JEDEN
Londyn, 1955
Deszcz lał się strugami; zimny i szary
płynął po chodnikach, bębnił w okienne szyby i rozchlapywał coraz to
większe kałuże. Woda przelewała się przez brzegi rynien i wnikała w ceglane mury. Można było odnieść wrażenie, że padało przez cały maj i choć czerwiec za pasem, wciąż nie sposób było uciec przed wilgocią.
Ludzie w kwaśnych humorach przemykali ulicami okutani w zimowe płaszcze.
Lato nie przybyło na czas; pokonał je nieustępliwy deszcz.
Atticus Pünd szedł Harley Street z pięściami wbitymi w kieszenie.
Usiłował nie zmoknąć, ciasno opatulony długim trenczem. Nie pierwszy raz
musiał pokonać tę trasę, odkąd sześć tygodni wcześniej usłyszał
szokującą diagnozę. Zaskoczyło go to, jak szybko można się ze wszystkim
oswoić, nawet z perspektywą własnej rychłej śmierci.
Miał guza mózgu. Nic nie można było zrobić w tej sprawie - zostało mu
ledwie kilka miesięcy życia. Kolejna wizyta u lekarza była w zasadzie
tylko formalnością. Spodziewał się, że doktor Benson jedynie go zbada,
zada kilka pytań o samopoczucie, o sen, apetyt, kondycję psychiczną, a potem odeśle do domu, z ciepłym uśmiechem wygłosiwszy kilka słów
pocieszenia. Wytworzyła się między nimi osobliwa więź, trochę silniejsza
od tej, która zwykle łączy lekarza z pacjentem. Byli partnerami w procesie, który dotyczy wszystkich, którego nie potrafili ogarnąć
umysłem i którego żaden z nich nie mógł zatrzymać.
Klinika doktora Bensona mieściła się na parterze wysokiego, wąskiego
budynku niczym nieróżniącego się od sąsiednich. Piętnaście lat wcześniej
barierka oddzielała go od ulicy, lecz zdemontowano ją wraz z innymi
zbędnymi kawałkami metalu z całego Londynu, bo takie były realia
wojennego wysiłku. Pünd wracał czasem myślą do tamtych wydarzeń, do
rozdartego świata i milionów ofiar, do których wbrew prawdopodobieństwu
nie dołączył, zamknięty za drutem kolczastym hitlerowskiego obozu
koncentracyjnego. Nawet w chwili gdy doktor Benson przekazał mu złą
nowinę, Pünd pomyślał przede wszystkim, że jest szczęściarzem. Nie
spodziewał się, że tak długo pożyje.
Stanął u drzwi frontowych i nacisnął guzik dzwonka. Niemal natychmiast
otworzyła mu młoda kobieta, której twarz już kojarzył, choć nie pamiętał
jej imienia. Recepcjonistka kliniki doktora Bensona znała za to
wszystkich, którzy tu bywali, a nawet pamiętała tych, którzy już nie
przychodzili.
- Pan Pünd - powitała go z takim uśmiechem, jakby jego wizyta była
najradośniejszym wydarzeniem w życiu obojga. - Ależ mamy paskudne lato!
Proszę, niech pan wejdzie.
Poprowadziła go wprost do poczekalni: czterech ścian pokrytych welurową
tapetą, zabytkowych lamp stojących na podłodze oraz do mahoniowego
stolika, na którym leżał plik typowych i typowo nieaktualnych czasopism:
"Country Life", "Punch" oraz "Reader's Digest". W budynku pracowało
czterech lekarzy i przyjmowali pacjentów w tym samym czasie. Pünd
rozpoznał obcokrajowca siedzącego w kącie. Sądząc po aparycji i posturze, musiał to być były wojskowy. Po chwili zjawiła się
pielęgniarka w białym kitlu.
- Majorze Alcazar...
Mężczyzna powstał sztywno i podążył za nią.
Pünd zajął jego miejsce na kanapie i sięgnął po jedno z czasopism - nie
po to jednak, aby je czytać, ale by dwie inne osoby przebywające w poczekalni nie zadawały mu żadnych pytań. Otworzył pismo i spojrzał na
zdjęcie posiadłości w Wiltshire. Przypomniało mu o sprawie, którą
właśnie rozwiązał w Saxby-on-Avon. Prawdopodobnie ostatniej.
Z korytarza dobiegł kobiecy głos, dość wysoki i natarczywy, jakby jego
właścicielka nawykła do wydawania rozkazów.
- Sądzę, że leży gdzieś w poczekalni. Musiała mi wypaść z torebki.
Pünd rozpoznał ów głos, zanim w progu stanęła lady Margaret Chalfont.
Trudno było z czymkolwiek go pomylić, mówiła bowiem tak, jak żyła:
władczo i z głębokim przekonaniem, że nie może zostać zignorowana.
Postać, którą ujrzał teraz Pünd, była drobna i szczupła, wręcz zdawała
się niknąć w oczach, a przecież walczyła z tym każdą cząstką swego
kruchego ciała. Lady Chalfont miała sześćdziesiąt kilka lat, lecz
choroba postarzyła ją o dobrą dekadę. Jej włosy, zafarbowane na srebrno
z liliowym odcieniem, zostały starannie ułożone, tak by maskować
wymizerowane oblicze. Nieprzypadkowo nosiła intensywne kolory: zieloną
kurtkę, bordowe pumpy oraz dość egzotyczną opaskę na włosy, za którą
brakowało jedynie piórka, lecz wszystko to nie mogło ukryć przed światem
jej problemów ze zdrowiem. W jednej dłoni trzymała torebkę od Gucciego,
a w drugiej samotną rękawiczkę.
Lady Chalfont wkroczyła do poczekalni, szukając wzrokiem jej towarzyszki
do pary. Gdy zatrzymała spojrzenie na kanapie, na której zasiadł Pünd,
wyraz jej twarzy natychmiast się zmienił.
- Mój drogi pan Pünd! Cóż za niespodzianka. Jest pan ostatnią osobą,
którą spodziewałam się spotkać w tym okropnym miejscu. Pan choruje?
Bezpośredniość miała we krwi. Pünd powstał.
- Jestem umówiony z lekarzem - odpowiedział niezobowiązująco.
- Oni o niczym nie mają pojęcia! - Lady Chalfont westchnęła. - Patrzą
człowiekowi w oczy, każą wziąć tę czy inną pigułkę, mówią, że wszystko
będzie dobrze, ale wcale nie jest. Nigdy nie jest. A gdy pojawia się
kostucha, siedzą sobie tu, chowają się za tymi swoimi wykresami i zdjęciami rentgenowskimi, to wszystko. Banda szarlatanów!
- Nic a nic się pani nie zmieniła, lady Chalfont.
- Pozory, panie Pünd. Tak czy inaczej, "Nichts ist höher zu schätzen als
der Wert des Tages"1, jak słusznie zauważył Goethe. A najjaśniejszym punktem tego dnia jest niewątpliwie spotkanie z panem.
Pünd się uśmiechnął. Poznał Margaret Chalfont dziewięć lat wcześniej, w Salisbury, gdy była jedną z głównych podejrzanych o zamordowanie
George'a Colindale'a, otrutego podczas sylwestrowego przyjęcia, na które
oboje byli zaproszeni. W owym czasie żyła samotnie. Jej mąż - Henry
Chalfont, szósty hrabia Chalfont - zginął w ostatnich miesiącach wojny
zabity przez rakietę V-2. Pünd pamiętał, że mieli syna i córkę - oraz
synową i zięcia - a z lektury "The Times" dowiedział się później, że
lady Chalfont doczekała się także wnuka. Od początku darzył ją sympatią.
Owszem, bywała głośna i szczera do bólu, ale nigdy nie brakowało jej
ogłady i dobrych intencji, a także, jak się okazało, to właśnie ona
podzieliła się z Pündem spostrzeżeniem, które pozwoliło mu rozwiązać
sprawę morderstwa.
Zadziwiające było, że spotkali się ponownie akurat tu i teraz. Pünd
zastanawiał się właśnie, jak odpowiedzieć, gdy jego spojrzenie
zatrzymało się na czymś, co dostrzegł zaraz po wejściu do poczekalni i zignorował. Dopiero teraz schylił się, by wydobyć spod kanapy, na której
siedział, rękawiczkę z cielęcej skórki. Z cienia wystawały tylko
koniuszki jej palców.
- Przypuszczam, że właśnie tego pani szuka, lady Chalfont - powiedział.
Uśmiechnęła się promiennie, ściskając w dłoni obie rękawiczki.
- Jak zawsze jest pan niesamowity, panie Pünd. Nic nie umknie pańskiej
uwadze.
Widać było, że to zaledwie wstęp do dłuższej wypowiedzi, lecz w tym
momencie do poczekalni wkroczyła kolejna, znacznie młodsza kobieta. Nie
wyglądała ani na pielęgniarkę, ani na pacjentkę kliniki; wydawała się
zakłopotana, jakby pragnęła czym prędzej opuścić to miejsce. Była
znacznie tęższa od lady Chalfont, a jej chmurne oblicze sugerowało, że
jest osobą bardzo poważnie traktującą samą siebie. Nosiła grube okulary,
a jej niemal bezbarwne włosy związane były w kok z tyłu głowy.
Zachowaniem i ubiorem pasowałaby do spotkania biznesowego. Miała w sobie
też coś ze strażniczki więziennej, gdy stała dumnie wyprostowana i sztywna w ciężkawych butach ze skóry.
- Znalazłaś rękawiczkę, mamo? - spytała niecierpliwie i umilkła, widząc,
że lady Chalfont ma towarzystwo.
Pünd skłonił się lekko. Zatem łączą je więzy krwi! Mówiono mu, że lady
Chalfont była w młodości bardzo piękna, lecz najwyraźniej to ją różniło
od córki.
- Ten pan ją znalazł, Judith. Tak się składa, że jesteśmy starymi
przyjaciółmi. Poznaj Atticusa Pünda. Pewnie nieraz słyszałaś, jak o nim
opowiadałam. To bodaj najlepszy detektyw na świecie. - Lady Chalfont
zwróciła się teraz ku Pündowi i dodała, nie biorąc nawet oddechu: - Moja
córka Judith. Judith Lyttleton, bo tak się teraz nazywa. Przywiozła mnie
tu.
- Bardzo mi miło, pani Lyttleton - odezwał się Pünd.
- Doktor Lyttleton, jeśli chodzi o ścisłość - sprostowała Judith,
bardziej niecierpliwie niż agresywnie, jakby przywykła już do
precyzowania swego statusu, co zresztą było prawdą. - Mam tytuł naukowy
z etnologii; skończyłam studia podyplomowe w londyńskim University
College. Napisałam kilka prac naukowych na temat Peru. Możliwe, że pan
czytał.
- Niestety nie.
Judith pokiwała głową rozczarowana, ale niezaskoczona.
- Naprawdę powinnyśmy się już zbierać, mamo. Trzeba jeszcze zabrać
walizki i dojechać na lotnisko.
- Wracamy na południe Francji - pospieszyła z wyjaśnieniem lady
Chalfont. - Mój świętej pamięci mąż, Henry, kupił dom na Lazurowym
Wybrzeżu i zwykle tam spędzam lato. Nawiasem mówiąc, ponownie wyszłam za
mąż. Wiedział pan?
- Nie wiedziałem - odparł Pünd.
- Z formalnego punktu widzenia jestem teraz Margaret Waysmith, ale
postanowiłam używać dawnego nazwiska. Jakoś lubię być lady Chalfont. Bo
niby dlaczego miałabym, prócz całej reszty, stracić także tytuł?
Odnalazła zaginioną rękawiczkę; córka czekała na jej ruch, lecz lady
Chalfont nie opuszczała poczekalni.
- Doprawdy niezwykłe to, że wpadłam na pana akurat dziś - dodała po
chwili. - Zaszło coś, co bardzo bym chciała z panem przedyskutować.
- Mamo... - wtrąciła zniecierpliwiona Judith.
- Nie popędzaj mnie, moja droga, bo nie ma takiej potrzeby. Mamy mnóstwo
czasu, żeby zdążyć na samolot. - Przeszyła Pünda intensywnym spojrzeniem
bystrych oczu. Widział dokładnie, w którym momencie podjęła decyzję. -
Chcę z panem omówić niezmiernie pilną sprawę - dorzuciła. - Nie zmienił
pan adresu?
- Żałuję, lady Chalfont, ale nie przyjmuję nowych zleceń.
- Napiszę do pana tak czy inaczej. Wierzę, że wszystko ma swój cel,
panie Pünd, więc i pan nie znalazł się tu bez powodu. To spotkanie było
nam pisane. Prawda zaś jest taka, że w godzinie potrzeby nikt inny nie
pomógłby mi tak jak pan. Zechce pan zostawić mi swoją wizytówkę?
Pünd zawahał się, ale w końcu wyłuskał z kieszeni biały kartonik. Lady
Chalfont spojrzała nań przelotnie, zanim wsunęła go do torebki.
- Dziękuję, panie Pünd. Brak mi słów, żeby wyrazić, jak wielka to dla
mnie ulga... oto jest ktoś, komu mogę zaufać, w kogo wierzę. Jeśli nie
będzie pan mógł uczynić dla mnie nic więcej, będę wdzięczna nawet za
poradę.
Zakłopotanie Judith Lyttleton właśnie sięgnęło zenitu. Raz po raz
zerkała na matkę, aż wreszcie ich spojrzenia się spotkały i wydawało
się, że w oczach córki błysnęło coś na kształt milczącego ostrzeżenia.
Zaraz potem razem opuściły poczekalnię. Pünd usłyszał jeszcze, jak
skrzypnęły i trzasnęły drzwi.
Po chwili wróciła pielęgniarka.
- Doktor Benson już czeka, panie Pünd.
Poprowadziła detektywa korytarzem, który zdążył już poznać lepiej, niż
sobie tego życzył, wprost do gabinetu na samym końcu. Lekarz siedział za
biurkiem i najwyraźniej nie przeszkadzał mu żar buchający ze zbyt mocno
pracujących grzejników. Minęło sześć tygodni od badania, które
przyniosło im najgorsze z możliwych nowin. Nie musieli już silić się na
uprzejme pogawędki. Doktor Benson zbadał Pündowi puls i ciśnienie krwi,
osłuchał klatkę piersiową i bacznie przyjrzał się oczom. Potem nastąpiła
seria konkretnych pytań:
- Jak bóle głowy?
- Zdarzają się, ale niezbyt często. Pigułki, które pan przepisał, są
bardzo skuteczne.
- Dobrze pan sypia?
- Tak, dziękuję.
- Apetyt?
- Myślę, że jadam mniej niż zwykle, ale powiedziałbym, że raczej z wyboru. Asystent pochwalił mnie nawet, że schudłem.
- Powiedział mu pan już?
Pünd pokręcił głową.
- Wie tylko, że nie czuję się zbyt dobrze. Widział też, że biorę leki.
Nie powiedziałem mu jednak, jak poważny jest mój stan.
- Boi się pan, że odejdzie?
- Nie, doktorze. Absolutnie. Ale James jest wrażliwym młodzieńcem i uważam, że lepiej oszczędzić mu bolesnej prawdy. Poza tym pomaga mi w pisaniu książki. Mam nadzieję, że Zarys dochodzenia kryminalnego trafi
pewnego dnia na półki British Library, do Archiwum Spraw Kryminalnych
oraz wielu innych miejsc, w których przyda się moim następcom.
Doktor Benson skinął głową i sięgnął po fajkę, ale nie zapalił jej.
- Moim zdaniem, panie Pünd, trzyma się pan znakomicie. Znacznie lepiej,
niż się spodziewałem. Może pan do mnie zadzwonić w każdej chwili
naturalnie, ale uważam, że kolejną wizytę możemy umówić dopiero na
przyszły miesiąc.
Pünd uśmiechnął się dyskretnie. Wiedział, co oznacza sięgnięcie po
fajkę: w ten sposób doktor Benson zawsze dawał sygnał, że spotkanie
dobiegło końca, a finał zawsze wybrzmiewał optymistyczną nutą. Za
tydzień. Za miesiąc. Następnym razem. Nieodmiennie spoglądał w przyszłość, by przekonać pacjentów, że i oni ją mają.
Pünd jednak nie ruszył się z miejsca.
- Chciałbym pana o coś spytać - rzekł po chwili. - Otóż zanim tu
wszedłem, spotkałem starą przyjaciółkę, lady Margaret Chalfont.
- Pan ją zna?
- Całkiem dobrze. Poznaliśmy się przy okazji sprawy, którą kiedyś
prowadziłem. Było mi przykro, gdy ją tu zobaczyłem, więc pomyślałem, że
może mógłby pan mi zdradzić, co się z nią dzieje.
- Nie jestem pewny, czy powinienem ujawniać informacje na temat moich
pacjentów, panie Pünd. O co właściwie panu chodzi?
- Lady Chalfont poprosiła o pomoc w sprawie, którą nazwała bardzo pilną,
a choć rozmawialiśmy bardzo krótko, odniosłem wrażenie, że czegoś się
boi.
- Może śmierci?
- Może. Ale nie w wyniku choroby.
Dr Benson zamyślił się.
- Ze względu na to, kim pan jest, panie Pünd, mogę chyba zdradzić panu w zaufaniu, że lady Chalfont cierpi na zwężenie zastawki dwudzielnej. To
oznacza, że zastawka regulująca dopływ krwi do serca nie działa
prawidłowo. Niestety musiałem wyjaśnić pacjentce, że ze względu na jej
podeszły wiek przeprowadzenie operacji nie byłoby warte ryzyka. Obawiam
się, że nie zostało jej wiele czasu.
- To znaczy?
- Trudno powiedzieć. Raczej miesiące niż lata.
Pünd pokiwał głową. Lady Chalfont, w typowy dla siebie sposób, buntowała
się przeciwko rzeczywistości, krytykowała współczesną medycynę i nie
ufała lekarzom, zapewne głównie dlatego, że nie byli w stanie jej pomóc.
- Dziękuję, doktorze Benson.
Detektyw wstał.
- Nie zaprosiła pana na południe Francji? - spytał lekarz.
- Tak daleko się nie posunęła.
- A szkoda. O ile wiem, ma przepiękny dom na wybrzeżu, w Saint-Jean-Cap-Ferrat. Powiedziałbym, że świetnie by panu zrobił tydzień
spędzony w śródziemnomorskim słońcu. Ta przeklęta angielska pogoda
dobija nawet najzdrowszych i najsprawniejszych z nas. - Lekarz spojrzał
w okno, na strugi deszczu bijące w szybę. - W życiu nie widziałem takich
ulew. Może mimo wszystko powinien pan tam pojechać!
Tym razem Pünd się zamyślił. Do tej pory nawet nie myślał o tym, że
mógłby jeszcze podróżować; w każdym razie nie dalej niż do
południowo-zachodniej Anglii, dokąd zawiodła go ostatnia sprawa. A właściwie dlaczego nie? Tak naprawdę nie chodziło przecież tylko o to,
żeby po raz ostatni poczuć na skórze ciepłe promienie słońca. Liczyło
się coś jeszcze.
Dobrze pamiętał te spojrzenia, które matka i córka wymieniły, zanim
wyszły z poczekalni. Lady Chalfont mówiła o pilnej sprawie, potrzebowała
pomocy, ale w istocie to Judith Lyttleton przykuła uwagę Pünda.
Od chwili, gdy usłyszała jego nazwisko i zrozumiała, z kim ma do
czynienia, usiłowała jak najszybciej wyprowadzić matkę, byle dalej od
niego. Słyszała, jak lady Chalfont prosi o pomoc, ale nie skomentowała
jej argumentów choćby jednym słowem, jakby sprawa w ogóle jej nie
dotyczyła.
Pani doktor etnologii nie tylko czuła się niezręcznie podczas tego
krótkiego spotkania.
Była wystraszona.
"Nic nie jest cenniejsze niż dziś". [wróć]
DWA
Od wizyty w klinice przy Harley Street
minęły cztery dni. Atticus Pünd pojawił się w swym biurze przy
Clerkenwell Square wczesnym rankiem i w całkiem dobrym nastroju zasiadł
do przeglądania najnowszego fragmentu swej książki, który James Fraser
przepisał dla niego na maszynie. Zarys dochodzenia kryminalnego stał
się ostatnio priorytetem w jego życiu. Choroba postępowała dość wolno,
Pünd więc pomału zaczynał wierzyć, że zdąży ukończyć swe dzieło, choć
może zabraknie mu czasu, by poprawić wszystkie błędy ortograficzne i literówki popełnione przez asystenta. Cóż, ostateczna redakcja i tak
należała do wydawcy. Tak naprawdę liczyła się treść.
Sięgnął po pierwszą kartkę i zaczął czytać. Wiedział, że musi się
oszczędzać. Gdyby popracował parę godzin bez przerwy, ból głowy zwaliłby
go z nóg. Najważniejsze - zachować umiar, pomyślał. Trzydzieści minut
skupienia, a potem spacer na świeżym powietrzu albo filiżanka herbaty,
najlepiej przy muzyce Brahmsa lub Schuberta z gramofonu. Tyle że
fragment, który właśnie czytał, był fascynujący. Rozdział nosił tytuł
"Zabójca zdradzi wszystko".
Podobnie jak pokerzysta, którego zamiary zdradza swoisty tik, tak i morderca zwykle ujawnia się poprzez mimowolne zachowania, zwłaszcza gdy
działa pod presją. Na własny użytek nazywam ten fenomen właśnie tikiem i wypada mi wspomnieć, że podczas jednego ze śledztw byłem świadkiem, jak
poczucie winy manifestuje się na dwa sposoby jednocześnie. Opowiadałem
już o sprawie Eileen Marino, nader atrakcyjnej i inteligentnej kobiety,
matki dwojga dzieci robiącej niezgorszą karierę w dziennikarstwie.
Usiłowała mnie przekonać, że bardzo kocha swego męża, Paula, znanego
prawnika, choć wkrótce stało się jasne, że własnoręcznie go
zasztyletowała, gdy wracali z teatru.
Przesłuchanie odbyło się w salonie ich domu w Chiswick. Przez pół
godziny pani Marino była całkiem rozluźniona, lecz w końcu drzwi pokoju
uchylił jej pies. W tym momencie w zachowaniu podejrzanej zaszła
diametralna zmiana. Wyraźnie widziałem oznaki nerwowości i zakłopotania.
To był pierwszy jej tik. Ale co tak naprawdę było jego wyzwalaczem?
Przez dłuższy czas zakładałem, że chodzi o samo zwierzę, które grzecznie
zwinęło się w kłębek przed kominkiem. Może było milczącym świadkiem
zbrodni? Innych pomysłów nie miałem, bo z fotela, w którym siedziałem,
nie mogłem dostrzec tego, co było za drzwiami.
Odpowiedź pojawiła się sama, gdy zająłem miejsce pani Marino: siedząc
tam, miała przed sobą lustro, a w nim mogła podziwiać duży portret męża
wiszący na ścianie w korytarzu. Nie widziała go, dopóki drzwi były
zamknięte, gdy jednak była zmuszona nań patrzeć, nie umiała już
zapanować nad poczuciem winy.
Wyznała mi później, że pokłóciła się z małżonkiem o rodzinne
oszczędności, z których większość beztrosko wydała. Wciąż jednak
utrzymywała, że nie ma nic wspólnego z morderstwem - i właśnie wtedy
ujawnił się drugi tik. Dlaczego nieustannie ocierała kącik oka, na pozór
bliska łez? Za każdym razem, zauważyłem, było to lewe oko, jakby
cierpiała na chorobę, która pozwalała jej płakać tylko jedną stroną
twarzy.
Raz jeszcze przeanalizowałem zdjęcia wykonane na miejscu zbrodni i powody owego dziwnego zachowania szybko stały się dla mnie jasne. Gdy
pani Marino mordowała swego męża, kilka kropel jego krwi prysnęło wprost
w jej lewe oko. Tik, którego byłem świadkiem, nie był oznaką wyrzutów
sumienia, lecz obrzydzenia. Wspominając czyn, którego się dopuściła,
pani Marino - niczym współczesna lady Makbet - podświadomie starała się
zatrzeć jego ślad.
Pünd sięgnął po kolejną kartkę gotów kontynuować lekturę, lecz w tym
momencie drzwi się otworzyły i do gabinetu wszedł James Fraser, niosąc
tacę z filiżanką herbaty, starannie złożonym egzemplarzem "The Times"
oraz kilkoma wizytówkami i listami. Ubrał się tego dnia nader
optymistycznie - w bawełniane spodnie, białą koszulę i sweter z kołnierzem w serek - jakby lato nareszcie nadeszło. Co prawda od pewnego
czasu do biura prawie nie zaglądali klienci i Pünd zgodził się, że
marynarka i krawat nie są już konieczne, lecz mimo to miał wrażenie, że
jego asystent zbyt daleko posuwa się w swej swobodzie.
- Dzień dobry, panie Pünd. - Fraser był nieodmiennie pogodny, jakby
uparł się, że nie przyjmie do wiadomości choroby swego szefa. - Jak się
pan dzisiaj miewa?
- Całkiem dobrze. Dziękuję, James.
- Widzę, że czyta pan najnowszy fragment.
- I to z niemałą przyjemnością - odparł Pünd. - Mam nadzieję, że przed
końcem dnia zdążę dopisać resztę rozdziału.
- Przyniosłem panu herbatę, gazetę i poranną pocztę. - Fraser ostrożnie
postawił tacę na biurku Pünda. - Jest też parę rachunków... naturalnie
zajmę się nimi. I jeszcze liścik. Detektyw inspektor Chubb pyta, czy
miałby pan ochotę na wspólny lunch w przyszłym tygodniu.
- Obawiam się, że nie.
- Tak też myślałem. Pozwolę sobie wysłać stosowną odpowiedź. Przyszło
też zaproszenie z Policyjnego Funduszu Sierot z pytaniem, czy zechciałby
pan wystąpić podczas jesiennej konferencji. Odmówię oczywiście... Aha.
Jest jeszcze list z Francji. - Fraser uśmiechnął się zadowolony z siebie. - Poznałem po znaczku.
- Solidna detektywistyczna robota, James. - Pünd sięgnął po kopertę i rozerwał ją. - Spodziewałem się tej wiadomości - dorzucił.
- Nowa sprawa?
- Pewna dama potrzebuje mojej pomocy.
Wydobył z koperty kartkę. List był napisany odręcznie, zielonym
atramentem. Litery zdobne w zawijasy tłoczyły się i zlewały z sobą,
jakby walczyły o miejsce w liniach.
Château Belmar
niedziela, 28 maja
Mój drogi panie Pünd,
Byłam tak zaskoczona naszym spotkaniem przy Harley Street, że nawet nie
wypytałam Pana o zdrowie jak należy. Mam szczerą nadzieję, że jest Pan w lepszym stanie niż ja. Być może pamięta Pan moje problemy z sercem;
dokuczały mi już przed laty, gdy się poznaliśmy. Niestety wszystko
wskazuje na to, że to diabelstwo zamierza ostatecznie odmówić
współpracy. Powiedziałabym, że żyję już w pożyczonym czasie.
Mogę jedynie mieć nadzieję, że czuje się Pan na tyle dobrze, by chociaż
rozważyć to, o co proszę... cóż, z całego serca. Potrzebuję Pańskiej
pomocy. Liczę, że przeczyta Pan niniejszy list, zanim będzie za późno.
Nie miał Pan okazji poznać mego pierwszego męża. Po jego śmierci - w ostatnich dniach wojny - sądziłam, że już nigdy nie odnajdę szczęścia. I właśnie wtedy poznałam Elmera Waysmitha; to z nim zaczęłam wszystko od
nowa. Jesteśmy małżeństwem od sześciu lat i wyznam, że znalazłam w nim
najlepszego przyjaciela i powiernika. Ufam mu bezgranicznie.
Dzień przed wyjazdem do Londynu, gdy siedziałam na balkonie, podziwiając
przepiękną panoramę Morza Śródziemnego, usłyszałam przypadkiem słowa,
które wstrząsnęły mną do głębi. Szczerze mówiąc, wciąż jeszcze trudno mi
w nie uwierzyć. Zastanawiałam się, czy nie powinnam powiadomić policji,
ale za bardzo się bałam. I wtedy, wbrew rachunkowi prawdopodobieństwa,
wpadłam na Pana.
Jeśli zechce Pan przyjechać i na jakiś czas zatrzymać się u mnie, w Château Belmar (to przepiękny dom; mamy też wybitnego kucharza),
oczywiście wszystko wyjaśnię. Muszę dotrzeć do prawdy, panie Pünd, a nie
znam nikogo innego, kto mógłby mi w tym pomóc.
Szczerze oddana
Margaret Chalfont
Pünd przeczytał list i podał go Fraserowi, który przebiegł wzrokiem
tekst.
- Wydaje się zdesperowana - zauważył asystent. - Pojedzie pan?
Detektyw znowu ujął pismo w dłoń i przez długą chwilę wpatrywał się w zielone słowa. Nie czytał ponownie - zapamiętał wszystko za pierwszym
razem, nawet położenie kropek i przecinków oraz nierówności linii,
wzdłuż której złożono kartkę. Muszę dotrzeć do prawdy, panie Pünd. Te
słowa zaniepokoiły go najmocniej. Spędził większość życia na
poszukiwaniu prawdy i jeśli czegoś się przez te lata dowiedział, to
właśnie tego.
Że prawda bywa niebezpieczna.
Wyjrzał przez okno. Tego dnia deszcz nareszcie ustał, lecz niebo wciąż
było szare, a chmury kłębiły się złowróżbnie. Spędził tyle godzin w tym
samym gabinecie, w tym samym fotelu! Tak, robił znaczące postępy w pisaniu książki, zarazem jednak zaczynał się czuć jak więzień... zarówno
choroby, jak i własnej pracy. Doktor Benson sugerował, że zmiana
otoczenia, zwłaszcza na bardziej słoneczne, może mu wyjść na zdrowie.
Pünd nigdy nie wierzył w zbiegi okoliczności, ale musiał przyznać w duchu, że list przyszedł w idealnym momencie.
- A jakie jest twoje zdanie, James? - spytał.
- Strasznie chciałbym wiedzieć, co takiego podsłuchała - odparł Fraser.
- Sprawa zapowiada się fascynująco i naprawdę szkoda, że postanowił pan
zakończyć karierę. Mam odpisać, że jest pan zbyt zajęty, by zdecydować
się na taką wyprawę?
Pünd zastanawiał się przez chwilę nad odpowiedzią, mając w pamięci słowa
doktora Bensona. Wreszcie podjął decyzję.
- Przeciwnie, James. Wyślij jej telegram z informacją, że stawimy się
pojutrze.
- Czy to znaczy, że bierze pan tę sprawę?
- Odrobina słońca na pewno mi nie zaszkodzi, a przyjaźń z lady Chalfont
zobowiązuje. Jak mógłbym odmówić?
- To doprawdy wspaniale! - Pünd nie mógł uwierzyć, jak szybko jego
asystent dosłownie się rozpromienił. - Ostatni raz byłem na południu
Francji jako dzieciak, gdy rodzice wysłali mnie tam w ramach wymiany
uczniów. Spędziłem sześć tygodni u rodziny w Prowansji. U Dupontów.
Bardzo mili ludzie, tylko wiecznie krzyczeli. Obiady niepokojąco
przypominały szturm Bastylii.
- A jak twój francuski?
- Dawno nieużywany, ale pewnie szybko wrócę do formy. Mam kupić bilety
na samolot?
- Nie czuję się wystarczająco dobrze, żeby latać, James. Zdecydowanie
wolę pociąg. Zamów dwa przedziały sypialne pierwszej klasy w Le Train
Bleu do Nicei. Możesz też poinformować lady Chalfont, że zatrzymamy się
w Grand-Hôtelu.
- Proponowała nocleg w swoim château - przypomniał Fraser.
- To bardzo miłe z jej strony, ale będę się czuł znacznie swobodniej na
własnym terenie. Potrzebuję prywatności, zacisznego miejsca odpoczynku.
O ile mi wiadomo, mają tam przepiękne ogrody oraz basen, który z pewnością ci się spodoba.
- Tak jest. Lecę do telefonu, żeby zarezerwować dwa pokoje. - Fraser
zerwał się na równe nogi, lecz nim zniknął za drzwiami, obrócił się
jeszcze na pięcie. - To naturalnie nie moja sprawa, panie Pünd, ale
strasznie się cieszę, że postanowił pan wziąć tę sprawę. W ostatnich
tygodniach nie był pan sobą, więc choć oczywiście wiem, jak ważna jest
ta książka i tak dalej, to myślę, że będzie pan znacznie szczęśliwszy na
tropie zbrodni. W tym jest pan najlepszy!
To rzekłszy, Fraser zamknął za sobą drzwi niewielkiego przyległego
pokoju, w którym pracował. Atticus Pünd nie ruszył się z miejsca, ale
zapomniawszy już o książce, wpatrywał się w list leżący na biurku. Czy
podjął słuszną decyzję? Nie miał wątpliwości, że tak. Myśl o tym, co go
czeka, coś w nim rozbudziła. Po raz pierwszy od bardzo dawna czuł, że
naprawdę żyje. A w samym liście wyczuł coś niepokojącego - bardziej
niepokojącego niż same słowa. Był pewny, że lady Chalfont jest w niebezpieczeństwie. Musiał ruszyć na pomoc tak szybko, jak to możliwe,
natychmiast polecić Fraserowi, żeby się pakował...
Obawiał się tylko, czy nie przybędzie za późno.
TRZY
Nad południem Francji wstawał kolejny
idealny dzień - ale czy na Lazurowym Wybrzeżu w ogóle bywało inaczej?
Ciemność umykała w popłochu, a spokojna tafla morza połyskiwała
złociście. Zdawało się, że palmy i drzewka oliwne przeciągają pnie i konary, zbudzone ze spokojnego snu. Pierwsze łodzie rybackie właśnie
wpływały do portu, a mewy wisiały nad nimi pełne nadziei, że nocny połów
był dostatecznie obfity.
Château Belmar wzniesiono na cyplu wbitym w wody zatoki Villefranche;
był niczym miejsce w pierwszym rzędzie tego nadzwyczajnego teatru
natury. Sama budowla także była imponująca. Stylem nawiązywała do belle
époque - liczyły się geometria i elegancja. Elewację pokryto ciemnożółtą
farbą, którą docenia się prawdziwie jedynie w tropikach. Okiennice i portyki były białe, a terakotowy dach okrywał dwa skrzydła przylegające
do głównego budynku rezydencji. Dokoła, na dziewięciu akrach, rozciągały
się ogrody zaprojektowane przez wielkiego Achille'a Duch?ne'a, w taki
sposób, by z okna każdej sypialni można było podziwiać co najmniej jedną
atrakcję: fontannę, statuę, altanę, basen albo ule.
Rezydencja Château Belmar nie dorównywała rozmiarami takim kolosom jak
sąsiednia willa Ephrussi de Rothschild (również dzieło Duch?ne'a).
Mieściła jednak aż siedem sypialni rozrzuconych na czterech
kondygnacjach, dwa salony, jadalnię wielkości sali bankietowej, patio
oraz tarasy - doprawdy nie brakowało w niej miejsca. Nabył ją Henry
Chalfont, potomek zamożnej familii, który jeszcze pomnożył odziedziczony
majątek: założył prywatny bank i użyczył mu swego nazwiska. Żywił
nadzieję, iż château pozostanie w rodzinie na pokolenia.
Śpiącą w niedużym pokoju na ostatnim piętrze Béatrice Laurent obudziło
natarczywe łomotanie do drzwi.
To nie był pierwszy raz, zanim więc jeszcze uniosła powieki, wiedziała
już, że to tylko sen. Jak zawsze słyszała w nim warkot nadjeżdżających
samochodów, niemieckie pokrzykiwanie, a potem tupot żołnierskich butów.
Wciąż miała przed oczami tę niezrozumiałą, bezsensowną scenę. Była wtedy
ledwie dziewiętnastoletnią pokojówką i pracowała u bogatej paryskiej
rodziny Steinerów. 16 lipca 1942 roku był pierwszym dniem akcji masowych
aresztowań, nazwanej później Obławą Vel d'Hiv, bo tak nazywał się kryty
tor kolarski, na którym zgromadzono zatrzymanych. Monsieur i madame
Steiner zostali wyprowadzeni z domu na oczach Béatrice. Wiedziała, że
nigdy nie zapomni tej chwili. Lubiła tych ludzi; zawsze byli dla niej
dobrzy.
Żołnierze kazali jej spakować manatki i wyjść, wraz z resztą służby. Dom
przy boulevard Haussmann miał zostać zarekwirowany, należało go więc
oczyścić ze wszystkiego, co zbędne. Ostatnim widokiem, który wrył się
Béatrice w pamięć, były rodowe srebra bezceremonialnie strącone z kredensów oraz obraz - martwa natura z wazonem czerwonych tulipanów na
stole - zdejmowany ze ściany w salonie, nad kominkiem.
Béatrice otrząsnęła się z przykrych wspomnień sprzed trzynastu lat i zmusiła się, by wstać z łóżka. Jej pokój nie był duży; wpasowano go w spadzisty dach rezydencji, a okno, w gruncie rzeczy świetlik, nie
zapewniało żadnego ciekawego widoku. Łazienka z toaletą mieściła się po
przeciwnej stronie korytarza. Béatrice umyła się i jak przystało na
femme de ménage włożyła szaro-biały uniform. Schody dla służby,
niewidoczne z głównej części domu, prowadziły aż do kuchni. Zeszła
najciszej jak się dało, lecz jak zawsze skrzypiały pod jej stopami.
Starała się przestrzegać swego utartego rozkładu zajęć, którego
pierwszym punktem była wizyta w jadalni. Sprzątanie po kolacji odbyło
się, naturalnie, wieczorem, ale rodzina lubiła spędzać tu późne
wieczory, sącząc porto i Cointreau, zwykle więc trzeba było jeszcze
zebrać kieliszki i popielniczki (wszyscy czterej mężczyźni byli
amatorami cygar). Następnie Béatrice przeszła do saloniku - petit
salon - gdzie domownicy jadali śniadania, ciesząc oczy widokiem ogrodu
różanego i schodów wiodących ku morzu. Lada chwila miała przybyć
furgonetka z piekarni, a w niej świeże rogaliki i brioszki prosto z pieca. Do tego czasu Béatrice musiała przygotować stół do porannego
posiłku, a następnie, w kuchni, pociąć i wycisnąć pomarańcze. Gdy
dzbanek świeżego soku chłodził się w lodówce, pozostawało już tylko
zająć się parzeniem herbaty dla lady Chalfont. Madame Claudel, kucharka,
nie mieszkała w rezydencji i nie pojawiała się tu wcześniej niż o dziesiątej.
Béatrice usłyszała znajomy chrzęst opon na żwirowym podjeździe - zbliżał
się młody goniec na rowerze z poranną porcją gazet. Nigdy nie dzwonił do
drzwi o tak wczesnej porze, ale na wszelki wypadek i tak wyszła za próg,
by odebrać przesyłkę.
Gazety przychodziły z Londynu, Zurychu i Nowego Jorku i zawierały
artykuły nawet sprzed kilku dni, ale czy czas miał w ogóle znaczenie w domu, w którym nic nigdy nie ulegało zmianie? Ludzie umierali, politycy
toczyli spory, królowa angielska robiła to, a front atmosferyczny tamto.
Na Lazurowym Wybrzeżu nikt się tym zbytnio nie przejmował. Gazety jak
zawsze trafiły wprost na duży stół w salonie. Béatrice schludnie je
ułożyła, po czym sięgnęła po zmiotkę i szufelkę, by oczyścić ruszt. W pierwszym tygodniu czerwca dni były ciepłe i słoneczne, lecz wieczorami
bywało chłodno i lady Chalfont życzyła sobie, by palić w kominku. Popiół
nie był jeszcze zimny, gdy Béatrice wrzucała go do metalowego wiaderka,
całkowicie pochłonięta pracą. Musiała bardzo uważać, by nie unieść
głowy. Ani razu nie zerknęła na to, co wisiało nad kominkiem.
Ledwie trzy tygodnie wcześniej monsieur Waysmith umieścił tam nowy
obraz. Planował wystawić go na sprzedaż w swej nicejskiej galerii, ale
jak to często bywało, chciał najpierw nacieszyć się nim w domowym
zaciszu. Ów nowy nabytek, Wiosenne kwiaty Paula Cézanne'a, sprawił mu
wyjątkową przyjemność.
Béatrice nie mogła patrzeć na ten obraz. Odwróciwszy się plecami do
jaskrawoczerwonych tulipanów w fajansowym wazonie z Delft, wyszła z pokoju.
* * *
Do lady Chalfont należała największa sypialnia w całej rezydencji -
imponująca przestrzeń, którą jej drugi mąż nazwał kiedyś Salonem
Narodów, zapewne przez wzgląd na posadzkę z weneckiego marmuru, zasłony
z chińskiego jedwabiu, francuskie lustra i meble oraz kolekcję
niemieckiej porcelany. Pani domu sprowadziła też łoże marki
Waring&Gillow, wykonane z angielskiego drewna orzechowego. Należało
niegdyś do jej matki i użytkowała je z nostalgią płynącą zapewne z niewesołego przeświadczenia, iż już wkrótce się znowu spotkają.
Nigdy nie zaciągała zasłon. Trzy smukłe łuki sięgające od podłogi po
sufit otwierały widok na biały marmurowy balkon, stamtąd zaś mogła
podziwiać cały ogród i alejkę w kolorze piasku, wiodącą ku wspaniałej
fontannie wyobrażającej porwanie Hippodamii. Prócz dynamicznej grupy
centaurów, wojowników i gości weselnych uwagę zwracała figura nagiej
kobiety (panny młodej) otoczonej strumieniami wody. Była to rzeźba
niewiadomego pochodzenia, częściowo wzorowana na dziele Michała Anioła.
Słońce jeszcze nie wzeszło wysoko i lady Chalfont drżała lekko w chłodnym powietrzu poranka, mimo iż opatuliła się dwoma grubymi pledami,
a pod karkiem miała wciąż jeszcze gorący termofor. Wsparta na kilku
poduszkach spoglądała na morze, z lubością wsłuchując się w plusk wody i świergot les chardonnerets - szczygłów, które gniazdowały pod luźną
dachówką. Co roku obserwowała, jak ojciec ptasiej rodziny pracowicie
znosi nasiona i owady dla pisklaków. Skarciła Brunona, ogrodnika, gdy
zasugerował, by usunąć gniazdo i naprawić dach. Powiedziała mu, że nic
nie sprawia jej większej przyjemności niż bliskość tych ptaków - i to
była prawda. Wkrótce znowu miała zobaczyć pierwsze wspólne loty
szczyglej rodziny.
Po raz ostatni. Musiała bowiem spojrzeć prawdzie w oczy: następnej
wiosny już jej tu nie będzie. Nie spodziewała się nawet dożyć zimy.
Spojrzała między tralkami na ukwiecony ogród: intensywnie czerwone maki,
białe piwonie, kępy jaskrawożółtej szczodrzenicy i gęsty kobierzec
lawendy. Życie trwało i miało trwać bez niej.
Pukanie do drzwi wyrwało lady Chalfont z zadumy. Béatrice wniosła tacę,
a na niej - jak co rano - filiżankę parującej herbaty z imbirem i cytryną.
- Bonjour, madame - powiedziała, stawiając tacę przy łóżku.
- Bonjour, Beátrice. Comment ça va? - Lady Chalfont znała trochę
francuski, ale posługiwała się nim jak typowa angielska arystokratka,
niezbyt się przejmując akcentem, rytmem czy choćby sensem.
- Tr?s bien, merci, madame. J'ai votre thé - et un télégramme est
arrivé hier.
- Więc dlaczego nie dałaś mi go wczoraj? - spytała lady Chalfont. Była
zbyt zirytowana, by marnować czas na mówienie w nie swoim języku.
- Przepraszam, madame. Nie zauważyłam. Ktoś go położył razem z gazetami...
Gospodyni strzepnęła poduszki, zabrała letni już termofor i wyszła. Gdy
tylko zamknęła za sobą drzwi, lady Chalfont sięgnęła po telegram, nie
zwracając uwagi na gorącą herbatę. W pośpiechu wyłuskała z koperty
kartkę.
DROGA LADY CHALFONT.
PRZYBYWAMY W PIĄTEK 3 CZERWCA, LE TRAIN BLEU.
MAMY REZERWACJĘ W GRAND-HÔTELU.
STAWIĘ SIĘ W DOGODNYM DLA PANI MOMENCIE.
ATTICUS PÜND.
W dogodnym momencie? Czyli najwcześniej kiedy? Lady Chalfont
dostatecznie często korzystała z Le Train Bleu, by wiedzieć, że odjeżdża
z Gare de Lyon w Paryżu o ósmej wieczorem i po całonocnej podróży
dociera wczesnym rankiem do Marsylii. Być może już tam był? Następnie
jego szlak wiódł wzdłuż wybrzeża, przez Tulon i Saint-Raphaël do Cannes
i Nicei - najbliższej stacji względem Cap-Ferrat. To oznaczało, że pan
Pünd mógł dotrzeć do hotelu w porze lunchu. Dlaczego nie chciał
zatrzymać się w Château Belmar? W sumie nie miało to większego
znaczenia. Ważne, że zdecydował się przybyć.
Lady Chalfont odłożyła telegram i z ulgą oparła głowę na poduszce.
Nietknięta herbata wciąż parowała na tacy. Pani domu poczuła nagle, że
coś jest nie tak. Wróciła myślą do wydarzeń sprzed chwili: pukanie do
drzwi, wejście gospodyni, wiadomość... Sięgnęła raz jeszcze po kopertę i przyjrzała się jej w skupieniu. Tak, zatem o to chodziło: nie rozdarła
papieru; ktoś otworzył przesyłkę wcześniej. Dopiero teraz dostrzegła
ślad nożyka, którego użyto.
Ktoś przeczytał telegram, zanim go tu dostarczono. Zabrał go ukradkiem,
a potem odłożył w niewłaściwym miejscu. Tak czy inaczej - ów ktoś
wiedział już, że Pünd przybywa, zatem mógł się domyślić, że to ona go
zaprosiła.
Ale kto?
* * *
- Wstaniesz wreszcie? - spytała swego małżonka Lola Chalfont.
- Która godzina? - odpowiedział jej bezcielesny i naburmuszony głos spod
kołdry.
- Prawie pół do dziewiątej. Wiesz przecież, że Elmer nie znosi, gdy się
spóźniamy na śniadanie.
- A co mnie obchodzi zdanie Elmera? To nie jego dom, a ja nie jestem
jego cholernym służącym. Idź sama na dół. Chce mi się spać.
Dłoń zdobna w złoty sygnet pochwyciła brzeg kołdry, by odsłonić dziobatą
twarz i czuprynę intensywnie rudych włosów - wyglądały jak płomień na
czubku głowy - imponujące bokobrody, dość płaski nos oraz wydęte usta.
Jeffrey Chalfont, obecnie 7. hrabia Chalfont, lat trzydzieści siedem,
był na najlepszej drodze do otyłości. Gdy tak leżał, wsparty byczym
karkiem i mięsistymi ramionami na górze poduszek, żywo przypominał swego
ojca - tyle że Jeffrey osiągnął ten stan o dwadzieścia lat wcześniej.
Był niecierpliwy. Rzadko się uśmiechał. Gdy Lola budziła się ze snu,
czasem potrzebowała kilku chwil, żeby sobie przypomnieć, że jest żoną
mężczyzny leżącego obok. Byli razem od dziesięciu lat i mieli
ośmioletniego syna, ale z każdym rokiem spędzali z sobą coraz mniej
czasu.
7. hrabia nie czuł się zbyt swojsko na południu Francji. Zdecydowanie
wolał spędzać czas w liczącej jedenaście tysięcy akrów posiadłości,
którą odziedziczył w Norfolk. Przemierzał ją swym wiernym masseyem
fergusonem, raz po raz wykrzykując rozkazy pod adresem pracowników od
pokoleń związanych z rodziną. Lubił nosić kaszkiet, tweedową marynarkę i kamizelkę, gdy włóczył się polnymi drogami w towarzystwie czterech psów:
dwóch labradorów i dwóch pinczerów. Przewodził okolicznym polowaniom, a w weekendy zapraszał przyjaciół na strzeleckie imprezy, po których - w poniedziałek - żaden ptak nie ośmielił się pokazać na niebie. Lubił też
wędkować. Posiadłość przecinał półmilowy odcinek rzeki i mało który
łosoś czy okoń miał dość szczęścia, by dotrzeć na drugą stronę.
- O której wróciłeś? - spytała Lola.
- A cholera wie. Nie pamiętam. Pewnie koło północy.
To oznaczało, że wrócił o pierwszej lub drugiej nad ranem. Lola już
dawno nauczyła się interpretować odpowiedzi Jeffreya, dodając lub
odejmując od nich co nieco, wedle potrzeby. Opuścił rezydencję po
kolacji, bo ponoć miał się spotkać z kolegami w Nicei. A spotkał się z nimi, rzecz jasna, w kasynie - o to akurat nie musiała go pytać, gdy
wychodził. Bo i po co wysłuchiwać kolejnych kłamstw? Teraz jednak, w blasku poranka, nie mogła się oprzeć i rzuciła mu wyzwanie.
- To ile tym razem przegrałeś? - spytała.
- Dlaczego sądzisz, że przegrałem?
- Może znam twoje zwyczaje - mruknęła Lola, sięgając po wodę toaletową.
Była już ubrana i siedziała przy toaletce, przed zabytkowym lustrem
rozkładanym jak tryptyk nad kościelnym ołtarzem. Trzy odbicia ukazywały
obraz kobiety wciąż pięknej, ale zmagającej się z brzemieniem
trzydziestu trzech lat życia i licznych rozczarowań. Poznali się z Jeffreyem w Theatre Royal w Norwich. On siedział na widowni, a ona grała
główną rolę, wcielając się na scenie w egzotyczną piękność, kobietę
szpiega Matę Hari. Gdy po spektaklu zobaczyła za kulisami młodego,
zachwyconego Jeffreya Chalfonta czekającego z imponującym bukietem
kwiatów, dała się ponieść uczuciom. Owe uczucia tylko się spotęgowały,
gdy dowiedziała się o tytule, który miał pewnego dnia odziedziczyć wraz
z posiadłością w Norfolk. Lola Chalfont, hrabina! Czuła, że do tej roli
nadaje się wybornie.
Dopiero po ślubie dotarło do niej, że popełniła życiowy błąd. Zamieniła
sławę i sceniczny makijaż na niekończące się partyjki brydża i długie
błotniste ścieżki wśród pól. Główną rolę na drugoplanową. I nie było już
odwrotu. Producenci i reżyserzy wykazywali wobec niej sporą nerwowość -
należała teraz do arystokracji, nie była już jedną z nich, więc z czasem
przestali nawet oddzwaniać. Naturalnie wiedziała, że może za to winić
wyłącznie siebie. Mimo to wolała winić nowego męża i szybko nauczyła się
nim gardzić.
- To ile? - zapytała po raz drugi.
- Co ile?
- Dobrze wiesz, o czym mówię, Jeffrey. O kasynie.
Jeffrey jęknął z cicha.
- Ze dwieście franków - wyznał w końcu.
To oznaczało trzysta lub czterysta. Podobnie jak poprzedniej nocy. I jeszcze poprzedniej. Lola czuła w żołądku nieprzyjemny ucisk. Skąd
zamierzał wziąć pieniądze na tę rozpustę? Ich bankier, pan Spurling,
dzwonił już kilka razy i z rozmowy na rozmowę był coraz mniej przyjaźnie
nastawiony, coraz więcej wymagał.
- Kto jeszcze tam był? - spytała.
- Harry, Charley i Algy... - Imiona wszystkich przyjaciół Jeffreya
kończyły się na "y".
- I pewnie wszyscy przegrali.
- Mylisz się. Charley miał fantastyczną passę przy stole do ruletki.
Szampan lał się strumieniami.
- Stary dobry Charley!
Lola sięgnęła po szczotkę, by doprowadzić do porządku niesforne
kruczoczarne loki okalające twarz delikatną i władczą zarazem. Urodziła
się i wychowała w Sewilli, zanim jej rodzice przenieśli się do Londynu,
toteż w pięknej rezydencji nad Morzem Śródziemnym czuła się jak w domu.
W trzech lustrach po kolei zobaczyła oczy o intensywnym wejrzeniu,
smukłą szyję oraz uśmiech, którym potrafiła zachwycić całą salę, nawet
jeśli zasiadało w niej sześćset osób. To jeszcze nie koniec, pomyślała.
Zamierzała zostać producentką.
Próby do musicalu Grab Me a Gondola miały się rozpocząć pod koniec
roku. Obsady jeszcze nie skompletowano, ale Lola czytała już tekst i przesłuchała piosenki - zagrał je dla niej pianista, którego najęła za
własne pieniądze. Nie miała wątpliwości, że zanosi się na sceniczny
przebój, a rola Virginii, gwiazdki festiwalu filmowego w Wenecji (bo tam
właśnie toczyła się akcja) jest wręcz stworzona dla niej. Spotkała się
ze scenarzystami podczas przyjęcia w Dorchester, a gdy tylko wspomniała,
że jest skłonna zainwestować, natychmiast okazali wielkie
zainteresowanie. Zdradziła im więc, że bardzo podoba jej się fabuła
Grab Me a Gondola, a także niesamowite postacie, ze szczególnym
uwzględnieniem Virginii Jones. Czy byliby skłonni zaprosić ją na
przesłuchanie do tej roli? A czy zastanawiała się, jaką kwotę chciałaby
zainwestować w to przedsięwzięcie? A czy dwa tysiące funtów brzmi
interesująco? Nagle wszystkie elementy układanki zaczęły do siebie
pasować.
Oczywiście musiała o wszystkim powiedzieć Jeffreyowi - w końcu był panem
na włościach - a on naturalnie był przeciwny. Czy już zapomniała, kim
się stała dzięki niemu? Powrót na scenę byłby przecież uwłaczający - i dla niego, i dla niej, i dla całego rodu. Doprawdy powinna zrozumieć, że
raz na zawsze porzuciła dawne życie.
Tym razem jednak czuła, że musi mu się postawić. Był zaskoczony
zaciekłością jej oporu. Wiedziała, że mąż nigdy tego nie zrozumie, ale
coś sobie uświadomiła. Jakby jej dwa światy zamieniły się miejscami.
Majątek Chalfontów, jej piękny tytuł, socjeta z okolic Norfolk -
wszystko to było ledwie złudzeniem. Jej prawdziwym życiem jest scena.
- Zadzwonię dziś do Dino - oznajmiła. Dino Wolfe był szefem Strand
Productions, spółki, która produkowała spektakl. - Zamierzam go
poprosić, żeby nas odwiedził.
- Tu, w château?
- A dlaczego nie?
Jeffrey nie odpowiedział. Lola odwróciła się wreszcie i zobaczyła, że
jej mąż zdążył już zniknąć pod kołdrą.
Przez krótką chwilę była zwyczajnie wściekła. To nie był ten sam
człowiek, którego kiedyś poznała. Jeszcze pamiętała szampana, kawior,
długie przejażdżki jego SS Jaguarem 100, pierwszą wizytę w posiadłości w Norfolk, swój zachwyt pięknem tej ziemi... ogromnej połaci ziemi należącej
wyłącznie do niego. Wtedy wszystko wyglądało po prostu idealnie. Czy
małżeństwo i macierzyństwo zawsze kończą się w taki sposób? Czy zawsze
wyrywają całą radość i ambicję z młodego życia, w zamian oferując tylko
tę... pustkę?
Lola odłożyła szczotkę do włosów, po raz ostatni spojrzała w lustro i wstała. Wyobraziła sobie, że jest w garderobie i za chwilę wyjdzie na
scenę. Orkiestra już stroi instrumenty. Publiczność szepcze w podnieceniu. Jeszcze moment i w całej sali przygasną światła.
Tak, właśnie tak będzie, pomyślała. Zamierzała sprawić, że tak będzie.
Miała plan i wiedziała, że jeśli tylko uda się go zrealizować, wszystko
się odmieni.
Pozostał tylko jeden problem. Skąd wziąć dwa tysiące funtów?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Nowe rozdanie
Czy naprawdę istnieje coś takiego jak szczęśliwe zakończenie?
Gdy myślę o książkach, które kochałam przez całe życie, jestem świadoma,
że spełnienie zawsze dawał mi ostatni rozdział; to on przynosił
poczucie, że warto było poznać tę opowieść. Wciąż pamiętam, jaką ulgę
czułam jako bardzo młoda dziewczyna, gdy Czarny Książę odnajdował spokój
i bezpieczeństwo w Birtwick Park albo gdy Mary i Colin bawili się razem
w swym idealnym, tajemniczym ogrodzie. Nieco później gorączkowo
przewracałam kartki, gdy Emma w końcu sobie uświadamiała, że kocha pana
Knightleya, albo gdy Jane Eyre rodziła pierwszego syna panu
Rochesterowi.
Czy żyli potem długo i szczęśliwie? Ależ tak! Jak w ogóle można
podejrzewać, że było inaczej? Właśnie ta pewność karmiła moją miłość do
literatury i dlatego nawet nie przyszło mi do głowy, że Mary i Colin
mogliby dorosnąć i rozstać się w gniewie albo że Czarny Książę mógł
trafić do rzeźni i podzielić los Boksera z Folwarku zwierzęcego,
kolejnej powieści, którą pochłonęłam jako nastolatka. Ile czasu
potrzebowałaby Emma, by wrócić do dawnego życia? I kiedy pan Rochester
znienawidziłby los inwalidy pod opieką Jane?
Największą zaletą prozy jest to, że bez względu na trudy przeprawy jej
finał zawsze jest nieunikniony. Nawet gdy umiera główny bohater -
pomyślmy choćby o ofierze Sydneya Cartona w Opowieści o dwóch miastach
albo o smutnym końcu Michaela Hencharda z Burmistrza Casterbridge - to
nietrudno zauważyć, że inne rozwiązanie nie istniało, i w tym trzeba
znaleźć pocieszenie. "Nie ma wyboru - tak musi być", pisze Hardy.
Prawdziwe życie, ze swymi niuansami i meandrami, nie jest, rzecz jasna,
tym samym co literatura piękna, a już zwłaszcza życie w dwudziestym
pierwszym wieku. Źli prosperują, dobrzy idą z torbami. Wystarczy
poczytać gazety albo media społecznościowe, by z łatwością uwierzyć, że
nie ma na tym świecie sprawiedliwości i tak naprawdę nikt nie jest
szczęśliwy.
Wierzyłam, że zostanę z Andreasem na zawsze. Kochałam go i choć zdarzały
się chwile, w których mieliśmy ochotę nawzajem się udusić, to naprawdę
zdawało mi się, że w końcu odnalazłam się na Krecie, pośród gajów
oliwnych, brzęku kozich dzwonków, rozkoszując się idealnymi zachodami
słońca i kolacjami w gronie przyjaciół przy długich stołach w cieniu
bugenwilli. To było moje prywatne szczęśliwe zakończenie - a może raczej
byłoby, gdyby moje życie było powieścią.
Kreta jednak nigdy nie stała się moim zakątkiem na ziemi. Mogłam tam
spędzić tydzień, miesiąc, nawet rok... ale całe życie? Patrzyłam na bardzo
sędziwe panie siedzące przed domami, odziane od stóp do głów w czerń, i zastanawiałam się: czy właśnie taka się stanę? Środowy targ, zbiory
oliwek pod koniec października, imieniny wśród ciast i ciasteczek, śluby
i chrzciny z niezmiennym zestawem sztucznych ogni? Nie, to nie byłam ja.
Chwilami wręcz nie znosiłam piękna krajobrazu, który mnie uwięził, i zachodziłam w głowę, ile to życia omija mnie z daleka tu, za górami.
Każdego ranka pływałam w olśniewająco błękitnej wodzie i wracałam na
brzeg w mglistym przekonaniu, że nie odpłynęłam dostatecznie daleko.
Wbrew przeciwnościom losu hotel Polydorus, który Andreas kupił, a ja
pomagałam prowadzić, radził sobie znakomicie. Mieliśmy rezerwacje na
cały sezon, taras od strony morza dniem i nocą był pełen gości, Andreas
rozważał nawet, czy nie kupić kolejnej nieruchomości po drugiej stronie
Agios Nikolaos, w pobliżu plaży Ammoudi. To sprawiło, że na horyzoncie
pojawił się znowu jego kuzyn i wspólnik Yannis; od tej pory stali się
niemal nierozłączni... a ja czułam, że pomału odjeżdżam na boczny tor.
Jako wolny strzelec zaczęłam znowu redagować - dla nowego wydawnictwa,
Causton Books - i właśnie kończyłam pracę nad trzecim z serii bardzo
dobrych skandynawskich kryminałów w stylu noir. Czy to, że siedziałam z komputerem na balkonie mojej sypialni, wysyłałam notatki e-mailem i spotykałam się z ludźmi przez Zoom, w ogóle miało sens? Co ja właściwie
wyprawiałam? Moja głowa była w Londynie, a serce już nie należało do
Krety.
Rany. Brzmi to wszystko jak symfonia jęków, a przecież wcale nie o to mi
chodziło. Po prostu próbuję wyjaśnić, dlaczego w końcu uznałam, że już
dość i pora wrócić do domu. Andreas zawiózł mnie na lotnisko Heraklion,
lecz mimo że w hali odlotów przytuliliśmy się czule, oboje wiedzieliśmy,
że to ostatni raz, że podjęłam słuszną decyzję i że - choć na zawsze
pozostaniemy przyjaciółmi - nie jesteśmy już zakochani. Przynajmniej nie
w sobie nawzajem. Gdy samolot wspinał się na wysokość dziewięciu tysięcy
metrów, myślałam o wszystkich tych cudownych chwilach, które spędziliśmy
razem. Bolało, gdy zostawiałam te wspomnienia za sobą, porwane pędem
powietrza, ale wiedziałam, że tak trzeba. Miałam pięćdziesiąt pięć lat i zaczynałam nowe życie.
Wróciłam na Crouch End w północnej części Londynu. Właśnie tam
mieszkałam, gdy poznałam Andreasa, i czułam się tam komfortowo. Znałam w okolicy mnóstwo ludzi, a i dojazd do Suffolk był dogodny, gdy miałam
ochotę zobaczyć się z moją siostrą, Katie. Dawne mieszkanie sprzedałam,
żeby kupić hotel, ale wcale nie wyszłam na tym źle. Andreas spłacił moje
udziały z nawiązką, gdy więc dorzuciłam oszczędności i przekonałam bank,
że może mi udzielić kredytu hipotecznego, który prawie będę w stanie
spłacać, miałam dość pieniędzy, żeby kupić nowe mieszkanie, ledwie o kilka ulic od moich starych śmieci. Była to jednopoziomowa suterena z dwiema sypialniami (z których jedna miała mi posłużyć jako gabinet),
przyzwoitej wielkości kuchnią połączoną z salonem oraz niedużą łazienką,
wciśniętą pod schody wiodące do dwóch mieszkań powyżej. Prawdziwą
perełką był ogródek za podwójnymi drzwiami balkonowymi, z odrobiną
bruku, murem porośniętym bluszczem oraz dostateczną ilością zieleni, by
stworzyć iluzję, że to uroczy zakątek na wsi. Od ulicy dzieliły go dość
koślawe drzwi - oto miałam swój tajemniczy ogród. Była w nim nawet mętna
sadzawka z dwiema złotymi rybkami, którym nadałam imiona: Hero i Leander.
Kolejne trzy miesiące minęły w ekspresowym tempie. Przyjechałam akurat w sezonie wiosennych wyprzedaży i wpadłam w szał zakupów: wybrałam meble,
akcesoria i wszystko, czego potrzebowałam w kuchni: garnki, patelnie,
kieliszki, a nawet nowy zlew. Znalazłam też miejscowych budowlańców,
którym zleciłam renowację łazienki i malowanie niektórych pokojów. Dla
siebie zaś kupiłam całkiem nowe ubrania, gdyż te, które nosiłam na
Krecie, w Londynie były kompletnie bezużyteczne. Zaraz potem wydałam
pieniądze na niepotrzebnie zabytkową szafę, żeby to wszystko gdzieś
pomieścić. Wojowałam z hydraulikami i elektrykami, a potem spędziłam
godziny z telefonem w ręku, czekając na rozmowy z dostawcami Internetu i agentami ubezpieczeniowymi. Najlepsze z tego wszystkiego było zaś to, że
ocaliłam mojego starego MGB Roadstera, którego nie zdążyłam sprzedać,
wyjeżdżając z kraju - być może w głębi duszy wiedziałam, że pewnego dnia
będzie mi jeszcze potrzebny. Dopiero gdy wyprowadziłam go z absurdalnie
drogiego garażu w King's Cross i beztrosko wyprzedzałam wóz policyjny na
Highgate Hill, dotarło do mnie, jak rozsądnie postąpiłam, zatrzymując
sobie ten samochód, i jak bardzo stał się częścią mojego życia.
Odwiedziłam starych znajomych i poszłam na kilka książkowych premier, by
obwieścić światu, że wróciłam na dobre. Pojechałam też do Suffolk i zatrzymałam się u Katie, która - od niedawna rozwiedziona - podobnie jak
ja mieszkała teraz w nowym domu. Spotykała się z kimś z centrum
ogrodniczego, w którym pracowała, a ja jeszcze nigdy nie widziałam jej
szczęśliwszej i bardziej pewnej siebie. To ona przekonała mnie, żebym
adoptowała kota, którego wcale nie chciałam; zgodziłam się na to dopiero
wtedy, gdy w schronisku obiecali, że nie zeżre mi złotych rybek.
Zabrałam się wreszcie do czytania Jamesa Joyce'a, a było to wyzwanie, z którym próbowałam się zmierzyć od zakończenia studiów. Dokończyłam też
redagowanie tekstu, nad którym pracowałam, kilkoma drobnymi zmianami
dopieszczając kolejny perfekcyjny triumf Politisjefinspect?r Heidi
Gundersen z norweskiej policji.
Obudziłam się w czerwcowy poranek w mieszkaniu zalanym słońcem. Hugo -
mój kot - obserwował mnie z niedużego fotela, który zaanektował na swoje
stałe lokum. Przeczytałam dwadzieścia stron Dublińczyków, przejrzałam
gazetę na iPadzie, a potem wzięłam prysznic i zjadłam śniadanie. Właśnie
w takich chwilach najbardziej brakowało mi Andreasa. Może to dziwne, ale
samotne wstawanie z łóżka zawsze przygnębiało mnie bardziej, niż to, że
kładłam się sama. Nastawiłam czajnik i właśnie sięgałam po kawę, gdy
odezwała się moja komórka.
Dzwonił Michael Flynn, naczelny z Causton Books, a więc w praktyce mój
szef. Znałam go jedynie z Zooma, ale to wystarczyło, bym od razu
wyobraziła sobie jego krągłą twarz, przerzedzone już włosy oraz okulary
wiszące na sznurku, bo, jak mi powiedział, wiecznie gdzieś je gubił.
Zwykle nosił marynarkę i krawat, ale równie dobrze mógł być nagi od pasa
w dół, bo tylko górną połowę jego ciała widywałam, gdy spotykaliśmy się
online. Nie wiedziałam nawet, czy w ogóle ma nogi.
- Jak leci? - zapytał.
Już wcześniej mówiłam mu, że wróciłam do Londynu, ale od tamtej pory
rozmawialiśmy tylko parę razy.
- Świetnie, dziękuję - odpowiedziałam.
- A jak tam nowy dom?
- To tylko mieszkanie. Ale jestem bardzo szczęśliwa. Pasuje mi pod
każdym względem.
- Miło mi to słyszeć. Posłuchaj, wiem, że działam z zaskoczenia, ale czy
nie mogłabyś dzisiaj do mnie wpaść?
- Dostałeś tę nową książkę o Gundersen, którą ci wysłałam?
- Dostałem, wszystko gra, ale mamy coś nowego i muszę przyznać, że
byłabyś idealna do tej roboty.
- Wyślesz mi tekst?
Przez chwilę w słuchawce panowała cisza.
- To nie takie proste. Myślę, że powinniśmy porozmawiać. Wpadnij koło
południa, to zjemy razem lunch.
- Zaintrygowałeś mnie, Michael. W takim razie będę o dwunastej. Naprawdę
nie powiesz mi, o co chodzi?
Kolejna pauza.
- O Atticusa Pünda - odpowiedział i rozłączył się.
Ciąg dalszy nastąpi
Redakcja Causton Books mieściła się na skraju Victorii, okolicy
nieszczególnie kojarzonej z literaturą piękną. Zajmowała przyziemie i cztery piętra nowoczesnego biurowca z wejściem jak do terminalu
lotniska, bufetem na parterze oraz windami, do których trzeba było mieć
elektroniczny identyfikator. Maszerując przez hol pełen ekranów
telewizyjnych, na których migały raz po raz okładki książek - choć
żadnej prawdziwej książki nie było w zasięgu wzroku - pomyślałam o tym,
jak długą karierę mam już za sobą. Dawno minęły dni niezależnego domu
wydawniczego upchniętego gdzieś w starej wozowni, za solidnymi
drewnianymi drzwiami i oknami wykuszowymi. Spędziłam w Cloverleaf
jedenaście lat i przyzwyczaiłam się do wąskich korytarzy, marnego
oświetlenia i pokojów, które chyba specjalnie urządzono tak, by jak
najtrudniej było znaleźć tych, którzy naprawdę coś znaczyli w wydawnictwie. Z drugiej jednak strony, gdy leżałam półprzytomna, a płomienie ochoczo pożerały wszystko wokół mnie, przyszło mi na myśl, że
te boazerie na ścianach, zakurzone dywany i zasłony, które w sumie
nadawały temu miejscu charakter, całkiem dosłownie nie dadzą mi żyć,
więc jeśli jakimś cudem przetrwam, trzeba będzie pomyśleć o zmianach.
Otwarte przestrzenie z równymi rzędami biurek oddzielonych szklanymi
przepierzeniami, jednakowe meble i oświetlenie przyjazne pracownikom być
może nie miały w sobie wiele z ducha T.S. Eliota czy W. Somerseta
Maughama, ale przynajmniej nikogo nie próbowały zabić.
Tak czy inaczej, to nie architektura i nie wyposażenie biur odróżnia
jednego wydawcę od drugiego. To ludzie. Gdy krótko przed południem
wchodziłam do siedziby Causton Books, właśnie Jeanette - recepcjonistka,
której nigdy wcześniej nie spotkałam, ale która wiedziała, że przyjdę, i powitała mnie jak starą przyjaciółkę - sprawiła, że poczułam się jak w domu. Wręczyła mi obowiązkową smycz, otworzyła prawie lotniskową bramkę
bezpieczeństwa, a nawet pomogła zaprogramować windę tak, by zabrała mnie
prosto do celu.
Michael Flynn czekał na mnie na czwartym piętrze. Był bez krawata, ale
na szczęście miał i nogi, i spodnie. Spotykaliśmy się po raz pierwszy,
lecz przecież nie byliśmy sobie obcy, dlatego nie wahaliśmy się długo i zamiast podać sobie ręce, zdecydowaliśmy się na bardziej nowoczesny
przyjazny uścisk. Dopełniwszy powitalnego rytuału, Michael poprowadził
mnie korytarzem między regałami pełnymi książek z jednej strony a tłumkiem ludzi w dżinsach i T-shirtach z drugiej. Wszyscy garbili się
przed monitorami, z małymi białymi słuchawkami wetkniętymi w uszy;
wszyscy też byli co najmniej o dwadzieścia lat młodsi ode mnie.
W sali konferencyjnej, którą dla nas wybrał, zasiedliśmy po przeciwnych
stronach stołu, o wiele za dużego dla dwojga ludzi i otoczonego wolnymi
krzesłami. Od razu zauważyłam, że oprócz termosu z kawą, mleka i herbatników czeka na mnie maszynopis. Spoczywał na nim, zapewne
nieprzypadkowo, notatnik. To właśnie był powód naszego spotkania.
- Bardzo się cieszę, że przyszłaś, Susan - zagaił Michael. - Napijesz
się kawy?
- Tak, dziękuję.
Możliwe, że kawa czekała tu na mnie od godziny, ale wciąż była gorąca.
Prawdziwy Michael Flynn podobał mi się bardziej niż jego ekranowy
wizerunek. Na żywo wydał mi się silniejszy; pewnie nie bez powodu
zajmował prominentne stanowisko w firmie zatrudniającej ponad setkę
ludzi. O dziwo, był jednocześnie jakby cichszy i bardziej ludzki niż
podczas naszych poprzednich rozmów. To właśnie jest najgorsze w Zoomie:
dostarcza obraz i dźwięk, ale wysysa praktycznie wszystko inne.
- I jak ci się żyje znowu w Londynie? - zapytał. W jego wymowie była
elegancja spikerów BBC z czasów drugiej wojny światowej.
- Dziwnie.
- Ale wróciłaś na stałe?
- Tak sądzę.
- To dobra wiadomość, bo siedząc na Krecie, wykonywałaś dla nas świetną
robotę, ale wydaje mi się, że mając cię pod ręką, będziemy mogli
zaoferować jeszcze ciekawszy materiał.
- Czy to oznacza, że zostanę przyjęta na etat? - spytałam. Jako wolnemu
strzelcowi płacili mi od godziny, a może raczej od słowa, i nie mogłam
korzystać z żadnych benefitów czy pracowniczego ubezpieczenia.
Michael lekko zmrużył oczy, a ja pomyślałam, że niechcący zdenerwowałam
go pytaniem prosto z mostu.
- Obawiam się, że w tej chwili nie ma takiej możliwości - odpowiedział.
- Ale, jak już mówiłem przez telefon, mamy dla ciebie nowy projekt.
Jeśli sobie poradzisz, będziemy otwarci na negocjacje.
- Atticus Pünd - mruknęłam.
- Właśnie. - Dał mi jasno do zrozumienia, kto tu rządzi i w jaki sposób
wyobraża sobie nasze relacje. - Jak wiesz, wydawnictwo Orion Books
wznowiło dziewięć powieści Alana Conwaya. Sprzedały się zaskakująco
dobrze, jeśli wziąć pod uwagę to, o czym już wszyscy wiedzą: że Alan nie
szanował ani bohatera, którego stworzył, ani własnych czytelników.
- Łagodnie to ująłeś.
- No... fakt. - Michael spojrzał na mnie współczująco i dodał: - Wiem, że
współpraca z tym człowiekiem nie była dla ciebie szczególnie przyjemna...
- Współpraca z nim w ogóle nie była przyjemna, ale i tak cieszę się, że
książki odniosły sukces.
Zadziwiające, że przypadkowe spotkanie przed trzydziestu laty
zaowocowało czymś, co wedle dowolnych norm można nazwać wyłącznie w jeden sposób: wydawniczym fenomenem. Alan zaczął dorosłe życie jako
nauczyciel angielskiego w prywatnej szkole, w której uczyli się mój
siostrzeniec i moja siostrzenica. Już wtedy był wybitnie niepopularny i powinnam była uznać to za sygnał ostrzegawczy. Dziesięciolatki z reguły
szybko wyczuwają, skąd wieje wiatr. Czasem myślę, że Katie przedstawiła
mi Conwaya w nadziei, iż przekonam go do odejścia ze szkoły.
I tak właśnie się stało. Przeczytałam rękopis i choć wymagał poprawek,
powieść Tropiciel Atticus Pünd z miejsca stała się bestsellerem oraz
zalążkiem serii, którą udało się sprzedać na całym świecie w trzydziestu
przekładach i osiemnastu milionach egzemplarzy, dzięki czemu Alan
zarobił fortunę. Zgarnął też mnóstwo nagród literackich oraz srebrny
medal i honorowe obywatelstwo Heidelbergu. Gdy opuścił Woodbridge
School, kupił sobie rezydencję opodal Framlingham i na cześć jednego z opowiadań o Sherlocku Holmesie nazwał ją Abbey Grange, co, jak myślę,
wiele mówi o jego naturze. BBC była bliska realizacji ośmioodcinkowego
serialu zatytułowanego "Przygody Atticusa", ponoć z Madsem Mikkelsenem w roli głównej. Wszystkie plany jednak wzięły w łeb, gdy pisarz odszedł z tego świata, zepchnięty z wieży swej luksusowej rezydencji.
Alan nigdy mnie nie zaprosił do Abbey Grange i w ogóle jakoś nie
mogliśmy się dogadać. Spotykałam już autorów, którzy nie ufali swym
redaktorom, ale tylko on był tak uporczywie wrogi. Każda moja sugestia,
każde cięcie w tekście, nawet każde pytanie - wszystko nieodmiennie
prowadziło do kłótni i potrzebowałam sporo czasu, by zrozumieć, że to
nie mnie darzy taką antypatią. Nie znosił książek, które - jak uważał -
był zmuszony pisać. Mówiąc wprost, chciał być Salmanem Rushdiem, a nie
Agathą Christie, lecz to było po prostu niemożliwe. Utknął na dobre z tym, kim naprawdę był.
- Tak czy inaczej, wyprzedziliśmy Oriona o krok - rzekł Michael. - Ktoś
od nas wpadł na genialny pomysł, żeby zamówić nową powieść o Atticusie
Pündzie.
- Już bez Alana - dopowiedziałam.
- Otóż to. Po prostu kontynuację. W przypadku Jamesa Bonda i Sebastiana
Faulksa plan sprawdził się wybornie - dodał prędko, nim zdążyłam mu
przerwać. - Z pewnością wiesz, że Piekło poczeka było najszybciej
sprzedającą się powieścią od czasów Harry'ego Pottera... Przynajmniej do
pojawienia się Richarda Osmana. Ale mamy też nowe przygody Herkulesa
Poirota, Sherlocka Holmesa, Jeevesa i Woostera, są kontynuacje
Autostopem przez Galaktykę... - Uśmiechnął się. - Prosta prawda jest
taka, że nikogo nie obchodzi Alan Conway, Atticus Pünd i bez niego
świetnie sobie poradzi.
Możliwe, że zabrzmiało to dość cynicznie, ale miał rację. To dziwne, ale
niektóre postacie rzeczywiście przerastają autorów, którzy je stworzyli.
W literaturze popularnej jest ich dzikie mnóstwo. Między innymi dlatego
Conan Doyle cisnął Sherlocka Holmesa w odmęty wodospadu Reichenbach:
czuł, że popularny bohater maskuje przed światem jego prawdziwy talent.
Zarówno A.A. Milne, jak i jego syn, Christopher Robin, z czasem
znienawidzili Kubusia Puchatka, Piotruś Pan zaś zostawił po sobie wręcz
kolekcję trupów. Co łączy Mary Poppins, Tarzana, Czarnoksiężnika z Krainy Oz oraz Draculę? Otóż to, że zna te postacie pół świata, ale
pewnie mało kto potrafi podać nazwiska autorów, którzy je stworzyli.
- Pół roku temu nawiązaliśmy kontakt z Jamesem Taylorem - powiedział
Michael. - Zdaje się, że go znasz. Mieszkał z Alanem i odziedziczył po
nim dom, pieniądze oraz spuściznę literacką. Złożyliśmy mu ofertę za
prawo do wydania trzech nowych powieści. Zdumiewające, że w Orionie na
to nie wpadli. Tak czy inaczej, przekonaliśmy Jamesa, że i tak zrobimy
to lepiej niż oni. Widziałaś może nowe okładki, które przygotowali dla
wznowień? Ponure i nudne, moim zdaniem. Choć oczywiście James ma w nosie
takie drobiazgi, jak styl czy wizerunek. Interesują go tylko konkrety.
Nasza oferta była bardzo szczodra, a w dodatku zaproponowaliśmy mu rolę
konsultanta. Cieszył się jak dziecko.
W ogóle mnie to nie zdziwiło. Znałam Jamesa całkiem dobrze - spotkałam
go, gdy wybrałam się do Suffolk w poszukiwaniu ostatniego rozdziału
Morderstw w Somerset, a potem raz jeszcze, gdy powróciłam do Anglii
tropem morderstwa sprzed ośmiu lat - wskazówka do rozwiązania zagadki
ukryta była w trzeciej części cyklu zatytułowanej Atticus Pünd
przejmuje sprawę. Jako dwudziestoparolatek James oferował w Londynie
usługi "mężczyzny do towarzystwa" i w takim charakterze przedstawiono go
Alanowi, który w owym czasie był żonaty i starannie ukrywał swoje
skłonności. Prawdę mówiąc, James bardzo mu pomógł dojść do ładu z własną
seksualnością; niewykluczone, że wydobył z jego osoby to, co najlepsze.
Nagroda za to była nader sowita. Zamieszkał z Alanem w Abbey Grange i -
jak właśnie wspomniał Michael - odziedziczył po nim cały majątek. James
był bezczelny, nachalny, niewierny, samolubny i lubieżny, ale jakimś
cudem i tak go lubiłam. Gdy widzieliśmy się po raz ostatni, zjedliśmy
razem lunch w Le Caprice. Nie tylko zapłacił wtedy rachunek, ale i dostarczył mi cennych wskazówek potrzebnych do rozwiązania zagadki
morderstwa Franka Parrisa i zniknięcia Cecily Treherne. Ucieszyłam się
na myśl o ponownym spotkaniu.
- W każdym razie Alan Conway nie jest nam do niczego potrzebny -
podsumował Michael.
- Bardzo możliwe - zgodziłam się. - Zresztą ja i tak nie mogłabym już z nim pracować. Inna sprawa, że niełatwo wskoczyć w jego buty. Wymyślał
świetne fabuły. Miał dobre ucho do dialogów i lubiłam jego bohaterów. Z trudem przechodzą mi przez gardło te słowa, ale on był naprawdę świetnym
pisarzem... Przynajmniej wtedy, gdy nie próbował stworzyć kolejnej pozycji
w serii nowoczesnych klasyków Penguina. - Zerknęłam na maszynopis. Tytuł
i nazwisko autora wciąż były niewidoczne. - Rozumiem, że to ta nowa
powieść? - dorzuciłam.
- Pierwsze trzydzieści tysięcy słów. W bardzo roboczej wersji.
- Wydrukowałeś specjalnie dla mnie.
Był to nasz stały gag. Pewnie jestem staroświecka, ale Michael wiedział,
że wolę pracować na papierze. W dzisiejszych czasach bodaj wszystko
dzieje się na ekranie komputera, lecz ja zawsze czułam, że rękopis czy
maszynopis ma więcej wspólnego z prawdziwą, gotową książką, a zmiany w tekście lubię wprowadzać własnoręcznie. Gdy jeszcze mieszkałam na
Krecie, kupiłam sobie tandetną drukarkę i czasem przez pół poranka
czekałam na papierową kopię, zanim mogłam zabrać się do pracy.
- Tak - odparł z uśmiechem Michael. - I już czeka na twój czerwony
długopis.
- Powiesz mi wreszcie, kto to napisał?
- Naturalnie, chociaż muszę cię prosić, żebyś na razie zachowała tę
informację dla siebie. Tak się składa, że znasz autora. - Zawiesił głos
dla większego efektu. - To Eliot Crace.
Na krótką chwilę zabrakło mi słów... całych trzydziestu tysięcy. Było to
ostatnie nazwisko, które spodziewałam się usłyszeć.
- Pracowałaś z nim w Cloverleaf - przypomniał mi Michael.
- To nie do końca prawda. Widziałam go ze dwa razy, ale nie miałam z nim
nic wspólnego. To Charles go polecił i Charles z nim współpracował, nie
ja.
- Nie lubiłaś go?
- Gdy spotkałam go po raz pierwszy, był pijany. Za drugim razem...
zakrwawiony. Twierdził, że wypadł z autobusu.
- Tak. I ja zadawałem sobie pytanie, czy aby słusznie robimy,
korzystając z jego usług, ale ostatecznie podjęliśmy ryzyko. Jednym z twoich zadań będzie utrzymanie go w ryzach. To dla nas ważna książka, i to z wielu powodów, więc nie chcemy żadnych wybryków z jego strony.
Miejmy nadzieję, że najgorsze chwile ma już za sobą. Ile miał lat, gdy
go poznałaś? Dwadzieścia parę? Teraz jest żonaty. Sama zobaczysz, że się
ustatkował.
- A co z jego piórem?
- Ty mi to powiesz, gdy poczytasz - odrzekł Michael, dolewając sobie
kawy. - Znasz się na kryminałach znacznie lepiej niż ja. Z tego, co
przeczytałem, wnoszę jednak, że Eliot świetnie się spisał. Czuć
podobieństwo do oryginału.
- Kiedy toczy się akcja? - Spytałam o to z ważnego powodu. W ostatniej
powieści u Atticusa Pünda wykryto guza mózgu. To był jego wodospad
Reichenbach. Alan zostawił swemu bohaterowi ledwie kilka miesięcy życia.
- Zaraz po Morderstwach w Somerset.
- Zatem musi się toczyć bardzo wartko.
- I tak jest. Atticus Pünd jest chory. Spotyka znajomą starszą panią,
lady Chalfont, która zaprasza go do swego domu na południu Francji...
Znałam to nazwisko. Lady Chalfont pojawiła się już w Ginie i cyjanku,
szóstej powieści z serii.
- ...i wyznaje, że coś podsłuchała i obawia się o swoje życie. Wkrótce
potem naturalnie ginie. Jej rodzina jest dość upiorna, ale to mąż... drugi
mąż... wydaje się głównym podejrzanym. Miałem nadzieję, że przeczytasz
tyle tekstu, ile już mamy, a następnie pomożesz Eliotowi dokończyć
robotę. Chcielibyśmy publikować na początku przyszłego roku.
Wiele jest dziwacznych reguł w wydawniczym światku, a jedna z nich mówi
o tym, że terminy zawsze są zbyt krótkie i nigdy nie ma dość czasu, żeby
zdążyć ze wszystkim. Dokonałam w pamięci szybkich obliczeń.
- Mało czasu - zauważyłam.
- Eliot długo zabierał się do pisania. - Michael musiał dostrzec moją
minę, bo natychmiast dodał: - To nie była jego wina. Zależało mu na
świetnej fabule, więc spędził sporo czasu, dopracowując jej strukturę. -
Uśmiechnął się po raz drugi, a ja odniosłam wrażenie, że robi to tak,
jak włącza się i wyłącza światło. - Gdy tylko usłyszałem, że wracasz do
kraju, Susan, pomyślałem, że będzie z was idealny duet. W końcu to ty
odkryłaś Alana Conwaya. Świetnie znasz styl jego prozy i rozmaite
sztuczki pisarskie, które stosował. Nie twierdzę, że to będzie powieść
doskonała, ale pod twoim nadzorem może stać się bestsellerem. Wszyscy
kochają Atticusa Pünda, a Eliot jest równie znany... przynajmniej z nazwiska. Naprawdę sądzę, że możemy mieć w rękach rynkowy przebój.
- Dwie książki, które Eliot napisał, współpracując z Cloverleaf, nie
sprzedały się zbyt dobrze - zauważyłam.
Zazwyczaj nie pozwalam sobie na tak negatywne nastawienie, ale naprawdę
miałam sporo powodów, by trzymać się z daleka od tego projektu. Poza tym
mówiłam prawdę - marna sprzedaż była głównym powodem, dla którego
trzecia powieść już się nie ukazała.
- Czytałem je - odparł Michael - i podobały mi się. Niewykluczone, że
zawiódł marketing.
- Zrobiliśmy, co w naszej mocy. - Irytowała mnie jego krytyka, ale
starałam się tego nie okazywać. - No dobrze - dodałam po chwili. -
Przeczytam i odezwę się. Gdzie teraz mieszka Eliot?
- W zachodnim Londynie. Notting Hill Gate. Nawiasem mówiąc, bardzo się
ucieszył, gdy mu wspomniałem, że spotkam się z tobą. Pamięta cię z Cloverleaf i jest w pełni świadomy tego, ile zrobiłaś dla Alana Conwaya.
- To miłe z jego strony. - Zerknęłam na wydruk. - Poznam wreszcie tytuł?
- spytałam.
- Naturalnie.
Michael obrócił plik kartek i zdjął zeń swój notatnik.
Tytuł widniał na pierwszej stronie, czarno na białym.
PÜND: OSTATNIA SPRAWA
Eliot Crace
Dziesiąty tom dziewięcioczęściowej serii.
- To anagramp - powiedziałam.
- Słucham?
To był prywatny żarcik. Nie musiałam wyjaśniać.
Myśli
Alan Conway nie lubił pisać powieści kryminalnych, więc dla rozrywki
prowadził drobne gierki z czytelnikami. Ukrywał je, rzecz jasna - były
to jego zagadki w zagadkach. Wzmianka o lady Chalfont przypomniała mi na
przykład, bez ważnego powodu, że wszystkie postacie Ginu i cyjanku
nosiły nazwiska zapożyczone od stacji londyńskiego metra. Czcigodna dama
nazwana została na cześć przystanku Chalfont and Latimer na linii
Metropolitan; byli też Adam i Artemis Perivale z towarzyskiej śmietanki,
lokaj nazwiskiem Hillingdon oraz detektyw inspektor Stockwell. Pamiętam,
że byłam nawet zaskoczona, iż gdzieś w tle nie pojawił się lord Edgware.
Gier słownych było znacznie więcej: akrostychy, anagramy, kryptogramy,
szyfry. Sprawiały, że czytelnik wikłał się w dekonstrukcję książki -
zamiast skupiać uwagę na fabule i postaciach, zaczynał analizować
najdrobniejsze klocki, z których była zbudowana: same litery. Między
innymi dlatego jako redaktorka miałam z Alanem tyle problemów. Prosiłam
go na przykład, żeby wyciął zbędny szczegół albo zmienił szyk zdania,
które nie brzmiało zbyt naturalnie, a on niespodziewanie wybuchał
gniewem. Z czasem zrozumiałam, że jego książki są pełne zagadek, których
pewnie nie zauważy żaden czytelnik, ale gdy próbowałam przy nich
manipulować, psułam autorowi całą zabawę.
Charles Clover, dyrektor Cloverleaf Books oraz redaktor czterech
ostatnich powieści Alana, doświadczył tego na własnej skórze, gdy
wydawał Morderstwa w Somerset. Jedli razem kolację w restauracji Ivy i Charles użył tytułu Zagadka morderstw w Somerset, wspominając o najnowszej książce. Alan dostał szału. Tytuł brzmi: Morderstwa w Somerset!, wykrzyczał. Nie życzył sobie żadnych "zagadek". Minęło sporo
czasu, zanim się zorientowaliśmy, że tytuły dziewięciu powieści o Atticusie Pündzie nie są przypadkowe - ich pierwsze litery tworzyły
akrostych. Tropiciel Atticus Pünd, Oprawcy nie zaznają spokoju,
Atticus Pünd przejmuje sprawę, Noc przyzywa i tak dalej. Dziewięć
liter tworzyło hasło: TO ANAGRAM.
Nie anagramp.
Dodając dziesiąty tytuł - Pünd: ostatnia sprawa - Eliot Crace zepsuł
Alanowi żart.
Wróciłam do Crouch Endu zaraz po spotkaniu z Michaelem Flynnem. Zaprosił
mnie na lunch, ale odmówiłam - nie miałam mu nic więcej do powiedzenia i wolałam być sama. Choć zabrałam z sobą maszynopis, nie byłam gotowa
zasiąść do czytania. Prawdę mówiąc, choć potrzebowałam pieniędzy, w ogóle nie chciałam brać tego zlecenia.
Przede wszystkim - nie lubię kontynuacji. Odrzuca mnie już sama nazwa.
Można pisać powieści historyczne, fantastycznonaukowe, romanse - sama
tematyka wiele mówi o zainteresowaniach autora i o tym, co go
inspirowało. Ale kto chce tworzyć tylko po to, żeby kontynuować dzieło
innego? Gdzie tu sens?
Pamiętam dobrze, jak narodził się ten trend - to od Sebastiana Faulksa
zaczęła się ta mania kalkowania. Jego powieść o Bondzie odniosła wielki
sukces, lecz zaraz potem niemal każdy wydawca zapragnął połączyć znanego
autora z popularną postacią w nadziei na szybki zysk. Pamiętam, że ktoś
podrzucił mi pomysł, by Val McDermid napisała ciąg dalszy Doktora
Jekylle'a i pana Hyde'a. Nikt jej tego oficjalnie nie zaproponował, ale
podejrzewam, że gdyby była zainteresowana, i ja weszłabym w ten projekt,
bo bardzo chciałabym z nią popracować. Mimo to w zasadzie moje poglądy
pozostały niezmienne. Co zostanie z prozy, jeśli odbierzemy jej
oryginalność?
Moje wątpliwości wobec kontynuacji przygód Pünda sięgały jednak znacznie
głębiej.
Niemal od dnia, w którym się poznaliśmy, Alan Conway przysparzał mi
samych problemów. Dawniej byłam zdania, że po prostu pisze wciągające
historie, lecz szybko się okazało, że miały w sobie wiele z niebezpiecznej broni; przepełniał je swoją złą wolą i wystrzeliwał w świat, siejąc zniszczenie.
Weźmy choćby to, jak bardzo lubił wplatać w fabułę swych powieści
postacie swych znajomych. Wielu pisarzy postępuje podobnie. Charles
Dickens czerpał z życia inspirację dla wielu słynnych postaci, które
stworzył, choćby takich jak Bill Sikes, pan Micawber, Fagin czy Scrooge.
Alan postępował perfidniej: celowo wypaczał ich charaktery, tworząc
karykatury swych najbliższych. Jego siostra stała się zazdrosną starą
panną, jego chłopak - idiotą, a jeden z jego uczniów przeistoczył się w ogrodnika-pedofila. Nie dość, że był to paskudny proceder, to jeszcze
doprowadził do prawdziwej tragedii: zniknięcia i śmierci Cecily
Treherne, która odgadła tożsamość mordercy ukrytą na stronicach powieści
Atticus Pünd przejmuje sprawę. Dwa razy przyszło mi zmagać się ze
skutkami jego pomysłów i w obu wypadkach omal nie skończyło się to moją
śmiercią. Nie miałam specjalnej ochoty kusić losu po raz trzeci.
Nie było przecież tak, że wyszłam z opresji bez szwanku. Straciłam
źródło dochodu, gdy poszło z dymem wydawnictwo, w którym pracowałam - i sama omal wtedy nie zginęłam. Mój wzrok doznał trwałych uszkodzeń; od
tamtej pory muszę racjonować sobie moje ukochane czytanie w ledwie
godzinnych dawkach. Co gorsza, całe londyńskie środowisko wydawnicze
odwróciło się ode mnie, gdy okazało się, że Charles Clover jest zabójcą.
Panowało powszechne przekonanie, że Alan dostał to, na co zasłużył, ale
za to, że z rynku zniknęło odnoszące sukcesy, niezależne wydawnictwo, a jego szef skończył w więzieniu, z jakiegoś powodu obwiniano mnie. Nie
miałam więc pracy, nikt nie chciał mnie zatrudnić i właściwie nie miałam
wyboru - musiałam sprzedać mieszkanie i przenieść się na Kretę. A przecież i ta przygoda nie skończyła się szczęśliwie.
Z perspektywy czasu widziałam wyraźnie, że moje życie potoczyłoby się
mniej wyboistą drogą, gdybym nigdy nie poznała Alana Conwaya. Rozsądek
nakazywał mi więc teraz nie mieć z nim już nic wspólnego. Trudno mi było
uwierzyć, że Michael Flynn mógł wpaść na pomysł z nową powieścią, a co
dopiero wciągnąć mnie do tego projektu. Czułam się jak postać z szóstej
czy siódmej części horroru, którego bohaterka, choć zmieniła nazwisko,
przeszła terapię i przeprowadziła się na drugi koniec świata, wciąż musi
uciekać korytarzami przed tym samym oszpeconym maniakiem w czarnym
płaszczu i z niemal czterdziestocentymetrowym nożem kuchennym w garści.
Dlaczego więc ten wydruk właśnie leżał na moim kuchennym stole? Dlaczego
zabrałam go z sobą, opuszczając siedzibę Causton Books? Odpowiedź miałam
na wyciągnięcie ręki. Miałam na karku spłatę hipoteki w comiesięcznych
ratach i nawet fotel, na którym właśnie siedziałam, obciążał linię
kredytową mojej karty. Po prostu potrzebowałam pieniędzy, a co więcej,
wydawnictwo Causton Books było w tej chwili bodaj jedynym przybytkiem w mieście, gdzie miałam szansę na stałe zatrudnienie na niepoślednim
stanowisku. Michael Flynn sam powiedział, że jest otwarty na negocjacje.
Tyle że nie mielibyśmy czego negocjować, gdybym mu teraz odmówiła.
Jadąc metrem, nawet nie zajrzałam do książki, ale teraz w końcu
zatrzymałam wzrok na tytule i od razu przyszło mi na myśl, że trzeba
będzie go zmienić. W tytułach poprzednich tomów przedstawialiśmy
bohatera jako Atticusa Pünda albo po prostu Atticusa; samo Pünd brzmiało
jakby zbyt ostro, po prostu nie pasowało. Nie byłam też do końca
przekonana, czy czytelnicy zechcą śledzić losy detektywa, który snuje
się po południowej Francji, walcząc z ostatnią fazą choroby
nowotworowej. Tak czy inaczej, Michael zapowiedział, że zamawia trzy
nowe powieści, a to oznaczało, że Eliot Crace musi poprowadzić bohatera
przez kolejne dwie. Podejrzewałam, że pod koniec trzeciej nieszczęsny
Atticus będzie już tylko leżał na wznak, podłączony do kroplówki z solą
fizjologiczną.
Była czternasta - zdecydowanie zbyt wczesna pora na alkohol - lecz mimo
to podeszłam do lodówki, by nalać sobie kieliszek wina. Na talerz
wrzuciłam trochę sałatki i twarożku, żeby przekonać samą siebie, że to
po prostu późny lunch. Kot zjawił się przy mnie, gdy tylko uchyliłam
drzwi lodówki, i zaczął ocierać się o moją nogę. Zirytował mnie. Kobieta
po pięćdziesiątce, żyjąca samotnie w mieszkaniu na niskim parterze?
Dlaczego nie. Ale jeśli dodamy kota, zaczyna to trącić... myszką. Gryząc
seler, spojrzałam na zwierzaka z wyrzutem.
A potem pomyślałam o Eliocie Crasie. Musiałam przyznać, że wybierając
akurat tego autora, Michael postąpił całkiem sprytnie.
Eliot był wnukiem jednej z najbardziej poczytnych brytyjskich pisarek,
której fenomen przyćmił nawet sukces Alana Conwaya. Miriam Crace
wprawdzie nigdy nie tworzyła powieści detektywistycznych, ale przecież
właśnie o to chodziło Michaelowi: pozyskał słynne nazwisko, a jednocześnie nie musiał się martwić porównaniami. Nie chciał przecież
przeczytać w recenzji, że Eliot nie dorównuje babuni.
Miriam napisała sześćdziesiąt trzy książki dla dzieci w toku kariery,
która trwała mniej więcej tyle samo lat. Była między innymi autorką
powieści fantastycznej Państwo Little, opowiadającej o rodzinie
poczciwców mierzących zaledwie dwa cale (w późniejszych wydaniach, ku
jej rozczarowaniu, zmieniono ich wzrost na pięć centymetrów). Swego
czasu szacowano, że w 95 procent brytyjskich domów jest co najmniej
jedna z jej książek, a w 40 procent jest ich dziesięć lub więcej. Na
całym świecie jej dzieła sprzedały się w oszałamiającej liczbie miliarda
egzemplarzy - co może nie dało jej miejsca w Księdze rekordów Guinnessa,
ale na pewno wystarczyło, by przebić sprzedaż samej księgi - a słowo
"little" stało się zrozumiałe w czterdziestu siedmiu językach, Miriam
bowiem uparła się, by nazwisko bohaterów nie było tłumaczone. Na
zagranicznych rynkach nie pojawiły się więc powieści zatytułowane Les
Petits Gens czy De Sm? Manneskene. Bodaj połowa dzieci na całym
świecie dorastała, śledząc losy dziadka Little, babci Little, pana i pani Little, Harry'ego, Jacka, Jasmine oraz Rose Little... a także, od
końca lat dziewięćdziesiątych, adoptowanych Karima i Njingi Little.
Wszyscy uwielbiali publiczny wizerunek pisarki i wszystkim się zdawało,
że coś o niej wiedzą, lecz tak naprawdę Miriam Crace nie afiszowała się
ze swym prywatnym życiem. Poświęcono jej dwie biografie, ale w obu
wypadkach blisko współpracowała z autorami i z tej, którą pobieżnie
przejrzałam, naturalnie wyłaniał się obraz świętej. Trzecią,
nieautoryzowaną biografię, zamówiło wydawnictwo HarperCollins. Ponoć
miały się w niej znaleźć dość ponure fakty, lecz Fundacja Crace i jej
agresywna ekipa prawników zagrozili autorowi i wydawcy pozwem, książkę
więc wycofano, zanim trafiła na półki księgarń.
Miriam niechętnie udzielała wywiadów, a czyniła to tylko wtedy, gdy
promowała nową książkę albo chciała pobudzić zainteresowanie dwiema
organizacjami dobroczynnymi, które wspierała: Funduszem Bibliotecznym
Miriam Crace oraz sierocińcem St Ambrose. Wychowała się w duchu wiary -
jej ojciec był swego czasu diakonem w Kościele katolickim - i pozostała
jej wierna do końca życia. Być może właśnie dlatego nie rozwiodła się ze
swym mężem, Kennethem Riversem. (Podobnie jak Margaret Chalfont, nie
przyjęła nazwiska męża, a co znacznie bardziej osobliwe, uparła się też,
by nie przyjęły go jej dzieci). Od zawsze krążyły pogłoski, jakoby jej
małżeństwo nie było całkiem szczęśliwe; potwierdziła je wreszcie roczna
separacja. W 1955 roku Miriam przeżyła załamanie nerwowe, zdaniem jej
biografów wywołane przepracowaniem. Spędziła wówczas sześć miesięcy w Lozannie, ładując akumulatory w prywatnej klinice. Gdy w tym samym roku
powróciła do Anglii, kupiła dwór Marble Hall opodal Devizes w hrabstwie
Wiltshire, a wraz z nim pięćdziesiąt akrów ziemi. Gdy czterdzieści osiem
lat później odchodziła z tego świata, wciąż jeszcze mieszkała tam z Kennethem, dwoma synami, ich małżonkami oraz czworgiem wnuków. Obecnie
Marble Hall jest dostępny dla zwiedzających.
Miriam Crace po dziś dzień jest liczącą się postacią w świecie
wydawniczym. Co roku sprzedają się miliony jej książek, co zresztą budzi
niechęć wśród aktywnych pisarzy, zgodnie żywiących przekonanie, że dość
już zarobiła na swej twórczości. Fundacja Miriam Crace działała pełną
parą od śmierci autorki, pod światłym kierownictwem jej najstarszego
syna, Jonathana Crace'a, stryja Eliota. Państwo Little żyją zaś dalej w niezliczonych komiksach, serialach rysunkowych stacji ITV, w ogromnie
popularnym musicalu wystawianym przez Bridge Theatre, w trzech filmach
fabularnych, osobnej atrakcji w parku rozrywki Universal Studios oraz
przebogatej kolekcji licencjonowanych artykułów, takich jak papeterie,
pluszowe zabawki, puszki herbatników, gry planszowe i komputerowe,
zegary, kalendarze oraz ubranka dziecięce. Niedawno ogłoszono, że
Netflix zawarł umowę na dwieście milionów dolarów, by zdobyć prawa do
ekranizacji, i planuje wyprodukować od razu pięć sezonów zupełnie nowych
przygód państwa Little. Ze strony fundacji negocjował ją, rzecz jasna,
Jonathan Crace.
A co z Eliotem Crace'em?
Widziałam go dwa, może trzy razy, gdy odwiedzał Cloverleaf Books.
Zapamiętałam go jako bardzo przystojnego młodzieńca - długowłosego
anioła o elfiej twarzy. Emanował czarem i pewnością siebie, które niemal
zawsze są owocem edukacji w prywatnych szkołach i dorastania w dobrobycie. Niestety zwykle towarzyszy im także pewna doza arogancji.
Miałam wrażenie, że Crace zawsze się spieszy - mówił za szybko,
przeskakiwał z tematu na temat i raz po raz zrywał się z fotela, by przy
najbliższym oknie zapalić papierosa.
Jak powiedziałam Michaelowi, to Charles Clover go odkrył i osobiście
zajął się dwiema powieściami detektywistycznymi, które Crace dla nas
napisał. Nie byłam jednak do końca szczera, gdy mówiłam, że nie
sprzedały się zbyt dobrze. Nie sprzedały się prawie wcale. Eliot nie był
złym pisarzem, ale dość nierozsądnie wybrał swego detektywa: uczynił go
podróżującym w czasie alchemikiem z dworu królowej Elżbiety I i kazał mu
zabłąkać się w dwudziesty pierwszy wiek. Jego książki nie mieściły się
właściwie w żadnej kategorii. Nie byłam pewna, czy były dla dorosłych
czy dla młodzieży; czy były realistyczne czy fantastyczne; czy należało
brać je poważnie, czy się z nich śmiać. Wyniki sprzedaży dowiodły, że
czytelnicy także nie umieli rozstrzygnąć tego dylematu. Charles
współpracował wcześniej ze stryjem Eliota, a jego samego znał od
dziecka, nie był więc zadowolony, gdy w końcu tupnęłam nogą i oznajmiłam, że nie powinniśmy wydawać trzeciej powieści o doktorze Gee.
Prawda była jednak taka, że publikowanie książek, których nikt nie
chciał czytać, zwyczajnie nie miało sensu, a sam Eliot był dla nas
balastem: nie żałował sobie narkotyków, trunków, imprez i antydepresantów, które wprawiały go w aż nadto euforyczny nastrój.
Charles był pewny, że młody Crace odniesie sukces literacki, gdy
wreszcie dorośnie. Upierał się, że drzwi wydawnictwa Cloverleaf zawsze
będą przed nim otwarte. Ale Eliot już nie powrócił.
Aż do tej chwili. Zastanawiałam się, skąd właściwie Michael Flynn go
wytrzasnął i w jaki sposób przekonał do współpracy. Nagle pożałowałam,
że nie poszłam z nim na lunch.
Zaniosłam talerz i kieliszek wina do kuchni, usiadłam przy stole i położyłam przed sobą maszynopis. Postanowiłam jednak go przeczytać. Nie
miałam nic lepszego do roboty w to popołudnie, a poza tym byłam ciekawa,
z jakiej strony pokaże się Atticus Pünd wiedziony piórem innego pisarza.
Bo w końcu jak mogłoby mi to zaszkodzić?