wanie pod­czas naszej nieo­becności i na pewno chęt­nie zrobi to samo tutaj. Pam­iętaj, że trzeba mu za­pła­cić!

- Kiedy będziemy w Korn­walii, wypadają urodz­iny Charliego - rzu­cił wesoło Jack, idąc ścieżką w ich kier­unku. - Skończy trzyn­aście lat i pewnie pod­woi stawkę.

- Będę pam­iętać. - Sally wyprostowała się i odstaw­iła konewkę pod ścianę. - Lepiej już jedźcie. Do granic Korn­walii jest daleko, a co dopiero na sam jej koniec.

- Mam nadzieję, że nie jedziemy na sam koniec - wtrą­ciła Flora.

- Prawie - odparł Jack. - Nie bardzo wiem, dlaczego Ar­thur za odpow­ied­nią bazę uznał Helford.

- A ja nie bardzo wiem, dlaczego nie za­łatwił ci in­nego sam­ochodu. - Nie zdołała się powstrzymać przed wyrażeniem swoich wąt­pli­wości.

- Co jest nie tak z aus­tinem? Wy­gląda świet­nie i jeździ.

- Chwilowo, ale jak długo? Już raz nawalił, prawda? A przed nami daleka droga.

Wargi Jacka ułożyły się w buntown­iczą linię. Sam­ochód miał już swoje na liczniku - de­likat­nie rzecz ujmując - ale Jack za­ciekle go bronił. Praw­do­podob­nie dlat­ego, pomyślała Flora, że wydał na niego więk­szą część za­liczki na kole­jną książkę.

- Przyniosę wal­izkę - pow­iedzi­ała szybko.

- Za­czekaj, ja pójdę - krzyknęła Sally przez ramię, wbiegła do domu i wzięła wal­izkę z si­eni.

- Nie możesz się doczekać, aż się mnie pozbędziesz - rzu­ciła żartem Flora, gdy dziew­czyna znów się wyłon­iła.

- Zgadza się! Nie mogę się doczekać, żeby zostać panią two­jego uroczego domku. - Sally spojrz­ała na stary bu­dynek z ce­gły i krzemi­enia, drzemiący w porannym słońcu.

- Daj mi znać, gdyby coś było nie tak - poprosiła z niepoko­jem Flora. - Masz mój nu­mer tele­fonu w Korn­walii?

- Py­tałaś mnie o to już dwa razy. Przestań się martwić. Wszys­tkim się za­jmę. Zmyka­jcie już. Sio, oboje, bo przez was spóźnię się do pracy. Prowadzę księgarnię!

Flora usad­ow­iła się na prz­etartym skórz­anym fotelu i pomachała Sally na pożeg­nanie niemal ze łzami w oczach. To było śmieszne - wybi­er­ała się zaled­wie niecałe pięć­set kilo­metrów na zachód, z pewnoś­cią nie w podróż ży­cia. Nie wyjeżdżała jed­nak z Ab­bey­mead, odkąd skończyła bib­li­otekozn­awstwo i po powrocie z uczelni zori­entowała się, że ci­otka ciężko za­chorowała. Rozpacz­li­wie wi­erzyła, że Vi­olet wyzdrow­ieje, dopóki nie padła straszna dia­gnoza o nie­op­er­acyjnym raku. Przez niemal trzy lata opiekowała się na­jbliższą jej os­obą, żyjąc w os­zołomi­eniu, niew­iele mi­ała chwil na myśle­nie, a by­wały dni, kiedy brakowało jej czasu nawet na to, by się przebrać czy uczesać. Przez dłu­gie miesiące opieki nad Vi­olet i po jej śmierci Flora prawie nie opuszczała mi­asteczka. Ten por­anek ozn­aczał zer­wanie z przeszłoś­cią. Nowy początek, pow­iedzi­ała do siebie. Nowy plan: pomóc Jack­owi w nap­isaniu korn­walijskiej pow­ieści.

Widzi­ała, że Jack nie myśli o pracy, lecz kon­centruje się na drodze, sku­pi­ony na podróży. Na tylnym siedzeniu leżała rozłożona duża mapa, ale na­jwyraźniej znał trasę na pam­ięć i wymi­eniał nazwy mi­ja­nych miejsc. Za­stanawiała się, czy w ten sposób próbuje zepch­nąć na dalszy plan sprawy, o których wolałby nie myśleć. Nie wspom­niał więcej o an­on­im­owym liście, ale Flora była pewna, że czuł niepokój.

Jacka zn­ała zaled­wie od kilku miesięcy - o Jacku Car­ring­tonie, autorze krym­in­ałów, usłysz­ała, rzecz jasna, zn­acznie wcześniej, lecz os­obiście zetknęła się z nim stosunkowo niedawno - nauczyła się jed­nak odczyty­wać jego nastroje. W tej chwili wyczuwała niepewność.

- Ciągle dręczy cię ten list? - za­ryzykowała, gdy mi­jali znak hr­abstwa Hamp­shire.

Odpow­iedział dopiero po chwili.

- To raczej nie jest wymar­zona sytu­acja, prawda? Do Korn­walii jadę, żeby poznać re­gion, porozmawiać z Korn­walijczykami, poznać tamtejsze życie, a skoro już zdążyłem doświad­czyć prze­jawów wro­gości... - Za­w­iesił głos.

- Mo­głeś odmówić wyjazdu.

Odwró­cił się w jej stronę, na ułamek sekundy odry­wa­jąc wzrok od drogi.

- Niby na jakiej pod­stawie? - Twarz miał poważną i przez chwilę zdawało się, że postar­zał się o dobrych trzy­dzieści pięć lat. - Mi­ałbym nap­isać tele­gram do Ar­thura, że dostałem an­on­im­owy list od jakiegoś wari­ata, przestraszyłem się i zry­wam umowę? Niez­byt pro­fes­jon­alne pode­jście. - Zamilkł na chwilę. - Mimo to Alice mi­ała rację. Ty nie mu­si­ałaś jechać. Nie jesteś związ­ana umową.

- Może jestem, ze sobą - odparła Flora. - Wiesz, że bardzo pragnę podróżować, to moja pier­wsza sz­ansa.

- Wiem, ale mi­ałaś plany związ­ane z podróżow­aniem po Europie, a nie kilka­set kilo­metrów na zachód od Sus­sex.

- Małymi kroczkami, Jack, małymi kroczkami.

Odezwała się ponownie dopiero po wielu kilo­metrach.

- Pisałeś dalej książkę o Korn­walii? Początek był udany.

- Za­r­zu­ciłem to - pow­iedział pon­uro.

Zerknęła na niego.

- Nic mi nie pow­iedzi­ałeś. Dlaczego? Rozdzi­ały, które przeczytałam, były dobre. Bardzo dobre.

- Pewnie w końcu do nich wrócę, na ra­zie nie wiem. Prawdę mówiąc, za­czy­nam się gu­bić, a jeszcze nie dot­arłem do Korn­walii. Mi­ałem klarowny pomysł na to, jak poprowadzić ak­cję, ale kiedy Ar­thur nap­isał w zeszłym ty­god­niu, pełen en­tuz­jazmu, chwaląc to, co mu wysłałem, za­s­ug­erował, żeby his­toria po­toczyła się w zu­pełnie innym kier­unku, niż pla­nowałem. Chwilowo nie po­trafię sobie wyo­brazić jego wer­sji.

- A czy nie jest tak za­wsze na początku nowej książki?

- Może trochę, ale to dzi­wne uczucie. His­toria ma być mocno korn­walijska, a sama Korn­walia musi zostać przed­stawiona w jas­nych bar­wach. Przy tym muszę wymyślić ohydną zbrod­nię, która przy­ciąg­nie czytel­ników spragnio­nych krwi i grozy.

Flora na chwilę zamilkła.

- Helford dostar­czy ci in­spir­acji, zobaczysz.

Jacka miał pon­urą minę.

- Jestem przekon­any, że nie pow­inienem był pod­pisy­wać tej umowy. Zgodz­iłem się w chwili sł­abości, bez przemyślenia. Ślęcza­łem wtedy nad książką, z którą nie mo­głem sobie poradzić, i dostałem pro­pozycję czegoś in­nego. To była chyba ucieczka. Nowa seria, nowe miejsce. Myślałem, że wpad­nie mi do głowy mnóstwo błyskot­li­wych pomysłów, a słowa będą same płynąć - i przez jakiś czas rzeczy­wiście tak się dzi­ało.

- I jeszcze tak będzie.

Wargi Jacka ułożyły się w podkówkę.

- Muszę po­godzić się z fak­tem, że właś­ciwie piszę na zamówienie. Ar­thur za­pewnia mnie, że tak nie jest, ale w liście szczegółowo określa, czego ode mnie oczekuje. Zdaje mi się, że przeży­wam zderzenie z rzeczy­wis­toś­cią.

Flora również przeży­wała zderzenie z rzeczy­wis­toś­cią w mi­arę pokony­wania kole­j­nych kilo­metrów. Im dalej na zachód, tym drogi st­awały się węższe. Węższe i wolniejsze, choć aus­tin nigdy nie był szybki. W końcu Flora za­częła się za­stanawiać, czy nie dojechałaby do Korn­walii szy­b­ciej, gdyby wyciągnęła z szopy Betty i wypraw­iła się row­erem.

Po drodze zatrzymali się kilka razy, by roz­prostować obolałe kończyny czy też na filiżankę her­baty i kanapkę w ob­skur­nej przy­drożnej kawiarni, ale po kilku minutach wracali do sam­ochodu. Zdawało się, że Jack za wszelką cenę chce dotrzeć do celu przed zm­rokiem i Flora podejrze­wała, że re­flekt­ory, choć błyszczące, nie dzi­ałają zbyt dobrze. Nigdy nie jechała aus­tinem po ciemku.

Po dziesię­ciu godz­in­ach męczącej jazdy w końcu minęli znak wioski, której szukali.

Flora się oży­wiła.

- Tre­leg­gan - przeczytała, os­łaniając oczy przed zachodzącym słońcem. - Nazywa się Tre­leg­gan.

- A teraz do Domu w Pier­wiosnkach.

- Brzmi uroczo. Mam nadzieję, że rzeczy­wiście stoi wśród pier­wiosnków.

Kiedy z głównej drogi zjechali w wąską uliczkę i w końcu zatrzymali się przed krytym łup­kiem domkiem, wy­glądało na to, że Florę czeka rozczarow­anie. Fron­towy ogród porastała wysoka trawa i przer­ośn­ięte krzewy, w za­sięgu wzroku nie było ani jed­nego kwi­atu. Przy furtce czekał na nich niski, krępy mężczyzna.

- Nareszcie państwo jesteście - pow­iedział, doskak­ując do nich z drżącymi wąsami i za­kło­potaną miną. - Za­czyn­ałem się martwić. - Lekko za­ru­mi­enione policzki uni­osły się w pow­it­alnym uśmiechu. - Nazy­wam się Gif­ford, Ro­ger Gif­ford.

Jack z tru­dem wyciągnął z sam­ochodu dłu­gie nogi i wysi­adł.

- Jack Car­ring­ton - pow­iedział, poda­jąc mężczyźnie rękę. - A to jest Flora Steele.

Ro­ger wy­glądał na lekko zdezori­entow­anego, a gdy Flora obe­szła sam­ochód, by uś­cis­nąć mu dłoń, ze zdzi­wieniem uniósł brwi.

- Panna Steele jest moją asys­tentką - rzu­cił szybko Jack.

Flora mi­ała nadzieję, że to wyjaśnia rodzaj łączącej ich za­żyłości. Wy­glądało na to, że pan Gif­ford był gotów za­kładać na­jgor­sze. Uważała Jacka za at­rak­cyjnego mężczyznę, był jed­nak od niej o dziesięć lat starszy i stanow­czo unikał ser­cow­ych kom­p­likacji. Ona również ich unikała, bo doświad­czyła, jakie ci­er­pi­enie mogą sprawić. Za bardzo lu­b­iła to­war­zys­two Jacka, za bardzo cen­iła jego przy­jaźń, by ryzykować.

- Są dwie sypi­al­nie? - zapy­tała właś­ciciela domku na wypadek, gdyby miał jeszcze jakieś wąt­pli­wości.

- Oczy­wiście - za­pewnił pos­piesznie. - Przy­po­m­i­nam sobie, że Ar­thur o to dopy­ty­wał.

- Skąd pan zna Ar­thura Bellaby'ego? - Jack wyciągnął wal­izki z bagażnika i postawił je przy furtce.

- Znamy się od dawna - odparł Ro­ger po chwili, nieco uspoko­jony. - W młodości pra­cował dla lon­dyńskiego wydawn­ictwa, które współ­pra­cow­ało z naszym bankiem. Ja szkoliłem się wtedy w stolicy na kas­jera bankowego - wyjaśnił. - Przez lata awansowałem i zostałem kierownikiem. Oczy­wiście nie w Lon­dynie, ale tu, w Korn­walii. W ­Fal­mouth, niedaleko stąd. Na pewno słyszeli państwo o tym mieście. Ja je wezmę.

Z wal­izkami w obu dło­niach Ro­ger ruszył ścieżką do ot­war­tych drzwi domku, a Flora podążyła za nim. Jack zamknął sam­ochód i szedł tuż za nimi, niosąc ukochanego re­m­ing­tona.

- Za­stanawiałem się, czy sobie takiej nie sprawić. - Wyznał Ro­ger, wskazując maszynę do pis­ania, którą tulił Jack. - Ale jestem staro­modnym człow­iekiem pióra. Jeśli chodzi o dom... rozkład jest nieskom­p­likow­any. - Pulchna postać Ro­gera niemal wypełn­iła korytarz. - Dwa pokoje na górze i dwa na dole. Kuch­nia zna­j­duje się po lewej, a salon po prawej. Sypi­al­nie mają ten sam układ, a dzieli je mała łazi­enka. Bardzo mała, ni­estety.

- Na pewno nam wys­tar­czy - uspokoił go Jack. - To domek na wyna­jem?

- Wyna­jmuję go, ale nieczęsto, let­nikom. Oko­lice rzeki Helford są całkiem ładne, zna je pan? - Jack pokrę­cił głową, a wtedy Ro­ger dodał: - Wkrótce się pan przekona. Tre­leg­gan leży nad samą rzeką, a niedaleko jest wiele in­nych wi­osek war­tych odwiedzenia. Jeśli pójdzie się z powro­tem aleją i skręci w lewo na główną drogę, dotrze się do wioski. Jest w niej pub, piekar­nia, sklep spoży­w­czy, który jest też pocztą, no i wiadomo, rzeka. Można wyna­jąć łódź i miło spędzić dzień.

Małym palcem wygładził szcze­cinę wąsów. Flora za­uważyła, że z jed­nej strony były przy­cięte zbyt krótko, przez co sprawiały, że twarz Ro­gera wy­glądała na lekko skrzy­wioną, jakby trwał w nieus­tannym zdzi­wieniu.

- Przyjeżdżają tutaj głównie przy­ja­ciele lub przy­ja­ciele przy­ja­ciół. Ar­thur zatrzymał się w domku kilka razy. Poza tym Pier­wiosnki są tylko moje.

- Pan tu mieszka? - Flora poczuła się nies­wojo. Na­jwyraźniej wyrzu­cali tego człow­ieka z jego włas­nego domu.

- Ach, skąd! - Ro­ger pok­le­pał się po pokaźnym brzuchu. - Mam duży dom przy głównej ulicy. River House. Geor­gi­ański, bardzo okazały. Wybór żony, nie mój. Z domku korzys­tam, kiedy prowadzę badania. Mam tu spokój i ciszę i mogę zostawiać papi­ery, gdzie mi się podoba, a Jessie nie będzie się złoś­cić.

- Jessie to pana żona?

Ro­ger prych­nął pod nosem.

- Jessie Bo­l­itho u mnie sprząta. Właś­ciwie jest moją nieofic­jalną gos­posią, ale jej zam­iłow­anie do porządku bywa uciążliwe. Dlat­ego ta kryjówka jest taka cenna!

- Co pan bada? - Flora odnosiła wrażenie, że chodzi o ważne sprawy.

- Miejscową his­torię, panno Steele. Odkąd przeszedłem na emeryturę, bardzo in­teresuję się na­jbliższą okolicą. Gdy się jest kierownikiem banku, miewa się dość wąską per­spek­tywę, ale od kiedy jestem panem swo­jego czasu, zgłę­biam his­torię Korn­walii, w szczegól­ności tej części hr­abstwa.

- To z pewnoś­cią fascynujące - pow­iedzi­ała, ma­jąc nadzieję, że wkrótce będą mogli nastawić cza­jnik.

Ro­ger Gif­ford ciągnął jed­nak temat, który wyraźnie go pas­jonował.

- Za­cząłem od szlaku hand­lowego na rzece Helford - poin­for­mował z en­tuz­jazmem. - Swego czasu była za­tłoczonym kanałem, choć teraz trudno to sobie wyo­brazić. Później za­jąłem się gór­nict­wem. O tym, że w Korn­walii zaprzest­ano wydoby­cia cyny, bo złoża się wyczer­pały, wszy­scy wiedzą, ale od górników można usłyszeć sza­le­nie in­teresujące opow­ieści. Wiele sobie zan­o­towałem. Przez krótki czas za­j­mowałem się mnichami z okresu śred­niowiecza, choć klaszt­ory nie są moją pasją. Za to fascynuje mnie his­toria wojsko­wości, pełn­iłem za­szczytną funk­cję kapitana miejscowej jed­nostki Gwardii Kra­jowej.

Flora doszła do wniosku, że Ro­ger Gif­ford jest nieco pom­patyczny, było to jed­nak dość za­bawne, a nie odpychające.

- Mnie ten temat pas­jonuje! - ciągnął. - Proszę się nie martwić, moje papierzyska nie zagracają domku, wyniosłem je na czas państwa po­bytu, za­wsze tak robię, gdy mam gości, dz­ięki temu nie przeszkadzają mi w ak­tu­al­nych docieka­niach. I nie przeszkadza mi Jessie. Poprosiłem ją, żeby wpadała codzi­en­nie pos­przątać i zrobić po­trzebne za­k­upy.

- To bardzo miłe z pana strony. - Flora czuła wdz­ięczność. Wy­glądało na to, że będzie zwolniona z więk­szości codzi­en­nych obowiązków.

- Też coś! Przyjem­nie mi was goś­cić w Tre­leg­gan. Kiedy już się zado­mow­icie, mu­sicie wpaść na her­b­atę do River ­House. Za­dz­wonię. Tym­cza­sem cieszcie się domkiem i ogro­dem. To lekkie pustkowie, ale przy dobrej po­godzie miło tu sobie posiedzieć.

- Więc miejmy nadzieję, że słońce nas nie op­uści - odparła Flora.

Ogród mógł być miejscem re­laksu, ale także nowym wyzwaniem. Jeśli postępy Jacka w pracy nad nową książką okażą się prob­lem­atyczne, będzie mi­ała mnóstwo czasu dla siebie.