Plusk fal uderzających o burty działał
usypiająco. Lekkie kołysanie, gwar dochodzący z innych łodzi, upał, od
którego w dole pleców zbierały się kropelki potu. Wszystko to spychało
ją w taki stan, że czuła, że za moment weźmie ją w posiadanie sen. Od
pewnego czasu potwornie się tego bała. Ale jej ciało było tak ociężałe i rozgrzane, że nie umiała się zatrzymać, przestać się osuwać w podświadomość. Napłynęły obrazy. Czerwień na tle bieli. Krew na
kafelkach. Wspomnienia przyprawiające o ból. Umysł wzywał ciało, żeby
się poruszyło, zrobiło coś, cokolwiek, byle się wydostać z tej matni.
- Malin, obiad.
Drgnęła i usiadła z ulgą. Łodzią zakołysało i instynktownie złapała się
linki.
- Jedzenie na stole!
Lars wyszedł z kambuza. Przez chwilę chciała mu opowiedzieć o obrazach,
przez które ciągle tak źle spała, ale się powstrzymała. Nie warto. Był
czas, kiedy myślała, że będą umieli ze sobą rozmawiać. Już nie miała
takich złudzeń.
- Kto to dzwonił?
Przyglądała mu się, nakładając sobie sałatki Cezar, którą przygotował.
- Nikt.
Nie patrząc jej w oczy, zbył to pytanie. Machnął tylko ręką.
- Ktoś przecież dzwonił.
Na chwilę zapadło milczenie.
- Z pracy - odpowiedział w końcu.
- Nie wiedzą, że masz urlop?
Wiedziała, że nie powinna, że w ten sposób niczego nie osiągnie. Że go
rozdrażni. Ale nie mogła się powstrzymać.
- Mówiłeś, że wziąłeś urlop i że nie będzie żadnej pracy.
Była zła na siebie, że tak jęczy, jak zawiedzione dziecko, ale złość i frustracja nie zostawiały miejsca na logikę.
- Chcieli się ze mną skonsultować w sprawie pacjenta. Trwało to tylko
pięć minut. Przecież i tak spałaś!
Rzucił widelec i spojrzał na morze. Po chwili go podniósł i jedli w ciszy tak nabrzmiałej od niewypowiedzianych słów, że równie dobrze
mogliby je wykrzyczeć.
- Przejdę się - odezwał się w końcu, kiedy skończyli.
- Idź, ja pozmywam.
Patrzyła za nim, gdy szedł pomostem.
Trzy dni później obrali kurs na północ, do innego portu. Od ponad
półtora tygodnia byli poza domem. Niezrealizowane oczekiwania wypełniły
łódź ponad miarę. Oczywiście byli naiwni, sądząc, że wszystko się ułoży,
gdy tylko kupią żaglówkę i wypłyną na cały miesiąc. Wierząc, że potrafią
zostawić za sobą wszystko, co się zdarzyło w domu, i że wspomnienia
ulecą z wiatrem.
Żaglówka to był jej pomysł. Praktycznie rzecz biorąc, wychowała się na
łodzi, a Lars, zanim się poznali, również przez wiele lat miał łódkę.
Ale pamiętała o tym, co się stało z jego pierwszą żoną, i zwlekała,
zanim zebrała się na odwagę i w końcu przedstawiła tę propozycję.
Zaskoczył ją jego entuzjazm. Uznał, że to świetny pomysł. I tak kupili
łódź, cacko za pięć milionów, wyposażone we wszelkie wygody. Ona mogłaby
się zadowolić czymś skromniejszym, ale nie oponowała. I tak nie było
większego pożytku z pieniędzy, które mieli na koncie, odziedziczonych po
jej dziadku, więc jeśli miały im zapewnić nowy początek, była to dobra
inwestycja.
- Proszę! Zrobiłem kawę. - Lars stanął obok niej na dziobie. Znajdowali
się na otwartym morzu, nie było widać innych łodzi ani statków, jedynie
kilka wysp. Zerwał się wiatr, dziób podskakiwał na falach.
- Dziękuję. - Nie odrywając wzroku od morza, wzięła od niego kubek.
Jacht płynął na autopilocie, Lars wciąż stał obok.
- Malin... - odezwał się z ociąganiem.
Nie odwróciła się do niego, w napięciu czekała na dalszy ciąg.
- Malin... - powtórzył. Chyba nie wiedział, jak to powiedzieć.
Czekała.
- Ja...
Zaskoczyła ich wysoka fala. Kiedy się przewaliła, łódź zapadła się
głęboko. Malin straciła równowagę. Rzuciło ją na barierkę, poczuła na
plecach dłoń męża. Przez ułamek sekundy wydawało jej się, że ją
dociśnie, wepchnie do pieniącej się wody. Potem poczuła, że łapie ją za
kurtkę i ciągnie do siebie. Odwróciła się.
- Mało brakowało - powiedział. Coś błysnęło w jego oczach. A potem się
odwrócił i cofnął. Poszedł do kabiny.
Nic jej nie było. Potwierdzali to kolejni lekarze. Nie znajdowali u niej
żadnego defektu. Niczego, co by tłumaczyło, dlaczego dzieci nie mogły
zostać w jej brzuchu. Albo dlaczego krew wciąż pojawia się z nieubłaganą
pewnością. Trzy miesiące. Tyle trwała jej najdłuższa ciąża. Potem krew
barwiła na czerwono kafelki w łazience. Płakała i był to płacz, w którym
brzmiała i rezygnacja, i rozpacz.
Na początku Lars był przy niej. Pocieszał, starał się natchnąć otuchą,
pilnował, żeby brała witaminy. Chronił ją. Ale z każdym kolejnym
poronieniem, gdy traciła jego dziecko, odsuwał się coraz bardziej. W końcu doszła do wniosku, że ich jedyną szansą jest ten urlop. Co za
kpina. Nic nie wypadło tak, jak sobie umyśliła.
Skinęła głową parze z sąsiedniej łodzi. Przycumowali w marinie w Grebbestad wśród tysięcy innych żeglarzy. Nie cierpiała tego. Miała
klaustrofobię. Ale Lars powiedział, że ma coś do załatwienia i kilka dni
musi spędzić na lądzie. Nie chciało jej się nawet pytać, o co chodzi. Na
pewno o szpital. Często tak było. Był lekarzem. Gdy w domu zapanował
smutny, ciężki nastrój, zawód pozwalał mu uciekać w pracę.
Nie było go od trzech godzin.
Kiedy w końcu wrócił - szedł pomostem do żaglówki - sprawiał wrażenie
zestresowanego. Patrzyła na jego szczupłą sylwetkę, na charakterystyczny
powolny chód. Nadal wydawał jej się bardzo atrakcyjny. Pięć lat temu,
gdy się poznali na imprezie u wspólnych znajomych, nie minęło nawet pięć
minut, jak straciła dla niego głowę. Od tamtej pory posiwiały mu lekko
skronie, ale to była jedyna oznaka tego, że właśnie skończył
czterdzieści pięć lat. A ona zbliżała się do czterdziestki. Czterdzieści
lat i bezdzietna. Musiała się ugryźć we własną zaciśniętą pięść, żeby
powstrzymać łzy.
- Cześć.
Wszedł na pokład, nie patrząc jej w oczy.
- Cześć.
Zaczęła nerwowo rozwieszać pranie na barierce wzdłuż relingu. Próbowała
się powstrzymać, nie zadawać pytań, ale nie dała rady.
- Długo cię nie było.
- Mhm...
Zszedł do kajuty, wciąż nie patrzył na nią.
- Co robiłeś?
Pytanie wpadło do kabiny. Odpowiedział jej jedynie stukot garnków. Pół
godziny później obiad był gotowy. Wciąż miała mnóstwo pytań, ale mur
między nimi był tak wysoki, że nie przypuszczała, żeby jakieś pytania
mogły się przez niego przebić. Prowadzili tylko czczą konwersację o prognozie pogody, o liczbie łodzi cumujących w porcie, o głośnej muzyce
dochodzącej z jachtu nieopodal, na którym było pełno młodzieży. Nic
ważnego. Same głoski układające się w słowa niezdolne skruszyć muru albo
sformułować ważną odpowiedź. Same wdechy i wydechy.
Pod koniec obiadu poczuła w brzuchu ćmiący ból. Wywołał istną eksplozję
wspomnień i obrazów. Jakby dzieci, które kolejno traciła, nagle
wypłynęły z niej wszystkie naraz. Rzuciła się do relingu i zwymiotowała.
A potem zapadła w ciemność.
Chorowała dwa dni, tak jej powiedział Lars. Pierwszym, co sobie
przypomniała, kiedy się obudziła, były sny. Upiorne, gorączkowe.
Pamiętała je tak wyraźnie, jakby je oglądała w kinie. Śniła jej się
pierwsza żona Larsa, Elisabeth, znana jej jedynie ze zdjęcia. Elisabeth,
która wypadła z łodzi, gdy podczas rejsu po Morzu Śródziemnym ją i Larsa
zaskoczyła gwałtowna burza. Lars nie chciał o tym rozmawiać, ale Malin z ciekawości odszukała artykuły prasowe na ten temat. Ziarniste gazetowe
zdjęcia nie oddawały jego urody.
Zrobiono je już po tym, jak uszkodzona przez sztorm żaglówka dopłynęła
do portu, bez Elisabeth, i w kościele, gdy z wynędzniałą twarzą
uczestniczył w nabożeństwie żałobnym.
Jej ciała nigdy nie odnaleziono. Wypadła za burtę i zginęła. Na zawsze.
Ale Malin ją zobaczyła. W jej śnie przewróciła się na reling i padła do
tyłu, twarzą do niej. Wyraźnie widziała ruchy jej warg. Starała się z nich odczytać słowa. Najpierw wydawało jej się, że mówi: "Ratuj mnie!".
Potem pomyślała, że to było: "Ratuj się!". A potem ostatecznie zniknęła
w głębinie.
Malin już otwierała usta, żeby powiedzieć o tym Larsowi, ale zanim
zdążyła powiedzieć choćby słowo, zmieniła zdanie. Nic nie powiedziała. A kiedy przyszedł sen, znów ujrzała przed sobą twarz Elisabeth.
Gdy tylko wydobrzała, wypłynęli z Grebbestad. Do tej pory to Lars
najczęściej stał przy sterze, ale teraz, gdy płynęli na silniku, mając
za sobą port, Malin upierała się, że to ona będzie sterować. Po pewnym
czasie postawili żagle, a gdy wydęły się od wiatru, poczuła, jak jej
świadomość uwalnia się od doświadczeń ostatnich dni. Już miała
powiedzieć Larsowi, żeby wybrał szoty, kiedy to zrobił. Uśmiechnęła się.
Przynajmniej na jachcie stanowili zgrany zespół.
Wyczuwała w nim jakieś oczekiwanie, napięcie. Promieniował energią,
chociaż ze wszystkich sił udawał obojętność. Niepokoiło ją to. Sny o Elisabeth wydawały się takie realne. Natarczywe. Jakby na coś nalegały.
Jakby Elisabeth na coś nalegała.
- Wiatr się chyba wzmaga.
Drgnęła. Pogrążona w myślach nie zauważyła, kiedy Lars wszedł do
kokpitu. Podążyła wzrokiem za jego spojrzeniem, na horyzont.
Rzeczywiście. Zebrały się wielkie, ciemne chmury i wiatr się wzmógł.
Jacht pędził naprzód, wokół dziobu pojawił się pienisty biały grzebień.
- Nie sprawdziłeś porannej prognozy? - spytała, patrząc na niego. -
Chyba mówiłeś, że będzie pogoda i lekki wietrzyk.
Z irytacją przeczesał włosy palcami. Dobrze znała ten gest.
- Nie mówiłem. Myślałem, że ty sprawdziłaś, skoro się uparłaś, że
dzisiaj będziesz skiperem.
Zacisnęła zęby. Nie ma sensu się kłócić, co kto powiedział albo zrobił.
Jest, jak jest, trzeba sobie radzić.
- Poluzuj szota - powiedziała, gdy łódź za bardzo się przechyliła.
Musiała się mocno zaprzeć nogą, żeby utrzymać równowagę. - Może
powinniśmy zawrócić? - dodała niespokojnie, patrząc na niego.
Gwałtownie pokręcił głową.
- Nie, jeszcze dziś musimy być w Strömstad.
Zaskoczyła ją ta ostra reakcja. Spojrzała na niego ze zdziwieniem.
- A to dlaczego? Dlaczego musimy płynąć do Strömstad?
- Bo tak - odparł krótko.
- Ale...
Chciała zaprotestować, ale on odwrócił się do niej plecami.
- Kurde, płyń i już! - krzyknął.
Wzdrygnęła się. Nieprzyjemne uczucie, które narastało od początku
urlopu, wybuchło z całą siłą. Ledwo go poznawała. Wszystkie te
tajemnice, samotne wycieczki, dziwne telefony. Niepokój mieszał się z obrazami ze snu - z obrazami Elisabeth. Widziała ją na jachcie, pod
ciężkimi chmurami, podczas sztormu, który zmuszał jacht do poddania się.
I w wodzie. Pod wodą, z długimi włosami unoszącymi się wokół jej twarzy.
Z martwymi oczami.
Obserwując Larsa, który poszedł poluzować szota, poczuła, jak chłód
ściska jej serce. Nagle wydało jej się, że patrzy na kogoś obcego.
Usiłowała przywołać wspomnienia ze wspólnych lat, ale widziała tylko
krew na kafelkach, gdy wyciekało z niej nowe życie. A współczucie i czułość, które widziała na jego twarzy, gdy ją obejmował po poronieniu,
teraz wydawały jej się maską. Jakby pod tą maską ukrywał się ktoś inny.
Dlaczego lekarze nic u niej nie znaleźli? Żadnego konkretnego powodu,
żeby nie mogła utrzymać ciąży?
Wiatr wzmagał się z każdą chwilą. Zaczęła się bać. Była wprawdzie
doświadczoną żeglarką, ale w taką niepogodę jeszcze nie pływała.
Dlaczego on nalega, żeby płynęli dalej?
Nagle to do niej dotarło - i to z taką siłą, że o mało się nie
przewróciła. Chwyciła ster mocniej. Wpatrywała się w nadchodzący sztorm,
a kolejne fragmenty układanki składały się w całość. Dłoń na jej
plecach, która ją złapała, ale równie dobrze mogła popchnąć. To, co
powiedział o zatruciu, o tych chwilach, kiedy na przemian zapadała w sen
i w świat Elisabeth, i się budziła. A teraz to. Podobno był przekonany,
że sprawdziła prognozę. I zupełnie tak samo jak sześć lat wcześniej,
podczas rejsu z Elisabeth, nastąpiło załamanie pogody. I jeszcze nalega,
żeby płynęli dalej, w sam środek sztormu.
Zaczęła dygotać, kompletnie straciła kontrolę nad własnym ciałem.
Właśnie przed tym ostrzegała ją we śnie Elisabeth. Ratuj się. Te słowa
wypowiedziała, zanim przeleciała przez barierkę. Popchnięta przez Larsa.
Malin nie miała już żadnych wątpliwości, że właśnie tak było. Wszystko
się zgadzało. Za chwilę zginie, a on znów odegra rolę zrozpaczonego
wdowca i odziedziczy po żonie spory majątek. Ależ to banalne, po prostu
arcybanalne.
Patrząc, jak jej mąż walczy z żaglem, podjęła decyzję. Posłucha rady,
którą dała jej we śnie Elisabeth. Będzie się ratować. Za wszelką cenę.
Nie zamierza zostać jego następną ofiarą.
Zdecydowanie skręciła w lewo, zmieniając kurs. Poleciał bom, Lars ledwo
zdążył się pochylić. Odwrócił się, jego twarz wyrażała tyle samo
zdumienia co wściekłości.
- Co ty wyprawiasz?! - zawołał, przekrzykując wycie wiatru.
Nie odpowiedziała, nie przestała skręcać. Lars ruszył w jej kierunku.
Fale rozpryskiwały się na łodzi, zalewały mu twarz. Zdała sobie sprawę,
że ona też jest cała mokra, ale już nic nie czuła. W środku miała
pustkę. Chłód. Zupełnie jak po poronieniu.
Lars podszedł do niej, gdy zdążyła całkiem zawrócić i żagle znów
wybrzuszył wiatr. Wciąż na nowo odtwarzała w myślach obraz ze snu:
widziała, jak Elisabeth wypada za burtę. Zaskoczenie na jej twarzy,
przechodzące w przerażenie. A potem usta powtarzające w kółko: "Ratuj
się. Ratuj się. Ratuj... się...".
Lars zeskoczył do kokpitu i złapał ją za ramię. Mocno. Czuła, że wpada w panikę, i usiłowała się uwolnić.
- Co ty wyprawiasz?! - krzyknął jej prosto do ucha.
Była tak przerażona, że nie zdołała odpowiedzieć. Szarpnęła się mocno i oswobodziła rękę. Zdążyła zrobić trzy kroki w stronę pokładu, gdy ją
dogonił i znów chwycił za ramię.
- Uspokój się! Co się z tobą dzieje?
Serce biło jej jak szalone. Wiedziała, że jeszcze kilka sekund i tak jak
Elisabeth znajdzie się w odmętach. Z rezygnacją zamknęła oczy, czekała
na nieuchronne. Już nic nie zrobi.
W tym momencie łodzią zarzuciło, jakby protestowała przeciwko temu, że
nikt nie stoi przy sterze. Tym razem Lars nie zdążył się schylić. Bom z trzaskiem uderzył go prosto w potylicę. Malin rzuciła się w bok, gdy
leciał obok niej na barierkę, usiłując się czegoś złapać. Widząc jego
wyciągniętą rękę, panikę w jego oczach, stanęła przed wyborem. Odruchowo
wyciągnęła do niego swoją, jakby była oddzielona od reszty ciała.
Jeszcze centymetr, może dwa, i w jej głowie znów odezwał się głos
Elisabeth.
Cofnęła rękę.
Trzęsącymi się dłońmi trzymała ster. W oddali widać było port w Grebbestad, zaledwie dziesięć minut dalej. Kusiło ją, żeby wrócić, ale
zdała sobie sprawę, że byłoby to najgłupsze rozwiązanie. Nie zgadzałoby
się z jej historyjką o tym, że Lars wypadł za burtę zmieciony przez
sztorm. Z wahaniem obejrzała się za siebie. Zobaczyła gnane wiatrem
fale. Przez moment wydawało jej się, jakby w tych falach mignął jej
Lars. To o wszystkim przesądziło. Zmieniła kurs. Skierowała się do
Strömstad i łódź szarpnęła się niesfornie. Bała się sztormu, ale
dopingował ją głos Elisabeth. Nie chodziło jedynie o to, żeby ratować
siebie. Robiła to także dla Elisabeth.
Po pewnym czasie w oddali dojrzała port w Strömstad. Raz za razem
powtarzała sobie w myślach, co ma robić. I mówić. Nie będzie musiała
udawać zdenerwowanej. Po gwałtownym wyrzucie adrenaliny przyszedł
spazmatyczny płacz. Musiała zmobilizować wszystkie siły, żeby
przycumować w marinie na miejscu dla gości. Padła z wyczerpania i trzęsąc się, leżała w kokpicie. Raz za razem wracała do tego, co się
stało. W ustach miała gorycz, czuła się martwa. Ubranie miała
przemoczone do nitki, ale nie zwracała na to uwagi. Jakby jej zmysły się
wyłączyły. Nie czuła nic. Kompletnie. I nie miała żadnych wątpliwości,
że zrobiła to, co musiała. Jedno z nich miało z tego rejsu nie wrócić.
Tym razem był to Lars. Nie ona.
- Malin?
Jakiś głos przedarł się przez mgłę zmęczenia. W pierwszej chwili
pomyślała, że to głos Elisabeth. Ale zabrzmiał jakoś znajomo.
Otumaniona, podniosła głowę, wytężyła wzrok. Chyba ktoś wypowiedział jej
imię, ale wydało jej się to tak niedorzeczne, że natychmiast wykluczyła
tę możliwość.
- Malin!
Postacie na pomoście stały się wyraźniejsze. Teraz nie miała już żadnych
wątpliwości, że ktoś ją woła.
- Yvonne? - zdziwiła się. Patrzyła na swoją najbliższą przyjaciółkę.
Przecież Yvonne powinna być w Sztokholmie. Tyle myśli chodziło jej po
głowie. Przez moment podejrzewała, że ze zdenerwowania ma halucynacje.
Ale na pomoście była nie tylko Yvonne. Stała tam również jej siostra,
Lotta, trzy koleżanki z pracy i kilkoro przyjaciół. Z trudem usiadła i przyjrzała się ich twarzom. Były tak blisko, wyrażały niepokój i zdumienie.
- A gdzie Lars? Co za straszna pogoda na rejs. Dzwoniliśmy do Larsa,
zanim wypłynęliście z Grebbestad, mówiliśmy mu, że możemy tam
przyjechać. Ale on włożył tyle wysiłku w zorganizowanie twoich
czterdziestych urodzin, nawet tutaj, w Strömstad, wynajął lokal, więc...
Yvonne urwała, spojrzała niepewnie na jacht.
Malin poczuła, że znów odpływa. Przyśniła jej się Elisabeth. Ale tym
razem z Larsem u boku.
Drożdżówki leżały na paterach, ciasteczka
w pięknych słojach na ladzie koło kasy, a nowy nabytek w postaci maszyny
do espresso lśnił siwą stalą. Marianne obeszła ladę dookoła i cofnęła
się kilka kroków. Przypatrywała się swemu dziełu. Robiła to każdego
ranka, odkąd trzy lata temu otworzyła Kawiarnię Wdów. Raz ze wszystkiego
była zadowolona, innym razem nie. Tego dnia nie do końca podobała jej
się szyba, za którą leżały świeżo przygotowane kanapki z szynką, serem,
rostbefem i krewetkami. Kilka wprawnych ruchów ściereczką i doczyszczona
szyba zalśniła w promieniach słońca wpadających przez okno od frontu.
Zobaczyła w niej własne odbicie. Okrągłą twarz, która w młodości tak ją
irytowała, a teraz ładnie harmonizowała z siwymi kręconymi włosami,
wciąż gęstymi i zdrowymi.
Zakochała się w tym miejscu z powodu jego położenia. Od dawna nosiła się
z zamiarem otworzenia kawiarni, ale była to myśl bez konkretnego
zaczepienia. Podczas jednego ze swoich długich spacerów przypadkiem
zobaczyła stary wiejski sklep - i wtedy właśnie zaczepiło, i nie chciało
puścić. Obraz budyneczku ze wszystkimi dziurami i spękaniami zapadł jej
w pamięć. Widziała jednak nie skazy, ale to, co pod spodem i co wydobyła
trzy lata później. W renowację włożyła wszystkie pieniądze po Rubenie i była to inwestycja warta każdego grosza. Best money ever spent, jak
mówią Amerykanie. Dokładnie tak czuła.
Ktoś szarpnął za klamkę. Podeszła do drzwi, żeby wpuścić pierwszego tego
dnia klienta.
* * *
- Okłamujesz mnie?
W jego głosie zabrzmiał taki ton, że się wzdrygnęła i skurczyła, jakby
chciała się stać jak najmniej widoczna. Ale najczęściej to nie działa.
On robi krok w przód. Podnosi rękę. Ona patrzy na jego dłoń, na linię
życia i linię miłości. Równoległe, a przecież splecione ze sobą. Potem
następuje uderzenie. Najpierw trzask: głośny, ostry, siarczysty. Potem
ból. Palący. I w końcu ciemność.
* * *
- Gdzie chcesz usiąść?
Na dźwięk jasnego kobiecego głosu Marianne podniosła wzrok i przyjrzała
się wchodzącej parze. Kobieta była niewysoka, drobna, miała niespokojne,
rozbiegane oczy. Mężczyzna, potężnej postury, szedł w aurze natarczywego
nieproszonego gościa.
- A gdzie zwykle siadam?
Słysząc ten ton, kobieta drgnęła.
- Przy oknie - odpowiedziała cicho.
Pierwsza ruszyła do stolika. Rzuciła okiem na Marianne, a ona
natychmiast posłała jej uśmiech. Ta kobieta wyraźnie potrzebowała
uśmiechu, a może nawet czegoś więcej.
- Ja tylko kawę - odezwał się mężczyzna, siadając na miejscu z najlepszym widokiem na jezioro. Ze zmarszczką rozdrażnienia na czole
spojrzał w okno, jakby świat na zewnątrz tylko czekał, żeby go
zaatakować. Potem znów skierował wzrok na kobietę, która właśnie szła do
Marianne. - Powiedz, że ma być mocna. Nie chcę takiej lury, jaką nam
ostatnio podali w mieście.
Kobieta tylko skinęła głową.
- Proszę dwie kawy - powiedziała, wpatrując się we własne dłonie, aż
zbielałe od ściskania portfela.
- A może drożdżówkę? - Marianne sięgnęła do patery. - Na koszt firmy.
Chyba przyda się pani trochę więcej ciała.
Kobieta patrzyła z wahaniem na drożdżówki. Potem rzuciła okiem na
siedzącego przy stoliku męża i zdecydowanie pokręciła głową.
- Nie, dziękuję... Mąż uważa... - urwała i znów pokręciła głową.
Jasne włosy opadały jej miękko na ramiona. Marianne dostrzegła na jej
twarzy maleńkie rysy, tam, gdzie skóra została przecięta, a potem się
zagoiła.
- Ale poproszę Specjał Wdowy.
Marianne popatrzyła na nią badawczo.
- Na pewno, kochana?
Nie odrywała od niej wzroku. Na chwilę zawisły w powietrzu tysiące
niewypowiedzianych pytań. Zniknęły w momencie, gdy kobieta powoli
przytaknęła.
- Tak jest - powiedziała Marianne, odwracając się od niej, żeby jak
zwykle sprawnie zrealizować zamówienie.
Pół godziny później, kiedy oboje wyszli, szybko sprzątnęła z ich stolika
i poszła do kuchni umyć filiżanki. Jak się prowadzi własną działalność,
to trzeba się starać.
* * *
- Jesteś beznadziejna, wiesz? Mógłbym cię zgnieść i nawet bym nie
poczuł, rozumiesz?
Trzyma ją za ramię coraz mocniej. Nienawiść, złość aż się z niego
wylewa. Jest w nim coś mrocznego, jakieś pęknięcie, jama, w której się
gromadzą, żeby w końcu wykipieć, bo ona nie spełnia jego oczekiwań, nie
robi tak, jak jej kazał. Nie jest taka, jak być powinna.
- Na co mi taka żona. Nie umiesz nawet porządnie posprzątać! Sama
zobacz! Widzisz? No, widzisz?
Wyłamuje jej ramię i przygniata do ziemi. Drugą, wolną ręką dociska jej
twarz do podłogi koło kuchenki.
- Widzisz? Teraz już widzisz? I to według ciebie jest porządnie?
Ona przygląda się uważnie, na tyle, na ile to możliwe, bo ciśnie ją
jego dłoń na karku. Ale nic nie widzi. Podłoga aż lśni. Wyszorowała ją
dwa razy. Jest tak czysta i wolna od jakichkolwiek plam, że można się w niej przeglądać. Zresztą widzi czy nie widzi - to bez znaczenia. On
widzi, a w takim razie coś tam jest. Już tego nie kwestionuje.
* * *
Dziewczyna, która pomaga czasem w kawiarni, poszła właśnie do domu, gdy
zadzwonił dzwonek nad drzwiami.
- Już zamknięte - powiedziała Marianne, nie podnosząc wzroku.
Zajęła się podliczaniem utargu i wolała się nie rozpraszać.
- Nie jestem klientką - odezwał się czyjś głos.
Marianne spojrzała i w pierwszej chwili zobaczyła tylko coś
błyszczącego. Uniosła okulary, które stale miała na czubku nosa, i zdała
sobie sprawę, że patrzy na policyjną blachę.
- Jestem z policji. Komisarz Eva Wärn.
- Z policji? - Marianne uniosła brew. - O co chodzi? Tylko niech mi pani
nie mówi, że jeden z klientów zawraca wam głowę tym chłopcem, który
buchnął kilka drożdżówek. Wyglądał na bardzo głodnego i sama bym mu
dała, gdyby tylko poprosił.
Eva Wärn zaprzeczyła gestem.
- Nie chodzi o kradzież. - Skinęła głową w stronę stolika koło kasy. -
Możemy na chwilę usiąść?
- Oczywiście. Może przy okazji napijemy się kawy? Właśnie kupiłam tę
cudowną maszynę, mogę w minutę przygotować dwie filiżanki.
Czule poklepała maszynę do espresso, która okazała się wprost
nieocenionym dopełnieniem jej kawiarni.
- Czy ja wiem... - Eva Wärn ociągała się z odpowiedzią. Już miała
odmówić, ale pomyślała o prawdziwej kawie, innej od tej żałosnej lury,
którą pili w komisariacie, i kiwnęła głową.
- Poproszę, na pewno nie zaszkodzi. A może być café latte?
- Naturalnie, moja droga - odpowiedziała Marianne i odwróciła się, żeby
włączyć maszynę, która zaczęła sapać i stękać. Po chwili postawiła na
stoliku dwie latte z oprószoną cynamonem białą pianką.
- No tak, teraz już można rozmawiać - stwierdziła z zadowoleniem. - A więc o co chodzi?
Pani komisarz popijała kawę małymi łykami i wyraźnie nie kwapiła się,
żeby powiedzieć, z czym przyszła. Po dłuższej chwili coraz bardziej
niezręcznego milczenia powiedziała:
- Zaobserwowaliśmy dość dziwny zbieg okoliczności.
Marianne z zaciekawieniem pochyliła się do przodu.
- Dziwny zbieg okoliczności? Zaczyna się ciekawie.
Eva Wärn spojrzała na nią surowo.
- Zwróciła naszą uwagę pewna liczba dziwnych zgonów. Nie od razu
odkryliśmy tę zbieżność, bo doszło do nich zarówno w naszym dystrykcie,
jak i w sąsiednich. Ale kiedy już ją odkryliśmy...
Wypiła kolejny łyk kawy. Unikała wzroku Marianne.
Marianne milczała. Usiadła wygodnie i spokojnie obserwowała siedzącą
naprzeciw niej kobietę. Po chwili ciężkiego milczenia Eva Wärn mówiła
dalej:
- W ciągu ostatnich trzech lat z niewyjaśnionych przyczyn zmarło
czterech mężczyzn. Najmłodszy miał dwadzieścia pięć lat, najstarszy -
pięćdziesiąt trzy. Choć nic tego nie zapowiadało, wszyscy w jednej
chwili padli nieżywi, a lekarz sądowy z braku innego wytłumaczenia
orzekł nagłą śmierć sercową.
- Ale w czym problem? Co jest nadzwyczajnego w tym, że mężczyźni
umierają na zawał? Zresztą czterech mężczyzn w ciągu trzech lat... -
Marianne nie dokończyła i rozłożyła ręce.
Pani komisarz w zamyśleniu mieszała kawę łyżeczką i w skupieniu
przyglądała się piance. Marianne miała okazję dokładnie się jej
przypatrzyć. Sprawiała wrażenie zmęczonej życiem. Przypuszczalnie miała
około czterdziestki, ale we wpadającym przez wielkie okna ostrym świetle
wyglądała na starszą. W czarnych włosach obciętych na pazia -
praktycznie, ale niezbyt twarzowo - tu i ówdzie widać było siwiznę.
Najwyraźniej nie była na tyle zajęta sobą, żeby chcieć ją ukryć pod
farbą.
Eva Wärn podniosła wzrok i spojrzała jej prosto w oczy.
- Rzeczywiście, ma pani rację - odparła, przeciągając słowa. - Mężczyzna
umierający na zawał to nic niezwykłego. Niezwykłe jest to, że wcześniej
wszyscy byli tutaj na kawie. Ponieważ przyczyna zgonu była niejasna, ich
żony zostały przesłuchane i musiały zdać relację z tego, co się działo
dzień przed ich śmiercią. I we wszystkich protokołach z przesłuchań
wymieniona została Kawiarnia Wdów. Dziwne, nie uważa pani?
Jej spojrzenie było zimne, twarde, ale Marianne się uśmiechnęła.
- Zbiegi okoliczności się zdarzają, i to często. Może do ostatecznego
zatkania tętnic przyczyniły się moje pyszne drożdżówki...
Powiedziała to z błyskiem w oku.
- To naprawdę nie jest zabawne, zapewniam panią.
- Skądże znowu - odparła z powagą Marianne, ale błysk bynajmniej nie
znikł z jej oczu. - Nie wiem, czego pani ode mnie oczekuje - dodała i znów rozłożyła ręce. - Ci mężczyźni przyszli tu z żonami na kawę i ciastka, a potem mieli pecha i umarli na zawał. Nic na to nie poradzę.
- Tych mężczyzn łączyło nie tylko to. - Eva Wärn ani na moment nie
oderwała od niej wzroku. - Za wszystkimi ciągnęła się reputacja damskich
bokserów.
- Ojej, to przykre. Cóż... po świecie chodzi sporo paskudnych typów.
Marianne sięgnęła do stojącej na ladzie patery po drożdżówkę i z wyraźną
przyjemnością odgryzła kęs.
- Na pewno nie ma pani ochoty? Na koszt firmy.
- Nie, dziękuję - odparła Eva Wärn, jakby sama myśl o tym wydała jej się
odstręczająca. Zerwała się. - Dziś raczej nie posuniemy się dalej.
- Zapraszam ponownie - odparła pogodnie Marianne i również wstała,
strzepując cukier z palców.
Komisarz Wärn nie odpowiedziała. Gwałtownie zamknęła za sobą drzwi i dzwonek nad drzwiami zadźwięczał głośno.
* * *
- Gdzieś ty była? Niemożliwe, żebyś takie zakupy robiła całą godzinę! -
krzyczy.
- W sklepie było dużo ludzi. Przecież jutro święto. Wszyscy chcieli...
- Sama słyszy panikę w swoim głosie. Stojąc w długich kolejkach do kas,
przestępowała z nogi na nogę i patrzyła na zegarek, bo domyślała się, że
po powrocie do domu będzie miała problemy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki