Morderczy żart - Lars Kjædegaard

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Te­le­fon Susi za­dzwo­nił aku­rat w chwili, gdy za­czy­nała prze­rwę na lunch. Wy­jęła go z kie­szeni bia­łego far­tu­cha i spoj­rzała na wy­świe­tlacz. Nu­mer nie­znany. Przy­pusz­czal­nie ja­kiś te­le­mar­ke­ter, ale ode­brała.

- Słu­cham?

- Susi Bie­der? - za­py­tał ja­kiś męż­czy­zna.

- Tak. Z kim roz­ma­wiam?

- Bjarne Ra­smus­sen, Po­li­cja Wschod­nio­ju­tlandzka.

Pod­sko­czyło jej tętno.

- Słu­cham...

- Pani jest matką Jep­pego Bie­dera?

Osu­nęła się na krze­sło.

- Tak. Czy...

- Dzwo­nię po­in­for­mo­wać, że Jeppe Bie­der uległ przed chwilą po­waż­nemu wy­pad­kowi sa­mo­cho­do­wemu. Obec­nie jest trans­por­to­wany do Skejby, a mnie po­pro­szono o po­wia­do­mie­nie pani. W Skejby znaj­duje się cen­trum ura­zowe.

Susi pa­trzyła za okno znaj­du­jące się na końcu szpi­tal­nego ko­ry­ta­rza. Jej my­śli się za­trzy­mały. Wi­działa ko­min, który stał na te­re­nie daw­nej cu­krowni. Słońce nada­wało czer­wo­nym ce­głom po­ma­rań­czową barwę, od­zna­cza­jącą się wy­raź­nie od błę­kit­nego nieba.

Usły­szała, jak jej głos za­daje py­ta­nie:

- Nie żyje?

Ra­smus­sen chrząk­nął.

- Tego nie wiem. Ale z pew­no­ścią do­brze by było, gdyby na­tych­miast się tam pani udała.

Po­woli wra­cała do sie­bie. Zrzu­ciła far­tuch i po­szła do po­koju per­so­nelu, gdzie wi­siała jej kurtka.

- Już jadę - po­wie­działa do słu­chawki.

- Przy­kro mi - ode­zwał się jesz­cze Bjarne Ra­smus­sen. - Pro­szę tam po­je­chać i na miej­scu wszyst­kiego się pani do­wie.

Kiw­nęła głową.

- Tak... Już jadę.

Prze­rwała po­łą­cze­nie w mo­men­cie, kiedy ze scho­dów na ko­ry­tarz scho­dził Svend Dal­ga­ard.

- Svend... - za­cze­piła go. - Po­trze­buję po­mocy.

Je­chali szybko w kie­runku szpi­tala le­żą­cego w pół­noc­nej czę­ści mia­sta. Svend za­ło­żył oku­lary prze­ciw­sło­neczne. Nic nie mó­wił. Spo­glą­dała na jego dłoń spo­czy­wa­jącą na dźwi­gni zmiany bie­gów i czuła wdzięcz­ność. Svend był do­brym kie­rowcą. Je­chał w sku­pie­niu, szybko i płyn­nie.

- Mó­wił, że jest w cen­trum ura­zo­wym - przy­po­mniała.

- Tak. Wiem, gdzie to jest.

- Nie ro­zu­miem... Nie ro­zu­miem, jak...

- Spo­koj­nie, Susi. Jesz­cze nie wiemy, co się wy­da­rzyło.

Po­ki­wała głową.

- Jak na­zy­wał się ten po­li­cjant, który dzwo­nił? - spy­tał Svend.

- Ra­smus­sen. Bjarne Ra­smus­sen. Po­li­cja Wschod­nio­ju­tlandzka.

- OK.

Coś w jego gło­sie ją za­nie­po­ko­iło:

- Znasz go?

- Nie - od­parł, krę­cąc głową. - Po pro­stu do­brze znać na­zwi­sko. Bjarne Ra­smus­sen.

Nie miała nic do do­da­nia. Mocno trzy­mała się uchwytu nad oknem, a Svend ma­new­ro­wał spraw­nie, wjeż­dża­jąc na pod­jazd, a po­tem mi­ja­jąc kilka ni­skich, bia­łych bu­dyn­ków. W końcu wje­chał na ni­żej po­ło­żony plac, gdzie przy szkla­nych drzwiach pod wiatą stały żółte am­bu­lanse.

Za­mknęła oczy.

Po dwóch mi­nu­tach byli już w środku. Izba przy­jęć wy­glą­dała jak coś po­mię­dzy ga­ra­żem pod­ziem­nym a ter­mi­na­lem pro­mo­wym: drzwi do wind, duże żółte in­sta­la­cje ru­rowe, ka­nały wen­ty­la­cyjne i be­ton. Było wi­dać kilka szpi­tal­nych łó­żek na kół­kach, ale ani jed­nego czło­wieka.

Za­częła się trząść. W końcu Svend za­cze­pił bro­da­tego, ubra­nego na biało męż­czy­znę, który aku­rat wy­szedł z jed­nego z po­koi.

Nie po­ra­dzi­ła­bym so­bie sama, po­my­ślała. Na­wet nie tra­fi­ła­bym klu­czy­kiem do sta­cyjki. Albo bym w coś wje­chała.

Usły­szała głos Svenda:

- Tak, chło­pak. Jeppe Bie­der. Po­dobno zo­stał tu przy­wie­ziony. Nie­dawno. Wy­pa­dek dro­gowy. Ko­le­żanka jest jego matką. Za­dzwo­nił do niej ktoś z po­li­cji... - Svend spoj­rzał na ze­ga­rek - ja­kieś dwa­dzie­ścia mi­nut temu.

- Do­piero za­czą­łem dy­żur - od­rzekł bro­dacz. - Idź­cie do in­for­ma­cji.

Wska­zał czer­wone drzwi do windy.

- Na par­te­rze - do­dał męż­czy­zna.

Svend kiw­nął głową i lekko po­cią­gnął Susi.

Pod­łoga w wiel­kim holu wy­ło­żona była płyt­kami z łupka ka­mien­nego. Susi stała na tej sza­rej po­sadzce, pod­czas gdy Svend roz­ma­wiał z ko­bietą sie­dzącą za szybą w in­for­ma­cji.

Zna­la­zła się w czyśćcu. Albo w pie­kle. Nie po­tra­fiła my­śleć.

Wresz­cie Svend sta­nął przed nią.

- Za­dzwoń do Jep­pego - po­wie­dział ze spo­ko­jem. Nie od­ry­wała od niego wzroku, gdy po­ło­żył rękę na jej ra­mie­niu. - Wyj­mij te­le­fon i za­dzwoń do Jep­pego, Susi. Te­raz.

Po­słu­chała go. Włą­czyła ko­mórkę, zna­la­zła nu­mer i na­ci­snęła.

Po trzech sy­gna­łach usły­szała głos syna:

- Cześć mamo. Co jest?

Za­mknęła oczy. Po­czuła, jak Svend ją pod­trzy­muje i wyj­muje z dłoni te­le­fon. Na­stęp­nie po­mógł jej usiąść na jed­nym ze sto­ją­cych w rzę­dzie czer­wo­nych, pla­sti­ko­wych krze­seł. Pod­niósł do ucha ko­mórkę i po­wie­dział:

- Cześć, Jeppe. Mówi Svend. Svend Dal­ga­ard. Ko­lega mamy z pracy.

Zu­peł­nie po­zba­wiona sił przy­słu­chi­wała się jego sło­wom:

- Nie, tak bym tego nie okre­ślił. To przy­pusz­czal­nie po­myłka.

A po chwili:

- Nie, nie mu­sisz, Jeppe. Je­stem tu z twoją mamą. Za chwilę do cie­bie za­dzwoni. Nie mu­sisz się ni­czym przej­mo­wać. Tak... Na ra­zie.

Usiadł obok niej i od­dał te­le­fon.

Spoj­rzała mu pro­sto w oczy.

- Ktoś wy­krę­cił ci nie­zły nu­mer, Susi - po­wie­dział. - Jeppe sie­dzi w szkol­nej sto­łówce i czuje się świet­nie. Nie było żad­nego wy­padku.

Po­ki­wała głową. Przez kilka se­kund zda­wało się jej, że w ogóle nic się nie wy­da­rzyło. Nikt nie dzwo­nił. Nikt nie je­chał sa­mo­cho­dem przez mia­sto. Ona...

Za­krę­ciło jej się w gło­wie i roz­pła­kała się.

- Pro­szę to po­wtó­rzyć - po­wie­dział sie­dzący w okienku po­li­cjant dy­żurny, kiedy do­tarli do ko­mendy. - Od­biera pani te­le­fon i kto dzwoni?

- Ja­kiś Bjarne Ra­smus­sen. Przed­sta­wił się i po­wie­dział, że jest z Po­li­cji Wschod­nio­ju­tlandz­kiej.

Dy­żurny był szczu­płym męż­czy­zną w ja­sno­nie­bie­skiej ko­szuli. Miał gę­ste ja­sne włosy. Za­uwa­żyła, że na szyi nosi rze­myk.

Svend zre­la­cjo­no­wał zda­rze­nia, a ona za­uwa­żyła, że młody po­li­cjant na zmianę pa­trzy to na niego, to na nią.

- A jak przy­je­chali pań­stwo do szpi­tala, oka­zało się, że tam nic nie wie­dzą o wy­padku - pod­su­mo­wał dy­żurny. - Do­brze zro­zu­mia­łem?

- Bo nie było żad­nego wy­padku - po­wie­dział Svend. - Ko­le­żanka za­dzwo­niła do syna, a on był w szkole.

Młody czło­wiek po­ki­wał głową.

- Te­raz ro­zu­miem. Dziw­nie to brzmi. Zgod­nie z pro­ce­durą o ta­kich zda­rze­niach nie po­wia­da­miamy te­le­fo­nicz­nie. Je­śli jest ja­kiś po­ważny wy­pa­dek, w któ­rym jedna lub kilka osób jest w sta­nie za­gro­że­nia ży­cia albo w sta­nie kry­tycz­nym, to za­wsze po­wia­da­miamy naj­bliż­szych oso­bi­ście.

Stali przed okien­kiem. Dy­żurny skie­ro­wał wzrok na mo­ni­tor swo­jego kom­pu­tera. Szybko wy­stu­kał coś na kla­wia­tu­rze i po­waż­nym wzro­kiem prze­biegł ekran. Na­stęp­nie po­now­nie spoj­rzał na nich.

- Nie pra­cuje tu nikt o na­zwi­sku Bjarne Ra­smus­sen - oświad­czył. - Kie­dyś był ktoś taki, ale to ład­nych parę lat temu. Te­raz musi być już star­szym czło­wie­kiem.

Svend po­ki­wał głową.

- A więc ktoś wy­krę­cił... pa­skudny nu­mer.

- Można tak po­wie­dzieć. Ale ja przy­pusz­czam, że to wcale nie był głupi żart.

- Wy­świe­tliło mi się "nu­mer nie­znany" - po­wie­działa Susi. - My­śla­łam, że to te­le­mar­ke­ter.

Po­li­cjant kiw­nął głową.

- A jaki miał głos?

- Męż­czy­zna, na pewno nie chło­pak, ale też na pewno nie sta­rzec.

- Coś ta­kiego na­zy­wamy cięż­kimi wy­głu­pami - orzekł po­li­cjant.

- Wy­głu­pami? - po­wtó­rzył Svend.

- Nie­stety tak. Je­śli po­wtó­rzy się coś po­dob­nego, to pro­po­nuję się z nami skon­tak­to­wać. W wy­padku trwa­łych szy­kan przy­stę­pu­jemy do dzia­ła­nia. Czy stało się coś jesz­cze?

Obaj męż­czyźni spoj­rzeli na nią, a ona po­krę­ciła głową.

- Nie.

- Nie było żad­nych dziw­nych li­stów czy ma­ili? Może ktoś par­ko­wał koło pani miej­sca za­miesz­ka­nia?

- Nie.

Dy­żurny po­now­nie po­ki­wał głową, da­jąc do zro­zu­mie­nia, że chce za­koń­czyć roz­mowę.

- Do­brze. W każ­dym ra­zie cie­szę się, że nic się nie stało pani sy­nowi.

Wy­szli z bu­dynku, kie­ru­jąc się na par­king, gdzie stał sa­mo­chód Svenda. Nic się nie stało Jep­pemu, mó­wiła so­bie. Nic mu nie jest.

Wsia­da­jąc do auta, po­my­ślała jesz­cze, że Jep­pemu nie, ale jej i ow­szem.

Svend nie włą­czył sil­nika od razu. Przez ja­kiś czas sie­dzieli i pa­trzyli na oświe­tlony przez słońce par­king. Po­tem spoj­rzał na nią i za­py­tał:

- W po­rządku?

- Tak, w po­rządku. Nic się prze­cież nie stało. To wy­głupy.

Svend gwał­tow­nym ru­chem prze­krę­cił klu­czyk w sta­cyjce.

- Można się tylko z tym zgo­dzić. Co to za idiota...

Kiedy wra­cali do kli­niki, po­ło­żyła na krótko dłoń na jego ra­mie­niu.

- Dzię­kuję ci, Svend. Nie wiem, jak da­ła­bym so­bie radę bez cie­bie.

- A od czego ma się ko­le­gów? - od­rzekł, pa­trząc przed sie­bie.

Roz­dział 2

- Ale jazda - po­wie­dział póź­niej po po­łu­dniu Jeppe, kiedy wró­cił do domu ze szkoły, a ona opo­wie­działa mu o ca­łym zda­rze­niu. Przyj­rzał się jej i do­dał: - Do­brze się czu­jesz?

- Na­tu­ral­nie - od­parła z uśmie­chem. - Prze­cież nic się nie wy­da­rzyło.

Uści­snął ją i po­szedł do swo­jego po­koju. Od­pro­wa­dziła go wzro­kiem. Chudy jak szczapa, wy­glą­dał jak pa­tyk, na któ­rego wierz­chołku przy­mo­co­wano kłąb ciem­nej wełny.

Czy do­brze się czuła?

To py­ta­nie re­to­ryczne. Jej syn nie ocze­ki­wał od­po­wie­dzi in­nej niż twier­dząca.

Oczy­wi­ście, że do­brze, bo jak sama do­piero co po­wie­działa, nic się prze­cież nie wy­da­rzyło.

Po wy­jeź­dzie ze szpi­tala nie wró­ciła już do pracy, a po po­łu­dniu sta­rała się za­cho­wać spo­kój.

Nic się nie stało w tym sen­sie, że ten rze­komo po­ważny wy­pa­dek w ogóle nie miał miej­sca. Jeppe jest cały i zdrowy.

Coś się jed­nak wy­da­rzyło.

Za­dzwo­nił do niej ja­kiś męż­czy­zna i okła­mał ją, mó­wiąc okrutne rze­czy, przez które zna­la­zła się w pie­kle matki.

Na­dal miała w gło­wie ten głos. Na­wet przez se­kundę tej krót­kiej roz­mowy nie po­my­ślała, że męż­czy­zna może mó­wić nie­prawdę.

Te­raz na­to­miast my­ślała o tym, z jaką ła­two­ścią kłamca po­su­nął się do cięż­kich wy­głu­pów, jak to na­zwał ten młody dy­żurny na ko­men­dzie.

Bjarne Ra­smus­sen osią­gnął za­mie­rzony cel, bo wy­wo­łał u niej szok wstrzą­sa­jącą wia­do­mo­ścią. Gdyby po­wie­dział, że z cyrku uciekł słoń i do­piero co do­szczęt­nie zdep­tał na par­kingu jej sa­aba, to na­tu­ral­nie nie uwie­rzy­łaby w to. Za­śmia­łaby się i po­wie­działa, żeby ta­kie hi­sto­ryjki opo­wia­dał gdzie in­dziej, a po­tem by się roz­łą­czyła.

Za­sta­na­wiała się, dla­czego ktoś w taki spo­sób znisz­czył jej cały dzień.

Fał­szywy Bjarne Ra­smus­sen do­brze się przy­go­to­wał. Wie­dział, kim ona jest. Wie­dział, że ma syna o imie­niu Jeppe. Miał nu­mer jej ko­mórki.

Były to kon­kretne przy­go­to­wa­nia, nie­wy­ma­ga­jące szcze­gól­nego wy­siłku. Jej nu­mer nie był za­strze­żony. Każdy mógł zo­ba­czyć na Fa­ce­bo­oku, kim jest i że ma syna o imie­niu Jeppe.

Każdy za­tem mógł to zro­bić.

Z tym że nie każdy - nie każdy nor­malny czło­wiek - ma ta­kie po­my­sły. To ra­czej pa­suje do psy­cho­paty.

Na­szły ją po­nure my­śli. Oczy­wi­ście, że po­li­cja mu­siała uznać ten epi­zod za ciężki wy­głup. Nie było żad­nych do­wo­dów, żad­nego tropu. Mo­gli na­wet uwa­żać, że sama to zmy­śliła.

Tym­cza­sem ona ni­czego nie zmy­śliła i nie dzwo­nił do niej ża­den nie­po­ważny wy­ro­stek. Słowo "psy­cho­pata" za­przą­tało jej my­śli przez resztę dnia i nie da­wało spo­koju.

Za­sta­na­wiała się, czy za­dzwo­nić do Erika. Była jego żoną przez dwa­dzie­ścia dwa lata, aż trzy­na­ście mie­sięcy temu po­wie­dział, że chce roz­wodu, który zresztą nie­zwy­kle dro­bia­zgowo za­pla­no­wał. Wy­ko­nał wszyst­kie prace przy­go­to­waw­cze. Przy­pusz­czal­nie po to, żeby roz­sta­nie było jak naj­mniej bo­le­sne. Ona za­cho­wała dom z żół­tej ce­gły w dziel­nicy H?j­bjerg, Jeppe miał miesz­kać z nią, a uzgod­nie­nia fi­nan­sowe były kla­rowne i bez­sporne.

Erik nie był psy­cho­patą. Był so­lid­nym i pra­co­wi­tym czło­wie­kiem, który zna­lazł po pro­stu inną ko­bietę i z nią za­miesz­kał. Wszystko było jak do­tąd, poza tym że nie był już obecny fi­zycz­nie. Mu­siała do tego przy­wyk­nąć.

Po­pa­trzyła na ogró­dek. Kiedy dom był już go­towy, sami go urzą­dzali, co spra­wiało im dużo ra­do­ści. Te­raz rzadko sia­dy­wała na ta­ra­sie - Jeppe za­jęty był swo­imi spra­wami, a po co miała sie­dzieć tam sama jak pa­lec i roz­trzą­sać kwe­stię, w jaki spo­sób do tego wszyst­kiego do­szło?

Mo­gła za­dzwo­nić do Erika, lecz tego nie uczy­niła. Po­trak­to­wałby jej hi­sto­ryjkę jako wo­ła­nie o po­moc, jako prośbę, by wró­cił i by wszystko było jak daw­niej.

Nie był jej już po­trzebny, tak samo jak ona nie była po­trzebna jemu.

Za­dzwo­nił do niej psy­cho­pata.

Taka była kon­klu­zja.

Po­gódź się z tym, po­wie­działa do sie­bie. Ta­kie jest ży­cie.

W dro­dze do domu zro­biła za­kupy. Uświa­do­miła so­bie te­raz, że nie pa­mięta gdzie. Na­wet le­żące na stole nie­bie­skie re­kla­mówki z na­pi­sem F?tex nie po­mo­gły na tę lukę w pa­mięci.

Gdy opróż­niła torby, do­tarło do niej, że ku­piła pro­dukty do klop­si­ków ryb­nych. Wła­śnie to mieli dziś zjeść na ko­la­cję.

Po­zo­stałe pro­dukty wło­żyła do lo­dówki, na­lała so­bie lampkę bia­łego wina, włą­czyła ra­dio i za­częła ro­bić je­dze­nie.

Nic się nie wy­da­rzyło. Było do­kład­nie tak, jak ujął to Jeppe: "Ale jazda".

Roz­dział 3

Kiedy Anita Hvid sta­nęła w drzwiach biura, Thor Bel­ling spoj­rzał na nią zza mo­ni­tora i uśmiech­nął się.

- Cześć - po­wie­dział. - W czym mogę ci po­móc?

We­szła do środka.

- Zna­la­złam sprawę, do któ­rej chcia­ła­bym wró­cić, a ma ona zwią­zek z tobą.

- Usiądź, pro­szę. - Wska­zał ręką na sto­jące obok biurka krze­sło.

Przy­pa­try­wał się jej. Pra­co­wali już wspól­nie, kiedy roz­wią­zy­wali za­gadkę za­bój­stwa pa­sera dzieł sztuki w Pół­noc­nej Ze­lan­dii. Póź­niej Anita po­ma­gała mu jesz­cze raz, i to ode­grała de­cy­du­jącą rolę, a mia­no­wi­cie pod­czas do­cho­dze­nia w spra­wie za­bój­stwa z broni pal­nej. Zna­la­zła wów­czas błąd w ra­por­tach kry­mi­na­li­stycz­nych, co w roz­strzy­ga­jący spo­sób wpły­nęło na do­cho­dze­nie. W po­ło­żo­nej na pół­nocy Ko­pen­hagi dziel­nicy Ry­van­gen za­strze­lony zo­stał we wła­snym ogródku męż­czy­zna. Wy­dział Kry­mi­na­li­styki wy­dał opi­nię, że strzał zo­stał od­dany z ulicy w kie­runku ogrodu. Po­ci­sku nie od­na­le­ziono. Prze­szył na wy­lot ciało męż­czy­zny, który zgi­nął na miej­scu. Po­mimo dro­bia­zgo­wego śledz­twa sprawa nie zo­stała wy­ja­śniona, głów­nie z po­wodu braku po­ci­sku. Do­piero Anita Hvid wy­su­nęła hi­po­tezę, że strzał od­dano z du­żej od­le­gło­ści z ka­ra­binu, a za­bójca znaj­do­wał się w ja­kimś wy­soko po­ło­żo­nym miej­scu.

W śledz­twie na­stą­pił zwrot. Do hi­po­tezy Hvid pa­so­wało tylko jedno miej­sce - górne pię­tra albo dach wie­żowca przy placu Hansa Knud­sena.

Na gór­nych pię­trach bu­dynku znaj­do­wało się cen­trum re­ha­bi­li­ta­cyjne dla we­te­ra­nów wo­jen­nych i to ten wła­śnie fakt po­pchnął tok śledz­twa do przodu.

Za­strze­lony w ogródku w nie­od­le­głym Ry­van­gen męż­czy­zna był lo­kal­nym po­li­ty­kiem, który go­rąco po­pie­rał mi­li­tarne an­ga­żo­wa­nie się w kon­flikty na Bli­skim Wscho­dzie i w Afga­ni­sta­nie. Prze­słu­cha­nie prze­pro­wa­dzone w cen­trum re­ha­bi­li­ta­cyj­nym oka­zało się owocne. Pe­wien młody in­wa­lida wo­jenny przy­znał się do od­da­nia strzału z da­chu wie­żowca. W woj­sku był snaj­pe­rem, a swoim czy­nem chciał za­de­mon­stro­wać nie­na­wiść do pra­gną­cych wojny po­li­ty­ków. Czyn swój na­zy­wał "zło­tym strza­łem".

Bez uważ­nego przyj­rze­nia się spra­wie przez uta­len­to­waną Anitę Hvid oraz bez jej pre­cy­zyj­nej de­duk­cji sprawa ta przy­pusz­czal­nie po­zo­sta­łaby nie­wy­ja­śniona.

Po­li­cjantka była do­brze wy­kształ­cona, lecz bra­ko­wało jej do­świad­cze­nia, które zdo­być mo­gła tylko z bie­giem lat. Thor od dłuż­szego czasu miał na nią oko.

- O co cho­dzi, Hvid? - za­py­tał te­raz.

- O za­bój­stwo Ot­tona Bau­manna Kr?jera.

- Tak? - py­tał da­lej, uno­sząc brwi.

- Bau­mann zo­stał za­szty­le­to­wany w dwor­co­wym kio­sku w Kok­ke­dal.

- Tak, no i?

Po­ło­żyła na biurku plik wy­dru­ko­wa­nych zdjęć.

- Mo­ni­to­ring nie jest zbyt do­bry, ale je­śli się nie mylę, to wy­dział coś prze­oczył.

Ro­ze­śmiał się.

- Przez wy­dział ro­zu­miesz mnie.

- Tego nie po­wie­dzia­łam. Sam je­den nie pro­wa­dzisz prze­cież tej sprawy.

- Nie, ale nią kie­ruję.

Kiw­nęła głową.

- Cze­kam na pu­entę - rzekł.

Wstała, po­chy­liła się nad fo­to­gra­fiami i wska­zała pal­cem.

- Po­dej­rza­nymi są trzej mło­dzi imi­granci. O ci tu­taj. - Wska­zała trzy szczu­płe, za­kryte kap­tu­rami po­staci sto­jące przed ladą w kio­sku. - Je­śli się do­brze orien­tuję, to ich jesz­cze nie zna­le­ziono. Ale to ich wła­śnie szu­ka­cie, prawda?

Po­pa­trzył na nią.

- Tam jest dość dużo ta­kich nie­grzecz­nych chłop­ców, Hvid. Nie­je­den nosi przy so­bie nóż. Ochra­niają się na­wza­jem. Te­raz po­szu­ki­wa­nia pro­wa­dzi jed­nostka spe­cjalna.

- A je­śli to nie oni? - za­py­tała.

Wzru­szył ra­mio­nami.

- No cóż, toby zna­czyło, że go­nimy w piętkę, ale...

Hvid po­now­nie po­chy­liła się nad sto­łem i po­ka­zy­wała na zdję­cia pal­cem.

- Mor­der­stwo nie zo­stało na­grane. Bau­manna ugo­dzono no­żem w mo­men­cie, kiedy ci trzej chłopcy od­da­lali się od lady. Zna­le­ziono go nie­przy­tom­nego przy końcu lady. A kiedy przy­był am­bu­lans, Bau­mann już nie żył.

Thor po­ki­wał głową.

- Wła­śnie tak. Sza­cu­jemy, że mi­nęło około dzie­się­ciu mi­nut, nim do kio­sku we­szła star­sza ko­bieta i zna­la­zła ofiarę.

- Wła­śnie. Można więc przy­jąć hi­po­tezę, że do­szło do kon­fron­ta­cji po­mię­dzy chło­pa­kami a ofiarą. W pew­nym stop­niu po­twier­dzają to na­gra­nia. Po­nadto ra­czej wie­dzieli, gdzie umiesz­czona jest ka­mera, więc po kon­fron­ta­cji uda­wali, że wy­cho­dzą, ale po chwili wró­cili i poza za­się­giem ka­mery za­ata­ko­wali Bau­manna, po czym nie­zau­wa­że­nie opu­ścili kiosk.

Bel­ling po­czuł, że na­ra­sta w nim nie­cier­pli­wość, która po­ja­wiała się za­wsze wtedy, kiedy ktoś roz­wle­kle wy­ja­śniał coś, o czym on do­sko­nale wie­dział.

- Taka jest hi­po­teza - stwier­dził. - Coś jest nie tak?

- Nic - od­parła. - Poza tym że w kio­sku znaj­do­wała się czwarta osoba.

Przy­pa­trzył się le­żą­cym na biurku zdję­ciom.

- Czwarta osoba? Gdzie? Nie ma tu żad­nej czwar­tej osoby.

Wska­zała pal­cem.

- Ow­szem, nie­wi­doczna, ale jest.

Wziął głę­boki od­dech, po­chy­lił się i uło­żył fo­to­gra­fie w rzę­dzie. Były w od­cie­niach sza­ro­ści, a do tego roz­ma­zane i nie­wy­raźne, jak to zwy­kle bywa na wy­dru­kach kla­tek na­grań z mo­ni­to­ringu.

- Gdzie jest Wally? - mam­ro­tał, wpa­tru­jąc się w zdję­cia. - O ile w ogóle tu jest.

- Mia­łam tak samo - po­wie­działa.

Oparła się o biurko i przez chwilę po­czuł cie­pło jej ciała.

- Tu - po­wie­działa, wska­zu­jąc pal­cem.

Wpa­try­wał się da­lej, aż doj­rzał w po­ma­lo­wa­nej na szaro szy­bie słabą, ale wy­raź­nie od­zna­cza­jącą się smu­kłą po­stać. Mu­siała stać z pra­wej strony lady, ja­kieś trzy, cztery me­try od tych trzech roz­bry­ka­nych chło­pa­ków bez­po­śred­nio pod ka­merą.

- Rze­czy­wi­ście ktoś tu stoi - przy­znał. - Ale po­stać jest wi­doczna tylko jako lu­strzane od­bi­cie.

Anita Hvid usia­dła.

- Tak. Ale to nie zga­dza się z ra­por­tem, gdzie stwier­dzono, że bez­po­śred­nio przed za­bój­stwem ci trzej chłopcy byli je­dy­nymi klien­tami kio­sku.

Oparł się na krze­śle.

- Do­bra ro­bota, Hvid.

Po wy­po­wie­dze­niu tych słów za­sta­na­wiał się, co ta do­bra ro­bota ozna­cza dla pro­wa­dzo­nego przez niego śledz­twa.

- Po­pra­co­wa­łam nad tym jesz­cze tro­chę - pod­jęła.

Wciąż sie­dział roz­party wy­god­nie i pa­trzył na nią.

- Tak też my­śla­łem.

Po­ło­żyła na biurko jesz­cze kilka kar­tek.

- Opra­co­wa­łam zdję­cia w lu­strza­nym od­bi­ciu. Cie­nie, od­bla­ski... Po­patrz, nie­które szcze­góły stały się wy­raź­niej­sze.

Przyj­rzał się jej pracy. Jed­nak jego uwaga sku­piała się przede wszyst­kim na niej sa­mej. Pa­trzył na wy­ma­zane albo po­więk­szone plamki oraz na różne li­nie wy­kre­ślone na zdję­ciach i cze­kał na jej wy­ja­śnie­nie.

Nad jedną z fo­to­gra­fii za­kre­śliła dłu­go­pi­sem kilka okrę­gów. Przy­pa­try­wał się jej dłoni. Miała mocne palce, a pa­znok­cie sta­ran­nie opi­ło­wane i po­kryte bez­barw­nym la­kie­rem.

- Tu - po­wie­działa - do­strzec można dłoń. Wy­staje z rę­kawa. Jest za­mknięta i skie­ro­wana ku do­łowi. Pod nią wi­doczna jest błysz­cząca smuga. My­ślę, że jest to ostrze noża, w któ­rym od­bija się świa­tło z góry. Zro­bi­łam też po­więk­sze­nia. Wi­dać wy­raźny za­rys osoby. Białe te­ni­sówki, ob­ci­słe spodnie.

Po­ki­wał głową.

- I bluza z kap­tu­rem. Tak jak u tam­tych.

- Tak, ale we­dług ze­znań świad­ków w cza­sie, kiedy po­peł­niono za­bój­stwo, na przej­ściu nad to­rami wi­dziano tylko trzy osoby.

- A więc uwa­żasz, że mor­derca nie­ko­niecz­nie mu­siał mieć coś wspól­nego z tymi trzema?

Usia­dła i spoj­rzała mu pro­sto w oczy.

- Wła­śnie tak uwa­żam. Po­nadto jest jesz­cze jedna rzecz.

- OK...

Po­now­nie się po­chy­liła i wska­zała pal­cem.

- Tu wi­dać pro­fil. Wiem, że to są spe­ku­la­cje, ale jed­nak. A tu brodę, która nie jest spe­cjal­nie wy­datna. Nad nią... nos. Jak wi­dzisz, jest mały, lekko za­darty, spi­cza­sty.

- Tak... i co?

- Po pro­stu wy­daje mi się... Ro­ze­słane ry­so­pisy mó­wią o chło­pa­kach o arab­skim po­cho­dze­niu. Ale nie­wielu Ara­bów ma taki nos.

- A za­tem my­ślisz, że ten chło­pak był biały?

- Tak.

- Biały chło­pak, który wy­ko­rzy­stał sy­tu­ację. Wie­dział, że ka­mera na­grała tych trzech chłyst­ków, a jego nie. Więc...

- Po­cze­kał, aż opu­ścili kiosk, a wtedy wszedł za ladę i za­dał Bau­man­nowi śmier­telny cios.

- Tak, wi­dzę to, Hvid.

- Po­my­śla­łam tylko...

- Do­brze. Ro­zu­miem. Wy­ko­na­łaś świetną ro­botę. Mu­szę wzno­wić śledz­two. W Kok­ke­dal...

- W Kok­ke­dal sza­leją bandy imi­granc­kich dzie­cia­ków. Wszy­scy o tym wie­dzą. Być może zna­lazł się ktoś, kto ten fakt wy­ko­rzy­stał. Wszy­scy, łącz­nie z nami, w pierw­szej ko­lej­no­ści po­są­dzają te dzie­ciaki, i nie bez po­wodu. Wła­śnie dla­tego ja­kiś Svend Erik może mieć na­dzieję, że zo­staną po­są­dzeni o jego czyn.

Miała ra­cję. Nie da się unik­nąć my­śle­nia ste­reo­ty­pami.

- OK - po­wie­dział. - Cie­szę się, że do tego do­szłaś. To praca bar­dzo cenna. Ju­tro opo­wiem o tym na ze­bra­niu. Ciężko nam idzie zna­le­zie­nie tych chło­pa­ków. Może rze­czy­wi­ście trzeba spoj­rzeć w in­nym kie­runku.

Anita Hvid po­ło­żyła na biurku ostat­nią kartkę.

- Zro­bi­łam li­stę mło­dych męż­czyzn z oko­licy, któ­rzy mieli wcze­śniej epi­zody z no­żami. Są wśród nich trzy, cztery duń­skie na­zwi­ska, które mogą nas za­in­te­re­so­wać. Je­den z nich zo­stał ska­zany za kie­ro­wa­nie gróźb pod ad­re­sem sprze­dawcy w skle­pie wa­rzyw­nym w cen­trum. Gro­ził no­żem.

- Duń­scy no­żow­nicy - po­wie­dział z uśmie­chem.

Nie od­wza­jem­niła uśmie­chu.

- To może być je­den z nich.

Po­my­ślał, że chęt­nie wcią­gnąłby ją do śledz­twa i dał wolną rękę, lecz to nie od niego za­le­żało. Coś w jej szcze­rym za­an­ga­żo­wa­niu i do­cie­kli­wej pracy, o którą nikt jej nie pro­sił, bu­dziło w nim chęć dal­szej współ­pracy.

Wstał, a Anita po­szła za jego przy­kła­dem.

- Jesz­cze raz dzię­kuję - po­wie­dział. - Nie­długo się ode­zwę.

Po jej wyj­ściu pod­szedł do okna i po­pa­trzył na da­chy bu­dyn­ków. Anita Hvid na wła­sną rękę po­pchnęła śledz­two da­lej niż cały ze­spół po­li­cjan­tów. Przez trzy ty­go­dnie pra­co­wał nad sprawą on sam, troje jego pod­wład­nych, kry­mi­na­li­stycy oraz po­li­cja lo­kalna, ale nie zro­bili tyle co ona w po­je­dynkę.

Wiele to mó­wiło o pracy w wy­dziale, ale jesz­cze wię­cej o Ani­cie.

Za­sta­na­wiał się. Mu­siał pójść do swo­jego szefa, Ri­charda Br?s­snera, i prze­ka­zać mu in­for­ma­cje od Hvid. Już wi­dział unie­sione brwi Br?s­snera. Jak to moż­liwe, po­wie, że prze­oczy­li­ście tak de­cy­du­jące ślady? Sta­rał się na­prędce wy­my­ślić ja­kąś od­po­wiedź, ale żadna nie przy­cho­dziła mu do głowy. Za dużo ku­cha­rek, za mało kon­cen­tra­cji, zła ko­or­dy­na­cja, ste­reo­ty­powe my­śle­nie.

Nie­wła­ściwe od­po­wie­dzi. Wszyst­kie od­zwier­cie­dlały jego nie­udol­ność. Pro­wa­dził śledz­two i na nim cią­żyła od­po­wie­dzial­ność.

Po­zbie­rał fo­to­gra­fie, które przy­nio­sła Hvid. Chciał mieć to już za sobą. Po dro­dze zna­lazł od­po­wiedź. Była ba­nalna. Daj Ani­cie więk­sze pole do po­pisu, bo ma ta­lent i jest bar­dzo za­an­ga­żo­wana.

Daj ją mnie.

Za­śmiał się, gdy szedł po błysz­czą­cym li­no­leum.

Po chwili do­tarł do se­kre­ta­riatu, gdzie przy biurku sie­działa Alice Han­sen.

- Ri­chard u sie­bie? - za­py­tał.

Unio­sła głowę.

- Bel­ling. Ale mnie prze­stra­szy­łeś. Cza­isz się.

- Za­wsze się czaję, Alice.

- Tak, jest u sie­bie. - Kiw­nęła głową. - Ale nie jest w wa­ka­cyj­nym na­stroju. Tak tylko mó­wię. Jest dzi­siaj mar­kotny.

- No to wejdę, żeby po­pra­wić mu hu­mor.

Na­ci­snęła gu­zik in­ter­komu.

- Bel­ling prosi o au­dien­cję - po­wie­działa.

W gło­śniku za­brzmiał me­ta­liczny i gwał­towny głos Br?s­snera:

- Niech wcho­dzi.

Pu­ściła gu­zik, pod­nio­sła wzrok, a Thor po­słał jej miły uśmiech.

- Ostrze­ga­łam - przy­po­mniała.

Roz­dział 4

Jette Tol­l­berg usły­szała, jak na ganku dzwoni te­le­fon, a kiedy wyj­rzała przez ku­chenne drzwi, zo­ba­czyła, że Niels przy­kłada ko­mórkę do ucha.

- Słu­cham.

Wró­ciła do stołu ku­chen­nego i przy­po­mniały jej się czasy, kiedy mieli jesz­cze te­le­fon sta­cjo­narny i za­wsze wia­domo było, kto dzwoni.

Te­raz sły­szała tylko przy­tłu­miony głos Nie­lsa do­cho­dzący z ganku. Była so­bota, wcze­sne po­po­łu­dnie. Wła­śnie zje­dli lunch. Niels nie na­le­żał do tych, któ­rzy roz­ma­wiali przez te­le­fon go­dzi­nami. Pró­bo­wała coś pod­słu­chać, ale na próżno.

Miała jed­nakże wra­że­nie, że ta roz­mowa cią­gle trwa. Wy­tarła ręce w ścierkę i prze­szła przez ja­dal­nię. Sta­nęła w wyj­ściu na ga­nek. Niels stał po dru­giej stro­nie ma­łego sto­lika, ple­cami do wiel­kiego okna, za któ­rym wi­dać było mo­rze. Nie pa­trzył na nią. Mocno przy­ci­skał ko­mórkę do ucha.

- Nie, już jadę. Za... - wy­du­sił.

Naj­wy­raź­niej roz­mówca mu prze­rwał. Nie sły­szała głosu. Niels pa­ro­krot­nie po­ki­wał głową.

- Nie, ja...

Znowu mu prze­rwano. Przez parę se­kund znowu po­ta­ki­wał.

- Dzię­kuję - po­wie­dział, prze­ry­wa­jąc po­łą­cze­nie.

Wciąż na nią nie pa­trzył. Po pro­stu stał.

- Kto dzwo­nił? - za­py­tała.

Po­woli skie­ro­wał na nią wzrok, ale wy­glą­dał tak, jakby w ogóle jej nie wi­dział.

- Straż po­żarna. Do­wódca za­łogi... - Na­my­ślał się chwilę. - Ib Kri­sten­sen - do­koń­czył.

Ze­szła ze stop­nia na pod­łogę z pły­tek. Niels za­cho­wy­wał się dziw­nie.

- Co się dzieje? - spy­tała, okrą­ża­jąc sto­lik, przy któ­rym za­wsze sie­dzieli, kiedy let­nie wie­czory były cie­płe i ja­sne.

- Pali się - po­wie­dział przed sie­bie. - Pali się przed­się­bior­stwo. Wszystko... pło­nie. Pró... pró­bują ga­sić, ale...

Wy­su­nął ze zgrzy­tem jedno z krze­seł i ciężko na nim usiadł.

- Ja...

Po­de­szła do niego i wy­jęła mu z ręki te­le­fon.

- Niels - po­wie­działa - uspo­kój się.

Miała wra­że­nie, że jej nie sły­szy. Po­ło­żyła ko­mórkę na stole i chwy­ciła jego dłoń. Była mo­kra i zimna. Usia­dła na krze­śle obok i spoj­rzała mu w oczy. Twarz Nie­lsa zro­biła się sina.

Jette po­my­ślała przez chwilę o przed­się­bior­stwie Im­port Win Tol­l­berg, któ­rego sie­dziba znaj­do­wała się w dziel­nicy prze­my­sło­wej. W my­ślach uj­rzała, jak cały bu­dy­nek z żół­tej ce­gły ota­czają pło­mie­nie. Chciała po­wie­dzieć coś o ubez­pie­cze­niu, ale nie wie­działa co. Niels nie pa­trzył na nią. Wła­ści­wie na nic nie pa­trzył. Sie­dział i drżał.

- Niels - po­wie­działa. - Uspo­kój się. Na pewno ja­koś...

Ale z Nie­lsem nie było kon­taktu. Jette za­wa­hała się na parę se­kund, po czym do­dała:

- Po­łóż się na łóżku, Niels. Chodź, po­ło­żysz się.

Pod­nio­sła go z krze­sła i prze­ło­żyła so­bie przez ra­mię jego rękę, żeby się na niej oparł. Od­dy­chał płytko i le­dwo mógł utrzy­mać się na no­gach.

Po­ło­żyła go na łóżku i na­kryła ko­cem w kratkę. Le­żał na ple­cach i wpa­try­wał się w su­fit, wciąż szybko od­dy­cha­jąc. Twarz miał całą mo­krą od potu.

Jette wstała, wzięła ze sto­lika jego ko­mórkę i wy­brała nu­mer 112.

Po dzie­się­ciu mi­nu­tach pod do­mem sta­nął żółty am­bu­lans, z któ­rego wy­sia­dło dwóch ubra­nych na biało ra­tow­ni­ków. Je­den z nich słu­chał przez chwilę, co mu mó­wiła, a drugi cią­gnął no­sze.

We­szła za nimi do domu. Na progu je­den z ra­tow­ni­ków po­wie­dział:

- Pro­szę tam z nami nie wcho­dzić. Sami zaj­miemy się pa­cjen­tem.

Znali się na swoim fa­chu. Dzia­łali szybko. Z ja­dalni usły­szała, jak ra­tow­nik nu­mer dwa gło­śno mówi coś do Nie­lsa, kiedy prze­no­sili go na no­sze. Zo­ba­czyła na pod­ło­dze szarą pla­sti­kową skrzynkę wy­peł­nioną róż­nym sprzę­tem.

Po kilku mi­nu­tach wy­je­chali z no­szami na ze­wnątrz. Niels miał na twa­rzy ma­skę tle­nową. Jego oczy były na wpół za­mknięte.

- Pani mąż miał za­wał - po­wie­dział do niej w ko­ry­ta­rzu ra­tow­nik nu­mer je­den. - Je­dziemy z nim do Skejby. Mu­simy się po­spie­szyć.

Jette za­drżała.

- Mogę je­chać z wami?

- Naj­le­piej bę­dzie, jak po­je­dzie pani swoim sa­mo­cho­dem - od­parł. - Ko­lega bę­dzie po­trze­bo­wał dużo miej­sca.

Ski­nęła głową, ale on już szedł do wy­so­kiego am­bu­lansu.

Chwy­ciła płaszcz, oprócz swo­jej wzięła też ko­mórkę Nie­lsa, po­tem klu­czyki i po dwóch mi­nu­tach sie­działa w sa­mo­cho­dzie.

Zna­le­zie­nie miej­sca na par­kingu za­brało jej dość dużo czasu, a kiedy we­szła do holu, po­czuła się za­gu­biona. Szpi­tal spra­wiał wra­że­nie ob­cego mia­sta.

Po­de­szła do in­for­ma­cji, gdzie za szybą sie­działa ko­bieta z ze­sta­wem słu­chaw­ko­wym. Jette wy­ja­śniła jej, po co przy­była, a tamta za­dzwo­niła gdzieś i od­su­nęła się tro­chę na fo­telu na kół­kach, tak że Jette jej nie sły­szała. Po krót­kiej chwili skoń­czyła roz­mowę, zdjęła sprzęt z głowy i pod­je­chała do okrą­głego otworu w okienku.

- Pro­szę pójść na pierw­sze pię­tro i ko­ry­ta­rzem w lewo. Doj­dzie tam pani do ta­kiego więk­szego, otwar­tego po­miesz­cze­nia, gdzie bę­dzie cze­kał na pa­nią dok­tor Re­in­holdt.

Po­dzię­ko­wała i we­szła na górę po krę­co­nych scho­dach. Było pu­sto. Kiedy zbli­żała się do holu z kwia­tami i so­fami, zo­ba­czyła le­ka­rza. Re­in­holdt wy­szedł jej na­prze­ciw. Był to wy­soki, szczu­pły męż­czy­zna o spi­cza­stym no­sie.

- Jette Tol­l­berg? - upew­nił się.

Ski­nęła głową. Wi­działa to po nim. Wi­działa to po jego spo­koju. Za­pro­wa­dził ją do jed­nej z sof i usie­dli ra­zem. Po­wie­dział, że Niels zmarł w am­bu­lan­sie. Zro­bili, co mo­gli.

Spu­ściła wzrok. Szczu­pły le­karz ujął jej dłoń i do­dał, że bar­dzo mu przy­kro. Po­dzię­ko­wała.

- Mo­żemy po ko­goś za­dzwo­nić? - za­py­tał. - Prze­żyła pani szok.

Wcale tego nie od­czu­wała.

Niels miał atak serca i umarł. To nie było ta­kie skom­pli­ko­wane.

- Nic mi nie jest - od­parła. - Po­jadę do córki. Wolę... naj­le­piej bę­dzie, jak sama jej o tym po­wiem. Nie chcę dzwo­nić.

- Jest pani pewna? - za­py­tał, przy­glą­da­jąc się jej.

Kiw­nęła głową.

- Tak. Dzię­kuję.

Re­in­holdt po­dał jej wi­zy­tówkę.

- Jak wróci pani do domu, to pro­szę do mnie za­dzwo­nić. Mu­simy omó­wić jesz­cze parę kwe­stii.

- Oczy­wi­ście.

Wciąż się w nią wpa­try­wał.

- Na pewno nic pani nie jest? - po­wtó­rzył.

- Na pewno - od­parła z lek­kim uśmie­chem. - Po­jadę do córki.

Kiedy wstali, le­karz po­dał jej rękę.

- Na­prawdę mi przy­kro - po­wie­dział. - Li­czę na to, że za­dzwoni pani jesz­cze dzi­siaj.

- Za­dzwo­nię. A po­tem przy­jadę ra­zem z Ka­ren. Jej mąż zaj­mie się dziećmi.

- Pani wnu­kami?

- Tak. Eskild i El­len. Mają pięć i sie­dem lat.

Re­in­holdt kilka razy po­ki­wał głową.

- OK. To do zo­ba­cze­nia.

Kiedy je­chała uli­cami dziel­nicy prze­my­sło­wej, ro­biło się już ciemno. Roz­glą­dała się za bla­skiem po­żaru, ale niebo było sza­rawą płasz­czy­zną, która na­bie­rała nad Aar­hus rdza­wej barwy. Żad­nego dymu, żad­nych czer­wo­nych wo­zów, nic.

Za­trzy­mała się na placu przed bu­dyn­kiem firmy Im­port Win Tol­l­berg.

Żad­nego ognia. Ciemne okna na pierw­szym pię­trze wpa­try­wały się w nią pu­sto. Ni­kogo nie było.

Wy­jęła z kie­szeni ko­mórkę Nie­lsa i spraw­dziła po­łą­cze­nie. 14.06, bez nu­meru.

Za­sta­na­wiała się, czy nie wejść do środka. Ale po co? Nie było tak, jak my­ślał Niels. Firma się nie spa­liła. W ogóle nic się tu nie stało.

Pró­bo­wała przy­po­mnieć so­bie, jak na­zy­wał się do­wódca za­stępu. Ib Kri­sten­sen. To jedne z ostat­nich słów, które wy­po­wie­dział Niels.

Ib Kri­sten­sen.

Wrzu­ciła bieg i za­wró­ciła. Sta­rała się o ni­czym nie my­śleć. Chciała po pro­stu po­je­chać do Ka­ren i Car­stena. Żeby tylko do nich do­je­chała...

Lampy uliczne roz­ja­śniły się bursz­ty­no­wym świa­tłem. Je­chała przez mia­sto, za­sta­na­wia­jąc się, co po­wie­dzieć dzie­ciom. Dała za wy­graną. Po pro­stu nie miała po­ję­cia.

Roz­dział 5

Anita Hvid wy­glą­dała przez okno biura, trzy­ma­jąc przy uchu słu­chawkę te­le­fonu. Niebo było tak błę­kitne, jakby ktoś je po­ma­lo­wał, od czer­wo­nych da­chó­wek od­bi­jało się świa­tło. Słu­chała z uwagą roz­mówcy, aż po pew­nym cza­sie po­wie­działa:

- Pod­su­mujmy to... Uważa pani, że śmierć męża była bez­po­śred­nim re­zul­ta­tem roz­mowy te­le­fo­nicz­nej.

- Tak wła­śnie uwa­żam - po­twier­dziła dzwo­niąca ko­bieta. - Mąż do­znał szoku, a kwa­drans póź­niej już nie żył.

- Po­wia­do­mie­nie było fał­szywe.

- Tak. Nie było żad­nego po­żaru.

Anita gry­zła dłu­go­pis.

- A więc... Ro­zu­miem do­brze, co pani mówi. Ale wąt­pię, by ist­niał po­wód do wsz­czę­cia po­stę­po­wa­nia.

- Dla­czego? - zdzi­wiła się Jette Tol­l­berg. - Poj­muję, że Niels nie zo­stał za­mor­do­wany... bez­po­śred­nio, ale ist­nieje prze­cież coś ta­kiego jak nie­umyślne spo­wo­do­wa­nie śmierci.

- Ow­szem - przy­znała Anita z wa­ha­niem.

- Ten te­le­fon to było umyślne dzia­ła­nie - kon­ty­nu­owała Jette. - Kto­kol­wiek dzwo­nił, miał wy­raźną in­ten­cję... wy­wo­ła­nia u Nie­lsa szoku. Być może nie wy­obra­żał so­bie, że bę­dzie aż tak duży. Ale zro­bił to. Bu­do­wa­li­śmy firmę przez wiele lat. To było dzieło ży­cia Nie­lsa.

- Ro­zu­miem. Ro­zu­miem też, że może pani my­śleć w taki spo­sób. Czy roz­ma­wiała już pani z lo­kalną po­li­cją?

Jette Tol­l­berg wes­tchnęła.

- Tak. Byli bar­dzo mili. Gdyby było wia­domo, kto dzwo­nił, to być może coś by zro­bili. Za­pro­po­no­wali, że­bym spró­bo­wała za­dzwo­nić do was.

Na chwilę za­pa­no­wała ci­sza, którą prze­rwała Anita.

- Wie pani tylko, że dzwo­nił męż­czy­zna.

- Tak. Do­cho­dził do mnie głos z te­le­fonu Nie­lsa. To był męż­czy­zna.

Który przy­pusz­czal­nie użył nie­da­ją­cego się zi­den­ty­fi­ko­wać nu­meru. Brak punktu za­cze­pie­nia. Co miała po­wie­dzieć? Za­po­mnij o spra­wie i żyj da­lej? To nie by­łaby sku­teczna rada. Po­wie­działa za­tem:

- Po­roz­ma­wiam o tym z ko­le­gami. Obie­cuję, że wrócę do tego. To bar­dzo nie­co­dzienna sprawa.

- Nie my­ślę tylko o so­bie. Ktoś taki może też in­nym wy­rzą­dzić krzywdę. Nie może tak być, że ja­kie­muś psy­cho­pa­cie ta­kie rze­czy ucho­dzą bez­kar­nie.

- Za­dzwo­nię do pani ju­tro - za­po­wie­działa Anita na ko­niec.

Cie­szyła się te­raz po­pu­lar­no­ścią - co­kol­wiek to zna­czy. W każ­dym ra­zie dała się po­znać z naj­lep­szej strony. O za­bój­stwo Otto Bau­manna Kr?jera, kio­ska­rza z Kok­ke­dal oskar­żono sie­dem­na­sto­let­niego Ste­fana J?r­gen­sena.

Była to jej za­sługa, a jej za­an­ga­żo­wa­nie w tę sprawę nie prze­szło nie­zau­wa­żone dzięki Bel­lin­gowi. Inni przy­pi­sa­liby so­bie jej wkład w wy­ja­śnie­nie sprawy, ale on taki nie był, co ją na­wet tro­chę za­sko­czyło. Nie czułby się z tym do­brze. Ri­chard Br?s­sner we­zwał ją do swo­jego biura i po­wie­dział parę przy­ja­znych i bu­du­ją­cych słów o jej za­pale i nie­po­spo­li­tym ta­len­cie.

Mieć szczę­ście to jedno, a rze­tel­nie wy­ko­ny­wać swoją pracę to dru­gie. Zło­żyła obiet­nicę wdo­wie z Aar­hus, więc po­szu­kała Bel­linga, który aku­rat jadł lunch w sto­łówce. Spra­wiał wra­że­nie, jakby jej to­wa­rzy­stwo go ucie­szyło. Sie­dzieli przy dłu­gim stole na­prze­ciwko sie­bie, a w trak­cie po­siłku zre­fe­ro­wała mu treść roz­mowy z Jette Tol­l­berg. Mó­wiła krótko i zwięźle, Bel­ling jadł i uważ­nie jej słu­chał.

Na ko­niec za­py­tał:

- No a co ty o tym są­dzisz?

Nie wy­ro­bił so­bie jesz­cze zda­nia w tej spra­wie. Ana­li­zo­wał. W po­rządku.

- Ta Tol­l­berg ma już pew­nie ja­kąś teo­rię, prawda? - do­rzu­cił.

- Ow­szem - od­parła Anita, ki­wa­jąc głową.

Wy­tarł so­bie ser­wetką usta.

- Wy­daje mi się, że nie spo­tka­łem się z czymś ta­kim, żeby ktoś prze­stra­szył się na śmierć.

- Tro­chę o tym czy­ta­łam. Nie na­tknę­łam się co prawda ni­g­dzie na in­for­ma­cję, żeby ktoś zo­stał za to ska­zany, ale silny szok może spo­wo­do­wać śmierć, to jest udo­ku­men­to­wane.

- Oczy­wi­ście, że tak. Nie znam na pa­mięć pa­ra­gra­fów, ale któ­ryś na pewno mówi o na­ra­ża­niu na nie­bez­pie­czeń­stwo.

- Ten te­le­fon to nie był tylko głupi żart. Męż­czy­zna, który dzwo­nił, dys­po­no­wał za­równo wszyst­kimi in­for­ma­cjami o fir­mie tego czło­wieka, jak i umyśl­nie po­dał się za ko­goś in­nego. To było za­pla­no­wane.

Bel­ling przy­tak­nął ru­chem głowy.

- A wtedy czło­wiek za­sta­na­wia się, co jesz­cze taki typ może wy­my­ślić.

- Wła­śnie.

Znów się za­my­ślił.

- Do­bra, Hvid - rzekł po chwili. - Mam pro­po­zy­cję. Po­ga­daj z ko­le­gami z Aar­hus. Ta... jak ona się na­zy­wała... Jette Tol­l­berg roz­ma­wiała prze­cież z nimi. Wie­dzą, co się stało. Czymś ta­kim się jed­nak nie zajmą. Ale jak ich tro­chę przy­ci­śniesz, to może przy­po­mną so­bie ja­kieś po­dobne epi­zody. Chyba że to od­osob­niony przy­pa­dek.

- Do­bra - kiw­nęła głową.

- Je­żeli były ja­kieś po­dobne przy­padki, to się im przyj­rzymy. Nie roz­strzy­gnę tego, czy śmierć Nie­lsa Tol­l­berga można za­kla­sy­fi­ko­wać jako mor­der­stwo. Ale kto wie, co ten psy­cho­pata jesz­cze mógł na­wy­czy­niać? Wiesz, o co mi cho­dzi. Jak na­zbie­rasz tro­chę ma­te­ria­łów, to po­ga­damy z Br?s­sne­rem.

Było to wię­cej, niż się spo­dzie­wała. Od­sta­wiła fi­li­żankę na stół i pod­nio­sła się.

- Idę dzwo­nić - po­wie­działa.

On na­to­miast sie­dział da­lej, wy­god­nie roz­party na krze­śle.

- Idź, Hvid. Daj mi znać, jak coś bę­dziesz miała.

Opu­ściła sto­łówkę z uczu­ciem, że śle­dzi ją wzro­kiem.