Morderstwa w Suffolk - Anthony Horowitz

-
Proszę czekać

Agios Niko­laos, Kreta

Poly­do­rus to uro­czy, pro­wa­dzony przez rodzinę hotel. Do Ira­klionu jest stąd zale­d­wie godzina drogi, a do naj­bliż­szego mia­steczka - peł­nego życia Agios Niko­laos - można z łatwo­ścią dojść pie­chotą. Pokoje sprzą­tane są codzien­nie, wszyst­kie mają wi-fi i kli­ma­ty­za­cję, nie­które widok na morze. Kawę i domowe jedze­nie ser­wu­jemy na naszym cudow­nym tara­sie. Zapra­szamy na naszą stronę lub na booking.com.

W gło­wie się nie mie­ści, ile czasu zajęło mi napi­sa­nie tych kilku słów. Bałam się, że może prze­sa­dzi­łam z liczbą przy­miot­ni­ków. I czy "pełne życia" aby dobrze opi­suje Agios Niko­laos? Naj­pierw napi­sa­łam, że mia­steczko jest "gwarne", ale potem uzna­łam, że to z kolei suge­ruje pew­nie hałas i nie­koń­czące się korki, które w zasa­dzie też tam są. Nasz hotel znaj­do­wał się tak naprawdę pięt­na­ście minut od cen­trum. Czy taką odle­głość można rze­czy­wi­ście "z łatwo­ścią przejść pie­chotą"? I czy powin­nam wspo­mnieć o znaj­du­ją­cej się tuż obok plaży Ammo­udi?

Zabawne, że choć całe życie pra­co­wa­łam jako redak­torka i ni­gdy nie mia­łam pro­ble­mów z upo­ra­niem się z tek­stami moich auto­rów, teraz poci­łam się nad każdą sylabą kró­ciut­kiej reklamy, która miała się zna­leźć na pocz­tówce. W końcu poka­za­łam ją Andre­asowi; prze­czy­tał ją w jakieś pięć sekund, coś tam mruk­nął i poki­wał głową, co - bio­rąc pod uwagę, ile się nad tym nagło­wi­łam - ucie­szyło mnie i zde­ner­wo­wało zara­zem. Zauwa­ży­łam, że wła­śnie tak jest z Gre­kami. To ogrom­nie emo­cjo­nalny naród. Ich teatr, poezja i muzyka wprost chwy­tają za serce. Ale na co dzień, gdy cho­dzi o jakieś drobne szcze­góły, wolą robić wszystko "siga, siga", co moim zda­niem należy tłu­ma­czyć: "Mam to gdzieś". Sły­sza­łam to wyra­że­nie codzien­nie.

Gdy z papie­ro­sem w ustach i mocną czarną kawą przy­glą­da­łam się temu, co napi­sa­łam, w mojej gło­wie poja­wiły się dwie myśli. Po pierw­sze, zamie­rza­li­śmy umie­ścić te kartki na sto­jaku przy recep­cji, czyli będą dostępne dla tury­stów, któ­rzy już i tak znajdą się w naszym hotelu, więc jaki to ma sens? A co waż­niej­sze, co ja tu w ogóle robię, do cho­lery? Jak to się stało, że tak skoń­czy­łam?

Dwa lata przed pięć­dzie­siątką, czyli w momen­cie, kiedy mia­łam już cie­szyć się życiem, jakie daje roz­sądny dochód, małe miesz­ka­nie w Lon­dy­nie i kalen­darz pełen towa­rzy­skich spo­tkań, jakimś spo­so­bem zosta­łam współ­wła­ści­cielką i kie­row­niczką hotelu, który wła­ści­wie był o wiele przy­jem­niej­szy, niż wyni­ka­łoby z mojego opisu. Poly­do­rus znaj­do­wał się na samym skraju wody. Ofe­ro­wał dwa tarasy ocie­nione od słońca para­so­lami i cypry­sami. Mie­li­śmy: dwa­na­ście pokoi; mło­dych miej­sco­wych pra­cow­ni­ków, zawsze pogod­nych, choć może nieco nie­prze­wi­dy­wal­nych; oraz lojal­nych klien­tów. Ser­wo­wa­li­śmy pro­ste jedze­nie i piwo Mythos, a do tego mogli­śmy się pochwa­lić wła­snymi muzy­kami oraz ide­al­nymi wido­kami. Podróż­nicy, któ­rych mogli­śmy sku­sić, nie marzyli o przy­by­ciu do Gre­cji jed­nym z tych wiel­gach­nych auto­ka­rów, które na moich oczach wle­kły się po dro­gach by­naj­mniej nie stwo­rzo­nych dla takich olbrzy­mów, a docie­rały do sze­ścio­pię­tro­wych potwo­rów po dru­giej stro­nie zatoki.

Mie­li­śmy też jed­nak: badziewne kable, zawodne rury i nie­pewny Inter­net. Nie chcę tu roz­po­wszech­niać utar­tych ste­reo­ty­pów o leni­wych Gre­kach i może po pro­stu mia­łam pecha, ale mot­tem ludzi, któ­rych zatrud­nia­li­śmy, z pew­no­ścią nie była nie­za­wod­ność. Panos na przy­kład był wspa­nia­łym kucha­rzem, ale jeśli pokłó­cił się aku­rat z żoną, dziećmi lub swoim moto­rem, po pro­stu nie poja­wiał się w pracy i w rezul­ta­cie Andreas musiał przej­mo­wać kuch­nię, a ja zosta­wa­łam sama w barze i restau­ra­cji, które mogły być pełne klien­tów, za to bez kel­ne­rów, albo pół­pu­ste, lecz ze zbyt wie­loma oso­bami do obsługi. Kom­pro­mis mię­dzy tymi dwiema skraj­no­ściami ni­gdy się nie zma­te­ria­li­zo­wał. Niby zawsze była jakaś nadzieja, że nasz dostawca pojawi się na czas, ale jeśli nawet, to prze­cież nie z tym, co zamó­wi­li­śmy. Jeśli coś się popsuło - a cią­gle coś się psuło - kilka dłu­gich, ner­wo­wych godzin scho­dziło nam na cze­ka­niu w napię­ciu na mecha­nika czy inną złotą rączkę.

Goście w więk­szo­ści wyglą­dali na zado­wo­lo­nych. Ale my dwoje mio­ta­li­śmy się niczym akto­rzy w sza­lo­nych fran­cu­skich kome­diach, usi­łu­jąc przy tym spra­wiać wra­że­nie, że wszystko dzieje się samo­czyn­nie. Kiedy pada­łam na łóżko - czę­sto koło pierw­szej czy dru­giej w nocy - byłam tak wykoń­czona, że po pro­sto leża­łam jak wysu­szona mumia otu­lona cału­nem. To był zawsze naj­bar­dziej przy­gnę­bia­jący moment dnia - zasy­pia­nie ze świa­do­mo­ścią, że kiedy rano otwo­rzę oczy, wszystko znów zacznie się od początku i tak w koło Macieju.

Maru­dzę. Oczy­wi­ście jest też wspa­niale. Nic nie może się rów­nać z zacho­dem słońca nad Morzem Egej­skim, który co wie­czór zapie­rał mi dech w pier­siach. Nic dziw­nego, że Grecy wie­rzyli w bogów - Helios w zło­tym rydwa­nie mkną­cym po bez­kre­snym nie­bo­skło­nie, w tle góry Lasi­thio­tika prze­obra­żone w pasma cie­niut­kiej gazy, naj­pierw różo­wej, potem fioł­ko­wej, ciem­nie­ją­cej i bled­ną­cej jed­no­cze­śnie na hory­zon­cie. Każ­dego ranka o siód­mej szłam pły­wać, żeby w kry­sta­licz­nie czy­stym morzu zmyć nad­miar wina i dymu papie­ro­so­wego. Kola­cje jedli­śmy w małych tawer­nach w Fourni i Lim­nes, gdzie pach­niało jaśmi­nem, migo­tały gwiazdy, roz­brzmie­wał gło­śny śmiech i pobrzę­ki­wały szklanki pełne raki. Zaczę­łam się nawet uczyć grec­kiego - trzy godziny tygo­dniowo spę­dza­łam z dziew­czyną tak młodą, że mogłaby być moją córką. Muszę przy­znać, że uda­wało jej się w zabawny spo­sób wbi­jać mi do głowy te wszyst­kie akcen­to­wane sylaby i bez­wstyd­nie nie­re­gu­larne cza­sow­niki.

Zde­cy­do­wa­nie jed­nak nie były to waka­cje. Przy­je­cha­łam do Gre­cji po kata­stro­fie, jaką zakoń­czyły się Mor­der­stwa w Somer­set. Była to ostat­nia książka, nad jaką pra­co­wa­łam. Dopro­wa­dziła ona do śmierci autora, znisz­cze­nia mojego wydaw­nic­twa i sku­tecz­nego zakoń­cze­nia mojej kariery... w takiej wła­śnie kolej­no­ści. Razem ksią­żek o Atti­cu­sie Pündzie było dzie­więć, każda po kolei sta­wała się best­sel­le­rem i łudzi­łam się, że będzie ich jesz­cze wiele wię­cej. Wszystko jed­nak dia­bli wzięli, a ja musia­łam zacząć życie od nowa. Prawdę mówiąc, łatwo nie było.

Siłą rze­czy prze­kła­dało się to na nasze rela­cje z Andre­asem. Nie kłó­ci­li­śmy się - nie nale­że­li­śmy do tego typu ludzi - ale weszli­śmy na ścieżkę coraz bar­dziej oszczęd­nej i nie­uf­nej komu­ni­ka­cji, krą­żąc wokół sie­bie niczym zawo­dowi bok­se­rzy, któ­rzy nie chcą zacząć walki. Być może porządna sprzeczka dobrze by nam zro­biła. Tym­cza­sem nie­ocze­ki­wa­nie zna­leź­li­śmy się na tym okrop­nym tere­nie - tak dobrze zna­nym sta­rym mał­żeń­stwom - gdzie to, co nie­wy­po­wie­dziane, rani bar­dziej niż słowa, które padają. Swoją drogą to nawet nie byli­śmy mał­żeń­stwem. Andreas oświad­czył mi się wpraw­dzie, wyko­nu­jąc cały ten manewr z pier­ścion­kiem z dia­men­tem i klę­ka­niem, ale potem nie mie­li­śmy czasu dopro­wa­dzić sprawy do końca, a zresztą mój grecki wciąż nie pozwo­liłby mi nawet na zro­zu­mie­nie cere­mo­nii. Uzna­li­śmy, że lepiej będzie pocze­kać.

Czas jed­nak nie dzia­łał na naszą korzyść. W Lon­dy­nie Andreas zawsze był moim naj­bliż­szym przy­ja­cie­lem. Może dla­tego, że nie miesz­ka­li­śmy razem, zawsze cie­szy­łam się na myśl o tym, że go zoba­czę. Czy­ta­li­śmy te same książki. Uwiel­bia­li­śmy jeść w domu... szcze­gól­nie kiedy on goto­wał. Seks był wspa­niały. Ale na Kre­cie utknę­li­śmy w cał­kiem innym ukła­dzie i choć od prze­pro­wadzki minęły zale­d­wie dwa lata, już cho­dziło mi po gło­wie, czy się stąd nie zmyć, choć jesz­cze nic w tym kie­runku nie robi­łam.

Oka­zało się, że nie musia­łam. Pew­nego ponie­dział­ko­wego poranka wyj­ście ewa­ku­acyjne obja­wiło się samo w postaci dwojga ele­ganc­kich cudzo­ziem­ców - ewi­dent­nie Angli­ków - któ­rzy kro­czyli ręka w rękę w dół zbo­cza od strony głów­nej drogi. Od razu było widać, że są bogaci i nie przy­je­chali tu na waka­cje. On miał na sobie mary­narkę i dłu­gie spodnie - absurd w poran­nym upale - oraz koszulkę polo i panamę. Ona para­do­wała w sukience bar­dziej odpo­wied­niej na ten­nis party niż na plażę, łącz­nie z naszyj­ni­kiem i ele­gancką koper­tówką. Oboje mieli oku­lary prze­ciw­sło­neczne. Tak na oko uzna­łam, że są po sześć­dzie­siątce.

Po wej­ściu do baru męż­czy­zna puścił rękę żony i przyj­rzał mi się kry­tycz­nie.

- Excuse me - ode­zwał się dys­tyn­go­wa­nym tonem. - Do you speak English?

- Tak.

- Czy jest pani może... czy mam może przy­jem­ność poznać panią Susan Ryeland?

- Tak, to ja.

- Czy mogli­by­śmy zamie­nić z panią słówko? Nazy­wam się Law­rence Tre­herne, a to moja żona Pau­line.

- Jak się pani miewa? - Pau­line Tre­herne uśmiech­nęła się do mnie bez sym­pa­tii. Nie ufała mi, choć nawet mnie jesz­cze nie poznała.

- Życzą sobie pań­stwo kawy? - Bar­dzo się sta­ra­łam, żeby z pyta­nia wyni­kało jasno, że jej im nie zafun­duję.

Nie chcę wypaść na sknerę, ale ta kwe­stia też mnie męczyła. Kiedy sprze­da­łam moje miesz­ka­nie w pół­noc­nym Lon­dy­nie, wpa­ko­wa­łam więk­szość pie­nię­dzy w Poly­do­rusa, ale jak dotąd nie przy­no­sił żad­nych zysków. Wła­ści­wie dokład­nie na odwrót: choć wyda­wało mi się, że nie robimy z Andre­asem niczego źle, i tak udało nam się już zadłu­żyć na dzie­sięć tysięcy euro. Nasze pie­nią­dze roz­pły­wały się i cza­sami naprawdę mia­łam wra­że­nie, że od ban­kruc­twa dzieli mnie już tylko ta pianka z jed­nego dar­mo­wego cap­puc­cino.

- Nie, dzię­ku­jemy.

Zapro­wa­dzi­łam ich do jed­nego ze sto­li­ków w barze. Na tara­sie już był tłok, ale Van­ge­lis, który pra­co­wał jako kel­ner, kiedy nie grał na gita­rze, spo­koj­nie sobie z tym radził, a w środku było chłod­niej.

- W czym mogę panu pomóc?

- Pro­szę mi mówić Law­rence. - Zdjął kape­lusz, spod któ­rego uka­zały się prze­rze­dzone siwe włosy i lekko spa­lona łysina. Odło­żył panamę na stół. - Mam nadzieję, że wyba­czysz nam, że tak cię tu naszli­śmy. Mamy wspól­nego przy­ja­ciela. Sajid Khan kazał cię pozdro­wić.

Sajid Khan? Chwilę mi zajęło uświa­do­mie­nie sobie, że mówi o praw­niku miesz­ka­ją­cym w Suf­folk, a kon­kret­nie w mia­steczku Fram­lin­gham. Był to zna­jomy Alana Con­waya, autora Mor­derstw w Somer­set. Kiedy Alan zmarł, to wła­śnie Sajid Khan odkrył jego ciało. Spo­tka­łam go zale­d­wie kilka razy. Nie nazwa­ła­bym go przy­ja­cie­lem, ani wspól­nym, ani żad­nym w ogóle.

- Miesz­ka­cie w Suf­folk? - spy­ta­łam.

- Tak. Mamy hotel nie­da­leko Wood­bridge. Pan Khan poma­gał nam raz czy dwa. - Law­rence zawa­hał się, nagle skrę­po­wany. - Roz­ma­wia­łem z nim w zeszłym tygo­dniu o pew­nej dość trud­nej spra­wie i pora­dził mi zgło­sić się do cie­bie.

Zasta­na­wia­jące, skąd Khan wie­dział, że jestem na Kre­cie. Ktoś musiał mu o tym powie­dzieć, ale z całą pew­no­ścią nie byłam to ja.

- I przy­je­cha­li­ście aż tutaj, żeby ze mną poroz­ma­wiać? - spy­ta­łam.

- To nie jest prze­cież tak daleko, a zresztą i tak tro­chę podró­żu­jemy. Zatrzy­ma­li­śmy się w Minos Beach. - Wska­zał hotel, który znaj­do­wał się po dru­giej stro­nie kortu teni­so­wego, zaraz za moim. Tym samym potwier­dził moje pierw­sze wra­że­nie, że są zamożni. Minos Beach był hote­lem buti­ko­wym z pry­wat­nymi wil­lami i ogro­dem peł­nym rzeźb. Około trzy­stu fun­tów za noc. - Zasta­na­wia­łem się, czy nie zadzwo­nić - cią­gnął. - Lecz wolał­bym nie oma­wiać tej sprawy przez tele­fon.

Z minuty na minutę wyda­wał się coraz bar­dziej tajem­ni­czy i - jeśli mam być szczera - iry­tu­jący. Czte­ro­go­dzinny lot ze Stan­sted. Godzina samo­cho­dem z Ira­klionu. To naprawdę nie było o rzut bere­tem.

- Co to za sprawa? - spy­ta­łam.

- Cho­dzi o mor­der­stwo.

To słowo zawi­sło na chwilę w powie­trzu. Po dru­giej stro­nie, na tara­sie świe­ciło słońce. Grupka oko­licz­nych dzie­cia­ków śmiała się i krzy­czała, plu­ska­jąc się w Morzu Egej­skim. Rodziny tło­czyły się przy sto­li­kach. Patrzy­łam, jak Van­ge­lis mija nas z tacą zasta­wioną sokami poma­rań­czo­wymi i mro­żoną kawą.

- Jakie mor­der­stwo?

- Czło­wieka, który nazy­wał się Frank Par­ris. Pew­nie ni­gdy o nim nie sły­sza­łaś, ale być może znasz hotel, gdzie go zamor­do­wano. Nazywa się Bran­low Hall.

- I to jest wasz hotel.

- Tak. - Tym razem odpo­wie­działa Pau­line Tre­herne. Po raz pierw­szy zabrała głos. Mówiła jak jakaś pomniej­sza figura z rodziny kró­lew­skiej. Zupeł­nie jakby odci­nała każde słowo nożycz­kami, nim pad­nie z jej ust. A jed­no­cze­śnie mia­łam dziwną pew­ność, że jest z tej samej klasy śred­niej co ja.

- Zare­zer­wo­wał pokój na trzy noce - poin­for­mo­wał mnie Law­rence. - Dru­giej został zabity.

Prze­mknął mi przez myśl cały ciąg róż­nych pytań. Kim był Frank Par­ris? Kto go zabił? Co mnie to obcho­dzi?

- Kiedy to się stało? - spy­ta­łam tylko.

- Około ośmiu lat temu - odparł Law­rence Tre­herne.

Pau­line Tre­herne odło­żyła koper­tówkę na stół tuż obok panamy męża, jakby był to usta­lony znak, że teraz ona przej­muje pałeczkę. Było w niej coś takiego - spo­sób, w jaki wyko­rzy­sty­wała mil­cze­nie, i ten brak emo­cji - że czu­łam, iż to ona tu podej­muje ważne decy­zje. Jej oku­lary były tak ciemne, że kiedy do mnie mówiła, wpa­try­wa­łam się jak zahip­no­ty­zo­wana w dwa obrazki przed­sta­wia­jące moją zasty­głą w wyra­zie zasłu­cha­nia twarz.

- Być może naj­le­piej będzie, jeśli opo­wiem ci całą histo­rię - powie­działa tym swoim ochry­płym gło­sem. - W ten spo­sób zro­zu­miesz, dla­czego tu jeste­śmy. Jak się domy­ślam, ni­gdzie ci się nie spie­szy?

Powin­nam wła­śnie robić jakieś pięć­dzie­siąt róż­nych rze­czy.

- Skądże znowu - zapew­ni­łam ją.

- Dobrze. - Zebrała się w sobie. - Frank Par­ris pra­co­wał w rekla­mie - zaczęła. - Wła­śnie wró­cił do Anglii z Austra­lii, gdzie miesz­kał od kilku lat. Zamor­do­wano go bru­tal­nie w jego pokoju hote­lo­wym w nocy pięt­na­stego czerwca 2008 roku. Ni­gdy nie zapo­mnę tej daty, ponie­waż jest to data ślubu naszej córki Cecily.

- Czy był gościem na ślu­bie?

- Nie. W ogóle go nie zna­li­śmy. Ze względu na ślub zablo­ko­wa­li­śmy sobie kil­ka­na­ście pokoi z myślą o rodzi­nie i zna­jo­mych. Hotel jed­nak ma w sumie trzy­dzie­ści dwa pokoje i uzna­li­śmy... choć ja oso­bi­ście byłam odmien­nego zda­nia, ale nie­stety mój mąż go wów­czas nie podzie­lał... że hotel może być na­dal otwarty dla gości. Pan Par­ris przy­je­chał do Suf­folk odwie­dzić krew­nych. Zare­zer­wo­wał trzy noce. Zamor­do­wano go późno w nocy z piątku na sobotę, ciało odkryto dopiero w sobotę po połu­dniu.

- Po ślu­bie - wymam­ro­tał Law­rence Tre­herne.

- Jak go zabito?

- Młot­kiem, ude­rzono go kil­ka­krot­nie. Twarz miał tak zma­sa­kro­waną, że gdyby nie jego port­fel i pasz­port, które znaj­do­wały się w sej­fie, poli­cja w ogóle nie zdo­ła­łaby usta­lić jego toż­sa­mo­ści.

- Cecily bar­dzo to prze­żyła - wtrą­cił Law­rence.

- Oczy­wi­ście, jak i my wszy­scy. A prze­cież był to taki piękny dzień. Ślub odbył się w ogro­dzie, a potem na obiad weselny zapro­szo­nych było stu gości. Nie mogli­śmy wyma­rzyć sobie lep­szej pogody. Nie mie­li­śmy poję­cia, że w pokoju, z któ­rego nawet był widok na nasz namiot, leży czło­wiek w kałuży krwi. Cecily i Aiden zmu­szeni byli prze­ło­żyć podróż poślubną - dodała Pau­line gło­sem, mimo upływu czasu, drżą­cym z obu­rze­nia. - Poli­cja nie pozwo­liła im wyje­chać. Powie­dzieli, że to wyklu­czone, choć prze­cież dla wszyst­kich było oczy­wi­ste, że oni nie mieli z tym nic wspól­nego.

- Aiden jest jej mężem?

- Aiden Mac­Neil. Tak. To nasz zięć. W nie­dzielę rano mieli lecieć na Anti­guę, ale w końcu pozwo­lono im wyje­chać aż dwa tygo­dnie póź­niej, choć już dawno wtedy namie­rzono zabójcę, więc doprawdy cała ta zwłoka wyda­wała się nie­po­trzebna.

- Wia­domo więc, kto to zro­bił - stwier­dzi­łam.

- O tak. Było to w zasa­dzie dość pro­ste - wyja­śnił Law­rence. - Mor­dercą oka­zał się jeden z naszych pra­cow­ni­ków. Rumun. Nazy­wał się Ste­fan Codre­scu. Zatrud­niony w cha­rak­te­rze pra­cow­nika gospo­dar­czego. Miesz­kał na tere­nie hotelu. Był już przed­tem ska­zany, ale wie­dzie­li­śmy o tym, gdy go zatrud­nia­li­śmy. Co wię­cej, oba­wiam się, że wła­śnie dla­tego go zatrud­ni­li­śmy. - Spu­ścił na chwilę wzrok. - Pro­wa­dzi­li­śmy wów­czas z żoną pro­gram mający na celu zatrud­nia­nie mło­dych prze­stęp­ców... w kuchni, do sprzą­ta­nia, w ogro­dzie... zaraz po tym, jak wyszli na wol­ność. Wie­rzymy, że wię­zie­nie zmie­nia ludzi, a ci mło­dzi męż­czyźni i kobiety powinni dostać drugą szansę. Z pew­no­ścią nie są ci obce dra­ma­tyczne dane doty­czące recy­dywy. A wszystko to dla­tego, że ci ludzie w ogóle nie dostają szansy na ponowne włą­cze­nie się w życie spo­łe­czeń­stwa. Współ­pra­co­wa­li­śmy ści­śle z kura­to­rem sądo­wym, który zapew­nił nas, że Ste­fan będzie się nada­wał do naszego pro­gramu. - Law­rence wes­tchnął ciężko. - Ale się mylił.

- A Cecily tak w niego wie­rzyła - dorzu­ciła Pau­line.

- Znała go?

- Mamy dwie córki i obie pra­cują z nami w hotelu. Kiedy to wszystko się stało, Cecily była dyrek­to­rem gene­ral­nym. To wła­śnie ona prze­pro­wa­dzała ze Ste­fa­nem roz­mowę o pracę i ona go zatrud­niła.

- Brała ślub w tym samym hotelu, w któ­rym pra­co­wała?

- Oczy­wi­ście. To rodzinny inte­res. Nasi pra­cow­nicy są dla nas jak rodzina. Do głowy by jej nie przy­szło orga­ni­zo­wać ślub gdzie­kol­wiek indziej - zapew­niła mnie Pau­line.

- I Cecily uwa­żała, że Ste­fan jest nie­winny.

- Z początku tak. Upie­rała się, że to nie on. To jest wła­śnie ten pro­blem z Cecily. Ma dobre serce i jest taka ufna, że w każ­dym widzi dobro. Tylko że dowody prze­ciwko Ste­fa­nowi były nie­zbite. Nie wiem nawet, od czego zacząć. Na młotku nie było aku­rat odci­sków... został sta­ran­nie wytarty. Zna­le­ziono jed­nak kro­ple krwi na jego ubra­niach i na pie­nią­dzach zabra­nych zmar­łemu, które zna­le­ziono pod mate­ra­cem Ste­fana. Widziano go, gdy wcho­dził do pokoju Franka Par­risa. Zresztą do wszyst­kiego się przy­znał. A wtedy to już nawet Cecily musiała pogo­dzić się z tym, że się co do niego myliła, i na tym się skoń­czyło. Pole­ciała z Aide­nem na Anti­guę. Hotel powoli wró­cił do nor­mal­no­ści, choć zajęło to dużo czasu i już nikt ni­gdy nie noco­wał w pokoju numer dwa­na­ście. Prze­ro­bi­li­śmy go na skła­dzik. Jak już mówi­łam, wszystko to wyda­rzyło się wiele lat temu i byli­śmy pewni, że to już za nami. Wydaje się jed­nak, że się łudzi­li­śmy.

- Co się stało? - spy­ta­łam. Wbrew wła­snej woli byłam zain­try­go­wana.

Teraz pałeczkę prze­jął Law­rence.

- Ste­fan został ska­zany na doży­wo­cie i na­dal sie­dzi za krat­kami. Cecily nawet kilka razy do niego pisała, ale ni­gdy jej nie odpi­sał. Uzna­łem, że o nim zapo­mniała. Wyda­wała się szczę­śliwa. Pro­wa­dziła hotel i oczy­wi­ście była z Aide­nem. Kiedy się pobrali, miała dwa­dzie­ścia sześć lat. Jest dwa lata star­sza od niego. W przy­szłym mie­siącu skoń­czy trzy­dzie­ści cztery lata.

- Mają dzieci?

- Tak. Córeczkę. Ma sie­dem lat... Na imię jej Roxana.

- Nasza pierw­sza wnu­sia. - Pau­line zadrżał głos. - To takie uro­cze dziecko, wprost speł­nie­nie naszych marzeń.

- Jeste­śmy już z Pau­line jedną nogą na eme­ry­tu­rze - cią­gnął Law­rence. - Mamy dom pod Hy?res, to na połu­dniu Fran­cji, i spę­dzamy tam sporo czasu... W każ­dym razie kilka dni temu zadzwo­niła do nas Cecily. Aku­rat ja ode­bra­łem. Było około dru­giej fran­cu­skiego czasu. Od razu wie­dzia­łem, że jest zde­ner­wo­wana. Wręcz zanie­po­ko­jona. Nie wiem, skąd dzwo­niła, ale to był wto­rek, więc pew­nie z hotelu. Zwy­kle zawsze sobie naj­pierw tro­chę żar­tu­jemy, ale tym razem od razu prze­szła do rze­czy. Powie­działa, że myślała dużo o tym, co się stało...

- O mor­der­stwie.

- Wła­śnie. Powie­działa, że od początku miała rację i że to nie Ste­fan Codre­scu to zro­bił. Spy­ta­łem, o czym w ogóle mówi, a ona na to, że zna­la­zła coś w jakiejś książce, którą dostała. "Po pro­stu tam było. Czarno na bia­łym". Tak powie­działa. W każ­dym razie dodała, że już mi ją wysłała, i rze­czy­wi­ście, dosta­łem prze­syłkę dosłow­nie następ­nego dnia.

Się­gnął do kie­szeni i wyjął książkę w mięk­kiej okładce. Od razu ją pozna­łam - ilu­stra­cja, czcionka, tytuł - i nagle całe to spo­tka­nie nabrało sensu.

Była to powieść pod tytu­łem Atti­cus Pünd przej­muje sprawę, trze­cia z serii napi­sa­nej przez Alana Con­waya. To ja ją reda­go­wa­łam i odpo­wia­da­łam za jej wyda­nie. Przy­po­mnia­łam sobie, że jej akcja roz­gry­wała się głów­nie w hotelu, ale prze­cież w Devon­shire, a nie w Suf­folk, a poza tym w 1953 roku, więc nie w cza­sach obec­nych. Wró­ciło wspo­mnie­nie przy­ję­cia z oka­zji wyda­nia książki w amba­sa­dzie nie­miec­kiej w Lon­dy­nie. Alan za dużo wtedy wypił i obra­ził amba­sa­dora.

- Alan wie­dział o tym zabój­stwie? - spy­ta­łam.

- Tak. Przy­je­chał do naszego hotelu. Zatrzy­mał się u nas na kilka nocy sześć tygo­dni po tym zda­rze­niu. Oboje go pozna­li­śmy. Twier­dził, że przy­jaź­nił się ze zmar­łym, z Fran­kiem Par­ri­sem, i zada­wał mnó­stwo pytań na temat tego zabój­stwa. Roz­ma­wiał też z naszymi pra­cow­ni­kami. Nie mie­li­śmy poję­cia, że zamieni to wszystko w jakąś roz­rywkę. Gdyby był z nami szczery, byli­by­śmy ostroż­niejsi.

I wła­śnie dla­tego nie był z wami szczery, pomy­śla­łam w duchu.

- Nie czy­ta­li­ście tej książki? - spy­ta­łam.

- Jakoś nam to umknęło - przy­znał Law­rence. - A pan Con­way by­naj­mniej nie wysłał nam egzem­pla­rza. - Urwał. - Ale teraz Cecily ją wła­śnie prze­czy­tała i zna­la­zła coś, co rzuca nowe świa­tło na wyda­rze­nia w Bran­low Hall... w każ­dym razie tak jej się wyda­wało. - Spoj­rzał na żonę, jakby pro­sząc ją o pozwo­le­nie. - Oboje z Pau­line też już ją prze­czy­ta­li­śmy, ale nie widzimy żad­nego związku.

- Oczy­wi­ście są pewne podo­bień­stwa - dodała Pau­line. - Przede wszyst­kim pra­wie wszyst­kie posta­cie są roz­po­zna­walne, wyraź­nie wzo­ro­wane na ludziach, któ­rych pan Con­way spo­tkał w Wood­bridge. Nawet mają takie same imiona i nazwi­ska... albo przy­naj­mniej bar­dzo podobne. Ale... czego zupeł­nie nie rozu­miem... pan Con­way zda­wał się czer­pać jakąś przy­jem­ność z przed­sta­wia­nia ich tak, żeby sta­no­wili jakieś kosz­marne kary­ka­tury samych sie­bie. Na przy­kład wła­ści­ciele Moon­flo­wer, tak się nazywa hotel w książce, to wyraź­nie Law­rence i ja. Lecz oboje są pod­łymi ludźmi. Dla­czego to zro­bił? W życiu nie zro­bi­li­śmy niczego złego. - Wyda­wała się raczej obu­rzona niż zroz­pa­czona. Spo­glą­dała na mnie tak, jak­bym to ja pono­siła winę za tę sytu­ację. - Wra­ca­jąc do two­jego pyta­nia, nie zda­wa­li­śmy sobie sprawy z tego, że ta książka w ogóle została wydana - cią­gnęła. - Ja sama nie mam w zwy­czaju czy­tać kry­mi­na­łów. Żadne z nas ich nie czyta. Sajid Khan poin­for­mo­wał nas, że pan Con­way już nie żyje. Może to i lepiej, bo ina­czej pod­ję­li­by­śmy odpo­wied­nie kroki prawne.

Mia­łam wra­że­nie, że zasy­pują mnie fak­tami, a jed­nak wie­dzia­łam, że jest coś, czego mi nie powie­dzieli.

- Czyli pod­su­mo­wu­jąc, podej­rze­wa­cie, że wbrew wszel­kim dowo­dom, nie mówiąc już nawet o przy­zna­niu się do winy, Ste­fan Codre­scu nie zabił Franka Par­risa i że Alan Con­way przy­je­chał do hotelu i odkrył w ciągu kilku dni, kto naprawdę popeł­nił tę zbrod­nię. A następ­nie wska­zał tę osobę w Atti­cus Pünd przej­muje sprawę.

- Otóż to.

- Ale to nie ma sensu, Pau­line. Gdyby wie­dział, kto jest mor­dercą, i miał świa­do­mość, że w wię­zie­niu wylą­do­wała zupeł­nie nie­winna osoba, na pewno poszedłby z tym na poli­cję! Dla­czego miałby to zmie­niać w powieść?

- Wła­śnie dla­tego tu jeste­śmy, Susan. Z tego, co powie­dział nam Sajid Khan, ty zna­łaś Alana Con­waya lepiej niż kto­kol­wiek inny. Reda­go­wa­łaś jego książki. Jeśli coś tam rze­czy­wi­ście jest, ty jesteś naj­od­po­wied­niej­szą osobą, żeby to zna­leźć.

- Sekundę. - Nagle już wie­dzia­łam, czego bra­kuje w tej ukła­dance. - Prze­cież wszystko zaczęło się od tego, że wasza córka zauwa­żyła coś w Atti­cus Pünd przej­muje sprawę. Czy tylko ona prze­czy­tała tę książkę, nim ją do was wysłała?

- Nie wiem.

- Ale co takiego tam zna­la­zła? Dla­czego po pro­stu do niej nie zadzwo­ni­cie i nie spy­ta­cie, co miała na myśli?

Tym razem Law­rence Tre­herne odpo­wie­dział na moje pyta­nie.

- Oczy­wi­ście zadzwo­ni­li­śmy do niej - odparł. - Oboje prze­czy­ta­li­śmy książkę i dzwo­ni­li­śmy do niej kil­ka­krot­nie z Fran­cji. W końcu dodzwo­ni­li­śmy się do Aidena i to on powie­dział nam, co się stało. - Urwał. - Nasza córka zagi­nęła.

Wyjazd

Tego wie­czoru stra­ci­łam cier­pli­wość do Andre­asa. Wcale nie chcia­łam, żeby tak się stało, ale ten dzień był taką serią nie­for­tun­nych zda­rzeń, że musia­łam się wydrzeć - albo na księ­życ, albo na niego - a on aku­rat był bli­żej.

Zaczęło się od tej miłej pary - Bruce'a i Brendy z Mac­c­les­field. Oka­zało się, że jed­nak wcale nie są tacy mili, bo zażą­dali pięć­dzie­siąt pro­cent upu­stu, ina­czej obsma­rują nas na Tri­pA­dvi­so­rze, wyli­cza­jąc wszyst­kie nasze nie­do­cią­gnię­cia tak sku­tecz­nie, że - jak nas zapew­nili - nikt już nie będzie chciał się nawet zbli­żyć do naszego hotelu. Co takiego mieli nam do zarzu­ce­nia? Godzina bez wi-fi. Gitara w nocy. Jakiś poje­dyn­czy kara­luch. Naj­bar­dziej roz­zło­ściło mnie, że wła­ści­wie skar­żyli się co rano - zawsze z wymu­szo­nymi uśmiesz­kami - i od początku czu­łam, że będą coś kom­bi­no­wać. Wyro­bi­łam już sobie radar na takich tury­stów, któ­rzy wyłu­dza­nie zni­żek trak­tują jak obo­wiąz­kowy ele­ment wypo­czynku. Zdzi­wi­li­by­ście się, ilu takich jest.

Panos nie poja­wił się w pracy. Van­ge­lis się spóź­nił. Kom­pu­ter Andre­asa znów zaczął szwan­ko­wać - już tyle razy pro­si­łam go, żeby na to spoj­rzał - przez co aż dwa zapy­ta­nia o noc­leg wylą­do­wały w spa­mie. Nim je zauwa­ży­li­śmy, poten­cjalni klienci już zare­zer­wo­wali sobie pokoje gdzie indziej. Przed pój­ściem do łóżka wypi­li­śmy po szkla­neczce metaksy, grec­kiej brandy, która sma­kuje dobrze tylko w Gre­cji, ale wciąż byłam nie w humo­rze, a gdy Andreas spy­tał mnie, co się dzieje, w końcu wybuch­nę­łam.

- A jak myślisz, co się, kurwa, dzieje, Andreas? Wszystko!

Zwy­kle nie prze­kli­nam... w każ­dym razie nie wyzy­wam ludzi, któ­rych lubię. Leżąc w łóżku i patrząc, jak Andreas się roz­biera, byłam zła na sie­bie. Po czę­ści mia­łam ochotę zrzu­cić na niego wszystko, co się stało, odkąd przy­je­cha­łam na Kretę, a po czę­ści zarzu­ca­łam sobie samej, że go zawio­dłam. Ale naj­gor­sze z tego wszyst­kiego było to poczu­cie bez­rad­no­ści - tego, że wyda­rze­nia toczą się same i ste­rują mną, choć prze­cież powinno być odwrot­nie. Czy naprawdę to ja wybra­łam życie, w któ­rym zupeł­nie obcy ludzie mogą mnie upo­ka­rzać za kilka euro, a cały mój stan ducha zależy od jed­nej stra­co­nej rezer­wa­cji?

Wtedy wła­śnie zro­zu­mia­łam, że muszę wró­cić do Anglii i że wła­ści­wie wie­dzia­łam to już od jakie­goś czasu, choć uda­wa­łam, że jest ina­czej.

Andreas umył zęby i wyszedł z łazienki nago. Zawsze tak spał, przy czym wyglą­dał zupeł­nie jak jedna z tych mito­lo­gicz­nych postaci - jakiś efeb albo może satyr - które widuje się na sta­ro­żyt­nych wazach. Odnio­słam wra­że­nie, że w ciągu tych dwóch lat stał się jakiś bar­dziej grecki. Jego czarne włosy były tro­chę bar­dziej kudłate, oczy nieco ciem­niej­sze, a krok dum­niej­szy. Z całą pew­no­ścią nie widzia­łam tego u niego, gdy uczył w szkole West­min­ster. Przy­tył też tro­chę - albo może to ja teraz czę­ściej widy­wa­łam jego brzu­szek, skoro już nie cha­dzał w gar­ni­tu­rze. Na­dal był przy­stoj­nym męż­czy­zną. Na­dal mi się podo­bał. Ale nagle poczu­łam, że muszę pobyć bez niego.

Odcze­ka­łam, aż wej­dzie do łóżka. Spa­li­śmy pod prze­ście­ra­dłem i przy otwar­tych oknach. Tuż nad morzem nie było wła­ści­wie koma­rów, a ja wola­łam nocne powie­trze od sztucz­nego chłodu kli­ma­ty­za­cji.

- Andre­asie... - zaczę­łam.

- Co?

Jeśli tylko mu na to pozwolę, zaśnie w ciągu kilku sekund. Jego głos już był senny.

- Chcę wró­cić do Lon­dynu.

- Co? - Odwró­cił się i pod­niósł na łok­ciu. - O czym ty mówisz?

- Muszę coś zała­twić.

- W Lon­dy­nie?

- Nie. W Suf­folk. - Patrzył na mnie, na jego twa­rzy malo­wał się nie­po­kój. - Nie zaj­mie to długo - doda­łam. - Tylko kilka tygo­dni.

- Ale jesteś potrzebna tutaj, Susan.

- Potrzebne to są nam pie­nią­dze, Andreas. Nie będziemy mieli z czego popła­cić rachun­ków, jeśli nie zdo­bę­dziemy żad­nych dodat­ko­wych fun­du­szy. A zaofe­ro­wano mi za tę robotę sporą kwotę. Dzie­sięć tysięcy fun­tów. Gotówką!

Była to prawda.

Opo­wie­dziaw­szy mi o mor­der­stwie w ich hotelu, Tre­herne'owie wyja­śnili mi, jak to się stało, że ich córka znik­nęła.

- To do niej nie­po­dobne, żeby tak po pro­stu wyje­chała gdzieś, nie mówiąc o tym nikomu - orzekł Law­rence. - A już na pewno nie zosta­wi­łaby prze­cież córki...

- Kto zaj­muje się dziec­kiem? - spy­ta­łam.

- Aiden tam jest. I nia­nia.

- "To do niej nie­po­dobne" to mało powie­dziane. - Pau­line spio­ru­no­wała męża wzro­kiem. - Ni­gdy w życiu by cze­goś takiego nie zro­biła i oczy­wi­ście nie zosta­wi­łaby Roxany. - Odwró­ciła się w moją stronę. - Prawda jest taka, że umie­ramy z nie­po­koju, Susan. Może Law­rence się ze mną nie zgo­dzi, ale ja jestem prze­ko­nana, że to ma jakiś zwią­zek z tą książką.

- Prze­cież się zga­dzam! - mruk­nął Law­rence.

- Czy ktoś jesz­cze wie­dział o jej podej­rze­niach? - spy­ta­łam.

- Jak już mówi­li­śmy, zate­le­fo­no­wała do nas z Bran­low Hall, więc wła­ści­wie każdy mógł ją pod­słu­chać.

- Tak, ale czy z kimś o tym roz­ma­wiała?

Pau­line Tre­herne pokrę­ciła głową.

- Kil­ka­krot­nie usi­ło­wa­li­śmy się do niej dodzwo­nić z Fran­cji, a kiedy nie odbie­rała, zate­le­fo­no­wa­li­śmy do Aidena. Nie zadzwo­nił do nas wcze­śniej, bo nie chciał nas nie­po­koić, ale oka­zało się, że jesz­cze tego samego dnia zawia­do­mił poli­cję o jej zagi­nię­ciu. Nie­stety nie potrak­to­wali go poważ­nie... przy­naj­mniej na początku. Zasu­ge­ro­wali nawet, że pew­nie prze­cho­dzą jakieś trudne chwile w mał­żeń­stwie.

- A tak było?

- Skądże znowu - odpo­wie­dział Law­rence. - Zawsze byli razem tacy szczę­śliwi. Poli­cja roz­ma­wiała też z Elo­ise... to nia­nia... i ona powie­działa to samo. W życiu nie sły­szała, żeby się kłó­cili.

- Aiden jest ide­al­nym zię­ciem. Taki inte­li­gentny i pra­co­wity. Gdyby tylko Lisa zna­la­zła sobie kogoś takiego jak on... A przede wszyst­kim on mar­twi się o Cecily tak ja my!

Cały ten czas, gdy Pau­line mówiła, zda­wało mi się, że z czymś się zmaga. Nagle wycią­gnęła paczkę papie­ro­sów i zapa­liła jed­nego. Paliła jak ktoś, kto dawno rzu­cił i nagle wró­cił do nałogu. Zacią­gnęła się i pod­jęła opo­wieść.

- Nim dotar­li­śmy z powro­tem do Anglii, poli­cja w końcu raczyła się zain­te­re­so­wać całą tą sprawą. Ale i tak nie na wiele się zdali. Cecily wyszła z psem na spa­cer. Ma kudła­tego psa, wabi się Bear, to gol­den retrie­ver. U nas w domu zawsze były psy. Cecily wyszła z hotelu około trze­ciej po połu­dniu, samo­chód zapar­ko­wała przy sta­cji Wood­bridge. Czę­sto cho­dzi tam ścieżką nad rzeką. To rzeka Deben. Jest tam taka trasa, która pro­wa­dzi samym brze­giem i z początku jest nawet dość zatło­czona, ale potem robi się bar­dziej dzika i odludna, aż w końcu idzie się przez las i wycho­dzi po dru­giej stro­nie na drogę, którą docho­dzi się z powro­tem przez Mar­tle­sham.

- Więc jeśli tam ją napa­dli...

- W Suf­folk takie rze­czy się nie zda­rzają. Ale tak, jest tam wiele miejsc, gdzie była sama i nikt jej nie widział. - Pau­line zro­biła wdech i cią­gnęła: - Aiden mar­twił się, że nie wró­ciła do domu na kola­cję, i bar­dzo słusz­nie postą­pił, że zadzwo­nił na poli­cję. Przy­szło nawet dwóch straż­ni­ków gra­nicz­nych i zadali kilka pytań, ale alarm pod­nie­śli dopiero następ­nego dnia rano, kiedy oczy­wi­ście było już o wiele za późno. Do tego czasu zna­le­ziono też już Beara, pałę­tał się sam na tyłach sta­cji. Wtedy dopiero poli­cja zaczęła poważ­niej trak­to­wać tę sytu­ację. Wysłali ludzi i wła­sne psy, prze­szu­kali cały teren od Mar­tle­sham aż do Mel­ton. Ale nic to nie dało. Są tam pola, lasy, tereny pły­wowe... olbrzymi obszar. Nic nie zna­leźli.

- Ile czasu minęło, odkąd zagi­nęła? - spy­ta­łam.

- Ostatni raz widziano ją w zeszłą środę.

Czu­łam zapa­da­jącą ciszę. Pięć dni. To mnó­stwo czasu, prze­paść, w którą wpa­dła Cecily.

- Prze­je­cha­li­ście taki kawał drogi, żeby ze mną poroz­ma­wiać - powie­dzia­łam w końcu. - Czego wła­ści­wie ode mnie ocze­ku­je­cie?

Pau­line spoj­rzała na męża.

- Odpo­wiedź jest gdzieś w książce Atti­cus Pünd przej­muje sprawę. - wyja­śnił Law­rence. - Ty znasz ją lepiej niż kto­kol­wiek inny.

- Odkąd ją czy­ta­łam, minęło już kilka lat - przy­zna­łam.

- Pra­co­wa­łaś z auto­rem, tym całym Ala­nem Con­wayem. Znasz jego spo­sób myśle­nia. Gdy­by­śmy popro­sili cię o prze­czy­ta­nie jej ponow­nie, na pewno zna­la­zła­byś w niej rze­czy, które nam umknęły. A gdy­byś wręcz przy­je­chała do Bran­low Hall i prze­czytała ją tam, na miej­scu zbrodni, że tak powiem, być może doj­rza­ła­byś coś, co zauwa­żyła w niej nasza córka, coś, co skło­niło ją, żeby do nas zadzwo­nić. A to z kolei być może wskaże nam, gdzie się teraz znaj­duje lub co się z nią stało.

Głos mu zadrżał przy tych ostat­nich sło­wach. Co się z nią stało. Mógł ist­nieć jakiś inny, prost­szy powód jej znik­nię­cia, ale było to mało praw­do­po­dobne. Cecily coś wie­działa. Sta­no­wiła zagro­że­nie dla kogoś. Tej myśli lepiej było nie wypo­wia­dać na głos.

- Mogę? - spy­ta­łam i poczę­sto­wa­łam się papie­ro­sem z paczki Pau­line. Moja paczka została za barem. Cały ten rytuał: wycią­ga­nie papie­rosa, zapa­la­nie go, zacią­ga­nie się, dał mi czas na zasta­no­wie­nie. - Nie mogę pole­cieć do Anglii - powie­dzia­łam w końcu. - Jestem tu zbyt zajęta. Ale prze­czy­tam książkę, jeśli mi zosta­wi­cie ten egzem­plarz. Nie obie­cuję, że na cokol­wiek wpadnę. Wła­ści­wie pamię­tam mniej wię­cej tę fabułę i nie widzę wiele związ­ków z tym, co mi opo­wie­dzie­li­ście. Ale mogę napi­sać do was e-mail...

- Nie. To za mało. - Pau­line już pod­jęła decy­zję. - Musisz poroz­ma­wiać z Aide­nem, z Lisą... i nawet z Elo­ise. Musisz poznać naszego noc­nego recep­cjo­ni­stę Dereka. To on miał dyżur tam­tej nocy, gdy zabito Franka Par­risa, i roz­ma­wiał potem z detek­ty­wem. Zresztą on także poja­wia się w książce Alana Con­waya... choć tam nazywa się Eric. - Pochy­liła się w moją stronę w bła­gal­nym geście. - Nie pro­simy o wiele czasu.

- I zapła­cimy - dodał Law­rence. - Mamy dużo pie­nię­dzy i nie zamie­rzamy ską­pić, jeśli ma to pomóc w zna­le­zie­niu naszej córki. - Urwał. - Dzie­sięć tysięcy fun­tów?

Jego żona zare­ago­wała na to tak ostrym spoj­rze­niem, że domy­śli­łam się, iż znacz­nie, może nawet dwu­krot­nie pod­niósł sumę, którą zamie­rzali mi zaofe­ro­wać. Takie były skutki moich opo­rów. Myśla­łam nawet przez chwilę, że Pau­line jesz­cze coś powie, ale uspo­ko­iła się natych­miast i poki­wała głową.

Dzie­sięć tysięcy fun­tów. Pomy­śla­łam o bal­ko­nie, który nale­żało otyn­ko­wać. O nowym kom­pu­te­rze dla Andre­asa. O lodówce na lody, bo stara już ledwo zipała. Panos i Van­ge­lis od dawna prze­bą­ki­wali też o pod­wyżce.

- Jak mogłam odmó­wić? - mówi­łam teraz do Andre­asa w naszej sypialni późno w nocy. - Potrze­bu­jemy pie­nię­dzy, a może przy oka­zji pomogę im odna­leźć córkę.

- Myślisz, że jesz­cze żyje?

- Może. A nawet jeśli nie, może uda mi się usta­lić, kto ją zabił.

Andreas usiadł na łóżku. Teraz był już zupeł­nie roz­bu­dzony i patrzył na mnie z nie­po­ko­jem. Zro­biło mi się głu­pio, że przed chwilą tak prze­kli­na­łam.

- Kiedy ostat­nio wybra­łaś się na poszu­ki­wa­nie zabójcy, nie skoń­czyło się to naj­le­piej - przy­po­mniał.

- To co innego. Tym razem nie jest to nic oso­bi­stego. W ogóle nie ma żad­nego związku ze mną.

- Co jak dla mnie prze­ma­wia wła­śnie za tym, żeby się do tego nie mie­szać.

- Może masz rację, ale...

Już pod­ję­łam decy­zję i Andreas dosko­nale o tym wie­dział.

- I tak przy­da­łaby mi się jakaś odmiana - bąk­nę­łam. - Minęły dwa lata, Andreas, i poza tam­tym week­en­dem na San­to­rini nie byli­śmy dosłow­nie ni­gdzie. Jestem wykoń­czona, prze­cież mamy tu awa­rię za awa­rią, cią­głą walkę o prze­trwa­nie. Myśla­łam, że to zro­zu­miesz.

- Potrze­bu­jesz odmiany od hotelu czy ode mnie? - spy­tał.

Nie byłam pewna, jak brzmi odpo­wiedź na to pyta­nie.

- Gdzie się zatrzy­masz? - pytał dalej.

- U Katie. Będzie miło. - Poło­ży­łam mu dłoń na ramie­niu, czu­jąc pod pal­cami cie­płe ciało i łuk mię­śni. - Świet­nie sobie beze mnie pora­dzi­cie. Popro­szę Nell, żeby przy­szła wam pomóc. I będziemy prze­cież codzien­nie roz­ma­wiać przez tele­fon.

- Nie chcę, żebyś tam jechała, Susan.

- Ale mnie nie powstrzy­masz, Andre­asie.

Mil­czał i czu­łam, że wal­czy sam z sobą. Mój Andreas kon­tra Grek Andreas.

- Nie - powie­dział w końcu. - Jak mus to mus.

Dwa dni póź­niej wiózł mnie już na lot­ni­sko w Ira­klio­nie. Są takie odcinki na dro­dze z Agios Niko­laos - gdy mija się Neapoli i Lat­sidę - które są naprawdę piękne. Kra­jo­braz jest bez­kre­sny, dziki, w oddali maja­czą góry i ma się poczu­cie, że nic tu się nie zmie­niło od tysiąca lat. Nawet nowa auto­strada za Malią pro­wa­dzi przez wspa­niałą oko­licę, a potem jesz­cze scho­dzi w dół i nagle jest się zaska­ku­jąco bli­sko sze­ro­kiej, bia­łej plaży. Może to wła­śnie wywo­łało we mnie ten smu­tek, bo uświa­do­mi­łam sobie nagle, co zosta­wiam za sobą. Rap­tem nie myśla­łam już w ogóle o pro­ble­mach i cięż­kiej pracy w Poly­do­ru­sie, tylko o pół­nocy, o falach, o pansélinos - czyli pełni Księ­życa. O winie. Śmie­chu.

O moim sie­lan­ko­wym życiu.

Kiedy szy­ko­wa­łam się do wyjazdu, celowo wybra­łam naj­mniej­szą torbę. Chcia­łam dać - nie tylko Andre­asowi, ale i sobie - jasno do zro­zu­mie­nia, że to tylko krótka podróż biz­ne­sowa i że nie­długo wra­cam. Tylko że gdy zaj­rza­łam do szafy w poszu­ki­wa­niu ubrań, któ­rych nie nosi­łam od dwóch lat, sterta na łóżku zaczęła rosnąć. Jecha­łam prze­cież w samym środku angiel­skiego lata, co ozna­czało, że mogło być gorąco i zimno, mokro i sucho, i to wszystko jed­nego dnia. Będę noco­wać w eks­klu­zyw­nym hotelu na wsi. Pew­nie do kola­cji będzie obo­wią­zy­wał dress code. Poza tym ci ludzie płacą mi dzie­sięć tysięcy fun­tów. Muszę wyglą­dać pro­fe­sjo­nal­nie.

W ten spo­sób na lot­ni­sku w Ira­klio­nie zja­wi­łam się, cią­gnąc za sobą starą walizę na kół­kach, które trzesz­czały zło­wiesz­czo, tur­ko­cąc po beto­no­wej pod­ło­dze. Sta­li­śmy chwilę w bez­li­to­snym powie­trzu nawie­wa­nym przez kli­ma­ty­za­cję i jesz­cze bar­dziej bez­li­to­snym elek­trycz­nym oświe­tle­niu sali odlo­tów.

Andreas wziął mnie w ramiona.

- Obie­caj, że będziesz na sie­bie uwa­żać. I zadzwoń, jak już tam dotrzesz. Możemy poga­dać na Face­Ti­mie.

- Jeśli wi-fi będzie dzia­łało!

- Obie­caj mi, Susan.

- Obie­cuję.

Poca­ło­wał mnie, trzy­ma­jąc mi obie ręce na ramio­nach. Uśmiech­nę­łam się, po czym zacią­gnę­łam torbę przed tęgą, obra­żoną na coś Gre­czynkę w nie­bie­skim mun­du­rze, która spraw­dziła mi pasz­port i kartę pokła­dową, po czym łaska­wie prze­pu­ściła mnie przez odprawę. Odwró­ci­łam się i poma­cha­łam.

Ale Andre­asa już nie było.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki