Morderstwo na Gęsiej Szyi. Tatrzańskie zmory Bolesława Prusa - Wojciech Wiercioch, Jolaanta Szymska-Wiercioch

-
Proszę czekać

Spis treści

Karta redakcyjna Motto Postacie występujące w książce Wyimki z "Lalki" Bolesława Prusa Prolog Placówka postępu Przypisy

Punkty orientacyjne

Spis treści Okładka Strona tytułowa Początek tekstu

Lista stron

5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23

Wyimki z LalkiBolesława Prusa

Bywają wielkie zbrodnie na świecie, ale chyba największą jest zabić miłość.

*

Stary romantyku!... stary romantyku!... - mówił. - Chwytasz się za głowę, bo w twojej chorej wyobraźni ciągle jeszcze pokutuje chimera idealnej miłości, kobiety z anielską duszą... Takich jest ledwie jedna na dziesięć, więc masz dziewięć przeciw jednemu, że na taką trafisz... A chcesz poznać normę?... więc rozejrzyj się w stosunkach ludzkich. Albo mężczyzna jak kogut uwija się między kilkunastoma kurami, albo kobieta, jak wilczyca w lutym, wabi za sobą całą zgraję ogłupiałych wilków czy psów... I powiadam ci, że nie ma nic bardziej upadlającego jak ściganie się w takiej gromadzie, jak zależność od wilczycy... W tym stosunku traci się majątek, zdrowie, serce, energię, a w końcu i rozum... Hańba temu, kto nie potrafi wydobyć się z podobnego błota!

*

O zabiciu się myśli wariat, łajdak albo człowiek dużej wartości, któremu za ciasno na świecie.

*

Można kobietę uwolnić od intrygantów, ale czy podobna uwolnić ją od jej własnych instynktów?... Co pan poradzisz, jeżeli ten, który w pańskich oczach jest tylko bałamutem czy intrygantem, dla niej jest - samcem tego co ona gatunku?

*

...jest gatunek kobiet, które po to tylko żyją na świecie, ażeby drażnić i podniecać namiętności mężczyzn. Tym sposobem ogłupiają ludzi rozumnych, upadlają uczciwych i utrzymują w równowadze głupców. Mają licznych wielbicieli i dzięki temu wywierają na nas taki wpływ jak haremy na Turcję.

*

Po ziemi gonimy marę, którą każdy nosi we własnym sercu, i dopiero gdy stamtąd ucieknie, poznajemy, że to był obłęd.

*

Trafiają się kobiety z defektem moralnym, niezdolne kochać nic i nikogo, prócz swoich przelotnych kaprysów, podobnież i mężczyźni; jest to tak dobra wada, jak głuchota, ślepota albo paraliż, tylko mniej widoczna.

*

- Pan sądzi, że są szczęścia, które warto opłacić krótszym życiem? - spytała panna Izabela.

- I nieszczęścia, których warto uniknąć w ten sposób - odpowiedział Wokulski.

*

Natura miewa kaprysy i analogie. Motyle istnieją także w rodzaju ludzkim: piękna barwa, latanie nad powierzchnią życia, karmienie się słodyczami, bez których giną - oto ich zajęcie. A ty, robaku, nurtuj ziemię i przerabiaj ją na grunt zdolny do siewu. Oni bawią się, ty pracuj; dla nich istnieje wolna przestrzeń i światło, a ty ciesz się jednym tylko przywilejem: zrastania się, jeżeli cię rozdepcze ktoś nieuważny. I tobież to wzdychać do motyla, głupi?... I dziwić się, że ma wstręt do ciebie?... Jakiż łącznik może istnieć między mną i nią?... No, gąsienica jest także podobna do robaka, póki nie zostanie motylem. Ach, więc to ty masz zostać motylem, kupcze galanteryjny?... Dlaczegóż by nie? Ciągłe doskonalenie się jest prawem świata, a ileż to kupieckich rodów w Anglii zostało lordowskimi mościami? W Anglii! Tam jeszcze istnieje epoka twórcza w społeczeństwie; tam wszystko doskonali się i wstępuje na wyższe szczeble. Owszem, tam nawet ci wyżsi przyciągają do siebie nowe siły. Lecz u nas wyższa warstwa zakrzepła jak woda na mrozie i nie tylko wytworzyła osobny gatunek, który nie łączy się z resztą, ma do niej wstręt fizyczny, ale jeszcze własną martwotą krępuje wszelki ruch z dołu.

Prolog

Lato 1889 roku

Ciało drży, świat wiruje.

Worek na głowie odciął mężczyznę od świata.

Czuje się niczym ta zielona gąsienica w swoim kokonie.

Być może za chwilę wzleci jak motyl. Ale ponieważ nie posiada skrzydeł... pewno runie w przepaść. Taki to będzie jego prywatny efekt motyla.

Nie widzi nic, prawie nic, tylko w górze jaśnieje słoneczna plama.

Lniany worek tworzy przestrzeń ciasną, ciemną i szorstką, drażni twarz, szoruje po wąsach i brodzie. Płytki oddech. Przez nieokreśloną woń zatęchłego materiału przedziera się powietrze ostre, wilgotne. Pewno mgła zalała szczyty gór i przepaście nad dzikimi dolinami.

Zaszumiał wiatr, kręci się w głowie. Ptaki zamarły lub odleciały do lepszych krajów.

Rytmiczne kroki, szuranie kamykami, stukot żelaznych okuć ciupag. Świszczące oddechy mężczyzn.

Prowadzą go w nieznane. Idą może na Gerlach, może do samego piekła.

Dłonie górali są twarde i stanowcze, choć raczej nie brutalne. Litości pełne. A nawet - zdaje się - ci ludzie gór podtrzymują go, kiedy się potyka o kamień czy wystający korzeń. Skały są ostre i śliskie, gdzieniegdzie błoto więzi przyciasne buty.

Ramiona ofiary zdają się tak powykręcane, jakby z nich miały zaraz wyrosnąć skrzydła. Nawet nos, wyszorowany płótnem, jest jakiś większy, zakrzywiony, jak dziób drapieżnego ptaka albo nawet tropikalnego dzioborożca. Tylko te oczy... raczej kreta, nie zaś sokoła czy jastrzębia.

Góral po prawej charknął, wypluwa flegmę i wolno mówi do kompana:

- Patrzoj, Stasek, nase panisko robi sie jakiesi smaciane. Coby nom ino nie furgnoł jako tyn Rysio z Gubałówki, kie mu sie wyśniło, co mo orlom duse, hej, i polecioł z Giewonta na zatracenie wiecyste.

- Józek, a godojze po kolei, panocek nie znajom, jako to ś'nim było. Pieron wie, co mu sie ta we łbie ubździło. Skocył. I telo go widzieli, bo potem ino wilcy poozwłócyli cłonki, a pewno i niedźwiedzie tys. Był chłop i ni ma chłopa. Po chłopie jako po zesłorocnym śniygu.

- A mnie sie zdaje, co on ze swojom babom strzymać juz nie zdolił, no i se wyśpekulowoł, co jako głupek zodnego grzychu nie bee mioł, no i go probosc w poświynconej ziemi pochowajom.

- Jo by tys z Kaśkom jego nie wytrzymoł długo, moze to dlo niego i lepiyj, teroz to se z janiołami tońcy zbójnickiego...

Prowadzony stracił rachubę czasu, pomieszały mu się w głowie kierunki świata, wysokości, nachylenia terenu. Wie tylko, że serce bije niemiłosiernie. Pierwsze oznaki panicznego lęku?

Boże, jak to jest lecieć w przepaść? Jakie są te ostatnie sekundy życia? Jakiemu obłędowi zawdzięcza teraz tę poniewierkę? Jaka egzystencja - takie unicestwienie?! Jak będzie wyglądał koniec?

Najważniejsze: zakuć się w zbroję pozornego spokoju. Krok za krokiem - niczym ziarno za ziarnem w klepsydrze istnienia.

Wszechobecny niepokój, otulający przyrodę i cywilizację jak duszna mgła.

Dusza z ciała chce wylecieć, by pofrunąć szlakiem orła.

Zobaczyć przepaść?

Wolałby nie...