Lato 1889 roku
Ciało drży, świat wiruje.
Worek na głowie odciął mężczyznę od świata.
Czuje się niczym ta zielona gąsienica w swoim kokonie.
Być może za chwilę wzleci jak motyl. Ale ponieważ nie posiada skrzydeł... pewno runie w przepaść. Taki to będzie jego prywatny efekt motyla.
Nie widzi nic, prawie nic, tylko w górze jaśnieje słoneczna plama.
Lniany worek tworzy przestrzeń ciasną, ciemną i szorstką, drażni twarz, szoruje po wąsach i brodzie. Płytki oddech. Przez nieokreśloną woń zatęchłego materiału przedziera się powietrze ostre, wilgotne. Pewno mgła zalała szczyty gór i przepaście nad dzikimi dolinami.
Zaszumiał wiatr, kręci się w głowie. Ptaki zamarły lub odleciały do lepszych krajów.
Rytmiczne kroki, szuranie kamykami, stukot żelaznych okuć ciupag. Świszczące oddechy mężczyzn.
Prowadzą go w nieznane. Idą może na Gerlach, może do samego piekła.
Dłonie górali są twarde i stanowcze, choć raczej nie brutalne. Litości pełne. A nawet - zdaje się - ci ludzie gór podtrzymują go, kiedy się potyka o kamień czy wystający korzeń. Skały są ostre i śliskie, gdzieniegdzie błoto więzi przyciasne buty.
Ramiona ofiary zdają się tak powykręcane, jakby z nich miały zaraz wyrosnąć skrzydła. Nawet nos, wyszorowany płótnem, jest jakiś większy, zakrzywiony, jak dziób drapieżnego ptaka albo nawet tropikalnego dzioborożca. Tylko te oczy... raczej kreta, nie zaś sokoła czy jastrzębia.
Góral po prawej charknął, wypluwa flegmę i wolno mówi do kompana:
- Patrzoj, Stasek, nase panisko robi sie jakiesi smaciane. Coby nom ino nie furgnoł jako tyn Rysio z Gubałówki, kie mu sie wyśniło, co mo orlom duse, hej, i polecioł z Giewonta na zatracenie wiecyste.
- Józek, a godojze po kolei, panocek nie znajom, jako to ś'nim było. Pieron wie, co mu sie ta we łbie ubździło. Skocył. I telo go widzieli, bo potem ino wilcy poozwłócyli cłonki, a pewno i niedźwiedzie tys. Był chłop i ni ma chłopa. Po chłopie jako po zesłorocnym śniygu.
- A mnie sie zdaje, co on ze swojom babom strzymać juz nie zdolił, no i se wyśpekulowoł, co jako głupek zodnego grzychu nie bee mioł, no i go probosc w poświynconej ziemi pochowajom.
- Jo by tys z Kaśkom jego nie wytrzymoł długo, moze to dlo niego i lepiyj, teroz to se z janiołami tońcy zbójnickiego...
Prowadzony stracił rachubę czasu, pomieszały mu się w głowie kierunki świata, wysokości, nachylenia terenu. Wie tylko, że serce bije niemiłosiernie. Pierwsze oznaki panicznego lęku?
Boże, jak to jest lecieć w przepaść? Jakie są te ostatnie sekundy życia? Jakiemu obłędowi zawdzięcza teraz tę poniewierkę? Jaka egzystencja - takie unicestwienie?! Jak będzie wyglądał koniec?
Najważniejsze: zakuć się w zbroję pozornego spokoju. Krok za krokiem - niczym ziarno za ziarnem w klepsydrze istnienia.
Wszechobecny niepokój, otulający przyrodę i cywilizację jak duszna mgła.
Dusza z ciała chce wylecieć, by pofrunąć szlakiem orła.
Zobaczyć przepaść?
Wolałby nie...