Morderstwo nad jeziorem Garda - Tom Hindle

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (23,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Gdy uszu Ste­phena Dal­tona dobiegł krzyk, on i pan młody stali już od kilku minut na miej­scu cere­mo­nii w ocze­ki­wa­niu na przy­by­cie panny mło­dej.

Lau­rence nie wyda­wał się w naj­mniej­szym stop­niu zanie­po­ko­jony tym opóź­nie­niem i dla zabi­cia czasu gawę­dził wesoło z mistrzem cere­mo­nii. Jakim cudem był tak spo­kojny? Ste­phen był tylko drużbą, a jed­nak to odstęp­stwo od har­mo­no­gramu spra­wiło, że czuł się bar­dziej pode­ner­wo­wany niż przed wła­snym ślu­bem.

Ale taki wła­śnie był Lau­rence. W ciągu dłu­gich lat ich zna­jo­mo­ści ani razu nie poka­zał po sobie stra­chu. Ste­phen pomy­ślał z ukłu­ciem gory­czy, że taki jest efekt życia z roz­cią­gniętą pod sto­pami siatką bez­pie­czeń­stwa utkaną z czy­stego złota.

Słońce zaczy­nało pra­żyć coraz moc­niej. Castello Fiore znaj­do­wało się na nie­wiel­kim wznie­sie­niu. Od nabrzeża do bramy pro­wa­dziła w górę krótka ścieżka, a po wej­ściu do środka trzeba było jesz­cze poko­nać strome wie­kowe schody, aby dostać się na taras, na któ­rym miała odbyć się cere­mo­nia. Roz­cią­ga­jący się stam­tąd widok zapie­rał dech w pier­siach. Nie­całą milę dalej, na naj­bliż­szym brzegu, dało się doj­rzeć dachy kryte dachówką i paste­lowe budynki, które leżały niczym w niecce u pod­nóża nie­bo­sięż­nych gór­skich szczy­tów. Jeśli zaś cho­dzi o wodę... Pod­czas lotu do Werony Ste­phen prze­czy­tał, że jezioro Garda ma około trzy­dzie­stu czte­rech mil dłu­go­ści. Jed­nak gdy zoba­czył je na żywo, wydało mu się, że jego olśnie­wa­jąco tur­ku­sowa powierzch­nia cią­gnie się w nie­skoń­czo­ność, aż w końcu, gdzieś na gra­nicy hory­zontu, woda i niebo zle­wają się po pro­stu w jedno.

Od fron­to­wej strony tarasu umiesz­czono nie­wielki bal­da­chim ocie­nia­jący stół przy­kryty śnież­no­bia­łym obru­sem wraz z sie­dzi­skami dla pań­stwa mło­dych i mistrza cere­mo­nii. To wła­śnie pod tym bal­da­chimem stali teraz Ste­phen i Lau­rence. Goście nie mieli tyle szczę­ścia -?ich krze­sła wysta­wione były na lejący się z nieba żar połu­dnio­wego słońca. Twa­rze nie­któ­rych spo­śród obec­nych osób, zwłasz­cza tych o anglo­sa­skich korze­niach, przy­bie­rały nie­po­ko­jący odcień czer­wieni. Jed­nak nawet po Wło­chach sie­dzą­cych po prze­ciw­nej stro­nie tarasu widać było oznaki zmę­cze­nia. Świa­tło odbi­jało się od opra­wek ich desi­gner­skich oku­la­rów prze­ciw­sło­necz­nych, a na czo­łach poły­ski­wały kro­pelki potu.

Ste­phen rozej­rzał się po nie­wiel­kiej gru­pie zgro­ma­dzo­nych gości i napo­tkał spoj­rze­nie Abi­gail. Posłał żonie deli­katny uśmiech, ta jed­nak go nie odwza­jem­niła. Nie winił jej za to. Cie­szył się, że udało mu się przy­naj­mniej odwieść ją od pomy­słu powrotu do domu.

Odwró­cił się i spoj­rzał na jezioro. Kwar­tet smycz­kowy zaczął już grać, ale muzyka nie była w sta­nie odwró­cić uwagi gości od coraz bar­dziej nie­zno­śnego upału. Lau­rence uśmiech­nął się do niego, a Ste­phen zdał sobie sprawę, że odpły­nął myślami na dobrą minutę lub dwie. Zmu­sił się do uśmie­chu, po czym zer­k­nął na zega­rek. Dzie­sięć minut spóź­nie­nia.

Co ta Eva wypra­wia, do cho­lery? Prze­cież nie mogła się zgu­bić po dro­dze; już z samego rana przy­była na wyspę wraz ze swo­imi druh­nami. Czyżby zmie­niła zda­nie? Stchó­rzyła?

Naj­praw­do­po­dob­niej jed­nak po pro­stu prze­dłu­żyła się sesja foto­gra­ficzna. W końcu Eva miała zna­leźć się na okładce maga­zynu. Nie zawa­ha­łaby się ani chwili nad zmu­sze­niem ich wszyst­kich do cze­ka­nia w tym upale, jeśli dzięki temu uda­łoby się uchwy­cić ide­alny kadr, zanim powie­dzą sobie z Lau­rence'em sakra­men­talne "tak".

Poczuł nagły przy­pływ gory­czy i bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej zapra­gnął, by Lau­rence i Eva ni­gdy się nie poznali. Nawet w cza­sach szkol­nych miał wra­że­nie, że z Lau­rence'em łączy go rela­cja bar­dziej biz­ne­sowa niż przy­ja­ciel­ska. Zazwy­czaj to on odwa­lał całą robotę, a Lau­rence przy­pi­sy­wał sobie zasługi. Nie był to układ ide­alny, ale Ste­phen nie narze­kał. Miał moż­li­wość uczęsz­czać do Rush­worth tylko dzięki sty­pen­dium, które szkoła przy­zna­wała bied­niej­szym uczniom, aby uda­wać mniej eli­tarną, więc to, że Lau­rence od pierw­szych dni obda­rzył go sym­pa­tią, jawiło mu się niczym dar nie­bios. Podob­nie wyglą­dało to po stu­diach, gdy dzięki pro­tek­cji Lau­rence'a został zatrud­niony w fir­mie Hey­wo­odów zarzą­dza­ją­cej fun­du­szami hed­gin­go­wymi.

Dopiero gdy na hory­zon­cie poja­wiła się Eva, wszystko zaczęło się psuć. Lau­rence, pra­gnąc się jej przy­po­do­bać, zaczął wtedy ule­gać swoim naj­mrocz­niej­szym impul­som.

Ste­phen ponow­nie się rozej­rzał i dostrzegł foto­grafkę, która stała u szczytu scho­dów pro­wa­dzą­cych na taras. Zmarsz­czył brwi. To ozna­czało, że nie była z Evą. A w takim razie...

Nie potra­fił zapa­no­wać nad falą paniki. Coś było nie tak. Sam nie wie­dział, o co cho­dzi, ale był pewien, że dzieje się coś złego.

Deli­katna bryza owiała taras, wywo­łu­jąc gło­śne wes­tchnie­nia ulgi kilku gości. Wła­śnie wtedy ich uszu dobiegł ten odgłos. Docho­dził z daleka, ale bez wąt­pie­nia z wyspy. Jego źró­dło znaj­do­wało się wewnątrz zamku.

Har­per Bale sie­działa sama na tyłach zgro­ma­dze­nia, gdy usły­szała krzyk.

Powinna była towa­rzy­szyć foto­grafce, upew­nia­jąc się, że ta ma wszystko, czego potrze­buje. W końcu w takim celu się tu zna­la­zła. Nie jako gość. Eva ni­gdy nie pomy­śla­łaby, by wysto­so­wać takie zapro­sze­nie do swo­jej skrom­nej agentki. Jak zawsze rola Har­per ogra­ni­czała się do asy­sto­wa­nia jej.

Rozej­rzała się po tara­sie, przy­glą­da­jąc się usia­nej płat­kami róż alejce, roz­cią­ga­ją­cej się pomię­dzy szpa­le­rem gości, druż­bom w lnia­nych gar­ni­tu­rach i pano­ra­mie jeziora. Har­per powinna być zachwy­cona. Zdję­cia bez wąt­pie­nia wyjdą osza­ła­mia­jąco. Ale w tym momen­cie miała na gło­wie więk­sze zmar­twie­nia niż arty­kuł w maga­zy­nie.

Po wszyst­kich tych wysił­kach, które wło­żyła w pomoc Evie Bian­chi... Tyle pracy. Tyle stresu. Tyle czasu. Har­per wsta­wiła się za Evą, kiedy agen­cja chciała ją zwol­nić. Haro­wała dniami i nocami, by ura­to­wać jej repu­ta­cję, kiedy żadna marka nie chciała nawią­zać z nią współ­pracy. Gdy Eva jed­nym nisz­czy­ciel­skim ude­rze­niem naiw­no­ści pra­wie dopro­wa­dziła swoją karierę do ruiny, to Har­per wła­snymi rękami ją odbu­do­wała.

Teraz bar­dzo tego żało­wała, bo zdała sobie sprawę, że Eva nie wyka­zuje wobec niej żad­nej wdzięcz­no­ści.

Har­per zawsze wie­działa, że Eva nie doce­nia jej wysił­ków. Nie­kiedy podej­rze­wała nawet, że ta kobieta nie jest w pełni świa­doma, jak wiele agentka dla niej robi. Ale ni­gdy, w żad­nym momen­cie, nie przy­pusz­czała, że może nie mieć bla­dego poję­cia o tym, że grozi jej zwol­nie­nie.

Wzięła głę­boki oddech, sta­ra­jąc się za wszelką cenę powstrzy­mać atak paniki.

Popeł­niła błąd. W zło­ści stra­ciła pano­wa­nie nad sobą. Jedyne, co teraz jej pozo­sta­wało, to uda­wać, że nie ma o niczym poję­cia. Poczeka, aż ktoś inny zauważy, co się stało, a następ­nie zrobi wszystko, by spra­wiać wra­że­nie nie­świa­do­mej całej sytu­acji. A jeśli jed­nak jakimś cudem jej wina wyj­dzie na jaw -?jeśli zosta­nie zde­ma­sko­wana -?będzie musiała bła­gać o litość. Eva ją zdra­dziła. Lek­ce­wa­żyła ją od dawna i nie doce­niała jej wysił­ków. Czy w takiej sytu­acji można ją winić za nie­for­tunną decy­zję pod­jętą w afek­cie?

Har­per wachlo­wała się pro­gra­mem uro­czy­sto­ści, zupeł­nie nie­przy­go­to­wana na bez­li­to­sny lip­cowy upał. Spoj­rzała zazdro­śnie w stronę bal­da­chimu, w któ­rego cie­niu stał Lau­rence ze swoim drużbą, wesoło gawę­dząc z mistrzem cere­mo­nii. Przez chwilę zazdro­ściła nawet jego matce kape­lu­sza z ron­dem tak sze­ro­kim, że rów­nie dobrze mogłaby sie­dzieć z para­so­lem na gło­wie.

Mru­żąc oczy, roz­glą­dała się po jezio­rze, wypa­tru­jąc łodzi, któ­rymi wszy­scy przy­byli na wyspę. Wie­działa jed­nak, że to daremne. Od sta­łego lądu dzie­liła ich zale­d­wie mila, czyli nie wię­cej niż pięt­na­ście minut drogi. Łodzie wró­ciły do portu już co naj­mniej pół godziny temu. Nie zoba­czy ich ponow­nie aż do pół­nocy, kiedy przy­płyną, by ode­brać ich po zakoń­cze­niu przy­ję­cia.

Zaklęła pod nosem. Nie dało się stąd wydo­stać w żaden inny spo­sób.

Wyjęła tele­fon i spraw­dziła godzinę. Eva spóź­niała się już pra­wie dzie­sięć minut. Prych­nęła. W ogóle jej to nie dzi­wiło; Eva jak nic spóźni się kie­dyś na wła­sny pogrzeb. Jed­nak teraz niech już ktoś inny się tym mar­twi. Ona zamie­rzała upew­nić się tylko, że foto­grafka jest zado­wo­lona i tyle. Od dziś koniec z nad­ska­ki­wa­niem Evie Bian­chi.

Gdy roz­legł się krzyk, który prze­szył taras wraz z falą nagłego powiewu chłod­nego powie­trza, Har­per gwał­tow­nie pod­nio­sła wzrok. Muzycy prze­stali grać, a ona natych­miast zapo­mniała o sesji zdję­cio­wej. Prze­stała nawet odczu­wać upał, a krew zasty­gła jej w żyłach.

Vito Bian­chi pani­ko­wał już od kilku minut.

-?Zna­leźli ją? -?zapy­tał ostro. -?Gdzie jest?

-?Lada moment ją znajdą, signore -?uspo­ka­jała orga­ni­za­torka wesela. - Wyspa jest mała. Nie ma wielu miejsc, w które mogła udać się pań­ska córka, a wszyst­kie trzy druhny jej szu­kają. Jestem pewna, że za kilka minut będziemy mogli roz­po­cząć cere­mo­nię.

-?Nie dener­wuj się, amore -?zwró­ciła się do niego Paola. -?Wiesz, ile zna­czy dla niej ten maga­zyn. Pew­nie po pro­stu robi sobie kolejne zdję­cie.

Zmu­sił się do uśmie­chu. Jego żonie łatwo było zacho­wać spo­kój. Nie miała poję­cia o kłótni, do któ­rej doszło tego ranka mię­dzy nim a Evą. Ani o tym, że wraz z resztą gości na wyspę zakra­dło się dwóch prze­stęp­ców.

Ale przy­naj­mniej było już po wszyst­kim. Postą­pił dokład­nie tak, jak kazali; być może był to naj­gor­szy czyn, jakiego kie­dy­kol­wiek się dopu­ścił. Jeżeli jed­nak dotrzy­mają słowa, wresz­cie zosta­wią go w spo­koju. Cią­głe nęka­nie. Groźby pod adre­sem jego rodziny. To wszystko miało się wresz­cie skoń­czyć.

Pod­szedł do okna i otwo­rzył okien­nice. Z tarasu pły­nęła muzyka, wypeł­nia­jąc znaj­du­jący się poni­żej dzie­dzi­niec. -?Fot­tuto inferno -?wyszep­tał. -?Gdzie ona jest?

-?Vito... -?Paola poło­żyła mu rękę na ramie­niu. -?To tylko kilka minut spóź­nie­nia. Nic wiel­kiego.

Spoj­rzał jej w oczy, ale nie był w sta­nie wydu­sić z sie­bie ani słowa. Przez cały rok tak dobrze uda­wało mu się ukry­wać przed nią ich kło­poty. Wszyst­kimi moż­li­wymi spo­so­bami, prośbą i groźbą, sta­rał się trzy­mać dłuż­ni­ków z dala od ich drzwi.

-?Masz rację -?odparł w końcu. -?Oczy­wi­ście.

Żona chwy­ciła go za ręce i zaczęła koły­sać się w rytm odle­głych dźwię­ków kwar­tetu smycz­ko­wego.

-?To ślub Evy -?powie­działa, uśmie­cha­jąc się do niego. -?Naszej pier­wo­rod­nej córki. Będziemy kie­dyś wspo­mi­nać ten dzień jako jeden z naj­szczę­śliw­szych w naszym życiu.

Koły­sał się razem z nią, pozwa­la­jąc, by go pro­wa­dziła. Jeden z naj­szczę­śliw­szych dni w ich życiu... Zasta­na­wiał się, czy Eva na­dal tak uważa, po tym, jak tego ranka poznała prawdę. Po tym, jak dowie­działa się, co zro­bił.

Wziął głę­boki oddech. Nie warto się przej­mo­wać. Naj­gor­sze już minęło. Lada chwila Eva się odnaj­dzie, a on popro­wa­dzi ją do ołta­rza. Potem, po uro­czy­sto­ści, poroz­ma­wiają. Wytłu­ma­czy jej wszystko, wyja­śni, przed jak wiel­kim nie­bez­pie­czeń­stwem ich uchro­nił, a ona mu wyba­czy. Zro­zu­mie.

Kwar­tet smycz­kowy wciąż grał, a on przy­cią­gnął Paolę tro­chę bli­żej, przej­mu­jąc pro­wa­dze­nie.

-?Dzień ślubu Evy -?powtó­rzył. -?Jeden z naj­szczę­śliw­szych w naszym życiu.

Wtedy przez otwarte okien­nice wdarł się inny dźwięk, w jed­nej chwili zagłu­sza­jąc muzykę.

Zalany kolejną falą paniki Vito pod­biegł do okna, ale na dzie­dzińcu nie było nic widać. Odgłos musiał docho­dzić z innego miej­sca na wyspie. Zresztą on nie musiał tego widzieć. Dosko­nale wie­dział, co usły­szał.

To był krzyk. Wyraz nie­kwe­stio­no­wa­nego prze­ra­że­nia.

1

Robyn nie byłaby w sta­nie zli­czyć, ile razy prze­czy­tała wia­do­mość od Jess, odkąd ją otrzy­mała przed tygo­dniem. Bez pro­blemu była w sta­nie zacy­to­wać ją słowo w słowo. Nie powstrzy­mało jej to jed­nak przed bez­wied­nym się­gnię­ciem po tele­fon, pod­czas gdy prze­mie­rzali kolejną niczym się nie­wy­róż­nia­jącą wło­ską drogę, i przed ponow­nym prze­czy­ta­niem ese­mesa:

Hej, Rob, jak leci? Dawno nie gada­ły­śmy! Moja redak­torka dziś rano ogło­siła, że będzie szu­kała kogoś nowego na sta­no­wi­sko młod­szego redak­tora. Zain­te­re­so­wana? Jeśli tak, mogę jej szep­nąć słówko na twój temat. Roz­mowy kwa­li­fi­ka­cyjne będą za kilka tygo­dni. Może wysko­czymy któ­re­goś dnia na drinka? Xx

Podob­nie jak wcze­śniej, kciuk Robyn zawisł nad kla­wia­turą, a odpi­sa­nie na tę wia­do­mość wyda­wało się poza zasię­giem jej moż­li­wo­ści.

Dosko­nale zda­wała sobie sprawę, że ludzie zabi­jają się o uzy­ska­nie sta­łej posady w "Cosmo­po­li­ta­nie". Więk­szość jej daw­nych kole­gów z kursu sko­czy­łaby w ogień, by dostać taką sza­snę. A jed­nak nie mogła się do tego zmu­sić. Wszystko przez mały iry­tu­jący głos, zako­rze­niony w jej pod­świa­do­mo­ści na tyle mocno, że nie spo­sób go było uci­szyć, który w kółko szep­tał jej, że to nie ma sensu. Że nawet gdyby, jakimś cudem, udało jej się dostać tę pracę, i tak by się do niej nie nada­wała.

Odło­żyła tele­fon i wyj­rzała przez okno.

Podróż z lot­ni­ska Vil­la­franca w Wero­nie począt­kowo prze­bie­gała ruchli­wymi auto­stra­dami pośród drzew oliw­nych i wino­ro­śli, następ­nie zaś prze­je­chali przez kilka niczym nie­wy­róż­nia­ją­cych się mia­ste­czek. Mijali super­mar­kety, sta­cje ben­zy­nowe i przy­drożne hotele tak obskurne, że trudno było uwie­rzyć, że kto­kol­wiek mógłby się w nich zatrzy­mać. Teraz jed­nak, po pra­wie godzi­nie jazdy, zbli­żali się do jeziora. Droga wiła się przez gęsty las, drzewa zwie­szały się nad nią nisko, a w prze­świ­tach pomię­dzy liśćmi Robyn dostrze­gała migo­czącą świa­tłem powierzch­nię wody.

Poczuła ucisk w żołądku.

Z rodziną swo­jego chło­paka widziała się ostat­nio w cza­sach stu­denc­kich, kiedy wciąż jesz­cze żywe były jej nasto­let­nie ambi­cje poświę­ce­nia się dzien­ni­kar­stwu śled­czemu. Jego rodzice przy­je­chali wtedy do Lon­dynu na week­end, a ona dołą­czyła do nich pew­nego wie­czoru pod­czas kola­cji. To było bar­dzo stre­su­jące doświad­cze­nie, ale przy­naj­mniej nie trwało długo. Tym razem cze­kało ją o wiele trud­niej­sze spo­tka­nie. Oczy­wi­ście sytu­acji nie popra­wiała też dodat­kowa, drobna kwe­stia w postaci ślubu. Ale nawet bez tego kon­kret­nego wyzwa­nia zapo­wia­dało się to nie­ła­two. Byli za gra­nicą, w kraju, któ­rego ni­gdy nie odwie­dziła, i mieli spę­dzić razem trzy noce w luk­su­so­wej willi.

Robyn odwró­ciła się od okna i spoj­rzała na Toby'ego, który sie­dział obok niej na tyl­nym sie­dze­niu mini­vana.

Nie ode­zwał się ani sło­wem, odkąd ich samo­lot ode­rwał się od płyty lot­ni­ska w Gatwick. Samo w sobie nie było to niczym szcze­gól­nym. Czę­sto zda­rzało mu się popaść w zadumę. Ale przez cały rok ich związku ani razu nie widziała, by zastygł w takim bez­ru­chu. Zawsze przy­tu­py­wał stopą, bęb­nił pal­cami na kola­nach albo kiwał głową w rytm jakiejś wewnętrz­nej melo­dii. Teraz jed­nak ani drgnął i tylko wpa­try­wał się sze­roko otwar­tymi oczami w okno.

Robyn się­gnęła po jego dłoń.

-?Wszystko w porządku?

Przy­tak­nął i uśmiech­nął się nie­prze­ko­nu­jąco.

-?Naprawdę sądzisz, że znowu będą pró­bo­wać? -?zapy­tała. -?Wiem, jak bar­dzo two­jemu bratu zależy na tym, żebyś z nim pra­co­wał, ale to prze­cież jego ślub. Czy to nie byłaby... prze­sada?

Toby zaśmiał się głu­cho.

-?W zeszłym roku pró­bo­wali w moje uro­dziny, w Boże Naro­dze­nie i na pogrze­bie wujka Gra­hama -?odparł. -?Nie sądzę, żeby dla Lau­rence'a miało zna­cze­nie, że to dzień jego ślubu.

Robyn się skrzy­wiła.

-?Naprawdę uwa­żam, że powi­nie­neś po pro­stu powie­dzieć im, że zło­ży­łeś wnio­sek o pożyczkę. Rozu­miem, że nie pochwa­lają pomy­słu z barem, ale w ten spo­sób poka­zał­byś im, że jesteś zde­ter­mi­no­wany. Może wtedy daliby ci wresz­cie spo­kój?

Toby pokrę­cił głową.

-?Wnio­sek nie został jesz­cze nawet zaak­cep­to­wany, Rob. I praw­do­po­dob­nie nic z tego nie wyj­dzie. Nie ma sensu ich dodat­kowo roz­draż­niać.

-?A jeżeli zosta­nie ci przy­znana pożyczka? Czy to nie będzie kolejna bomba, którą będziesz musiał na nich zrzu­cić?

Nie odpo­wie­dział.

-?Gdy­byś im powie­dział... -?nie dawała za wygraną Robyn -?czy nie byliby z cie­bie cho­ciaż odro­binę dumni? Z tego, że pró­bu­jesz to zro­bić po swo­jemu?

Uśmiech­nął się po raz kolejny, jesz­cze mniej prze­ko­nu­jąco niż poprzed­nio, i pogła­dził kciu­kiem grzbiet jej dłoni.

Jechali w mil­cze­niu przez kolejną minutę. Samo­chód piął się deli­kat­nie w górę drogą pro­wa­dzącą przez las. Następ­nie ich oczom zaczęły uka­zy­wać się wille, każda z okien­ni­cami w żywych kolo­rach i tara­sem wyło­żo­nym tera­kotą.

-?A co z tobą? -?zain­te­re­so­wał się nagle Toby. -?Ja tu smęcę, a to prze­cież ty będziesz musiała sta­wić czoła cam­bridge'owskiej inkwi­zy­cji. Dobrze się czu­jesz?

Robyn przy­gry­zła wargę. Była teraz tak zde­ner­wo­wana, że zaczy­nało ją mdlić. Sta­rała się jed­nak tego po sobie nie poka­zy­wać. Toby wyda­wał się jesz­cze bar­dziej niż ona prze­ra­żony wizją spę­dze­nia tych trzech dni ze swoją rodziną. Nie chciała dokła­dać mu zmar­twień.

Samo­chód zwol­nił w tym momen­cie, jakby pra­gnąc uchro­nić ją przed koniecz­no­ścią udzie­la­nia odpo­wie­dzi, i skie­ro­wał się ku bra­mie z kutego żelaza. Pro­wa­dziła ona do dwu­pię­tro­wego budynku z sza­rego betonu i przy­ciem­nia­nego szkła, oto­czo­nego niskim murem z bia­łej cegły. Ogród fron­towy, ze żwi­ro­wym pod­jaz­dem i pal­mami w donicz­kach, wyło­żony był sztuczną trawą. Miej­sce to bez wąt­pie­nia robiło wra­że­nie, ale wyglą­dało raczej, jakby znaj­do­wało się w Beverly Hills, a nie nad brze­giem wło­skiego jeziora. Robyn była prze­ko­nana, że widok po dru­giej stro­nie willi musi być iście baj­kowy. W tej chwili jed­nak nie widziała jeziora, a całe jej pole widze­nia wypeł­niał budy­nek, niczym gniewna kamienna bary­kada, która zda­wała się chcieć zacho­wać dla sie­bie wszyst­kie kra­jo­brazy.

Jedy­nym ele­men­tem tej sce­ne­rii, który nie wyglą­dał, jakby znaj­do­wał się nie na swoim miej­scu, był jasno­czer­wony samo­chód spor­towy. Robyn ni­gdy nie inte­re­so­wała się moto­ry­za­cją, ale nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że jest to fer­rari, z wierz­ga­ją­cym srebr­nym ruma­kiem pysz­nią­cym się na środku maskow­nicy. Co wię­cej, był to naj­wy­raź­niej zabyt­kowy model, ze szkar­łat­nym nad­wo­ziem o łuko­wa­tym kształ­cie, maską sze­roką na kilka stóp i dachem opa­da­ją­cym w kie­runku tyl­nego zde­rzaka niczym grzbiet mor­skiej fali. Nawet dla nie­wpraw­nego oka Robyn jasne było, że nie jest to zwy­kły pojazd, a praw­dziwe dzieło sztuki.

Kie­rowca zga­sił sil­nik, a następ­nie wysiadł z mini­vana, aby otwo­rzyć przed Robyn drzwi. Gdy zna­la­zła się na zewnątrz, upał ude­rzył ją natych­miast z taką siłą, że zaparło jej dech w pier­siach, mimo że była czwarta po połu­dniu, więc naj­go­ręt­sza pora dnia dawno minęła. Cho­ciaż Robyn ni­gdy wcze­śniej nie była we Wło­szech, spo­dzie­wała się oczy­wi­ście, że w środku lipca będzie gorąco. Nie zda­wała sobie jed­nak sprawy, że skwar będzie aż tak inten­sywny. W ciągu kilku sekund skóra zaczęła ją piec, a powie­trze było tak gęste, że zda­wało się opa­dać jej na ramiona niczym ciężki płaszcz.

Gdy kie­rowca wyjął ich walizki z bagaż­nika, drzwi wej­ściowe do willi otwo­rzyły się i dał się sły­szeć czyjś dziar­ski głos.

-?Nie wie­rzę wła­snym oczom! Wygląda na to, że musia­łem zor­ga­ni­zo­wać ślub, aby wywa­bić mojego bra­ciszka z ukry­cia.

Robyn poświę­ciła sporo czasu na prze­stu­dio­wa­nie pro­filu Lau­rence'a Hey­wo­oda na Insta­gra­mie i już sama jego inter­ne­towa aktyw­ność dowo­dziła, jak bar­dzo róż­nił się od Toby'ego. Gdy jed­nak zoba­czyła ich razem na żywo... Lau­rence wyglą­dał, jakby wybie­rał się na Regaty Kró­lew­skie w Hen­ley, ubrany w różową koszulę, dopa­so­wane szorty i klapki. Toby nato­miast miał na sobie ciemny T-shirt, dżinsy i stare reeboki. Mimo to, patrząc na ich twa­rze, nie spo­sób było nie dostrzec podo­bień­stwa; obaj mieli pia­skowe włosy, mocno zary­so­wane kości policz­kowe i spi­cza­ste pod­bródki. Toby był cztery lata młod­szy od Lau­rence'a, ale gdyby zamie­nili się ubra­niami, można by uznać ich za bliź­nia­ków.

Lau­rence uści­snął opie­ra­ją­cego się nieco Toby'ego, po czym zwró­cił uwagę na Robyn.

-?Miło cię wresz­cie poznać -?powie­dział. -?Zaczy­na­li­śmy się już zasta­na­wiać, czy kie­dy­kol­wiek to nastąpi. Mini­van wyje­chał z powro­tem za bramę, a Lau­rence zapro­sił ich do środka. W willi dzia­łała kli­ma­ty­za­cja, i to naj­wy­raź­niej na wyso­kich obro­tach, bo pano­wał tam taki chłód, że Robyn mimo­wol­nie ode­tchnęła z ulgą.

Hol wej­ściowy był tak prze­stronny, że mie­ściło się w nim kilka sof i sto­lik kawowy. Robyn rozej­rzała się wokół, podzi­wia­jąc oszklone schody i wiszący na ścia­nie ogromny obraz abs­trak­cyjny w jaskra­wych kolo­rach. Z innego pomiesz­cze­nia sączyły się dźwięki muzyki. Nina Simone.

-?Przy­je­cha­li­ście jako pierwsi -?zawo­łał Lau­rence przez ramię. -?Lot Ste­phena jest opóź­niony. Chad­ders i Miles chyba są już w dro­dze.

-?A co z Jere­mym? -?zapy­tał Toby.

-?Wkrótce tu będzie.

Robyn spoj­rzała na Toby'ego, marsz­cząc brwi.

-?Chad­ders? -?zapy­tała pół­gło­sem.

Toby prze­wró­cił oczami.

Podą­ża­jąc za braćmi, Robyn prze­szła do otwar­tego salonu, któ­rego powierzch­nia mogła być spo­koj­nie dwu­krot­nie więk­sza niż całe jej miesz­ka­nie w Gre­en­wich. Część wypo­czyn­kową pomiesz­cze­nia zdo­biły zestaw śnież­no­bia­łych sof oraz tele­wi­zor, któ­rego ekran spo­koj­nie nada­wałby się do nie­wiel­kiego kina. Nato­miast w czę­ści wydzie­lo­nej na jadal­nię znaj­do­wał się lakie­ro­wany stół, wystar­cza­jąco duży, aby mie­ściło się przy nim dzie­sięć krze­seł z wyso­kimi opar­ciami. Roz­glą­da­jąc się za źró­dłem muzyki, Robyn zauwa­żyła, że gło­śniki zamon­to­wane są w każ­dym rogu pokoju.

Wystrój pomiesz­cze­nia nie przy­kuł jed­nak jej uwagi na długo, gdyż za oknami się­ga­ją­cymi od sufitu do pod­łogi i zaj­mu­ją­cymi całą ścianę, roz­po­ście­rał się zapie­ra­jący dech w pier­siach widok na jezioro Garda, który uka­zał się Robyn po raz pierw­szy.

Cho­ciaż czy­tała tro­chę o tym miej­scu i rzecz jasna widziała mnó­stwo zdjęć, była zupeł­nie nie­przy­go­to­wana na to, co ujrzała w rze­czy­wi­sto­ści. Jezioro roz­ciąga się na wiele mil, a przy obu jego brze­gach wzno­szą się nie­bo­siężne grzbiety jasnych skał i żywej zie­leni, niczym ściany, które zostały stwo­rzone wyłącz­nie po to, by pomie­ścić ten ogromny zbior­nik lśnią­cej wody. Robyn pode­szła do okna i zoba­czyła też leżącą poni­żej miej­sco­wość Mal­ce­sine, mozaikę dachów z tera­koty, opa­da­ją­cych w kie­runku jeziora.

Znaj­do­wał się tam rów­nież, zawie­szony nie­mal ide­al­nie mię­dzy wschod­nim a zachod­nim brze­giem, Castello Fiore.

Wyspa była nie­wielka, a zamek znaj­do­wał się tak bli­sko jeziora, że jego mury w pia­sko­wym kolo­rze wyda­wały się nie­omal wynu­rzać z wody. Robyn z zachwy­tem przy­glą­dała się wiją­cej się w górę krót­kiej ścieżce pro­wa­dzą­cej od nie­wiel­kiego molo w głąb wyspy. Nie­liczne budynki i oto­czone murami dzie­dzińce wyglą­dały jak zestaw matrio­szek goto­wych do uło­że­nia. Gdzie­nie­gdzie dało się też dostrzec plamy zie­leni, praw­do­po­dob­nie w miej­scach, gdzie na tere­nie zamku rosły drzewa. Nad wszyst­kim zaś góro­wała wieża straż­ni­cza, która z tej odle­gło­ści zda­wała się mniej­sza od zapałki.

-?To miej­sce wydaje się bar­dzo w twoim stylu -?zauwa­żył Toby.

-?Eva je wybrała -?odparł Lau­rence. -?Od dziecka chciała wziąć tu ślub. Zadzwo­niła do nich na drugi dzień po moich oświad­czy­nach i usta­liła ter­min. Skromna cere­mo­nia, tylko dla rodziny i naj­bliż­szych przy­ja­ciół. Oczy­wi­ście wie­dział­byś o tym, gdy­byś śle­dził jej konto na Insta­gra­mie. Nie­ustan­nie publi­kuje posty na temat tego miej­sca.

-?A gdzie ona teraz jest?

-?Dołą­czy do nas jutro. Wybrała się na kilka dni do domu w Bolo­nii i przy­leci tu z rodzi­cami.

W kory­ta­rzu za ich ple­cami roz­legł się odgłos kro­ków, odbi­ja­jący się echem od kamien­nych ścian. Robyn odwró­ciła się i zoba­czyła pięć­dzie­się­cio­kil­ku­let­nią kobietę wkra­cza­jącą do salonu.

Poczuła, jak całe jej ciało napina się z ner­wów. Ni­gdy nie miała oka­zji jej spo­tkać, ale widziała ją na zdję­ciach, poza tym obaj bra­cia byli do niej tak podobni, że nie ule­gało naj­mniej­szej wąt­pli­wo­ści, że to ich matka, Mar­got Hey­wood.

-?Toby -?zwró­ciła się do syna bez­na­mięt­nym tonem. -?Mogłeś wło­żyć jakąś koszulę z koł­nie­rzy­kiem.

Toby zro­bił krok w jej kie­runku, a ona nad­sta­wiła mu poli­czek do poca­ło­wa­nia.

-?Mamo -?powie­dział. -?To jest Robyn.

Mar­got Hey­wood zmie­rzyła Robyn wzro­kiem z nie­od­gad­nio­nym wyra­zem twa­rzy. Miała nie­wiele ponad pięć stóp wzro­stu, więc musiała przy tym lekko zadrzeć brodę, ale mimo to Robyn poczuła się bole­śnie skrę­po­wana. Każdy ele­ment ubioru Mar­got cecho­wał się sub­telną, lecz nie­za­prze­czalną ele­gan­cją, od błysz­czą­cych kol­czy­ków po buty na wyso­kim obca­sie. Robyn żało­wała, że nie miała czasu, by nieco się odświe­żyć, choć i tak nie sądziła, by mogło to cokol­wiek zmie­nić. Była pewna, że nie­za­leż­nie od tego, jaki strój by wybrała, nie dorów­na­łaby mamie Toby'ego, która wyglą­dała tak, jakby spo­koj­nie mogła być modelką dla Har­rodsa.

-?Dzię­kuję za zapro­sze­nie -?powie­działa. -?Miło panią poznać.

Mar­got mil­czała przez chwilę, a kąciki jej ust unio­sły się w led­wie zauwa­żal­nym uśmie­chu.

-?Napi­jesz się cze­goś? -?zapy­tała. -?Mie­li­ście długą podróż. Lau­rence może podać ci kie­li­szek wina.

-?Prze­cież oni są bar­ma­nami -?burk­nął Lau­rence. -?Więc to chyba ona powinna mi nale­wać wino.

Robyn zauwa­żyła, że Toby się skrzy­wił, ale ode­tchnęła z ulgą, bo nie zare­ago­wał na zaczepkę brata. Wdał się za to w poga­wędkę z Mar­got, opo­wia­da­jąc jej o ich locie. Lau­rence nato­miast odda­lił się do innego pomiesz­cze­nia. Robyn usły­szała dźwięk otwie­ra­nej lodówki i brzęk szkła wyj­mo­wa­nego z szafki. Po chwili wró­cił, podał jej kie­li­szek bia­łego wina i opadł na sofę.

-?Opo­wiedz nam coś o sobie, Robyn -?zwró­cił się do niej. -?Nie pra­cu­jesz chyba w tym samym barze co Toby?

-?Nie, ja pra­cuję w restau­ra­cji.

-?O, czy mogłem o niej sły­szeć?

-?Nie­wy­klu­czone. To Wil­lows w Soho.

Ski­nął głową.

-?Miłe miej­sce. Byłem tam raz z klien­tem.

Robyn napięła się lekko. Być może Toby miał rację i oni fak­tycz­nie zamie­rzali roz­ma­wiać tu na tematy zawo­dowe.

-?Tak się tylko zasta­na­wiam -?kon­ty­nu­ował -?gdzie wy się wła­ści­wie pozna­li­ście? Jeste­ście razem od roku, a Toby pra­wie nic nam o tobie nie opo­wia­dał.

-?Wyobra­ża­li­ście sobie, że spo­tka­li­śmy się na impre­zie speed dating dla bar­ma­nów?

Toby zdu­sił śmiech, lecz Lau­rence nie wyda­wał się roz­ba­wiony. Podob­nie jak Mar­got.

-?Pozna­li­śmy się przez przy­ja­ciół -?wyja­śniła Robyn. -?Cho­ciaż byłam kilka razy w barze Toby'ego i muszę powie­dzieć, że robi naj­lep­sze kok­tajle, jakie kie­dy­kol­wiek piłam.

-?Naprawdę? Może w takim razie powi­nie­nem był popro­sić go o ser­wo­wa­nie drin­ków na weselu.

Toby zro­bił kwa­śną minę. Naj­wy­raź­niej ta zło­śli­wość ubo­dła go zbyt mocno, by mógł nie zare­ago­wać.

-?Na­dal pla­nu­jesz wpu­ścić tu stada papa­raz­zich, żeby kłę­bili się po całym obiek­cie?

-?Nikt nie będzie się tu kłę­bił. Przy­sy­łają jedną foto­grafkę. Moż­liwe, że nawet nie zauwa­żysz jej obec­no­ści.

-?Wciąż nie potra­fię zro­zu­mieć, dla­czego maga­zyn zamie­rza rela­cjo­no­wać twój ślub.

-?Prze­pra­szam, czyż­byś nie zauwa­żył wło­skiego zamku? -?Lau­rence wyko­nał dło­nią gest w stronę okna. -?Redak­torka śle­dzi Evę na Insta­gra­mie i naj­wy­raź­niej posta­no­wiła zro­bić olśnie­wa­jący repor­taż z baj­ko­wego ślubu influ­en­cerki.

-?To brzmi eks­cy­tu­jąco -?wtrą­ciła Robyn.

-?O, widzisz -?odparł Lau­rence, wska­zu­jąc na nią. -?Robyn to rozu­mie. Foto­grafka zrobi mnó­stwo zdjęć, a kiedy wró­cimy do Lon­dynu, dzien­ni­karz prze­pro­wa­dzi z nami wywiad, w któ­rym opo­wiemy, jak się to wszystko odbyło. "Lon­don Living" zali­czy wzrost sprze­daży dzięki fanom Evy, a ona z kolei będzie mogła pochwa­lić się światu, że cza­so­pi­smo o zasięgu ogól­no­kra­jo­wym rela­cjo­no­wało jej ślub. Wszy­scy na tym zyskają.

-?To zupełny brak klasy. -?Głos Mar­got był jak stal, a jej słowa wybrzmiały z taką mocą, że przez kilka sekund Lau­rence zda­wał się kom­plet­nie roz­bro­jony. Ostroż­nie obró­cił w dło­niach kie­li­szek wina, a w powie­trzu zawi­sła bole­sna cisza.

-?Gdzie jest nasz pokój? -?zapy­tał Toby.

-?Na pię­trze, po lewej stro­nie -?odparł Lau­rence, a z jego głosu ule­ciał wszelki entu­zjazm. -?Dru­gie drzwi po pra­wej.

Toby ski­nął głową, a następ­nie wziął Robyn za rękę i popro­wa­dził ją z powro­tem na kory­tarz.

-?Na twoim łóżku leży koperta -?zawo­łał za nim Lau­rence. -?Wykaz obo­wiąz­ków służ­bo­wych, o któ­rych powin­ni­śmy poroz­ma­wiać, skoro już tu jeste­śmy.

Toby natych­miast zesztyw­niał z napię­cia.

-?Ile razy zamie­rzasz do tego wra­cać, Lau­rence?

-?Tak wiele, aż wresz­cie to do cie­bie dotrze. Tata zało­żył tę firmę dla nas. Nie tylko po to, byśmy ją odzie­dzi­czyli, ale też żeby­śmy ją roz­bu­do­wy­wali. Aby się roz­wi­jała. To twoja odpo­wie­dzial­ność. Twoja i moja.

-?HCM pro­spe­ruje dosko­nale beze mnie.

-?A czym zamie­rzasz się w takim razie zaj­mo­wać?

Toby nie odpo­wie­dział i wbił wzrok w pod­łogę.

-?Chyba nie masz wciąż żalu o ten cho­lerny bar? -?zapy­tał Lau­rence. - Toby, daj spo­kój. Mama nie wyda­łaby ci wcze­śniej two­jej czę­ści spadku po to, żebyś go zmar­no­wał na...

-?Zmar­no­wał? To nie miała być jakaś pod­rzędna spe­luna. Gdy­byś tylko spoj­rzał na stwo­rzone przeze mnie plany, zoba­czył miej­sce, które zna­la­złem, wie­dział­byś, jak eks­klu­zywny miał być to lokal.

-?Dość. -?Mar­got nie musiała pod­no­sić głosu. Sam jej ton wystar­czył, by obaj bra­cia zamil­kli. -?Nie będziemy teraz tego roz­trzą­sać.

Robyn spoj­rzała na Toby'ego. Przez cały rok ich związku ni­gdy nie widziała go tak zre­zy­gno­wa­nego.

-?Mar­got... -?zaczęła ostroż­nie. -?Wiem, że być może nie powin­nam się wtrą­cać, ale naprawdę myślę, że warto byłoby, aby przej­rzała pani biz­ne­splan przy­go­to­wany przez Toby'ego. Wło­żył w niego mnó­stwo pracy i jestem pewna, że roz­wia­łoby to nie­które z waszych obaw w związku z...

-?Daj spo­kój, Robyn -?syk­nął Lau­rence.

-?Ja chcę tylko powie­dzieć, że...

-?A ja mówię, żebyś dała spo­kój. To sprawa rodzinna.

Toby zro­bił krok do przodu, krzy­wiąc się ze zło­ści. Robyn ści­snęła jego dłoń, by zatrzy­mać go w miej­scu. Zapa­dła gro­bowa cisza, którą w końcu prze­rwała Mar­got, pod­no­sząc kie­li­szek do ust z taką swo­bodą, że Robyn zasta­na­wiała się, czy zauwa­żyła, jak bli­sko wymiany cio­sów byli jej syno­wie.

-?Przy­kro mi, Toby -?powie­działa. -?Ale nie zmie­nię zda­nia.

On zaś nic na to nie odpo­wie­dział, tylko odwró­cił się i popro­wa­dził Robyn w stronę kory­ta­rza. Ani Lau­rence, ani Mar­got nie ode­zwali się, by ich zawró­cić, ale Robyn z każ­dym kro­kiem czuła na ple­cach ich świ­dru­jący wzrok.

2

Zna­leźli swój pokój, w któ­rym -?zgod­nie z zapo­wie­dzią -?na łóżku cze­kała na nich koperta z nadru­ko­waną nazwą firmy Hey­wood Capi­tal Mana­ge­ment. Toby wyrzu­cił ją bez otwie­ra­nia do kosza na śmieci.

Robyn utkwiła w nim spoj­rze­nie pełne poczu­cia winy.

-?Prze­pra­szam. Mogłam się nie wtrą­cać. Nie chcia­łam pogor­szyć sytu­acji.

-?To ich wina, nie twoja. -?Uśmiech­nął się nie­wy­raź­nie. -?Ale chyba teraz rozu­miesz, dla­czego nie chcę im mówić o pożyczce. Choć­bym pro­wa­dził naj­le­piej pro­spe­ru­jący, naj­bar­dziej eks­klu­zywny kok­tajl­bar na świe­cie, dopóki będę nale­wał ludziom drinki, oni będą twier­dzić, że mar­nuję sobie życie. Nie zależy mi na prze­ko­ny­wa­niu ich, że sobie pora­dzę, a już tym bar­dziej na tym, by byli ze mnie dumni.

-?Na czym więc ci zależy?

Toby zawa­hał się i zamy­ślił na chwilę.

-?Lau­rence ni­gdy tego nie zro­zu­mie -?powie­dział powoli. -?W jego mnie­ma­niu jeśli nie pra­cuję dla HCM, to tak jak­bym pluł na grób taty. I wiesz co? Nie­wy­klu­czone, że tata by się z tym zgo­dził. Ale byłem taki młody, kiedy umarł... Dla Lau­rence'a to zna­czy coś wię­cej. Był bar­dzo zwią­zany z ojcem. Jed­nak ja nie zamie­rzam poświę­cić życia na próby zado­wo­le­nia kogoś, kogo led­wie pamię­tam.

-?Czy to z tego powodu tak bar­dzo nie cier­pia­łeś Rush­worth?

Toby jesz­cze moc­niej zmarsz­czył czoło.

-?Chyba tak. To też wyglą­dało ina­czej w przy­padku Lau­rence'a. W tej szkole każ­dego dnia powta­rzają ci, że zasłu­gu­jesz na to, by tam być, ze względu na to, kim jest twoja rodzina. Kim są twoi rodzice. Lau­rence wie­rzył w to wszystko. Ale ja nie wie­dzia­łem, kim tak naprawdę był mój tata. Przez długi czas po jego śmierci mama nawet o nim nie wspo­mi­nała. Więc jedyne, czego byłem świa­domy, to że każdy dzień spę­dzam z trzy­stoma dzie­cia­kami w mun­dur­kach, z któ­rych każde wie­rzy, że uro­dziło się, by zostać pre­mie­rem. Jesz­cze zanim stam­tąd odsze­dłem, wie­dzia­łem, że chcę robić coś innego. Coś, co byłoby moje.

Robyn ski­nęła głową.

-?Czy oni naprawdę nie oglą­dali pla­nów baru, które spo­rzą­dzi­łeś?

-?Nawet na nie nie spoj­rzeli. Przy­go­to­wa­łem pre­zen­ta­cję w Power­Po­in­cie, Robyn. Dla mojej wła­snej rodziny. W pie­przo­nym Power­Po­in­cie. Ale mama nawet nie chciała o tym sły­szeć.

Robyn zamil­kła na chwilę, a gdy się ode­zwała, sta­ran­nie ważyła każde słowo.

-?A czy nie mógł­byś po pro­stu pocze­kać z otwar­ciem baru do trzy­dziestki? Wtedy otrzy­masz spa­dek po ojcu, prawda? Wtedy nie mia­łoby już zna­cze­nia, co myśli na ten temat twoja mama; nie mogłaby dłu­żej blo­ko­wać ci dostępu do tych pie­nię­dzy, nawet gdyby chciała.

-?To dopiero za trzy lata. Nie mogę cze­kać tak długo. Poza tym jakaś część mnie nie chce teraz ich pie­nię­dzy. Wiem, że brzmi to, jak­bym był nie­wdzięczny. Naprawdę. Ale może wła­śnie w tym rzecz. Nie cho­dzi o to, żeby poka­zać im, że jestem w sta­nie to zro­bić. Cho­dzi o udo­wod­nie­nie tego samemu sobie.

Minęły pra­wie dwie godziny, zanim wró­cili na dół. Ruszyli, dopiero gdy usły­szeli, że przy­byli druż­bo­wie, a Toby uznał, że odgłosy muzyki i śmie­chów odbi­ja­ją­cych się echem po scho­dach są na tyle gło­śne, że Lau­rence będzie zbyt roz­pro­szony, by zapy­tać go o HCM, i że wypada, aby dołą­czyli do reszty towa­rzy­stwa.

W salo­nie Ninę Simone zastą­pił Calvin Har­ris, a dźwięki syn­te­za­to­rów sączyły się z gło­śni­ków w każ­dym rogu pokoju. Przez pano­ra­miczne okno Robyn zoba­czyła, że Lau­rence stoi przy base­nie na patio w towa­rzy­stwie dwóch innych mło­dych męż­czyzn, popi­ja­jąc butel­ko­wane piwo.

-?To Cha­dwick i Miles -?wyja­śnił Toby. -?Rasowi absol­wenci Rush­worth. Cha­dwick stu­dio­wał zarzą­dza­nie glo­bal­nym biz­ne­sem na LSE, a teraz pra­cuje w branży tech­no­lo­gicz­nej, cokol­wiek to zna­czy. Miles jest spad­ko­biercą impe­rium jubi­ler­skiego. Na razie zaj­muje się bran­din­giem, wybie­ra­niem mode­lek, influ­en­ce­rów, tego typu rze­czami. Ale pew­nego dnia będzie zarzą­dzał całą firmą.

-?Dzi­wię się w takim razie, że nie pra­co­wał z Evą.

-?Pra­co­wał. Jak myślisz, w jaki spo­sób ona i Lau­rence się poznali?

Robyn prze­nio­sła spoj­rze­nie na czwar­tego męż­czy­znę, który stał w pew­nej odle­gło­ści i wystu­ki­wał coś na kla­wia­tu­rze tele­fonu ze wzro­kiem wle­pio­nym w ekran.

-?A to kto?

-?Ste­phen. Drużba Lau­rence'a.

-?On też jest z Rush­worth?

-?To szcze­gólny przy­pa­dek. Co roku przyj­mują kil­koro uczniów w ramach sty­pen­dium. Chcą w ten spo­sób poka­zać światu, że nie są tak eks­klu­zywni, jak wszy­scy sądzą.

Zanim zdą­żyła zadać Toby'emu kolejne pyta­nia, pod­szedł do nich star­szy męż­czy­zna. Jego aku­rat Robyn roz­po­znała. Toby nie­chęt­nie dzie­lił się z nią infor­ma­cjami na temat swo­jej rodziny pod­czas pierw­szych mie­sięcy ich związku, więc przej­rzała stronę inter­ne­tową HCM, aby spraw­dzić, czy uda jej się cze­go­kol­wiek stam­tąd dowie­dzieć. Męż­czy­zną, który teraz do nich pod­szedł, był ojciec chrzestny Lau­rence'a, Jeremy Lam­bo­urne.

Przy­glą­dała mu się, nie mogąc wyjść ze zdu­mie­nia. To była praw­do­po­dob­nie jedyna osoba, którą kie­dy­kol­wiek spo­tkała, a która na żywo wyglą­dała dokład­nie tak, jak na zdję­ciu -?od oku­la­rów w gru­bych opraw­kach spo­czy­wa­ją­cych na wysmu­kłym nosie po spo­kojny, nie­wzru­szony wyraz twa­rzy. Zda­wał się grubo po sześć­dzie­siątce, miał schlud­nie zacze­sane ciem­no­szare włosy, a ubrany był -?ze względu na upał -?w jasną lnianą mary­narkę. W oczach Robyn spra­wiał wra­że­nie wypie­lę­gno­wa­nego stra­cha na wró­ble. W dłoni trzy­mał kie­li­szek wina, choć wyglą­dało na to, że jesz­cze go nie skosz­to­wał.

-?Miło cię widzieć, Toby -?prze­mó­wił chłodno, wycią­ga­jąc do niego rękę. -?A to musi być Robyn. -?Nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, uści­snął rów­nież jej dłoń. -?Mam nadzieję, że podróż dobrze wam minęła.

-?Tak, dzię­ku­jemy. A tobie?

Jeremy odchrząk­nął.

-?Zanim dołą­czy­cie do reszty, chcia­łem tylko powie­dzieć, że wiem o wyka­zie obo­wiąz­ków, o któ­rym wspo­mniał ci Lau­rence. Powin­ni­śmy to omó­wić. Rozu­miem, że nie czu­łeś się wcze­śniej na to gotowy, ale w HCM dzieje się mnó­stwo eks­cy­tu­ją­cych rze­czy i twój ojciec z pew­no­ścią chciałby, żebyś był w to wszystko zaan­ga­żo­wany. Mam nadzieję, że uda nam się przy­naj­mniej poroz­ma­wiać.

Wymu­szony uśmiech Toby'ego nieco przy­gasł.

-?Może po ślu­bie. Nie wydaje mi się, żeby teraz był naj­wła­ściw­szy moment.

Jeremy nic nie odpo­wie­dział, a wyraz jego twa­rzy pozo­stał nie­od­gad­niony. Po chwili nie­zręcz­nej ciszy ponow­nie uści­snął dłoń Toby'ego, jesz­cze raz zapew­nił, że miło go widzieć, a następ­nie wyszedł na zewnątrz i dołą­czył do Mar­got przy sto­liku na patio.

-?Jest bar­dzo kon­kretny -?zauwa­żyła Robyn.

-?Zawsze taki był. Zasta­na­wiam się, co mówi to na temat mojego taty, że jego przy­ja­cie­lem był ktoś taki jak Jeremy.

-?Czy on jest też twoim ojcem chrzest­nym?

Toby pokrę­cił głową.

-?Nie, tylko Lau­rence'a. Mój też był absol­wen­tem Rush­worth, ale prze­pro­wa­dził się do Hong­kongu, gdy byłem dziec­kiem. Nie mam poję­cia, co póź­niej się z nim działo. Prawdę mówiąc, nawet nie pamię­tam, jak wygląda.

-?A Jeremy jest pre­ze­sem HCM, prawda?

-?For­mal­nie tak. Ale w rze­czy­wi­sto­ści to on wszyst­kim zarzą­dza. Może i Lau­rence jest twa­rzą HCM, ale uwierz mi, to Jeremy jest jej mózgiem.

-?Czy Lau­rence też tak to widzi?

Toby prych­nął.

-?Powi­nien. Bez Jeremy'ego miałby prze­rą­bane. Ale tak było od zawsze. Gdy Lau­rence narobi bała­ganu, choćby nie wiem jak masa­krycz­nego, Jeremy wkra­cza do akcji, pociąga za odpo­wied­nie sznurki i spra­wia, że wszyst­kie pro­blemy zni­kają.

Robyn była w sta­nie to sobie wyobra­zić. Zauwa­żyła nutkę gory­czy w gło­sie Toby'ego, więc zapy­tała, siląc się na moż­li­wie bez­tro­ski ton:

-?Masz ochotę na drinka?

-?Och, tak. Zaraz nam je przy­niosę.

-?Ja się tym zajmę. Ty idź poga­dać z Lau­rence'em. -?Widząc, że zamie­rza zapro­te­sto­wać, lekko unio­sła głos. -?To jego ślub, Toby. To twój brat. Jeśli nie spę­dzisz z nim tro­chę czasu w ten week­end, ni­gdy ci tego nie wyba­czy. No już. Wiem, że teraz nie masz na to ochoty, ale póź­niej będziesz zado­wo­lony.

Toby zgo­dził się nie­chęt­nie, a Robyn prze­szła z salonu do rów­nie impo­nu­ją­cej kuchni. Wszyst­kie blaty wyko­nane były z czar­nego mar­muru, a szafki z ele­ganc­kiego drewna sosno­wego. Przez chwilę stała, przy­wo­łu­jąc w myślach roz­pa­da­jące się domki kem­pin­gowe, w któ­rych spę­dzała w dzie­ciń­stwie waka­cje z rodzi­cami. To był inny świat i z chwili na chwilę coraz bar­dziej nara­stało w niej poczu­cie, że do niego nie pasuje.

Wycią­gnęła butelkę różo­wego wina z prze­past­nej lodówki i zaczęła roz­glą­dać się po szaf­kach w poszu­ki­wa­niu kie­lisz­ków.

-?Nad eks­pre­sem do kawy.

Odwró­ciła się na dźwięk nie­zna­nego głosu i ujrzała sto­jącą w skle­pio­nym przej­ściu młodą kobietę w luź­nej sukience w kwiaty. Zda­wała się nieco star­sza od Robyn, mogła mieć może z trzy­dzie­ści lat. Miała usiane pie­gami policzki i jasne włosy upięte w kok.

-?Widzia­łam, jak Mar­got je stam­tąd wycią­gała kilka minut temu - wyja­śniła z cie­płym uśmie­chem. -?Jestem Abi­gail. A ty pew­nie jesteś dziew­czyną Toby'ego.

-?Robyn -?odparła, uno­sząc brew. -?A ty jesteś tu z...

-?Jestem żoną Ste­phena.

Robyn skie­ro­wała się w stronę eks­presu do kawy, który wyglą­dał, jakby mógł kosz­to­wać tyle, ile wyno­siła jej mie­sięczna pen­sja w barze. Otwo­rzyła górną szafkę, w któ­rej fak­tycz­nie znaj­do­wało się kil­ka­na­ście równo usta­wio­nych kie­lisz­ków.

-?Nalać ci wina?

-?Chcia­ła­bym, ale nie mogę. -?Abi­gail poło­żyła dłoń na brzu­chu. -?Jestem w czwar­tym mie­siącu. Nie ma w lodówce jakiejś lemo­niady? Mam na nią straszną ochotę.

Robyn pokrę­ciła głową.

-?Widzia­łam tylko wodę gazo­waną. Może być? Mogę dodać do niej kro­plę soku poma­rań­czo­wego?

-?Och, fan­ta­stycz­nie.

Robyn się­gnęła więc z powro­tem do lodówki i zabrała się do przy­go­to­wy­wa­nia napoju.

-?Chłopcy dobrze cię trak­tują? -?zapy­tała Abi­gail. -?Te dzie­ciaki z Rush­worth potra­fią czło­wieka onie­śmie­lić. Kiedy pierw­szy raz spo­tka­łam Cha­dwicka i Milesa, mia­łam wra­że­nie, że mówimy w róż­nych języ­kach.

-?Wła­ści­wie to jesz­cze ich nie pozna­łam.

-?W takim razie możemy pójść tam razem. Nie zno­szę być jedyną kobietą w towa­rzy­stwie, gdy ci dwaj się spo­ty­kają. Zacho­wują się, jakby znów mieli po trzy­na­ście lat i miesz­kali w swoim inter­na­cie.

-?A Ste­phen taki nie jest?

-?Oj, skądże. W prze­ciw­nym razie raczej bym za niego nie wyszła. - Uśmiech­nęła się ponow­nie, się­gnęła po swoją szklankę z wodą gazo­waną i wska­zała w stronę wyj­ścia.

-?To, co, idziemy? Przed­sta­wię cię.

Prze­mie­rzyły salon i wyszły na patio. Zbli­żał się już wie­czór, a słońce zawi­sło na tyle nisko, by oświe­tlić szczyty gór po prze­ciw­nej stro­nie jeziora. Tem­pe­ra­tura była teraz o wiele przy­jem­niej­sza niż po połu­dniu. Robyn sły­szała śpiew pta­ków w oko­licz­nych lasach i odle­gły zgiełk mia­sta.

Zauwa­żyła, że Toby'ego i Lau­rence'a nie ma z resztą chło­pa­ków, rozej­rzała się więc i dostrze­gła ich na dru­gim końcu patio.

-?Zaraz wra­cam -?powie­działa do Abi­gail, uno­sząc kie­liszki. -?Podam tylko wino Toby'emu.

Idąc przez patio, poczuła, że jej zde­ner­wo­wa­nie zaczyna nieco ustę­po­wać. Nie liczyła na to, że kie­dy­kol­wiek zdoła się tu poczuć jak w domu, ale miała silne prze­czu­cie, że uda jej się zaprzy­jaź­nić z Abi­gail. Pomy­ślała też, że może spró­bo­wać raz jesz­cze zro­bić dobre wra­że­nie, skoro w pobliżu są druż­bo­wie Lau­rence'a.

Jej rosnący opty­mizm został jed­nak szybko zdu­szony, kiedy zbli­żyła się do braci i jej uszu dobie­gły strzępki ich roz­mowy.

-?Słu­chaj -?mówił Lau­rence. -?Nie możesz pozwo­lić, żeby tobą mani­pu­lo­wała. Wygląda na miłą dziew­czynę, ale jeśli zachęca cię, żebyś brnął dalej w ten sza­lony pomysł otwar­cia jakie­goś baru, to naj­wy­raź­niej ma na cie­bie zły wpływ.

-?Zły wpływ? -?obu­rzył się Toby. -?To mocne słowa, bio­rąc pod uwagę to, co Eva ci kazała...

Dostrze­gł­szy Robyn, Toby urwał zda­nie w poło­wie. Lau­rence zmarsz­czył brwi i podą­żył wzro­kiem za spoj­rze­niem brata, zasta­na­wia­jąc się, co odwró­ciło jego uwagę. Na widok Robyn skrzy­wił się, następ­nie przy­gryzł wargę i naj­wy­raź­niej uznał, że roz­mowa dobie­gła końca, bo skie­ro­wał się ponow­nie w stronę Cha­dwicka i Milesa. -?Prze­pra­szam -?powie­działa Robyn, gdy tylko znik­nął z pola widze­nia. - Chcia­łam ci tylko to podać.

Toby wziął od niej jeden z kie­lisz­ków, a następ­nie splótł palce ich dłoni i zło­żył poca­łu­nek na jej czole.

-?Nie masz za co prze­pra­szać -?powie­dział. -?To było tylko typowe glę­dze­nie Lau­rence'a. Chcesz wró­cić do środka?

Robyn pokrę­ciła głową.

-?Powin­ni­śmy dołą­czyć do reszty. Ukry­wa­jąc się w pokoju, raczej nie zdo­łam prze­ko­nać do sie­bie two­jej rodziny.

Już z odle­gło­ści kilku stóp poczuła zapach wody po gole­niu. Gdy pode­szli bli­żej, zauwa­żyła złoty zega­rek na nad­garstku Cha­dwicka i naszyj­nik z pereł na szyi Milesa. Obaj byli ubrani w kwie­ci­ste koszule i luźne szorty. Cha­dwick miał sta­ran­nie wysty­li­zo­waną brodę i desi­gner­skie oku­lary. Miles nato­miast był gładko ogo­lony, z głę­boką opa­le­ni­zną i śnież­no­bia­łymi zębami. O żad­nym z nich nie można było powie­dzieć, że jest nie­atrak­cyjny. Jed­nak ich spo­sób bycia, przy­po­mi­na­jący -?jak słusz­nie zauwa­żyła Abi­gail -?zacho­wa­nie trzy­na­sto­lat­ków w inter­na­cie, zda­wał się co naj­mniej odpy­cha­jący. Ste­phen stał obok nich w towa­rzy­stwie Abi­gail. Uśmiech­nął się w odpo­wie­dzi na jakiś żart Cha­dwicka, choć Robyn odnio­sła wra­że­nie, że był to raczej wymu­szony gry­mas. Gdy pode­szli bli­żej, Miles wsu­nął tele­fon do kie­szeni.

-?No dobra -?powie­dział. -?Tak­sówka już jedzie.

-?Wybie­rasz się gdzieś? -?zapy­tał Toby.

-?Wysko­czę do mia­sta na jakieś drinki i szamę. Dołą­czysz?

Toby spoj­rzał pyta­jąco na Robyn. Nic nie jadła od czasu wylotu z Gatwick i myśl o restau­ra­cji wyda­wała jej się bar­dzo kusząca. Chcąc jed­nak pozo­wać na wylu­zo­waną przed przy­ja­ciółmi Lau­rence'a, wzru­szyła non­sza­lancko ramio­nami.

-?Jasne, nie zaszko­dzi rozej­rzeć się po oko­licy. Może uda nam się nawet przyj­rzeć zam­kowi z bli­ska.

-?Łaaa! -?Sły­sząc, jak Robyn wyma­wia słowo "zamek", Cha­dwick zro­bił krok w tył i wyszcze­rzył zęby w sze­ro­kim uśmie­chu. -?Cho­lera jasna, Toby. Nie ostrze­głeś nas, że ona jest z pół­nocy. Nie jestem szcze­piony.

Toby rzu­cił mu posępne spoj­rze­nie, ale Robyn unio­sła rękę, zmu­sza­jąc się do śmie­chu.

-?Tak, to prawda, przy­znaję się do winy. Ale nie ma powodu do paniki. Miesz­kam w Lon­dy­nie od osiem­na­stego roku życia, więc obę­dzie się bez szcze­pień.

-?Czy to dia­lekt York­shire? -?chciał wie­dzieć Miles. -?Lan­ca­shire.

-?Szkoda. Cał­kiem lubię York­shire. A czym się zaj­mu­jesz?

Zanim zdą­żyła odpo­wie­dzieć, do roz­mowy włą­czył się Lau­rence.

-?Pra­cuje w branży winiar­skiej.

-?Naprawdę? -?Miles uniósł brew, zacie­ka­wiony. -?U kogoś, o kim mogli­śmy sły­szeć?

Robin poczuła, że sto­jący obok niej Toby tężeje, więc chwy­ciła go za rękę.

-?Pra­cuję w Wil­lows. W Soho.

-?Jesteś tam mene­dżerką?

-?Bar­manką.

Powie­działa to, siląc się na moż­li­wie bez­tro­ski ton. Mimo to Miles prze­wró­cił oczami.

-?Na litość boską, Lau­rence.

-?No już dobrze, dobrze -?powie­dział Lau­rence. -?Jestem okrutny. Tak, Robyn pra­cuje jako bar­manka. Ale zamie­rza kie­dyś zostać dzien­ni­karką.

-?Pla­nuje pisać dla "Grimsby Times", jak mnie­mam? -?zapy­tał Miles.

-?Albo dla "Big Issue" -?dodał Cha­dwick.

Męż­czyźni ponow­nie zanie­śli się śmie­chem. Tym razem jed­nak Robyn nie wie­działa, co odpo­wie­dzieć. Posłała Toby'emu zasko­czone spoj­rze­nie, cał­ko­wi­cie zbita z tropu tym, że wszy­scy sły­szeli o jej stu­diach dzien­ni­kar­skich.

-?Dość -?ode­zwał się Toby z wyczu­walną w gło­sie ostrą nutą. Jeżeli jed­nak druż­bo­wie nawet to zauwa­żyli, nie dali nic po sobie poznać. - Powie­dzia­łem, dość. Lau­rence, każ im prze­stać.

Lau­rence wzru­szył lekko ramio­nami i uśmiech­nął się drwiąco, bio­rąc łyk piwa pro­sto z butelki.

-?Ale w czym rzecz? Wydaje mi się, że Robyn świet­nie by się nada­wała do "Grimsby Times".

Toby wark­nął, wykrzy­wia­jąc usta w gry­ma­sie wście­kło­ści.

-?Chodź -?zwró­cił się do Robyn, cią­gnąc ją za rękę.

-?Dobra, cze­kaj -?powie­dział ostro Lau­rence. -?Daj spo­kój. To tylko żart, Toby. Nie musisz się tak naje­żać.

Zmarsz­czył brwi i wycią­gnął z kie­szeni wibru­jący tele­fon z roz­świe­tlo­nym ekra­nem.

-?Eva? -?zain­te­re­so­wał się Cha­dwick.

-?Klient. Wybit­nie namolny.

-?Nie możesz go spła­wić?

-?Jasna sprawa. Ste­phen -?zwró­cił się do swo­jego drużby Lau­rence. - Prze­dzwoń do niego, co? Będzie się do mnie dobi­jał, dopóki ktoś z nim nie poroz­ma­wia.

Ste­phen się zawa­hał, a Robyn dostrze­gła na jego twa­rzy z tru­dem skry­waną iry­ta­cję. Jeżeli jed­nak nawet był sfru­stro­wany, nie dał tego po sobie poznać. Ski­nął głową pota­ku­jąco i wyjął swój tele­fon, posy­ła­jąc Abi­gail nie­wy­raźny uśmiech, któ­rego ta jed­nak nie odwza­jem­niła.

-?Ale tak poważ­nie, Robyn -?kon­ty­nu­ował Lau­rence. -?Jestem cie­kaw. Dla­czego nie jesteś dzien­ni­karką? -?Słu­cham?

-?Nie sądzę, żebyś chciała stać za barem do końca życia. Niby dla­czego mia­ła­byś to robić? Toby mówi, że stu­dio­wa­łaś dzien­ni­kar­stwo. Zasta­na­wiam się więc, dla­czego nie pra­cu­jesz w zawo­dzie?

-?To... -?Zawa­hała się, bole­śnie zda­jąc sobie sprawę, że wszyst­kie spoj­rze­nia są teraz skie­ro­wane na nią. Miała nawet wra­że­nie, że Mar­got i Jeremy mogą nasłu­chi­wać jej odpo­wie­dzi z dru­giego końca patio. - Pla­no­wa­łam zostać dzien­ni­karką. Kie­dyś naprawdę bar­dzo tego chcia­łam. Ale oka­zało się, że to jed­nak nie dla mnie.

-?Dla­czego?

-?Słu­cham?

-?No cóż, po pro­stu to chyba strata czasu, prawda? Zada­wać sobie trud, by się cze­goś nauczyć, a póź­niej tego nie robić.

-?Ja... -?Robyn spoj­rzała bez­rad­nie na Toby'ego. Był wście­kły.

-?Opo­wiedz nam coś o tym repor­tażu, Lau­rence -?włą­czyła się do roz­mowy Abi­gail. -?Czy foto­grafka będzie z nami przez cały dzień?

-?Pocze­kaj -?odparł Lau­rence. -?Nie zmie­niajmy tematu. Chcę wie­dzieć, co Robyn zamie­rza zro­bić ze swoim życiem. Stu­dio­wa­łaś dzien­ni­kar­stwo, ale nie pra­cu­jesz w tym zawo­dzie. Więc jaki masz plan? Chcesz pra­co­wać w barze Toby'ego?

-?Naprawdę nie wiem.

Przez kilka sekund Toby i Lau­rence mie­rzyli się spoj­rze­niem, a wiszące w powie­trzu napię­cie było tak wyczu­walne, że nawet Cha­dwick i Miles zda­wali się zakło­po­tani. Bra­cia ode­rwali od sie­bie wzrok dopiero na dobie­ga­jący sprzed willi dźwięk sil­nika i chrzę­stu opon na żwi­rze.

-?Tak­sówka -?oznaj­mił wesoło Miles. -?Dopi­jaj­cie drinki, chło­paki.

Grupka zaczęła się szybko roz­cho­dzić, opróż­nia­jąc kie­liszki i wkła­da­jąc klapki.

-?Jedziemy z nimi? -?zapy­tała Robyn.

Toby nie odpo­wie­dział. Stał tylko, wpa­tru­jąc się w tył głowy odda­la­ją­cego się Lau­rence'a.

Bli­ska roz­pa­czy Robyn napo­tkała spoj­rze­nie Mar­got sto­ją­cej po prze­ciw­nej stro­nie patio. Zda­jąc sobie sprawę, że ta ich obser­wuje, posłała jej deli­katny uśmiech. Roz­cza­ro­wała się jed­nak, jeśli liczyła na to, że Mar­got go odwza­jemni. Z wypi­sa­nym na twa­rzy wyra­zem ledwo skry­wa­nej pogardy, odwró­ciła się z powro­tem do Jeremy'ego, a Robyn poczuła gulę w gar­dle, uświa­do­miw­szy sobie, jak fatal­nie prze­biega ten pierw­szy wie­czór.