Morderstwo all inclusive - Iwona Banach

Kup ebooka

46.95 zł
38.97 zł (38,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pomiesz­cze­nie wy­gląda­ło jak kuch­nia, bo rze­czy­wi­ście było kuch­nią, ale nie tyl­ko. Było za­dy­mio­ne, ciem­ne i brud­ne. Na ścia­nach i su­fi­tach wi­sia­ły pa­tel­nie oraz ron­dle, ale też su­szo­ne zio­ła, po­wy­kręca­ne ko­rze­nie, nad­pa­lo­ne zdjęcia i dziw­ne fi­gur­ki.

Ko­bie­ty we­szły nie­śmia­ło i usia­dły za czy­mś, co przy­po­mi­na­ło wy­spę ku­chen­ną, ale tu słu­ży­ło ra­czej do in­nych ce­lów. Za­sta­wio­ne było mo­ździe­rza­mi, ta­li­zma­na­mi i po­sążka­mi.

W po­miesz­cze­niu sie­dzia­ła tęga ko­bie­ta o czar­nych, sko­łtu­nio­nych wło­sach wy­ła­żących spod bu­re­go, a ra­czej brud­ne­go tur­ba­nu. Była za­afe­ro­wa­na. Roz­ta­cza­ła wo­kół sie­bie za­pach ma­je­ran­ku i zgro­zy, z le­d­wo­ścią dźwi­ga­ła swo­je po­tężnych roz­mia­rów cia­ło opa­ko­wa­ne w ko­lo­ro­wą, kwie­ci­stą su­kien­kę, z któ­rej de­kol­tu wy­ła­zi­ły wiel­kie pier­si. Ko­bie­ta była czar­na, ale nie mia­ła ty­po­wych ne­gro­idal­nych ry­sów twa­rzy. Zde­cy­do­wa­nie bar­dziej przy­po­mi­na­ła Ka­ra­ib­kę. Mia­ła zręcz­ne ręce, ru­chli­we oczy i dziw­ny wy­raz twa­rzy.

Oraz za­rost.

Dwie ko­bie­ty usia­dły na pla­sti­ko­wych krze­se­łkach. Wy­da­wa­ły się prze­stra­szo­ne.

- Wło­sy? - za­py­ta­ła tęga ko­bie­ta, wy­ci­ąga­jąc rękę, jak­by od razu wie­dzia­ła, po co przy­szły.

- Tak, ło­no­we - po­wie­dzia­ła jed­na z przy­by­łych. W od­ró­żnie­niu od go­spo­dy­ni i swo­jej to­wa­rzysz­ki była blon­dyn­ką, zde­cy­do­wa­nie bia­łą, a na­wet bla­dą.

Po­da­ła ko­bie­cie wy­ci­ągni­ęte z to­reb­ki za­wi­ni­ąt­ko.

- Pa­znok­cie też. I ząb zna­la­złam. Przy­da się? - za­py­ta­ła nie­pew­nie.

- Wszyst­ko się przy­da - od­po­wie­dzia­ła go­spo­dy­ni. Roz­ma­wia­ły po fran­cu­sku.

At­mos­fe­ra była pa­skud­na.

Go­spo­dy­ni za­częła coś le­pić, po chwi­li spod jej pal­ców wy­szła ca­łkiem zgrab­na fi­gur­ka.

- Vo­odoo? - zdzi­wi­ła się blon­dyn­ka. - Nie mó­wi­łaś mi, że to vo­odoo - zwró­ci­ła się do swo­jej ko­le­żan­ki. - To mia­ło być sła­be za­klęcie!

Tam­ta tyl­ko wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. Była tęga, czar­na i bar­dzo pi­ęk­na. Przy niej blon­dyn­ka wy­gląda­ła jak wy­jęta psu z gar­dła albo kotu z ku­we­ty.

Go­spo­dy­ni po­pa­trzy­ła na nie z roz­ba­wie­niem.

Nic nie od­po­wie­dzia­ła, tyl­ko z roz­ma­chem wbi­ła wiel­ką szpi­lę w miej­sce, gdzie znaj­do­wa­ło się do­my­śl­ne przy­ro­dze­nie fi­gur­ki.

- Auuu! - krzyk­nęły obie ko­bie­ty z au­ten­tycz­nym bó­lem.

Na­praw­dę coś po­czu­ły, choć fi­gur­ka przed­sta­wia­ła mężczy­znę.

- Te­raz już ni­g­dy nie tknie ob­cej baby! - Go­spo­dy­ni wy­buch­nęła śmie­chem ochry­płe­go sza­le­ńca. Wy­ra­źnie od razu zo­rien­to­wa­ła się, z czym i po co przy­szły.

Twa­rze obu ko­biet roz­ja­śnił uśmiech.

W tym mo­men­cie do kuch­ni wpa­dł wiel­ki czar­ny ko­gut, któ­ry roz­wrzesz­czał się, za­czął tłuc skrzy­dła­mi, ska­kać po sto­le i szaf­kach, a na ko­niec ze­sko­czył i dziob­nął w ty­łek blon­dyn­kę.

- Łaaa! - wrza­snęła bla­do­li­ca i po­de­rwa­ła się z krze­sła. Lek­kie pla­sti­ko­we krze­se­łko upa­dło na podło­gę, a ko­bie­ta ude­rzy­ła gło­wą w mie­dzia­ny ron­del wi­szący nad jej gło­wą. Wrza­snęła jesz­cze raz, ron­del roz­ko­ły­sał się i spa­dł. Zle­ciał z hu­kiem na stół, utrąca­jąc gło­wę wo­sko­wej fi­gur­ce.

- O kur­wa, mer­de, mer­de, za­bi­ły­śmy go! - wrza­snęła.

Na sto­le z wiel­ką igłą w kro­czu i utrąco­ną gło­wą le­ża­ła fi­gur­ka przed­sta­wia­jąca jej męża.

- No szlag!

- Tak czy tak, te­raz już ni­g­dy ob­cej baby nie tknie! - Tęga ko­bie­ta ro­ze­śmia­ła się jesz­cze raz, wy­ci­ąga­jąc rękę po za­pła­tę.

?

Było buro, sło­ńce le­d­wie wy­ła­zi­ło zza chmur i smo­go­wych wy­zie­wów mia­sta, śnieg w za­sa­dzie nie pa­dał, co nie zmie­nia­ło fak­tu, że pod no­ga­mi co­raz wi­ęcej było ośli­złej błot­ni­stej mazi.

Ziu­tek sie­dział na dwor­cu ko­le­jo­wym nagi i za­sta­na­wiał się, co ze sobą po­cząć.

A wła­ści­wie co po­cząć z tą częścią sie­bie sa­me­go, któ­rą jesz­cze dys­po­no­wał, bo ca­łkiem po­ka­źna resz­ta, czy­li jego cia­ło, zo­sta­ła gdzie in­dziej (na­praw­dę nie wie­dział gdzie) i zde­cy­do­wa­nie nie miał z tym cia­łem żad­ne­go, na­wet du­cho­we­go kon­tak­tu.

Zresz­tą nie tyl­ko miej­sce po­by­tu tej resz­ty było dla nie­go nie­wia­do­mą. Wszyst­ko było nie­wia­do­mą. Wie­dział tyl­ko, że sie­dzi nagi na pe­ro­nie i chy­ba nie jest żywy.

Czuł się jak duch z dwor­ca z tego sław­ne­go fil­mu, któ­ry oglądał lata temu, i za­sta­na­wiał się, co po­wi­nien zro­bić. La­tać po wa­go­nach i stra­szyć lu­dzi, wy­ry­wa­jąc im ga­ze­ty? No, te­raz ra­czej te­le­fo­ny... Ga­zet to już chy­ba nikt nie czy­ta.

To aż dziw­ne, jak fil­my po­tra­fią się ze­sta­rzeć. Wrzesz­czeć? Uczyć się prze­su­wa­nia przed­mio­tów siłą woli? To aku­rat go nie ku­si­ło. Nie wie­dział, po co mia­łby to ro­bić.

Na­go­ść nie prze­szka­dza­ła mu ja­koś strasz­nie, bo i tak nikt go nie wi­dział, ale jego sa­me­go tro­chę krępo­wa­ła. W za­sa­dzie wi­dok bla­dych i dyn­da­jących wła­snych ge­ni­ta­liów we wła­snej ła­zien­ce jest dość swoj­ski, jed­nak wi­dok cze­goś ta­kie­go na pe­ro­nie to zu­pe­łnie inna spra­wa.

Ziu­tek nie wie­dział, jak to jest z ubra­nia­mi po tej stro­nie ży­cia albo może śmier­ci. Jak zwał, tak zwał, ale za­mie­rzał spró­bo­wać coś z tym zro­bić.

Wszyst­ko w tej chwi­li było dla nie­go skraj­nie nie­zna­ne nie tyl­ko dla­te­go, że to była nowa sy­tu­acja, ale też dla­te­go, że nie pa­mi­ętał, co się sta­ło.

A coś prze­cież mu­sia­ło się stać.

Nie wie­dział, gdzie jest jego resz­ta - ja­kieś cia­ło prze­cież mu­siał mieć? Nie miał po­jęcia, co się z nim (tym cia­łem) sta­ło. Nie wie­dział zu­pe­łnie pra­wie ni­cze­go - gdzie był, kim był, co ro­bił... Wie­dział tyl­ko, że jest du­chem.

Do­oko­ła tło­czy­li się ja­cyś lu­dzie, któ­rzy gdzieś szli lub bie­gli z ba­ga­ża­mi, że­gna­li się, wi­ta­li, ko­tło­wa­li, a na­wet kłó­ci­li, ale jego nie za­uwa­żał nikt.

A nago, mimo mar­nych atu­tów, w ta­kim miej­scu po­wi­nien jed­nak wzbu­dzić spo­rą sen­sa­cję.

Nie wie­dział, kim jest, choć po­wo­lut­ku po­ja­wia­ły się u nie­go ja­kieś prze­bły­ski pa­mi­ęci, któ­rą pew­nie w ko­ńcu od­zy­ska w ca­ło­ści. Nie miał bla­de­go po­jęcia, dla­cze­go jest du­chem ani dla­cze­go aku­rat zna­la­zł się tu­taj. Jak by nie pa­trzeć, cmen­tarz ow­szem, ko­ściół może, na­wet szpi­tal, ale dwo­rzec nie jest miej­scem stan­dar­do­wo ko­ja­rzo­nym z du­cha­mi.

Po­nie­waż du­chem był po raz pierw­szy w ży­ciu, za­kła­dał, że wszyst­ko, co się dzie­je, dzie­je się po coś i rządzi tym ja­kaś lo­gi­ka. Może wszyst­kie du­sze po śmier­ci idą wła­śnie na naj­bli­ższy dwo­rzec, gdzie cze­ka­ją nago na ja­kiś spe­cjal­ny "dusz­ny" po­ci­ąg, któ­ry po nie przy­je­dzie?

Może po­ja­wi się ja­kiś pro­mień świa­tła, po któ­rym uda mu się do­stać do nie­ba?

Może po­ja­wią się dia­bły i za­ci­ągną go do pie­kieł?

Wszyst­kie te mo­żli­wo­ści trąci­ły ame­ry­ka­ński­mi hor­ro­ra­mi ro­man­tycz­ny­mi, ale w ogó­le nie­wie­le na ten te­mat wie­dział. Nie był ate­istą, cho­ciaż ko­ścio­ły omi­jał, a re­li­gią się nie in­te­re­so­wał.

Z cie­ka­wo­ścią przy­glądał się swo­im bla­dym, chu­dym człon­kom i dzi­wił się swo­jej na­go­ści.

Może przed śmier­cią ktoś go ro­ze­brał i stąd ta na­go­ść?

A może wszy­scy tak mają?

W oko­li­cy nie za­uwa­żył ni­ko­go, kto by­łby nagi, tym bar­dziej że o tej po­rze roku nie było to nor­mal­ne, w prze­ciw­nym wy­pad­ku na pew­no zwró­ci­łby na tego ko­goś uwa­gę.

A może gdzieś za­ma­rzł? Wpa­dł pod lód? Za­pił się na śmie­rć?

Nie umiał so­bie od­po­wie­dzieć na te py­ta­nia.

Mógł to być oczy­wi­ście ja­kiś pi­jac­ki czy nar­ko­tycz­ny zwid albo kosz­mar sen­ny, ale nie wie­dział, jak to spraw­dzić. Szczy­pa­nie nie wcho­dzi­ło w grę, bo ze względu na jego dyn­da­jące ge­ni­ta­lia ka­żda bez wy­jąt­ku oso­ba po­pro­szo­na o uszczyp­ni­ęcie we­zwa­ła­by po­li­cję i oska­rży­ła go o mo­le­sto­wa­nie sek­su­al­ne albo pró­bę gwa­łtu.

Tak więc naj­pierw po­sta­no­wił zdo­być coś do ubra­nia.

I ja­koś okre­ślić swo­ją po­zy­cję. Po­sta­wę? Przy­na­le­żno­ść? W ka­żdym ra­zie zo­rien­to­wać się, o co w tym wszyst­kim cho­dzi. I coś zro­bić z tą na­go­ścią.

Nie wy­obra­żał so­bie sie­bie na­gie­go przez całą wiecz­no­ść.

W ka­żdym ra­zie nie na dwor­cu, a jak na ra­zie był tu i nie miał po­my­słu, co ze sobą zro­bić.

Wresz­cie pod­jął de­cy­zję.

Za­nur­ko­wał w ja­kie­jś wa­liz­ce ci­ągni­ętej przez ko­goś z albo do po­ci­ągu. Co praw­da, zdo­by­cie ubrań dla du­cha mo­gło być bar­dzo utrud­nio­ne, ale li­czył, że coś jed­nak uda mu się wy­kom­bi­no­wać.

Przy­naj­mniej spró­bu­je.

Ogar­nęła go wa­liz­ko­wa ciem­no­ść ma­jąca wie­le z bu­szo­wa­nia po sza­fie w celu od­kry­cia prze­jścia do Na­rnii. Było miło, cie­pło, pu­szy­ście, mi­ęk­ko i pach­nąco.

Na­gle po­czuł, że zni­ka. Coś go szarp­nęło, po­tem coś pi­snęło, a na ko­niec prze­stał co­kol­wiek wi­dzieć i czuć. Choć je­że­li cho­dzi o czu­cie, to do­tąd też nie­wie­le czuł, niby odro­bi­nę, ale zde­cy­do­wa­nie mało jak na oko­licz­no­ści. Nie czuł siar­czy­ste­go zim­na ani cie­pła, ani (chy­ba) za­pa­chu, ale ja­koś się nad tym nie za­sta­na­wiał. Co do sma­ku, to od­kąd (chy­ba) zma­rł, nie miał w ustach ni­cze­go do je­dze­nia.

Było praw­do­po­dob­ne, że nie miał też ust, ale to już zu­pe­łnie inna spra­wa.

Zni­ka­nie od­by­wa­ło się eta­po­wo, wie­lo­krot­nie i tro­chę go szar­pa­ło. W jed­nej chwi­li ogar­nia­ły go ciem­no­ści wa­liz­ki, w dru­giej ośle­pia­ło ja­kieś świa­tło - za­ło­żył, że to mo­gła być sala ope­ra­cyj­na, ka­ret­ka albo, w co odro­bi­nę wąt­pił, eki­pa chó­rów aniel­skich, któ­ra usi­łu­je wy­szar­pać go z łap dia­błom.

Mimo mar­nej wie­dzy na te­mat tego, kim był za ży­cia, aniel­skich in­ter­wen­cji jed­nak się nie spo­dzie­wał.

Po chwi­li na­zna­czo­nej roz­bły­skiem świa­tła (albo na­wet świa­tło­ści) znów za­pa­dła wa­liz­ko­wa ciem­no­ść i szcze­rze mó­wi­ąc, było mu w niej do­brze.

?

Włącza­nie kom­pu­te­ra i za­sia­da­nie do prze­gląda­nia Face­bo­oka przed świ­ęta­mi po­win­ny być za­ka­za­ne, bo po­wo­du­ją wi­ęcej stre­su i nie­po­ko­ju niż ko­mor­nik i den­ty­sta ra­zem wzi­ęci. Lu­dzie chwa­lą się swo­imi świ­ęta­mi, upi­ęk­szo­ny­mi i sfo­to­szo­po­wa­ny­mi, a inni się tym stre­su­ją. Wszędzie cho­in­ki, pie­ro­gi i pier­nicz­ki, a wszyst­ko wy­ko­na­ne wła­sno­ręcz­nie.

A czło­wiek sie­dzi i się do­łu­je, bo on nie po­tra­fi, nie ma cza­su, a na­wet nie ma ocho­ty, a jed­nak czu­je się z tym gor­szy.

Sie­dzi więc, prze­gląda­jąc Fa­ce­bo­oka, i mio­ta się mi­ędzy świ­ątecz­ną eu­fo­rią a znie­chęce­niem, a to jest bez sen­su.

Po pierw­sze, to stra­ta cza­su, bo okna się same nie umy­ją, pie­ro­gi nie ule­pią, a podło­gi będą tak samo upa­ćka­ne jak za­wsze, a prze­cież nie po­win­ny.

Nie w świ­ęta!

Po dru­gie, czło­wiek (ko­bie­ta naj­częściej) na świ­ęta tra­dy­cyj­nie jest umor­do­wa­ny, choć cza­sa­mi i za­mor­do­wa­ny, ale o tym wszy­scy prze­ko­na­ją się do­pie­ro pó­źniej.

W de­ka­lo­gu przedświ­ątecz­nym mo­żna wy­czy­tać ta­kie za­le­ce­nia jak: okna są naj­wa­żniej­sze, je­że­li wy­pad­niesz z okna na trze­cim pi­ętrze, nie szko­dzi, ale je­że­li nie umy­jesz okien, zo­sta­niesz ogło­szo­na świ­ątecz­nym bru­da­sem. Le­piej wy­pa­ść, wte­dy wy­pad­nie się o wie­le le­piej.

Sąsiad­ki mu­szą wi­dzieć, jak w szpil­kach ba­lan­su­jesz ze ścier­ką na ze­wnętrz­nym pa­ra­pe­cie dzie­wi­ąte­go pi­ętra, bo ina­czej po­wie­dzą, że kiep­ska z cie­bie go­spo­dy­ni. Szpil­ki są po to, żeby so­bie utrud­nić za­da­nie, nie ma co iść na ła­twi­znę, ale i po to, żeby baba spod czwór­ki nie mó­wi­ła, że o sie­bie nie dbasz.

Je­dze­nia ma być na­ku­pio­ne i na­go­to­wa­ne dla pu­łku woj­ska - je­że­li nic się po świ­ętach nie zmar­nu­je, to będzie strasz­li­wy wstyd i ro­dzi­na cię od­sądzi od czci i wia­ry. Po­my­ślą, że oszczędzasz, a to ha­ńba! Nie oszczędza się w świ­ęta, oszczędza się na świ­ęta! Może jesz­cze gło­du­jesz? Dbasz o li­nię? Nie­do­cze­ka­nie! A prze­cież to nie wszyst­ko! Ist­nie­je jesz­cze kil­ka in­nych, nie­pod­wa­żal­nych za­sad, jak cho­ćby taka, że ko­bie­ta w przedświ­ątecz­nym amo­ku ma pa­dać na pysk, bo ina­czej nie wy­pa­da.

Ma rwać so­bie ku­dły z gło­wy i wy­pru­wać fla­ki. Tak jest po­wie­dzia­ne, tak ma być, ina­czej świ­ęta się nie li­czą.

I co do tego ma kom­pu­ter?

Ma, bo oprócz mar­no­wa­nia cza­su, któ­ry mo­żna by prze­zna­czyć na za­ora­nie się na śmie­rć albo na spa­le­nie cha­łu­py wraz z ser­ni­kiem, po­ka­zu­je nie­osi­ągal­ne cuda.

Świ­ęta w pi­ęk­nych za­kąt­kach.

Ca­te­ring świ­ątecz­ny (oczy­wi­ście za­ka­za­ny), ale też i nie­osi­ągal­ny ce­no­wo...

Ko­lo­ro­we cho­in­ki i pre­zen­ty opa­ko­wa­ne tak, że ka­żdy chcia­łby do­stać choć opa­ko­wa­nie, bo na wnętrz­no­ści go nie stać.

I to coś spra­wia, że czło­wiek my­śli so­bie, że faj­nie by było, gdy­by to ktoś dla mnie zor­ga­ni­zo­wał świ­ęta, a nie ja dla ko­goś. Żeby ktoś inny pa­dał na pysk, żeby do­sta­wał wa­ria­cji i prze­pu­kli­ny, a ja bym so­bie sie­dział i pach­niał.

No, a po­tem na stro­nie po­ja­wia się re­kla­ma, któ­ra zmie­nia wszyst­ko i za­pew­nia, że nic już nie będzie ta­kie samo. Chwyt mar­ke­tin­go­wy, slo­gan, bzdur­ka... Jak zwał, tak zwał. Tyle że na­praw­dę nic już po­tem nie będzie ta­kie samo, ale tego nikt jesz­cze nie wie.

Wszy­scy mają przed ocza­mi ko­lo­ro­we bomb­ki, drin­ki i pre­zen­ty. Nikt nie spo­dzie­wa się zwłok z urwa­ną gło­wą...

Zwłok bez urwa­nej gło­wy też się nikt nie spo­dzie­wa. Zresz­tą zwło­ki z gło­wą, zwło­ki bez gło­wy, co to za po­my­sły?! Są świ­ęta. Ta­kie rze­czy się nie zda­rza­ją! Lu­dzie mor­du­ją się w in­nych, mniej świ­ątecz­nych oko­licz­no­ściach...

To ta­kie nie­ele­ganc­kie.

W świ­ęta wi­ęcej się krad­nie. Z to­re­bek, z sa­mo­cho­dów, z re­kla­mó­wek.

Cho­ciaż...

Bo je­że­li wzi­ąć pod uwa­gę prze­ci­ęt­ną ro­dzi­nę z ciot­ka­mi i wuj­ka­mi, ro­dzi­ca­mi i dziad­ka­mi, ro­dzi­nę z prze­szło­ścią, taką na­praw­dę upier­dli­wą, gdzie ka­żdy ma swo­je wła­sne prze­ko­na­nia re­li­gij­ne i po­li­tycz­ne, gdzie za­ma­chem na świ­ątecz­no­ść sto­łu są uszka ku­pio­ne w su­per­mar­ke­cie, a nie ule­pio­ne nocą na ostat­nim tchu przez pa­da­jącą na pysk żonę, gdzie wód­ka pod­le­wa wszel­kie pro­ble­my i roz­wi­ązu­je języ­ki aż tak bar­dzo, że cios w gło­wę kre­den­sem pra­bab­ci nie jest wca­le nie­mo­żli­wy, choć na­pra­wa kre­den­su już tak, to wi­zja ro­dzin­nych świ­ąt jest kosz­ma­rem.

Wi­zji nie­ro­dzin­nych świ­ąt nie prze­wi­dzia­no.

Są tacy, któ­rzy pod­da­ją się bez wal­ki i za­sia­da­ją le­d­wo żywi za wi­gi­lij­nym sto­łem, po czym po­pe­łnia­ją ro­dzin­ne ha­ra­ki­ri, przy­zna­jąc się do nie­to­le­ran­cji glu­te­nu albo mó­wi­ąc, że ze szwa­grem nie wy­pi­ją, bo wątro­ba nie po­zwa­la.

Śmier­tel­nie ob­ra­żo­ny szwa­gier nie bez ra­cji, nie ro­zu­mie­jąc, jak to mo­żli­we, że wątro­ba jest wa­żniej­sza od nie­go, rzu­ca się przez stół z wi­del­cem, aby wy­dzio­bać od­ma­wia­jące­mu wód­ki oko, nie­chcący na­bi­ja się po­licz­kiem na wy­ka­łacz­ki od śle­dzi, od­kry­wa, wy­rwaw­szy je so­bie za­ma­szy­ście, że śle­dzie były kup­ne, bo ta­kie wy­ka­łacz­ki tyl­ko w skle­po­wych, i obie­cu­je, że jego noga wi­ęcej w ta­kim domu nie po­sta­nie, roz­po­czy­na świ­ątecz­ną woj­nę do­mo­wą, po­nie­waż do ob­ra­zy (i wal­ki) zo­sta­ją po­wo­ła­ne żony, dzie­ci oraz pies i cho­mik (oczy­wi­ście po od­je­ździe ka­ret­ki, któ­ra po­wie­zie do szpi­ta­la na sy­gna­le te­ścia za­dła­wio­ne­go śliw­ką z kom­po­tu, ewen­tu­al­nie ością, też z kom­po­tu).

Są jed­nak tacy, któ­rzy bez wal­ki się nie pod­da­ją.

Pró­bu­ją. Kom­bi­nu­ją. Szu­ka­ją, aż na­gle...

Słod­kie Jin­gle bells roz­le­ga się z gło­śni­ka lap­to­pa, coś za­czy­na bły­skać, czer­wie­nić się, mi­go­tać, wi­dać cho­in­kę, barszcz z uszka­mi, pre­zen­ty, ale... Wi­dać też jak­by pia­sek? Sło­ńce? Ba­sen? Pal­my? To kusi i po chwi­li roz­le­ga się słod­kie klik, klik, klik...

"Zor­ga­ni­zu­je­my dla was świ­ęta" - gło­si re­kla­ma i mało kto nie ma ocho­ty w nią klik­nąć, bo łączy ona w so­bie wszyst­ko, co wy­ma­rzo­ne, wszyst­ko, co ko­niecz­ne, i wszyst­ko, co ku­szące. No, może poza śnie­giem, ale umów­my się - coś za coś.

Wi­dok barsz­czu z uszka­mi pod pal­mą, cho­in­ki na pla­ży, kom­po­tu z su­szu z pa­pie­ro­wą pa­ra­sol­ką... To jest po pro­stu bo­skie!

I na do­da­tek... Sło­ńce, ba­sen i te­ścio­wa w bu­rej po­dom­ce w bu­rej kuch­ni... po­zo­sta­wio­na na pa­stwę bu­rej, pol­skiej rze­czy­wi­sto­ści. Toż to bo­nus jak się pa­trzy.

Kto by nie klik­nął?

Na­wet roz­sąd­ni lu­dzie nie­wie­rzący w ni­ge­ryj­skich ksi­ążąt, któ­rzy zo­sta­wi­li im w spad­ku mi­lio­ny, ani w pod­ry­wy Hen­ry'ego Ca­vil­la na In­sta­gra­mie, któ­ry wła­śnie w nich się za­ko­chał na za­bój, w to jed­nak klik­ną.

Za­ry­zy­ku­ją. Wy­pe­łnią for­mu­larz.

Po­tem oczy­wi­ście będzie płacz i zgrzy­ta­nie zębów, ale te­raz...

Ho­tel dwu­gwiazd­ko­wy, no do­bra, ale to i tak nie­źle. Nie­dro­gi.

Świ­ęta po pol­sku! I to prze­wa­ża, po pol­sku!

Bo ina­czej to by była de­zer­cja, a tak to tyl­ko zmia­na oto­cze­nia, na­wet nie de­ko­ra­cji.

- Śnie­gu nie będzie - ma­ru­dzi ten i ów wy­cho­wa­ny w prze­świad­cze­niu, że wi­gi­lia bez śnie­gu to jed­nak nie wi­gi­lia. Jak­kol­wiek by pa­trzeć, żyje jed­nak w kra­ju, gdzie na­wet bura bre­ja uda­jąca śnieg jest lep­sza niż nic, bo ina­czej to by się nie li­czy­ło i na co te trzy­na­ście po­traw? Ha?

- No, ale tu też nie będzie śnie­gu - prze­ko­nu­je sam sie­bie i wła­ści­wie de­cy­zja jest już pod­jęta.

Oczy­wi­ście, gdy­by śnieg był aż taki wa­żny, mo­żna by gdzieś na pó­łnoc, za koło pod­bie­gu­no­we, ale śnieg to tyl­ko świ­ątecz­na de­ko­ra­cja, a na pó­łno­cy jest zde­cy­do­wa­nie za zim­no. Mo­żna bez śnie­gu. We­źmie się w sprayu.

Po­psi­ka się pal­mę, po­wie­si się re­ni­fer­ka, ba­łwan­ka i będzie mio­dzio.

No i ofer­ta jest na­praw­dę cie­ka­wa.

Ceny są za­dzi­wia­jąco przy­stęp­ne, może dla­te­go, że last mi­nu­te? Nie mają go­ści, mu­szą sprze­dać?

Roz­sąd­ni lu­dzie po­win­ni na­tych­miast zwie­trzyć ja­kiś pod­stęp, ale w okre­sie przedświ­ątecz­nym roz­sądek bie­rze so­bie urlop od rze­czy­wi­sto­ści, stąd de­be­ty na kar­tach kre­dy­to­wych, tony nie­tra­fio­nych pre­zen­tów i sze­ść ko­lej­nych swe­trów z re­ni­fe­rem w ka­żdej sza­fie.

Sło­ńce, pal­my, drin­ki i groch z ki­szo­ną ka­pu­stą, cu­dow­nie!

Wie­lu za­da­wa­ło so­bie py­ta­nia po co... Po jaką cho­le­rę wie­źć pol­skie świ­ęta z domu w tro­pi­ki, ale i na to też było wy­tłu­ma­cze­nie.

- To pew­nie dla tych za­gra­nicz­nych Po­la­ków, któ­rzy do tro­pi­ków się już na tyle przy­zwy­cza­ili, że zima tyl­ko tam, świ­ęta po pol­sku są bar­dzo wa­żne, a w Pol­sce po­go­da nie za bar­dzo.

- No to co? Je­dzie­my?

?

Wa­liz­ko­wa ciem­no­ść uko­ły­sa­ła nie­co Ziut­ka, któ­ry był rów­no­cze­śnie w dwóch miej­scach - jed­nym ja­snym, dru­gim ciem­nym - i chy­ba nie mógł się zde­cy­do­wać, gdzie ma za­miar po­zo­stać. Wa­liz­ka przy­jem­nie hu­śta­ła się na wy­bo­jach. Cie­pła ciem­no­ść ota­cza­ła Ziut­ka w bar­dzo ko­jący spo­sób, a ko­ron­ko­we maj­tecz­ki, któ­re, jak mu się wy­da­wa­ło, wy­ma­cał, da­wa­ły na­dzie­ję na ja­kieś cie­ka­we do­zna­nia.

Cza­so­wo­ść po­by­tu w tym miej­scu wca­le go nie mar­twi­ła, za­sta­na­wiał się tyl­ko, dla­cze­go nikt nie zwra­ca uwa­gi na jego nogi wlo­kące się za wa­liz­ką, któ­ra jed­nak nie była dość duża na ca­łe­go Ziut­ka, ale to mu na szczęście nie prze­szka­dza­ło. Miał prze­świad­cze­nie, że jest ja­ki­mś by­tem ciut nie­ma­te­rial­nym, a jako ta­kie­mu wol­no mu wi­ęcej.

Wie­dział oczy­wi­ście, że nie jest je­dy­ny na świe­cie, i tro­chę się oba­wiał, co będzie, je­że­li ktoś jemu po­dob­ny zo­ba­czy go w tej wa­liz­ce, za któ­rą wle­kły się nogi albo cho­ciaż nogi z przy­le­gło­ścia­mi, ale po­sta­no­wił to olać.

Co będzie, to będzie.

?

- Wiesz, to jest ge­nial­ne! - stwier­dzi­ła Ali­na, pod­su­wa­jąc pra­wie mężo­wi re­kla­mę pod sam nos. - Cie­pło, żad­nych sen­sa­cji, żad­nych zo­bo­wi­ązań. Świet­ne miej­sce, od­pocz­nie­my...

- Do­bra, ale nie­ste­ty bie­rze­my mamę! - oświad­czył.

- I ma­mu­się - wes­tchnęła ona.

W ten spo­sób tro­chę zro­bi­li so­bie krzyw­dę, ale z lu­dźmi często tak jest. Uwiel­bia­ją się umar­twiać, ina­czej nie czu­li­by się do­brze.

Ali­na była in­flu­en­cer­ką mo­do­wą, choć do­pie­ro w pierw­szej fa­zie swo­je­go in­flu­en­ce­ry­zmu. Za­czy­na­ła pro­wa­dzić ka­nał na YouTu­be, gdzie po­ka­zy­wa­ła ciu­chy wy­ci­ągni­ęte psu z gar­dła, to zna­czy z ciu­char­ni, i ro­bi­ła z nich cie­ka­we sty­li­za­cje. Trze­ba po­wie­dzieć, że były na­praw­dę in­te­re­su­jące. Nie­ste­ty, nie były ani mod­ne, ani pi­ęk­ne, ale od cze­goś trze­ba za­cząć.

Jej chło­pak Ka­mil dum­nie zwa­ny (przez obie mat­ki w szcze­gól­no­ści) mężem nad­uży­wał pro­chów i ca­ły­mi dnia­mi grał w gry kom­pu­te­ro­we, ale jej to nie prze­szka­dza­ło. Nie zdra­dzał jej. To zna­czy miał ro­mans, ale to jed­nak było coś in­ne­go niż zdra­da. Nie pił.

Obo­je byli na gar­nusz­ku u swo­ich ma­tek, dla­te­go ich de­cy­zja była ra­czej roz­sąd­na. Sami na wy­jazd po­zwo­lić so­bie nie mo­gli, za to mama i ma­mu­sia już tak.

Ko­bie­ty się ser­decz­nie nie­na­wi­dzi­ły, ale nie dla­te­go, że mi­ędzy nimi ist­nia­ły ja­kieś ró­żni­ce w po­glądach czy po­de­jściu do ży­cia. Po pro­stu obie uwa­ża­ły, że ich dzie­ciom dzie­je się krzyw­da. Mat­ka Ali­ny uwa­ża­ła Ka­mi­la za idio­tę na pro­chach, mat­ka Ka­mi­la uwa­ża­ła Ali­nę za kre­tyn­kę bez po­my­słu na ży­cie. W su­mie obie mia­ły ra­cję, co nie zmie­nia­ło fak­tu, że Ali­na i Ka­mil byli we­dług ma­tek na­praw­dę do­bra­ną parą. I tak mia­ło po­zo­stać cho­cia­żby dla­te­go, że sko­ro już ze sobą za­miesz­ka­li, to po­win­ni się po­brać. Po­tem mogą się roz­wie­ść, ale po­brać mu­szą, żeby nie było ga­da­nia.

?

- Do­bra, je­dzie­my - po­wie­dział In­dyk, to zna­czy Izy­dor, któ­re­go te­ścio­wa na­zy­wa­ła In­dy­kiem, i za­czął spraw­dzać, co trze­ba, a co mo­żna, ewen­tu­al­nie co po­win­no się za­brać.

Bo jed­nak taki wy­jazd bez przy­go­to­wań... W świ­ęta...

Po­dob­ne prze­my­śle­nia mia­ło jesz­cze kil­ka osób.

Cóż po­wie­dzieć, tro­pi­ki ro­bi­ły wra­że­nie.

?

- Wy­spa cud­na, pal­my pi­ęk­ne, jest ba­sen, jest pla­ża, są ko­ko­sy - stwier­dzi­ła Zyta i za­pro­po­no­wa­ła wy­jazd swo­jej ko­le­żan­ce Kry­sty­nie.

Obie mia­ły już wnu­ki, ale mia­ły też ocho­tę od nich od­po­cząć. Obie wie­dzia­ły, że to nie wy­pa­da i że taka sa­mo­lub­na po­sta­wa to wstyd. Dla ka­żdej bab­ci, któ­ra nie chce spędzić na opie­ce nad wnu­ka­mi resz­ty ży­cia, po­win­no być osob­ne miej­sce w pie­kle. To­też Zyta oświad­czy­ła ro­dzi­nie, że to Kry­sty­na za nią pła­ci, więc nie wy­pa­da od­mó­wić, na­to­miast Kry­sty­na oświad­czy­ła dzie­ciom, że Zyta za­fun­do­wa­ła jej wy­jazd, za­tem nie może zre­zy­gno­wać. W ten spo­sób i wilk był syty, i owca cała. Dzie­ci się nie po­obra­ża­ły, a one mo­gły wy­je­chać.

Obie kła­ma­ły. Żad­na z nich nie za­pła­ci­ła za wy­ciecz­kę, po pro­stu, kie­dy wy­pe­łni­ły for­mu­larz, oka­za­ło się, że wy­gra­ły. Tego jed­nak dzie­ciom po­wie­dzieć nie mo­gły, bo za­raz by było po spra­wie. Dzie­ci by nie zro­zu­mia­ły.

- A po co ma­mu­si taka wy­ciecz­ka? Ja po­ja­dę, żeby się nie zmar­no­wa­ła - stwier­dzi­ły­by cór­ki i by­ło­by po przy­jem­no­ści, bo na ta­kie dic­tum ani Zyta, ani Kry­sty­na nie mo­gły­by prze­cież za­re­ago­wać ina­czej niż: "Oczy­wi­ście, jedź, ko­cha­nie".

?

Ziu­tek nie umiał po­wie­dzieć, ile cza­su spędził w wa­liz­ce, da­łby jed­nak so­bie gło­wę uci­ąć, o ile jesz­cze gdzieś ją miał, że le­d­wie kil­ka, może kil­ka­na­ście mi­nut.

Kie­dy jed­nak wyj­rzał z niej, zo­stał za­la­ny falą prze­ra­źli­wie ja­sne­go sło­ńca, więc po­my­ślał, że to dal­sza część ak­cji re­ani­ma­cyj­nej, i wró­cił w wa­liz­ko­we pie­le­sze. Zde­cy­do­wał się prze­cze­kać to za­mie­sza­nie.

Nie wie­dział, co lep­sze, nie wie­dział, co po­wi­nien, co może i co wła­ści­wie się dzie­je, a tu było mu do­brze, zdał się więc na los (w tym mo­men­cie śle­py), bo w wa­liz­ce pa­no­wa­ły ciem­no­ści, i po­sta­no­wił prze­cze­kać. Co będzie, to będzie. On do tego ręki nie przy­ło­ży.

?

Ho­tel był nie­du­ży.

Może zresz­tą nie tak. Ho­tel to prze­cież tyl­ko ho­tel, nie musi być wiel­ki, po pro­stu sama wy­spa była nie­du­ża. Jej atu­tem było to, że le­ża­ła na Mo­rzu Ka­ra­ib­skim, nie­da­le­ko Bas­se-Ter­re i na­le­ża­ła do Fran­cji, choć to ostat­nie nie wszyst­kim wy­da­wa­ło się ko­rzyst­ne, bo Fran­cuz­ki są nie­ste­ty pi­ęk­ne, Fran­cu­zi nie mają naj­lep­szych no­to­wań, je­dzą żaby i śli­ma­ki oraz nie da się ich zro­zu­mieć. To gwa­ran­to­wa­ło jed­nak, jak sądzi­li wy­sia­da­jący z busa tu­ry­ści, dużo dzi­wacz­ne­go je­dze­nia, do­bre­go pi­cia oraz sek­su na pla­ży.

- Zu­pe­łnie jak Sa­in­te Ma­rie - po­wie­dzia­ła, wy­ła­do­wu­jąc z busa wa­liz­kę, jed­na z tu­ry­stek za­ko­cha­na w se­ria­lu Śmie­rć pod pal­ma­mi.

- Sa­in­te Ma­rie nie ist­nie­je - od­po­wie­dział chło­pak, któ­ry dziel­nie tasz­czył obok niej swo­je ba­ga­że okle­jo­ne srebr­ną ta­śmą. Wy­glądał na ta­kie­go, któ­ry nie­na­wi­dzi być za­do­wo­lo­ny, a szczęśli­wy nie bywa ni­g­dy, bo to psu­je jego ima­ge praw­dzi­we­go mężczy­zny. Był duży, łysy i na­pa­ko­wa­ny.

Dla nie­któ­rych cia­cho. Dla in­nych zgro­za. Dla ca­łej resz­ty "żeby tyl­ko nie do­stać po­ko­ju obok nie­go, bo pew­nie słu­cha me­ta­lu, chra­pie i chla".

Ste­reo­ty­py rządzą świa­tem.

?

Zyta wy­sia­dła z busa i wes­tchnęła, wi­dząc sło­necz­ne pi­ęk­no, o któ­rym tak ma­rzy­ła. Zdjęła oku­la­ry, prze­ta­rła je, za­ło­ży­ła, a po­tem spoj­rza­ła na jed­ną z wa­li­zek.

Przez chwi­lę wi­dzia­ła wy­sta­jące z niej, wle­czo­ne po pia­chu nogi, ka­wa­łek chu­de­go ty­łka i ge­ni­ta­lia.

- Je­zus Ma­ria - jęk­nęła do sie­bie. - Sła­bo mi od tego upa­łu.

Usia­dła na swo­jej wa­liz­ce, prze­że­gna­ła się i po­sta­no­wi­ła nie pa­trzeć w kie­run­ku tam­tej wa­liz­ki. Była prze­ko­na­na, że to ob­jaw dłu­go­tr­wa­łej abs­ty­nen­cji sek­su­al­nej, ewen­tu­al­nie pro­ble­my z tra­wie­niem.

Po­sta­no­wi­ła to zi­gno­ro­wać i mo­żli­wie jak naj­szyb­ciej temu za­ra­dzić. Na nie­straw­no­ść mia­ła ra­pha­cho­lin, a re­me­dium na resz­tę mia­ła na­dzie­ję zna­le­źć na pla­ży.

?

Świ­ęta w tro­pi­kach były nie za bar­dzo ma­in­stre­amo­we, przy­naj­mniej dla tej gru­py tu­ry­stów. Mimo wszyst­ko chcie­li spró­bo­wać cho­ćby po to, żeby po­tem móc na­rze­kać przez cały rok, jak było nie­cie­ka­wie, jak tęsk­ni­li za at­mos­fe­rą praw­dzi­wych świ­ąt, jak się męczy­li, a na po­twier­dze­nie fak­tów po­ka­zy­wać zdjęcia z ko­lo­ro­wy­mi drin­ka­mi na zło­tym pia­sku przy ba­se­nie z błękit­ną wodą, ma­jące wy­wo­łać gry­mas za­zdro­ści na twa­rzach zna­jo­mych, łzy za­wi­ści i pe­łne bólu wes­tchnie­nia.

Dla­te­go to wszyst­ko mia­ło być tro­chę na po­kaz.

Wszyst­ko dla sie­bie, ale też i dla in­nych (w pew­nym sen­sie), tro­chę na­praw­dę, tro­chę na niby, coś za coś, po coś, a w ogó­le to ina­czej. I to wła­śnie ja­koś tak tu­taj było. Niby że na­praw­dę, a niby na niby.

Pol­skie świ­ęta i ka­ra­ib­ska pla­ża? Drink z pa­lem­ką w oczy kole, a cała resz­ta prze­cież z tra­dy­cją, bo po pol­sku.

Tro­chę też po ko­zac­ku, choć ka­żdy przy­zna, że świ­ęta lu­dzie spędza­ją w ró­żnych wa­run­kach za­le­żnie od tego, gdzie się uro­dzi­li, ale mało kto świ­ętu­je w tro­pi­kach. To zna­czy ow­szem, tam też są ja­kieś świ­ęta, ale nie ta­kie, nie te praw­dzi­we, nie po pol­sku, no i tam jest vo­odoo.

Wy­lot z War­sza­wy był na­wet bez­pro­ble­mo­wy, choć lot już nie za bar­dzo. Ja­kiś pa­sa­żer za­ba­ry­ka­do­wał się w to­a­le­cie i za­żądał he­li­kop­te­ra. Kie­dy wresz­cie wy­rwa­no drzwi, oka­za­ło się, że jest upa­lo­ny i sądzi, że wła­śnie na­pa­dł na bank, a pa­pie­ro­we ręcz­ni­ki, któ­re za­pa­ko­wał so­bie do spodni, są do­la­ra­mi.

Dziec­ko lat sze­ść pra­wie od­gry­zło mat­ce gło­wę, bo nie po­zwo­li­ła mu za­mó­wić szam­pa­na, a ze­stre­so­wa­ny dru­gi pi­lot gro­ził no­żem pa­sa­że­rom, któ­rzy za gło­śno się śmia­li. Kie­dy go obez­wład­nio­no, oka­za­ło się, że pierw­szy pi­lot za­truł się swoj­ską kie­łba­są, ale i tak po lądo­wa­niu otrzy­mał okla­ski, choć rzu­ca­ło.

W dru­gim sa­mo­lo­cie wy­bu­chł skan­dal, bo za­pa­ko­wa­no za mało obia­dów. Za­miast tego za­pro­po­no­wa­no tym, któ­rzy zre­zy­gnu­ją z przy­słu­gu­jących im por­cji obia­do­wych, dar­mo­we drin­ki. Na ko­niec oka­za­ło się, że wszyst­kie obia­dy zo­sta­ły nie­tkni­ęte, za to wi­ęk­szo­ść pa­sa­że­rów trze­ba było wy­no­sić z sa­mo­lo­tu, bo nie byli w sta­nie ustać na no­gach. Mimo że w sa­mo­lo­cie byli pra­wie sami Po­la­cy, mało kto kla­skał po lądo­wa­niu, wi­ęk­szo­ść za­nie­czysz­cza­ła podło­gi i sie­dze­nia, ale z pe­łnym prze­ko­na­niem, że to cena, jaką się pła­ci za po­świ­ęce­nie się dla do­bra ogó­łu, za do­bre ser­ce i pu­sty żo­łądek, bo prze­cież po­świ­ęci­li się, re­zy­gnu­jąc z je­dze­nia. To było do­praw­dy wiel­kie bo­ha­ter­stwo, więc ude­rzy­ło im do gło­wy.

I po­tem bar­dzo się wsty­dzi­li. Ni­g­dy by się nie po­dej­rze­wa­li o to, że mają ta­kie sła­be gło­wy, ale zło­ży­li to na karb wy­so­ko­ści.

Pod­róż jed­nym sa­mo­lo­tem, po­tem dru­gim, a na ko­niec stat­kiem, a wła­ści­wie pro­mem była męcząca, ale zdąży­li prze­trze­źwieć. Prom przy­bił do ja­kie­goś ra­chi­tycz­ne­go na­brze­ża, a stam­tąd ode­brał ich bu­sik. Cała pod­róż była fa­scy­nu­jąca, obie­cy­wa­ła wie­le i da­wa­ła dużo na­dziei. Za to ostat­nia jej część, czy­li jaz­da bu­sem po wy­spie, uzmy­sło­wi­ła wszyst­kim, że miej­scem, do któ­re­go jadą, nie jest z pew­no­ścią Hur­gha­da.

Bo jak lu­dzie jadą w tro­pi­ki, to mają przed ocza­mi pi­ęk­no opa­lo­nych mo­de­lek na tle chro­mu, szkła i pla­sti­ku, nie­bie­skie­go drin­ka i ba­sen, wo­kół któ­re­go roi się od pi­ęk­nych ciał. Ale to tyl­ko re­kla­ma, i to z tej gór­nej, naj­gór­niej­szej pó­łki. Wszyst­ko od­ręb­ne, od­dziel­ne, all in­c­lu­si­ve, ale tyl­ko dla za­mo­żnych tu­ry­stów, resz­ty nie przyj­mu­je­my. Resz­ty nie ma. Nie ma do­mów, uli­czek, tu­byl­ców, wście­kłych nie­dźwie­dzi griz­zly (choć ich aku­rat na­praw­dę tam nie ma) ani ni­cze­go poza ośrod­kiem.

I w żad­nym wy­pad­ku nie ma jasz­czu­rek na ścia­nach.

Ani śli­ma­ków w to­a­le­tach.

Ani węży pod prysz­ni­cem.

Tym, co zo­ba­czy­li, nie był ośro­dek wy­po­czyn­ko­wy ogro­dzo­ny mu­rem, nie­do­stęp­ny dla tu­byl­ców i wy­po­sa­żo­ny w cuda. To był ho­te­lik (nie­co nie­stan­dar­do­wy i ciut odra­pa­ny) w środ­ku mia­stecz­ka (o bar­dzo ni­sko­pien­nej i cha­otycz­nej za­bu­do­wie), z ba­se­nem (albo jed­nak ba­se­ni­kiem), otwar­ty dla wszyst­kich i nie­zbyt im­po­nu­jący.

Co do tu­byl­ców, to byli.

Wszędzie. I to tro­chę prze­szka­dza­ło, bo byli ra­do­śni, ko­lo­ro­wi, barw­ni, krzy­kli­wi i nie ca­łkiem do­kład­nie ubra­ni...

Ich nie­co na­zbyt opa­lo­na go­li­zna, któ­rą było wi­dać na ka­żdym kro­ku, zde­ner­wo­wa­ła star­sze pa­nie, bo prze­cież były świ­ęta, a więc czas po­nie­kąd za­du­my, a jaka tu za­du­ma, je­że­li ktoś świe­ci na wpół go­łym ty­łkiem i po­dry­gu­je nim w takt me­lo­dii, któ­re na­wet obok ko­lęd nie le­ża­ły?

To nie za­du­ma, a za­dy­ma!

Już pierw­szy rzut oka na wy­sep­kę spra­wił, że gru­pa po­dzie­li­ła się na tych, któ­rzy mie­li ocho­tę się tro­chę zin­te­gro­wać z tu­byl­ca­mi i odro­bi­nę za­ba­wić, oraz na tych, któ­rzy uwa­ża­li, że zna­le­źli się w przed­sion­ku pie­kieł, a dia­bły już szy­ku­ją ko­tły z wrzącą smo­łą, dla­te­go jest tu tak go­rąco.

?

Ziu­tek wle­czo­ny po pia­chu w wa­liz­ce po­czuł coś w no­gach. Bar­dzo go to zdzi­wi­ło, bo nie po­wi­nien czuć ni­cze­go. Tak so­bie wy­obra­żał du­cho­wo­ść. To zna­czy nie du­cho­wo­ść, ale udu­cho­wie­nie. Też nie, udu­sze­nie... Miał pro­ble­my języ­ko­we, bo nie wie­dział, jak na­zwać swój stan.

Udu­cho­wio­ny ni­g­dy nie był, chy­ba na­wet ob­ra­zi­łby się, gdy­by ktoś coś ta­kie­go za­su­ge­ro­wał, du­cho­wo­ść go ra­czej nie do­ty­czy­ła, przy­naj­mniej za ży­cia, a udu­sze­nie... Czy­li tak jak­by uczy­nie­nie du­chem... Hmmm.

W ka­żdym ra­zie tak ja­koś wy­obra­żał so­bie by­cie du­chem, kie­dy jesz­cze so­bie je wy­obra­żał. Te­raz nie wie­dział, co z nim się dzie­je.

Wy­obra­żeń nie miał w tej chwi­li wła­ści­wie żad­nych, bo trud­no co­kol­wiek so­bie wy­obra­żać w ciem­no­ściach wa­liz­ki, po­mi­ędzy majt­ka­mi wy­szczu­pla­jący­mi, biu­sto­no­szem typu push-up a pacz­ką pod­pa­sek.

Wyj­rzał ze swo­je­go schow­ka. Sło­ńce ude­rzy­ło go ciepl­nym obu­chem i ja­sno­ścią bom­by jądro­wej. Po sie­dze­niu na dwor­cu gdzieś w Pol­sce w zi­mie w sza­rzy­źnie wie­czo­ru i po dość chy­ba jed­nak dłu­gim po­by­cie w wa­liz­ce nie był na to przy­go­to­wa­ny.

- Ja pier­do­lę - po­wie­dział.

Zyta ze­mdla­ła.

Wy­sta­wił rękę, zła­pał doj­rza­łe man­go (chy­ba man­go, bo nie mógł być pe­wien) le­żące na zie­mi i za­brał je do wa­liz­ki. Zdzi­wił się, że mu się to uda­ło. W wa­liz­ce za­pach­nia­ło tro­pi­kal­nym sza­le­ństwem i zgni­ły­mi owo­ca­mi.

Zro­bi­ło się dziw­nie.

?

Wy­spa była pi­ęk­na tym pocz­tów­ko­wym, tro­pi­kal­nym pi­ęk­nem, któ­re z bli­ska tro­chę prze­ra­ża, bo ro­ślin­no­ść, ow­szem, cud­na, ale wszędzie la­ta­ją chma­ry ro­bac­twa, dro­gi są kosz­mar­ne, a ar­chi­tek­tu­ra ma wie­le ze slum­so­wa­to­ści, któ­rej na pocz­tów­kach się nie uwzględ­nia. Ba­racz­ki z dyk­ty bez szyb w oknach, albo ra­czej bez okien, bez podłóg ze swoj­skim szro­tem do­oko­ła, a wszyst­ko ko­lo­ro­we jak­by ma­lo­wa­ne przez dal­to­ni­stę z bie­gun­ką. To robi nie­zbyt przy­jem­ne, acz­kol­wiek sza­lo­ne wra­że­nie.

I nie było tu nic.

Gdy­by ktoś za­mie­rzał po­dzi­wiać za­byt­ki, ra­czej by się za­wió­dł. Per­ły ar­chi­tek­tu­ry? No, chy­ba że cho­dzi o dom­ki kry­te bla­chą fa­li­stą. Atrak­cje? A kto w tro­pi­ki je­dzie dla atrak­cji? Tu wa­żne są pla­ża i woda.

Oraz krem z fil­trem, i to wy­so­kim.

Upał za­le­wał po­tem oczy lu­dzi (a może i zwie­rząt, bo du­chy się ra­czej nie pocą), któ­rzy nie byli przy­go­to­wa­ni na taką tem­pe­ra­tu­rę, po­nie­waż przy­je­cha­li z zu­pe­łnie in­nej stre­fy kli­ma­tycz­nej i byli jesz­cze po­ubie­ra­ni sto­sow­nie do pa­nu­jących w niej tem­pe­ra­tur.

Dwie pa­nie w fu­ter­kach ze­mdla­ły.

Fu­ter nie mo­gły zdjąć, bo nie mia­ły ich gdzie we­pchnąć.

Je­den pan prze­rwał się, a może tyl­ko do­stał lum­ba­go od tasz­cze­nia ba­ga­żu, w któ­rym miał ku­chen­kę elek­trycz­ną, garn­ki i osiem li­trów bi­go­su oraz sma­lec ze skwar­ka­mi i sto sze­śćdzie­si­ąt pie­ro­gów. Dwa kilo maku za­bra­no mu na cle, choć był z ba­ka­lia­mi.

Sło­iki z bi­go­sem dla nie­któ­rych to pod­sta­wa. Wia­do­mo, na­wet w Pol­sce je ze sobą wożą na wszel­kie, ta­kże te nie­świ­ątecz­ne wy­jaz­dy (na świ­ątecz­ne to mus), a tu to oczy­wi­sta ko­niecz­no­ść, bo na­wet je­że­li, to prze­cież ni­g­dzie nie kupi się po­rząd­nej ki­szo­nej ka­pu­sty.

Tu nie ma ni­cze­go.

Ani su­szo­nych grzy­bów, ani barsz­czu, w ogó­le je­dze­nie... Ten naj­wi­ęk­szy świ­ątecz­ny pro­blem spędzał mu sen z po­wiek z po­wo­du tego, co wy­czy­tał w in­ter­ne­cie. Oba­wiał się, że będą im po­da­wać to mac­ko­wa­te, me­du­zo­wa­te, wy­łu­pia­sto­okie coś, co tu­tej­si na­zy­wa­ją po­ży­wie­niem.

I wszyst­ko jest ryb­ne, ostre i pa­skud­ne.

I we wszyst­kim są chi­li oraz wąsa­te pa­jąki. Jak to mo­żna jeść?

Przy­go­to­wał się więc na ka­żdą ewen­tu­al­no­ść, na­wet barszcz w prosz­ku za­brał.

Grzy­by prze­my­cił w bu­tach, pod skar­pet­ka­mi.

Tro­chę go uwie­ra­ły i trze­ba było je po­tem wie­trzyć, bo nie było pew­ne, czy skar­pe­ty prze­szły grzy­ba­mi, czy grzy­by skar­pe­ta­mi, a po ta­kiej pod­ró­ży to ostat­nie mo­gło być gro­źne. Po­sta­no­wił nie tyle ży­wić się sam, ile za­bez­pie­czyć ja­dal­ną świ­ątecz­no­ść tro­chę też dla wszyst­kich. Był pe­wien, że będą mu wdzi­ęcz­ni, choć pie­ro­gi z grzy­ba­mi i ka­pu­stą opa­ko­wa­ne w pla­stik tro­chę się już za­śmiar­dły.

Ja­kaś sta­rusz­ka po­szła spraw­dzić, czy pal­my są praw­dzi­we, i wró­ci­ła bie­giem, wrzesz­cząc coś o wężach, ale ogól­nie wszy­scy pod­róż prze­ży­li. To zna­czy oprócz czte­rech mężczyzn z kon­ku­ren­cyj­nej wy­ciecz­ki le­cącej do Hur­gha­dy, któ­rzy wsie­dli ra­zem z nimi do pierw­sze­go sa­mo­lo­tu. Byli bar­dzo głoś­ni, krzy­cze­li, prze­szka­dza­li, za­cze­pia­li pa­sa­żer­ki, blo­ko­wa­li ła­zien­kę, wszy­scy mie­li ich do­syć. Po­tem za­częli sza­leć, pi­jąc i rzy­ga­jąc na prze­mian. Mo­żli­we, że się czy­mś za­tru­li. Pro­te­sty per­so­ne­lu na nic się nie zda­ły. Pó­źniej pa­dli. Tak czy tak, z sa­mo­lo­tu ich wy­nie­sio­no. Wszy­scy inni pa­sa­że­ro­wie prze­sie­dli się do ko­lej­ne­go sa­mo­lo­tu i już w spo­ko­ju kon­ty­nu­owa­li pod­róż. Na miej­scu po wy­ła­do­wa­niu ba­ga­ży zo­sta­li wpro­wa­dze­ni do ho­te­lu i roz­lo­ko­wa­ni w po­ko­jach.

Pierw­szym, co za­uwa­ży­li, był brak kli­ma­ty­za­cji. Na su­fi­tach bu­cza­ły wiel­kie wia­tra­ki mie­lące go­rące po­wie­trze i co chwi­la bu­dzące do ak­tyw­no­ści sta­da ospa­łych much i le­ni­wych jasz­czu­rek.

Dru­gim sta­da ko­ma­rów.

Trze­cim ka­ra­lu­chy.

Choć ko­ma­ry po­ja­wi­ły się wie­czo­rem, ka­ra­lu­chy wy­la­zły do­pie­ro nocą, ale i tak za­chwy­tu nie było.

Pod­róż wy­męczy­ła ich tak bar­dzo, że wszy­scy na­tych­miast chcie­li iść się opa­lać.

Jed­nak zwy­ci­ęża­ła od­po­wie­dzial­no­ść.

Tu­ry­ści li­czy­li, że omi­nie ich ze­spół stre­su oko­ło­świ­ątecz­ne­go ze wszyst­ki­mi jego ob­ja­wa­mi, ta­ki­mi jak zmęcze­nie, bez­sen­no­ść, lęki i fo­bie, że uda im się unik­nąć za­ha­ro­wa­nia na śmie­rć, a po­tem głu­pich py­tań przy sto­le, któ­re słu­żą tyl­ko do tego, żeby za­wsty­dzić, upo­ko­rzyć albo wpra­wić w za­kło­po­ta­nie, choć praw­dę po­wie­dziaw­szy, nikt nie po­wi­nien ich za­da­wać, ale nie jest pew­ne, czy się uda.

Tu może nikt nie za­py­ta o datę nie­pla­no­wa­ne­go ślu­bu, orien­ta­cję sek­su­al­ną ani o to, kie­dy po­ja­wią się zde­cy­do­wa­nie pla­no­wa­ne (ale tyl­ko przez bab­cie) wnu­ki. Może wpa­trze­ni w pal­my za­pom­ną się po­kłó­cić o po­li­ty­kę, ale nie­ste­ty, nie ma na to gwa­ran­cji.

Bo o ile mo­żna wy­je­chać z Pol­ski i zre­zy­gno­wać z pol­sko­ści świ­ąt, o tyle ta świ­ątecz­na pol­sko­ść z czło­wie­ka nie re­zy­gnu­je. Ona w nim tkwi i nim tar­ga, a im da­lej, tym go­rzej. Ona go zmu­sza do pod­da­ństwa i prze­ró­żnych, dziw­nych ak­tyw­no­ści. Na­tych­miast po przy­lo­cie Kry­sty­na rzu­ci­ła się myć okna w re­cep­cji, ale ją po­wstrzy­ma­no.

Ostat­kiem sił, bo wal­czy­ła. Trze­ba ją było na­wet przy­wi­ązać do okien­ni­cy. Przez chwi­lę tam sta­ła, ale szyb­ko opa­li­ła się w pa­ski i trze­ba ją było od­pi­ąć, bo wy­gląda­ła jak goła ze­bra.

I tak świ­ęta w domu mogą być ni­ja­kie, świ­ęta w ho­te­lu śred­nie, ale świ­ęta w tro­pi­kach, te pol­skie, mu­szą być jak naj­bar­dziej pol­skie, i to do kwa­dra­tu.

Bo lu­dzie we­wnątrz sie­bie, w naj­głęb­szych za­ka­mar­kach du­szy czu­ją, że zde­zer­te­ro­wa­li, pod­da­li się, od­pu­ści­li, ba, na­wet się sprze­da­li.

?

Jó­ze­fa na­tych­miast po otrzy­ma­niu klu­cza do po­ko­ju po­sta­no­wi­ła wpro­wa­dzić w nim świ­ątecz­ny na­strój po swo­je­mu. Z wa­liz­ki wy­ci­ągnęła środ­ki czysz­czące i na­tych­miast za­częła szo­ro­wać podło­gi, któ­rym rze­czy­wi­ście się to przy­da­ło, za to Jó­ze­fie nie bar­dzo.

Nikt jej nie po­wstrzy­mał, ale jak to się mówi, wol­no­ść Tom­ku w swo­im dom­ku na­wet w tro­pi­kach.

Kie­dy po go­dzi­nie wsta­ła z podło­gi, była le­d­wie żywa, do­kład­nie tak jak chcia­ła.

Po­tem na sto­li­ku pod oknem usta­wi­ła pla­sti­ko­wą cho­in­kę ozdo­bio­ną rów­nie pla­sti­ko­wy­mi bomb­ka­mi.

Tasz­cze­nie jej przez kon­ty­nen­ty i oce­any uwa­ża­ła za swój świ­ęty (i świ­ątecz­ny) obo­wi­ązek.

Obok cho­in­ki usta­wi­ła zni­cze na­grob­ne.

Przed wy­jaz­dem nie zdąży­ła za­jąć się swo­imi zma­rły­mi, więc po­sta­no­wi­ła zro­bić to tu­taj, i to w je­dy­ny zna­ny so­bie spo­sób, choć (nie przy­zna­jąc się na­wet przed sobą samą) li­czy­ła też odro­bi­nę na tu­tej­sze kli­ma­ty ma­gicz­ne.

Roz­pro­pa­go­wa­ne przez ame­ry­ka­ńskie hor­ro­ry, da­wa­ły wie­le na­dziei. Były oczy­wi­ście kon­tro­wer­syj­ne i zde­cy­do­wa­nie zdzi­cza­łe, ale tchnęły wia­rą w dzie­jo­wą spra­wie­dli­wo­ść, któ­ra po­win­na albo na­wet musi być po na­szej stro­nie.

?

Wła­ści­cie­lem ho­te­lu był Po­lak, więc pro­ble­mu z po­ro­zu­mie­niem nie po­win­no być (choć wła­ści­ciel jesz­cze się nie po­ka­zał). Była też re­zy­dent­ka, któ­ra wszyst­ko or­ga­ni­zo­wa­ła i za­ła­twia­ła, a resz­tę per­so­ne­lu sta­no­wi­li miesz­ka­ńcy mia­stecz­ka.

Lu­dzie na wskroś tu­tej­si, ciem­no­skó­rzy, kręco­no­wło­si, tacy, któ­rzy mają mu­zy­kę we krwi, ale tyl­ko wte­dy, kie­dy rum zo­sta­wi jej tro­chę wol­ne­go miej­sca. Za­zwy­czaj więc są roz­ta­ńcze­ni i pi­ja­ni.

I po pol­sku nie ro­zu­mie­ją na­wet prze­kle­ństw.

- Wi­dzia­łaś? Mają ko­łtu­ny! - po­wie­dzia­ła Jó­ze­fa do Kry­sty­ny, ale Zyta po­kręci­ła gło­wą.

- To dre­dy!

- Czy­li ko­łtu­ny, tyle że tu­tej­sze.

Wszy­scy byli zmęcze­ni.

?

Re­zy­dent­ka miesz­ka­ła na in­nej wy­spie i nie­chęt­nie pod­jęła się tej do­dat­ko­wej pra­cy, tym bar­dziej że do­sko­na­le wie­dzia­ła, czym pach­ną Po­la­cy. Tym ra­zem wy­da­ło jej się, że jed­nak okres świ­ątecz­ny tro­chę ich uła­dzi i uła­go­dzi, na do­da­tek wśród uczest­ni­ków było kil­ka star­szych pań, któ­re da­wa­ły na­dzie­ję na spo­koj­ne i po­lu­bow­ne roz­wi­ązy­wa­nie nie­któ­rych spraw. Mło­dzi jak zwy­kle zaj­mą się sobą, sta­rzy chla­niem, a star­sze pa­nie zwie­dza­niem obiek­tów sa­kral­nych, przy­naj­mniej do­tych­czas tak to wła­śnie dzia­ła­ło. Obiekt sa­kral­ny był tu je­den. Ko­ściół, chy­ba na­wet ka­to­lic­ki, bo spo­tka­nia z in­ny­mi wy­zna­wa­ny­mi tu re­li­gia­mi star­sze pa­nie chy­ba nie pla­no­wa­ły.

Li­czy­ła, że ko­bie­ty w ra­mach wy­po­czyn­ku będą ro­bić na dru­tach i spa­ce­ro­wać.

Naj­bar­dziej nie lu­bi­ła pi­ja­nych star­szych mężczyzn, któ­rzy uwa­ża­li, że je­że­li ona sama nie ma ocho­ty na seks z nimi, to może choć po­tłu­ma­czy, kie­dy oni będą pod­ry­wać tu­tej­sze pa­nien­ki.

Nie­któ­rzy tu­ry­ści, oczy­wi­ście po pi­ja­ku, byli trud­ni, ła­ma­li ręce i nogi, chcie­li po­ży­wiać się man­ci­nel­lą, bo jej owo­ce wy­gląda­ły jak ja­błka (tym na­praw­dę nie dało się już po­móc), albo nur­ko­wać w akwa­riach z ogni­ca­mi. O ile nur­ko­wa­nie w akwa­riach jest tyl­ko głu­pie, o tyle kon­takt z kol­ca­mi ja­do­wy­mi tej ryby bywa bo­le­sny, a cza­sa­mi na­wet śmier­tel­ny.

Je­den po pi­ja­ne­mu po­łk­nął ziarn­ko mo­dli­grosz­ka. Wia­do­mo, nie dało się go ura­to­wać, dla­te­go wi­dząc star­sze pa­nie, któ­re da­wa­ły na­dzie­ję na jako taki spo­kój, re­zy­dent­ka bar­dzo się ucie­szy­ła.

- Pro­szę pa­ństwa, za­raz po­da­je­my śnia­da­nie - oznaj­mi­ła zaj­mu­jąca się tu­ry­sta­mi ko­bie­ta. - Pro­szę się odświe­żyć i ze­jść do ja­dal­ni. Będzie­my tu pa­ństwa kar­mić po pol­sku - do­da­ła z dumą, co wy­wo­ła­ło za­chwyt u jed­nych, nie­chęć u dru­gich (wia­do­mo, trud­no wszyst­kim do­go­dzić). - Ale z ka­ra­ib­ski­mi ak­cen­ta­mi - do­pre­cy­zo­wa­ła po chwi­li i to też wy­wo­ła­ło po­dob­ny efekt, tyl­ko z od­wrot­nym na­tęże­niem.

Młod­si byli cie­ka­wi ka­ra­ib­skich dań, star­si się ich bali (dań, nie młod­szych uczest­ni­ków wy­ciecz­ki, choć kto wie, czy nie po­win­ni). Młod­si chcie­li sza­le­ństwa i ko­lo­ro­wych drin­ków, star­si za­du­my i scha­bo­we­go.

Trze­ba jed­nak po­wie­dzieć, że ten roz­dźwi­ęk wie­ko­wy nie prze­bie­gał ca­łkiem tak, jak by się mo­gło wy­da­wać.

Ist­nie­ją też lu­dzie, któ­rych PE­SEL to jed­no, a du­sza dru­gie.

I to dzia­ła w obie stro­ny.

Za­sta­na­wia­jące było tro­chę to, że wszy­scy ci lu­dzie zde­cy­do­wa­li się na ten je­den, kon­kret­ny tur­nus.

Nie pa­so­wa­li do sie­bie.

Nie pa­so­wa­li też do tego po­my­słu na spędze­nie świ­ąt, ale tu za­dzia­łał tro­chę los. A może wca­le nie tro­chę?

Nie­któ­rzy go w pew­nym sen­sie wy­gra­li, inni ku­pi­li.

Była to więc zbie­ra­ni­na lu­dzi, któ­rzy w żad­nym ra­zie nie po­win­ni byli się spo­tkać zde­cy­do­wa­nie ni­g­dzie, a tym bar­dziej tu­taj i te­raz.

?

Ziu­tek wy­la­zł z wa­liz­ki w ko­ron­ko­wych maj­tecz­kach na tym czy­mś, co było du­cho­wą ema­na­cją jego ty­łka. Sam nie wie­dział, dla­cze­go, a na­wet ja­kim cu­dem tego do­ko­nał, to zna­czy jak uda­ło mu się je wło­żyć, bo inne części gar­de­ro­by zde­cy­do­wa­nie mu się opie­ra­ły. Za­czął prze­cha­dzać się po ho­te­lu, za­gląda­jąc po­cząt­ko­wo tyl­ko tam, gdzie ktoś po­zo­sta­wił otwar­te drzwi.

Wszy­scy zo­sta­wi­li, li­cząc na­iw­nie na prze­ci­ąg. Ziu­tek przez ścia­ny prze­cho­dzić nie umiał. To zna­czy jesz­cze tego nie pró­bo­wał. Zo­sta­wił to so­bie na po­tem. Miał czas. Po­dej­rze­wał, że będzie miał go bar­dzo, bar­dzo dużo.

Dzi­wił się temu zbio­ro­wi­sku.

Dzi­wił się temu miej­scu i temu, że się tu­taj zna­la­zł.

Wy­da­wa­ło mu się, że nie po­wi­nien. Nie po­wi­nien się tu zna­le­źć ani dzi­wić, w ko­ńcu nie miał w tych spra­wach żad­ne­go do­świad­cze­nia.

?

Ho­tel miał par­ter i dwa pi­ętra, okna z drew­nia­ny­mi ża­lu­zja­mi za­miast ro­let oraz ta­ra­sik, przez któ­ry mo­żna było we­jść do ka­żde­go z po­koi.

Ko­bie­ta, któ­ra zaj­mo­wa­ła się przy­by­sza­mi z Pol­ski, mó­wi­ła po pol­sku, była bar­dzo opa­lo­na i po ka­ra­ib­sku ko­lo­ro­wa.

Pro­ble­mem oka­za­ło się śnia­da­nie, bo wszy­scy spo­dzie­wa­li się ko­la­cji, tak ja­koś im wy­szło z ob­li­czeń.

Czas im się nie zga­dzał.

Sło­ńce pra­ży­ło jak opęta­ne, wszędzie da­rły się ja­kieś pta­szy­ska. Za­pach gni­jących owo­ców i wil­goć wdzie­ra­ły się do po­koi wraz z chma­ra­mi la­ta­jących pa­skud, któ­re, jak twier­dzi­ła opie­ku­jąca się nimi ko­bie­ta, nie prze­no­szą żad­nych nie­bez­piecz­nych cho­rób, co oczy­wi­ście wszyst­kich zde­ner­wo­wa­ło, bo mo­gła nie mó­wić praw­dy.

Bo jed­nak tro­chę to dziw­ne. Jak by­ście się po­czu­li, gdy­by ktoś w wa­rzyw­nia­ku, wi­dząc, jak ogląda­cie ka­pu­stę, oświad­czył, że nie jest tru­jąca? Albo gdy­by­ście chcie­li po­gła­skać kota, a ktoś by po­wie­dział, że spo­koj­nie, bo nie jest ja­do­wi­ty?

Czy ta­kie za­pew­nie­nie ko­go­kol­wiek by uspo­ko­iło?

Ra­czej nie, prędzej wy­wo­ła­ło­by od­ruch obron­ny. Je­że­li coś nie jest szko­dli­we, to się po pro­stu o tym nie wspo­mi­na, a je­że­li o czy­mś się wspo­mi­na, i to w ta­kim kon­te­kście, coś musi być na rze­czy.

?

Pod­czas śnia­da­nia, nie­ste­ty fran­cu­skie­go, skła­da­jące­go się z ba­gie­tek, dże­mi­ku i kawy opie­ku­jąca się nimi ko­bie­ta prze­szła do kon­kre­tów.

- Po­byt jest za­pla­no­wa­ny w spo­sób świ­ątecz­ny, to­też i Wi­gi­lia, i dni świ­ątecz­ne będą zor­ga­ni­zo­wa­ne po pol­sku, syl­we­ster też, ale tu ra­czej po­le­cam im­pre­zę miej­ską, bo jest świet­na i mo­żna się do­brze za­ba­wić. Resz­ta cza­su jest do pa­ństwa dys­po­zy­cji.

- Ale co my mamy tu ro­bić? - za­py­ta­ła Jó­ze­fa. Chy­ba tyl­ko ona mia­ła pro­blem z wol­nym cza­sem. - I czy da się tu wy­mie­nić pie­ni­ądze na te ich drach­my czy inne? Bo ja przy­wio­złam zło­tów­ki.

- Na wy­spie pła­ci­my w euro, a czas... No, na przy­kład pla­ża? - za­py­ta­ła zdzi­wio­na ko­bie­ta. - Ma­cie tu wszyst­ko, na­wet drin­ki w ce­nie. Wy­star­czy, że po­ka­że­cie to. - Wy­czy­taw­szy na­zwi­ska i od­faj­ko­waw­szy coś na kart­ce, po­da­ła wszyst­kim smy­cze z pla­kiet­ką ho­te­lu, na któ­rej był ja­kiś kod kre­sko­wy. - Pięć po­si­łków i sie­dem drin­ków dzien­nie. Al­ko­ho­lo­wych - wy­ja­śni­ła.

- Ale mia­ło być all excu­zmi... zna­czy in­klu­zmi - wtrącił się je­den z mężczyzn - a nie, że sie­dem. Sie­dem to ja wy­pi­jam do śnia­da­nia! To jest oszu­stwo!

Wy­ra­źnie na­le­żał do lu­dzi, któ­rzy bar­dzo do­słow­nie ro­zu­mie­ją okre­śle­nie "wszyst­ko w ce­nie" i pla­nu­ją szyb­ki za­kup he­li­kop­te­ra, bo prze­cież je­że­li wszyst­ko, to i he­li­kop­ter po­wi­nien być albo przy­naj­mniej pre­zen­ty dla ro­dzi­ny, w tym dwa te­le­wi­zo­ry i ku­chen­ka mi­kro­fa­lo­wa. Choć te­le­wi­zo­ry i ku­chen­kę mo­żna za­ła­twić po ci­chu.

- A je­dze­nie? Na przy­kład scha­bo­we? Z ka­pust­ką? Też tyl­ko je­den? Czy mo­żna brać do­kład­ki?

Ko­bie­ta zna­ła swo­ich ro­da­ków, bo nie­wzru­szo­na za­zna­czy­ła coś w no­te­sie, a po­tem po­wie­dzia­ła:

- W za­sa­dzie scha­bo­wych nie po­da­je­my, a już z ka­pu­stą zu­pe­łnie nie. Ma­cie por­cje, ka­żdy ma, a por­cje są na­praw­dę duże.

Po­mruk nie­za­do­wo­le­nia wy­da­rł się z pier­si męskiej części ze­bra­nych.

- A te śnia­da­nia to ta­kie za­wsze będą jak dla dzie­ci? - Ja­kiś mężczy­zna wy­ra­źnie się bał, że przy­je­chał tu umrzeć z gło­du.

Fran­cu­skie śnia­da­nia są spe­cy­ficz­ne.

- Ale dla ja­kich dzie­ci? - Ko­bie­ta ro­zej­rza­ła się za­cie­ka­wio­na, bo w gru­pie nie było dzie­ci, a na­wet nie po­win­no było być. - O co cho­dzi? - do­py­ta­ła.

- O to gó­wien­ko dże­mo­we z bułą. Co to za je­dze­nie? Kto się tym naje? Ja po­trze­bu­ję kon­kret­ne­go żar­cia, a nie tych szpi­tal­nych, die­te­tycz­nych od­pa­dów!

Część gru­py przy­łączy­ła się do tego ku­li­nar­ne­go pro­te­stu.

- Bo wie­cie co, żar­cie śmie­cio­we, al­ko­hol na przy­dział, śnie­gu nie ma... No, ja nie wiem, ja nie wiem... Co to za świ­ęta?!

Wy­ra­ził obiek­cje spo­rej części przy­by­łych.

Pierw­sze te­le­fo­ny do domu i skar­gi na wa­run­ki po­by­tu zo­sta­ły już wy­ko­na­ne, ale po­łącze­nia, jak się oka­za­ło, kosz­to­wa­ły tak dużo, że szyb­ko się sko­ńczy­ły. Lu­dzie my­śle­li o pie­ni­ądzach na­wet tu­taj i te­raz kil­ko­ro na­wet za­sta­na­wia­ło się, czy jak do­brze udo­ku­men­tu­ją bra­ki, to może do­sta­ną ja­kieś zwro­ty.

Pro­ble­mem było to, że w du­żej części oni za wy­ciecz­kę nie za­pła­ci­li, tyl­ko ją wy­gra­li, ale li­czy­li, że może uda im się coś wskó­rać. Wca­le nie wy­klu­cza­li wa­ka­cji z do­pła­tą. To zna­czy, że ktoś im jesz­cze do­pła­ci za to, że tak się strasz­nie na­męczy­li w tych kosz­mar­nych tro­pi­kach. Z tymi pal­ma­mi, drin­ka­mi, pla­ża­mi i ze sło­ńcem... ech, ży­cie!

Wy­ra­źnie było wi­dać, że gru­pa nie była za­do­wo­lo­na.

Może nie cała, ale spo­ra jej część za­do­wo­le­nia nie mia­ła za­mia­ru oka­zy­wać. Wca­le i pod żad­nym po­zo­rem.

Było za cie­pło, za ko­lo­ro­wo, za mało tra­dy­cyj­nie. Pla­że? Nie no, były, ale o całe trzy­dzie­ści me­trów od ho­te­lu. Ba­sen był, ale mały i na do­da­tek bez bar­ku. Le­ża­ki nie­wy­god­ne. I, co naj­gor­sze, wszy­scy mó­wi­li po fran­cu­sku!

To już było na­praw­dę prze­gi­ęcie.

- A nie mo­że­cie coś zro­bić z tymi lu­dźmi, żeby może ka­zać im w ja­ki­mś po­rząd­nym języ­ku, a nie tyl­ko ą, ę, dupą trę?

Ta pro­śba wy­wo­ła­ła wes­tchnie­nie re­zy­dent­ki. Choć zna­ła Po­la­ków, była wy­ra­źnie przy­gnębio­na.

A oni byli obu­rze­ni.

Gdy­by cho­ciaż po an­giel­sku, to ja­koś, ja­koś, choć how do you do da­ło­by się po­wie­dzieć, a fran­cu­ski to taki dzi­wacz­ny. Nie­męski. Bur­de­lo­wy w ogó­le.

Wi­zja świ­ąt ja­wi­ła się wszyst­kim na­praw­dę kosz­mar­nie.

W upa­le, bez cho­in­ki, bez tra­dy­cyj­nych po­traw, któ­re po­dob­no mia­ły być, ale nikt w to nie wie­rzył, od­wa­lą ja­kąś ma­sa­krę i tyle, bez pa­ster­ki...

No, pa­ster­ka będzie, bo ko­ściół jest, ale to z pew­no­ścią ja­kiś nie taki, nie taka re­li­gia, le­piej nie ry­zy­ko­wać.

Dla­cze­go więc tu byli?

?

Jó­ze­fa sie­dzia­ła w ra­ta­no­wym fo­te­lu i słu­cha­ła, jak re­zy­dent­ka or­ga­ni­zu­je im po­byt, wca­le go nie or­ga­ni­zu­jąc. Jó­ze­fa chy­ba przy­sy­pia­ła, ale w jej wie­ku nie było to nic dziw­ne­go po ta­kiej pod­ró­ży.

Zer­k­nęła w bok, a tam, pod pal­mą, za­uwa­ży­ła ko­ron­ko­we majt­ki prze­cha­dza­jące się po pla­ży zu­pe­łnie bez wła­ści­ciel­ki.

Albo bez wła­ści­cie­la, bo były ja­koś dziw­nie wy­pcha­ne w spo­sób zu­pe­łnie nie­od­po­wied­ni dla ko­bie­ty, choć fa­ce­ci chy­ba ta­kich maj­te­czek nie no­szą.

Tyle że majt­ki były pu­ste w środ­ku.

Majt­ki prze­pa­ra­do­wa­ły koło Jó­ze­fy. Ro­ze­śmia­ły się dzi­ko męskim gło­sem i znik­nęły.

- No to ko­niec - po­wie­dzia­ła gło­śno do sie­bie. - Ma­ja­czę. To musi być ty­fus pla­mi­sty, den­ga albo ma­la­ria!

Wszy­scy się od niej od­su­nęli.

?

Gru­pa skła­da­ła się z lu­dzi ró­żni­ących się wszyst­kim, ale ta­kże, a może na­wet przede wszyst­kim, po­de­jściem do ży­cia.

Część z nich wy­ciecz­kę wy­ku­pi­ła (a była to na­praw­dę ta­nia ofer­ta) tyl­ko dla­te­go, żeby za­szpa­no­wać tro­pi­ka­mi i opa­le­ni­zną.

Wy­rwać się z domu, prze­żyć coś. Wy­grzać ty­łek w sło­ńcu.

Część wy­ciecz­kę wy­gra­ła. Ta część, choć na wy­jazd się zde­cy­do­wa­ła, oba­wia­ła się naj­gor­sze­go, bo z wy­gra­ny­mi tak już jest - za­chwyt za­chwy­tem, ale to może i na pew­no jest ja­kiś prze­kręt.

Ja­kiś po­kój pod scho­da­mi, je­dze­nie z resz­tek, pal­my z plas­tiku.

Ali­na z mężem (tak jak­by mężem) i obie­ma te­ścio­wy­mi za­jęli trzy po­ko­je na lewo od we­jścia. Ta wy­ciecz­ka z ob­sta­wą była tro­chę pró­bą przed­ma­łże­ńską, a te­ścio­we, to zna­czy te przy­szłe, były po to, żeby w ra­zie cze­go ka­żde z przy­szłych, a być może nie­do­szłych ma­łżon­ków mia­ło się komu wy­pła­kać w rękaw, bo obo­je - i Ali­na, i Ka­mil - nie za bar­dzo wie­rzy­li w swo­ją przy­szło­ść.

Wy­jazd po­trak­to­wa­li jako spraw­dzian przed­ma­łże­ństwa. Tak wła­śnie, bo jesz­cze nie za­mie­rza­li się po­bie­rać, może na­wet wca­le, ale już chcie­li ra­zem wzi­ąć kre­dyt, a to ta­kie tro­chę zo­bo­wi­ązu­jące.

Izy­dor, zwa­ny In­dy­kiem, przy­je­chał tu ze swo­ją te­ścio­wą. Tyl­ko z te­ścio­wą, bez żony. Żona zo­sta­wi­ła go kil­ka mie­si­ęcy wcze­śniej dla ko­le­żan­ki z pra­cy i za­daw­szy mu cios w ser­ce oraz w ge­ni­ta­lia (psy­chicz­ny), stwier­dzi­ła, że woli ko­bie­ty, dla­te­go Izy­dor zy­skał w oczach te­ścio­wej, ale stra­cił w oczach wła­snej mat­ki. Te spra­wy w ro­dzi­nach są skom­pli­ko­wa­ne. Te­ścio­wa chcia­ła, żeby jej cór­ka wró­ci­ła na­tych­miast do męża, on też zresz­tą tego chciał, bo taka sy­tu­acja świad­czy­ła o nim bar­dzo źle. Nie był mężczy­zną. Dla jego mat­ki wy­gląda­ło to jesz­cze go­rzej, bo nie dość, że nie umiał za­spo­ko­ić chu­ci żony, to jesz­cze nie po­tra­fił jej uzie­mić sze­ścior­giem dzie­ci, co by prze­cież za­ła­twi­ło spra­wę. Na szczęście przy­je­cha­ła z nimi nie mat­ka, a jego te­ścio­wa.

Tro­chę to go smu­ci­ło, bo li­czył na ja­kiś pod­ryw. Nie­ste­ty, te­ścio­wa za­mie­rza­ła go pil­no­wać.

Zyta była na­uczy­ciel­ką, tak jak zresz­tą i Kry­sty­na, obie były już na eme­ry­tu­rze i mia­ły dość dzie­ci i mło­dzie­ży, w tym wnu­ków. One li­czy­ły na nie­zo­bo­wi­ązu­jący seks na pla­ży, ale o tym ni­ko­mu nie mó­wi­ły.

Jako wdo­wy nie mia­ły spe­cjal­nych zo­bo­wi­ązań, ale w ich ro­dzi­nach ta­kie rze­czy były nie do po­my­śle­nia, tak więc na­wet o sek­sie nie my­śla­ły, one o nim śni­ły.

Ko­lej­na tu­ryst­ka przy­je­cha­ła, żeby od­re­ago­wać.

Rzu­ci­ła fa­ce­ta, bo był do ni­cze­go, po­tem się ze­szli, po­tem on ją rzu­cił, po­tem się ze­szli, po­tem ona rzu­ci­ła go zno­wu i wła­śnie mie­li się znów ze­jść, kie­dy wy­pa­li­ła wy­ciecz­ka.

Było też kil­ka mło­dych, pi­ęk­nych dziew­cząt, któ­re mia­ły po­dob­ne ma­rze­nia, a wy­rwa­ły się z do­mów, żeby nie od­po­wia­dać na wi­gi­lij­ne py­ta­nia cio­tek o to, kie­dy przy­pro­wa­dzą na­rze­czo­ne­go, wuj­ków, o to, czy już upra­wia­ją seks, i wła­snych ma­tek o to, czy zda­ją so­bie spra­wę, że ze­gar tyka i po­win­ny ro­zej­rzeć się za ja­ki­mś od­po­wied­nim oj­cem dla przy­szłych dzie­ci.

Oraz Eryk, w tej chwi­li zło­żo­ny lum­ba­go, Ka­mil, nie­za­do­wo­lo­ny ze wszyst­kie­go, i Ar­nold (na­praw­dę god­ny tego imie­nia), nie­co eme­ry­to­wa­ny i tro­chę po­li­cjant, któ­ry miał przy­je­chać z żoną, ale przy­je­chał po żonę, bo ta pierw­sza rzu­ci­ła go, za­nim jesz­cze zo­sta­ła na­rze­czo­ną i za­nim jej po­wie­dział o wy­gra­nej wy­ciecz­ce. Tej dru­giej, czy­li przy­szłej żony, nie znał, ale za­mie­rzał po­znać.

Po­znać ko­go­kol­wiek na ta­kiej wy­ciecz­ce nie było ła­two, bo to po­zna­nie nie mia­ło ogra­ni­czać się do imie­nia i na­zwi­ska, ale po­sta­no­wił za­ry­zy­ko­wać.

Świ­ęta chciał spędzić po­śród lu­dzi i nie miał wy­ma­gań ani co do po­traw, ani co do tra­dy­cji. Miał ocho­tę się za­ba­wić, ale że w jego wie­ku (a li­czył już czter­dzie­ści osiem lat) zu­pe­łnie nie wy­pa­da tak mó­wić, więc mó­wił, że je­dzie od­po­cząć, co na­tych­miast wy­wo­ły­wa­ło fu­ka­nie zna­jo­mych, bo od cze­go mia­łby od­po­czy­wać?

On chciał od­po­cząć od bu­rej, po­nu­rej i sier­mi­ężnej rze­czy­wi­sto­ści i od po­li­ty­ki, ale że od po­li­ty­ki stro­nił od za­wsze, więc nic na ten te­mat po pro­stu nie mó­wił.

Była to gru­pa bar­dzo nie­do­pa­so­wa­na, przede wszyst­kim wie­ko­wo.

Po­de­jście do ży­cia też ja­koś nie wy­gląda­ło na jed­no­rod­ne, a mie­li spędzić świ­ęta ra­zem, i to na­praw­dę ra­zem, nie że jed­ni tu, dru­dzy tam, nie to, że ka­żdy w swo­im dom­ku czy bun­ga­lo­wie, bo w po­ko­jach to było nie­mo­żli­we, ale wła­śnie ra­zem, czy­li był to wy­jazd z ro­dza­ju tych, któ­re wy­ma­ga­ją pew­nej in­te­gra­cji uczest­ni­ków.

Wia­do­mo, na pla­ży ka­żdy może wy­brać so­bie swo­ją włas­ną pal­mę, a przy ba­se­nie zna­le­źć ja­kiś kąt na le­żak, ka­żdy też może iść sam na za­ku­py, ta­kie wła­ści­wie mie­li za­ło­że­nie, ale na­tych­miast oka­za­ło się, że było ono bez sen­su.

Ba­sen był tak mały, że le­ża­ki sta­ły je­den obok dru­gie­go i nie dało się nie usły­szeć na­rze­ka­nia sąsia­dów czy ma­ru­dze­nia sąsia­dek.

Z pla­żą było tro­chę ina­czej, ale też nie tak, jak trze­ba. Tam nie było żad­ne­go baru, a w ka­żdym ra­zie ta­kie­go, któ­ry by­łby opła­ca­ny przez ho­tel.

Co do za­ku­pów, ta­kże był pro­blem, bo nikt nie mó­wił po fran­cu­sku, dla­te­go naj­le­piej było iść na za­ku­py z re­zy­dent­ką, czy­li o wy­zna­czo­nej go­dzi­nie i w tłu­mie. Prze­cież nie in­dy­wi­du­al­nie.

Czu­li się tro­chę jak na ko­lo­niach.

Bra­ko­wa­ło im tyl­ko chust na szyi, żeby mo­żna ich było ła­two zna­le­źć i po­li­czyć, cho­ciaż po­nie­kąd nie było to ko­niecz­ne. Wy­ró­żnia­ła ich po­cząt­ko­wo bla­do­ść, a już od dru­gie­go dnia po­pa­rze­nia sło­necz­ne.

Kie­dy za­raz po śnia­da­niu gru­pa za­le­gła na le­ża­kach i ręcz­ni­kach przy ba­se­nie, nikt oczy­wi­ście nie prze­wi­dy­wał, że pad­ną, za­sną i obu­dzą się czer­wo­no­skó­rzy, cho­ciaż na­le­ża­ło się tego spo­dzie­wać.

Pod­róż ich wy­ko­ńczy­ła.

Sło­ńce w za­sa­dzie też.

?

Ziu­tek nie miał ocho­ty kła­ść się spać. Po pierw­sze, nie czuł ja­koś zmęcze­nia, po dru­gie, cie­ka­wi­ło go, gdzie jest. Cie­ka­wi­ło go oczy­wi­ście też wie­le in­nych spraw, ta­kich jak cho­ćby dla­cze­go tu jest albo dla­cze­go, do cho­le­ry, jest du­chem, ale te py­ta­nia, jak sądził, mu­sia­ły po­zo­stać (chwi­lo­wo) bez od­po­wie­dzi, bo nie spo­dzie­wał się zna­le­źć ni­ko­go, kto mó­głby mu ich udzie­lić. Nie tyl­ko tu­taj, w su­mie ni­g­dzie.

Po­sta­no­wił zdjąć majt­ki, bo nie chciał, żeby było je wi­dać. Nie jako majt­ki, ale jako same majt­ki. Nie był pe­wien, jak to dzia­ła. Były wi­docz­ne, sko­ro ktoś je za­uwa­żył, cho­ciaż on sam ra­czej nie był. Na szczęście, jak się oka­za­ło, same mu za­ni­kły.

Wy­snuł teo­rię, że to, co miał na so­bie, nie było majt­ka­mi, ale ja­kąś ich ema­na­cją. Du­cho­wą. Trud­no w su­mie uwie­rzyć w du­cha maj­tek, ale on to wi­dział, więc było mu wszyst­ko jed­no.

Za to ku­si­ły go wi­do­ki. Ni­g­dy jesz­cze nie był w ta­kim miej­scu i wszyst­ko mu się po­do­ba­ło. Tro­pi­ki, na­gie lub pra­wie na­gie, opa­lo­ne ko­bie­ce cia­ła. Ide­al­ne do zdjęć i szar­ga­nia ner­wów zna­jo­mym. Coś ta­kie­go czuł, ale nie był pe­wien, komu te ner­wy mia­łby szar­gać, bo w gło­wie miał dość gęstą mgłę za­miast ja­kiej­kol­wiek wie­dzy na swój te­mat, choć to się przez nią wy­ra­źnie prze­bi­ja­ło. Cie­kaw był też, jak będą się za­cho­wy­wać jego stra­te­gicz­ne części cia­ła, bo wi­do­ki były wprost jak z ma­rzeń.

Sen­nych i mo­krych.

Ko­bie­ty hoj­nie wy­po­sa­żo­ne w na­tu­ral­ne pi­ęk­no, wy­bo­iste i krągłe jak oto­cza­ki, śnia­de, w wie­lu od­cie­niach, od mlecz­no­cze­ko­la­do­wych po gorz­ką we­dlow­ską z wi­śnia­mi. Cud­ne.

Nie wie­dział, jak ina­czej to okre­ślić, bo ko­bie­ty były pi­ęk­ne, buj­ne i na­praw­dę bar­dzo ro­ze­bra­ne.

Resz­ta atrak­cji była dość slum­so­wa­ta. Ja­kieś skle­pi­ki skle­co­ne z bla­chy fa­li­stej, re­stau­ra­cyj­ki z dwo­ma sto­li­ka­mi na krzyż i pla­sti­ko­wy­mi krze­sła­mi.

Wrza­ski do­bie­ga­jące ze­wsząd, gło­śne i nie­zro­zu­mia­łe, i te ko­lo­ry. Wszyst­ko tu było ko­lo­ro­we, na­wet szyl­dy z dyk­ty z na­pi­sa­mi, któ­rych nie ro­zu­miał ni w ząb, choć nie były po arab­sku.

Pal­my sze­lesz­czące wiel­ki­mi li­śćmi na wie­trze. Wszędzie w po­jem­ni­kach le­ża­ły ko­ko­sy, kra­by, inne wąsa­te po­two­ry, ma­szy­ny do trzci­ny cu­kro­wej. Fa­ce­ci z ma­cze­ta­mi, ale bez mor­du w oczach.

Ża­ło­wał, że nie za­brał apa­ra­tu fo­to­gra­ficz­ne­go.

Albo...

Nie za­brał ni­cze­go, zresz­tą... ża­ło­wał wszyst­kie­go.

Na­gle zo­ba­czył ko­bie­tę słusz­nej wagi z pier­sia­mi jak dwie gi­gan­tycz­ne po­du­chy, któ­re wy­ła­zi­ły jej z kwie­ci­stej su­kien­ki, jak­by mia­ły za­miar wy­brać wol­no­ść.

- O kur­wa! - po­wie­dział z za­chwy­tem. Stra­te­gicz­ne części jego męskie­go cia­ła, choć ra­czej nie cia­ła, odro­bi­nę mu drgnęły, co go bar­dzo ucie­szy­ło.

Nie ma nic cen­niej­sze­go niż męsko­ść.

W ka­żdym ra­zie wie­lu w to wie­rzy.

- O kur­wa! - po­wtó­rzył, na­pa­wa­jąc się swo­im gło­sem, bo jed­nak ja­kiś z sie­bie wy­do­był. Ro­ze­śmiał się, bo po­my­ślał, że gdzieś tam w in­nym świe­cie ktoś, kto w tej chwi­li zaj­mu­je się jego cia­łem, pa­trzy i wi­dzi, jak to cia­ło za­czy­na się za­cho­wy­wać ob­le­śnie i do tego klnie, choć nie­ste­ty tam chy­ba jest czy­mś przy­kry­ty...

Nie wia­do­mo zresz­tą, gdzie to cia­ło się znaj­do­wa­ło. Je­że­li było w szpi­ta­lu, to jesz­cze, jesz­cze, ale mo­gło być w pro­sek­to­rium albo gdzieś w krza­kach... W śnie­gu? Nie no, nie w śnie­gu, tyl­ko w po­śnie­go­wym błoc­ku.

Na te­mat swo­je­go cia­ła wie­dzy miał bar­dzo nie­wie­le. Wie­dział, że jest fa­ce­tem, ale tyl­ko tyle, i że na­zy­wa się Ziu­tek, co su­ge­ro­wa­ło, że ja­koś tak, no, nie jest naj­młod­szy, to zna­czy jego cia­ło wie­kiem nie jest naj­młod­sze, bo jako duch sta­wiał do­pie­ro pierw­sze kro­ki i był wręcz bar­dzo mło­dy.

Lu­stra nie­ste­ty nie od­bi­ja­ły jego wy­glądu, ta­fle wody też nie. Nie mógł okre­ślić swo­je­go cie­le­sne­go wie­ku, ale na­sto­lat­kiem chy­ba nie był.

Li­czył, że w ko­ńcu wró­ci mu pa­mi­ęć, o ile ja­kąś kie­dyś miał, albo że cze­goś o so­bie się kie­dyś do­wie, bo o świe­cie jak­by tro­chę wie­dział.

- A może byś się ubrał, za­miast tą bia­łą dupą świe­cić?! - po­wie­dzia­ła ob­fi­ta, cze­ko­la­do­wa pi­ęk­no­ść, po­pra­wia­jąc za­wi­ąza­ną na gło­wie w mi­ster­ny tur­ban ko­lo­ro­wą chust­kę.

Ziu­tek miał ocho­tę ze­mdleć, ale nie za bar­dzo umiał.

Ni­g­dy ra­czej ła­two nie mdlał, poza chwi­la­mi, kie­dy po­bie­ra­no mu krew, ale tak to na­wet na wi­dok pseu­do­ki­bi­ców Le­gii ra­czej mu się to nie zda­rza­ło.

- Wi­dzisz mnie? - za­py­tał za­szo­ko­wa­ny, pa­trząc na ko­bie­tę, któ­ra wsta­ła z krze­se­łka i wy­szła zza pla­sti­ko­we­go sto­li­ka, na któ­rym le­ża­ły ró­żne dziw­ne owo­ce. Obok na skrzyn­ce sta­ła mied­ni­ca z cy­tru­sa­mi i ki­śćmi nie­zbyt doj­rza­łych ba­na­nów.

- Pew­nie, że cię wi­dzę. - Ko­bie­ta wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. - A dla­cze­go mia­ła­bym nie wi­dzieć?

- Ale dla­cze­go? Inni...

- Inni, inni! Tu są Ka­ra­iby! My wi­dzi­my du­chy! - od­pa­rła ze spo­ko­jem, jak­by w tej wła­śnie chwi­li po dru­giej stro­nie uli­cy wi­dzia­ła du­chy w ilo­ściach hur­to­wych albo jak­by cza­sa­mi na­wie­dza­ły ją ta­bu­na­mi.

Inna spra­wa, że Ka­ra­iby ze swo­im vo­odoo i z in­ny­mi na­praw­dę dzi­wacz­ny­mi wie­rze­nia­mi ko­ja­rzy­ły się z ró­żny­mi ta­ki­mi spra­wa­mi.

Zom­bie, du­chy... Wam­pi­ry, ko­ści ko­gu­tów, la­lecz­ki do za­da­wa­nia zdal­nych ob­ra­żeń oraz oczy­wi­ście pi­ra­ci, jak naj­bar­dziej z Ka­ra­ibów.

Do­dat­ko­wo go za­cie­ka­wi­ło to, że za­świa­ty albo to miej­sce, gdzie się te­raz zna­la­zł jako duch, nie to fi­zycz­ne na Ka­ra­ibach, ale to bar­dziej du­cho­we, czy­li może pie­kło, a może czy­ściec, to ca­łkiem do­bra szko­ła języ­ko­wa.

- No, ale ja­kim cu­dem ja ro­zu­miem po ka­ra­ib­sku? - zdzi­wił się Ziu­tek i to zdzi­wie­nie wy­ra­ził gło­śno.

- Nie ma języ­ka ka­ra­ib­skie­go... Tu­taj się mówi po fran­cu­sku! - Ko­bie­ta ro­ze­śmia­ła się na­praw­dę gło­śno i ru­basz­nie. Jak wąsa­ty wu­jek po li­trze na gło­wę, któ­ry sie­dzi za sto­łem, usi­łu­je być dow­cip­ny i sam się śmie­je ze swo­ich żar­tów.

Ziut­ka zbi­ło to tro­chę z tak zwa­ne­go pan­ta­ły­ku, co­kol­wiek to jest, bo na­wet słow­nik języ­ka pol­skie­go nie wie, a jed­nak wia­do­mo­ść go za­in­try­go­wa­ła. Ba, bar­dzo po­pra­wi­ła mu sa­mo­oce­nę.

- Wow! Jesz­cze le­piej, ni­g­dy bym sie­bie nie po­dej­rze­wał o to, że będę mó­wił po fran­cu­sku. To ta­kie...

Nie mógł się zde­cy­do­wać, co ma po­wie­dzieć, ale na sto pro­cent było to coś po­mi­ędzy "ele­ganc­kie" a "ge­jow­skie".

Ko­bie­ta jed­nak bar­dzo szyb­ko roz­wia­ła jego wąt­pli­wo­ści.

- Nie mó­wisz po fran­cu­sku! To ja mó­wię do cie­bie po pol­sku!

Ziu­tek do­znał szo­ku po­znaw­cze­go, tym bar­dziej że ko­bie­ta ob­rzu­ci­ła go tak­su­jącym spoj­rze­niem, a on stał przed nią nie­ste­ty w ca­łej swo­jej bla­dej i ra­czej ra­chi­tycz­nej nie­oka­za­ło­ści.

- Nie mo­żesz mó­wić po pol­sku! - ob­ru­szył się, a na­wet tro­chę obu­rzył. - Ja­kim cu­dem?

- Je­stem Po­lką - od­pa­ro­wa­ła, śmie­jąc się tak, że jej wiel­ki biust trząsł się, jak­by sam oso­bi­ście, zu­pe­łnie nie­za­le­żnie od niej i resz­ty jej cia­ła do­stał drga­wek. - Dzia­dek był Po­la­kiem. Stu­dio­wa­łam w Pol­sce, zim­no, po­nu­ro tam u was.

- Ale - jęk­nął i za­mil­kł. Po chwi­li wy­brnął z sy­tu­acji, bo nie wie­dział, co ma po­wie­dzieć. - Je­steś czar­na... - wy­du­kał tę nie­po­praw­ną po­li­tycz­nie oczy­wi­sto­ść.

Uwa­żał, że jako duch nie musi się przej­mo­wać for­ma­mi grzecz­no­ścio­wy­mi, ale tro­chę dziw­nie się czuł z tym na­tych­mia­sto­wym prze­jściem na ty.

- Też mi pro­blem! Ty za to je­steś du­chem, jak wi­dzę. - I tu do­tar­li do tego, co w tym wszyst­kim było naj­wa­żniej­sze. - Cie­ka­we, ja­kim, cze­go albo kogo du­chem je­steś. Wiesz cho­ciaż?

Ko­bie­ta zbom­bar­do­wa­ła go py­ta­nia­mi, na któ­re nie znał od­po­wie­dzi.

Ziu­tek ukrył się za mi­ską cy­tru­sów, bo ko­bie­ta przy­gląda­ła mu się z taką in­ten­syw­no­ścią i tak bez­pru­de­ryj­nie, że po­czuł się skrępo­wa­ny.

Do­pie­ro te­raz na jej sto­li­ku do­strze­gł pew­ne nie­po­ko­jące ar­te­fak­ty. Czar­ną świecz­kę, ce­ra­micz­ną mi­secz­kę, ja­kieś ko­ści, nad­pa­lo­ne kart­ki albo kar­ty. Pió­ra czar­ne­go pta­ka lub kury, bo choć kura pta­kiem jest, to jed­nak nie jest, a czar­na kura jest czy­mś o wie­le gor­szym na­wet od kru­ka. Wy­gląda­ło to mi­stycz­nie. O wie­le zresz­tą za bar­dzo mi­stycz­nie jak na po­strze­ga­nie rze­czy­wi­sto­ści przez Ziut­ka. Tej obec­nej i chy­ba wszyst­kich in­nych.

Na­gle rze­czy­wi­sto­ści za­częły mu się mno­żyć.

- Nie, zu­pe­łnie nie wiem. A ty może wiesz? Czy ja je­stem zom­bie? - za­py­tał chwi­lo­wo ska­mie­nia­ły z prze­ra­że­nia. Zom­bie i tro­pi­ki jak naj­bar­dziej do sie­bie pa­so­wa­ły, choć nie bar­dzo pa­so­wa­ły do nie­go. Ale skąd mógł wie­dzieć?

- Nie, no co ty? - Ko­bie­ta znów się ro­ze­śmia­ła. - Zom­bie to są żywe tru­py, a ty je­steś chy­ba mar­twy.

Ta wie­dza, choć roz­wa­żał ją prze­cież od chwi­li po­ja­wie­nia się na dwor­cu, po­da­na w ta­kiej for­mie, i to przez ko­goś in­ne­go, tro­chę nim wstrząsnęła, cho­ciaż nie chciał się do tego przy­znać. Wku­rzył się odro­bi­nę.

- Jak masz ta­kie do­świad­cze­nie z du­cha­mi, to może coś po­mo­żesz? Je­stem mar­twy, do­bra, je­stem du­chem, na­wet okej, ale dla­cze­go? I dla­cze­go tu­taj?

- Kie­dy nie wiem. Je­steś ja­kiś nie taki.

Ziu­tek ob­ra­ził się śmier­tel­nie albo nie­śmier­tel­nie. Nie mógł się zde­cy­do­wać, bo jego sy­tu­acja bar­dzo utrud­nia­ła mu spra­wy języ­ko­we. Nie umiał so­bie z nimi po­ra­dzić.

- Jaki nie taki? - burk­nął, nie wie­dząc, co zro­bić z ręko­ma.

- Może nie je­steś du­chem ko­goś, a cze­goś? Czy ty przy­pad­kiem nie je­steś dic­ken­sow­ski?

- Jaki Ken­sow­ski? Nie znam fa­ce­ta! Ziu­tek je­stem.

- A ja Be­tha­ny, ale mi nie o to cho­dzi. Cho­dzi o Opo­wie­ść wi­gi­lij­ną. Może je­steś du­chem świ­ąt? Albo co? Choć nie, no, taki chu­dy i pra­wie zu­pe­łnie bez­ja­jecz­ny, bla­dy i wy­mi­ze­ro­wa­ny? Nie, to nie może cho­dzić o świ­ęta.

Po­czuł się jak we­ga­ński ma­ka­ron. Bez­ja­jecz­ny.

- Bla­dy i wy­mi­ze­ro­wa­ny? Du­chem je­stem, to jaki mam być?!

- No, ra­do­sny! Świ­ęta po­win­ny być ra­do­sne. Ko­lo­ro­we, roz­ta­ńczo­ne! - za­wo­ła­ła i za­częła po­dry­gi­wać w takt ja­kie­jś wy­ima­gi­no­wa­nej mu­zy­ki. Biust, brzuch i ty­łek ko­bie­ty też za­ta­ńczy­ły, ale ka­żde w zu­pe­łnie in­nym ryt­mie. Ziu­tek świ­ąt roz­ta­ńczo­nych so­bie nie wy­obra­żał. Nikt prze­cież nie ta­ńczy do ko­lęd.

- Za­raz, mo­ment. - Ziu­tek ro­zej­rzał się nie­pew­nie do­oko­ła sie­bie. - Ale ja­kie świ­ęta?

Po­go­da nic mu nie su­ge­ro­wa­ła.

- Ju­tro Wi­gi­lia. - Ko­bie­ta po­pa­trzy­ła na nie­go zdzi­wio­na.

- Ale... Z tym sło­ńcem? Jak? To prze­cież nie­mo­żli­we...

Ro­ze­śmia­ła się sar­ka­stycz­nie.

- Bo co? Boże Na­ro­dze­nie to tyl­ko u was, w Pol­sce, się ob­cho­dzi? Nie?

Ziu­tek wie­dział już, gdzie jest (mniej wi­ęcej wie­dział, obec­no­ść palm mó­wi­ła wie­le, a szcze­gó­łów nie pra­gnął), te­raz do­wie­dział się, kie­dy jest, i to, choć go zdzi­wi­ło, też ja­koś okreś­liło jego po­ło­że­nie cza­so­we. Dziw­nie się z tym czuł, na­wet bar­dzo dziw­nie, gdzieś w ja­kie­jś głębi, może na­wet ser­ca, wie­dział, że Wi­gi­lia to śnieg, cho­in­ki albo cho­ciaż mar­z­nąca bre­ja na chod­ni­kach, sło­ńce, któ­re po­ja­wia się le­d­wie na chwi­lę i ni­cze­go nie ogrze­wa, a nie to roz­sza­la­łe pa­lący­mi pro­mie­nia­mi żó­łte, ośle­pia­jące coś, co wi­dział na nie­bie.

Mu­siał się jed­nak z tym po­go­dzić. Ja­koś.

- A gdy­by na­wet cho­dzi­ło o świ­ęta, to co mia­łbym ro­bić? - Opo­wie­ść wi­gi­lij­ną zna ka­żdy, choć nie ka­żdy czy­tał Dic­ken­sa. - Coś mia­łbym im po­ka­zy­wać? Ja­kieś wi­gi­lie? Prze­szłe, przy­szłe i coś tam, ale im wszyst­kim czy ko­muś jed­ne­mu? I jak? Bo ja nie wy­czu­wam u sie­bie żad­nych mocy. Na­wet ga­cie mi za­ni­kły... - do­dał z dusz­nym wes­tchnie­niem. O dzi­wo, uda­ło mu się, od jego wes­tchnie­nia w jed­nej chwi­li za­chmu­rzy­ło się i lu­nął deszcz. Był co naj­mniej tak ob­fi­ty jak kszta­łty roz­mów­czy­ni.

?

Eli­za otwo­rzy­ła wa­liz­kę i do­zna­ła szo­ku. Wszyst­kie ubra­nia były wy­ma­za­ne pap­ką ze zgni­łe­go man­go, tyle że ona nie wie­dzia­ła, ani z cze­go ta pap­ka, ani skąd się tam wzi­ęła. Smród był kosz­mar­ny, ale pla­my o wie­le gor­sze.

Wszyst­ko było wy­ma­za­ne pa­skud­ną bre­ją w ko­lo­rze sracz­ki. Pew­ne rze­czy dało się umyć, inne były do wy­rzu­ce­nia. Stra­ci­ła pacz­kę nie­zbyt szczel­nie opa­ko­wa­nych pod­pa­sek, szczot­kę do wło­sów, szczo­tecz­kę do zębów, a na­wet za­pas do­mo­wej ro­bo­ty pier­nicz­ków.

Po­szła do re­cep­cji, żeby za­py­tać o pral­kę.

Wie­le rze­czy mo­gła od­ku­pić, szczo­tecz­ka czy pod­pa­ski to w su­mie dro­biazg, ale na nowe ciu­chy nie było jej stać.

Ode­sła­no ją do kra­nu za bu­dyn­kiem, bo pral­ki nie mie­li.

Za­nim zde­cy­do­wa­ła się na pra­nie, na­de­szła pora obia­du. Nie mie­li do­brych wie­ści, mimo upa­łów wil­got­no­ść była tak duża, że pra­nie mo­gło schnąć na­wet kil­ka dni.

Mó­wio­no, że tu po­wie­trze się łyka, a nie wdy­cha... I to była praw­da.

Eli­za wy­ciecz­kę wy­gra­ła. Po raz pierw­szy w ży­ciu uda­ło się ko­bie­cie co­kol­wiek wy­grać, bo do­tych­czas ży­cie tro­chę da­wa­ło jej w kość. Pra­co­wa­ła jako ka­sjer­ka w owa­dzim dys­kon­cie. Bar­dzo często za­da­wa­ła klien­tom nie­śmier­tel­ne py­ta­nie, na któ­re nie ma od­po­wie­dzi "nie", bo to spo­wo­do­wa­ło­by wy­buch awan­tu­ry w ko­lej­ce.

- Czy mogę być dłu­żna gro­sik?

Li­czy­ła, że po trzy­stu la­tach pra­cy uzbie­ra so­bie na do­mek z ogród­kiem, ale nie mia­ła szczęścia. Uzbie­ra­ła le­d­wie trzy zło­te dwa­dzie­ścia dzie­wi­ęć gro­szy, kie­dy za­ata­ko­wał ją klient za­wa­łem. Wła­śnie pła­cił za ło­pa­tę do odśnie­ża­nia, pod­nió­sł ją zbyt wy­so­ko, nie zdąży­ła jej chwy­cić, on do­stał za­wa­łu, ona do­sta­ła ło­pa­tą w gło­wę, klien­ta od­ra­to­wa­no, ona zo­sta­ła prze­nie­sio­na na dział wa­rzyw­ny, jako świe­żo­znaw­ca. Tam spa­dł jej na nogę ar­buz albo wia­der­ko z ka­pu­stą ki­szo­ną, w ka­żdym ra­zie coś jej spa­dło, a wła­ści­wie zo­sta­ło jej na sto­pę zrzu­co­ne. Po ude­rze­niu ło­pa­tą mie­wa­ła kło­po­ty ze wzro­kiem. Klien­ta, któ­ry ze­mdlał, za­bra­ło po­go­to­wie, ona mu­sia­ła za­pła­cić od­szko­do­wa­nie.

Za­częła się bać klien­tów.

To prze­ło­ży­ło się na pro­ble­my z ukła­da­niem owo­ców, a zła­ma­nie śród­sto­pia kiep­sko się go­iło.

Prze­szła do pra­cy w skle­pie zoo­lo­gicz­nym. Mało no­sze­nia, mało cho­dze­nia. Nie­ste­ty, zo­sta­ła za­ata­ko­wa­na przez dwa kró­li­ki mi­nia­tu­ro­we oraz pa­pu­gę przy­nie­sio­ną przez klien­ta, któ­ry za­sła­bł.

Tuż przed świ­ęta­mi mia­ła za­cząć pra­cę na sto­isku z fa­jer­wer­ka­mi i na­praw­dę bar­dzo się bała.

Była prze­ko­na­na, że ta wy­ciecz­ka ura­to­wa­ła jej ży­cie.

Lu­dzie by­wa­ją bar­dzo na­iw­ni.

?

Wszy­scy sie­dzący w ja­dal­ni wy­gląda­li upior­nie. Pla­żo­wa­nie było tu czy­mś oczy­wi­stym, ale sło­ńce zro­bi­ło swo­je. Na­wet je­że­li po­ło­ży­li się w cie­niu, to i tak nic z tego, bo cień bywa tu złud­ny, a kre­my z fil­trem pi­ęćdzie­si­ąt­ką mało kto miał. Nie zna­jąc się na ta­kich atrak­cjach, oba­wia­li się, że za sła­bo się opa­lą, więc po­sma­ro­wa­li się byle czym. Efek­tem były bar­dzo czer­wo­ne szy­je i de­kol­ty oraz po­pa­rze­nia na wszyst­kim tym, co zo­sta­ło nie­osło­ni­ęte.

Je­dze­nie nie sma­ko­wa­ło ni­ko­mu.

Było zbyt fran­cu­skie.

- Szpo­niat­ki - oświad­czy­ła Zyta. - Co to są szpo­niat­ki?

W te­le­fo­nie mia­ła mo­żli­wo­ść tłu­ma­cze­nia z ró­żnych języ­ków. O ile pod­czas roz­mo­wy to nie zda­wa­ło eg­za­mi­nu, o tyle jed­nak kie­dy było coś na­pi­sa­ne, mo­żna było ja­koś prze­tłu­ma­czyć.

Bo tak wła­śnie na­zy­wa­ło się da­nie, któ­re im po­da­no.

Nie­ste­ty, oka­za­ło się wiel­kim śli­ma­kiem. Jego musz­la była pi­ęk­na, jed­na z tych, któ­re chęt­nie się sta­wia na te­le­wi­zo­rze albo przy­kła­da do ucha. Jej wnętrz­no­ści jed­nak nie po­do­ba­ły się ni­ko­mu, a tym bar­dziej na ta­ler­zach.

W ogó­le wszyst­ko było dziw­ne. Menu tłu­ma­czo­no te­le­fo­na­mi raz po raz i to, co te tłu­ma­cze­nia ujaw­nia­ły, szo­ko­wa­ło lu­dzi co­raz bar­dziej. Sko­ńczy­ło się na tym, że re­zy­dent­ka po­sta­no­wi­ła po pro­stu im je ode­brać, bo za bar­dzo się przej­mo­wa­li tym, co wy­czy­ta­li.

- Ko­cia ryba i śli­ma­ki? Na­praw­dę? W kre­mie? Może jesz­cze ni­vea? Gra­si­ca? Węży­mord?

- To nie ko­cia ryba, to sum - mruk­nęła re­zy­dent­ka. - I wca­le nie w kre­mie ni­vea, a w śmie­ta­nie, a to obok to nie jest... zresz­tą! - Za­bra­ła wszyst­kim kar­ty dań i za­po­wie­dzia­ła, że od te­raz ich po pro­stu nie do­sta­ną.

Zna­ła Po­la­ków na tyle do­brze, że wie­dzia­ła, jak i co zro­bić, żeby prze­sta­li wy­dzi­wiać.

Tłu­macz in­ter­ne­to­wy to pro­gram spe­cy­ficz­ny i często da­le­ko mu do ide­ału, ale go­ście i tak so­bie ra­dzi­li. Jed­na pani po ode­bra­niu im kart, a więc wte­dy kie­dy nie umia­ła po­dać na­zwy da­nia, któ­re mia­ła na ta­le­rzu, zro­bi­ła zdjęcie po­tra­wy i wsta­wi­ła w apli­ka­cję szu­ka­jącą po­dob­nych wi­zu­al­nie obiek­tów.

Zna­la­zła.

Naj­pierw zo­ba­czy­ła roz­je­cha­ne­go skunk­sa, a po chwi­li coś bar­dziej ku­li­nar­ne­go.

- Sma­żo­ne by­cze jądra - oświad­czy­ła.

Mężczy­źni jak je­den byk, a może i tor­re­ador, po­bie­gli do ła­zien­ki.

Ko­bie­ty wy­mio­to­wa­ły w ser­wet­ki.

Re­zy­dent­ka ucie­kła.

?

Ar­nold sie­dział przy jed­nym ze sto­li­ków i kon­tem­plo­wał ota­cza­jący go tłu­mek. Lu­dzie zgro­ma­dzi­li się w grup­kach i byli wy­ra­źnie po­dzie­le­ni.

Przy jed­nym sto­li­ku sie­dzia­ło czwo­ro lu­dzi, w któ­rych roz­po­znał Ali­nę i jej niby-męża oraz dwie te­ścio­we, któ­re nie wy­gląda­ły na za­do­wo­lo­ne. Obok sie­dzia­ła Eli­za i ja­kaś jej ko­le­żan­ka. Dwóch mło­dych mężczyzn usia­dło przy nich, bo pa­so­wa­li do sie­bie wie­kiem. Da­lej dwie star­sze ko­le­żan­ki, a obok nich mło­dy chło­pak i trze­cia star­sza ko­bie­ta, któ­ra była jego te­ścio­wą.

Przy ko­lej­nym fa­cet z lum­ba­go, tak wy­krzy­wio­ny, że strach było pa­trzeć.

Ar­nold ob­ser­wo­wał to­wa­rzy­stwo z ró­żnych po­wo­dów, ale też z pew­nych względów był nim za­in­te­re­so­wa­ny za­wo­do­wo.

Po chwi­li do jego sto­li­ka po­de­szła Lau­ra. Po­znał ją w sa­mo­lo­cie i na­wet do­brze im się ze sobą roz­ma­wia­ło.

Lu­dzie pra­co­wi­cie wy­kłó­ca­li się o na­zwy co obrzy­dliw­szych dań i o to, kto jest bar­dziej nie­za­do­wo­lo­ny.

- Wie­cie co? - po­wie­dział w ko­ńcu, tro­chę ich prze­krzy­ku­jąc. - Ju­tro jest Wi­gi­lia. Nie sza­lej­my, od­pocz­nij­my. Nie ma sen­su się nie­po­trzeb­nie stre­so­wać. Wy­śpi­my się i będzie do­brze. Ho­tel ma nam za­ser­wo­wać praw­dzi­wie pol­skie świ­ęta. Ta­kie jak w domu.

- No wła­śnie - po­pa­rła go Lau­ra. - Daj­my so­bie tro­chę luzu. Idźmy na spa­cer. Świ­ęta to czas ra­do­ści!

- I za­du­my - wark­nęła Jó­ze­fa.

- No wła­śnie, za­du­my też - zgo­dzi­ła się po­spiesz­nie dziew­czy­na, bo mina ko­bie­ty nie wró­ży­ła ni­cze­go do­bre­go. - Ale...

- Nie ma ale! To miej­sce jest okrop­ne! Tu nie da się zor­ga­ni­zo­wać za­du­my! Tu jest za ko­lo­ro­wo. Lu­dzie cho­dzą pra­wie goli po uli­cach! Po­win­no im się tego za­ka­zać! Cho­ciaż na świ­ęta!

Jó­ze­fa na­le­ża­ła do tego typu osób, któ­re ra­do­ści nie tra­wią. Uwa­ża­ją, że jest ona dia­bel­skim wy­na­laz­kiem, a ży­cie po­win­no być smut­ne i pe­łne umar­twień, ina­czej się nie li­czy. I o ile jej ży­cie, jej spra­wa, niech się umar­twia, ile chce, w ko­ńcu sko­ro tak lubi, to nie po­win­no się jej tego za­bra­niać, o tyle ona jed­nak pro­wa­dzi­ła coś w ro­dza­ju kru­cja­ty. Usi­ło­wa­ła swój po­nu­ry i pe­łen zgry­zo­ty po­gląd na świat za­szcze­pić in­nym, a wła­ści­wie nie za­szcze­pić, a na­ka­zać pod gro­źbą kary.

- I oni są czar­ni. Ja nie mó­wię, że mi to prze­szka­dza, ale... - Za­mil­kła, bo wszy­scy po­pa­trzy­li na nią z dez­apro­ba­tą. - No co?! - wrza­snęła po chwi­li na całą salę. - I cho­dzą goli! A na do­da­tek, na do­da­tek... I te baby mają cyc­ki na wierz­chu! I ta­ńczą! Wam to pew­nie nie prze­szka­dza, ale ja nie je­stem zbo­czo­na!

Wszy­scy umil­kli nie­co skon­ster­no­wa­ni, może nie tyle jej za­strze­że­nia­mi, ile tym, że wy­ra­ża­ła je gło­śno.

- Trze­ba po­roz­ma­wiać z wła­ści­cie­lem! - stwier­dzi­ła po chwi­li pod­bu­do­wa­na i pew­na, że inni się z nią zgo­dzą. Na­le­ża­ła do tych osób, któ­re bar­dzo szyb­ko uzur­pu­ją so­bie przy­wódz­two i tej uzur­pa­cji się trzy­ma­ją ręka­mi, no­ga­mi i zęba­mi. - Może on coś z tym zro­bi! Zdy­scy­pli­nu­je ich? Czy coś? W ko­ńcu są świ­ęta!

W jaki spo­sób wła­ści­ciel ho­te­lu mó­głby zdy­scy­pli­no­wać miesz­ka­ńców co naj­mniej kil­ku­ty­si­ęcz­nej wy­sep­ki, żeby prze­sta­li cho­dzić na go­la­sa, ta­ńczyć i być ko­lo­ro­wi (w ka­żdym sen­sie), nie wie­dział nikt.

Jak już wia­do­mo, wła­ści­ciel był Po­la­kiem.

Mia­ło to zna­cze­nie o tyle, że dało się z nim po­roz­ma­wiać po pol­sku i po­sta­wił na pol­skich tu­ry­stów z wie­lu względów. Jego ho­tel nie był naj­bar­dziej luk­su­so­wy na świe­cie i on zda­wał so­bie z tego spra­wę, ba, na­wet miał za­miar coś z tym zro­bić, ale ro­bie­nie cze­go­kol­wiek bez pie­ni­ędzy się nie spraw­dza, więc naj­pierw po­sta­no­wił za­ro­bić. Tro­pi­ki to do­bre miej­sce, ale trze­ba przy­ci­ągnąć tu­ry­stów. Na Ame­ry­ka­nów i Ro­sjan nie mógł li­czyć, ci jed­nak wy­bie­ra­li luk­su­sy, na Fran­cu­zów też nie bar­dzo, ca­łkiem nie­da­le­ko były o wie­le lep­sze i cie­kaw­sze wy­spy. Po­sta­no­wił po­sta­wić na ro­da­ków. Po­la­cy by­wa­ją trud­ni i też chcą luk­su­sów, więc wy­brał for­mu­łę pol­skich świ­ąt i tro­chę w tym kie­run­ku po­dzia­łał mar­ke­tin­go­wo. Li­czył na star­sze po­ko­le­nie, wy­cho­wa­ne jesz­cze w PRL-u, a więc mniej rosz­cze­nio­we, jak sądził.

Re­kru­ta­cję po­wie­rzył fir­mie, któ­rej nie znał, ale też była pol­ska.

W pew­nym sen­sie ten pa­trio­tyzm po­wi­nien był mu się zwró­cić. Kil­ka osób wy­ciecz­kę wy­gra­ło, kil­ka­na­ście wy­ku­pi­ło, ho­tel po raz pierw­szy od daw­na za­pe­łnił się go­śćmi i nic nie za­po­wia­da­ło tra­ge­dii.

Zresz­tą tra­ge­die rzad­ko kie­dy za­po­wia­da­ją swo­je na­de­jście, no, chy­ba że wie­rzy się dzien­ni­ka­rzom z por­ta­li in­for­ma­cyj­nych, bo tam tra­ge­die są za­po­wia­da­ne po kil­ka razy dzien­nie i trze­ba po­wie­dzieć, że spraw­dzal­no­ść ro­śnie wraz z licz­bą in­for­ma­cji. Ostat­nio też za­po­wia­da­no "ma­sa­krycz­ne" opa­dy śnie­gu, po chwi­li upa­ły, w kil­ka mi­nut pó­źniej mro­źną be­stię ze wscho­du, a na ko­niec dnia ocie­ple­nie. I wszyst­ko się spraw­dzi­ło, tyle że nie w Pol­sce, a gdzieś tam, no, ale cze­go chcieć?

Ma­sa­krycz­ne, choć może nie, ale jed­nak opa­dy śnie­gu były za ko­łem pod­bie­gu­no­wym, upa­ły na Ma­jor­ce, a be­stia ze wscho­du za­ata­ko­wa­ła No­wo­sy­birsk.

Tu jed­nak nie cho­dzi­ło o po­go­dę.

Wła­ści­ciel na­iw­nie wie­rzył w świ­ątecz­ną ra­do­ść, któ­ra tro­chę za­dzia­ła na tu­ry­stów, i w zwi­ąz­ku z tym nie za­uwa­żą ka­ra­lu­chów, w pod­la­ną al­ko­ho­lem kon­sump­cję, któ­ra uśpi go­ści i za­do­wo­li ko­ma­ry, oraz w kli­mat, któ­ry za­stąpi kli­ma­ty­za­cję. Może na in­nych by to za­dzia­ła­ło, ale Po­lak za gra­ni­cą jest wy­ma­ga­jący.

Wła­ści­ciel po­rwał się z mo­ty­ką na świ­ęta, spro­wa­dził tro­chę wik­tu­ałów, któ­rych tu­taj nie mógł do­stać, i na­praw­dę bar­dzo się po­sta­rał, żeby wszyst­ko było choć w mia­rę w po­rząd­ku.

Na­wet wsta­wił do ja­dal­ni cho­in­kę.

To zna­czy pal­mę w do­ni­cy. Na czub­ku mia­ła la­lecz­kę za­miast anio­łka, wszy­scy po­dej­rze­wa­li, że to jed­na z osła­wio­nych dzi­ęki ame­ry­ka­ńskim fil­mom la­le­czek vo­odoo. Były bomb­ki, ła­ńcu­chy i świa­te­łka. Oraz świecz­ki do­oko­ła. Pi­ęk­nie nad­pa­lo­ne, cud­nie ociek­ni­ęte wo­skiem. Ma­low­ni­czo ma­ka­brycz­ne, jak z fil­mu o wam­pi­rach.

- Czy wy wie­cie, że tu nie ma ko­min­ka? - oświad­czy­ła wszyst­kim Zyta ba­lan­su­jąca po­mi­ędzy po­ra­że­niem sło­necz­nym a uda­rem ciepl­nym, ale mimo wszyst­ko szu­ka­jąca dziu­ry w ca­łym.

- Po co pani ko­mi­nek? - zdzi­wił się Ar­nold.

- Po nic, ale po­wi­nien być!

- Sły­sza­łem, że na wie­czór ro­bią bar­be­cue! - wy­krzyk­nęła za­do­wo­lo­na Lau­ra.

- A po co nam bar­be­cue?! Gril­la by zro­bi­li, ale co oni tu mają?! Nic nie mają, na­wet po­rząd­nej kie­łba­sy - oświad­czył Izy­dor, czym zy­skał apro­ba­tę w oczach te­ścio­wej. Bo wia­do­mo. To tak ma być. Trze­ba ma­ru­dzić. I tu, i tam. Tu, czy­li w trak­cie po­by­tu, i tam, w domu, po po­wro­cie.

Tu, żeby po­ka­zać, że jest się tu­ry­stą, któ­ry nie za­do­wo­li się byle czym, a tam, że go stać, ale to jed­nak nie było to.

Gen ma­rud­no­ści nie za­le­ży od na­ro­do­wo­ści, ale wie­lu Po­la­ków go po­sia­da. I nie­wa­żne, że grill i bar­be­cue to jest wła­ści­wie to samo, a kie­łba­sy i tu są do­bre, a poza tym mo­żna prze­cież zje­ść coś in­ne­go. Nie mo­żna!

- Mam na­dzie­ję, że jed­nak wi­gi­lia będzie, jak trze­ba - wes­tchnęła Jó­ze­fa. - Bo ci od­mie­ńcy po­tra­fią na wi­gi­lię jeść in­dy­ka! - sap­nęła obu­rzo­na. - Prze­cież to nie do po­my­śle­nia!

Ar­nold sie­dział w mia­rę ci­cho. Ow­szem, były świ­ęta, ow­szem, był pra­wie na eme­ry­tu­rze, i ow­szem, był w pra­cy. To taki stan, któ­ry cza­sa­mi zda­rza się po­li­cjan­tom.

On oczy­wi­ście nie przy­je­chał tu ca­łkiem z wła­snej woli, choć wszyst­kim po­wta­rzał, że ow­szem, z wła­snej i na­wet nie­przy­mu­szo­nej.

Pre­tek­stem było szu­ka­nie żony.

Za­zwy­czaj ist­nie­ją dwa ro­dza­je pre­tek­stów. Ta­kie dla lu­dzi i ta­kie dla sie­bie. Lu­dziom mó­wił, że chce od­po­cząć, so­bie, że wresz­cie ko­goś znaj­dzie.

Nie li­czył na śnia­dą pi­ęk­no­ść. W ogó­le nie li­czył na pi­ęk­no­ść, w za­sa­dzie wo­la­łby zu­pe­łnie nor­mal­ną dziew­czy­nę, no, może ra­czej ko­bie­tę z mó­zgiem, a nie tyl­ko z bo­tok­sem, ale nie miał ocho­ty wy­brzy­dzać. Po­my­ślał, że wy­star­czy mu, je­że­li będzie ko­bie­tą i da się z nią po­ga­dać. Resz­ty nie prze­wi­dy­wał, bo jed­nak był na słu­żbie i nie chciał być po­tem oska­rża­ny o mo­le­sto­wa­nie.

Ka­ta­stro­fy się nie spo­dzie­wał, bo jego mi­sja po­le­ga­ła wy­łącz­nie na przyj­rze­niu się nie­któ­rym lu­dziom i ich in­te­re­som (fi­nan­so­wym, je­że­li o to cho­dzi).

Wy­bra­ny zo­stał ze względu na kom­pe­ten­cje i brak ro­dzi­ny, a to jed­nak był okres świ­ątecz­ny. Za wy­ciecz­kę Ar­nold za­pła­cił so­bie sam. Mu­siał, bo ko­le­dzy by mu oczy wy­dra­pa­li i ka­żdy na­tych­miast wsta­łby od wi­gi­lij­ne­go sto­łu i zo­sta­wił szóst­kę dzie­ci, żeby tyl­ko wy­je­chać w tro­pi­ki.

A tak do­ga­dał się z sze­fem i nikt mu nie za­zdro­ścił.

W ka­żdym ra­zie nikt nie za­zdro­ścił mu gło­śno.

Bo w ci­cho­ści serc oraz w sy­pial­nia­nych za­ci­szach ko­le­gów z pra­cy spa­da­ły mu z pew­no­ścią na gło­wę gro­my naj­ci­ęższe­go ka­li­bru.