Gdy uszu Stephena Daltona dobiegł krzyk, on i pan młody stali już od
kilku minut na miejscu ceremonii w oczekiwaniu na przybycie panny
młodej.
Laurence nie wydawał się w najmniejszym stopniu zaniepokojony tym
opóźnieniem i dla zabicia czasu gawędził wesoło z mistrzem ceremonii.
Jakim cudem był tak spokojny? Stephen był tylko drużbą, a jednak to
odstępstwo od harmonogramu sprawiło, że czuł się bardziej podenerwowany
niż przed własnym ślubem.
Ale taki właśnie był Laurence. W ciągu długich lat ich znajomości ani
razu nie pokazał po sobie strachu. Stephen pomyślał z ukłuciem goryczy,
że taki jest efekt życia z rozciągniętą pod stopami siatką
bezpieczeństwa utkaną z czystego złota.
Słońce zaczynało prażyć coraz mocniej. Castello Fiore znajdowało się na
niewielkim wzniesieniu. Od nabrzeża do bramy prowadziła w górę krótka
ścieżka, a po wejściu do środka trzeba było jeszcze pokonać strome
wiekowe schody, aby dostać się na taras, na którym miała odbyć się
ceremonia. Rozciągający się stamtąd widok zapierał dech w piersiach.
Niecałą milę dalej, na najbliższym brzegu, dało się dojrzeć dachy kryte
dachówką i pastelowe budynki, które leżały niczym w niecce u podnóża
niebosiężnych górskich szczytów. Jeśli zaś chodzi o wodę... Podczas lotu
do Werony Stephen przeczytał, że jezioro Garda ma około trzydziestu
czterech mil długości. Jednak gdy zobaczył je na żywo, wydało mu się, że
jego olśniewająco turkusowa powierzchnia ciągnie się w nieskończoność,
aż w końcu, gdzieś na granicy horyzontu, woda i niebo zlewają się po
prostu w jedno.
Od frontowej strony tarasu umieszczono niewielki baldachim ocieniający
stół przykryty śnieżnobiałym obrusem wraz z siedziskami dla państwa
młodych i mistrza ceremonii. To właśnie pod tym baldachimem stali teraz
Stephen i Laurence. Goście nie mieli tyle szczęścia -?ich krzesła
wystawione były na lejący się z nieba żar południowego słońca. Twarze
niektórych spośród obecnych osób, zwłaszcza tych o anglosaskich
korzeniach, przybierały niepokojący odcień czerwieni. Jednak nawet po
Włochach siedzących po przeciwnej stronie tarasu widać było oznaki
zmęczenia. Światło odbijało się od oprawek ich designerskich okularów
przeciwsłonecznych, a na czołach połyskiwały kropelki potu.
Stephen rozejrzał się po niewielkiej grupie zgromadzonych gości i napotkał spojrzenie Abigail. Posłał żonie delikatny uśmiech, ta jednak
go nie odwzajemniła. Nie winił jej za to. Cieszył się, że udało mu się
przynajmniej odwieść ją od pomysłu powrotu do domu.
Odwrócił się i spojrzał na jezioro. Kwartet smyczkowy zaczął już grać, ale muzyka nie była w stanie odwrócić uwagi gości od coraz bardziej nieznośnego upału. Laurence uśmiechnął się do niego, a Stephen zdał sobie sprawę, że odpłynął myślami na dobrą minutę lub dwie. Zmusił się do uśmiechu, po czym zerknął na zegarek. Dziesięć minut spóźnienia.
Co ta Eva wyprawia, do cholery? Przecież nie mogła się zgubić po drodze;
już z samego rana przybyła na wyspę wraz ze swoimi druhnami. Czyżby
zmieniła zdanie? Stchórzyła?
Najprawdopodobniej jednak po prostu przedłużyła się sesja fotograficzna.
W końcu Eva miała znaleźć się na okładce magazynu. Nie zawahałaby się
ani chwili nad zmuszeniem ich wszystkich do czekania w tym upale, jeśli
dzięki temu udałoby się uchwycić idealny kadr, zanim powiedzą sobie z Laurence'em sakramentalne "tak".
Poczuł nagły przypływ goryczy i bardziej niż kiedykolwiek wcześniej
zapragnął, by Laurence i Eva nigdy się nie poznali. Nawet w czasach
szkolnych miał wrażenie, że z Laurence'em łączy go relacja bardziej
biznesowa niż przyjacielska. Zazwyczaj to on odwalał całą robotę, a Laurence przypisywał sobie zasługi. Nie był to układ idealny, ale
Stephen nie narzekał. Miał możliwość uczęszczać do Rushworth tylko
dzięki stypendium, które szkoła przyznawała biedniejszym uczniom, aby
udawać mniej elitarną, więc to, że Laurence od pierwszych dni obdarzył
go sympatią, jawiło mu się niczym dar niebios. Podobnie wyglądało to po
studiach, gdy dzięki protekcji Laurence'a został zatrudniony w firmie
Heywoodów zarządzającej funduszami hedgingowymi.
Dopiero gdy na horyzoncie pojawiła się Eva, wszystko zaczęło się psuć.
Laurence, pragnąc się jej przypodobać, zaczął wtedy ulegać swoim
najmroczniejszym impulsom.
Stephen ponownie się rozejrzał i dostrzegł fotografkę, która stała u szczytu schodów prowadzących na taras. Zmarszczył brwi. To oznaczało, że nie była z Evą. A w takim razie...
Nie potrafił zapanować nad falą paniki. Coś było nie tak. Sam nie
wiedział, o co chodzi, ale był pewien, że dzieje się coś złego.
Delikatna bryza owiała taras, wywołując głośne westchnienia ulgi kilku gości. Właśnie wtedy ich uszu dobiegł ten odgłos. Dochodził z daleka, ale bez wątpienia z wyspy. Jego źródło znajdowało się wewnątrz zamku.
Harper Bale siedziała sama na tyłach zgromadzenia, gdy usłyszała krzyk.
Powinna była towarzyszyć fotografce, upewniając się, że ta ma wszystko,
czego potrzebuje. W końcu w takim celu się tu znalazła. Nie jako gość.
Eva nigdy nie pomyślałaby, by wystosować takie zaproszenie do swojej
skromnej agentki. Jak zawsze rola Harper ograniczała się do asystowania
jej.
Rozejrzała się po tarasie, przyglądając się usianej płatkami róż alejce,
rozciągającej się pomiędzy szpalerem gości, drużbom w lnianych
garniturach i panoramie jeziora. Harper powinna być zachwycona. Zdjęcia
bez wątpienia wyjdą oszałamiająco. Ale w tym momencie miała na głowie
większe zmartwienia niż artykuł w magazynie.
Po wszystkich tych wysiłkach, które włożyła w pomoc Evie Bianchi... Tyle
pracy. Tyle stresu. Tyle czasu. Harper wstawiła się za Evą, kiedy
agencja chciała ją zwolnić. Harowała dniami i nocami, by uratować jej
reputację, kiedy żadna marka nie chciała nawiązać z nią współpracy. Gdy
Eva jednym niszczycielskim uderzeniem naiwności prawie doprowadziła
swoją karierę do ruiny, to Harper własnymi rękami ją odbudowała.
Teraz bardzo tego żałowała, bo zdała sobie sprawę, że Eva nie wykazuje
wobec niej żadnej wdzięczności.
Harper zawsze wiedziała, że Eva nie docenia jej wysiłków. Niekiedy
podejrzewała nawet, że ta kobieta nie jest w pełni świadoma, jak wiele
agentka dla niej robi. Ale nigdy, w żadnym momencie, nie przypuszczała,
że może nie mieć bladego pojęcia o tym, że grozi jej zwolnienie.
Wzięła głęboki oddech, starając się za wszelką cenę powstrzymać atak
paniki.
Popełniła błąd. W złości straciła panowanie nad sobą. Jedyne, co teraz
jej pozostawało, to udawać, że nie ma o niczym pojęcia. Poczeka, aż ktoś
inny zauważy, co się stało, a następnie zrobi wszystko, by sprawiać
wrażenie nieświadomej całej sytuacji. A jeśli jednak jakimś cudem jej
wina wyjdzie na jaw -?jeśli zostanie zdemaskowana -?będzie musiała
błagać o litość. Eva ją zdradziła. Lekceważyła ją od dawna i nie
doceniała jej wysiłków. Czy w takiej sytuacji można ją winić za
niefortunną decyzję podjętą w afekcie?
Harper wachlowała się programem uroczystości, zupełnie nieprzygotowana
na bezlitosny lipcowy upał. Spojrzała zazdrośnie w stronę baldachimu, w którego cieniu stał Laurence ze swoim drużbą, wesoło gawędząc z mistrzem
ceremonii. Przez chwilę zazdrościła nawet jego matce kapelusza z rondem
tak szerokim, że równie dobrze mogłaby siedzieć z parasolem na głowie.
Mrużąc oczy, rozglądała się po jeziorze, wypatrując łodzi, którymi
wszyscy przybyli na wyspę. Wiedziała jednak, że to daremne. Od stałego
lądu dzieliła ich zaledwie mila, czyli nie więcej niż piętnaście minut
drogi. Łodzie wróciły do portu już co najmniej pół godziny temu. Nie
zobaczy ich ponownie aż do północy, kiedy przypłyną, by odebrać ich po
zakończeniu przyjęcia.
Zaklęła pod nosem. Nie dało się stąd wydostać w żaden inny sposób.
Wyjęła telefon i sprawdziła godzinę. Eva spóźniała się już prawie
dziesięć minut. Prychnęła. W ogóle jej to nie dziwiło; Eva jak nic
spóźni się kiedyś na własny pogrzeb. Jednak teraz niech już ktoś inny
się tym martwi. Ona zamierzała upewnić się tylko, że fotografka jest
zadowolona i tyle. Od dziś koniec z nadskakiwaniem Evie Bianchi.
Gdy rozległ się krzyk, który przeszył taras wraz z falą nagłego powiewu chłodnego powietrza, Harper gwałtownie podniosła wzrok. Muzycy przestali grać, a ona natychmiast zapomniała o sesji zdjęciowej. Przestała nawet odczuwać upał, a krew zastygła jej w żyłach.
Vito Bianchi panikował już od kilku minut.
-?Znaleźli ją? -?zapytał ostro. -?Gdzie jest?
-?Lada moment ją znajdą, signore -?uspokajała organizatorka wesela. -
Wyspa jest mała. Nie ma wielu miejsc, w które mogła udać się pańska
córka, a wszystkie trzy druhny jej szukają. Jestem pewna, że za kilka
minut będziemy mogli rozpocząć ceremonię.
-?Nie denerwuj się, amore -?zwróciła się do niego Paola. -?Wiesz, ile
znaczy dla niej ten magazyn. Pewnie po prostu robi sobie kolejne
zdjęcie.
Zmusił się do uśmiechu. Jego żonie łatwo było zachować spokój. Nie miała
pojęcia o kłótni, do której doszło tego ranka między nim a Evą. Ani o tym, że wraz z resztą gości na wyspę zakradło się dwóch przestępców.
Ale przynajmniej było już po wszystkim. Postąpił dokładnie tak, jak
kazali; być może był to najgorszy czyn, jakiego kiedykolwiek się
dopuścił. Jeżeli jednak dotrzymają słowa, wreszcie zostawią go w spokoju. Ciągłe nękanie. Groźby pod adresem jego rodziny. To wszystko
miało się wreszcie skończyć.
Podszedł do okna i otworzył okiennice. Z tarasu płynęła muzyka, wypełniając znajdujący się poniżej dziedziniec. -?Fottuto inferno -?wyszeptał. -?Gdzie ona jest?
-?Vito... -?Paola położyła mu rękę na ramieniu. -?To tylko kilka minut
spóźnienia. Nic wielkiego.
Spojrzał jej w oczy, ale nie był w stanie wydusić z siebie ani słowa.
Przez cały rok tak dobrze udawało mu się ukrywać przed nią ich kłopoty.
Wszystkimi możliwymi sposobami, prośbą i groźbą, starał się trzymać
dłużników z dala od ich drzwi.
-?Masz rację -?odparł w końcu. -?Oczywiście.
Żona chwyciła go za ręce i zaczęła kołysać się w rytm odległych dźwięków
kwartetu smyczkowego.
-?To ślub Evy -?powiedziała, uśmiechając się do niego. -?Naszej
pierworodnej córki. Będziemy kiedyś wspominać ten dzień jako jeden z najszczęśliwszych w naszym życiu.
Kołysał się razem z nią, pozwalając, by go prowadziła. Jeden z najszczęśliwszych dni w ich życiu... Zastanawiał się, czy Eva nadal tak
uważa, po tym, jak tego ranka poznała prawdę. Po tym, jak dowiedziała
się, co zrobił.
Wziął głęboki oddech. Nie warto się przejmować. Najgorsze już minęło.
Lada chwila Eva się odnajdzie, a on poprowadzi ją do ołtarza. Potem, po
uroczystości, porozmawiają. Wytłumaczy jej wszystko, wyjaśni, przed jak
wielkim niebezpieczeństwem ich uchronił, a ona mu wybaczy. Zrozumie.
Kwartet smyczkowy wciąż grał, a on przyciągnął Paolę trochę bliżej,
przejmując prowadzenie.
-?Dzień ślubu Evy -?powtórzył. -?Jeden z najszczęśliwszych w naszym
życiu.
Wtedy przez otwarte okiennice wdarł się inny dźwięk, w jednej chwili
zagłuszając muzykę.
Zalany kolejną falą paniki Vito podbiegł do okna, ale na dziedzińcu nie
było nic widać. Odgłos musiał dochodzić z innego miejsca na wyspie.
Zresztą on nie musiał tego widzieć. Doskonale wiedział, co usłyszał.
To był krzyk. Wyraz niekwestionowanego przerażenia.
1
Robyn nie byłaby w stanie zliczyć, ile razy przeczytała wiadomość od
Jess, odkąd ją otrzymała przed tygodniem. Bez problemu była w stanie
zacytować ją słowo w słowo. Nie powstrzymało jej to jednak przed
bezwiednym sięgnięciem po telefon, podczas gdy przemierzali kolejną
niczym się niewyróżniającą włoską drogę, i przed ponownym przeczytaniem
esemesa:
Hej, Rob, jak leci? Dawno nie gadałyśmy! Moja redaktorka dziś rano
ogłosiła, że będzie szukała kogoś nowego na stanowisko młodszego
redaktora. Zainteresowana? Jeśli tak, mogę jej szepnąć słówko na twój
temat. Rozmowy kwalifikacyjne będą za kilka tygodni. Może wyskoczymy
któregoś dnia na drinka? Xx
Podobnie jak wcześniej, kciuk Robyn zawisł nad klawiaturą, a odpisanie
na tę wiadomość wydawało się poza zasięgiem jej możliwości.
Doskonale zdawała sobie sprawę, że ludzie zabijają się o uzyskanie stałej posady w "Cosmopolitanie". Większość jej dawnych kolegów z kursu skoczyłaby w ogień, by dostać taką szasnę. A jednak nie mogła się do tego zmusić. Wszystko przez mały irytujący głos, zakorzeniony w jej podświadomości na tyle mocno, że nie sposób go było uciszyć, który w kółko szeptał jej, że to nie ma sensu. Że nawet gdyby, jakimś cudem, udało jej się dostać tę pracę, i tak by
się do niej nie nadawała.
Odłożyła telefon i wyjrzała przez okno.
Podróż z lotniska Villafranca w Weronie początkowo przebiegała
ruchliwymi autostradami pośród drzew oliwnych i winorośli, następnie zaś
przejechali przez kilka niczym niewyróżniających się miasteczek. Mijali
supermarkety, stacje benzynowe i przydrożne hotele tak obskurne, że
trudno było uwierzyć, że ktokolwiek mógłby się w nich zatrzymać. Teraz
jednak, po prawie godzinie jazdy, zbliżali się do jeziora. Droga wiła
się przez gęsty las, drzewa zwieszały się nad nią nisko, a w prześwitach
pomiędzy liśćmi Robyn dostrzegała migoczącą światłem powierzchnię wody.
Poczuła ucisk w żołądku.
Z rodziną swojego chłopaka widziała się ostatnio w czasach studenckich,
kiedy wciąż jeszcze żywe były jej nastoletnie ambicje poświęcenia się
dziennikarstwu śledczemu. Jego rodzice przyjechali wtedy do Londynu na
weekend, a ona dołączyła do nich pewnego wieczoru podczas kolacji. To
było bardzo stresujące doświadczenie, ale przynajmniej nie trwało długo.
Tym razem czekało ją o wiele trudniejsze spotkanie. Oczywiście sytuacji
nie poprawiała też dodatkowa, drobna kwestia w postaci ślubu. Ale nawet
bez tego konkretnego wyzwania zapowiadało się to niełatwo. Byli za
granicą, w kraju, którego nigdy nie odwiedziła, i mieli spędzić razem
trzy noce w luksusowej willi.
Robyn odwróciła się od okna i spojrzała na Toby'ego, który siedział obok
niej na tylnym siedzeniu minivana.
Nie odezwał się ani słowem, odkąd ich samolot oderwał się od płyty
lotniska w Gatwick. Samo w sobie nie było to niczym szczególnym. Często
zdarzało mu się popaść w zadumę. Ale przez cały rok ich związku ani razu
nie widziała, by zastygł w takim bezruchu. Zawsze przytupywał stopą,
bębnił palcami na kolanach albo kiwał głową w rytm jakiejś wewnętrznej
melodii. Teraz jednak ani drgnął i tylko wpatrywał się szeroko otwartymi
oczami w okno.
Robyn sięgnęła po jego dłoń.
-?Wszystko w porządku?
Przytaknął i uśmiechnął się nieprzekonująco.
-?Naprawdę sądzisz, że znowu będą próbować? -?zapytała. -?Wiem, jak
bardzo twojemu bratu zależy na tym, żebyś z nim pracował, ale to
przecież jego ślub. Czy to nie byłaby... przesada?
Toby zaśmiał się głucho.
-?W zeszłym roku próbowali w moje urodziny, w Boże Narodzenie i na
pogrzebie wujka Grahama -?odparł. -?Nie sądzę, żeby dla Laurence'a miało
znaczenie, że to dzień jego ślubu.
Robyn się skrzywiła.
-?Naprawdę uważam, że powinieneś po prostu powiedzieć im, że złożyłeś
wniosek o pożyczkę. Rozumiem, że nie pochwalają pomysłu z barem, ale w ten sposób pokazałbyś im, że jesteś zdeterminowany. Może wtedy daliby ci
wreszcie spokój?
Toby pokręcił głową.
-?Wniosek nie został jeszcze nawet zaakceptowany, Rob. I prawdopodobnie
nic z tego nie wyjdzie. Nie ma sensu ich dodatkowo rozdrażniać.
-?A jeżeli zostanie ci przyznana pożyczka? Czy to nie będzie kolejna
bomba, którą będziesz musiał na nich zrzucić?
Nie odpowiedział.
-?Gdybyś im powiedział... -?nie dawała za wygraną Robyn -?czy nie byliby z ciebie chociaż odrobinę dumni? Z tego, że próbujesz to zrobić po
swojemu?
Uśmiechnął się po raz kolejny, jeszcze mniej przekonująco niż
poprzednio, i pogładził kciukiem grzbiet jej dłoni.
Jechali w milczeniu przez kolejną minutę. Samochód piął się delikatnie w górę drogą prowadzącą przez las. Następnie ich oczom zaczęły ukazywać
się wille, każda z okiennicami w żywych kolorach i tarasem wyłożonym
terakotą.
-?A co z tobą? -?zainteresował się nagle Toby. -?Ja tu smęcę, a to
przecież ty będziesz musiała stawić czoła cambridge'owskiej inkwizycji.
Dobrze się czujesz?
Robyn przygryzła wargę. Była teraz tak zdenerwowana, że zaczynało ją
mdlić. Starała się jednak tego po sobie nie pokazywać. Toby wydawał się
jeszcze bardziej niż ona przerażony wizją spędzenia tych trzech dni ze
swoją rodziną. Nie chciała dokładać mu zmartwień.
Samochód zwolnił w tym momencie, jakby pragnąc uchronić ją przed
koniecznością udzielania odpowiedzi, i skierował się ku bramie z kutego
żelaza. Prowadziła ona do dwupiętrowego budynku z szarego betonu i przyciemnianego szkła, otoczonego niskim murem z białej cegły. Ogród
frontowy, ze żwirowym podjazdem i palmami w doniczkach, wyłożony był
sztuczną trawą. Miejsce to bez wątpienia robiło wrażenie, ale wyglądało
raczej, jakby znajdowało się w Beverly Hills, a nie nad brzegiem
włoskiego jeziora. Robyn była przekonana, że widok po drugiej stronie
willi musi być iście bajkowy. W tej chwili jednak nie widziała jeziora,
a całe jej pole widzenia wypełniał budynek, niczym gniewna kamienna
barykada, która zdawała się chcieć zachować dla siebie wszystkie
krajobrazy.
Jedynym elementem tej scenerii, który nie wyglądał, jakby znajdował się
nie na swoim miejscu, był jasnoczerwony samochód sportowy. Robyn nigdy
nie interesowała się motoryzacją, ale nie ulegało wątpliwości, że jest
to ferrari, z wierzgającym srebrnym rumakiem pyszniącym się na środku
maskownicy. Co więcej, był to najwyraźniej zabytkowy model, ze
szkarłatnym nadwoziem o łukowatym kształcie, maską szeroką na kilka stóp
i dachem opadającym w kierunku tylnego zderzaka niczym grzbiet morskiej
fali. Nawet dla niewprawnego oka Robyn jasne było, że nie jest to zwykły
pojazd, a prawdziwe dzieło sztuki.
Kierowca zgasił silnik, a następnie wysiadł z minivana, aby otworzyć
przed Robyn drzwi. Gdy znalazła się na zewnątrz, upał uderzył ją
natychmiast z taką siłą, że zaparło jej dech w piersiach, mimo że była
czwarta po południu, więc najgorętsza pora dnia dawno minęła. Chociaż
Robyn nigdy wcześniej nie była we Włoszech, spodziewała się oczywiście,
że w środku lipca będzie gorąco. Nie zdawała sobie jednak sprawy, że
skwar będzie aż tak intensywny. W ciągu kilku sekund skóra zaczęła ją
piec, a powietrze było tak gęste, że zdawało się opadać jej na ramiona
niczym ciężki płaszcz.
Gdy kierowca wyjął ich walizki z bagażnika, drzwi wejściowe do willi
otworzyły się i dał się słyszeć czyjś dziarski głos.
-?Nie wierzę własnym oczom! Wygląda na to, że musiałem zorganizować
ślub, aby wywabić mojego braciszka z ukrycia.
Robyn poświęciła sporo czasu na przestudiowanie profilu Laurence'a Heywooda na Instagramie i już sama jego internetowa aktywność dowodziła,
jak bardzo różnił się od Toby'ego. Gdy jednak zobaczyła ich razem na
żywo... Laurence wyglądał, jakby wybierał się na Regaty Królewskie w Henley, ubrany w różową koszulę, dopasowane szorty i klapki. Toby
natomiast miał na sobie ciemny T-shirt, dżinsy i stare reeboki. Mimo to,
patrząc na ich twarze, nie sposób było nie dostrzec podobieństwa; obaj
mieli piaskowe włosy, mocno zarysowane kości policzkowe i spiczaste
podbródki. Toby był cztery lata młodszy od Laurence'a, ale gdyby
zamienili się ubraniami, można by uznać ich za bliźniaków.
Laurence uścisnął opierającego się nieco Toby'ego, po czym zwrócił uwagę
na Robyn.
-?Miło cię wreszcie poznać -?powiedział. -?Zaczynaliśmy się już zastanawiać, czy kiedykolwiek to nastąpi. Minivan wyjechał z powrotem za bramę, a Laurence zaprosił ich do środka.
W willi działała klimatyzacja, i to najwyraźniej na wysokich obrotach,
bo panował tam taki chłód, że Robyn mimowolnie odetchnęła z ulgą.
Hol wejściowy był tak przestronny, że mieściło się w nim kilka sof i stolik kawowy. Robyn rozejrzała się wokół, podziwiając oszklone schody i wiszący na ścianie ogromny obraz abstrakcyjny w jaskrawych kolorach. Z innego pomieszczenia sączyły się dźwięki muzyki. Nina Simone.
-?Przyjechaliście jako pierwsi -?zawołał Laurence przez ramię. -?Lot
Stephena jest opóźniony. Chadders i Miles chyba są już w drodze.
-?A co z Jeremym? -?zapytał Toby.
-?Wkrótce tu będzie.
Robyn spojrzała na Toby'ego, marszcząc brwi.
-?Chadders? -?zapytała półgłosem.
Toby przewrócił oczami.
Podążając za braćmi, Robyn przeszła do otwartego salonu, którego
powierzchnia mogła być spokojnie dwukrotnie większa niż całe jej
mieszkanie w Greenwich. Część wypoczynkową pomieszczenia zdobiły zestaw
śnieżnobiałych sof oraz telewizor, którego ekran spokojnie nadawałby się
do niewielkiego kina. Natomiast w części wydzielonej na jadalnię
znajdował się lakierowany stół, wystarczająco duży, aby mieściło się
przy nim dziesięć krzeseł z wysokimi oparciami. Rozglądając się za
źródłem muzyki, Robyn zauważyła, że głośniki zamontowane są w każdym
rogu pokoju.
Wystrój pomieszczenia nie przykuł jednak jej uwagi na długo, gdyż za
oknami sięgającymi od sufitu do podłogi i zajmującymi całą ścianę,
rozpościerał się zapierający dech w piersiach widok na jezioro Garda,
który ukazał się Robyn po raz pierwszy.
Chociaż czytała trochę o tym miejscu i rzecz jasna widziała mnóstwo
zdjęć, była zupełnie nieprzygotowana na to, co ujrzała w rzeczywistości.
Jezioro rozciąga się na wiele mil, a przy obu jego brzegach wznoszą się
niebosiężne grzbiety jasnych skał i żywej zieleni, niczym ściany, które
zostały stworzone wyłącznie po to, by pomieścić ten ogromny zbiornik
lśniącej wody. Robyn podeszła do okna i zobaczyła też leżącą poniżej
miejscowość Malcesine, mozaikę dachów z terakoty, opadających w kierunku
jeziora.
Znajdował się tam również, zawieszony niemal idealnie między wschodnim a zachodnim brzegiem, Castello Fiore.
Wyspa była niewielka, a zamek znajdował się tak blisko jeziora, że jego
mury w piaskowym kolorze wydawały się nieomal wynurzać z wody. Robyn z zachwytem przyglądała się wijącej się w górę krótkiej ścieżce
prowadzącej od niewielkiego molo w głąb wyspy. Nieliczne budynki i otoczone murami dziedzińce wyglądały jak zestaw matrioszek gotowych do
ułożenia. Gdzieniegdzie dało się też dostrzec plamy zieleni,
prawdopodobnie w miejscach, gdzie na terenie zamku rosły drzewa. Nad
wszystkim zaś górowała wieża strażnicza, która z tej odległości zdawała
się mniejsza od zapałki.
-?To miejsce wydaje się bardzo w twoim stylu -?zauważył Toby.
-?Eva je wybrała -?odparł Laurence. -?Od dziecka chciała wziąć tu ślub.
Zadzwoniła do nich na drugi dzień po moich oświadczynach i ustaliła
termin. Skromna ceremonia, tylko dla rodziny i najbliższych przyjaciół.
Oczywiście wiedziałbyś o tym, gdybyś śledził jej konto na Instagramie.
Nieustannie publikuje posty na temat tego miejsca.
-?A gdzie ona teraz jest?
-?Dołączy do nas jutro. Wybrała się na kilka dni do domu w Bolonii i przyleci tu z rodzicami.
W korytarzu za ich plecami rozległ się odgłos kroków, odbijający się
echem od kamiennych ścian. Robyn odwróciła się i zobaczyła
pięćdziesięciokilkuletnią kobietę wkraczającą do salonu.
Poczuła, jak całe jej ciało napina się z nerwów. Nigdy nie miała okazji
jej spotkać, ale widziała ją na zdjęciach, poza tym obaj bracia byli do
niej tak podobni, że nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że to ich
matka, Margot Heywood.
-?Toby -?zwróciła się do syna beznamiętnym tonem. -?Mogłeś włożyć jakąś
koszulę z kołnierzykiem.
Toby zrobił krok w jej kierunku, a ona nadstawiła mu policzek do
pocałowania.
-?Mamo -?powiedział. -?To jest Robyn.
Margot Heywood zmierzyła Robyn wzrokiem z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
Miała niewiele ponad pięć stóp wzrostu, więc musiała przy tym lekko
zadrzeć brodę, ale mimo to Robyn poczuła się boleśnie skrępowana. Każdy
element ubioru Margot cechował się subtelną, lecz niezaprzeczalną
elegancją, od błyszczących kolczyków po buty na wysokim obcasie. Robyn
żałowała, że nie miała czasu, by nieco się odświeżyć, choć i tak nie
sądziła, by mogło to cokolwiek zmienić. Była pewna, że niezależnie od
tego, jaki strój by wybrała, nie dorównałaby mamie Toby'ego, która
wyglądała tak, jakby spokojnie mogła być modelką dla Harrodsa.
-?Dziękuję za zaproszenie -?powiedziała. -?Miło panią poznać.
Margot milczała przez chwilę, a kąciki jej ust uniosły się w ledwie
zauważalnym uśmiechu.
-?Napijesz się czegoś? -?zapytała. -?Mieliście długą podróż. Laurence
może podać ci kieliszek wina.
-?Przecież oni są barmanami -?burknął Laurence. -?Więc to chyba ona
powinna mi nalewać wino.
Robyn zauważyła, że Toby się skrzywił, ale odetchnęła z ulgą, bo nie
zareagował na zaczepkę brata. Wdał się za to w pogawędkę z Margot,
opowiadając jej o ich locie. Laurence natomiast oddalił się do innego
pomieszczenia. Robyn usłyszała dźwięk otwieranej lodówki i brzęk szkła
wyjmowanego z szafki. Po chwili wrócił, podał jej kieliszek białego wina
i opadł na sofę.
-?Opowiedz nam coś o sobie, Robyn -?zwrócił się do niej. -?Nie pracujesz
chyba w tym samym barze co Toby?
-?Nie, ja pracuję w restauracji.
-?O, czy mogłem o niej słyszeć?
-?Niewykluczone. To Willows w Soho.
Skinął głową.
-?Miłe miejsce. Byłem tam raz z klientem.
Robyn napięła się lekko. Być może Toby miał rację i oni faktycznie
zamierzali rozmawiać tu na tematy zawodowe.
-?Tak się tylko zastanawiam -?kontynuował -?gdzie wy się właściwie
poznaliście? Jesteście razem od roku, a Toby prawie nic nam o tobie nie
opowiadał.
-?Wyobrażaliście sobie, że spotkaliśmy się na imprezie speed dating
dla barmanów?
Toby zdusił śmiech, lecz Laurence nie wydawał się rozbawiony. Podobnie
jak Margot.
-?Poznaliśmy się przez przyjaciół -?wyjaśniła Robyn. -?Chociaż byłam
kilka razy w barze Toby'ego i muszę powiedzieć, że robi najlepsze
koktajle, jakie kiedykolwiek piłam.
-?Naprawdę? Może w takim razie powinienem był poprosić go o serwowanie
drinków na weselu.
Toby zrobił kwaśną minę. Najwyraźniej ta złośliwość ubodła go zbyt
mocno, by mógł nie zareagować.
-?Nadal planujesz wpuścić tu stada paparazzich, żeby kłębili się po
całym obiekcie?
-?Nikt nie będzie się tu kłębił. Przysyłają jedną fotografkę. Możliwe,
że nawet nie zauważysz jej obecności.
-?Wciąż nie potrafię zrozumieć, dlaczego magazyn zamierza relacjonować
twój ślub.
-?Przepraszam, czyżbyś nie zauważył włoskiego zamku? -?Laurence wykonał
dłonią gest w stronę okna. -?Redaktorka śledzi Evę na Instagramie i najwyraźniej postanowiła zrobić olśniewający reportaż z bajkowego ślubu
influencerki.
-?To brzmi ekscytująco -?wtrąciła Robyn.
-?O, widzisz -?odparł Laurence, wskazując na nią. -?Robyn to rozumie.
Fotografka zrobi mnóstwo zdjęć, a kiedy wrócimy do Londynu, dziennikarz
przeprowadzi z nami wywiad, w którym opowiemy, jak się to wszystko
odbyło. "London Living" zaliczy wzrost sprzedaży dzięki fanom Evy, a ona
z kolei będzie mogła pochwalić się światu, że czasopismo o zasięgu
ogólnokrajowym relacjonowało jej ślub. Wszyscy na tym zyskają.
-?To zupełny brak klasy. -?Głos Margot był jak stal, a jej słowa
wybrzmiały z taką mocą, że przez kilka sekund Laurence zdawał się
kompletnie rozbrojony. Ostrożnie obrócił w dłoniach kieliszek wina, a w powietrzu zawisła bolesna cisza.
-?Gdzie jest nasz pokój? -?zapytał Toby.
-?Na piętrze, po lewej stronie -?odparł Laurence, a z jego głosu uleciał
wszelki entuzjazm. -?Drugie drzwi po prawej.
Toby skinął głową, a następnie wziął Robyn za rękę i poprowadził ją z powrotem na korytarz.
-?Na twoim łóżku leży koperta -?zawołał za nim Laurence. -?Wykaz
obowiązków służbowych, o których powinniśmy porozmawiać, skoro już tu
jesteśmy.
Toby natychmiast zesztywniał z napięcia.
-?Ile razy zamierzasz do tego wracać, Laurence?
-?Tak wiele, aż wreszcie to do ciebie dotrze. Tata założył tę firmę dla
nas. Nie tylko po to, byśmy ją odziedziczyli, ale też żebyśmy ją
rozbudowywali. Aby się rozwijała. To twoja odpowiedzialność. Twoja i moja.
-?HCM prosperuje doskonale beze mnie.
-?A czym zamierzasz się w takim razie zajmować?
Toby nie odpowiedział i wbił wzrok w podłogę.
-?Chyba nie masz wciąż żalu o ten cholerny bar? -?zapytał Laurence. -
Toby, daj spokój. Mama nie wydałaby ci wcześniej twojej części spadku po
to, żebyś go zmarnował na...
-?Zmarnował? To nie miała być jakaś podrzędna speluna. Gdybyś tylko
spojrzał na stworzone przeze mnie plany, zobaczył miejsce, które
znalazłem, wiedziałbyś, jak ekskluzywny miał być to lokal.
-?Dość. -?Margot nie musiała podnosić głosu. Sam jej ton wystarczył, by
obaj bracia zamilkli. -?Nie będziemy teraz tego roztrząsać.
Robyn spojrzała na Toby'ego. Przez cały rok ich związku nigdy nie
widziała go tak zrezygnowanego.
-?Margot... -?zaczęła ostrożnie. -?Wiem, że być może nie powinnam się
wtrącać, ale naprawdę myślę, że warto byłoby, aby przejrzała pani
biznesplan przygotowany przez Toby'ego. Włożył w niego mnóstwo pracy i jestem pewna, że rozwiałoby to niektóre z waszych obaw w związku z...
-?Daj spokój, Robyn -?syknął Laurence.
-?Ja chcę tylko powiedzieć, że...
-?A ja mówię, żebyś dała spokój. To sprawa rodzinna.
Toby zrobił krok do przodu, krzywiąc się ze złości. Robyn ścisnęła jego dłoń, by zatrzymać go w miejscu. Zapadła grobowa cisza, którą w końcu przerwała Margot, podnosząc
kieliszek do ust z taką swobodą, że Robyn zastanawiała się, czy
zauważyła, jak blisko wymiany ciosów byli jej synowie.
-?Przykro mi, Toby -?powiedziała. -?Ale nie zmienię zdania.
On zaś nic na to nie odpowiedział, tylko odwrócił się i poprowadził Robyn w stronę korytarza. Ani Laurence, ani Margot nie odezwali się, by ich zawrócić, ale Robyn z każdym krokiem czuła na plecach ich świdrujący wzrok.
2
Znaleźli swój pokój, w którym -?zgodnie z zapowiedzią -?na łóżku czekała
na nich koperta z nadrukowaną nazwą firmy Heywood Capital Management.
Toby wyrzucił ją bez otwierania do kosza na śmieci.
Robyn utkwiła w nim spojrzenie pełne poczucia winy.
-?Przepraszam. Mogłam się nie wtrącać. Nie chciałam pogorszyć sytuacji.
-?To ich wina, nie twoja. -?Uśmiechnął się niewyraźnie. -?Ale chyba
teraz rozumiesz, dlaczego nie chcę im mówić o pożyczce. Choćbym
prowadził najlepiej prosperujący, najbardziej ekskluzywny koktajlbar na
świecie, dopóki będę nalewał ludziom drinki, oni będą twierdzić, że
marnuję sobie życie. Nie zależy mi na przekonywaniu ich, że sobie
poradzę, a już tym bardziej na tym, by byli ze mnie dumni.
-?Na czym więc ci zależy?
Toby zawahał się i zamyślił na chwilę.
-?Laurence nigdy tego nie zrozumie -?powiedział powoli. -?W jego
mniemaniu jeśli nie pracuję dla HCM, to tak jakbym pluł na grób taty. I wiesz co? Niewykluczone, że tata by się z tym zgodził. Ale byłem taki
młody, kiedy umarł... Dla Laurence'a to znaczy coś więcej. Był bardzo
związany z ojcem. Jednak ja nie zamierzam poświęcić życia na próby
zadowolenia kogoś, kogo ledwie pamiętam.
-?Czy to z tego powodu tak bardzo nie cierpiałeś Rushworth?
Toby jeszcze mocniej zmarszczył czoło.
-?Chyba tak. To też wyglądało inaczej w przypadku Laurence'a. W tej
szkole każdego dnia powtarzają ci, że zasługujesz na to, by tam być, ze
względu na to, kim jest twoja rodzina. Kim są twoi rodzice. Laurence
wierzył w to wszystko. Ale ja nie wiedziałem, kim tak naprawdę był mój
tata. Przez długi czas po jego śmierci mama nawet o nim nie wspominała.
Więc jedyne, czego byłem świadomy, to że każdy dzień spędzam z trzystoma
dzieciakami w mundurkach, z których każde wierzy, że urodziło się, by
zostać premierem. Jeszcze zanim stamtąd odszedłem, wiedziałem, że chcę
robić coś innego. Coś, co byłoby moje.
Robyn skinęła głową.
-?Czy oni naprawdę nie oglądali planów baru, które sporządziłeś?
-?Nawet na nie nie spojrzeli. Przygotowałem prezentację w PowerPoincie,
Robyn. Dla mojej własnej rodziny. W pieprzonym PowerPoincie. Ale mama
nawet nie chciała o tym słyszeć.
Robyn zamilkła na chwilę, a gdy się odezwała, starannie ważyła każde
słowo.
-?A czy nie mógłbyś po prostu poczekać z otwarciem baru do trzydziestki?
Wtedy otrzymasz spadek po ojcu, prawda? Wtedy nie miałoby już znaczenia,
co myśli na ten temat twoja mama; nie mogłaby dłużej blokować ci dostępu
do tych pieniędzy, nawet gdyby chciała.
-?To dopiero za trzy lata. Nie mogę czekać tak długo. Poza tym jakaś
część mnie nie chce teraz ich pieniędzy. Wiem, że brzmi to, jakbym był
niewdzięczny. Naprawdę. Ale może właśnie w tym rzecz. Nie chodzi o to,
żeby pokazać im, że jestem w stanie to zrobić. Chodzi o udowodnienie
tego samemu sobie.
Minęły prawie dwie godziny, zanim wrócili na dół. Ruszyli, dopiero gdy
usłyszeli, że przybyli drużbowie, a Toby uznał, że odgłosy muzyki i śmiechów odbijających się echem po schodach są na tyle głośne, że
Laurence będzie zbyt rozproszony, by zapytać go o HCM, i że wypada, aby
dołączyli do reszty towarzystwa.
W salonie Ninę Simone zastąpił Calvin Harris, a dźwięki syntezatorów
sączyły się z głośników w każdym rogu pokoju. Przez panoramiczne okno
Robyn zobaczyła, że Laurence stoi przy basenie na patio w towarzystwie
dwóch innych młodych mężczyzn, popijając butelkowane piwo.
-?To Chadwick i Miles -?wyjaśnił Toby. -?Rasowi absolwenci Rushworth.
Chadwick studiował zarządzanie globalnym biznesem na LSE, a teraz
pracuje w branży technologicznej, cokolwiek to znaczy. Miles jest
spadkobiercą imperium jubilerskiego. Na razie zajmuje się brandingiem,
wybieraniem modelek, influencerów, tego typu rzeczami. Ale pewnego dnia
będzie zarządzał całą firmą.
-?Dziwię się w takim razie, że nie pracował z Evą.
-?Pracował. Jak myślisz, w jaki sposób ona i Laurence się poznali?
Robyn przeniosła spojrzenie na czwartego mężczyznę, który stał w pewnej
odległości i wystukiwał coś na klawiaturze telefonu ze wzrokiem
wlepionym w ekran.
-?A to kto?
-?Stephen. Drużba Laurence'a.
-?On też jest z Rushworth?
-?To szczególny przypadek. Co roku przyjmują kilkoro uczniów w ramach
stypendium. Chcą w ten sposób pokazać światu, że nie są tak ekskluzywni,
jak wszyscy sądzą.
Zanim zdążyła zadać Toby'emu kolejne pytania, podszedł do nich starszy
mężczyzna. Jego akurat Robyn rozpoznała. Toby niechętnie dzielił się z nią informacjami na temat swojej rodziny podczas pierwszych miesięcy ich
związku, więc przejrzała stronę internetową HCM, aby sprawdzić, czy uda
jej się czegokolwiek stamtąd dowiedzieć. Mężczyzną, który teraz do nich
podszedł, był ojciec chrzestny Laurence'a, Jeremy Lambourne.
Przyglądała mu się, nie mogąc wyjść ze zdumienia. To była prawdopodobnie
jedyna osoba, którą kiedykolwiek spotkała, a która na żywo wyglądała
dokładnie tak, jak na zdjęciu -?od okularów w grubych oprawkach
spoczywających na wysmukłym nosie po spokojny, niewzruszony wyraz
twarzy. Zdawał się grubo po sześćdziesiątce, miał schludnie zaczesane
ciemnoszare włosy, a ubrany był -?ze względu na upał -?w jasną lnianą
marynarkę. W oczach Robyn sprawiał wrażenie wypielęgnowanego stracha na
wróble. W dłoni trzymał kieliszek wina, choć wyglądało na to, że jeszcze
go nie skosztował.
-?Miło cię widzieć, Toby -?przemówił chłodno, wyciągając do niego rękę.
-?A to musi być Robyn. -?Nie czekając na odpowiedź, uścisnął również jej
dłoń. -?Mam nadzieję, że podróż dobrze wam minęła.
-?Tak, dziękujemy. A tobie?
Jeremy odchrząknął.
-?Zanim dołączycie do reszty, chciałem tylko powiedzieć, że wiem o wykazie obowiązków, o którym wspomniał ci Laurence. Powinniśmy to
omówić. Rozumiem, że nie czułeś się wcześniej na to gotowy, ale w HCM
dzieje się mnóstwo ekscytujących rzeczy i twój ojciec z pewnością
chciałby, żebyś był w to wszystko zaangażowany. Mam nadzieję, że uda nam
się przynajmniej porozmawiać.
Wymuszony uśmiech Toby'ego nieco przygasł.
-?Może po ślubie. Nie wydaje mi się, żeby teraz był najwłaściwszy
moment.
Jeremy nic nie odpowiedział, a wyraz jego twarzy pozostał nieodgadniony.
Po chwili niezręcznej ciszy ponownie uścisnął dłoń Toby'ego, jeszcze raz
zapewnił, że miło go widzieć, a następnie wyszedł na zewnątrz i dołączył
do Margot przy stoliku na patio.
-?Jest bardzo konkretny -?zauważyła Robyn.
-?Zawsze taki był. Zastanawiam się, co mówi to na temat mojego taty, że
jego przyjacielem był ktoś taki jak Jeremy.
-?Czy on jest też twoim ojcem chrzestnym?
Toby pokręcił głową.
-?Nie, tylko Laurence'a. Mój też był absolwentem Rushworth, ale
przeprowadził się do Hongkongu, gdy byłem dzieckiem. Nie mam pojęcia, co
później się z nim działo. Prawdę mówiąc, nawet nie pamiętam, jak
wygląda.
-?A Jeremy jest prezesem HCM, prawda?
-?Formalnie tak. Ale w rzeczywistości to on wszystkim zarządza. Może i Laurence jest twarzą HCM, ale uwierz mi, to Jeremy jest jej mózgiem.
-?Czy Laurence też tak to widzi?
Toby prychnął.
-?Powinien. Bez Jeremy'ego miałby przerąbane. Ale tak było od zawsze.
Gdy Laurence narobi bałaganu, choćby nie wiem jak masakrycznego, Jeremy
wkracza do akcji, pociąga za odpowiednie sznurki i sprawia, że wszystkie
problemy znikają.
Robyn była w stanie to sobie wyobrazić. Zauważyła nutkę goryczy w głosie
Toby'ego, więc zapytała, siląc się na możliwie beztroski ton:
-?Masz ochotę na drinka?
-?Och, tak. Zaraz nam je przyniosę.
-?Ja się tym zajmę. Ty idź pogadać z Laurence'em. -?Widząc, że zamierza
zaprotestować, lekko uniosła głos. -?To jego ślub, Toby. To twój brat.
Jeśli nie spędzisz z nim trochę czasu w ten weekend, nigdy ci tego nie
wybaczy. No już. Wiem, że teraz nie masz na to ochoty, ale później
będziesz zadowolony.
Toby zgodził się niechętnie, a Robyn przeszła z salonu do równie
imponującej kuchni. Wszystkie blaty wykonane były z czarnego marmuru, a szafki z eleganckiego drewna sosnowego. Przez chwilę stała, przywołując
w myślach rozpadające się domki kempingowe, w których spędzała w dzieciństwie wakacje z rodzicami. To był inny świat i z chwili na chwilę
coraz bardziej narastało w niej poczucie, że do niego nie pasuje.
Wyciągnęła butelkę różowego wina z przepastnej lodówki i zaczęła
rozglądać się po szafkach w poszukiwaniu kieliszków.
-?Nad ekspresem do kawy.
Odwróciła się na dźwięk nieznanego głosu i ujrzała stojącą w sklepionym
przejściu młodą kobietę w luźnej sukience w kwiaty. Zdawała się nieco
starsza od Robyn, mogła mieć może z trzydzieści lat. Miała usiane
piegami policzki i jasne włosy upięte w kok.
-?Widziałam, jak Margot je stamtąd wyciągała kilka minut temu -
wyjaśniła z ciepłym uśmiechem. -?Jestem Abigail. A ty pewnie jesteś
dziewczyną Toby'ego.
-?Robyn -?odparła, unosząc brew. -?A ty jesteś tu z...
-?Jestem żoną Stephena.
Robyn skierowała się w stronę ekspresu do kawy, który wyglądał, jakby
mógł kosztować tyle, ile wynosiła jej miesięczna pensja w barze.
Otworzyła górną szafkę, w której faktycznie znajdowało się kilkanaście
równo ustawionych kieliszków.
-?Nalać ci wina?
-?Chciałabym, ale nie mogę. -?Abigail położyła dłoń na brzuchu. -?Jestem
w czwartym miesiącu. Nie ma w lodówce jakiejś lemoniady? Mam na nią
straszną ochotę.
Robyn pokręciła głową.
-?Widziałam tylko wodę gazowaną. Może być? Mogę dodać do niej kroplę
soku pomarańczowego?
-?Och, fantastycznie.
Robyn sięgnęła więc z powrotem do lodówki i zabrała się do
przygotowywania napoju.
-?Chłopcy dobrze cię traktują? -?zapytała Abigail. -?Te dzieciaki z Rushworth potrafią człowieka onieśmielić. Kiedy pierwszy raz spotkałam
Chadwicka i Milesa, miałam wrażenie, że mówimy w różnych językach.
-?Właściwie to jeszcze ich nie poznałam.
-?W takim razie możemy pójść tam razem. Nie znoszę być jedyną kobietą w towarzystwie, gdy ci dwaj się spotykają. Zachowują się, jakby znów mieli
po trzynaście lat i mieszkali w swoim internacie.
-?A Stephen taki nie jest?
-?Oj, skądże. W przeciwnym razie raczej bym za niego nie wyszła. -
Uśmiechnęła się ponownie, sięgnęła po swoją szklankę z wodą gazowaną i wskazała w stronę wyjścia.
-?To, co, idziemy? Przedstawię cię.
Przemierzyły salon i wyszły na patio. Zbliżał się już wieczór, a słońce
zawisło na tyle nisko, by oświetlić szczyty gór po przeciwnej stronie
jeziora. Temperatura była teraz o wiele przyjemniejsza niż po południu.
Robyn słyszała śpiew ptaków w okolicznych lasach i odległy zgiełk
miasta.
Zauważyła, że Toby'ego i Laurence'a nie ma z resztą chłopaków,
rozejrzała się więc i dostrzegła ich na drugim końcu patio.
-?Zaraz wracam -?powiedziała do Abigail, unosząc kieliszki. -?Podam
tylko wino Toby'emu.
Idąc przez patio, poczuła, że jej zdenerwowanie zaczyna nieco ustępować.
Nie liczyła na to, że kiedykolwiek zdoła się tu poczuć jak w domu, ale
miała silne przeczucie, że uda jej się zaprzyjaźnić z Abigail. Pomyślała
też, że może spróbować raz jeszcze zrobić dobre wrażenie, skoro w pobliżu są drużbowie Laurence'a.
Jej rosnący optymizm został jednak szybko zduszony, kiedy zbliżyła się
do braci i jej uszu dobiegły strzępki ich rozmowy.
-?Słuchaj -?mówił Laurence. -?Nie możesz pozwolić, żeby tobą
manipulowała. Wygląda na miłą dziewczynę, ale jeśli zachęca cię, żebyś
brnął dalej w ten szalony pomysł otwarcia jakiegoś baru, to najwyraźniej
ma na ciebie zły wpływ.
-?Zły wpływ? -?oburzył się Toby. -?To mocne słowa, biorąc pod uwagę to,
co Eva ci kazała...
Dostrzegłszy Robyn, Toby urwał zdanie w połowie. Laurence zmarszczył brwi i podążył wzrokiem za spojrzeniem brata, zastanawiając się, co odwróciło jego uwagę. Na widok Robyn skrzywił się, następnie przygryzł wargę i najwyraźniej uznał, że rozmowa dobiegła końca, bo skierował się ponownie w stronę Chadwicka i Milesa. -?Przepraszam -?powiedziała Robyn, gdy tylko zniknął z pola widzenia. -
Chciałam ci tylko to podać.
Toby wziął od niej jeden z kieliszków, a następnie splótł palce ich
dłoni i złożył pocałunek na jej czole.
-?Nie masz za co przepraszać -?powiedział. -?To było tylko typowe
ględzenie Laurence'a. Chcesz wrócić do środka?
Robyn pokręciła głową.
-?Powinniśmy dołączyć do reszty. Ukrywając się w pokoju, raczej nie
zdołam przekonać do siebie twojej rodziny.
Już z odległości kilku stóp poczuła zapach wody po goleniu. Gdy podeszli
bliżej, zauważyła złoty zegarek na nadgarstku Chadwicka i naszyjnik z pereł na szyi Milesa. Obaj byli ubrani w kwieciste koszule i luźne
szorty. Chadwick miał starannie wystylizowaną brodę i designerskie
okulary. Miles natomiast był gładko ogolony, z głęboką opalenizną i śnieżnobiałymi zębami. O żadnym z nich nie można było powiedzieć, że
jest nieatrakcyjny. Jednak ich sposób bycia, przypominający -?jak
słusznie zauważyła Abigail -?zachowanie trzynastolatków w internacie,
zdawał się co najmniej odpychający. Stephen stał obok nich w towarzystwie Abigail. Uśmiechnął się w odpowiedzi na jakiś żart
Chadwicka, choć Robyn odniosła wrażenie, że był to raczej wymuszony
grymas. Gdy podeszli bliżej, Miles wsunął telefon do kieszeni.
-?No dobra -?powiedział. -?Taksówka już jedzie.
-?Wybierasz się gdzieś? -?zapytał Toby.
-?Wyskoczę do miasta na jakieś drinki i szamę. Dołączysz?
Toby spojrzał pytająco na Robyn. Nic nie jadła od czasu wylotu z Gatwick
i myśl o restauracji wydawała jej się bardzo kusząca. Chcąc jednak
pozować na wyluzowaną przed przyjaciółmi Laurence'a, wzruszyła
nonszalancko ramionami.
-?Jasne, nie zaszkodzi rozejrzeć się po okolicy. Może uda nam się nawet
przyjrzeć zamkowi z bliska.
-?Łaaa! -?Słysząc, jak Robyn wymawia słowo "zamek", Chadwick zrobił krok
w tył i wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. -?Cholera jasna, Toby. Nie
ostrzegłeś nas, że ona jest z północy. Nie jestem szczepiony.
Toby rzucił mu posępne spojrzenie, ale Robyn uniosła rękę, zmuszając się
do śmiechu.
-?Tak, to prawda, przyznaję się do winy. Ale nie ma powodu do paniki.
Mieszkam w Londynie od osiemnastego roku życia, więc obędzie się bez
szczepień.
-?Czy to dialekt Yorkshire? -?chciał wiedzieć Miles. -?Lancashire.
-?Szkoda. Całkiem lubię Yorkshire. A czym się zajmujesz?
Zanim zdążyła odpowiedzieć, do rozmowy włączył się Laurence.
-?Pracuje w branży winiarskiej.
-?Naprawdę? -?Miles uniósł brew, zaciekawiony. -?U kogoś, o kim mogliśmy
słyszeć?
Robin poczuła, że stojący obok niej Toby tężeje, więc chwyciła go za
rękę.
-?Pracuję w Willows. W Soho.
-?Jesteś tam menedżerką?
-?Barmanką.
Powiedziała to, siląc się na możliwie beztroski ton. Mimo to Miles
przewrócił oczami.
-?Na litość boską, Laurence.
-?No już dobrze, dobrze -?powiedział Laurence. -?Jestem okrutny. Tak,
Robyn pracuje jako barmanka. Ale zamierza kiedyś zostać dziennikarką.
-?Planuje pisać dla "Grimsby Times", jak mniemam? -?zapytał Miles.
-?Albo dla "Big Issue" -?dodał Chadwick.
Mężczyźni ponownie zanieśli się śmiechem. Tym razem jednak Robyn nie
wiedziała, co odpowiedzieć. Posłała Toby'emu zaskoczone spojrzenie,
całkowicie zbita z tropu tym, że wszyscy słyszeli o jej studiach
dziennikarskich.
-?Dość -?odezwał się Toby z wyczuwalną w głosie ostrą nutą. Jeżeli
jednak drużbowie nawet to zauważyli, nie dali nic po sobie poznać. -
Powiedziałem, dość. Laurence, każ im przestać.
Laurence wzruszył lekko ramionami i uśmiechnął się drwiąco, biorąc łyk
piwa prosto z butelki.
-?Ale w czym rzecz? Wydaje mi się, że Robyn świetnie by się nadawała do
"Grimsby Times".
Toby warknął, wykrzywiając usta w grymasie wściekłości.
-?Chodź -?zwrócił się do Robyn, ciągnąc ją za rękę.
-?Dobra, czekaj -?powiedział ostro Laurence. -?Daj spokój. To tylko
żart, Toby. Nie musisz się tak najeżać.
Zmarszczył brwi i wyciągnął z kieszeni wibrujący telefon z rozświetlonym
ekranem.
-?Eva? -?zainteresował się Chadwick.
-?Klient. Wybitnie namolny.
-?Nie możesz go spławić?
-?Jasna sprawa. Stephen -?zwrócił się do swojego drużby Laurence. -
Przedzwoń do niego, co? Będzie się do mnie dobijał, dopóki ktoś z nim
nie porozmawia.
Stephen się zawahał, a Robyn dostrzegła na jego twarzy z trudem skrywaną
irytację. Jeżeli jednak nawet był sfrustrowany, nie dał tego po sobie
poznać. Skinął głową potakująco i wyjął swój telefon, posyłając Abigail
niewyraźny uśmiech, którego ta jednak nie odwzajemniła.
-?Ale tak poważnie, Robyn -?kontynuował Laurence. -?Jestem ciekaw. Dlaczego nie jesteś dziennikarką? -?Słucham?
-?Nie sądzę, żebyś chciała stać za barem do końca życia. Niby dlaczego
miałabyś to robić? Toby mówi, że studiowałaś dziennikarstwo. Zastanawiam
się więc, dlaczego nie pracujesz w zawodzie?
-?To... -?Zawahała się, boleśnie zdając sobie sprawę, że wszystkie
spojrzenia są teraz skierowane na nią. Miała nawet wrażenie, że Margot i Jeremy mogą nasłuchiwać jej odpowiedzi z drugiego końca patio. -
Planowałam zostać dziennikarką. Kiedyś naprawdę bardzo tego chciałam.
Ale okazało się, że to jednak nie dla mnie.
-?Dlaczego?
-?Słucham?
-?No cóż, po prostu to chyba strata czasu, prawda? Zadawać sobie trud,
by się czegoś nauczyć, a później tego nie robić.
-?Ja... -?Robyn spojrzała bezradnie na Toby'ego. Był wściekły.
-?Opowiedz nam coś o tym reportażu, Laurence -?włączyła się do rozmowy
Abigail. -?Czy fotografka będzie z nami przez cały dzień?
-?Poczekaj -?odparł Laurence. -?Nie zmieniajmy tematu. Chcę wiedzieć, co
Robyn zamierza zrobić ze swoim życiem. Studiowałaś dziennikarstwo, ale
nie pracujesz w tym zawodzie. Więc jaki masz plan? Chcesz pracować w barze Toby'ego?
-?Naprawdę nie wiem.
Przez kilka sekund Toby i Laurence mierzyli się spojrzeniem, a wiszące w powietrzu napięcie było tak wyczuwalne, że nawet Chadwick i Miles
zdawali się zakłopotani. Bracia oderwali od siebie wzrok dopiero na
dobiegający sprzed willi dźwięk silnika i chrzęstu opon na żwirze.
-?Taksówka -?oznajmił wesoło Miles. -?Dopijajcie drinki, chłopaki.
Grupka zaczęła się szybko rozchodzić, opróżniając kieliszki i wkładając
klapki.
-?Jedziemy z nimi? -?zapytała Robyn.
Toby nie odpowiedział. Stał tylko, wpatrując się w tył głowy
oddalającego się Laurence'a.
Bliska rozpaczy Robyn napotkała spojrzenie Margot stojącej po przeciwnej stronie patio. Zdając sobie sprawę, że ta ich obserwuje, posłała jej delikatny uśmiech. Rozczarowała się jednak, jeśli liczyła na to, że Margot go odwzajemni. Z wypisanym na twarzy wyrazem ledwo skrywanej pogardy, odwróciła się z powrotem do Jeremy'ego, a Robyn poczuła gulę w gardle, uświadomiwszy sobie, jak fatalnie przebiega ten pierwszy wieczór.