3.
Lekarz sądowy Henry Leander zawsze przyjeżdżał na miejsce zbrodni jako jeden z pierwszych, wraz z kryminalistykami, zanim pozostali zaczną rozdeptywać ślady i niszczyć dowody. Przecież nawet pojedynczy włos mógł się okazać kluczowy.
Choć uważał, że wieloletnie doświadczenie i profesjonalizm dobrze go zahartowały, nie wstydził się przyznać, że za każdym razem, gdy go wzywano, czuł w brzuchu ukłucie lęku. Nigdy nie wiedział, co zastanie na miejscu. Z drugiej strony to ukłucie napędzało go do działania. Było bowiem skutkiem napięcia, gotowości, pragnienia, aby rozwiązać zagadkę, znaleźć błąd, który popełnił sprawca, i ujawnić jego - lub jej - tożsamość. Fakt, uwielbiał swoją pracę, mimo że to z jej powodu zarzucił pomysł znalezienia sobie nowej kobiety, po tym jak dziewięć lat temu zmarła Mary. Przez dwadzieścia pięć lat była dla niego partnerką doskonałą, wierną, lojalną i zaufaną. Zmarła na raka płuc krótko po ich srebrnych godach, po wielu latach intensywnego palenia papierosów. Nigdy jej nie przeszkadzało, że kładł się do łóżka obok niej w środku nocy, mimo że wracał prosto z prosektorium, gdzie grzebał w na wpół zgniłych ciałach. Mary była weterynarką i sama musiała czasem trochę się pobrudzić. Trzy lata po jej śmierci Henry na przyjęciu u znajomych poznał pewną młodą wdowę. Pochodziła z Anglii, podobnie jak on sam i Mary, dlatego Henry sądził, że mieli ze sobą coś wspólnego. Ona jednak nie mogła znieść myśli o jego trupach, jak ich nazywała. Twierdziła, że cuchnie nimi, i odsuwała się, gdy próbował ją objąć. Tłumaczył jej, że dotykając zmarłych, zawsze używa sterylnych rękawiczek, a przed spotkaniem z nią bierze prysznic, ale to nie pomagało. Było więc oczywiste, że ten związek nie miał przyszłości. Po tym jak się rozpadł, Henry postanowił dać sobie spokój z uganianiem się za kobietami. Decyzja przyszła mu tym łatwiej, że liczył sobie już pięćdziesiąt dziewięć wiosen. Kupił zatem angielskiego setera, którego nazwał Bruce - z jakiegoś powodu pies kojarzył mu się z Bruce'em Willisem - zapisał się do klubu właścicieli seterów angielskich i zamiast za kobietami zaczął się uganiać za zwierzyną łowną. Głównie ze względów towarzyskich. Oraz dlatego, że polowania dobrze współgrały z jego arystokratycznym angielskim wyglądem, a strój w kolorze khaki wraz z odpowiednim kapeluszem prezentował się na nim nienagannie. Dodatkowo miał sporo okazji, aby spacerować po wielkich lasach wczesnym rankiem, kiedy na pajęczynach wciąż wisiały krople rosy, a mgła snuła się między pniami drzew chłodnymi niebieskawymi kłębami. A że polowania nie są typowo kobiecą rozrywką, jego nowe hobby nie stwarzało mu wielkich możliwości w tym obszarze. Bruce za to znalazł partnerkę i został ojcem całego miotu szczeniąt, więc mimo wszystko udało się w ten czy inny sposób powiększyć rodzinę.
Właśnie przyjechał aspirant Roland Benito i ukłonił mu się krótko, podchodząc do kontenera. Dawno się nie widzieli, ale okoliczności nie sprzyjały wymianie czegokolwiek ponad oficjalne skinienie.
- To dziecko, dziewczynka - powiedział Roland, jakby chciał go ostrzec.
Jeden z techników z laboratorium kryminalistycznego w białym kombinezonie ochronnym i foliowych ochraniaczach na butach wszedł do środka z aparatem. Ciemność raz po raz rozświetlała lampa błyskowa. Kontener był za mały, aby mogli tam wejść wszyscy. W końcu technik wyszedł i głową dał znać Leandrowi, że droga wolna. Lekarz nieporadnie wszedł do kontenera. Klapa znajdowała się mniej więcej na wysokości metra nad ziemią i gdy włożył do środka nogę, jego stopa zanurzyła się w odpadkach. Przez skarpetkę przesiąkło coś mokrego. Od razu poczuł zapach zgnilizny i pomyślał o szczurach. Szczury potrafiły okaleczyć ciało do niepoznaki. Co z jednej strony opóźniało identyfikację, a z drugiej stanowiło po prostu bardzo nieprzyjemny widok.
Włączył latarkę. Dziewczynka leżała ułożona starannie na posłaniu z czarnych worków na śmieci. Oczy wbijała w dach kontenera, jakby znajdowało się na nim coś, co przykuło jej wzrok. Odruchowo sam spojrzał w to miejsce i uderzył głową o pokrywę.
- Au, cholera! - krzyknął.
- Wszystko w porządku? - spytał Roland i wsunął głowę do środka. Leander upuścił latarkę. Słup światła padał pod kątem na twarz dziecka i rzucał groteskowe cienie jak wtedy, gdy dzieci opowiadają sobie straszne historie, trzymając latarki pod brodami.
Leander podniósł latarkę i kucnął obok dziewczynki, skoro już przekonał się boleśnie, że nie może się wyprostować. Ostrożnie odsunął sklejony kosmyk włosów z jej policzka i byłby po raz drugi upuścił latarkę, kiedy z ucha dziecka pośpiesznie wybiegł czarny chrząszcz i ukrył się między zgniłymi liśćmi. Medyk skrzywił się, gdy rozpoznał gatunek owada. Necrodes littoralis, zwany również padlińcem pospolitym. Od lat pasjonował się owadami. Kolejna rzecz niezrozumiała dla większości kobiet. W piwnicy urządził sobie niewielką pracownię z półkami zastawionymi słoikami i gablotami, w których trzymał swoje okazy. Niektóre przyniósł z lasu, inne wykluły się w jego piwnicy i nie znały świata zewnętrznego. Lecz nawet one zachowały swoje instynkty i sposób życia i to właśnie go w nich fascynowało. Taki owad mógł dostarczyć wielu informacji o wieku zwłok. Jaja i poczwarki owadów rozwijają się w ściśle określonych ramach czasowych, które Leander zgłębił w ciągu wielu lat intensywnych badań i lektur. Choć, naturalnie, kolejne etapy rozwoju zależały również od temperatury i wilgotności powietrza w miejscu porzucenia zwłok. Poświecił wokół latarką. Na ścianach kontenera skraplała się para wodna. Ciepłe i wilgotne powietrze na zewnątrz tworzyło w środku unikatowy mikroklimat.
- Od jak dawna nie żyje? - spytał Roland, stojąc przy klapie, i Leander podniósł na niego wzrok.
- Wystąpiło rigor mortis, które zwykle zaczyna się w ciągu od dwóch do czterech godzin od chwili zgonu. Stężenie objęło całe ciało, więc mówimy o co najmniej ośmiu godzinach. Z drugiej strony ciało jest drobne, więc trudno to dokładnie ocenić. Więcej będę mógł powiedzieć, kiedy ją zabierzemy. Dziewczynka ma około dziesięciu lat. Została uduszona gołymi rękami.
Podniósł dłoń dziecka i obejrzał w świetle latarki.
- Wygląda na to, że była związana - mruknął i wskazał na czerwone ślady po pętli na obu dłoniach.
Roland odwrócił wzrok.
Henry Leander został w kontenerze jeszcze jakiś czas, ale już się nie odzywał. Roland znał jego zwyczaje. Pracowali razem od wielu lat i śledczy wiedział, że jego przyjaciel niczym pies tropiący szukał na ciele śladów, choć Bóg mu świadkiem, warunki ku temu były szalenie niekorzystne. W końcu Leander wypełzł z kontenera ze zniesmaczoną miną. Roland podał mu rękę.
- Co za bydlę. Porzucać dziecko w takim miejscu!
Roland nic nie powiedział. Obaj trochę się naoglądali, zwłaszcza kiedy pracowali razem w Kopenhadze. Na szczęście dawno już nie trafiła im się sprawa taka jak ta.
Wokół kontenera łopotała biało-czerwona taśma policyjna. Mężczyźni zaczęli się oddalać. Leander zdjął białe lateksowe rękawiczki i opuścił jednorazową maseczkę na brodę. Obaj milczeli, próbując sobie uporządkować w głowach to, co tu zobaczyli.
Gdy tylko znaleźli się poza zabezpieczonym miejscem znalezienia zwłok, Roland Benito zapalił papierosa i mrużąc oczy, popatrzył na Leandra przez chmurę dymu. Martwe dziecko stanowiło jego zdaniem najgorszy z możliwych widoków.
- Znalazłeś coś istotnego? - spytał.
- Ten kombinezon, rękawiczki i maseczka zakrawają na ironię, gdy wokół jest tyle syfu, odpadów biologicznych i całej masy innego świństwa. Kiedy wyjmiemy dziewczynkę, będzie trzeba dokładnie przejrzeć kontener.
Roland pokiwał głową.
- No tak. - Zaciągnął się papierosem.
Pomimo zakazu zatrzymywania ludzie na całej długości Edwin Rahrs Vej przystawali, żeby się pogapić z okien samochodów, albo wysiadali, żeby uważniej przyjrzeć się kontenerowi. Roland wiedział, że tego zabójstwa nie da się długo utrzymać w tajemnicy.
- Boję się, że możemy mieć do czynienia z przestępcą seksualnym - przyznał i z frustracją obserwował, czy gapie nie przekraczają taśm grodzących. Bał się paniki, która mogła wybuchnąć w miasteczku. Zabójstwo dziecka na Zelandii potrafiło wstrząsnąć do głębi mieszkańcami Aarhus. Trudno było sobie wyobrazić, jak zareagują na wieść o zbrodni, do której doszło w ich własnym mieście, mieście uśmiechu, było nie było. Już widział te wytłuszczone nagłówki na pierwszych stronach lokalnych gazet. Zabójstwo dziecka w mieście uśmiechu. Uduszoną dziewczynkę znaleziono w pojemniku na śmieci. I dlaczego znaleziono ją akurat tutaj, w okolicy Gellerup? Bez wątpienia wielu będzie chciało wykorzystać tę okazję, żeby uderzyć w uchodźców, powiązać zabójstwo dziecka z ogólną falą przemocy i przestępczości w tej okolicy, która i tak cieszy się złą sławą.
- Dziewczynka jest kompletnie ubrana. Ma tylko gołe nogi i białe sandały na bosych stopach - odparł Leander.
Ta informacja śledczego zaskoczyła. Nie było aż tak ciepło, żeby biegać z gołymi nogami. Przeklęci pedofile. Osobiście uważał, że skoro któryś nie potrafił się powstrzymać, to mógłby poprzestać na oglądaniu dziecięcych ciał, chociaż dla Rolanda była to perwersja. Byle tylko zostawił dzieci w spokoju i nie wysyłał ich na stół Henry'ego Leandra w Zakładzie Medycyny Sądowej.
- Nikt nie zgłaszał zaginięcia? - spytał Leander i zrobił duży krok nad kałużą.
- Nie. W każdym razie nie dziewczynki. Sami staruszkowie z demencją, którzy się zgubili, ale ich na szczęście przeważnie udaje się znaleźć. Czyli nie masz pewności co do czasu zgonu?
- Na razie nie, ale obdukcja powinna to wyjaśnić. I być może da nam również jakąś wskazówkę odnośnie do miejsca zdarzenia. Dziewczynka była martwa, kiedy ją tu umieszczono.
- Musimy zatem również znaleźć miejsce zabójstwa - westchnął śledczy.
Leander przytaknął.
- Ten kontener to tylko miejsce porzucenia zwłok. Dla nas oczywiście znacznie większe znaczenie ma miejsce zabójstwa. Ale do niego, bracie, będziesz musiał dotrzeć sam. - Poklepał przyjaciela po ramieniu, aby nieco złagodzić surowy wydźwięk tych słów.
Roland podrapał się po ciemnym zaroście.
- No tak. To tam kryminalistycy będą musieli znaleźć obciążające dowody, oczywiście po tym, jak my znajdziemy to miejsce.
- Postaram się jak najszybciej dać ci jakieś wskazówki - zapewnił go Leander. - Ma błoto we włosach i ubranie mokre od wody, a to już jakiś trop. Nie są to ślady, które mogły się pojawić w śmietniku.
- Błoto! Woda! - Roland rozłożył bezradnie ręce, strzepując popiół z papierosa. - Mamy środek deszczowego lata, błoto i woda są wszędzie.
Leander spojrzał w niebo, które znowu się zaciągnęło deszczowymi chmurami.
- Zależy, jakie to będzie błoto. Błoto to nie tylko błoto. Na jej spódnicy znalazłem również ślady krwi.
- Krwi? Jej własnej? - Roland obawiał się najgorszego.
- Na razie trudno powiedzieć. Dopiero badanie DNA pozwoli to ustalić. Wstępne oględziny nie wykazały jednak obrażeń, które mogłyby wywołać tak silny krwotok.
- A te ślady po sznurku?
- To tylko zadrapania, bez krwawienia. Wydaje mi się, że nie była skrępowana zbyt długo, ale wystarczająco, aby zostawić ślady.
Dotarli do swoich samochodów. Leander otworzył drzwi zdezelowanego volvo. Za ich plecami zaczęli podjeżdżać dziennikarze. Oddelegowani na miejsce policjanci musieli wziąć na siebie przykry obowiązek odparowywania natrętnych pytań, odmawiania komentarzy i pilnowania, żeby nikt nie zbliżał się do kontenera. Niebieskie światła przyciągały ludzi, jakby były magnesem, a ludzie zrobieni z lekkiego metalu.
- Sępy się zleciały. Lepiej uciekajmy - westchnął.