3
Anne Larsen ze złością wyłączyła laptop. Wręcz zatrzasnęła go z hukiem. Dziś też nic nie znalazła. To żałosne! Od tak dawna marzyła, żeby pożyć trochę bez pracy i obowiązków, jak wtedy, kiedy była nastolatką i w ramach walki o lepszy świat spędzała czas na demonstracjach, skłotowaniu pustostanów i aktywnym uczestnictwie w środkowisku anarchistów z N?rrebro. A teraz siedziała i się nudziła, bo nie mogła wsiąść na rower i pojechać do redakcji. Czasy się zmieniły. I to jak!
Chociaż w sumie od początku wiedziała, że dłużej nie pociągną. Kiedy w ich i tak ledwo zipiącym sektorze prasowym zaczęto przebąkiwać o nadchodzącym załamaniu rynku, nic się już nie dało zrobić. Kryzys finansowy przeskoczył ze Stanów do Europy i był niepowstrzymany - jak wszystko inne - McDonald's, hip-hop, wrotki i deskorolka. Gdy źle się działo over there, można było mieć pewność, że choroba przeniesie się na Europę. W takim tonie wypowiadali się w każdym razie we wszystkich mediach dziennikarze, ekonomiści, biznesmeni, prognostycy i inni czarnowidze. To na nich spoczywała wina za wpisanie kryzysu finansowego do porządku dnia i skutek, jakim była samonapędzająca się utrata wiary w przyszłość. Temat był chodliwy, zwiększał sprzedaż. Wszyscy chcieli wiedzieć, co będzie jutro. Jak będzie wyglądał rynek mieszkań, sektor bankowy, giełda czy rynek pracy. Może rozdmuchali ten kryzys, a może nie. Faktem było, że wiele miejsc pracy polikwidowano albo wystawiono na aukcję, a mnóstwo ludzi straciło źródło dochodu. Czy złe wróżby były przesadzone? A przecież mówili, że najgorsze jeszcze przed nami.
Redaktorowi naczelnemu Ivarowi Thygesenowi głos drżał, kiedy ich informował, że zamykają gazetę. Był głęboko poruszony, Anne nigdy go takim nie widziała. Mógł wprawdzie pójść na zasiłek przedemerytalny, ale nie tak miało być. Całe życie pracował w najróżniejszych gazetach, swoje dni - i noce - wypełniał pisaniem i rozmowami, prawie nigdy nie brał urlopu i nie miał czasu znaleźć sobie żadnego hobby na czas emerytury. Co się robi, kiedy człowiek kończy karierę zawodową?
Największą szczęściarą była Kamilla. Od śmierci swojej matki w październiku zeszłego roku nie była sobą. Nagle dała wypowiedzenie, ponieważ studio fotograficzne z siedzibą przy samej N?rregade zaproponowało jej stałą pracę przy fotografii reklamowej. Na chóralny protest całej redakcji odparła, że właśnie to, a nie fotografia prasowa było zgodne z jej wykształceniem. Miała pracować z dwójką innych fotografów i choć Anne rozumiała decyzję Kamilli, było jej przykro, że tak łatwo przyszła jej decyzja, aby ich opuścić. Ją opuścić. Były przecież jak przyjaciółki, trzymały się razem i wspierały nie tylko w pracy. Było jednak coś, o czym Kamilla nie chciała Anne powiedzieć. Coś zaszło na pogrzebie jej matki zeszłej jesieni, co całkowicie Kamillę odmieniło, ale o czym nie miała ochoty rozmawiać. Nawet z nią. Anne bolało, że Kamilla nie odwzajemniała zaufania, jakim ona sama darzyła redakcyjną koleżankę i przyjaciółkę. Chociaż po tym, co przeszła, być może nie było w tym nic dziwnego. To oczywiste, że po czymś takim człowiek boi się tak do końca otworzyć. Odeszła więc, zanim kryzys i chaos rozpętał się na dobre. A teraz i tak wszyscy się rozpierzchli."Dagens Nyheder"przestało istnieć, a Anne została bez pracy. Przez pierwsze sześć miesięcy będzie musiała sobie radzić sama i na własną rękę próbować znaleźć nowe zajęcie. Tak jej powiedzieli w związku zawodowym, do którego na szczęście należała. Po pół roku będzie mogła skorzystać z oferty urzędu pracy w ramach programu aktywizacji zawodowej, ale Anne postanowiła, że jeśli będzie miała aż takiego pecha, że do tego czasu wciąż nic nie znajdzie - w co szczerze wątpiła, ale jeśli - to rozważy możliwość powrotu na studia. Nie myślała jeszcze nad konkretnym kierunkiem, ale pewnie coś z komunikacją, chociaż już przepowiadali, że nadchodzące lata będą dla mediów jeszcze cięższe - wręcz bezwzględne, i że branża w ciągu czterech lat skurczy się o połowę. Wielu zwolnionych z pracy dziennikarzy całkiem się przebranżowiło, aby uniknąć niepewnego losu. Jedni zostali taksówkarzami, inni konsultantami w prywatnych firmach, a jeszcze inni Bóg wie kim. Ale czy w niepewnych czasach gdziekolwiek można się było czuć pewnie?
Zeszła do kiosku na dole po dzisiejsze gazety. Trochę się ich jeszcze ostało, chociaż większość została wykupiona przez koncerny medialne. Niestety na "Dagens Nyheder" nikt się nie połakomił. Mała lokalna gazetka pełna reklam. Anne wiedziała, że Thygesen odbył kilka spotkań, ale żadne nie zakończyło się sprzedażą, która być może zdołałaby ich ocalić. Niedługo zostanie pewnie jedna gazeta o zasięgu krajowym, która ostatecznie i tak padnie ofiarą cyfrowej rewolucji.
Anne powoli kartkowała gazetę, omiatając szpalty wzrokiem. Chrzciny, śluby, rocznice i nekrologi - wszystko na jednej stronie. Streszczenie etapów życia. Rzuciła okiem na stos starych numerów "Dagens Nyheder" na podłodze. Nagle wydały jej się potwornie staroświeckie w porównaniu z gazetami, które miała przed sobą. W dobie kryzysu inne redakcje, walcząc o czytelników, odświeżały szatę graficzną. Ale czy mogło chodzić tylko o to? O to, że oni niczego nie odświeżyli? Czy powinna była zaproponować Thygesenowi, że porozmawia z agencją reklamową Danny'ego Cramera i poprosi o pomoc w stworzeniu nowego, bardziej nowoczesnego wizerunku gazety? Czy to by coś zmieniło? Pewnie nie. A Kamilla, gdyby się dowiedziała, że redakcja będzie współpracować z Dannym, pewnie by od razu złożyła wypowiedzenie. Prawdą było jednak, że "Dagens Nyheder" było staroświeckie. Leżące na stosie gazety również dla niej staną się w końcu jedynie pamiątkami. Zachowała te, w których święciła największe triumfy. Na przykład zabójstwo Gitte albo zwłoki znalezione jesienią na bagnach. Makabryczne zbrodnie, z których wciąż nie do końca się otrząsnęła. Czy ja w ogóle potrafię żyć bez rozwiązywania zagadek kryminalnych, zastanawiała się. Może powinna zostać prywatną detektywką? Uśmiechnęła się, gdy sobie przypomniała ogłoszenia o pracę na stronie Komendy Okręgu Wschodniej Jutlandii, gdy postanowiła się trochę rozejrzeć. Szukali stażystów ze specjalnością w administracji publicznej albo finansach. Anne niestety nie miała innej specjalności niż dziennikarstwo, w przeciwnym razie wysłałaby podanie. Roland Benito zrobiłby pewnie wielkie oczy, gdyby ją przyjęli. Szukali też policjantów i może to byłoby dla niej lepsze. Tylko niestety, żeby dostać pracę na komendzie w Aarhus, musiałaby zdobyć wykształcenie, a to by za długo trwało. Za to wtedy już na pewno Benito rwałby sobie włosy z głowy. Teraz pewnie mu ulżyło, że ona nie może już się mieszać do jego pracy. Przełknęła grudę, kiedy sobie uświadomiła, że tak naprawdę będzie jej go brakować. Jak ma sobie poradzić bez pracy, która tyle dla niej znaczyła?
Kiedy przejrzała wszystkie oferty, zarówno w gazetach, jak i w internecie, i nie znalazła niczego dla siebie, zaparzyła kawę i zapaliła papierosa. Usiadła na kanapie i patrzyła w okno. Mróz ozdobił szybę delikatnymi lodowymi kwiatami, które słońce powoli topiło. A może powinna się cieszyć, że nie musi zakładać grubego płaszcza, rękawiczek, szalika i czapki i wychodzić na to zimno, żeby rowerem jechać do pracy? Ścieżki pewnie były nieodśnieżone, a pług jak zawsze zasypał je jeszcze śniegiem z jezdni, żeby samochody i autobusy mogły przejechać. Czyli musiałaby pojechać samochodem - starą żółtą ładą stojącą na podwórku pod grubą warstwą lodu i śniegu, która na bank by nie odpaliła. Gdyby jej nie zwolnili, miałaby same problemy. Uśmiechnęła się ironicznie i strzepała popiół z papierosa. Ostatecznie ona nie miała jeszcze tak źle. Bo co ma powiedzieć taki Mads Dam, na przykład? Czy ich opieszały komentator sportowy popadnie teraz w alkoholizm? Britt pewnie szybko znajdzie sobie zajęcie. Z takim biustem bez problemu dostanie pracę w jakimś klubie albo barze. Gdzie będzie mogła otwierać kolejne piwa Madsowi. Anne uśmiechnęła się gorzko. A Thygesen? Co ze sobą pocznie, kiedy nie będzie się już mógł wkurzać o błahostki i wyżywać na Anne podczas cyklicznych połajanek? Czy teraz będzie się wyżywał na swojej żonie, zmierzając wprost ku następnej katastrofie w postaci rozwodu? Taki los. Miała ochotę zadzwonić do Kamilli i spytać, jak jej się układa w nowej pracy. Nie widziały się, odkąd wyjechała. Tyle się wydarzyło. W ogóle niewiele rozmawiały od pogrzebu jej matki, który mocną nią wstrząsnął, choć Kamilla twierdziła, że nie była z matką zbyt mocno związana. Podobnie jak Anne z własną. Która może nawet już nie żyła. Kto miałby ją powiadomić, gdyby umarła? Dla mnie to i tak bez różnicy, pomyślała i energicznie zdusiła papierosa w popielniczce. Napiła się kawy i stwierdziła, że jednak nie umie się zebrać w sobie, żeby zadzwonić do Kamilli. Lepiej będzie zaczekać, aż znajdzie pracę, żeby i ona miała jakieś dobre wieści i nie musiała się przyznawać, że wciąż jest bezrobotna. Pogrążona we własnych myślach usłyszała tylko ciche piknięcie, jakby ktoś nie miał śmiałości wcisnąć dzwonka do końca. Lecz kiedy zadzwoniono po raz drugi, usłyszała to wyraźnie i aż podskoczyła w miejscu, niemal rozlewając kawę. W swoich rozmyślaniach powędrowała ku Torstenowi, swojemu ojczymowi. On zawsze zmieniał ją w kłębek nerwów.
- Tak, tak - mruknęła zirytowana i wstała, gdy dzwonek zawył po raz trzeci. Kiedy wreszcie otworzyła, zobaczyła niską kobietę, która najwyraźniej już zrezygnowała i właśnie schodziła na dół. Gdy tylko usłyszała, że drzwi się otwierają, natychmiast się odwróciła. Przetłuszczone półdługie siwe włosy miała związane recepturką. Miała spuszczone ramiona, ale jedno bardziej, przez wielką torbę na przetartym skórzanym pasku, która jeszcze bardziej ciągnęła je w dół. Drobne zmarszczki wokół ust sugerowały, że była nałogową palaczką. Worki i ciemne kręgi pod oczami mogły wskazywać również na skłonność do alkoholu, może nawet narkotyków. Z drugiej strony miała na sobie elegancki płaszcz obszyty futrem i widać było, że poczyniła pewne starania, aby się dobrze zaprezentować - na tyle, na ile była w stanie. Róż był odrobinę za mocny i zamiast naturalnie wyglądających rumieńców miała policzki, jakby ją ktoś pobił, a czerwona szminka rolowała się w zmarszczkach przy ustach. Niebieski cień na powiekach też był nietrafiony. Lecz kiedy Anne popatrzyła w zmęczone szare oczy kobiety, dziwne przeczucie uderzyło ją prosto w mostek. Te oczy przypominały jej coś, czego nie umiała nazwać.
- Tak? - powiedziała chłodnym tonem i spodziewała się, że zaraz otrzyma egzemplarz "Strażnicy". Ale kobieta uśmiechnęła się niepewnie i gdy z powrotem podeszła do drzwi, wyglądała, jakby chciała ją przytulić. Powstrzymała się, ale gdy się odezwała, jej głos był zdławiony.
- Anne?
Anne potwierdziła skonsternowana. Jej imię i nazwisko wisiało na drzwiach, więc po co pytała? Lecz kobieta włożyła w to słowo zbyt wiele emocji, aby można je potraktować jak zwykłe pytanie.
- Prawie cię nie poznałam. Tylko ta blizna... - Kobieta wyciągnęła rękę, żeby dotknąć brwi Anne, i wtedy jak w przebłysku Anne zobaczyła rękę Torstena tamtego wieczoru, kiedy zaskoczył ją tu, w jej mieszkaniu. On też chciał dotknąć blizny. Rolandowi Benicie zawdzięczała to, że przeżyła tamto spotkanie. Złapała mocno szczupły nadgarstek kobiety, zanim jej ręka dotknęła jej skóry.
- Kim pani jest? - Jej głos zabrzmiał jak syk, bo w głębi duszy wiedziała, kim musiała być ta kobieta. Rozpoznała jej oczy, a tamto wrażenie, które uderzyło ją w pierś, musiało być zatem nienawiścią.
- Moja mała Ann, proszę, pozwól mi wejść. Minęło tyle czasu...
Teraz była pewna. Tylko jedna osoba nazywała ją Ann i brzmiało to tak, jakby nie chciało jej się wymawiać tego ostatniego, krótkiego e. Nie sposób było też nie usłyszeć silnego akcentu z N?rrebro.
- Tak, minęło tyle czasu, że zrobiło się za późno - ucięła Anne głosem zimnym jak lód. - Po co przyszłaś? Czego chcesz?
- Wszystko ci wyjaśnię, jeśli mnie wpuścisz. Czy to kawa tak pachnie? - Jej nozdrza się rozszerzyły, kiedy wciągnęła zapach docierający z kuchni.
- Myślę, że nie mamy o czym rozmawiać.
Szare oczy wwiercały się w oczy Anne. Był w nich żal i rozpacz. Zupełnie, jakby Anne patrzyła w lustro. Miały również ten sam szaroniebieski kolor i taki sam nieco senny wyraz przez duże powieki, które ładnie wyglądały pociągnięte cieniem - o ile się go umiało dobrać.
- Okej, ale tylko na chwilę - powiedziała bez przekonania. - Mam dużo pracy - dodała szybko i starała się brzmieć wiarygodnie. Czego ona mogła chcieć? Dlaczego kontaktowała się z nią po tylu latach? Żeby tylko się nie okazało, że Torsten też tu był i zaraz stanie w drzwiach. Dla pewności wyjrzała przez poręcz na dół, zanim zamknęła drzwi i przekręciła zamek. Nie, niemożliwe. Nie mogli go wypuścić tak szybko. Czy mogli?
Kobieta rozejrzała się nerwowo po mieszkaniu. Wyglądała, jakby nie miała śmiałości usiąść.
- Siadaj, mamo - powiedziała Anne i postawiła na stole drugi kubek. Matka spojrzała na nią szybko i Anne sama się przestraszyła, słysząc to słowo z własnych ust. Wypowiadanie go przyszło jej zaskakująco łatwo, ale trudno było nie poczuć przy tym złości. Nazwała ją tak, bo zawsze ją tak nazywała. Rose Teresa Larsen do niej nie pasowało. Chociaż mama też nie.
Rose usiadła, ale wzrokiem nadal przeprowadzała inspekcję dobytku Anne.
- Pomyśleć, że tak dobrze sobie poradziłaś w życiu, Ann. Jesteś znaną dziennikarką, masz stałą pracę i dobrą pensję. Własne mieszkanie. Meble i mnóstwo ładnych rzeczy. - Jej wzrok zatrzymał się na stojącym na półce zdjęciu. Uśmiechnęła się słabo. - Widzę, że nadal trzymasz tatę na honorowym miejscu.
- Czego chcesz? Nie widziałam cię ani nie miałam od ciebie żadnych wiadomości od, czekaj, ile to już będzie... ze trzynaście, czternaście lat, prawda? I nagle pojawiasz się w moim domu przed południem. I bez zapowiedzi!
Rose długo przyglądała się córce.
- Rzeczywiście, miałaś wtedy ledwie czternaście lat. Wszystko pamiętam tak wyraźnie. - Uciekła wzrokiem i pośpiesznie wyjęła z kieszeni pomiętą paczkę papierosów. - Jest mi przykro z powodu tego, co się wydarzyło między tobą i Torstenem. Chciałam...
- Czego chciałaś? Chciałaś mi pomóc? O nie, w życiu. Dla ciebie liczyli się tylko ci czterej gówniarze, jego pomiot. Byli dla ciebie ważniejsi od własnej córki.
- Ann, to nieprawda. Oczywiście, że zawsze byłaś dla mnie najważniejsza. Tylko że byłaś tak strasznie... - Przyjrzała jej się uważnie. - Bardzo się zmieniłaś. Właściwie tylko te czarne, niesforne włosy masz takie jak dawniej. Wtedy wyglądałaś jak żywa poduszka na igły z tymi wszystkimi nitami i gwoździami, i ciężkim czarnym makijażem. I jeszcze te ubrania. Wyglądałaś przerażająco. - Roześmiała się chrapliwie i skupiła na zapalaniu papierosa. Zapalniczka klikała, ale nie chciała zapalić.
Anne patrzyła na matkę okrutnym wzrokiem.
- Nikt nas nie rozumiał! Wy wszyscy gówno o nas wiedzieliście! - Teraz i ona zapaliła, ręka jej drżała. - Myśmy walczyli o sprawiedliwość. Tylko jak ja miałabym się domagać od świata sprawiedliwości, skoro mój ojczym okazał się pospolitym dilerem i mordercą, a matka go w tym wspierała?!
Rose skubała nerwowo rękaw płaszcza i wpatrywała się w niemal całkiem roztopione kryształki lodu na oknie. Anne nie poprosiła jej, żeby zdjęła płaszcz, bo nie miała długo zabawić.
- Chyba wiesz, co się teraz dzieje w N?rrebro, prawda? To też nazwiesz sprawiedliwością? - Matka znów na nią spojrzała. - Nie można już wyjść z domu, nie ryzykując, że się zostanie trafionym przypadkową kulą jakiegoś bandziora. Dziś, gdyby ktoś chciał sprawiedliwości, to naprawdę miałby się o co bić w N?rrebro. Wtedy nie. Referendum unijne i ten wasz skłot, Ungdomshuset! - Dym buchnął jej z obu dziurek, gdy prychnęła lekceważąco.
Anne znała swoją matkę właśnie taką. Nic, co Anne robiła, nigdy nie było dość dobre w jej oczach. Fakt, sama postanowiła uciec z domu, nie mówiąc, gdzie będzie mieszkać. Ale czy matka zgłosiła jej zaginięcie? Czy w ogóle próbowała jej szukać? Mogła przecież nie żyć. Zostać zamordowana!
- Jak właściwie mnie znalazłaś? Bo wtedy jakoś ci się nie udało - spytała chłodno.
- To było przez Torstena. To on powiedział, że najlepiej zostawić cię w spokoju. Żebyś poznała życie.
- W wieku czternastu lat? - Anne oskarżycielsko uniosła brew i zniesmaczona pokręciła głową. - A ty zawsze go słuchałaś. Wiesz, że mnie znalazł, kiedy był na warunkowym zwolnieniu? - Popatrzyła matce prosto w oczy, a ta wyglądała, jakby jeszcze się skurczyła pod tym spojrzeniem.
- Nie, nie mówił mi. Zresztą już go tak często nie odwiedzam. Przygnębia mnie chodzenie tam. Ale chyba nic ci nie zrobił? - wydawała się szczerze zaniepokojona.
- Udało mi się przeżyć, zawsze mi się udawało, bez jakiejkolwiek pomocy z twojej strony. Zostało mi tylko parę nowych blizn na pamiątkę.
- Ann, rozumiesz chyba, że nie mogłam się wtrącać, kiedy on cię bił. Gdybym to zrobiła, zabiłby mnie. Wiesz przecież!
- Gdyby tylko zadowolił się samym biciem. Mamo, przecież mogłaś od niego odejść. Dlaczego po prostu nie odeszłaś? - Anne usłyszała w swoim głosie płaczliwy ton, jak wtedy, gdy była małą dziewczynką i błagała swoją mamę, żeby się wyprowadziły, a ta nie chciała jej słuchać. Teraz też nie chciała. Podniosła z podłogi jeden z numerów "Dagens Nyheder"i przerzucała kolejne strony, nie zatrzymując na nich wzroku.
- Czyli to jest ta gazeta, którą tworzysz - powiedziała z matczyną dumą w głosie.
- Nie tworzę jej. Jest w niej tylko parę artykułów, które napisałam. - Bardziej niż chętnie zmieniła temat. O przeszłości i Torstenie wolałaby więcej nie rozmawiać ani nie myśleć.
- Musisz dobrze zarabiać, skoro cię stać, żeby tak mieszkać. Ja musiałam się przenieść do kawalerki w N?rrebro. Stary dom został odnowiony i czynsz podskoczył dwukrotnie. Mieszkanie, w którym teraz mieszkam, jest tanie, ale to rudera. - Westchnęła i oparła papieros o krawędź popielniczki, zanim wróciła do przeglądania gazety. Anne zastanawiała się, co porabiają jej przyrodni bracia, ale o nich nie zapytała. Tak naprawdę nie chciała tego wiedzieć.
- Pracujesz? - spytała zamiast tego.
- Daj spokój, a co ja niby miałabym robić? Nic nie umiem. Nie mam takich zdolności jak ty. Ale na szczęście mieszkam w kraju, który opiekuje się słabszymi. Chociaż czasem niełatwo jest funkcjonować w tym systemie. Wymagają od nas coraz więcej, a pieniędzy dają coraz mniej. - Dotarła do końca i z obojętną miną rzuciła gazetę z powrotem na stos. Anne zaczęła się wiercić na krześle. Nigdy nie skończy tak jak matka, to było pewne. Ale czy w tej chwili nie szła w jej ślady? Czy to słynne dziedziczenie społeczne nie było jednak dominujące?
- Jesteś podobna do ojca. To po nim masz te czarne włosy. - Rose znowu spojrzała na zdjęcie zmarłego męża. Na jej ustach zamajaczył czuły uśmiech i jej twarz złagodniała. Anne nagle dostrzegła, że jej matka musiała być kiedyś ładna.
- Tak naprawdę niewiele o nim mówiłaś - powiedziała Anne z wyrzutem. - Nie wiem nawet, jak umarł.
Rose dalej patrzyła na zdjęcie, jakby mówiła do niego, a nie do Anne.
- Jonas był dobrym człowiekiem. Był kierowcą ciężarówki i jeździł do Danii z towarem dla różnych firm. Poznałam go, kiedy pracowałam w kawiarni przy autostradzie. Zawsze do mnie zachodził na kanapkę z kurczakiem i kawę.
- Mówisz, że jeździł do Danii. To gdzie mieszkał?
- Na Litwie. Nazywał się Jonas Maldeikis.
- Tata był Litwinem?!- Anne nie umiała ukryć zaskoczenia.
Rose pokiwała głową.
- Postanowiliśmy nie dawać ci jego nazwiska, które tak się rzucało w oczy. Był prawdziwym komunistą.
- Jak zmarł?
- Miał wypadek. Roztrzaskał się na drzewie niedaleko polskiej granicy. Krótko po twoich drugich urodzinach.
- Dlaczego nigdy mi o tym nie powiedziałaś?
Rose wzruszyła ramionami.
- A co by to dało? Byłaś taka mała. Rok później poznałam Torstena i to on miał ci zastąpić ojca. Tylko że ty go nigdy nie zaakceptowałaś. A potem uciekłaś. Nie dałaś mu szansy.
- Nie, wystarczy! - Anne się zdenerwowała i zaczęła zbierać kubki ze stołu. W głowie przetwarzała nową informację o tym, że w jej żyłach płynęła litewska krew i że gdzieś tam miała rodzinę, której kompletnie nie znała. Czy to zmieniało cokolwiek w jej życiu? Czy w ogóle była w stanie cokolwiek z tą wiedzą zrobić? Wciąż nie wiedziała, jaki był cel wizyty matki, ale dowiedziała się tego, zanim wyszła z kubkami do kuchni.
- Może mogłabym u ciebie zostać parę dni, Anne? W N?rrebro jest teraz tak niebezpiecznie, boję się być sama. A mam tylko ciebie.