Morderstwa nad Bałtykiem. Część 4. Doktor Śmierć (#4) - Janne Aagaard

Kup ebooka

9.99 zł
7.99 zł (2,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

– Dzień dobry, pani Kruse. Czy mógłbym zająć pani chwilę?

 

Starsza kobieta poczuła się zaskoczona, gdy otworzyła drzwi wejściowe we wczesnych godzinach porannych 17 stycznia 2000 roku. Tego dnia wypadały jej urodziny i spodziewała się ujrzeć któregoś z członków swojej rodziny, a nie zmęczonego śledczego, który właśnie pokazywał jej swoją legitymację. Przybył z prokuratury w rejonie Frunzeńskim i prosił, aby udzieliła mu schronienia przed palącym słońcem. Pani Kruse niechętnie wpuściła obcego mężczyznę do swojego domu, ale policjant wyjaśnił, że nie była to wizyta towarzyska.

 

Śledczy odwiedził panią Kruse, ponieważ istniała możliwość, że zostałaby ona ofiarą seryjnego mordercy, który przez wiele lat działał na terenie Sankt Petersburga. Nazywano go Doktorem Śmiercią. Przez wiele lat uprawiał swój proceder na wolności, aż policja nie wpadła na jego trop.

 

Czy gdyby policja nie zdążyła się zorientować w porę, pani Kruse stałaby się jego osiemnastą ofiarą?

 

Ilość raportów przerastała policję kryminalną w drugim co do wielkości mieście Rosji, liczącym ponad pięć milionów mieszkańców. Szczególnie dużo było ich w południowej dzielnicy miasta, rejonie Frunzeńskim. Czasem można było odnieść wrażenie, że bardzo niewielu mieszkańców tego portowego miasta żyło w zgodzie z prawem.

 

Sankt Petersburg był znany jako rosyjski „Dziki Zachód”, a pod koniec lat 90. XX wieku stanowił istne miasto mafijne. Roiło się w nim od gangów, a przestępczość była ogromna. Prawdę mówiąc, wskaźnik zabójstw w mieście był najwyższy w kraju, a nowe morderstwa zdarzały się niemal codziennie – nie wspominając o absurdalnie dużej liczbie kradzieży, włamań i rabunków. Panowała bieda i dla każdego liczył się przede wszystkim jego własny interes.

 

Ilość zgłoszeń rosła z każdym dniem i zdawała się nie mieć końca. Przychodziły, między innymi, zgłoszenia od starszych osób, które padały ofiarą kradzieży we własnych domach. Niektórzy twierdzili nawet, że był pewien lekarz, który uzyskał dostęp do ich mieszkań, podawał im środek znieczulający oraz kradł biżuterię i gotówkę.