Morderstwa w Marble Hall - Anthony Horowitz

Kup ebooka

49.99 zł
38.99 zł (37,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

JEDEN

Lon­dyn, 1955

Deszcz lał się stru­gami; zimny i szary pły­nął po chod­ni­kach, bęb­nił w okienne szyby i roz­chla­py­wał coraz to więk­sze kałuże. Woda prze­le­wała się przez brzegi rynien i wni­kała w ceglane mury. Można było odnieść wra­że­nie, że padało przez cały maj i choć czer­wiec za pasem, wciąż nie spo­sób było uciec przed wil­go­cią. Ludzie w kwa­śnych humo­rach prze­my­kali uli­cami oku­tani w zimowe płasz­cze. Lato nie przy­było na czas; poko­nał je nie­ustę­pliwy deszcz.

Atti­cus Pünd szedł Har­ley Street z pię­ściami wbi­tymi w kie­sze­nie. Usi­ło­wał nie zmok­nąć, cia­sno opa­tu­lony dłu­gim tren­czem. Nie pierw­szy raz musiał poko­nać tę trasę, odkąd sześć tygo­dni wcze­śniej usły­szał szo­ku­jącą dia­gnozę. Zasko­czyło go to, jak szybko można się ze wszyst­kim oswoić, nawet z per­spek­tywą wła­snej rychłej śmierci.

Miał guza mózgu. Nic nie można było zro­bić w tej spra­wie - zostało mu led­wie kilka mie­sięcy życia. Kolejna wizyta u leka­rza była w zasa­dzie tylko for­mal­no­ścią. Spo­dzie­wał się, że dok­tor Ben­son jedy­nie go zbada, zada kilka pytań o samo­po­czu­cie, o sen, ape­tyt, kon­dy­cję psy­chiczną, a potem ode­śle do domu, z cie­płym uśmie­chem wygło­siw­szy kilka słów pocie­sze­nia. Wytwo­rzyła się mię­dzy nimi oso­bliwa więź, tro­chę sil­niej­sza od tej, która zwy­kle łączy leka­rza z pacjen­tem. Byli part­ne­rami w pro­ce­sie, który doty­czy wszyst­kich, któ­rego nie potra­fili ogar­nąć umy­słem i któ­rego żaden z nich nie mógł zatrzy­mać.

Kli­nika dok­tora Ben­sona mie­ściła się na par­te­rze wyso­kiego, wąskiego budynku niczym nie­róż­nią­cego się od sąsied­nich. Pięt­na­ście lat wcze­śniej barierka oddzie­lała go od ulicy, lecz zde­mon­to­wano ją wraz z innymi zbęd­nymi kawał­kami metalu z całego Lon­dynu, bo takie były realia wojen­nego wysiłku. Pünd wra­cał cza­sem myślą do tam­tych wyda­rzeń, do roz­dar­tego świata i milio­nów ofiar, do któ­rych wbrew praw­do­po­do­bień­stwu nie dołą­czył, zamknięty za dru­tem kol­cza­stym hitle­row­skiego obozu kon­cen­tra­cyj­nego. Nawet w chwili gdy dok­tor Ben­son prze­ka­zał mu złą nowinę, Pünd pomy­ślał przede wszyst­kim, że jest szczę­ścia­rzem. Nie spo­dzie­wał się, że tak długo pożyje.

Sta­nął u drzwi fron­to­wych i naci­snął guzik dzwonka. Nie­mal natych­miast otwo­rzyła mu młoda kobieta, któ­rej twarz już koja­rzył, choć nie pamię­tał jej imie­nia. Recep­cjo­nistka kli­niki dok­tora Ben­sona znała za to wszyst­kich, któ­rzy tu bywali, a nawet pamię­tała tych, któ­rzy już nie przy­cho­dzili.

- Pan Pünd - powi­tała go z takim uśmie­chem, jakby jego wizyta była naj­ra­do­śniej­szym wyda­rze­niem w życiu obojga. - Ależ mamy paskudne lato! Pro­szę, niech pan wej­dzie.

Popro­wa­dziła go wprost do pocze­kalni: czte­rech ścian pokry­tych welu­rową tapetą, zabyt­ko­wych lamp sto­ją­cych na pod­ło­dze oraz do maho­nio­wego sto­lika, na któ­rym leżał plik typo­wych i typowo nie­ak­tu­al­nych cza­so­pism: "Coun­try Life", "Punch" oraz "Reader's Digest". W budynku pra­co­wało czte­rech leka­rzy i przyj­mo­wali pacjen­tów w tym samym cza­sie. Pünd roz­po­znał obco­kra­jowca sie­dzą­cego w kącie. Sądząc po apa­ry­cji i postu­rze, musiał to być były woj­skowy. Po chwili zja­wiła się pie­lę­gniarka w bia­łym kitlu.

- Majo­rze Alca­zar...

Męż­czy­zna powstał sztywno i podą­żył za nią.

Pünd zajął jego miej­sce na kana­pie i się­gnął po jedno z cza­so­pism - nie po to jed­nak, aby je czy­tać, ale by dwie inne osoby prze­by­wa­jące w pocze­kalni nie zada­wały mu żad­nych pytań. Otwo­rzył pismo i spoj­rzał na zdję­cie posia­dło­ści w Wilt­shire. Przy­po­mniało mu o spra­wie, którą wła­śnie roz­wią­zał w Saxby-on-Avon. Praw­do­po­dob­nie ostat­niej.

Z kory­ta­rza dobiegł kobiecy głos, dość wysoki i natar­czywy, jakby jego wła­ści­cielka nawy­kła do wyda­wa­nia roz­ka­zów.

- Sądzę, że leży gdzieś w pocze­kalni. Musiała mi wypaść z torebki.

Pünd roz­po­znał ów głos, zanim w progu sta­nęła lady Mar­ga­ret Chal­font. Trudno było z czym­kol­wiek go pomy­lić, mówiła bowiem tak, jak żyła: wład­czo i z głę­bo­kim prze­ko­na­niem, że nie może zostać zigno­ro­wana. Postać, którą ujrzał teraz Pünd, była drobna i szczu­pła, wręcz zda­wała się nik­nąć w oczach, a prze­cież wal­czyła z tym każdą cząstką swego kru­chego ciała. Lady Chal­font miała sześć­dzie­siąt kilka lat, lecz cho­roba posta­rzyła ją o dobrą dekadę. Jej włosy, zafar­bo­wane na srebrno z lilio­wym odcie­niem, zostały sta­ran­nie uło­żone, tak by masko­wać wymi­ze­ro­wane obli­cze. Nie­przy­pad­kowo nosiła inten­sywne kolory: zie­loną kurtkę, bor­dowe pumpy oraz dość egzo­tyczną opa­skę na włosy, za którą bra­ko­wało jedy­nie piórka, lecz wszystko to nie mogło ukryć przed świa­tem jej pro­ble­mów ze zdro­wiem. W jed­nej dłoni trzy­mała torebkę od Guc­ciego, a w dru­giej samotną ręka­wiczkę.

Lady Chal­font wkro­czyła do pocze­kalni, szu­ka­jąc wzro­kiem jej towa­rzyszki do pary. Gdy zatrzy­mała spoj­rze­nie na kana­pie, na któ­rej zasiadł Pünd, wyraz jej twa­rzy natych­miast się zmie­nił.

- Mój drogi pan Pünd! Cóż za nie­spo­dzianka. Jest pan ostat­nią osobą, którą spo­dzie­wa­łam się spo­tkać w tym okrop­nym miej­scu. Pan cho­ruje?

Bez­po­śred­niość miała we krwi. Pünd powstał.

- Jestem umó­wiony z leka­rzem - odpo­wie­dział nie­zo­bo­wią­zu­jąco.

- Oni o niczym nie mają poję­cia! - Lady Chal­font wes­tchnęła. - Patrzą czło­wie­kowi w oczy, każą wziąć tę czy inną pigułkę, mówią, że wszystko będzie dobrze, ale wcale nie jest. Ni­gdy nie jest. A gdy poja­wia się kostu­cha, sie­dzą sobie tu, cho­wają się za tymi swo­imi wykre­sami i zdję­ciami rent­ge­now­skimi, to wszystko. Banda szar­la­ta­nów!

- Nic a nic się pani nie zmie­niła, lady Chal­font.

- Pozory, panie Pünd. Tak czy ina­czej, "Nichts ist höher zu schätzen als der Wert des Tages"1, jak słusz­nie zauwa­żył Goethe. A naj­ja­śniej­szym punk­tem tego dnia jest nie­wąt­pli­wie spo­tka­nie z panem.

Pünd się uśmiech­nął. Poznał Mar­ga­ret Chal­font dzie­więć lat wcze­śniej, w Salis­bury, gdy była jedną z głów­nych podej­rza­nych o zamor­do­wa­nie Geo­rge'a Colin­dale'a, otru­tego pod­czas syl­we­stro­wego przy­ję­cia, na które oboje byli zapro­szeni. W owym cza­sie żyła samot­nie. Jej mąż - Henry Chal­font, szó­sty hra­bia Chal­font - zgi­nął w ostat­nich mie­sią­cach wojny zabity przez rakietę V-2. Pünd pamię­tał, że mieli syna i córkę - oraz synową i zię­cia - a z lek­tury "The Times" dowie­dział się póź­niej, że lady Chal­font docze­kała się także wnuka. Od początku darzył ją sym­pa­tią. Ow­szem, bywała gło­śna i szczera do bólu, ale ni­gdy nie bra­ko­wało jej ogłady i dobrych inten­cji, a także, jak się oka­zało, to wła­śnie ona podzie­liła się z Pündem spo­strze­że­niem, które pozwo­liło mu roz­wią­zać sprawę mor­der­stwa.

Zadzi­wia­jące było, że spo­tkali się ponow­nie aku­rat tu i teraz. Pünd zasta­na­wiał się wła­śnie, jak odpo­wie­dzieć, gdy jego spoj­rze­nie zatrzy­mało się na czymś, co dostrzegł zaraz po wej­ściu do pocze­kalni i zigno­ro­wał. Dopiero teraz schy­lił się, by wydo­być spod kanapy, na któ­rej sie­dział, ręka­wiczkę z cie­lę­cej skórki. Z cie­nia wysta­wały tylko koniuszki jej pal­ców.

- Przy­pusz­czam, że wła­śnie tego pani szuka, lady Chal­font - powie­dział.

Uśmiech­nęła się pro­mien­nie, ści­ska­jąc w dłoni obie ręka­wiczki.

- Jak zawsze jest pan nie­sa­mo­wity, panie Pünd. Nic nie umknie pań­skiej uwa­dze.

Widać było, że to zale­d­wie wstęp do dłuż­szej wypo­wie­dzi, lecz w tym momen­cie do pocze­kalni wkro­czyła kolejna, znacz­nie młod­sza kobieta. Nie wyglą­dała ani na pie­lę­gniarkę, ani na pacjentkę kli­niki; wyda­wała się zakło­po­tana, jakby pra­gnęła czym prę­dzej opu­ścić to miej­sce. Była znacz­nie tęż­sza od lady Chal­font, a jej chmurne obli­cze suge­ro­wało, że jest osobą bar­dzo poważ­nie trak­tu­jącą samą sie­bie. Nosiła grube oku­lary, a jej nie­mal bez­barwne włosy zwią­zane były w kok z tyłu głowy. Zacho­wa­niem i ubio­rem paso­wa­łaby do spo­tka­nia biz­ne­so­wego. Miała w sobie też coś ze straż­niczki wię­zien­nej, gdy stała dum­nie wypro­sto­wana i sztywna w cięż­ka­wych butach ze skóry.

- Zna­la­złaś ręka­wiczkę, mamo? - spy­tała nie­cier­pli­wie i umil­kła, widząc, że lady Chal­font ma towa­rzy­stwo.

Pünd skło­nił się lekko. Zatem łączą je więzy krwi! Mówiono mu, że lady Chal­font była w mło­do­ści bar­dzo piękna, lecz naj­wy­raź­niej to ją róż­niło od córki.

- Ten pan ją zna­lazł, Judith. Tak się składa, że jeste­śmy sta­rymi przy­ja­ciółmi. Poznaj Atti­cusa Pünda. Pew­nie nie­raz sły­sza­łaś, jak o nim opo­wia­da­łam. To bodaj naj­lep­szy detek­tyw na świe­cie. - Lady Chal­font zwró­ciła się teraz ku Pündowi i dodała, nie bio­rąc nawet odde­chu: - Moja córka Judith. Judith Lyt­tle­ton, bo tak się teraz nazywa. Przy­wio­zła mnie tu.

- Bar­dzo mi miło, pani Lyt­tle­ton - ode­zwał się Pünd.

- Dok­tor Lyt­tle­ton, jeśli cho­dzi o ści­słość - spro­sto­wała Judith, bar­dziej nie­cier­pli­wie niż agre­syw­nie, jakby przy­wy­kła już do pre­cy­zo­wa­nia swego sta­tusu, co zresztą było prawdą. - Mam tytuł naukowy z etno­lo­gii; skoń­czy­łam stu­dia pody­plo­mowe w lon­dyń­skim Uni­ver­sity Col­lege. Napi­sa­łam kilka prac nauko­wych na temat Peru. Moż­liwe, że pan czy­tał.

- Nie­stety nie.

Judith poki­wała głową roz­cza­ro­wana, ale nie­za­sko­czona.

- Naprawdę powin­ny­śmy się już zbie­rać, mamo. Trzeba jesz­cze zabrać walizki i doje­chać na lot­ni­sko.

- Wra­camy na połu­dnie Fran­cji - pospie­szyła z wyja­śnie­niem lady Chal­font. - Mój świę­tej pamięci mąż, Henry, kupił dom na Lazu­ro­wym Wybrzeżu i zwy­kle tam spę­dzam lato. Nawia­sem mówiąc, ponow­nie wyszłam za mąż. Wie­dział pan?

- Nie wie­dzia­łem - odparł Pünd.

- Z for­mal­nego punktu widze­nia jestem teraz Mar­ga­ret Way­smith, ale posta­no­wi­łam uży­wać daw­nego nazwi­ska. Jakoś lubię być lady Chal­font. Bo niby dla­czego mia­ła­bym, prócz całej reszty, stra­cić także tytuł?

Odna­la­zła zagi­nioną ręka­wiczkę; córka cze­kała na jej ruch, lecz lady Chal­font nie opusz­czała pocze­kalni.

- Doprawdy nie­zwy­kłe to, że wpa­dłam na pana aku­rat dziś - dodała po chwili. - Zaszło coś, co bar­dzo bym chciała z panem prze­dys­ku­to­wać.

- Mamo... - wtrą­ciła znie­cier­pli­wiona Judith.

- Nie popę­dzaj mnie, moja droga, bo nie ma takiej potrzeby. Mamy mnó­stwo czasu, żeby zdą­żyć na samo­lot. - Prze­szyła Pünda inten­syw­nym spoj­rze­niem bystrych oczu. Widział dokład­nie, w któ­rym momen­cie pod­jęła decy­zję. - Chcę z panem omó­wić nie­zmier­nie pilną sprawę - dorzu­ciła. - Nie zmie­nił pan adresu?

- Żałuję, lady Chal­font, ale nie przyj­muję nowych zle­ceń.

- Napi­szę do pana tak czy ina­czej. Wie­rzę, że wszystko ma swój cel, panie Pünd, więc i pan nie zna­lazł się tu bez powodu. To spo­tka­nie było nam pisane. Prawda zaś jest taka, że w godzi­nie potrzeby nikt inny nie pomógłby mi tak jak pan. Zechce pan zosta­wić mi swoją wizy­tówkę?

Pünd zawa­hał się, ale w końcu wyłu­skał z kie­szeni biały kar­to­nik. Lady Chal­font spoj­rzała nań prze­lot­nie, zanim wsu­nęła go do torebki.

- Dzię­kuję, panie Pünd. Brak mi słów, żeby wyra­zić, jak wielka to dla mnie ulga... oto jest ktoś, komu mogę zaufać, w kogo wie­rzę. Jeśli nie będzie pan mógł uczy­nić dla mnie nic wię­cej, będę wdzięczna nawet za poradę.

Zakło­po­ta­nie Judith Lyt­tle­ton wła­śnie się­gnęło zenitu. Raz po raz zer­kała na matkę, aż wresz­cie ich spoj­rze­nia się spo­tkały i wyda­wało się, że w oczach córki bły­snęło coś na kształt mil­czą­cego ostrze­że­nia. Zaraz potem razem opu­ściły pocze­kal­nię. Pünd usły­szał jesz­cze, jak skrzyp­nęły i trza­snęły drzwi.

Po chwili wró­ciła pie­lę­gniarka.

- Dok­tor Ben­son już czeka, panie Pünd.

Popro­wa­dziła detek­tywa kory­ta­rzem, który zdą­żył już poznać lepiej, niż sobie tego życzył, wprost do gabi­netu na samym końcu. Lekarz sie­dział za biur­kiem i naj­wy­raź­niej nie prze­szka­dzał mu żar bucha­jący ze zbyt mocno pra­cu­ją­cych grzej­ni­ków. Minęło sześć tygo­dni od bada­nia, które przy­nio­sło im naj­gor­sze z moż­li­wych nowin. Nie musieli już silić się na uprzejme poga­wędki. Dok­tor Ben­son zba­dał Pündowi puls i ciśnie­nie krwi, osłu­chał klatkę pier­siową i bacz­nie przyj­rzał się oczom. Potem nastą­piła seria kon­kret­nych pytań:

- Jak bóle głowy?

- Zda­rzają się, ale nie­zbyt czę­sto. Pigułki, które pan prze­pi­sał, są bar­dzo sku­teczne.

- Dobrze pan sypia?

- Tak, dzię­kuję.

- Ape­tyt?

- Myślę, że jadam mniej niż zwy­kle, ale powie­dział­bym, że raczej z wyboru. Asy­stent pochwa­lił mnie nawet, że schu­dłem.

- Powie­dział mu pan już?

Pünd pokrę­cił głową.

- Wie tylko, że nie czuję się zbyt dobrze. Widział też, że biorę leki. Nie powie­dzia­łem mu jed­nak, jak poważny jest mój stan.

- Boi się pan, że odej­dzie?

- Nie, dok­to­rze. Abso­lut­nie. Ale James jest wraż­li­wym mło­dzień­cem i uwa­żam, że lepiej oszczę­dzić mu bole­snej prawdy. Poza tym pomaga mi w pisa­niu książki. Mam nadzieję, że Zarys docho­dze­nia kry­mi­nal­nego trafi pew­nego dnia na półki Bri­tish Library, do Archi­wum Spraw Kry­mi­nal­nych oraz wielu innych miejsc, w któ­rych przyda się moim następ­com.

Dok­tor Ben­son ski­nął głową i się­gnął po fajkę, ale nie zapa­lił jej.

- Moim zda­niem, panie Pünd, trzyma się pan zna­ko­mi­cie. Znacz­nie lepiej, niż się spo­dzie­wa­łem. Może pan do mnie zadzwo­nić w każ­dej chwili natu­ral­nie, ale uwa­żam, że kolejną wizytę możemy umó­wić dopiero na przy­szły mie­siąc.

Pünd uśmiech­nął się dys­kret­nie. Wie­dział, co ozna­cza się­gnię­cie po fajkę: w ten spo­sób dok­tor Ben­son zawsze dawał sygnał, że spo­tka­nie dobie­gło końca, a finał zawsze wybrzmie­wał opty­mi­styczną nutą. Za tydzień. Za mie­siąc. Następ­nym razem. Nie­odmien­nie spo­glą­dał w przy­szłość, by prze­ko­nać pacjen­tów, że i oni ją mają.

Pünd jed­nak nie ruszył się z miej­sca.

- Chciał­bym pana o coś spy­tać - rzekł po chwili. - Otóż zanim tu wsze­dłem, spo­tka­łem starą przy­ja­ciółkę, lady Mar­ga­ret Chal­font.

- Pan ją zna?

- Cał­kiem dobrze. Pozna­li­śmy się przy oka­zji sprawy, którą kie­dyś pro­wa­dzi­łem. Było mi przy­kro, gdy ją tu zoba­czy­łem, więc pomy­śla­łem, że może mógłby pan mi zdra­dzić, co się z nią dzieje.

- Nie jestem pewny, czy powi­nie­nem ujaw­niać infor­ma­cje na temat moich pacjen­tów, panie Pünd. O co wła­ści­wie panu cho­dzi?

- Lady Chal­font popro­siła o pomoc w spra­wie, którą nazwała bar­dzo pilną, a choć roz­ma­wia­li­śmy bar­dzo krótko, odnio­słem wra­że­nie, że cze­goś się boi.

- Może śmierci?

- Może. Ale nie w wyniku cho­roby.

Dr Ben­son zamy­ślił się.

- Ze względu na to, kim pan jest, panie Pünd, mogę chyba zdra­dzić panu w zaufa­niu, że lady Chal­font cierpi na zwę­że­nie zastawki dwu­dziel­nej. To ozna­cza, że zastawka regu­lu­jąca dopływ krwi do serca nie działa pra­wi­dłowo. Nie­stety musia­łem wyja­śnić pacjentce, że ze względu na jej pode­szły wiek prze­pro­wa­dze­nie ope­ra­cji nie byłoby warte ryzyka. Oba­wiam się, że nie zostało jej wiele czasu.

- To zna­czy?

- Trudno powie­dzieć. Raczej mie­siące niż lata.

Pünd poki­wał głową. Lady Chal­font, w typowy dla sie­bie spo­sób, bun­to­wała się prze­ciwko rze­czy­wi­sto­ści, kry­ty­ko­wała współ­cze­sną medy­cynę i nie ufała leka­rzom, zapewne głów­nie dla­tego, że nie byli w sta­nie jej pomóc.

- Dzię­kuję, dok­to­rze Ben­son.

Detek­tyw wstał.

- Nie zapro­siła pana na połu­dnie Fran­cji? - spy­tał lekarz.

- Tak daleko się nie posu­nęła.

- A szkoda. O ile wiem, ma prze­piękny dom na wybrzeżu, w Saint-Jean-Cap-Fer­rat. Powie­dział­bym, że świet­nie by panu zro­bił tydzień spę­dzony w śród­ziem­no­mor­skim słońcu. Ta prze­klęta angiel­ska pogoda dobija nawet naj­zdrow­szych i naj­spraw­niej­szych z nas. - Lekarz spoj­rzał w okno, na strugi desz­czu bijące w szybę. - W życiu nie widzia­łem takich ulew. Może mimo wszystko powi­nien pan tam poje­chać!

Tym razem Pünd się zamy­ślił. Do tej pory nawet nie myślał o tym, że mógłby jesz­cze podró­żo­wać; w każ­dym razie nie dalej niż do połu­dniowo-zachod­niej Anglii, dokąd zawio­dła go ostat­nia sprawa. A wła­ści­wie dla­czego nie? Tak naprawdę nie cho­dziło prze­cież tylko o to, żeby po raz ostatni poczuć na skó­rze cie­płe pro­mie­nie słońca. Liczyło się coś jesz­cze.

Dobrze pamię­tał te spoj­rze­nia, które matka i córka wymie­niły, zanim wyszły z pocze­kalni. Lady Chal­font mówiła o pil­nej spra­wie, potrze­bo­wała pomocy, ale w isto­cie to Judith Lyt­tle­ton przy­kuła uwagę Pünda.

Od chwili, gdy usły­szała jego nazwi­sko i zro­zu­miała, z kim ma do czy­nie­nia, usi­ło­wała jak naj­szyb­ciej wypro­wa­dzić matkę, byle dalej od niego. Sły­szała, jak lady Chal­font prosi o pomoc, ale nie sko­men­to­wała jej argu­men­tów choćby jed­nym sło­wem, jakby sprawa w ogóle jej nie doty­czyła.

Pani dok­tor etno­lo­gii nie tylko czuła się nie­zręcz­nie pod­czas tego krót­kiego spo­tka­nia.

Była wystra­szona.

"Nic nie jest cen­niej­sze niż dziś". [wróć]

DWA

Od wizyty w kli­nice przy Har­ley Street minęły cztery dni. Atti­cus Pünd poja­wił się w swym biu­rze przy Cler­ken­well Squ­are wcze­snym ran­kiem i w cał­kiem dobrym nastroju zasiadł do prze­glą­da­nia naj­now­szego frag­mentu swej książki, który James Fra­ser prze­pi­sał dla niego na maszy­nie. Zarys docho­dze­nia kry­mi­nal­nego stał się ostat­nio prio­ry­te­tem w jego życiu. Cho­roba postę­po­wała dość wolno, Pünd więc pomału zaczy­nał wie­rzyć, że zdąży ukoń­czyć swe dzieło, choć może zabrak­nie mu czasu, by popra­wić wszyst­kie błędy orto­gra­ficzne i lite­rówki popeł­nione przez asy­stenta. Cóż, osta­teczna redak­cja i tak nale­żała do wydawcy. Tak naprawdę liczyła się treść.

Się­gnął po pierw­szą kartkę i zaczął czy­tać. Wie­dział, że musi się oszczę­dzać. Gdyby popra­co­wał parę godzin bez prze­rwy, ból głowy zwa­liłby go z nóg. Naj­waż­niej­sze - zacho­wać umiar, pomy­ślał. Trzy­dzie­ści minut sku­pie­nia, a potem spa­cer na świe­żym powie­trzu albo fili­żanka her­baty, naj­le­piej przy muzyce Brahmsa lub Schu­berta z gra­mo­fonu. Tyle że frag­ment, który wła­śnie czy­tał, był fascy­nu­jący. Roz­dział nosił tytuł "Zabójca zdra­dzi wszystko".

Podob­nie jak poke­rzy­sta, któ­rego zamiary zdra­dza swo­isty tik, tak i mor­derca zwy­kle ujaw­nia się poprzez mimo­wolne zacho­wa­nia, zwłasz­cza gdy działa pod pre­sją. Na wła­sny uży­tek nazy­wam ten feno­men wła­śnie tikiem i wypada mi wspo­mnieć, że pod­czas jed­nego ze śledztw byłem świad­kiem, jak poczu­cie winy mani­fe­stuje się na dwa spo­soby jed­no­cze­śnie. Opo­wia­da­łem już o spra­wie Eileen Marino, nader atrak­cyj­nej i inte­li­gent­nej kobiety, matki dwojga dzieci robią­cej nie­zgor­szą karierę w dzien­ni­kar­stwie. Usi­ło­wała mnie prze­ko­nać, że bar­dzo kocha swego męża, Paula, zna­nego praw­nika, choć wkrótce stało się jasne, że wła­sno­ręcz­nie go zaszty­le­to­wała, gdy wra­cali z teatru.

Prze­słu­cha­nie odbyło się w salo­nie ich domu w Chi­swick. Przez pół godziny pani Marino była cał­kiem roz­luź­niona, lecz w końcu drzwi pokoju uchy­lił jej pies. W tym momen­cie w zacho­wa­niu podej­rza­nej zaszła dia­me­tralna zmiana. Wyraź­nie widzia­łem oznaki ner­wo­wo­ści i zakło­po­ta­nia. To był pierw­szy jej tik. Ale co tak naprawdę było jego wyzwa­la­czem? Przez dłuż­szy czas zakła­da­łem, że cho­dzi o samo zwie­rzę, które grzecz­nie zwi­nęło się w kłę­bek przed komin­kiem. Może było mil­czą­cym świad­kiem zbrodni? Innych pomy­słów nie mia­łem, bo z fotela, w któ­rym sie­dzia­łem, nie mogłem dostrzec tego, co było za drzwiami.

Odpo­wiedź poja­wiła się sama, gdy zają­łem miej­sce pani Marino: sie­dząc tam, miała przed sobą lustro, a w nim mogła podzi­wiać duży por­tret męża wiszący na ścia­nie w kory­ta­rzu. Nie widziała go, dopóki drzwi były zamknięte, gdy jed­nak była zmu­szona nań patrzeć, nie umiała już zapa­no­wać nad poczu­ciem winy.

Wyznała mi póź­niej, że pokłó­ciła się z mał­żon­kiem o rodzinne oszczęd­no­ści, z któ­rych więk­szość bez­tro­sko wydała. Wciąż jed­nak utrzy­my­wała, że nie ma nic wspól­nego z mor­der­stwem - i wła­śnie wtedy ujaw­nił się drugi tik. Dla­czego nie­ustan­nie ocie­rała kącik oka, na pozór bli­ska łez? Za każ­dym razem, zauwa­ży­łem, było to lewe oko, jakby cier­piała na cho­robę, która pozwa­lała jej pła­kać tylko jedną stroną twa­rzy.

Raz jesz­cze prze­ana­li­zo­wa­łem zdję­cia wyko­nane na miej­scu zbrodni i powody owego dziw­nego zacho­wa­nia szybko stały się dla mnie jasne. Gdy pani Marino mor­do­wała swego męża, kilka kro­pel jego krwi pry­snęło wprost w jej lewe oko. Tik, któ­rego byłem świad­kiem, nie był oznaką wyrzu­tów sumie­nia, lecz obrzy­dze­nia. Wspo­mi­na­jąc czyn, któ­rego się dopu­ściła, pani Marino - niczym współ­cze­sna lady Mak­bet - pod­świa­do­mie sta­rała się zatrzeć jego ślad.

Pünd się­gnął po kolejną kartkę gotów kon­ty­nu­ować lek­turę, lecz w tym momen­cie drzwi się otwo­rzyły i do gabi­netu wszedł James Fra­ser, nio­sąc tacę z fili­żanką her­baty, sta­ran­nie zło­żo­nym egzem­pla­rzem "The Times" oraz kil­koma wizy­tów­kami i listami. Ubrał się tego dnia nader opty­mi­stycz­nie - w baweł­niane spodnie, białą koszulę i swe­ter z koł­nie­rzem w serek - jakby lato naresz­cie nade­szło. Co prawda od pew­nego czasu do biura pra­wie nie zaglą­dali klienci i Pünd zgo­dził się, że mary­narka i kra­wat nie są już konieczne, lecz mimo to miał wra­że­nie, że jego asy­stent zbyt daleko posuwa się w swej swo­bo­dzie.

- Dzień dobry, panie Pünd. - Fra­ser był nie­odmien­nie pogodny, jakby uparł się, że nie przyj­mie do wia­do­mo­ści cho­roby swego szefa. - Jak się pan dzi­siaj miewa?

- Cał­kiem dobrze. Dzię­kuję, James.

- Widzę, że czyta pan naj­now­szy frag­ment.

- I to z nie­małą przy­jem­no­ścią - odparł Pünd. - Mam nadzieję, że przed koń­cem dnia zdążę dopi­sać resztę roz­działu.

- Przy­nio­słem panu her­batę, gazetę i poranną pocztę. - Fra­ser ostroż­nie posta­wił tacę na biurku Pünda. - Jest też parę rachun­ków... natu­ral­nie zajmę się nimi. I jesz­cze liścik. Detek­tyw inspek­tor Chubb pyta, czy miałby pan ochotę na wspólny lunch w przy­szłym tygo­dniu.

- Oba­wiam się, że nie.

- Tak też myśla­łem. Pozwolę sobie wysłać sto­sowną odpo­wiedź. Przy­szło też zapro­sze­nie z Poli­cyj­nego Fun­du­szu Sie­rot z pyta­niem, czy zechciałby pan wystą­pić pod­czas jesien­nej kon­fe­ren­cji. Odmó­wię oczy­wi­ście... Aha. Jest jesz­cze list z Fran­cji. - Fra­ser uśmiech­nął się zado­wo­lony z sie­bie. - Pozna­łem po znaczku.

- Solidna detek­ty­wi­styczna robota, James. - Pünd się­gnął po kopertę i roze­rwał ją. - Spo­dzie­wa­łem się tej wia­do­mo­ści - dorzu­cił.

- Nowa sprawa?

- Pewna dama potrze­buje mojej pomocy.

Wydo­był z koperty kartkę. List był napi­sany odręcz­nie, zie­lo­nym atra­men­tem. Litery zdobne w zawi­jasy tło­czyły się i zle­wały z sobą, jakby wal­czyły o miej­sce w liniach.

Château Bel­mar

nie­dziela, 28 maja

Mój drogi panie Pünd,

Byłam tak zasko­czona naszym spo­tka­niem przy Har­ley Street, że nawet nie wypy­ta­łam Pana o zdro­wie jak należy. Mam szczerą nadzieję, że jest Pan w lep­szym sta­nie niż ja. Być może pamięta Pan moje pro­blemy z ser­cem; doku­czały mi już przed laty, gdy się pozna­li­śmy. Nie­stety wszystko wska­zuje na to, że to dia­bel­stwo zamie­rza osta­tecz­nie odmó­wić współ­pracy. Powie­dzia­ła­bym, że żyję już w poży­czo­nym cza­sie.

Mogę jedy­nie mieć nadzieję, że czuje się Pan na tyle dobrze, by cho­ciaż roz­wa­żyć to, o co pro­szę... cóż, z całego serca. Potrze­buję Pań­skiej pomocy. Liczę, że prze­czyta Pan niniej­szy list, zanim będzie za późno.

Nie miał Pan oka­zji poznać mego pierw­szego męża. Po jego śmierci - w ostat­nich dniach wojny - sądzi­łam, że już ni­gdy nie odnajdę szczę­ścia. I wła­śnie wtedy pozna­łam Elmera Way­smi­tha; to z nim zaczę­łam wszystko od nowa. Jeste­śmy mał­żeń­stwem od sze­ściu lat i wyznam, że zna­la­złam w nim naj­lep­szego przy­ja­ciela i powier­nika. Ufam mu bez­gra­nicz­nie.

Dzień przed wyjaz­dem do Lon­dynu, gdy sie­dzia­łam na bal­ko­nie, podzi­wia­jąc prze­piękną pano­ramę Morza Śród­ziem­nego, usły­sza­łam przy­pad­kiem słowa, które wstrzą­snęły mną do głębi. Szcze­rze mówiąc, wciąż jesz­cze trudno mi w nie uwie­rzyć. Zasta­na­wia­łam się, czy nie powin­nam powia­do­mić poli­cji, ale za bar­dzo się bałam. I wtedy, wbrew rachun­kowi praw­do­po­do­bień­stwa, wpa­dłam na Pana.

Jeśli zechce Pan przy­je­chać i na jakiś czas zatrzy­mać się u mnie, w Château Bel­mar (to prze­piękny dom; mamy też wybit­nego kucha­rza), oczy­wi­ście wszystko wyja­śnię. Muszę dotrzeć do prawdy, panie Pünd, a nie znam nikogo innego, kto mógłby mi w tym pomóc.

Szcze­rze oddana

Mar­ga­ret Chal­font

Pünd prze­czy­tał list i podał go Fra­se­rowi, który prze­biegł wzro­kiem tekst.

- Wydaje się zde­spe­ro­wana - zauwa­żył asy­stent. - Poje­dzie pan?

Detek­tyw znowu ujął pismo w dłoń i przez długą chwilę wpa­try­wał się w zie­lone słowa. Nie czy­tał ponow­nie - zapa­mię­tał wszystko za pierw­szym razem, nawet poło­że­nie kro­pek i prze­cin­ków oraz nie­rów­no­ści linii, wzdłuż któ­rej zło­żono kartkę. Muszę dotrzeć do prawdy, panie Pünd. Te słowa zanie­po­ko­iły go naj­moc­niej. Spę­dził więk­szość życia na poszu­ki­wa­niu prawdy i jeśli cze­goś się przez te lata dowie­dział, to wła­śnie tego.

Że prawda bywa nie­bez­pieczna.

Wyj­rzał przez okno. Tego dnia deszcz naresz­cie ustał, lecz niebo wciąż było szare, a chmury kłę­biły się zło­wróżb­nie. Spę­dził tyle godzin w tym samym gabi­ne­cie, w tym samym fotelu! Tak, robił zna­czące postępy w pisa­niu książki, zara­zem jed­nak zaczy­nał się czuć jak wię­zień... zarówno cho­roby, jak i wła­snej pracy. Dok­tor Ben­son suge­ro­wał, że zmiana oto­cze­nia, zwłasz­cza na bar­dziej sło­neczne, może mu wyjść na zdro­wie. Pünd ni­gdy nie wie­rzył w zbiegi oko­licz­no­ści, ale musiał przy­znać w duchu, że list przy­szedł w ide­al­nym momen­cie.

- A jakie jest twoje zda­nie, James? - spy­tał.

- Strasz­nie chciał­bym wie­dzieć, co takiego pod­słu­chała - odparł Fra­ser. - Sprawa zapo­wiada się fascy­nu­jąco i naprawdę szkoda, że posta­no­wił pan zakoń­czyć karierę. Mam odpi­sać, że jest pan zbyt zajęty, by zde­cy­do­wać się na taką wyprawę?

Pünd zasta­na­wiał się przez chwilę nad odpo­wie­dzią, mając w pamięci słowa dok­tora Ben­sona. Wresz­cie pod­jął decy­zję.

- Prze­ciw­nie, James. Wyślij jej tele­gram z infor­ma­cją, że sta­wimy się poju­trze.

- Czy to zna­czy, że bie­rze pan tę sprawę?

- Odro­bina słońca na pewno mi nie zaszko­dzi, a przy­jaźń z lady Chal­font zobo­wią­zuje. Jak mógł­bym odmó­wić?

- To doprawdy wspa­niale! - Pünd nie mógł uwie­rzyć, jak szybko jego asy­stent dosłow­nie się roz­pro­mie­nił. - Ostatni raz byłem na połu­dniu Fran­cji jako dzie­ciak, gdy rodzice wysłali mnie tam w ramach wymiany uczniów. Spę­dzi­łem sześć tygo­dni u rodziny w Pro­wan­sji. U Dupon­tów. Bar­dzo mili ludzie, tylko wiecz­nie krzy­czeli. Obiady nie­po­ko­jąco przy­po­mi­nały szturm Basty­lii.

- A jak twój fran­cu­ski?

- Dawno nie­uży­wany, ale pew­nie szybko wrócę do formy. Mam kupić bilety na samo­lot?

- Nie czuję się wystar­cza­jąco dobrze, żeby latać, James. Zde­cy­do­wa­nie wolę pociąg. Zamów dwa prze­działy sypialne pierw­szej klasy w Le Train Bleu do Nicei. Możesz też poin­for­mo­wać lady Chal­font, że zatrzy­mamy się w Grand-Hôtelu.

- Pro­po­no­wała noc­leg w swoim château - przy­po­mniał Fra­ser.

- To bar­dzo miłe z jej strony, ale będę się czuł znacz­nie swo­bod­niej na wła­snym tere­nie. Potrze­buję pry­wat­no­ści, zacisz­nego miej­sca odpo­czynku. O ile mi wia­domo, mają tam prze­piękne ogrody oraz basen, który z pew­no­ścią ci się spodoba.

- Tak jest. Lecę do tele­fonu, żeby zare­zer­wo­wać dwa pokoje. - Fra­ser zerwał się na równe nogi, lecz nim znik­nął za drzwiami, obró­cił się jesz­cze na pię­cie. - To natu­ral­nie nie moja sprawa, panie Pünd, ale strasz­nie się cie­szę, że posta­no­wił pan wziąć tę sprawę. W ostat­nich tygo­dniach nie był pan sobą, więc choć oczy­wi­ście wiem, jak ważna jest ta książka i tak dalej, to myślę, że będzie pan znacz­nie szczę­śliw­szy na tro­pie zbrodni. W tym jest pan naj­lep­szy!

To rze­kł­szy, Fra­ser zamknął za sobą drzwi nie­wiel­kiego przy­le­głego pokoju, w któ­rym pra­co­wał. Atti­cus Pünd nie ruszył się z miej­sca, ale zapo­mniaw­szy już o książce, wpa­try­wał się w list leżący na biurku. Czy pod­jął słuszną decy­zję? Nie miał wąt­pli­wo­ści, że tak. Myśl o tym, co go czeka, coś w nim roz­bu­dziła. Po raz pierw­szy od bar­dzo dawna czuł, że naprawdę żyje. A w samym liście wyczuł coś nie­po­ko­ją­cego - bar­dziej nie­po­ko­ją­cego niż same słowa. Był pewny, że lady Chal­font jest w nie­bez­pie­czeń­stwie. Musiał ruszyć na pomoc tak szybko, jak to moż­liwe, natych­miast pole­cić Fra­serowi, żeby się pako­wał...

Oba­wiał się tylko, czy nie przy­bę­dzie za późno.

TRZY

Nad połu­dniem Fran­cji wsta­wał kolejny ide­alny dzień - ale czy na Lazu­ro­wym Wybrzeżu w ogóle bywało ina­czej? Ciem­ność umy­kała w popło­chu, a spo­kojna tafla morza poły­ski­wała zło­ci­ście. Zda­wało się, że palmy i drzewka oliwne prze­cią­gają pnie i konary, zbu­dzone ze spo­koj­nego snu. Pierw­sze łodzie rybac­kie wła­śnie wpły­wały do portu, a mewy wisiały nad nimi pełne nadziei, że nocny połów był dosta­tecz­nie obfity.

Château Bel­mar wznie­siono na cyplu wbi­tym w wody zatoki Vil­le­fran­che; był niczym miej­sce w pierw­szym rzę­dzie tego nad­zwy­czaj­nego teatru natury. Sama budowla także była impo­nu­jąca. Sty­lem nawią­zy­wała do belle époque - liczyły się geo­me­tria i ele­gan­cja. Ele­wa­cję pokryto ciem­no­żółtą farbą, którą doce­nia się praw­dzi­wie jedy­nie w tro­pi­kach. Okien­nice i por­tyki były białe, a tera­ko­towy dach okry­wał dwa skrzy­dła przy­le­ga­jące do głów­nego budynku rezy­den­cji. Dokoła, na dzie­wię­ciu akrach, roz­cią­gały się ogrody zapro­jek­to­wane przez wiel­kiego Achille'a Duch?ne'a, w taki spo­sób, by z okna każ­dej sypialni można było podzi­wiać co naj­mniej jedną atrak­cję: fon­tannę, sta­tuę, altanę, basen albo ule.

Rezy­den­cja Château Bel­mar nie dorów­ny­wała roz­mia­rami takim kolo­som jak sąsied­nia willa Eph­russi de Roth­schild (rów­nież dzieło Duch?ne'a). Mie­ściła jed­nak aż sie­dem sypialni roz­rzu­co­nych na czte­rech kon­dy­gna­cjach, dwa salony, jadal­nię wiel­ko­ści sali ban­kie­to­wej, patio oraz tarasy - doprawdy nie bra­ko­wało w niej miej­sca. Nabył ją Henry Chal­font, poto­mek zamoż­nej fami­lii, który jesz­cze pomno­żył odzie­dzi­czony mają­tek: zało­żył pry­watny bank i uży­czył mu swego nazwi­ska. Żywił nadzieję, iż château pozo­sta­nie w rodzi­nie na poko­le­nia.

Śpiącą w nie­du­żym pokoju na ostat­nim pię­trze Béatrice Lau­rent obu­dziło natar­czywe łomo­ta­nie do drzwi.

To nie był pierw­szy raz, zanim więc jesz­cze unio­sła powieki, wie­działa już, że to tylko sen. Jak zawsze sły­szała w nim war­kot nad­jeż­dża­ją­cych samo­cho­dów, nie­miec­kie pokrzy­ki­wa­nie, a potem tupot żoł­nier­skich butów. Wciąż miała przed oczami tę nie­zro­zu­miałą, bez­sen­sowną scenę. Była wtedy led­wie dzie­więt­na­sto­let­nią poko­jówką i pra­co­wała u boga­tej pary­skiej rodziny Ste­ine­rów. 16 lipca 1942 roku był pierw­szym dniem akcji maso­wych aresz­to­wań, nazwa­nej póź­niej Obławą Vel d'Hiv, bo tak nazy­wał się kryty tor kolar­ski, na któ­rym zgro­ma­dzono zatrzy­ma­nych. Mon­sieur i madame Ste­iner zostali wypro­wa­dzeni z domu na oczach Béatrice. Wie­działa, że ni­gdy nie zapo­mni tej chwili. Lubiła tych ludzi; zawsze byli dla niej dobrzy.

Żoł­nie­rze kazali jej spa­ko­wać manatki i wyjść, wraz z resztą służby. Dom przy boule­vard Haus­smann miał zostać zare­kwi­ro­wany, nale­żało go więc oczy­ścić ze wszyst­kiego, co zbędne. Ostat­nim wido­kiem, który wrył się Béatrice w pamięć, były rodowe sre­bra bez­ce­re­mo­nial­nie strą­cone z kre­den­sów oraz obraz - mar­twa natura z wazo­nem czer­wo­nych tuli­pa­nów na stole - zdej­mo­wany ze ściany w salo­nie, nad komin­kiem.

Béatrice otrzą­snęła się z przy­krych wspo­mnień sprzed trzy­na­stu lat i zmu­siła się, by wstać z łóżka. Jej pokój nie był duży; wpa­so­wano go w spa­dzi­sty dach rezy­den­cji, a okno, w grun­cie rze­czy świe­tlik, nie zapew­niało żad­nego cie­ka­wego widoku. Łazienka z toa­letą mie­ściła się po prze­ciw­nej stro­nie kory­ta­rza. Béatrice umyła się i jak przy­stało na femme de ménage wło­żyła szaro-biały uni­form. Schody dla służby, nie­wi­doczne z głów­nej czę­ści domu, pro­wa­dziły aż do kuchni. Zeszła naj­ci­szej jak się dało, lecz jak zawsze skrzy­piały pod jej sto­pami.

Sta­rała się prze­strze­gać swego utar­tego roz­kładu zajęć, któ­rego pierw­szym punk­tem była wizyta w jadalni. Sprzą­ta­nie po kola­cji odbyło się, natu­ral­nie, wie­czo­rem, ale rodzina lubiła spę­dzać tu późne wie­czory, sącząc porto i Coin­treau, zwy­kle więc trzeba było jesz­cze zebrać kie­liszki i popiel­niczki (wszy­scy czte­rej męż­czyźni byli ama­to­rami cygar). Następ­nie Béatrice prze­szła do salo­niku - petit salon - gdzie domow­nicy jadali śnia­da­nia, cie­sząc oczy wido­kiem ogrodu róża­nego i scho­dów wio­dą­cych ku morzu. Lada chwila miała przy­być fur­go­netka z pie­karni, a w niej świeże roga­liki i brioszki pro­sto z pieca. Do tego czasu Béatrice musiała przy­go­to­wać stół do poran­nego posiłku, a następ­nie, w kuchni, pociąć i wyci­snąć poma­rań­cze. Gdy dzba­nek świe­żego soku chło­dził się w lodówce, pozo­sta­wało już tylko zająć się parze­niem her­baty dla lady Chal­font. Madame Clau­del, kucharka, nie miesz­kała w rezy­den­cji i nie poja­wiała się tu wcze­śniej niż o dzie­sią­tej.

Béatrice usły­szała zna­jomy chrzęst opon na żwi­ro­wym pod­jeź­dzie - zbli­żał się młody goniec na rowe­rze z poranną por­cją gazet. Ni­gdy nie dzwo­nił do drzwi o tak wcze­snej porze, ale na wszelki wypa­dek i tak wyszła za próg, by ode­brać prze­syłkę.

Gazety przy­cho­dziły z Lon­dynu, Zury­chu i Nowego Jorku i zawie­rały arty­kuły nawet sprzed kilku dni, ale czy czas miał w ogóle zna­cze­nie w domu, w któ­rym nic ni­gdy nie ule­gało zmia­nie? Ludzie umie­rali, poli­tycy toczyli spory, kró­lowa angiel­ska robiła to, a front atmos­fe­ryczny tamto. Na Lazu­ro­wym Wybrzeżu nikt się tym zbyt­nio nie przej­mo­wał. Gazety jak zawsze tra­fiły wprost na duży stół w salo­nie. Béatrice schlud­nie je uło­żyła, po czym się­gnęła po zmiotkę i szu­felkę, by oczy­ścić ruszt. W pierw­szym tygo­dniu czerwca dni były cie­płe i sło­neczne, lecz wie­czo­rami bywało chłodno i lady Chal­font życzyła sobie, by palić w kominku. Popiół nie był jesz­cze zimny, gdy Béatrice wrzu­cała go do meta­lo­wego wia­derka, cał­ko­wi­cie pochło­nięta pracą. Musiała bar­dzo uwa­żać, by nie unieść głowy. Ani razu nie zer­k­nęła na to, co wisiało nad komin­kiem.

Led­wie trzy tygo­dnie wcze­śniej mon­sieur Way­smith umie­ścił tam nowy obraz. Pla­no­wał wysta­wić go na sprze­daż w swej nicej­skiej gale­rii, ale jak to czę­sto bywało, chciał naj­pierw nacie­szyć się nim w domo­wym zaci­szu. Ów nowy naby­tek, Wio­senne kwiaty Paula Cézanne'a, spra­wił mu wyjąt­kową przy­jem­ność.

Béatrice nie mogła patrzeć na ten obraz. Odwró­ciw­szy się ple­cami do jaskra­wo­czer­wo­nych tuli­pa­nów w fajan­so­wym wazo­nie z Delft, wyszła z pokoju.

* * *

Do lady Chal­font nale­żała naj­więk­sza sypial­nia w całej rezy­den­cji - impo­nu­jąca prze­strzeń, którą jej drugi mąż nazwał kie­dyś Salo­nem Naro­dów, zapewne przez wzgląd na posadzkę z wenec­kiego mar­muru, zasłony z chiń­skiego jedwa­biu, fran­cu­skie lustra i meble oraz kolek­cję nie­miec­kiej por­ce­lany. Pani domu spro­wa­dziła też łoże marki Waring&Gil­low, wyko­nane z angiel­skiego drewna orze­cho­wego. Nale­żało nie­gdyś do jej matki i użyt­ko­wała je z nostal­gią pły­nącą zapewne z nie­we­so­łego prze­świad­cze­nia, iż już wkrótce się znowu spo­tkają.

Ni­gdy nie zacią­gała zasłon. Trzy smu­kłe łuki się­ga­jące od pod­łogi po sufit otwie­rały widok na biały mar­mu­rowy bal­kon, stam­tąd zaś mogła podzi­wiać cały ogród i alejkę w kolo­rze pia­sku, wio­dącą ku wspa­nia­łej fon­tan­nie wyobra­ża­ją­cej porwa­nie Hip­po­da­mii. Prócz dyna­micz­nej grupy cen­tau­rów, wojow­ni­ków i gości wesel­nych uwagę zwra­cała figura nagiej kobiety (panny mło­dej) oto­czo­nej stru­mie­niami wody. Była to rzeźba nie­wia­do­mego pocho­dze­nia, czę­ściowo wzo­ro­wana na dziele Michała Anioła.

Słońce jesz­cze nie wze­szło wysoko i lady Chal­font drżała lekko w chłod­nym powie­trzu poranka, mimo iż opa­tu­liła się dwoma gru­bymi ple­dami, a pod kar­kiem miała wciąż jesz­cze gorący ter­mo­for. Wsparta na kilku podusz­kach spo­glą­dała na morze, z lubo­ścią wsłu­chu­jąc się w plusk wody i świer­got les char­don­ne­rets - szczy­głów, które gniaz­do­wały pod luźną dachówką. Co roku obser­wo­wała, jak ojciec pta­siej rodziny pra­co­wi­cie znosi nasiona i owady dla piskla­ków. Skar­ciła Bru­nona, ogrod­nika, gdy zasu­ge­ro­wał, by usu­nąć gniazdo i napra­wić dach. Powie­działa mu, że nic nie spra­wia jej więk­szej przy­jem­no­ści niż bli­skość tych pta­ków - i to była prawda. Wkrótce znowu miała zoba­czyć pierw­sze wspólne loty szczy­glej rodziny.

Po raz ostatni. Musiała bowiem spoj­rzeć praw­dzie w oczy: następ­nej wio­sny już jej tu nie będzie. Nie spo­dzie­wała się nawet dożyć zimy. Spoj­rzała mię­dzy tral­kami na ukwie­cony ogród: inten­syw­nie czer­wone maki, białe piwo­nie, kępy jaskra­wo­żół­tej szczo­drze­nicy i gęsty kobie­rzec lawendy. Życie trwało i miało trwać bez niej.

Puka­nie do drzwi wyrwało lady Chal­font z zadumy. Béatrice wnio­sła tacę, a na niej - jak co rano - fili­żankę paru­ją­cej her­baty z imbi­rem i cytryną.

- Bon­jour, madame - powie­działa, sta­wia­jąc tacę przy łóżku.

- Bon­jour, Beátrice. Com­ment ça va? - Lady Chal­font znała tro­chę fran­cu­ski, ale posłu­gi­wała się nim jak typowa angiel­ska ary­sto­kratka, nie­zbyt się przej­mu­jąc akcen­tem, ryt­mem czy choćby sen­sem.

- Tr?s bien, merci, madame. J'ai votre thé - et un télégramme est arrivé hier.

- Więc dla­czego nie dałaś mi go wczo­raj? - spy­tała lady Chal­font. Była zbyt ziry­to­wana, by mar­no­wać czas na mówie­nie w nie swoim języku.

- Prze­pra­szam, madame. Nie zauwa­ży­łam. Ktoś go poło­żył razem z gaze­tami...

Gospo­dyni strzep­nęła poduszki, zabrała letni już ter­mo­for i wyszła. Gdy tylko zamknęła za sobą drzwi, lady Chal­font się­gnęła po tele­gram, nie zwra­ca­jąc uwagi na gorącą her­batę. W pośpie­chu wyłu­skała z koperty kartkę.

DROGA LADY CHAL­FONT.

PRZY­BY­WAMY W PIĄ­TEK 3 CZERWCA, LE TRAIN BLEU.

MAMY REZER­WA­CJĘ W GRAND-HÔTELU.

STA­WIĘ SIĘ W DOGOD­NYM DLA PANI MOMEN­CIE.

ATTI­CUS PÜND.

W dogod­nym momen­cie? Czyli naj­wcze­śniej kiedy? Lady Chal­font dosta­tecz­nie czę­sto korzy­stała z Le Train Bleu, by wie­dzieć, że odjeż­dża z Gare de Lyon w Paryżu o ósmej wie­czo­rem i po cało­noc­nej podróży dociera wcze­snym ran­kiem do Mar­sy­lii. Być może już tam był? Następ­nie jego szlak wiódł wzdłuż wybrzeża, przez Tulon i Saint-Raphaël do Can­nes i Nicei - naj­bliż­szej sta­cji wzglę­dem Cap-Fer­rat. To ozna­czało, że pan Pünd mógł dotrzeć do hotelu w porze lun­chu. Dla­czego nie chciał zatrzy­mać się w Château Bel­mar? W sumie nie miało to więk­szego zna­cze­nia. Ważne, że zde­cy­do­wał się przy­być.

Lady Chal­font odło­żyła tele­gram i z ulgą oparła głowę na poduszce. Nie­tknięta her­bata wciąż paro­wała na tacy. Pani domu poczuła nagle, że coś jest nie tak. Wró­ciła myślą do wyda­rzeń sprzed chwili: puka­nie do drzwi, wej­ście gospo­dyni, wia­do­mość... Się­gnęła raz jesz­cze po kopertę i przyj­rzała się jej w sku­pie­niu. Tak, zatem o to cho­dziło: nie roz­darła papieru; ktoś otwo­rzył prze­syłkę wcze­śniej. Dopiero teraz dostrze­gła ślad nożyka, któ­rego użyto.

Ktoś prze­czy­tał tele­gram, zanim go tu dostar­czono. Zabrał go ukrad­kiem, a potem odło­żył w nie­wła­ści­wym miej­scu. Tak czy ina­czej - ów ktoś wie­dział już, że Pünd przy­bywa, zatem mógł się domy­ślić, że to ona go zapro­siła.

Ale kto?

* * *

- Wsta­niesz wresz­cie? - spy­tała swego mał­żonka Lola Chal­font.

- Która godzina? - odpo­wie­dział jej bez­cie­le­sny i nabur­mu­szony głos spod koł­dry.

- Pra­wie pół do dzie­wią­tej. Wiesz prze­cież, że Elmer nie znosi, gdy się spóź­niamy na śnia­da­nie.

- A co mnie obcho­dzi zda­nie Elmera? To nie jego dom, a ja nie jestem jego cho­ler­nym słu­żą­cym. Idź sama na dół. Chce mi się spać.

Dłoń zdobna w złoty sygnet pochwy­ciła brzeg koł­dry, by odsło­nić dzio­batą twarz i czu­prynę inten­syw­nie rudych wło­sów - wyglą­dały jak pło­mień na czubku głowy - impo­nu­jące boko­brody, dość pła­ski nos oraz wydęte usta. Jef­frey Chal­font, obec­nie 7. hra­bia Chal­font, lat trzy­dzie­ści sie­dem, był na naj­lep­szej dro­dze do oty­ło­ści. Gdy tak leżał, wsparty byczym kar­kiem i mię­si­stymi ramio­nami na górze podu­szek, żywo przy­po­mi­nał swego ojca - tyle że Jef­frey osią­gnął ten stan o dwa­dzie­ścia lat wcze­śniej. Był nie­cier­pliwy. Rzadko się uśmie­chał. Gdy Lola budziła się ze snu, cza­sem potrze­bo­wała kilku chwil, żeby sobie przy­po­mnieć, że jest żoną męż­czy­zny leżą­cego obok. Byli razem od dzie­się­ciu lat i mieli ośmio­let­niego syna, ale z każ­dym rokiem spę­dzali z sobą coraz mniej czasu.

7. hra­bia nie czuł się zbyt swoj­sko na połu­dniu Fran­cji. Zde­cy­do­wa­nie wolał spę­dzać czas w liczą­cej jede­na­ście tysięcy akrów posia­dło­ści, którą odzie­dzi­czył w Nor­folk. Prze­mie­rzał ją swym wier­nym mas­seyem fer­gu­so­nem, raz po raz wykrzy­ku­jąc roz­kazy pod adre­sem pra­cow­ni­ków od poko­leń zwią­za­nych z rodziną. Lubił nosić kasz­kiet, twe­edową mary­narkę i kami­zelkę, gdy włó­czył się polnymi dro­gami w towa­rzy­stwie czte­rech psów: dwóch labra­do­rów i dwóch pin­cze­rów. Prze­wo­dził oko­licz­nym polo­wa­niom, a w week­endy zapra­szał przy­ja­ciół na strze­lec­kie imprezy, po któ­rych - w ponie­dzia­łek - żaden ptak nie ośmie­lił się poka­zać na nie­bie. Lubił też węd­ko­wać. Posia­dłość prze­ci­nał pół­mi­lowy odci­nek rzeki i mało który łosoś czy okoń miał dość szczę­ścia, by dotrzeć na drugą stronę.

- O któ­rej wró­ci­łeś? - spy­tała Lola.

- A cho­lera wie. Nie pamię­tam. Pew­nie koło pół­nocy.

To ozna­czało, że wró­cił o pierw­szej lub dru­giej nad ranem. Lola już dawno nauczyła się inter­pre­to­wać odpo­wie­dzi Jef­freya, doda­jąc lub odej­mu­jąc od nich co nieco, wedle potrzeby. Opu­ścił rezy­den­cję po kola­cji, bo ponoć miał się spo­tkać z kole­gami w Nicei. A spo­tkał się z nimi, rzecz jasna, w kasy­nie - o to aku­rat nie musiała go pytać, gdy wycho­dził. Bo i po co wysłu­chi­wać kolej­nych kłamstw? Teraz jed­nak, w bla­sku poranka, nie mogła się oprzeć i rzu­ciła mu wyzwa­nie.

- To ile tym razem prze­gra­łeś? - spy­tała.

- Dla­czego sądzisz, że prze­gra­łem?

- Może znam twoje zwy­czaje - mruk­nęła Lola, się­ga­jąc po wodę toa­le­tową.

Była już ubrana i sie­działa przy toa­letce, przed zabyt­ko­wym lustrem roz­kła­da­nym jak tryp­tyk nad kościel­nym ołta­rzem. Trzy odbi­cia uka­zy­wały obraz kobiety wciąż pięk­nej, ale zma­ga­ją­cej się z brze­mie­niem trzy­dzie­stu trzech lat życia i licz­nych roz­cza­ro­wań. Poznali się z Jef­freyem w The­atre Royal w Nor­wich. On sie­dział na widowni, a ona grała główną rolę, wcie­la­jąc się na sce­nie w egzo­tyczną pięk­ność, kobietę szpiega Matę Hari. Gdy po spek­ta­klu zoba­czyła za kuli­sami mło­dego, zachwy­co­nego Jef­freya Chal­fonta cze­ka­ją­cego z impo­nu­ją­cym bukie­tem kwia­tów, dała się ponieść uczu­ciom. Owe uczu­cia tylko się spo­tę­go­wały, gdy dowie­działa się o tytule, który miał pew­nego dnia odzie­dzi­czyć wraz z posia­dło­ścią w Nor­folk. Lola Chal­font, hra­bina! Czuła, że do tej roli nadaje się wybor­nie.

Dopiero po ślu­bie dotarło do niej, że popeł­niła życiowy błąd. Zamie­niła sławę i sce­niczny maki­jaż na nie­koń­czące się par­tyjki bry­dża i dłu­gie błot­ni­ste ścieżki wśród pól. Główną rolę na dru­go­pla­nową. I nie było już odwrotu. Pro­du­cenci i reży­se­rzy wyka­zy­wali wobec niej sporą ner­wo­wość - nale­żała teraz do ary­sto­kra­cji, nie była już jedną z nich, więc z cza­sem prze­stali nawet oddzwa­niać. Natu­ral­nie wie­działa, że może za to winić wyłącz­nie sie­bie. Mimo to wolała winić nowego męża i szybko nauczyła się nim gar­dzić.

- To ile? - zapy­tała po raz drugi.

- Co ile?

- Dobrze wiesz, o czym mówię, Jef­frey. O kasy­nie.

Jef­frey jęk­nął z cicha.

- Ze dwie­ście fran­ków - wyznał w końcu.

To ozna­czało trzy­sta lub czte­ry­sta. Podob­nie jak poprzed­niej nocy. I jesz­cze poprzed­niej. Lola czuła w żołądku nie­przy­jemny ucisk. Skąd zamie­rzał wziąć pie­nią­dze na tę roz­pu­stę? Ich ban­kier, pan Spur­ling, dzwo­nił już kilka razy i z roz­mowy na roz­mowę był coraz mniej przy­jaź­nie nasta­wiony, coraz wię­cej wyma­gał.

- Kto jesz­cze tam był? - spy­tała.

- Harry, Char­ley i Algy... - Imiona wszyst­kich przy­ja­ciół Jef­freya koń­czyły się na "y".

- I pew­nie wszy­scy prze­grali.

- Mylisz się. Char­ley miał fan­ta­styczną passę przy stole do ruletki. Szam­pan lał się stru­mie­niami.

- Stary dobry Char­ley!

Lola się­gnęła po szczotkę, by dopro­wa­dzić do porządku nie­sforne kru­czo­czarne loki oka­la­jące twarz deli­katną i wład­czą zara­zem. Uro­dziła się i wycho­wała w Sewilli, zanim jej rodzice prze­nie­śli się do Lon­dynu, toteż w pięk­nej rezy­den­cji nad Morzem Śród­ziem­nym czuła się jak w domu. W trzech lustrach po kolei zoba­czyła oczy o inten­syw­nym wej­rze­niu, smu­kłą szyję oraz uśmiech, któ­rym potra­fiła zachwy­cić całą salę, nawet jeśli zasia­dało w niej sześć­set osób. To jesz­cze nie koniec, pomy­ślała. Zamie­rzała zostać pro­du­centką.

Próby do musi­calu Grab Me a Gon­dola miały się roz­po­cząć pod koniec roku. Obsady jesz­cze nie skom­ple­to­wano, ale Lola czy­tała już tekst i prze­słu­chała pio­senki - zagrał je dla niej pia­ni­sta, któ­rego najęła za wła­sne pie­nią­dze. Nie miała wąt­pli­wo­ści, że zanosi się na sce­niczny prze­bój, a rola Vir­gi­nii, gwiazdki festi­walu fil­mo­wego w Wene­cji (bo tam wła­śnie toczyła się akcja) jest wręcz stwo­rzona dla niej. Spo­tkała się ze sce­na­rzy­stami pod­czas przy­ję­cia w Dorche­ster, a gdy tylko wspo­mniała, że jest skłonna zain­we­sto­wać, natych­miast oka­zali wiel­kie zain­te­re­so­wa­nie. Zdra­dziła im więc, że bar­dzo podoba jej się fabuła Grab Me a Gon­dola, a także nie­sa­mo­wite posta­cie, ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem Vir­gi­nii Jones. Czy byliby skłonni zapro­sić ją na prze­słu­cha­nie do tej roli? A czy zasta­na­wiała się, jaką kwotę chcia­łaby zain­we­sto­wać w to przed­się­wzię­cie? A czy dwa tysiące fun­tów brzmi inte­re­su­jąco? Nagle wszyst­kie ele­menty ukła­danki zaczęły do sie­bie paso­wać.

Oczy­wi­ście musiała o wszyst­kim powie­dzieć Jef­frey­owi - w końcu był panem na wło­ściach - a on natu­ral­nie był prze­ciwny. Czy już zapo­mniała, kim się stała dzięki niemu? Powrót na scenę byłby prze­cież uwła­cza­jący - i dla niego, i dla niej, i dla całego rodu. Doprawdy powinna zro­zu­mieć, że raz na zawsze porzu­ciła dawne życie.

Tym razem jed­nak czuła, że musi mu się posta­wić. Był zasko­czony zacie­kło­ścią jej oporu. Wie­działa, że mąż ni­gdy tego nie zro­zu­mie, ale coś sobie uświa­do­miła. Jakby jej dwa światy zamie­niły się miej­scami. Mają­tek Chal­fon­tów, jej piękny tytuł, socjeta z oko­lic Nor­folk - wszystko to było led­wie złu­dze­niem. Jej praw­dzi­wym życiem jest scena.

- Zadzwo­nię dziś do Dino - oznaj­miła. Dino Wolfe był sze­fem Strand Pro­duc­tions, spółki, która pro­du­ko­wała spek­takl. - Zamie­rzam go popro­sić, żeby nas odwie­dził.

- Tu, w château?

- A dla­czego nie?

Jef­frey nie odpo­wie­dział. Lola odwró­ciła się wresz­cie i zoba­czyła, że jej mąż zdą­żył już znik­nąć pod koł­drą.

Przez krótką chwilę była zwy­czaj­nie wście­kła. To nie był ten sam czło­wiek, któ­rego kie­dyś poznała. Jesz­cze pamię­tała szam­pana, kawior, dłu­gie prze­jażdżki jego SS Jagu­arem 100, pierw­szą wizytę w posia­dło­ści w Nor­folk, swój zachwyt pięk­nem tej ziemi... ogrom­nej połaci ziemi nale­żą­cej wyłącz­nie do niego. Wtedy wszystko wyglą­dało po pro­stu ide­al­nie. Czy mał­żeń­stwo i macie­rzyń­stwo zawsze koń­czą się w taki spo­sób? Czy zawsze wyry­wają całą radość i ambi­cję z mło­dego życia, w zamian ofe­ru­jąc tylko tę... pustkę?

Lola odło­żyła szczotkę do wło­sów, po raz ostatni spoj­rzała w lustro i wstała. Wyobra­ziła sobie, że jest w gar­de­ro­bie i za chwilę wyj­dzie na scenę. Orkie­stra już stroi instru­menty. Publicz­ność szep­cze w pod­nie­ce­niu. Jesz­cze moment i w całej sali przy­ga­sną świa­tła.

Tak, wła­śnie tak będzie, pomy­ślała. Zamie­rzała spra­wić, że tak będzie. Miała plan i wie­działa, że jeśli tylko uda się go zre­ali­zo­wać, wszystko się odmieni.

Pozo­stał tylko jeden pro­blem. Skąd wziąć dwa tysiące fun­tów?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Nowe rozdanie

Czy naprawdę ist­nieje coś takiego jak szczę­śliwe zakoń­cze­nie?

Gdy myślę o książ­kach, które kocha­łam przez całe życie, jestem świa­doma, że speł­nie­nie zawsze dawał mi ostatni roz­dział; to on przy­no­sił poczu­cie, że warto było poznać tę opo­wieść. Wciąż pamię­tam, jaką ulgę czu­łam jako bar­dzo młoda dziew­czyna, gdy Czarny Książę odnaj­do­wał spo­kój i bez­pie­czeń­stwo w Bir­twick Park albo gdy Mary i Colin bawili się razem w swym ide­al­nym, tajem­ni­czym ogro­dzie. Nieco póź­niej gorącz­kowo prze­wra­ca­łam kartki, gdy Emma w końcu sobie uświa­da­miała, że kocha pana Kni­gh­tleya, albo gdy Jane Eyre rodziła pierw­szego syna panu Roche­ste­rowi.

Czy żyli potem długo i szczę­śli­wie? Ależ tak! Jak w ogóle można podej­rze­wać, że było ina­czej? Wła­śnie ta pew­ność kar­miła moją miłość do lite­ra­tury i dla­tego nawet nie przy­szło mi do głowy, że Mary i Colin mogliby doro­snąć i roz­stać się w gnie­wie albo że Czarny Książę mógł tra­fić do rzeźni i podzie­lić los Bok­sera z Fol­warku zwie­rzę­cego, kolej­nej powie­ści, którą pochło­nę­łam jako nasto­latka. Ile czasu potrze­bo­wa­łaby Emma, by wró­cić do daw­nego życia? I kiedy pan Roche­ster znie­na­wi­dziłby los inwa­lidy pod opieką Jane?

Naj­więk­szą zaletą prozy jest to, że bez względu na trudy prze­prawy jej finał zawsze jest nie­unik­niony. Nawet gdy umiera główny boha­ter - pomyślmy choćby o ofie­rze Syd­neya Car­tona w Opo­wie­ści o dwóch mia­stach albo o smut­nym końcu Micha­ela Hen­charda z Bur­mi­strza Caster­bridge - to nie­trudno zauwa­żyć, że inne roz­wią­za­nie nie ist­niało, i w tym trzeba zna­leźć pocie­sze­nie. "Nie ma wyboru - tak musi być", pisze Hardy.

Praw­dziwe życie, ze swymi niu­an­sami i mean­drami, nie jest, rzecz jasna, tym samym co lite­ra­tura piękna, a już zwłasz­cza życie w dwu­dzie­stym pierw­szym wieku. Źli pro­spe­rują, dobrzy idą z tor­bami. Wystar­czy poczy­tać gazety albo media spo­łecz­no­ściowe, by z łatwo­ścią uwie­rzyć, że nie ma na tym świe­cie spra­wie­dli­wo­ści i tak naprawdę nikt nie jest szczę­śliwy.

Wie­rzy­łam, że zostanę z Andre­asem na zawsze. Kocha­łam go i choć zda­rzały się chwile, w któ­rych mie­li­śmy ochotę nawza­jem się udu­sić, to naprawdę zda­wało mi się, że w końcu odna­la­złam się na Kre­cie, pośród gajów oliw­nych, brzęku kozich dzwon­ków, roz­ko­szu­jąc się ide­al­nymi zacho­dami słońca i kola­cjami w gro­nie przy­ja­ciół przy dłu­gich sto­łach w cie­niu bugen­willi. To było moje pry­watne szczę­śliwe zakoń­cze­nie - a może raczej byłoby, gdyby moje życie było powie­ścią.

Kreta jed­nak ni­gdy nie stała się moim zakąt­kiem na ziemi. Mogłam tam spę­dzić tydzień, mie­siąc, nawet rok... ale całe życie? Patrzy­łam na bar­dzo sędziwe panie sie­dzące przed domami, odziane od stóp do głów w czerń, i zasta­na­wia­łam się: czy wła­śnie taka się stanę? Śro­dowy targ, zbiory oli­wek pod koniec paź­dzier­nika, imie­niny wśród ciast i cia­ste­czek, śluby i chrzciny z nie­zmien­nym zesta­wem sztucz­nych ogni? Nie, to nie byłam ja. Chwi­lami wręcz nie zno­si­łam piękna kra­jo­brazu, który mnie uwię­ził, i zacho­dzi­łam w głowę, ile to życia omija mnie z daleka tu, za górami. Każ­dego ranka pły­wa­łam w olśnie­wa­jąco błę­kit­nej wodzie i wra­ca­łam na brzeg w mgli­stym prze­ko­na­niu, że nie odpły­nę­łam dosta­tecz­nie daleko.

Wbrew prze­ciw­no­ściom losu hotel Poly­do­rus, który Andreas kupił, a ja poma­ga­łam pro­wa­dzić, radził sobie zna­ko­mi­cie. Mie­li­śmy rezer­wa­cje na cały sezon, taras od strony morza dniem i nocą był pełen gości, Andreas roz­wa­żał nawet, czy nie kupić kolej­nej nie­ru­cho­mo­ści po dru­giej stro­nie Agios Niko­laos, w pobliżu plaży Ammo­udi. To spra­wiło, że na hory­zon­cie poja­wił się znowu jego kuzyn i wspól­nik Yan­nis; od tej pory stali się nie­mal nie­roz­łączni... a ja czu­łam, że pomału odjeż­dżam na boczny tor. Jako wolny strze­lec zaczę­łam znowu reda­go­wać - dla nowego wydaw­nic­twa, Cau­ston Books - i wła­śnie koń­czy­łam pracę nad trze­cim z serii bar­dzo dobrych skan­dy­naw­skich kry­mi­na­łów w stylu noir. Czy to, że sie­dzia­łam z kom­pu­te­rem na bal­ko­nie mojej sypialni, wysy­ła­łam notatki e-mailem i spo­ty­ka­łam się z ludźmi przez Zoom, w ogóle miało sens? Co ja wła­ści­wie wypra­wia­łam? Moja głowa była w Lon­dy­nie, a serce już nie nale­żało do Krety.

Rany. Brzmi to wszystko jak sym­fo­nia jęków, a prze­cież wcale nie o to mi cho­dziło. Po pro­stu pró­buję wyja­śnić, dla­czego w końcu uzna­łam, że już dość i pora wró­cić do domu. Andreas zawiózł mnie na lot­ni­sko Hera­klion, lecz mimo że w hali odlo­tów przy­tu­li­li­śmy się czule, oboje wie­dzie­li­śmy, że to ostatni raz, że pod­ję­łam słuszną decy­zję i że - choć na zawsze pozo­sta­niemy przy­ja­ciółmi - nie jeste­śmy już zako­chani. Przy­naj­mniej nie w sobie nawza­jem. Gdy samo­lot wspi­nał się na wyso­kość dzie­wię­ciu tysięcy metrów, myśla­łam o wszyst­kich tych cudow­nych chwi­lach, które spę­dzi­li­śmy razem. Bolało, gdy zosta­wia­łam te wspo­mnie­nia za sobą, porwane pędem powie­trza, ale wie­dzia­łam, że tak trzeba. Mia­łam pięć­dzie­siąt pięć lat i zaczy­na­łam nowe życie.

Wró­ci­łam na Cro­uch End w pół­noc­nej czę­ści Lon­dynu. Wła­śnie tam miesz­ka­łam, gdy pozna­łam Andre­asa, i czu­łam się tam kom­for­towo. Zna­łam w oko­licy mnó­stwo ludzi, a i dojazd do Suf­folk był dogodny, gdy mia­łam ochotę zoba­czyć się z moją sio­strą, Katie. Dawne miesz­ka­nie sprze­da­łam, żeby kupić hotel, ale wcale nie wyszłam na tym źle. Andreas spła­cił moje udziały z nawiązką, gdy więc dorzu­ci­łam oszczęd­no­ści i prze­ko­na­łam bank, że może mi udzie­lić kre­dytu hipo­tecz­nego, który pra­wie będę w sta­nie spła­cać, mia­łam dość pie­nię­dzy, żeby kupić nowe miesz­ka­nie, led­wie o kilka ulic od moich sta­rych śmieci. Była to jed­no­po­zio­mowa sute­rena z dwiema sypial­niami (z któ­rych jedna miała mi posłu­żyć jako gabi­net), przy­zwo­itej wiel­ko­ści kuch­nią połą­czoną z salo­nem oraz nie­dużą łazienką, wci­śniętą pod schody wio­dące do dwóch miesz­kań powy­żej. Praw­dziwą perełką był ogró­dek za podwój­nymi drzwiami bal­ko­no­wymi, z odro­biną bruku, murem poro­śnię­tym blusz­czem oraz dosta­teczną ilo­ścią zie­leni, by stwo­rzyć ilu­zję, że to uro­czy zaką­tek na wsi. Od ulicy dzie­liły go dość koślawe drzwi - oto mia­łam swój tajem­ni­czy ogród. Była w nim nawet mętna sadzawka z dwiema zło­tymi ryb­kami, któ­rym nada­łam imiona: Hero i Lean­der.

Kolejne trzy mie­siące minęły w eks­pre­so­wym tem­pie. Przy­je­cha­łam aku­rat w sezo­nie wio­sen­nych wyprze­daży i wpa­dłam w szał zaku­pów: wybra­łam meble, akce­so­ria i wszystko, czego potrze­bo­wa­łam w kuchni: garnki, patel­nie, kie­liszki, a nawet nowy zlew. Zna­la­złam też miej­sco­wych budow­lań­ców, któ­rym zle­ci­łam reno­wa­cję łazienki i malo­wa­nie nie­któ­rych poko­jów. Dla sie­bie zaś kupi­łam cał­kiem nowe ubra­nia, gdyż te, które nosi­łam na Kre­cie, w Lon­dy­nie były kom­plet­nie bez­u­ży­teczne. Zaraz potem wyda­łam pie­nią­dze na nie­po­trzeb­nie zabyt­kową szafę, żeby to wszystko gdzieś pomie­ścić. Wojo­wa­łam z hydrau­li­kami i elek­try­kami, a potem spę­dzi­łam godziny z tele­fo­nem w ręku, cze­ka­jąc na roz­mowy z dostaw­cami Inter­netu i agen­tami ubez­pie­cze­nio­wymi. Naj­lep­sze z tego wszyst­kiego było zaś to, że oca­li­łam mojego sta­rego MGB Road­stera, któ­rego nie zdą­ży­łam sprze­dać, wyjeż­dża­jąc z kraju - być może w głębi duszy wie­dzia­łam, że pew­nego dnia będzie mi jesz­cze potrzebny. Dopiero gdy wypro­wa­dzi­łam go z absur­dal­nie dro­giego garażu w King's Cross i bez­tro­sko wyprze­dza­łam wóz poli­cyjny na High­gate Hill, dotarło do mnie, jak roz­sąd­nie postą­pi­łam, zatrzy­mu­jąc sobie ten samo­chód, i jak bar­dzo stał się czę­ścią mojego życia.

Odwie­dzi­łam sta­rych zna­jo­mych i poszłam na kilka książ­ko­wych pre­mier, by obwie­ścić światu, że wró­ci­łam na dobre. Poje­cha­łam też do Suf­folk i zatrzy­ma­łam się u Katie, która - od nie­dawna roz­wie­dziona - podob­nie jak ja miesz­kała teraz w nowym domu. Spo­ty­kała się z kimś z cen­trum ogrod­ni­czego, w któ­rym pra­co­wała, a ja jesz­cze ni­gdy nie widzia­łam jej szczę­śliw­szej i bar­dziej pew­nej sie­bie. To ona prze­ko­nała mnie, żebym adop­to­wała kota, któ­rego wcale nie chcia­łam; zgo­dzi­łam się na to dopiero wtedy, gdy w schro­ni­sku obie­cali, że nie zeżre mi zło­tych rybek. Zabra­łam się wresz­cie do czy­ta­nia Jamesa Joyce'a, a było to wyzwa­nie, z któ­rym pró­bo­wa­łam się zmie­rzyć od zakoń­cze­nia stu­diów. Dokoń­czy­łam też reda­go­wa­nie tek­stu, nad któ­rym pra­co­wałam, kil­koma drob­nymi zmia­nami dopiesz­cza­jąc kolejny per­fek­cyjny triumf Politisjefinspect?r Heidi Gun­der­sen z nor­we­skiej poli­cji.

Obu­dzi­łam się w czerw­cowy pora­nek w miesz­ka­niu zala­nym słoń­cem. Hugo - mój kot - obser­wo­wał mnie z nie­du­żego fotela, który zaanek­to­wał na swoje stałe lokum. Prze­czy­ta­łam dwa­dzie­ścia stron Dubliń­czy­ków, przej­rza­łam gazetę na iPa­dzie, a potem wzię­łam prysz­nic i zja­dłam śnia­da­nie. Wła­śnie w takich chwi­lach naj­bar­dziej bra­ko­wało mi Andre­asa. Może to dziwne, ale samotne wsta­wa­nie z łóżka zawsze przy­gnę­biało mnie bar­dziej, niż to, że kła­dłam się sama. Nasta­wi­łam czaj­nik i wła­śnie się­ga­łam po kawę, gdy ode­zwała się moja komórka.

Dzwo­nił Michael Flynn, naczelny z Cau­ston Books, a więc w prak­tyce mój szef. Zna­łam go jedy­nie z Zooma, ale to wystar­czyło, bym od razu wyobra­ziła sobie jego krą­głą twarz, prze­rze­dzone już włosy oraz oku­lary wiszące na sznurku, bo, jak mi powie­dział, wiecz­nie gdzieś je gubił. Zwy­kle nosił mary­narkę i kra­wat, ale rów­nie dobrze mógł być nagi od pasa w dół, bo tylko górną połowę jego ciała widy­wa­łam, gdy spo­ty­ka­li­śmy się online. Nie wie­dzia­łam nawet, czy w ogóle ma nogi.

- Jak leci? - zapy­tał.

Już wcze­śniej mówi­łam mu, że wró­ci­łam do Lon­dynu, ale od tam­tej pory roz­ma­wia­li­śmy tylko parę razy.

- Świet­nie, dzię­kuję - odpo­wie­dzia­łam.

- A jak tam nowy dom?

- To tylko miesz­ka­nie. Ale jestem bar­dzo szczę­śliwa. Pasuje mi pod każ­dym wzglę­dem.

- Miło mi to sły­szeć. Posłu­chaj, wiem, że dzia­łam z zasko­cze­nia, ale czy nie mogła­byś dzi­siaj do mnie wpaść?

- Dosta­łeś tę nową książkę o Gun­der­sen, którą ci wysła­łam?

- Dosta­łem, wszystko gra, ale mamy coś nowego i muszę przy­znać, że była­byś ide­alna do tej roboty.

- Wyślesz mi tekst?

Przez chwilę w słu­chawce pano­wała cisza.

- To nie takie pro­ste. Myślę, że powin­ni­śmy poroz­ma­wiać. Wpad­nij koło połu­dnia, to zjemy razem lunch.

- Zain­try­go­wa­łeś mnie, Michael. W takim razie będę o dwu­na­stej. Naprawdę nie powiesz mi, o co cho­dzi?

Kolejna pauza.

- O Atti­cusa Pünda - odpo­wie­dział i roz­łą­czył się.

Ciąg dalszy nastąpi

Redak­cja Cau­ston Books mie­ściła się na skraju Vic­to­rii, oko­licy nie­szcze­gól­nie koja­rzo­nej z lite­ra­turą piękną. Zaj­mo­wała przy­zie­mie i cztery pię­tra nowo­cze­snego biu­rowca z wej­ściem jak do ter­mi­nalu lot­ni­ska, bufe­tem na par­te­rze oraz win­dami, do któ­rych trzeba było mieć elek­tro­niczny iden­ty­fi­ka­tor. Masze­ru­jąc przez hol pełen ekra­nów tele­wi­zyj­nych, na któ­rych migały raz po raz okładki ksią­żek - choć żad­nej praw­dzi­wej książki nie było w zasięgu wzroku - pomy­śla­łam o tym, jak długą karierę mam już za sobą. Dawno minęły dni nie­za­leż­nego domu wydaw­ni­czego upchnię­tego gdzieś w sta­rej wozowni, za solid­nymi drew­nia­nymi drzwiami i oknami wyku­szo­wymi. Spę­dzi­łam w Clo­ver­leaf jede­na­ście lat i przy­zwy­cza­iłam się do wąskich kory­ta­rzy, mar­nego oświe­tle­nia i poko­jów, które chyba spe­cjal­nie urzą­dzono tak, by jak naj­trud­niej było zna­leźć tych, któ­rzy naprawdę coś zna­czyli w wydaw­nic­twie. Z dru­giej jed­nak strony, gdy leża­łam pół­przy­tomna, a pło­mie­nie ocho­czo poże­rały wszystko wokół mnie, przy­szło mi na myśl, że te boaze­rie na ścia­nach, zaku­rzone dywany i zasłony, które w sumie nada­wały temu miej­scu cha­rak­ter, cał­kiem dosłow­nie nie dadzą mi żyć, więc jeśli jakimś cudem prze­trwam, trzeba będzie pomy­śleć o zmia­nach. Otwarte prze­strze­nie z rów­nymi rzę­dami biu­rek oddzie­lo­nych szkla­nymi prze­pie­rze­niami, jed­nakowe meble i oświe­tle­nie przy­ja­zne pra­cow­ni­kom być może nie miały w sobie wiele z ducha T.S. Eliota czy W. Somer­seta Mau­ghama, ale przy­naj­mniej nikogo nie pró­bo­wały zabić.

Tak czy ina­czej, to nie archi­tek­tura i nie wypo­sa­że­nie biur odróż­nia jed­nego wydawcę od dru­giego. To ludzie. Gdy krótko przed połu­dniem wcho­dzi­łam do sie­dziby Cau­ston Books, wła­śnie Jeanette - recep­cjo­nistka, któ­rej ni­gdy wcze­śniej nie spo­tka­łam, ale która wie­działa, że przyjdę, i powi­tała mnie jak starą przy­ja­ciółkę - spra­wiła, że poczu­łam się jak w domu. Wrę­czyła mi obo­wiąz­kową smycz, otwo­rzyła pra­wie lot­ni­skową bramkę bez­pie­czeń­stwa, a nawet pomo­gła zapro­gra­mo­wać windę tak, by zabrała mnie pro­sto do celu.

Michael Flynn cze­kał na mnie na czwar­tym pię­trze. Był bez kra­wata, ale na szczę­ście miał i nogi, i spodnie. Spo­ty­ka­li­śmy się po raz pierw­szy, lecz prze­cież nie byli­śmy sobie obcy, dla­tego nie waha­li­śmy się długo i zamiast podać sobie ręce, zde­cy­do­wa­li­śmy się na bar­dziej nowo­cze­sny przy­ja­zny uścisk. Dopeł­niw­szy powi­tal­nego rytu­ału, Michael popro­wa­dził mnie kory­ta­rzem mię­dzy rega­łami peł­nymi ksią­żek z jed­nej strony a tłum­kiem ludzi w dżin­sach i T-shir­tach z dru­giej. Wszy­scy gar­bili się przed moni­to­rami, z małymi bia­łymi słu­chaw­kami wetknię­tymi w uszy; wszy­scy też byli co naj­mniej o dwa­dzie­ścia lat młodsi ode mnie.

W sali kon­fe­ren­cyj­nej, którą dla nas wybrał, zasie­dli­śmy po prze­ciw­nych stro­nach stołu, o wiele za dużego dla dwojga ludzi i oto­czo­nego wol­nymi krze­słami. Od razu zauwa­ży­łam, że oprócz ter­mosu z kawą, mleka i her­bat­ni­ków czeka na mnie maszy­no­pis. Spo­czy­wał na nim, zapewne nie­przy­pad­kowo, notat­nik. To wła­śnie był powód naszego spo­tka­nia.

- Bar­dzo się cie­szę, że przy­szłaś, Susan - zagaił Michael. - Napi­jesz się kawy?

- Tak, dzię­kuję.

Moż­liwe, że kawa cze­kała tu na mnie od godziny, ale wciąż była gorąca. Praw­dziwy Michael Flynn podo­bał mi się bar­dziej niż jego ekra­nowy wize­ru­nek. Na żywo wydał mi się sil­niej­szy; pew­nie nie bez powodu zaj­mo­wał pro­mi­nentne sta­no­wi­sko w fir­mie zatrud­nia­ją­cej ponad setkę ludzi. O dziwo, był jed­no­cze­śnie jakby cich­szy i bar­dziej ludzki niż pod­czas naszych poprzed­nich roz­mów. To wła­śnie jest naj­gor­sze w Zoo­mie: dostar­cza obraz i dźwięk, ale wysysa prak­tycz­nie wszystko inne.

- I jak ci się żyje znowu w Lon­dy­nie? - zapy­tał. W jego wymo­wie była ele­gan­cja spi­ke­rów BBC z cza­sów dru­giej wojny świa­to­wej.

- Dziw­nie.

- Ale wró­ci­łaś na stałe?

- Tak sądzę.

- To dobra wia­do­mość, bo sie­dząc na Kre­cie, wyko­ny­wa­łaś dla nas świetną robotę, ale wydaje mi się, że mając cię pod ręką, będziemy mogli zaofe­ro­wać jesz­cze cie­kaw­szy mate­riał.

- Czy to ozna­cza, że zostanę przy­jęta na etat? - spy­ta­łam. Jako wol­nemu strzel­cowi pła­cili mi od godziny, a może raczej od słowa, i nie mogłam korzy­stać z żad­nych bene­fi­tów czy pra­cow­ni­czego ubez­pie­cze­nia.

Michael lekko zmru­żył oczy, a ja pomy­śla­łam, że nie­chcący zde­ner­wo­wa­łam go pyta­niem pro­sto z mostu.

- Oba­wiam się, że w tej chwili nie ma takiej moż­li­wo­ści - odpo­wie­dział. - Ale, jak już mówi­łem przez tele­fon, mamy dla cie­bie nowy pro­jekt. Jeśli sobie pora­dzisz, będziemy otwarci na nego­cja­cje.

- Atti­cus Pünd - mruk­nę­łam.

- Wła­śnie. - Dał mi jasno do zro­zu­mie­nia, kto tu rzą­dzi i w jaki spo­sób wyobraża sobie nasze rela­cje. - Jak wiesz, wydaw­nic­two Orion Books wzno­wiło dzie­więć powie­ści Alana Con­waya. Sprze­dały się zaska­ku­jąco dobrze, jeśli wziąć pod uwagę to, o czym już wszy­scy wie­dzą: że Alan nie sza­no­wał ani boha­tera, któ­rego stwo­rzył, ani wła­snych czy­tel­ni­ków.

- Łagod­nie to ują­łeś.

- No... fakt. - Michael spoj­rzał na mnie współ­czu­jąco i dodał: - Wiem, że współ­praca z tym czło­wie­kiem nie była dla cie­bie szcze­gól­nie przy­jemna...

- Współ­praca z nim w ogóle nie była przy­jemna, ale i tak cie­szę się, że książki odnio­sły suk­ces.

Zadzi­wia­jące, że przy­pad­kowe spo­tka­nie przed trzy­dzie­stu laty zaowo­co­wało czymś, co wedle dowol­nych norm można nazwać wyłącz­nie w jeden spo­sób: wydaw­ni­czym feno­me­nem. Alan zaczął doro­słe życie jako nauczy­ciel angiel­skiego w pry­wat­nej szkole, w któ­rej uczyli się mój sio­strze­niec i moja sio­strze­nica. Już wtedy był wybit­nie nie­po­pu­larny i powin­nam była uznać to za sygnał ostrze­gaw­czy. Dzie­się­cio­latki z reguły szybko wyczu­wają, skąd wieje wiatr. Cza­sem myślę, że Katie przed­sta­wiła mi Con­waya w nadziei, iż prze­ko­nam go do odej­ścia ze szkoły.

I tak wła­śnie się stało. Prze­czy­ta­łam ręko­pis i choć wyma­gał popra­wek, powieść Tro­pi­ciel Atti­cus Pünd z miej­sca stała się best­sel­le­rem oraz zaląż­kiem serii, którą udało się sprze­dać na całym świe­cie w trzy­dzie­stu prze­kła­dach i osiem­na­stu milio­nach egzem­pla­rzy, dzięki czemu Alan zaro­bił for­tunę. Zgar­nął też mnó­stwo nagród lite­rac­kich oraz srebrny medal i hono­rowe oby­wa­tel­stwo Heidel­bergu. Gdy opu­ścił Wood­bridge School, kupił sobie rezy­den­cję opo­dal Fram­lin­gham i na cześć jed­nego z opo­wia­dań o Sher­locku Hol­me­sie nazwał ją Abbey Grange, co, jak myślę, wiele mówi o jego natu­rze. BBC była bli­ska reali­za­cji ośmio­od­cin­ko­wego serialu zaty­tu­ło­wa­nego "Przy­gody Atti­cusa", ponoć z Mad­sem Mik­kel­se­nem w roli głów­nej. Wszyst­kie plany jed­nak wzięły w łeb, gdy pisarz odszedł z tego świata, zepchnięty z wieży swej luk­su­so­wej rezy­den­cji.

Alan ni­gdy mnie nie zapro­sił do Abbey Grange i w ogóle jakoś nie mogli­śmy się doga­dać. Spo­ty­ka­łam już auto­rów, któ­rzy nie ufali swym redak­to­rom, ale tylko on był tak upo­rczy­wie wrogi. Każda moja suge­stia, każde cię­cie w tek­ście, nawet każde pyta­nie - wszystko nie­odmien­nie pro­wa­dziło do kłótni i potrze­bo­wa­łam sporo czasu, by zro­zu­mieć, że to nie mnie darzy taką anty­pa­tią. Nie zno­sił ksią­żek, które - jak uwa­żał - był zmu­szony pisać. Mówiąc wprost, chciał być Sal­ma­nem Rush­diem, a nie Aga­thą Chri­stie, lecz to było po pro­stu nie­moż­liwe. Utknął na dobre z tym, kim naprawdę był.

- Tak czy ina­czej, wyprze­dzi­li­śmy Oriona o krok - rzekł Michael. - Ktoś od nas wpadł na genialny pomysł, żeby zamó­wić nową powieść o Atti­cu­sie Pündzie.

- Już bez Alana - dopo­wie­dzia­łam.

- Otóż to. Po pro­stu kon­ty­nu­ację. W przy­padku Jamesa Bonda i Seba­stiana Faulksa plan spraw­dził się wybor­nie - dodał prędko, nim zdą­ży­łam mu prze­rwać. - Z pew­no­ścią wiesz, że Pie­kło poczeka było naj­szyb­ciej sprze­da­jącą się powie­ścią od cza­sów Harry'ego Pot­tera... Przy­naj­mniej do poja­wie­nia się Richarda Osmana. Ale mamy też nowe przy­gody Her­ku­lesa Poirota, Sher­locka Hol­mesa, Jeevesa i Woostera, są kon­ty­nu­acje Auto­sto­pem przez Galak­tykę... - Uśmiech­nął się. - Pro­sta prawda jest taka, że nikogo nie obcho­dzi Alan Con­way, Atti­cus Pünd i bez niego świet­nie sobie pora­dzi.

Moż­liwe, że zabrzmiało to dość cynicz­nie, ale miał rację. To dziwne, ale nie­które posta­cie rze­czy­wi­ście prze­ra­stają auto­rów, któ­rzy je stwo­rzyli. W lite­ra­tu­rze popu­lar­nej jest ich dzi­kie mnó­stwo. Mię­dzy innymi dla­tego Conan Doyle cisnął Sher­locka Hol­mesa w odmęty wodo­spadu Reichen­bach: czuł, że popu­larny boha­ter maskuje przed świa­tem jego praw­dziwy talent. Zarówno A.A. Milne, jak i jego syn, Chri­sto­pher Robin, z cza­sem znie­na­wi­dzili Kubu­sia Puchatka, Pio­truś Pan zaś zosta­wił po sobie wręcz kolek­cję tru­pów. Co łączy Mary Pop­pins, Tar­zana, Czar­no­księż­nika z Kra­iny Oz oraz Dra­culę? Otóż to, że zna te posta­cie pół świata, ale pew­nie mało kto potrafi podać nazwi­ska auto­rów, któ­rzy je stwo­rzyli.

- Pół roku temu nawią­za­li­śmy kon­takt z Jame­sem Tay­lo­rem - powie­dział Michael. - Zdaje się, że go znasz. Miesz­kał z Ala­nem i odzie­dzi­czył po nim dom, pie­nią­dze oraz spu­ści­znę lite­racką. Zło­ży­li­śmy mu ofertę za prawo do wyda­nia trzech nowych powie­ści. Zdu­mie­wa­jące, że w Orio­nie na to nie wpa­dli. Tak czy ina­czej, prze­ko­na­li­śmy Jamesa, że i tak zro­bimy to lepiej niż oni. Widzia­łaś może nowe okładki, które przy­go­to­wali dla wzno­wień? Ponure i nudne, moim zda­niem. Choć oczy­wi­ście James ma w nosie takie dro­bia­zgi, jak styl czy wize­ru­nek. Inte­re­sują go tylko kon­krety. Nasza oferta była bar­dzo szczo­dra, a w dodatku zapro­po­no­wa­li­śmy mu rolę kon­sul­tanta. Cie­szył się jak dziecko.

W ogóle mnie to nie zdzi­wiło. Zna­łam Jamesa cał­kiem dobrze - spo­tka­łam go, gdy wybra­łam się do Suf­folk w poszu­ki­wa­niu ostat­niego roz­działu Mor­derstw w Somer­set, a potem raz jesz­cze, gdy powró­ci­łam do Anglii tro­pem mor­der­stwa sprzed ośmiu lat - wska­zówka do roz­wią­za­nia zagadki ukryta była w trze­ciej czę­ści cyklu zaty­tu­ło­wa­nej Atti­cus Pünd przej­muje sprawę. Jako dwu­dzie­sto­pa­ro­la­tek James ofe­ro­wał w Lon­dy­nie usługi "męż­czy­zny do towa­rzy­stwa" i w takim cha­rak­te­rze przed­sta­wiono go Ala­nowi, który w owym cza­sie był żonaty i sta­ran­nie ukry­wał swoje skłon­no­ści. Prawdę mówiąc, James bar­dzo mu pomógł dojść do ładu z wła­sną sek­su­al­no­ścią; nie­wy­klu­czone, że wydo­był z jego osoby to, co naj­lep­sze. Nagroda za to była nader sowita. Zamiesz­kał z Ala­nem w Abbey Grange i - jak wła­śnie wspo­mniał Michael - odzie­dzi­czył po nim cały mają­tek. James był bez­czelny, nachalny, nie­wierny, samo­lubny i lubieżny, ale jakimś cudem i tak go lubi­łam. Gdy widzie­li­śmy się po raz ostatni, zje­dli­śmy razem lunch w Le Caprice. Nie tylko zapła­cił wtedy rachu­nek, ale i dostar­czył mi cen­nych wska­zó­wek potrzeb­nych do roz­wią­za­nia zagadki mor­der­stwa Franka Par­risa i znik­nię­cia Cecily Tre­herne. Ucie­szy­łam się na myśl o ponow­nym spo­tka­niu.

- W każ­dym razie Alan Con­way nie jest nam do niczego potrzebny - pod­su­mo­wał Michael.

- Bar­dzo moż­liwe - zgo­dzi­łam się. - Zresztą ja i tak nie mogła­bym już z nim pra­co­wać. Inna sprawa, że nie­ła­two wsko­czyć w jego buty. Wymy­ślał świetne fabuły. Miał dobre ucho do dia­lo­gów i lubi­łam jego boha­te­rów. Z tru­dem prze­cho­dzą mi przez gar­dło te słowa, ale on był naprawdę świet­nym pisa­rzem... Przy­naj­mniej wtedy, gdy nie pró­bo­wał stwo­rzyć kolej­nej pozy­cji w serii nowo­cze­snych kla­sy­ków Pen­gu­ina. - Zer­k­nę­łam na maszy­no­pis. Tytuł i nazwi­sko autora wciąż były nie­wi­doczne. - Rozu­miem, że to ta nowa powieść? - dorzu­ci­łam.

- Pierw­sze trzy­dzie­ści tysięcy słów. W bar­dzo robo­czej wer­sji.

- Wydru­ko­wa­łeś spe­cjal­nie dla mnie.

Był to nasz stały gag. Pew­nie jestem sta­ro­świecka, ale Michael wie­dział, że wolę pra­co­wać na papie­rze. W dzi­siej­szych cza­sach bodaj wszystko dzieje się na ekra­nie kom­pu­tera, lecz ja zawsze czu­łam, że ręko­pis czy maszy­no­pis ma wię­cej wspól­nego z praw­dziwą, gotową książką, a zmiany w tek­ście lubię wpro­wa­dzać wła­sno­ręcz­nie. Gdy jesz­cze miesz­ka­łam na Kre­cie, kupi­łam sobie tan­detną dru­karkę i cza­sem przez pół poranka cze­ka­łam na papie­rową kopię, zanim mogłam zabrać się do pracy.

- Tak - odparł z uśmie­chem Michael. - I już czeka na twój czer­wony dłu­go­pis.

- Powiesz mi wresz­cie, kto to napi­sał?

- Natu­ral­nie, cho­ciaż muszę cię pro­sić, żebyś na razie zacho­wała tę infor­ma­cję dla sie­bie. Tak się składa, że znasz autora. - Zawie­sił głos dla więk­szego efektu. - To Eliot Crace.

Na krótką chwilę zabra­kło mi słów... całych trzy­dzie­stu tysięcy. Było to ostat­nie nazwi­sko, które spo­dzie­wa­łam się usły­szeć.

- Pra­co­wa­łaś z nim w Clo­ver­leaf - przy­po­mniał mi Michael.

- To nie do końca prawda. Widzia­łam go ze dwa razy, ale nie mia­łam z nim nic wspól­nego. To Char­les go pole­cił i Char­les z nim współ­pra­co­wał, nie ja.

- Nie lubi­łaś go?

- Gdy spo­tka­łam go po raz pierw­szy, był pijany. Za dru­gim razem... zakrwa­wiony. Twier­dził, że wypadł z auto­busu.

- Tak. I ja zada­wa­łem sobie pyta­nie, czy aby słusz­nie robimy, korzy­sta­jąc z jego usług, ale osta­tecz­nie pod­ję­li­śmy ryzyko. Jed­nym z two­ich zadań będzie utrzy­ma­nie go w ryzach. To dla nas ważna książka, i to z wielu powo­dów, więc nie chcemy żad­nych wybry­ków z jego strony. Miejmy nadzieję, że naj­gor­sze chwile ma już za sobą. Ile miał lat, gdy go pozna­łaś? Dwa­dzie­ścia parę? Teraz jest żonaty. Sama zoba­czysz, że się ustat­ko­wał.

- A co z jego pió­rem?

- Ty mi to powiesz, gdy poczy­tasz - odrzekł Michael, dole­wa­jąc sobie kawy. - Znasz się na kry­mi­na­łach znacz­nie lepiej niż ja. Z tego, co prze­czy­ta­łem, wno­szę jed­nak, że Eliot świet­nie się spi­sał. Czuć podo­bień­stwo do ory­gi­nału.

- Kiedy toczy się akcja? - Spy­ta­łam o to z waż­nego powodu. W ostat­niej powie­ści u Atti­cusa Pünda wykryto guza mózgu. To był jego wodo­spad Reichen­bach. Alan zosta­wił swemu boha­te­rowi led­wie kilka mie­sięcy życia.

- Zaraz po Mor­der­stwach w Somer­set.

- Zatem musi się toczyć bar­dzo wartko.

- I tak jest. Atti­cus Pünd jest chory. Spo­tyka zna­jomą star­szą panią, lady Chal­font, która zapra­sza go do swego domu na połu­dniu Fran­cji...

Zna­łam to nazwi­sko. Lady Chal­font poja­wiła się już w Ginie i cyjanku, szó­stej powie­ści z serii.

- ...i wyznaje, że coś pod­słu­chała i oba­wia się o swoje życie. Wkrótce potem natu­ral­nie ginie. Jej rodzina jest dość upiorna, ale to mąż... drugi mąż... wydaje się głów­nym podej­rza­nym. Mia­łem nadzieję, że prze­czy­tasz tyle tek­stu, ile już mamy, a następ­nie pomo­żesz Elio­towi dokoń­czyć robotę. Chcie­li­by­śmy publi­ko­wać na początku przy­szłego roku.

Wiele jest dzi­wacz­nych reguł w wydaw­ni­czym światku, a jedna z nich mówi o tym, że ter­miny zawsze są zbyt krót­kie i ni­gdy nie ma dość czasu, żeby zdą­żyć ze wszyst­kim. Doko­na­łam w pamięci szyb­kich obli­czeń.

- Mało czasu - zauwa­ży­łam.

- Eliot długo zabie­rał się do pisa­nia. - Michael musiał dostrzec moją minę, bo natych­miast dodał: - To nie była jego wina. Zale­żało mu na świet­nej fabule, więc spę­dził sporo czasu, dopra­co­wu­jąc jej struk­turę. - Uśmiech­nął się po raz drugi, a ja odnio­słam wra­że­nie, że robi to tak, jak włą­cza się i wyłą­cza świa­tło. - Gdy tylko usły­sza­łem, że wra­casz do kraju, Susan, pomy­śla­łem, że będzie z was ide­alny duet. W końcu to ty odkry­łaś Alana Con­waya. Świet­nie znasz styl jego prozy i roz­ma­ite sztuczki pisar­skie, które sto­so­wał. Nie twier­dzę, że to będzie powieść dosko­nała, ale pod twoim nad­zo­rem może stać się best­sel­le­rem. Wszy­scy kochają Atti­cusa Pünda, a Eliot jest rów­nie znany... przy­naj­mniej z nazwi­ska. Naprawdę sądzę, że możemy mieć w rękach ryn­kowy prze­bój.

- Dwie książki, które Eliot napi­sał, współ­pra­cu­jąc z Clo­ver­leaf, nie sprze­dały się zbyt dobrze - zauwa­ży­łam.

Zazwy­czaj nie pozwa­lam sobie na tak nega­tywne nasta­wie­nie, ale naprawdę mia­łam sporo powo­dów, by trzy­mać się z daleka od tego pro­jektu. Poza tym mówi­łam prawdę - marna sprze­daż była głów­nym powo­dem, dla któ­rego trze­cia powieść już się nie uka­zała.

- Czy­ta­łem je - odparł Michael - i podo­bały mi się. Nie­wy­klu­czone, że zawiódł mar­ke­ting.

- Zro­bi­li­śmy, co w naszej mocy. - Iry­to­wała mnie jego kry­tyka, ale sta­ra­łam się tego nie oka­zy­wać. - No dobrze - doda­łam po chwili. - Prze­czy­tam i ode­zwę się. Gdzie teraz mieszka Eliot?

- W zachod­nim Lon­dy­nie. Not­ting Hill Gate. Nawia­sem mówiąc, bar­dzo się ucie­szył, gdy mu wspo­mnia­łem, że spo­tkam się z tobą. Pamięta cię z Clo­ver­leaf i jest w pełni świa­domy tego, ile zro­bi­łaś dla Alana Con­waya.

- To miłe z jego strony. - Zer­k­nę­łam na wydruk. - Poznam wresz­cie tytuł? - spy­ta­łam.

- Natu­ral­nie.

Michael obró­cił plik kar­tek i zdjął zeń swój notat­nik.

Tytuł wid­niał na pierw­szej stro­nie, czarno na bia­łym.

PÜND: OSTAT­NIA SPRAWA

Eliot Crace

Dzie­siąty tom dzie­wię­cio­czę­ścio­wej serii.

- To ana­gramp - powie­dzia­łam.

- Słu­cham?

To był pry­watny żar­cik. Nie musia­łam wyja­śniać.

Myśli

Alan Con­way nie lubił pisać powie­ści kry­mi­nal­nych, więc dla roz­rywki pro­wa­dził drobne gierki z czy­tel­ni­kami. Ukry­wał je, rzecz jasna - były to jego zagadki w zagad­kach. Wzmianka o lady Chal­font przy­po­mniała mi na przy­kład, bez waż­nego powodu, że wszyst­kie posta­cie Ginu i cyjanku nosiły nazwi­ska zapo­ży­czone od sta­cji lon­dyń­skiego metra. Czci­godna dama nazwana została na cześć przy­stanku Chal­font and Lati­mer na linii Metro­po­li­tan; byli też Adam i Arte­mis Peri­vale z towa­rzy­skiej śmie­tanki, lokaj nazwi­skiem Hil­ling­don oraz detek­tyw inspek­tor Stoc­kwell. Pamię­tam, że byłam nawet zasko­czona, iż gdzieś w tle nie poja­wił się lord Edgware.

Gier słow­nych było znacz­nie wię­cej: akro­sty­chy, ana­gramy, kryp­to­gramy, szy­fry. Spra­wiały, że czy­tel­nik wikłał się w dekon­struk­cję książki - zamiast sku­piać uwagę na fabule i posta­ciach, zaczy­nał ana­li­zo­wać naj­drob­niej­sze klocki, z któ­rych była zbu­do­wana: same litery. Mię­dzy innymi dla­tego jako redak­torka mia­łam z Ala­nem tyle pro­ble­mów. Pro­si­łam go na przy­kład, żeby wyciął zbędny szcze­gół albo zmie­nił szyk zda­nia, które nie brzmiało zbyt natu­ral­nie, a on nie­spo­dzie­wa­nie wybu­chał gnie­wem. Z cza­sem zrozumia­łam, że jego książki są pełne zaga­dek, któ­rych pew­nie nie zauważy żaden czy­tel­nik, ale gdy pró­bo­wa­łam przy nich mani­pu­lo­wać, psu­łam auto­rowi całą zabawę.

Char­les Clo­ver, dyrek­tor Clo­verleaf Books oraz redak­tor czte­rech ostat­nich powie­ści Alana, doświad­czył tego na wła­snej skó­rze, gdy wyda­wał Mor­der­stwa w Somer­set. Jedli razem kola­cję w restau­ra­cji Ivy i Char­les użył tytułu Zagadka mor­derstw w Somer­set, wspo­mi­na­jąc o naj­now­szej książce. Alan dostał szału. Tytuł brzmi: Mor­der­stwa w Somer­set!, wykrzy­czał. Nie życzył sobie żad­nych "zaga­dek". Minęło sporo czasu, zanim się zorien­to­wa­li­śmy, że tytuły dzie­wię­ciu powie­ści o Atti­cu­sie Pündzie nie są przy­pad­kowe - ich pierw­sze litery two­rzyły akro­stych. Tro­pi­ciel Atti­cus Pünd, Oprawcy nie zaznają spo­koju, Atti­cus Pünd przej­muje sprawę, Noc przy­zywa i tak dalej. Dzie­więć liter two­rzyło hasło: TO ANA­GRAM.

Nie ana­gramp.

Doda­jąc dzie­siąty tytuł - Pünd: ostat­nia sprawa - Eliot Crace zepsuł Ala­nowi żart.

Wró­ci­łam do Cro­uch Endu zaraz po spo­tka­niu z Micha­elem Flyn­nem. Zapro­sił mnie na lunch, ale odmó­wi­łam - nie mia­łam mu nic wię­cej do powie­dze­nia i wola­łam być sama. Choć zabra­łam z sobą maszy­no­pis, nie byłam gotowa zasiąść do czy­ta­nia. Prawdę mówiąc, choć potrze­bo­wa­łam pie­nię­dzy, w ogóle nie chcia­łam brać tego zle­ce­nia.

Przede wszyst­kim - nie lubię kon­ty­nu­acji. Odrzuca mnie już sama nazwa. Można pisać powie­ści histo­ryczne, fan­ta­stycz­no­nau­kowe, romanse - sama tema­tyka wiele mówi o zain­te­re­so­wa­niach autora i o tym, co go inspi­ro­wało. Ale kto chce two­rzyć tylko po to, żeby kon­ty­nu­ować dzieło innego? Gdzie tu sens?

Pamię­tam dobrze, jak naro­dził się ten trend - to od Seba­stiana Faulksa zaczęła się ta mania kal­ko­wa­nia. Jego powieść o Bon­dzie odnio­sła wielki suk­ces, lecz zaraz potem nie­mal każdy wydawca zapra­gnął połą­czyć zna­nego autora z popu­larną posta­cią w nadziei na szybki zysk. Pamię­tam, że ktoś pod­rzu­cił mi pomysł, by Val McDer­mid napi­sała ciąg dal­szy Dok­tora Jekylle'a i pana Hyde'a. Nikt jej tego ofi­cjal­nie nie zapro­po­no­wał, ale podej­rze­wam, że gdyby była zain­te­re­so­wana, i ja weszła­bym w ten pro­jekt, bo bar­dzo chcia­ła­bym z nią popra­co­wać. Mimo to w zasa­dzie moje poglądy pozo­stały nie­zmienne. Co zosta­nie z prozy, jeśli odbie­rzemy jej ory­gi­nal­ność?

Moje wąt­pli­wo­ści wobec kon­ty­nu­acji przy­gód Pünda się­gały jed­nak znacz­nie głę­biej.

Nie­mal od dnia, w któ­rym się pozna­li­śmy, Alan Con­way przy­spa­rzał mi samych pro­ble­mów. Daw­niej byłam zda­nia, że po pro­stu pisze wcią­ga­jące histo­rie, lecz szybko się oka­zało, że miały w sobie wiele z nie­bez­piecz­nej broni; prze­peł­niał je swoją złą wolą i wystrze­li­wał w świat, sie­jąc znisz­cze­nie.

Weźmy choćby to, jak bar­dzo lubił wpla­tać w fabułę swych powie­ści posta­cie swych zna­jo­mych. Wielu pisa­rzy postę­puje podob­nie. Char­les Dic­kens czer­pał z życia inspi­ra­cję dla wielu słyn­nych postaci, które stwo­rzył, choćby takich jak Bill Sikes, pan Micaw­ber, Fagin czy Scro­oge. Alan postę­po­wał per­fid­niej: celowo wypa­czał ich cha­rak­tery, two­rząc kary­ka­tury swych naj­bliż­szych. Jego sio­stra stała się zazdro­sną starą panną, jego chło­pak - idiotą, a jeden z jego uczniów prze­isto­czył się w ogrod­nika-pedo­fila. Nie dość, że był to paskudny pro­ce­der, to jesz­cze dopro­wa­dził do praw­dzi­wej tra­ge­dii: znik­nię­cia i śmierci Cecily Tre­herne, która odga­dła toż­sa­mość mor­dercy ukrytą na stro­ni­cach powie­ści Atti­cus Pünd przej­muje sprawę. Dwa razy przy­szło mi zma­gać się ze skut­kami jego pomy­słów i w obu wypad­kach omal nie skoń­czyło się to moją śmier­cią. Nie mia­łam spe­cjal­nej ochoty kusić losu po raz trzeci.

Nie było prze­cież tak, że wyszłam z opre­sji bez szwanku. Stra­ci­łam źró­dło dochodu, gdy poszło z dymem wydaw­nic­two, w któ­rym pra­co­wa­łam - i sama omal wtedy nie zgi­nę­łam. Mój wzrok doznał trwa­łych uszko­dzeń; od tam­tej pory muszę racjo­no­wać sobie moje uko­chane czy­ta­nie w led­wie godzin­nych daw­kach. Co gor­sza, całe lon­dyń­skie śro­do­wi­sko wydaw­ni­cze odwró­ciło się ode mnie, gdy oka­zało się, że Char­les Clo­ver jest zabójcą. Pano­wało powszechne prze­ko­na­nie, że Alan dostał to, na co zasłu­żył, ale za to, że z rynku znik­nęło odno­szące suk­cesy, nie­za­leżne wydaw­nic­two, a jego szef skoń­czył w wię­zie­niu, z jakie­goś powodu obwi­niano mnie. Nie mia­łam więc pracy, nikt nie chciał mnie zatrud­nić i wła­ści­wie nie mia­łam wyboru - musia­łam sprze­dać miesz­ka­nie i prze­nieść się na Kretę. A prze­cież i ta przy­goda nie skoń­czyła się szczę­śli­wie.

Z per­spek­tywy czasu widzia­łam wyraź­nie, że moje życie poto­czy­łoby się mniej wybo­istą drogą, gdy­bym ni­gdy nie poznała Alana Con­waya. Roz­są­dek naka­zy­wał mi więc teraz nie mieć z nim już nic wspól­nego. Trudno mi było uwie­rzyć, że Michael Flynn mógł wpaść na pomysł z nową powie­ścią, a co dopiero wcią­gnąć mnie do tego pro­jektu. Czu­łam się jak postać z szó­stej czy siód­mej czę­ści hor­roru, któ­rego boha­terka, choć zmie­niła nazwi­sko, prze­szła tera­pię i prze­pro­wa­dziła się na drugi koniec świata, wciąż musi ucie­kać kory­ta­rzami przed tym samym oszpe­co­nym mania­kiem w czar­nym płasz­czu i z nie­mal czter­dzie­sto­cen­ty­me­tro­wym nożem kuchen­nym w gar­ści.

Dla­czego więc ten wydruk wła­śnie leżał na moim kuchen­nym stole? Dla­czego zabra­łam go z sobą, opusz­cza­jąc sie­dzibę Cau­ston Books? Odpo­wiedź mia­łam na wycią­gnię­cie ręki. Mia­łam na karku spłatę hipo­teki w comie­sięcz­nych ratach i nawet fotel, na któ­rym wła­śnie sie­dzia­łam, obcią­żał linię kre­dy­tową mojej karty. Po pro­stu potrze­bo­wa­łam pie­nię­dzy, a co wię­cej, wydaw­nic­two Cau­ston Books było w tej chwili bodaj jedy­nym przy­byt­kiem w mie­ście, gdzie mia­łam szansę na stałe zatrud­nie­nie na nie­po­śled­nim sta­no­wi­sku. Michael Flynn sam powie­dział, że jest otwarty na nego­cja­cje. Tyle że nie mie­li­by­śmy czego nego­cjo­wać, gdy­bym mu teraz odmó­wiła.

Jadąc metrem, nawet nie zaj­rza­łam do książki, ale teraz w końcu zatrzy­ma­łam wzrok na tytule i od razu przy­szło mi na myśl, że trzeba będzie go zmie­nić. W tytu­łach poprzed­nich tomów przed­sta­wia­li­śmy boha­tera jako Atti­cusa Pünda albo po pro­stu Atti­cusa; samo Pünd brzmiało jakby zbyt ostro, po pro­stu nie paso­wało. Nie byłam też do końca prze­ko­nana, czy czy­tel­nicy zechcą śle­dzić losy detek­tywa, który snuje się po połu­dnio­wej Fran­cji, wal­cząc z ostat­nią fazą cho­roby nowo­two­ro­wej. Tak czy ina­czej, Michael zapo­wie­dział, że zama­wia trzy nowe powie­ści, a to ozna­czało, że Eliot Crace musi popro­wa­dzić boha­tera przez kolejne dwie. Podej­rze­wa­łam, że pod koniec trze­ciej nie­szczę­sny Atti­cus będzie już tylko leżał na wznak, pod­łą­czony do kro­plówki z solą fizjo­lo­giczną.

Była czter­na­sta - zde­cy­do­wa­nie zbyt wcze­sna pora na alko­hol - lecz mimo to pode­szłam do lodówki, by nalać sobie kie­li­szek wina. Na talerz wrzu­ci­łam tro­chę sałatki i twa­rożku, żeby prze­ko­nać samą sie­bie, że to po pro­stu późny lunch. Kot zja­wił się przy mnie, gdy tylko uchy­li­łam drzwi lodówki, i zaczął ocie­rać się o moją nogę. Ziry­to­wał mnie. Kobieta po pięć­dzie­siątce, żyjąca samot­nie w miesz­ka­niu na niskim par­te­rze? Dla­czego nie. Ale jeśli dodamy kota, zaczyna to trą­cić... myszką. Gry­ząc seler, spoj­rza­łam na zwie­rzaka z wyrzu­tem.

A potem pomy­śla­łam o Elio­cie Cra­sie. Musia­łam przy­znać, że wybie­ra­jąc aku­rat tego autora, Michael postą­pił cał­kiem spryt­nie.

Eliot był wnu­kiem jed­nej z naj­bar­dziej poczyt­nych bry­tyj­skich pisa­rek, któ­rej feno­men przy­ćmił nawet suk­ces Alana Con­waya. Miriam Crace wpraw­dzie ni­gdy nie two­rzyła powie­ści detek­ty­wi­stycz­nych, ale prze­cież wła­śnie o to cho­dziło Micha­elowi: pozy­skał słynne nazwi­sko, a jed­no­cze­śnie nie musiał się mar­twić porów­na­niami. Nie chciał prze­cież prze­czy­tać w recen­zji, że Eliot nie dorów­nuje babuni.

Miriam napi­sała sześć­dzie­siąt trzy książki dla dzieci w toku kariery, która trwała mniej wię­cej tyle samo lat. Była mię­dzy innymi autorką powie­ści fan­ta­stycz­nej Pań­stwo Lit­tle, opo­wia­da­ją­cej o rodzi­nie poczciw­ców mie­rzą­cych zale­d­wie dwa cale (w póź­niej­szych wyda­niach, ku jej roz­cza­ro­wa­niu, zmie­niono ich wzrost na pięć cen­ty­me­trów). Swego czasu sza­co­wano, że w 95 pro­cent bry­tyj­skich domów jest co naj­mniej jedna z jej ksią­żek, a w 40 pro­cent jest ich dzie­sięć lub wię­cej. Na całym świe­cie jej dzieła sprze­dały się w osza­ła­mia­ją­cej licz­bie miliarda egzem­pla­rzy - co może nie dało jej miej­sca w Księ­dze rekor­dów Guin­nessa, ale na pewno wystar­czyło, by prze­bić sprze­daż samej księgi - a słowo "lit­tle" stało się zro­zu­miałe w czter­dzie­stu sied­miu języ­kach, Miriam bowiem uparła się, by nazwi­sko boha­te­rów nie było tłu­ma­czone. Na zagra­nicz­nych ryn­kach nie poja­wiły się więc powie­ści zaty­tu­ło­wane Les Petits Gens czy De Sm? Man­ne­skene. Bodaj połowa dzieci na całym świe­cie dora­stała, śle­dząc losy dziadka Lit­tle, babci Lit­tle, pana i pani Lit­tle, Harry'ego, Jacka, Jasmine oraz Rose Lit­tle... a także, od końca lat dzie­więć­dzie­sią­tych, adop­to­wa­nych Karima i Njingi Lit­tle.

Wszy­scy uwiel­biali publiczny wize­ru­nek pisarki i wszyst­kim się zda­wało, że coś o niej wie­dzą, lecz tak naprawdę Miriam Crace nie afi­szo­wała się ze swym pry­wat­nym życiem. Poświę­cono jej dwie bio­gra­fie, ale w obu wypad­kach bli­sko współ­pra­co­wała z auto­rami i z tej, którą pobież­nie przej­rza­łam, natu­ral­nie wyła­niał się obraz świę­tej. Trze­cią, nie­au­to­ry­zo­waną bio­gra­fię, zamó­wiło wydaw­nic­two Har­per­Col­lins. Ponoć miały się w niej zna­leźć dość ponure fakty, lecz Fun­da­cja Crace i jej agre­sywna ekipa praw­ni­ków zagro­zili auto­rowi i wydawcy pozwem, książkę więc wyco­fano, zanim tra­fiła na półki księ­garń.

Miriam nie­chęt­nie udzie­lała wywia­dów, a czy­niła to tylko wtedy, gdy pro­mo­wała nową książkę albo chciała pobu­dzić zain­te­re­so­wa­nie dwiema orga­ni­za­cjami dobro­czyn­nymi, które wspie­rała: Fun­du­szem Biblio­tecz­nym Miriam Crace oraz sie­ro­ciń­cem St Ambrose. Wycho­wała się w duchu wiary - jej ojciec był swego czasu dia­ko­nem w Kościele kato­lic­kim - i pozo­stała jej wierna do końca życia. Być może wła­śnie dla­tego nie roz­wio­dła się ze swym mężem, Ken­ne­them River­sem. (Podob­nie jak Mar­ga­ret Chal­font, nie przy­jęła nazwi­ska męża, a co znacz­nie bar­dziej oso­bliwe, uparła się też, by nie przy­jęły go jej dzieci). Od zawsze krą­żyły pogło­ski, jakoby jej mał­żeń­stwo nie było cał­kiem szczę­śliwe; potwier­dziła je wresz­cie roczna sepa­ra­cja. W 1955 roku Miriam prze­żyła zała­ma­nie ner­wowe, zda­niem jej bio­gra­fów wywo­łane prze­pra­co­wa­niem. Spę­dziła wów­czas sześć mie­sięcy w Lozan­nie, ładu­jąc aku­mu­la­tory w pry­wat­nej kli­nice. Gdy w tym samym roku powró­ciła do Anglii, kupiła dwór Mar­ble Hall opo­dal Devi­zes w hrab­stwie Wilt­shire, a wraz z nim pięć­dzie­siąt akrów ziemi. Gdy czter­dzie­ści osiem lat póź­niej odcho­dziła z tego świata, wciąż jesz­cze miesz­kała tam z Ken­ne­them, dwoma synami, ich mał­żon­kami oraz czwor­giem wnu­ków. Obec­nie Mar­ble Hall jest dostępny dla zwie­dza­ją­cych.

Miriam Crace po dziś dzień jest liczącą się posta­cią w świe­cie wydaw­ni­czym. Co roku sprze­dają się miliony jej ksią­żek, co zresztą budzi nie­chęć wśród aktyw­nych pisa­rzy, zgod­nie żywią­cych prze­ko­na­nie, że dość już zaro­biła na swej twór­czo­ści. Fun­da­cja Miriam Crace dzia­łała pełną parą od śmierci autorki, pod świa­tłym kie­row­nic­twem jej naj­star­szego syna, Jona­thana Crace'a, stryja Eliota. Pań­stwo Lit­tle żyją zaś dalej w nie­zli­czo­nych komik­sach, seria­lach rysun­ko­wych sta­cji ITV, w ogrom­nie popu­lar­nym musi­calu wysta­wia­nym przez Bridge The­atre, w trzech fil­mach fabu­lar­nych, osob­nej atrak­cji w parku roz­rywki Uni­ver­sal Stu­dios oraz prze­bo­ga­tej kolek­cji licen­cjo­no­wa­nych arty­ku­łów, takich jak pape­te­rie, plu­szowe zabawki, puszki her­bat­ni­ków, gry plan­szowe i kom­pu­te­rowe, zegary, kalen­da­rze oraz ubranka dzie­cięce. Nie­dawno ogło­szono, że Net­flix zawarł umowę na dwie­ście milio­nów dola­rów, by zdo­być prawa do ekra­ni­za­cji, i pla­nuje wypro­du­ko­wać od razu pięć sezo­nów zupeł­nie nowych przy­gód pań­stwa Lit­tle. Ze strony fun­da­cji nego­cjo­wał ją, rzecz jasna, Jona­than Crace.

A co z Elio­tem Crace'em?

Widzia­łam go dwa, może trzy razy, gdy odwie­dzał Clo­ver­leaf Books. Zapa­mię­ta­łam go jako bar­dzo przy­stoj­nego mło­dzieńca - dłu­go­wło­sego anioła o elfiej twa­rzy. Ema­no­wał cza­rem i pew­no­ścią sie­bie, które nie­mal zawsze są owo­cem edu­ka­cji w pry­wat­nych szko­łach i dora­sta­nia w dobro­by­cie. Nie­stety zwy­kle towa­rzy­szy im także pewna doza aro­gan­cji. Mia­łam wra­że­nie, że Crace zawsze się spie­szy - mówił za szybko, prze­ska­ki­wał z tematu na temat i raz po raz zry­wał się z fotela, by przy naj­bliż­szym oknie zapa­lić papie­rosa.

Jak powie­dzia­łam Micha­elowi, to Char­les Clo­ver go odkrył i oso­bi­ście zajął się dwiema powie­ściami detek­ty­wi­stycz­nymi, które Crace dla nas napi­sał. Nie byłam jed­nak do końca szczera, gdy mówi­łam, że nie sprze­dały się zbyt dobrze. Nie sprze­dały się pra­wie wcale. Eliot nie był złym pisa­rzem, ale dość nie­roz­sąd­nie wybrał swego detek­tywa: uczy­nił go podró­żu­ją­cym w cza­sie alche­mi­kiem z dworu kró­lo­wej Elż­biety I i kazał mu zabłą­kać się w dwu­dzie­sty pierw­szy wiek. Jego książki nie mie­ściły się wła­ści­wie w żad­nej kate­go­rii. Nie byłam pewna, czy były dla doro­słych czy dla mło­dzieży; czy były reali­styczne czy fan­ta­styczne; czy nale­żało brać je poważ­nie, czy się z nich śmiać. Wyniki sprze­daży dowio­dły, że czy­tel­nicy także nie umieli roz­strzy­gnąć tego dyle­matu. Char­les współ­pra­co­wał wcze­śniej ze stry­jem Eliota, a jego samego znał od dziecka, nie był więc zado­wo­lony, gdy w końcu tup­nę­łam nogą i oznaj­mi­łam, że nie powin­ni­śmy wyda­wać trze­ciej powie­ści o dok­to­rze Gee. Prawda była jed­nak taka, że publi­ko­wa­nie ksią­żek, któ­rych nikt nie chciał czy­tać, zwy­czaj­nie nie miało sensu, a sam Eliot był dla nas bala­stem: nie żało­wał sobie nar­ko­ty­ków, trun­ków, imprez i anty­de­pre­san­tów, które wpra­wiały go w aż nadto eufo­ryczny nastrój. Char­les był pewny, że młody Crace odnie­sie suk­ces lite­racki, gdy wresz­cie doro­śnie. Upie­rał się, że drzwi wydaw­nic­twa Clo­verleaf zawsze będą przed nim otwarte. Ale Eliot już nie powró­cił.

Aż do tej chwili. Zasta­na­wia­łam się, skąd wła­ści­wie Michael Flynn go wytrza­snął i w jaki spo­sób prze­ko­nał do współ­pracy. Nagle poża­ło­wa­łam, że nie poszłam z nim na lunch.

Zanio­słam talerz i kie­li­szek wina do kuchni, usia­dłam przy stole i poło­ży­łam przed sobą maszy­no­pis. Posta­no­wi­łam jed­nak go prze­czy­tać. Nie mia­łam nic lep­szego do roboty w to popo­łu­dnie, a poza tym byłam cie­kawa, z jakiej strony pokaże się Atti­cus Pünd wie­dziony pió­rem innego pisa­rza.

Bo w końcu jak mogłoby mi to zaszko­dzić?